Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


metys, mając parę milionów w kieszeni, pójdzie ci szukać kochanki gdzieś na końcu świata i przywiezie do Wenecyi. Jeśli ją znajdzie, zatrzyma dla siebie; jeśli nie znajdzie, weźmie sobie inną; radzę ci zapomnieć żeś miał kiedy sługę Kakambę i ukochaną Kunegundę“. Słowa Marcina nie były pocieszające. Melancholia Kandyda wzmogła się, Marcin zaś nie ustawał w wykazywaniu iż cnota i szczęście na ziemi są rzadkie, wyjąwszy może Eldorado, dokąd nikt nie może się dostać.
Rozprawiając o tej ważnej materyi i oczekując Kunegundy, Kandyd spostrzegł na placu św. Marka, młodego teatyna, prowadzącego się pod ramię z dziewuszką. Zakonnik zdawał się rumiany, pulchny i krzepki; oczy miał błyszczące, wejrzenie pewne siebie, wyniosłą minę, dumną postawę. Dziewczyna była bardzo ładna; podśpiewywała sobie, spoglądała miłośnie na teatyna, i, od czasu do czasu, szczypała go w pulchne policzki. „Przyznaj choć, rzekł Kandyd, że ta para jest szczęśliwa. Aż dotąd, na całej zamieszkałej ziemi, z wyjątkiem Eldorado, widziałem jedynie nieszczęśliwych; ale założę się, ze ta dziewucha i teatyn, to para istot doskonale zadowolonych z losu. — Założę się że nie, rzekł Marcin. — Najlepiej zaprośmy ich na obiad, rzekł Kandyd; zobaczysz czy się mylę“.
Przystępuje do nich, pozdrawia wielce uprzejmie i prosi aby zechcieli spożyć z nim talerz makaronu, lombardzką kuropatwę, jaja z truflami, jak również wychylić szklaneczkę Montepulciano, lacrima Christi,