Edyp Król (Sofokles, tłum. Morawski, 1916)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sofokles
Tytuł Edyp Król
Pochodzenie Sofoklesa Tragedye
Wydawca Akademia Umiejętności
Data wydania 1916
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Kazimierz Morawski
Tytuł orygin. Οἰδίπους Τύραννος
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



Edyp król.

Laios, król Teb i mąż Jokasty, otrzymał był groźną wróżbę, że zginie z rąk własnego syna. Gdy mu się więc syn ten narodził, oddał go niewolnikowi i kazał wynieść w ustronne góry. Niewolnik jednak, zdjęty litością, nie uśmierca dziecka, lecz oddaje je znajomemu pasterzowi z Koryntu. Ten znów powierza nieszczęśliwe pacholę bezdzietnym panom Koryntu, królowi Polybosowi i jego małżonce Meropie. Tutaj tedy wzrasta młodzieniec, nazwany Edypem, i przepędza pierwsze szczęśliwe lata w błogiej nieświadomości, że nie jest właściwie synem tych przybranych tylko rodziców. Nierozważne słowo towarzysza budzi w nim jednak pewne niepokoje. Postanawia więc on w Delfach od Apollina dowiedzieć się prawdy. Bóg jednak, zamiast pożądanego światła, daje mu straszną odpowiedź, że własnego ojca zamorduje i pojmie za żonę własną matkę, że spłodzi z nią nieszczęsne pokolenie. Aby uniknąć tej grozy opuszcza tedy Edyp Korynt, gdzie jego mniemani pozostają rodzice i samowolnie puszcza się na pielgrzymkę przez Focydę. W tym samym jednak czasie król tebański Laios wybrał się był w podróż do wyroczni delfickiej. Przypadek zrządza, że w ciasnym wąwozie poczet króla spotyka się z młodzieńczym pielgrzymem. Przy wymijaniu się przychodzi do obrazy i bójki, która zakończyła się krwawo. Młody Edyp zabija Laiosa i jego towarzyszów, z wyjątkiem jednego, który wraca do Teb, i aby zakryć się tutaj przed hańbą i zarzutem tchórzostwa, rozsiewa wieść, że król zginął z ręki rozbójników. Edyp tymczasem, pielgrzymując dalej, zawitał także do stolicy tebańskiej. W Tebach siał wtedy spustoszenie Sfinks, istota mityczna, ciążąca jak zmora, nad osieroconem miastem. Zadawała ona zagadki, a kto ich nie rozwiązał, znajdował śmierć w przepaści, nad którą się rozsiadła straszliwa poczwara. Młody jednak Edyp zbliża się do niej odważnie i rozwiązuje odrazu postawioną mu zagadkę. Sfinks rzuca się wtedy w przepaść, a miasto oddycha po tem wyzwoleniu od dziesiątkującej je zmory. W nagrodę oddają jego mieszkańcy młodemu przybyszowi berło królewskie i wdowę po Laiosie w małżeństwo. — Groźna wróżba spełniła się więc w całej pełni na nieświadomym złego Edypie. Tutaj zaczyna się nasz dramat. Panował on już cały szereg lat nad miastem, czczony i szanowany przez wszystkich. Teraz złowrogie Erinye zaczynają dobierać się do drzwi jego pałacu, w którym zgroza i ohyda bez ludzkiej wiedzy się rozgościła i już się nawiązał najstraszniejszy z dramatów.
Zaraza, której przyczyn i powodów nikt zbadać nie umie, naraz wybuchła w Tebach i dziesiątkuje miasto. Zapytana wyrocznia delficka odpowiada, że krew zamordowanego Laiosa woła o pomstę i sprowadza te klęski, że winowajcę wytropić należy i usunąć z kraju. Natenczas Edyp zabiera się do spełnienia tego zadania, chce rozjaśnić ciemności, a działanie jego gromadzi wraz ze światłem coraz cięższe gromowładne chmury nad jego głową, tak ciężkie, że go spychają wreszcie w otchłań bezbrzeżną rozpaczy i nędzy. Poeta przeprowadza tę walkę o prawdę, raniącą, miażdżącą bohatera dramatu, z wspaniałym artyzmem. Mamy tu całą skalę od budzących się wewnętrznych niepokojów, od szarpania się i miotania ze świtąjącem światłem aż do ostatecznego przejrzenia rzeczywistości, której oko bohatera znieść już nie może. Jeżeli cię oko twoje gorszy, wyjmij je, — to wypełnia Edyp, bo mu się w końcu tak otwierają oczy na prawdę, pełną grozy, że aż patrzeć na nią nie jest w stanie i woli w ślepocie zamknąć się przed tej sromoty obrazem. Kiedy wreszcie ona w całej nagości i przejrzystości mu się wyłania, zwraca się Edyp w przepięknej inwokacyi do słońca i światła dziennego, żegna się z jego strugami, aby niebawem własną ręką na wzrok swój się targnąć. Stoczenie się ze szczytu chwały i potęgi chyba w żadnej tragedyi takiego odgłosu nie znalazło. Fortuna rzadko się pastwi w tak okrutny sposób nad swoją ofiarą. Edyp ma w królu Lirze postać pokrewną bezmiernością nieszczęścia, które setką ramion i sieci sięga po przeznaczone ofiary, nasuwa przy runięciu w przepaść ułudne gałęzie ratunku, które łamią się za dotknięciem i pogrążają gwałtowniej i głębiej w czeluściach rozpaczy. Rozpacz ta wybrzmiewa w końcu tragedyi w tych urywanych, poszarpanych przemowach Edypa, które są jękami bolu i nędzy wobec widza, jękami bolu, sromoty... i miłości wobec własnych dzieci, które jak białe anioły opromieniają swem zjawieniem się w końcu dramatu oślepionego starca, uchwyconego w szpony czarnego demona nieszczęścia.
Wszystkie boleści tych, co szukają winy w sobie, by kraj ratować, tych, którzy wszelką ofiarę, nawet własnej osoby, własnego szczęścia gotowi złożyć na ołtarzu prawdy i dobra ogólnego, przedstawiono tu w sposób pełen grozy. I na końcu tragedyi nad ruinami ludzi i wielkości pozostaje i króluje lodowata, niezmienna twarz Przeznaczenia, które w żadnej tragedyi Sofoklesa takich nie święci tryumfów i zwycięstw. Patrzy ono na walące się trony i pękające serca bezlitośnemi, ołowianemi oczyma, z wysokości swego tronu, którego żadne siły nie wywrócą, z wyżyn swej bezsercowości, której żadne jęki nie wzruszą.
Nie wchodzimy w szczegóły dramatu. Ale nie podobna nam pominąć wspaniałego zestawienia króla i proroka, Edypa i Tyrezyasza, sceny, w której bunt ludzi i ludów, co kamienują swoje proroki, wspaniałe znalazł odbicie. Edyp tu sarka i miota się przeciw słowom wróżbity, jak Agamemnon w Iliadzie, jak królowie Izraelscy, Jeroboam i Manasse, karcący Amosa i Izajasza. Wieczny bunt człowieka przeciw bolącej prawdzie, budzi się w Edypie wśród zapasów, aby tę prawdę wydrzeć tajemnicy, która go otacza. Tyrezyrasz rzuca wobec tego słowo, które odtąd w rozlicznych odmianach tyle razy pobrzmiewać miało w starciach między władcami ziemi a potęgą duchową:

Nie ty jesteś mi panem — ja sługą Apolla.

