Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cie fizycznym i moralnym, i że nic nie mogłoby się dziać inaczej? — Ja? odparł uczony, ani odrobinę; uważam iż wszystko idzie u nas na opak; nikt nie zna ani swojej rangi ani stanowiska, nie wie ani co czyni ani co powinien czynić. Z wyjątkiem kolacyi które bywają dość wesołe i w czasie których panuje jakaś harmonia, resztę czasu trawi się na niedorzecznych kłótniach: jansenistów przeciw molinistom, sądowników przeciw klechom, literatów przeciw literatom, dworaków przeciw dworakom, finansistów przeciw ludowi, mężów przeciw żonom, krewnych przeciw krewnym; jedna ustawiczna wojna“.
Kandyd odpowiedział: »Widziałem gorsze rzeczy; ale pewien mędrzec, którego, na nieszczęście, potem powieszono, pouczył mnie, że to wszystko jest właśnie doskonale: to są cienie na pięknym obrazie. — Pański wisielec kpił sobie chyba z ludzi, rzekł Marcin; te jego cienie, to ohydne plamy. — To ludzie robią te plamy, rzekł Kandyd, i nie mogą inaczej. — Zatem, to nie ich wina“, rzekł Marcin. Gracze, nie rozumiejący przeważnie nic z tego języka, pili; Marcin zapuścił się w dysputę z uczonym, Kandyd zaś opowiedział pani domu to i owo ze swych przygód.
Po wieczerzy, margrabina zaprowadziła Kandyda do buduaru i posadziła na kanapie. „I cóż! rzekła, ciągle zatem kochasz bez opamiętania pannę Kunegundę von Thunder-ten-tronckh? — Tak, pani“, odparł Kandyd. Margrabina rzekła z tkliwym uśmiechem: „Odpowiadasz jak galant z Westfalii; Francuz powiedziałby: Prawda, kochałem pannę Kunegundę;