Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kakambo, który usługiwał jednemu z nich, nachylił się, pod koniec uczty, do ucha swego chlebodawcy, i rzekł: „Najjaśniejszy panie, Wasza mość może ruszyć kiedy zechce, okręt gotów“. Rzekłszy te słowa, wyszedł. Zdumieni biesiadnicy spoglądali po sobie w milczeniu, gdy wtem drugi sługa, zbliżając się do pana, rzekł: „Najjaśniejszy panie, karoca Waszej Miłości czeka w Padwie, a łódź jest gotowa“. Pan odpowiedział skinieniem, i sługa znikł. Biesiadnicy znowuż spoglądali po sobie, a zdumienie powszechnie rosło. Trzeci sługa, podszedłszy do trzeciego pana, rzekł: „Najjaśniejszy panie, wierzaj mi, Wasza Miłość nie może tu pozostać dłużej; spieszę przygotować wszystko do odjazdu“; to rzekłszy, wyszedł.
Kandyd i Marcin nie wątpili już, że to karnawałowa maskarada. Czwarty sługa rzekł do czwartego pana: „Najjaśniejszy panie, Wasza Miłość może odjechać kiedy zechce“; i wyszedł jak tamci. Piąty rzekł toż samo piątemu panu. Aliści, szósty sługa przemówił odmiennie do szóstego pana, który siedział obok Kandyda; rzekł doń: „Dalibóg, Najjaśniejszy panie, nie chcą już nic dać na borg ani Waszej Miłości ani mnie, i mogliby nas łacno przymknąć obu tej nocy; co do mnie, dbam o swoją skórę; upadam do nóżek“.
Skoro wszyscy słudzy znikli, sześciu podróżnych, Kandyd i Marcin trwali w głębokiem milczeniu. Wreszcie, Kandyd przerwał ogólną ciszę: „Moi panowie, to, widzę, są szczególne żarty. Skąd wy wszyscy