Obok Edypa występuje Jokasta, żona dwóch królów tebańskich, ojca i syna, istota, biorąca życie lekko, widząca grę obłoków tam, gdzie piętrzą się chmury przed burzą, durząca siebie i drugich przydługo w błogiej niepewności, pociechę i wybieg mająca na wszystko — wybieg nawet w okolicznościach, w których o wyjście trudno. Wreszcie, kiedy straszna rzeczywistość przemówiła zbyt jasno i niedwuznacznie, wiesza się ona wskutek gwałtownego wstrząśnienia, kończy śmiercią, która w tej tragedyi nie jest ostatniem słowem dramatu i wobec grozy życia oślepionego Edypa ma prawie brak powagi i majestatu. — Kreon, brat jej i szwagier królewski, reprezentuje powszedni typ człowieka, rozkoszującego się w błogości wysokiej parenteli, w błogości swej dworskiej a nieodpowiedzialnej pozycyi, w powszedniej służbie u zdrowego rozsądku. Jest to jeden z tych ludzi, którzy pchają swą taczkę i o rydwanach nie marzą; a w wyścigach życia taczki idą pewniej, a czasem i prędzej dobiegają do mety. — Wreszcie towarzyszy całej akcyi chór, czyli życie powszednie, codzienne, rozwijające się na szarej płaszczyźnie u stóp góry, na której rozgrywają się burze dramatu. Ten chór tragedyi greckiej niże na wątku akcyi swoje sądy i zdania, wplata w prozę i grozę życia pogodne kwiaty poezyi, w dramat życiowy odgłosy praktycznego, czasem prawie poziomego rozsądku. Ta vox populi bywa niekiedy vox Dei, ale czasem głosem tego Boga, którego poeta francuski nazwał le dieu des bonnes gens. Przez cały nasz dramat chór ten współczujący z Edypem, chwieje się między przywiązaniem i ufnością do władcy, a strachem przed grozą, która zawisła nad jego głową. Wreszcie żegna on nędznego, opuszczającego Teby Edypa refleksyą nad znikomością szczęścia ziemskiego i wielkości tego świata. Wiersze te są jak fala, która zmącona na chwilę piorunami, wygładza się znowu i zamyka nad ofiarami, które pochłonęła głębina. Życie się tak zawiera nad wielkiemi szczerbami losu, aby płynąć dalej z zasiłkiem doświadczenia, które ze stołu bogatych w duchu spada w okruchach na łono tych, których duch powszedni lub ubogi.
Niechaj więc ten najnieszczęśliwszy z królów, ojciec najpiękniejszej dziewicy, Antygony, przedstawi się naszym czytelnikom w całym majestacie swej chwały poetycznej i grozy życiowej, niech wywoła równe wrażenie, jakie wywołał kiedyś wśród Greków peryklesowej epoki. Sławiono Sofoklesa w Atenach, że do końca długiego żywota zachował niezwykłą młodzieńczość. Pozostał on młodym aż do naszych czasów.






Od tłomacza.

Przyszła ku Tobie z twarzą lodowatą
I wpiła w ciebie swe oczy bezłzawe,
Grożąc ci hańbą, nieszczęściem, zatratą.
W miedzianem ręku trzyma jak buławę
Rózgi, któremi zamierza cię chłostać,
Młot, którym ściera w proch śmiertelnych cienie.
Spójrz na tę siną, bezlitośną postać:
To przeznaczenie.

W pochodzie swoim jałowy kłos skruszy
I zapomnienia zasuje całunem;
Lecz kiedy stanie wobec wielkiej duszy,
Wie, że w nią trzeba ugodzić piorunem,
Gniewem na ludzką dostojność zapłonie
I cała w strasznym wysiłku się zdębi,
By strącić dumę i wyniosłe skronie
Do nieszczęść głębi.

W mroźne więc ramion ująwszy cię sploty,
Ręce ci zbruka posoką rodzica,
Potem z krwi strugi w kał pędząc sromoty,
Występną żądzą zrumieni twe lica
I tak zdradami uwikła okropnie,

Że ty omotan w piekielnej nić przędzy
Weźmiesz stok hańby za chwały twej stopnie
I bezdeń nędzy.

.............

Wtem świty prawdy zabłysną wśród mroków
I wieść, że ona wyzwoli lud z próby.
Wtedy nie zląkłszy się grozy wyroków,
Wyrywać będziesz jej słowa... twej zguby.
I trwając mężnie na życia boisku
Wrazisz w twą duszę sam po kolcu kolec,
Gotów od prawdy krwawego pocisku
Runąć i poledz.

I mów trwożących okolą cię fale
I runą zewsząd kłębiące się wieści,
Wyjąc jak pustyń złowrogie szakale
Nad polem hańby, sromu i boleści.
Aż kiedy groza nad głowę się spiętrzy,
W źrenice ostrze zatopisz krwawiące,
Aby nie miało do mroku twych wnętrzy
Dostępu słońce.

O ciemny starcze! W twych łkaniach żałoba
Ludzkości mówi, w bezmiarze twej męki
Bratem ty Leara i druhem ty Hioba,
Serca ci oni użyczą i ręki.
Choć los potargał szkarłatne opony,
Bije ci z twarzy majestat, o królu!
Waląc się z tronu, tyś wyniósł na trony
Królewskość bólu.


Więc żeś w ofiarnej za prawdę szermierce,
Za twych najbliższych i za całe plemię
Wchłonął wszechludu boleści w twe serce
I wszechciężarów na siebie wziął brzemię,
Żeś mężnie kroczył przez szlaki niedoli,
Choć słońca oko nad tobą zagasło,
Widnieć ty będziesz jak prawdy i woli
Rycerz i hasło.

.............

Lecz ta, co zawsze z litością się skłoni
Nad świata nędzą, serdeczna baśń ludu,
Dojrzy ofiary wśród krwawej łez toni
I spiesząc z lekiem dla cierpień i trudu,
Ujmie boleści w miłosne swe dłonie
I w kraj zawiedzie, gdzie w słońca lazurze
Lśni gród Pallady i w gajów osłonie
Kolonu wzgórze.

Tam nad twą biedną, poniżoną skronią,
Nieba zapłaczą srebrzystemi rosy,
Tam skardze twojej słowiki przydzwonią,
A żal z ich pieśnią gdzieś pójdzie w niebiosy.
Fiołki, narcyzy pokłonią się wiosną,
Bluszczu zawoje oplotą swym chłodem,
Szmer Afrodyty ułoży cię do snu
Z Muz korowodem.

I zaśniesz w śmierci kojącej pieszczocie...
A twoim śladem ci, co w ziemi boju
Mdleją, ustając w pracy i ochocie,

Pić będą życie u piękności zdroju;
Innym im śpiewem gaj święty rozdźwięczy
I inne błędnych zagnają tam burze,
Lecz, jak za Ciebie, młodości czar wieńczy
Kolonu wzgórze.






Osoby dramatu.
EDYP.
KAPŁAN.
KREON.
CHÓR TEBAN.
TEREZYASZ.
JOKASTA.
POSŁANIEC z KORYNTU.
SŁUGA LAIOSA.
POSŁANIEC DOMOWY.







EDYP.

