Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale, widząc ciebie, pani, lękam się że już jej nie kocham. — Ach, pani, odparł Kandyd, odpowiem jak zechcesz. — Twoja miłość dla niej, rzekła margrabina, obudziła się gdyś jej podnosił chusteczkę: otóż, pozwalam abyś mi podniósł podwiązkę. — Z całego serca“, rzekł Kandyd; i tak uczynił. „A teraz, zapnij mi ją“, rzekła dama; Kandyd znów był posłuszny. „Widzisz, młodzieńcze, rzekła dama, jesteś tutaj obcy; paryskim wielbicielom każę niekiedy wzdychać przez dwa tygodnie, ale tobie gotowam uledz zaraz pierwszej nocy, trzebaż bowiem okazać gościnność młodzieńcowi przybyłemu z Westfalii“. Tu, piękna dama, spostrzegłszy dwa olbrzymie dyamenty na rękach młodego cudzoziemca, zaczęła wychwalać je tak szczerze, że, niebawem, z palców Kandyda przeszły na palce margrabiny.
Wracając do domu z labusiem, Kandyd odczuwał niejakie wyrzuty, iż sprzeniewierzył się pannie Kunegundzie. Labuś współczuł z jego troską: zbyt skąpo bowiem przypuszczono go do udziału w pięćdziesięciu tysiącach zostawionych przez Kandyda na zielonym stoliku i w wartości dwóch brylantów, wpół danych, wpół wymuszonych. Miał najszczerszy zamiar wyzyskać, ile się da, tę cenną znajomość. Raz po razu zagadywał Kandyda o pannę Kunegundę; Kandyd zwierzył mu się, że, skoro ją ujrzy w Wenecyi, nieomieszka błagać o przebaczenie za swą niewierność.
Frant rozwijał coraz więcej grzeczności i nadskakiwań, okazując serdeczne zainteresowanie dla wszystkiego co Kandyd mówi, czyni, zamierza.