Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bitwie, przeciw drugiej armii tejże samej siły, po każdej stronie znajduje się około dwudziestu tysięcy dotkniętych przymiotem.
— To cudowne, rzekł Kandyd; ale trzeba się leczyć, mistrzu. W jaki sposób? odparł Pangloss; nie mam ani szeląga, mój przyjacielu: zaś, na całej powierzchni kuli ziemskiej, nikt ci nie puści krwi ani nie wsunie lewatywy, o ile mu nie zapłacisz, albo o ile ktoś inny nie zechce zapłacić za ciebie“.
Te ostatnie słowa zrodziły w Kandydzie postanowienie: rzucił się do nóg miłosiernego Jakóba, i odmalował tak wzruszająco stan przyjaciela, iż poczciwiec nie zawahał się przygarnąć doktora Panglossa; dał go leczyć swoim kosztem. Dzięki kuracyi, Pangloss postradał tylko jedno oko i jedno ucho. Pisał dobrze, i doskonale znał arytmetykę. Anababtysta Jakób powierzył mu prowadzenie ksiąg. Po upływie dwóch miesięcy, zmuszony udać się do Lizbony w sprawach handlowych, zabrał na okręt obu filozofów. Pangloss wytłómaczył mu, jako wszystko w świecie dzieje się możliwie najlepiej. Jakób nie był tego zdania. „Musieli ludzie (rzekł) zepsuć cokolwiek naturę, nie urodzili się bowiem wilkami, a stali się wilkami. Bóg nie dał im ani armat 24-go kalibru, ani bagnetów, oni zaś sporządzili sobie bagnety i armaty, aby się uśmiercać wzajem. Mógłbym przytoczyć również bankructwa, oraz trybunały, które zagarniają mienie bankrutów aby zeń wyzuć wierzycieli. — Wszystko to jest nieodzowne, odparł jednooki doktor; niedole poszczególne składają się