O dzieci, Kadma starego potomstwo,
Czegoście na tych rozsiedli się progach,
Trzymając w ręku te wiązki błagalne?
Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł
       5 Wznosi się razem z modlitwą i jękiem?
Ja, że niechciałbym przez usta posłańców
O tem zasłyszeć, sam tutaj przybyłem,
Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi.
Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany
       10 Za innych mówić, co was tu zebrało,
Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi,
Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca,
Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.

KAPŁAN.

O Panie, który nad ziemią tą władasz,
       15 Widzisz, jak garnie się wsze pokolenie
Do twych ołtarzy; jedni, to pisklęta
Długiego lotu niezdolne, a drugich
Wiek już pogarbił; ja służę Zeusowi
A tamci innym bogom; równe tłumy
       20 Siadły gdzieindziej, gdzie chramy Pallady
I tam, gdzie ołtarz Ismena popielny,
Bo miasto — jak ty sam widzisz — odmęty

Złego zalały i lud bodaj głowę
Wznosi wśród klęski i krwawej pożogi,
       25 Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach,
Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach,
Płonnych od kiedy bóg ogniem zionący
Zaciężył srogą nad miastem zarazą,
By grody Kadma pustoszyć, a jękiem
       30 Czarne Hadesu wzbogacić ostępy.
Choć więc my Ciebie nie równamy bogom,
Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach,
Bo Ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi,
Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów.
       35 Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa
Od strasznych ofiar dla Sfinxa wyzwolił,
Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy,
Ni pouczony; nie! z ramienia bogów
Dałeś nam życia ochłodę i ulgę.
       40 A więc ku Tobie, któryś nam najdroższym,
Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną,
Byś nas ratował, czy z bogów porady
Znajdując leki, czy z ludzi natchnienia.
Bo przecież widzę, jako doświadczonych
       45 Rady najlepszym poprawy zadatkiem.
Nuże więc, mężom ty przoduj, skrzep miasto,
Nuże, rozważnie działaj, bo ta ziemia
Zbawcą Cię mieni za dawną gotowość.
Niechbyśmy rządów Twych tak nie pomnieli,
       50 Iż po naprawie upadek nas zgrążył;
Ale stanowczo wznieś gród ten ku szczęściu.
Z ptakiem tu dobrej nastałeś Ty wróżby
I dziś dorównaj tej szczęsnej przeszłości.
Bo jeśli nadal zachowasz ster rządów,

       55 Piękniej Ci mężom przewodzić, niż próżni.
Ni gród, ni okręt nic przecie nie waży,
Jeśli nie stanie męża dla ich straży.

EDYP.

O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomy
Próśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy
       60 Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi
Najgorsza nędza w mą osobę godzi.
Bo was jedynie własne brzemię dręczy,
Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy,
Za miasto całe; ze snu się nie budzę
       65 Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię
I częstem troski błąkaniem się trudzę,
By co obmyśleć ku ludu obronie.
I uczyniłem, co dobrem się zdało,
Syna Menoika a żony mej brata
       70 Do Apollina pytyjskich wyroczni,
Posłałem, aby Kreon się wywiedział,
Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto.
A odmierzając dzień jego odejścia,
Już spokój tracę, bo nad miarę czasu
       75 Zwykłą nie widać go w domu z powrotem.
Lecz skoro wróci — to byłbym przewrotnym,
Gdybym za głosem nie postąpił boga.

KAPŁAN.

Mówisz nam z duszy, a właśnie zwiastują
Okrzyki ludzi Kreona przybycie...

EDYP.

       80 O Apollinie! Niechby on ze słowem
Tak zbawczem przyszedł, jak wygląd ma jasny.

KAPŁAN.

Dobrą nowinę ja wróżę, bo czyżby
Inaczej wieńczył swą głowę wawrzynem?

EDYP.

Wnet się dowiemy, już słyszeć nas może. —
       85 O książę, krewny mi synu Menoika,
Jakież przynosisz nam wieści od bóstwa!

KREON.

Dobre, bo mniemam, że i ciężkie sprawy
Z dobrym obrotem szczęsnemi się stają.

EDYP.

Jakież jest słowo? bo z tej oto mowy
       90 Strachu bym nie mógł wysnuć, ni otuchy.

KREON.

Czy chcesz, bym mówił odrazu przed ludźmi,
Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.

EDYP.

Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katusze
Bardziej mnie dręczą, niż strach o mą duszę.

KREON.

       95 Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. —
Febus rozkazał stanowczo, abyśmy
Ziemi zakałę, co w kraju się gnieździ,
Wyżęli i nie znosili jej dłużej.

EDYP.

Jakim obrzędem? gdzież skryta ta zmora?

KREON.

       100 Wypędzić trzeba, lub mord innym mordem
Okupić, krew ta ściąga na nas burze.

EDYP.

Jakiegoż męża klęskę Bóg oznacza?

KREON.

Rządził, o królu, niegdyś nad tą ziemią
Laios, zanim tyś ujął ster rządu.

EDYP.

       105 Wiem to z posłuchu, bom męża nie zaznał.

KREON.

Tych więc, co jego zabili, rozkazał
Bóg nam ukarać i pomścić stanowczo.

EDYP.

Ale gdzież oni? Gdzież znajdą się ślady
Dawnej i wiekiem omszałej już zbrodni?

KREON.

       110 W tej, mówił, ziemi; śledźmy a schwytamy.
Ujdzie bezkarnie to, co człek zaniecha.

EDYP.

Czy w wnętrzu domu, czy też gdzie na polu,
Czy na obczyźnie Laiosa zabito?

KREON.

Wyszedł on z kraju pielgrzymem i potem
       115 Już nie powrócił do swojej stolicy.

EDYP.

A świadka albo towarzysza drogi
Czyż niema, by się go można wypytać?

KREON.

Zginęli; jeden, który zbiegł z przestrachem,
Krom jednej rzeczy, nic nie wie stanowczo.

EDYP.

       120 Cóż to? rzecz jedna wiele odkryć może,
Byleby czego mógł domysł się czepić.

KREON.

Mówił, że Laios nie z jednej padł ręki,
Lecz że liczniejsi napadli go zbóje.

EDYP.

Czyżby zbójowi, gdyby on pieniędzy
       125 Stąd nie był dostał, starczyło odwagi?

KREON.

Wieść to głosiła, lecz po zgonie króla
Nikt nie wystąpił, by pomścić tę zbrodnię.

EDYP.

I cóż sprawiło, że po klęsce króla
Prawdy wyświecić tutaj nie zdołano?

KREON.

       130 Sfinks ciemnowróży ku troskom chwilowym
Od spraw tajemnych odciągnął uwagę.

EDYP.

Więc od początku ja rzeczy ujawnię.
Bo słusznie Febus i ty równie słusznie
Ku umarłemu zwróciliście troskę;
       135 Z wami ja wspólnie siły złączonemi
Spłacę dług bogu i dług naszej ziemi,
A tem nie dalszym z pomocą ja idę,
Lecz sam ze siebie tę zrzucę ohydę.
Bo ów morderca mógłby równie łacno
       140 Zbrodniczą dzisiaj na mnie podnieść rękę.
Zmarłemu służąc, usłużę więc sobie.
Nuże więc dzieci, powstańcie z tych stopni

Co prędzej wiązki podniósłszy błagalne.
I niech kto inny lud na wiec tak zbierze,
       145 Iżby gotowym mnie wiedział; a z woli
Bogów los szczęścia spłynie lub niedoli.

KAPŁAN.

Powstańmy, dziatwo; przecież nas tu wiodły
Te właśnie cele, które on obwieszcza.
A niechby Febus, co przesłał te rady,
       150 Jak zbawca z ciężkiej nas wywiódł zagłady.

CHÓR.

       151—215 Zeusa wieści ty wdzięczna, jakież w złociste Teb progi
I w Pytona wzniosły chram
Wici niesiesz nam?
Duch się wytęża, a kłębią się myśli od grozy i trwogi.
Delicki władco, o Peanie,
Drżę ja czy nowy trud nastanie,
Czy dawne trudy w czasów odnowisz kolei?
Głosie niebiański, ty przemów, ty dziecię złotej nadziei!

Naprzód niechaj mnie Zeusa córa, odwieczna Pallada
I Artemida wspomoże,
Która strzeże tej ziemi i tron okrężny zasiada
Na Teb agorze.
Przyjdź i Febie w dal godzący,
Stańcie troje jak obrońcy.
Jeśli już dawniej wy grozę ciążącą na mieście
Precz stąd wyżęli, przybądźcie i teraz i pomoc mi nieście.

Zło mnie bezbrzeżne dotknęło. O biada!
Naród wśród moru upada
I myśli zbrakło już mieczy
Ku obronie i odsieczy.

Pola kłosem się nie skłonią,
Matki w połogach mrą lub płody ronią.
Jak lotne ptaki, wartkie błyskawice,
Mkną ladzie cwałem w Hadesu ciemnice.

Nad miastem zawisła głusza
I stosy trupów po ulicach leżą,
A śmierć i dżumę szerzą;
Nikt ich nie płacze, nie rusza;
Żony i matki z posrebrzonym włosem
Żałobnym zawodzą głosem.
Skarga wszechludu zabłysła wśród nocy,
O Zeusa złota córo, udziel nam pomocy!

Przybądź chyżo — oto wróg,
Choć mu nie lśni mieczem dłoń,
Z krzykiem wtargnął w miasta próg.
Wyprzyj go na morską toń
Lub pędź w niegościnną dal,
W głębie trackich fal.
Choć oszczędzi ciemna noc,
To dzień wtóry zgnębi dom,
Ty, co grzmotów dzierżysz moc,
Zeusie, ciśnij grom!

Z twego łuku złotych strun,
Puść Apollo krocie strzał,
Artemis, spuść żary łun,
Z któremi mkniesz wśród Lykii skał.
Ciebie wzywam, złotosploty,
Boś tej ziemi syn,
Niechaj zaznam twej ochoty,
Ty, coś panem win!

O Bakchusie, pośród gór
Pląsasz w Menad gronie,
W Boga klęsk, co niesie mór,
Żagwią mieć co płonie!

EDYP.

Prosisz a prosząc mógłbyś znaleść ulgę,
Siłę i z kaźni srogich wyzwolenie,
Jeśli słów moich posłuchasz powolnie,
Które ja obcy zupełnie tej wieści
       220 I obcy sprawie wypowiem. Toć sam bym
Nie wiele zbadał bez wszelkiej wskazówki.
Teraz żem świeżym tej gminy jest członkiem,
Do was się zwracam z następną przemową:
Kto z was by wiedział, z czyjej zginął ręki
       225 Śmiercią ugodzon Laios Labdakida,
Niech ten mi wszystko wypowie otwarcie.
Gdyby się trwożył sam siebie oskarżać,
Niech wie, że żadnej srogości nie dozna
Nad to, że cało tę ziemię opuści.
       230 A jeśli w obcej by ziemi kto wiedział
Sprawcę, niech mówi, otrzyma nagrodę
I nadto sobie na wdzięczność zasłuży.
Lecz jeśli milczeć będziecie, kryć prawdę,
To o przyjaciół się trwożąc, to siebie,
       235 Tedy usłyszcie, co wtedy zarządzę.
Niechajby taki człowiek w naszej ziemi,
Nad którą władzę ja dzierżę i trony,
Ani nie postał ni mówił z innymi,
Ni do czci bogów tu był dopuszczony,
       240 Ni do żadnego wspólnictwa w ofierze.
Zawrzyjcie przed nim podwoi ościeże,

W żadnym on domu niech nigdy nie spocznie,
Bo tego chciały pytyjskie wyrocznie.
Ja więc i Bogu i zbrodni ofierze
       245 Ślubuję taką służbę i przymierze.
I tak złoczyńcy klnę, aby on w życiu
Czy ma wspólników, czyli sam w ukryciu,
Nędzy, pogardy doświadczył i sromu.
I zaklnę dalej, że gdyby osiadły
       250 Znalazł się z moją wiedzą, w moim domu,
Aby te klątwy na mą głowę spadły.
A was zaklinam, abyście to wszystko
Czynili dla mnie, boga i tej ziemi
Od zbóż i bogów tak osieroconej.
       255 Bo choćby boga głos nie nakazywał,
Nie trzeba było popuścić bezkarnie
Śmierci przedniego człowieka i króla,
Lecz rzecz wyśledzić. Że ja teraz dzierżę
Rządy te, które on niegdyś sprawował,
       260 Łoże i wspólną z nim dzielę niewiastę,
Że moje dzieci byłyby rodzeństwem
Jego potomstwa, gdyby on ojcostwem
Mógł był się cieszyć; że grom weń ugodził,
Przeto ja jakby za własnym rodzicem
       265 Wystąpię za nim, wszystkiego dokonam,
Aby przychwytać tego, co uśmiercił
Syna Labdaka, wnuka Polydora,
Któremu Kadmus i Agenor przodkiem.
A tym, co działać omieszkają, bogi
       270 Niech ani z ziemi nie dopuszczą płodów,
Ni dziatek z niewiast; niech oni marnieją
Wśród tej zarazy lub gorszym dopustem.
Was za to, którzy powolni mym słowom,

Wspólnictwo Dyki niech skrzepi łaskawie
       275 I bogi w każdej niech poprą was sprawie.

CHÓR.

Jak mnie zakląłeś, tak powiem ci, książę.
Ni ja zabiłem, ni wytknąć umiałbym
Tego mordercy; ten, co drogi wskazał,
Febus, sam jeden odkryłby złoczyńcę.

EDYP.

       280 Słusznie to rzekłeś. Ale wymódz z bogów,
Czego nie zechcą, nie zdoła śmiertelny.

CHÓR.

Lecz drugie wyjście śmiałbym ci polecić.

EDYP.

Mów i o trzeciem, jeżeli ci świta.

CHÓR.

Mistrzowi wiedzy najbliżej dorówna
       285 Tyrezyasz, jego więc rady sięgając
Najwięcej, książę, zyskałbyś dziś światła.

EDYP.

Przecież już anim tego nie zaniechał;
Bo za namową Kreona dwukrotnie
Słałem umyślnych, a zwłoka mnie dziwi.

CHÓR.

       290 Inne bo rzeczy są głuche i marne.

EDYP.

Co mniemasz? Każdy tu szczegół ma wagę.

CHÓR.

Mówią, że zginął z rąk ludzi podróżnych.

EDYP.

I ja słyszałem. Lecz świadka nie widać.

CHÓR.

Toć, jeśli w sercu drobinę ma trwogi,
       295 On się przed twemi ulęknie przekleństwy.

EDYP.

Nie strwożą słowa, kogo czyn nie straszył.

CHÓR.

Lecz otóż człowiek, co sprawy wyjaśni.
Bo już prowadzą boskiego wróżbitę,
W którego duszy prawda ma ostoję.

EDYP.

       300 O Tyrezyaszu, co sprawy przenikasz
Jasne i tajne, na ziemi i niebie!
Chociasz ty ślepym, nie uszło twej wiedzy,
Jako choruje gród ten; przeto w tobie
Upatrzyliśmy zbawcę i lekarza.
       305 Bo Febus, jak ci już może donieśli,
Po wieściach naszych tę wróżbę obwieścił,
Że wyzwolenie li wtedy nastąpi,
Skoro odkrywszy morderców Laiosa
Na śmierć ich albo wygnanie skażemy.
       310 Ty przeto lotu ptaków nie niechając,
Ni innych środków twej wróżbiarskiej sztuki,
Siebie i miasto, ratuj mą osobę,
I zbaw nas z wszelkiej zakały tej zbrodni.
W tobie nadzieja; kto, czem tylko może,
       315 Wesprze bliźniego, spełni dzieło boże.

TYREZYASZ.

Biada, o biada tej wiedzy, co szkodę
Niesie wiedzącym; znam ja to zbyt dobrze
I pomny na to nie byłbym tu stanął.

EDYP.

W czem powód, żeś tu przybył poniewoli?

TYREZYASZ.

       320 Puść mnie do domu; bo łacniej co twoje
I ja co moje zniosę, gdy usłuchasz.

EDYP.

Miastu, któregoś dzieckiem, służyć radą
Jest obowiązkiem miłości i prawa.

TYREZYASZ.

Widzę, że słowa niekoniecznie w porę
       325 Tyś wyrzekł; obym ja równie nie zbłądził.

CHÓR.

Na bogów, wiedząc nie ukrywaj światła,
Przecież my wszyscy na klęczkach błagamy.

TYREZYASZ.

Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczy
Moich, by nie rzec... Twoich nie wyjawię.

EDYP.

       330 Więc wiedząc zmilkniesz? czyż myślisz człowieku
Miasto to zdradzić i zniszczyć ze szczętem?

TYREZYASZ.

Ani ja ciebie, ni siebie nie zmartwię.
Próżno mnie kusisz, nie rzeknę już słowa.

EDYP.

Ze złych najgorszy — bo nawet byś skałę
       335 Obruszył — wiecznie więc milczeć zamierzasz
I niewzruszony tak wytrwać do końca?

TYREZYASZ.

Gniew ty mój ganisz, a w sobie nie widząc
Zarzewia gniewu, nademną się znęcasz.

EDYP.

Któżby na takie nie uniósł się słowa,
       340 Któremi nasze znieważasz ty miasto?

TYREZYASZ.

Zejdzie to samo, choć milcząc się zaprę.

EDYP.

Przeto co zejdzie, winieneś wyjawić.

TYREZYASZ.

Nie rzeknę słowa już więcej. Gdy zechcesz,
Zapłoń chociażby najstraszniejszym gniewem.

EDYP.

       345 A więc wypowiem, co mi w błyskach gniewu
Już świta; wiedz ty, iż w mojem mniemaniu
Tyś ową zbrodnię podżegł i zgotował
Aż po sam zamach; a nie byłbyś ślepym,
To i za czyny bym ciebie winował.

TYREZYASZ.

       350 Doprawdy? a więc powiem ci, byś odtąd
Twego wyroku pilnując, unikał
Wszelkiej i ze mną i z tymi rozmowy,
Jako ten, który pokalał tę ziemię.

EDYP.

Jakie bezczelne wyrzucasz ty słowa?
       355 I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą?

TYREZYASZ.

Uszedłem, prawda jest siłą w mej duszy.

EDYP.

Gdzieś ty jej nabył? Chyba nie z twej sztuki.

TYREZYASZ.

Od ciebie. Tyś mnie zmusił do mówienia.

EDYP.

Czego? Mów jeszcze, abym się pouczył.

TYREZYASZ.

       360 Czyś nie rozumiał, czy tylko mnie kusisz?

EDYP.

Nie wszystko jasnem; więc powtórz raz jeszcze.

TYREZYASZ.

Którego szukasz, ty jesteś mordercą.

EDYP.

Nie ujdziesz kary za wtórą obelgę.

TYREZYASZ.

Mam mówić więcej, by gniew twój zaostrzyć?

EDYP.

       365 Mów co chcesz, słowa twe na wiatr ulecą.

TYREZYASZ.

Rzeknę, iż z tymi, co tobie najbliżsi,
W sromie obcując nie widzisz twej hańby.

EDYP.

Czy myślisz nadal tak bredzić bezkarnie?

TYREZYASZ.

Jeżeli w prawdzie jest moc i potęga.

EDYP.

       370 O jest, lecz w tobie jej niema, boś ślepym
Na uchu, oczach, i ślepym na duchu.

TYREZYASZ.

A ty nieszczęsny urągasz, ty, który
Wnet staniesz wszystkim na urągowisko?

EDYP.

Nocy ty synem, zaszkodzić nie zdołasz
       375 Ni mnie, ni innym, co w słońce patrzymy.

TYREZYASZ.

Bo nie pisano, abym ja cię zwalił;
Mocen Apollo, aby to wykonać.

EDYP.

Czy to są twoje sztuki, czy Kreona?

TYREZYASZ.

Nie Kreon, lecz ty sam sobie zatratą.

EDYP.

       380 Skarby, królestwo i sztuko, co sztukę
Przewyższasz w życia namiętnych zapasach,
Jakże was zawiść natrętnie się czepia,
Jeżeli z tronu, którym mnie to miasto
W dani, bez prośby mojej zaszczyciło,
       385 Kreon ów wierny, ów stary przyjaciel
Zdradą, podstępem zamierza mnie zwalić

I tak podstawia tego czarodzieja,
Kuglarza, który zysk bystro wypatrzy,
A w swojej sztuce dotknięty ślepotą.
       390 Bo, nuże, rzeknij, kiedyś jasno wróżył?
Dla czego, kiedy potwór śpiewotwórczy
Srożył się, zbrakło ci słów wyzwolenia?
Przecież zagadkę tę nie pierwszy lepszy
Mógł był rozwiązać — bez jasnowidzenia.
       395 A tobie wtedy ni ptaki, ni bogi
Nic nie jawiły; lecz ja tu przyszedłszy
Nic nie wiedzący zgnębiłem potwora,
Ducha przewagą, nie ptaków natchnieniem.
Mnie więc ty zwalić zamierzasz, w nadziei,
       400 Że blizkim będziesz przy Kreona tronie.
Lecz ciężko i ty jak ów, co to knuje,
Odpokutujesz, a gdyby nie starość,
Wraz byś otrzymał kaźń za twe zamysły.

CHÓR.

Nam mowa starca wydała się gniewną
       405 I twoja także, Edypie, a przecież
To nie na czasie; lecz patrzeć należy,
Byśmy głos boga spełnili najlepiej.

TYREZYASZ.

Chociaż ty władcą, jednak ci wyrównam
W odprawie. Słowem i ja także władam.
       410 Nie twoim jestem sługą, lecz Apolla;
I nie zawezwę zastępstwa Kreona,
Lecz sam ci powiem, tobie, który szydzisz
Z mojej ślepoty, patrzysz a nie widzisz
Nędzy twej, nie wiesz z kim życie ci schodzi,
       415 Gdzie zamieszkałeś i kto ciebie rodzi.

Między żywymi i zmarłymi braćmi
Wzgardę masz, klątwy dwusieczne cię z kraju
Ojca i matki w obczyznę wygnają,
A wzrok, co światło ogląda, się zaćmi.
       420 Jakiż Acheron i jakie przystanie
Echem nie jękną na twoje wołanie,
Gdy przejrzysz związki, kiedy poznasz nagle,
W jaką to przystań nieprzystojną żagle
Pełne się wniosły; nieszczęścia ty głębi
       425 Nie znasz, co z dziećmi cię zrówna i zgnębi. —
Szydź więc z Kreona, szydź z mojej ty mowy,
Bo niema człeka między śmiertelnymi,
Którego złe by straszniej zmiażdżyć miało.

EDYP.

Czy znośnem takie wysłuchać obelgi?
       430 Precz stąd co prędzej z przed mego oblicza,
Co żywo z tych się wynosić mi progów!

TYREZYASZ.

Nie byłbym stanął, gdybyś nie był wzywał.

EDYP.

Gdybym był wiedział, że głupstwa pleść będziesz,
Nie byłbym ciebie zawezwał przed siebie.

TYREZYASZ.

       435 Głupim ja może li tobie się wydam, —
Tym, co cię na świat wydali, rozsądnym.

EDYP.

Jakim? Zaczekaj! Któż moim rodzicem?

TYREZYASZ.

Ten dzień cię zrodzi i ten cię zabije.

EDYP.

Jakież niejasne ty stawiasz zagadki?

TYREZYASZ.

       440 Czyś nie ty mistrzem w ich rozwiązywaniu?

EDYP.

Urągaj temu, w czem uznasz mnie wielkim.

TYREZYASZ.

A jednak to cię zgubiło zdarzenie.

EDYP.

Jeślim wyzwolił gród — niech i tak będzie.

TYREZYASZ.

Więc już uchodzę. — Prowadź mnie, pacholę.

EDYP.

       445 Niech cię prowadzi. Obecność twa przykra,
Twoje odejście usunie tę plagę.

TYREZYASZ.

Rzekłszy co miałem — idę, nie z obawy
Przed twem obliczem, bo próżne twe groźby.
A powiem jeszcze: człek, którego szukasz,
       450 Z dawna pogróżki i wici o mordzie
Laiosa głosząc, jest tutaj na miejscu.
Obcym go mienią, ale się okaże,
Iż on zrodzony w Tebach; nie ucieszy
Tem się odkryciem; z widzącego ciemny,
       455 Z bogacza żebrak na obczyznę pójdzie,
Kosturem drogi szukając po ziemi.
I wyjdzie na jaw, iż z dziećmi obcował
Własnemi, jak brat i ojciec, że matki

Synem i mężem był, wreszcie rodzica
       460 Współsiewcą w łożu i razem mordercą.
Zważ to, a jeśli to prawdę obraża,
Za niemądrego ogłoś mnie wróżbiarza.

CHÓR.

       463—512 Na kogóż wskazał delfickich głos skał?
Kto strasznej zbrodni krwią ręce swoje zlał?
Niechby szybkim pędem koni,
Co cwałują w chmur tabunie,
Uszedł on pogoni!
Bo Apollo wnet nań runie
Z błyskiem, gromem, burzą,
I niechybne wnet Erinye grozie tej przywtórzą.

Więc z Parnasu śnieżnych wirchów głos błyszczący padł,
By przestępcy ukrytego badać wszędzie ślad.
On jak buhaj w dzikim lesie
Raz postoi w ciemnych grotach,
To znów w skalne jary rwie się
W omylnych obrotach.
Od wyroczni w środku ziem w dalsze pomknie sioła,
Ale słowo wciąż jej żyje i krąży do koła.

Straszną, o straszną wróżbiarz budzi trwogę,
Słowom przywtórzyć ni przeczyć nie mogę.
Błądzę wśród obaw; i błądząc już nie wiem,
Między Labdakidów rodem
A synem Polybosa, cóż gniewu zarzewiem,
Co mogło być walki powodem.
Wieść o tem milczy. Pocóżbym więc ujął Edypa ja sławy
Jako mściciel ciemnej sprawy?

Zeus i Apollo przenikną człowieczych dusz ciemnie,
A fałszywy sąd tego, któryby nademnie

Stawiał wróżbiarza. Bywa, iż posiędzie
Mąż jeden więcej mądrości.
Lecz nie przywtórzę mu nigdy, aż prawda na jaw się dobędzie.
Bo gdy potwór skrzydlaty w grodzie naszym gości,
Stanął mąż i wyzwolił i zagoił rany;
Nie dozna on mojej przygany.

KREON.

Drodzy ziomkowie, doszło moich uszu,
Że Edyp władca ciężko mnie winuje.
       515 Więc tu przybywam z obrazą. Bo jeśli
Mniema, iż ja się czy słowem, czy rzeczą
Do troski, co go gnębi, przyczyniłem,
To już nie pragnę dłuższego żywota
Pod tym zarzutem. Toć takie mniemanie
       520 Nie drobną tylko wyrządza mi krzywdę,
Ale największą, skoro ja rodakom,
Wam i mym blizkim przewrotnym się wydam.

CHÓR.

Zarzut ten jednak w gniewliwym zapale
Raczej się począł, a nie w głębi duszy.

KREON.

       525 Skąd te posłuchy, iż z mego podmuchu
Wróżbiarz kłamliwe wygłasza twierdzenia?

CHÓR.

Słowo to padło; skąd poszło, ja nie wiem.

KREON.

I z prostym wzrokiem i wzniesionem czołem
Takie tu na mnie miotano zarzuty?

CHÓR.

       530 Nie wiem. Co władcy czynią, ja nie śledzę.
Lecz otóż książę sam kroczy z pałacu.

EDYP.

Tyś tutaj? A więc śmiesz tak być bezczelnym,
Aby do moich przybliżać się progów,
Ty, coś zamierzył popełnić morderstwo
       535 I z władzy króla mnie gwałtem ograbić?
Rzeknij na bogów, czy słabość czy głupstwo
We mnie spostrzegłeś, by snuć te zamiary?
Czyś mniemał, że twych ukrytych podstępów
Nie dojrzę, że się obronić nie zdołam?
       540 Czyż nie przewrotnem twoje przedsięwzięcie,
Bez sił, wspólników, tak rwać się na trony,
Które się ludźmi zdobywa i złotem?

KREON.

Radzę ci naprzód wysłuchać mej mowy,
A potem rzeczy poznawszy, osądzić.

EDYP.

       545 W słowach ty dzielny, lecz złym ci ja będę
Uczniem, bo mam cię za zdrajcę i wroga.

KREON.

Posłuchaj oto, co powiem w tej sprawie.

EDYP.

Nie praw ty oto, że jesteś bez winy.

KREON.

Jeżeli mniemasz, iż upór jest skarbem,
       550 Choć bezrozumny, to mniemasz przewrotnie.

EDYP.

Jeżeli sądzisz, iż krzywdząc krewnego
Nie zaznasz kary, to sądzisz fałszywie.

KREON.

Uznam twe zdanie; lecz poucz mnie przecież,
Cóż ci się teraz wydarzyło złego?

EDYP.

       555 Czyś mnie namawiał, czyli nie namawiał,
Bym tu sprowadził znanego wróżbitę?

KREON.

I dziś obstaję przy tej samej radzie.

EDYP.

Jakże to dawno, od czasu gdy Laios...

KREON.

Cóż począł? Słów twych nie całkiem pojmuję.

EDYP.

       560 Zniknął śmiertelnym ugodzony ciosem?

KREON.

Będzie już dawno od tego zdarzenia.

EDYP.

Czyż wtedy wróżbiarz sprawował swą sztukę?

KREON.

Równie był mądrym i w równej już cenie.

EDYP.

Czyż on naówczas mnie wspomniał choć słówkiem?

KREON.

       565 Nigdy, przynajmniej jam tego nie słyszał.

EDYP.

A czyście wtedy zarządzili śledztwo?

KREON.

Tak, oczywiście, lecz było daremnem.

EDYP.

I czemuż wtedy nie gadał ten znachor?

KREON.

Nie wiem; a kiedy czego nie wiem, milczę.

EDYP.

       570 Lecz tyle z wiedzą mógłbyś rzec i znawstwem...

KREON.

Co znów? nie zaprę się rzeczy mi znanych.

EDYP.

Gdyby nie schadzki z tobą, nie nazwałby
Śmierci Laiosa on moich rąk dziełem.

KREON.

Jeśli tak mówi, wiesz to sam; ja ciebie
       575 Chciałbym wypytać, jak ty mnie badałeś.

EDYP.

Badaj, bo mordu mi nikt nie dowiedzie.

KREON.

Mów więc — maszli ty mą siostrę za żonę?

EDYP.

Tego pytania zaprzeczyć nie mogę.

KREON.

Czy nie dopuszczasz onej do współrządów?

EDYP.

       580 Cokolwiek zechce, przyznaję jej chętnie.

KREON.

Czyż więc ja trzeci nie równam się z wami?

EDYP.

W tem właśnie widzę twą złość i przewrotność.

KREON.

Nie, gdybyś słuchał, jak ja cię słuchałem. —
Rozważ to naprzód, czy ktoby przekładał
       585 Rządy wśród trwogi nad spokój pogodny,
Któryby równą zapewniał mu siłę.
Jam tedy nigdy nie marzył, by królem
Być raczej niśli królewskie mieć życie
I nikt rozumny tego nie zapragnie.
       590 Teraz mam wszystko od ciebie bez znoju,
Gdy królów wolę częstokroć mus pęta.
Jakże więc przeniósł bym godność i trony
Nad stanowisko, co dzierżę wśród wczasów?
Nie jestem przecie głupim, by pożądać
       595 Czegoś innego nad zaszczyt z korzyścią.
Czczą mnie tu wszyscy, wszystko mi się kłania,
Ci, co do ciebie dążą, mi schlebiają,
Bo od mej łaski tak wiele zależy.
Więc czemużbym ja to wszystko porzucił?
       600 Nie wykolei się człowiek rozważny,
Anibym powziął ja takich zamiarów,
Ani też innych nie poparł w tem dziele.
Więc dla dowodu, zapytaj się w Delfach,
Czy w całej prawdzie oddałem głos boga;
       605 A gdybyś poznał, że spiski knowałem

Wespół z wróżbitą, to chwyć mnie i zabij.
Dwoistym, moim i twoim wyrokiem!
Ale nie rzucaj niepewnych podejrzeń,
Bo się nie godzi złych mienić prawymi,
       610 Ni prawych złymi bez wszelkiej przyczyny.
Dobrego człeka odepchnąć, to tyle,
Jakby kto drogiej się wyzbył chudoby.
Poznasz to z czasem stanowczo, albowiem
Cnocie czas jeden świadectwo wystawi,
       615 A złość nieprawych dzień jeden wyjawi.

CHÓR.

Pięknie on mówił i zlecił przezorność,
Bo człek porywczy zbyt łatwo się potknie.

EDYP.

Nagle i chyłkiem, gdy ku mnie podstąpią,
Trzeba mnie także w rozmyśle być nagłym.
       620 Gdybym w spokoju trwał, to on by dzieła
Dokonał, ja zaś doznałbym wnet szwanku.

KREON.

Cóż więc zamierzasz? czy z kraju mnie wygnać?

EDYP.

Nic mniej; chcę śmierci twojej, nie wygnania.

KREON.

Dowiedź mi naprzód, w czem moja jest wina.

EDYP.

       625 Więc ani folgi mi nie dasz ni wiary?

KREON.

Bo ci rozwagi brak.

EDYP.

Mam ją dla siebie.

KREON.

Trza jej i dla mnie.

EDYP.

Ty złym jesteś człekiem.

KREON.

A gdybyś błądził?

EDYP.

Jednak słuchać trzeba.

KREON.

I złego pana?

EDYP.

O miasto, ty miasto!

KREON.

       630 I ja też miasta cząstką, nie ty jeden.

CHÓR.

Dość tego kniaziu; w sam raz, jak spostrzegam,
Wychodzi z domu Jokasta; z nią razem
Trzeba zażegnać drażniące te swary.

JOKASTA.

Czemuż, nieszczęśni, jątrzycie się słowy?
       635 Nie wstyd wam ludzi, gdy ogół chorzeje,
Własne poruszać spory i zatargi?
Idź więc do domu ty i pójdź Kreonie,
By błahych żalów nie spiętrzać nad miarę.

KREON.

O siostro! Mąż twój straszne miota na mnie
       640 Groźby, podwójne wydziela mi kaźnie:
Albo wygnanie, lub życia utratę.

EDYP.

Tak jest, bom schwycił na złych go zamysłach
Podstępnie przeciw mej kutych osobie.

KREON.

Niechbym nie uszedł, lecz zginął pod klątwą,
       645 Jeśli prawdziwe twoje oskarżenia.

JOKASTA.

Zawierz na bogów, Edypie, tej mowie,
Bacząc nasamprzód na święte zaklęcia,
A potem na mnie i tych co obecni.

CHÓR.

       649—696 Usłuchaj chętnie i mądrze, o to cię błagam, mój władco!

EDYP.

W czem mam ustąpić?

CHÓR.

Zważ, iż nie był niemądrym, uszanuj jego zaklęcia!

EDYP.

Wiesz czego żądasz?

CHÓR.

Wiem.

EDYP.

A więc wypowiedz!

CHÓR.

Że pozwał bogów, nie mieć bez przyczyny
Hańbiącej w twarz jego winy!

EDYP.

Wiedz ty, iż tego żądając odemnie
Żądasz mej śmierci i mego wygnania.

CHÓR.

Klnę się na słońce, co niebios wiedzie rej,
Niechbym zginął marnym zgonem,
Jeśli kiedy w duszy mej
Myśl ta postała; w sercu ja zgnębionem
Drżę, iż do nieszczęść, co trapią tę ziemię,
Nowych klęsk przydacie brzemię.

EDYP.

Niech więc on idzie, choćbym i ze szczętem
Miał zginąć, albo z hańbą być wygnanym.
Litość mą budzą twe słowa, nie jego.
Moja nienawiść wszędzie go doścignie.

KREON.

Zżymasz się jeszcze, kiedy ustępujesz,
Zgnębionym jesteś, gdy gniew twój przycichnie,
Takie natury są sobie katuszą.

EDYP.

Precz stąd nareszcie.

KREON.

Uchodzę w tej chwili.
Niechby wbrew tobie mnie tamci uczcili.

CHÓR.

Księżno, czemu ty zwlekasz, by go wprowadzić do domu?

JOKASTA.

Niechbym poznała co zaszło.

CHÓR.

Ciemnych głos padł podejrzeń, które wgryzają się w serce.

JOKASTA.

Czyż z ust ich obu?

CHÓR.

Obu.

JOKASTA.

Cóż więc rzekli?

CHÓR.

O dość już cierpień! o nie każ mi mową
Rany tej jątrzyć na nowo!

EDYP.

Widzisz, gdzieś zaszedł ty z twoją mądrością,
Zdradzasz mą sprawę i tępisz mi serce.

CHÓR.

Rzekłem już nieraz, o książę,
Że brakło by mi rozumu i sądu,
Gdybym się zaparł miłości, co z tobą mnie wiąże,
Z tobą, coś nawę tej ziemi do lądu
Skierował pośród burz i mąk.
O nie puszczaj steru z rąk!

JOKASTA.

Na bogów, powiedz i mnie wreszcie, królu,
Czemu tak wielkim zapłonąłeś gniewem.

EDYP.

Rzeknę — bo więcej cię od tamtych cenię, —
       700 Jakie to Kreon knuł na mnie zamysły.

JOKASTA.

Mów, jeśli pewne masz winy poszlaki.

EDYP.

On mnie nazywa Laiosa mordercą.

JOKASTA.

Czy z własnej wiedzy, czyli też z posłuchu.

EDYP.

Nasłał wróżbitę przewrotnego, który
       705 Słów mu oszczędził i głowę osłonił.

JOKASTA.

Ty więc nie bacząc wiele na te rzeczy,
Mnie raczej słuchaj i wiedz, iż śmiertelnych
Sztuka wróżenia nie ima się wcale.
Złożę ci na to stanowcze dowody.
       710 Wiedz więc, że Laios otrzymał był wróżby
Nie od Apolla, lecz od jego służby,
Iż kiedyś śmierć go z rąk syna pokona,
Co zeń zrodzony — i z mojego łona.
A przecież jego, jak wieść niesie obce
       715 Zabiły zbiry w troistem rozdrożu.
A to niemowlę, gdy trzeci dzień świtał,
Przebiwszy u nóg kosteczki wysadził,
On ręką obcą gdzieś w górskich ostępach.
I tak Apollo nie dopełnił tego,
       720 By syn ten ojca powalił, ni groźby,
Że Laios legnie pod syna zamachem.
A tak głosiły przecie przepowiednie.

Nie troszcz się o nie. Gdy tajemnej toni
Bóg chce co wydrzeć, on sam to odsłoni.

EDYP.

       725 Po twoich słowach, jakiż mną owładnął,
Żono, niepokój i ducha wzruszenie!

JOKASTA.

Nowa więc troska znów ciebie się czepia?

EDYP.

Słyszałem, tak mi się zdaje, że Laios
Legł, gdzie potrójne rozchodzą się drogi?

JOKASTA.

       730 Tak wieść głosiła i dotąd się krzewi.

EDYP.

A gdzie spełniono nieszczęsną tę zbrodnię?

JOKASTA.

Focydą zwie się kraj ów, a dwie drogi
Z Delf i Daulidy zbiegają się w jedną.

EDYP.

A jak to dawno od tego zdarzenia?

JOKASTA.

       735 Na krótko, nim ty władcą tej krainy
Zostałeś, wieść ta doszła do stolicy.

EDYP.

O Zeusie, cóż ty kazałeś mi spełnić?

JOKASTA.

Cóż ci tak serce, Edypie, porusza?

EDYP.

Nie pytaj więcej, lecz powiedz mi, jaki
       740 Laios miał wygląd i w jakim był wieku?

JOKASTA.

Smagły był, włosów bielała już wełna,
Od twej postawy nie wiele się różnił.

EDYP.

Biada mi, straszną rzuciłem ja klątwę,
Jak się wydaje, nieświadom na siebie.

JOKASTA.

       745 Cóż mówisz, książę! Z trwogą na cię patrzę.

EDYP.

Drżę ja, iż wróżbiarz nie całkiem był ślepym;
Rzecz mi wyjaśnisz, gdy jedno odpowiesz.

JOKASTA.

Waham się, ale odrzeknę, gdy spytasz.

EDYP.

Czy jechał skromnie, czy też jako książę
       750 Liczną drużynę miał na swe rozkazy?

JOKASTA.

Pięciu ich było, a wśród nich obwiestnik;
Wóz tylko jeden Laiosowi służył.

EDYP.

Biada — już świta zupełnie; któż tedy
Takich szczegółów udzielił wam, żono?

JOKASTA.

       755 Jeden ze służby, co uszedł ze życiem.

EDYP.

Czyż on się teraz znajduje w tym domu?

JOKASTA.

O nie! bo kiedy wróciwszy zobaczył,
Że ty u steru, że Laios zabity,
Zwrócił się do mnie z pokornem błaganiem,
       760 Bym go posłała na wieś między trzody,
Tak iżby najmniej oglądał to miasto.
Ja go puściłam, bo chociaż niewolnik,
Tej lub i większej był godzien nagrody.

EDYP.

Niechby on tu się pojawił co żywo!

JOKASTA.

       765 Łatwem to; ale cóż go tak pożądasz?

EDYP.

Boję się żono, żem orzekł zbyt wiele,
Więc z tej przyczyny oglądać go pragnę.

JOKASTA.

Stawi się tutaj; ale i ja godna,
Byś mi powiedział, co gnębi twą duszę.

EDYP.

       770 Nie skryjęć tego, skorom tak daleko
Zapadł już w trwogę; a komuźbym raczej
Wśród takiej burzy otworzył me wnętrze? —
Ojcem był moim Polybos z Koryntu,
Matką Merope z Doris. Zażywałem
       775 Tam ja czci wielkiej, aż się przytrafiło
Coś, co urazy zapewne jest godnem,
Godnem nie było takiego porywu.

Bo wśród biesiady podniecony winem
Mąż w twarz mi rzucił, że jestem podrzutkiem.
       780 A ja, choć gniewny, umiałem na razie
Się pohamować; nazajutrz badałem
Ojca i matkę, a oni do sprawcy
Takiej obelgi żal wielki uczuli.
To mnie cieszyło; lecz słowa te jednak
       785 Ciągle mnie truły i snuły się w myśli.
A więc bez wiedzy rodziców poszedłem
Do świętych Delfów, a tu mi Apollo
Tego, com badał nie odkrył; lecz straszne
Za to mi inne wypowiedział wróżby,
       790 Że matkę w łożu ja skalam, że spłodzę
Ród, który ludzi obmierznie wzrokowi
I że własnego rodzica zabiję.
To usłyszawszy, zdala od Koryntu
Błądziłem kroki gwiazdami kierując,
       795 Aby przenigdy nie zaznać nieszczęścia,
Hańby, któraby spełniła tę wróżbę.
I krocząc naprzód, przyszedłem na miejsce,
Gdzie według ciebie ten król był zabitym.
Zeznam ci wszystko po prawdzie; gdym idąc
       800 Do troistego zbliżył się rozdroża,
Wtedy obwiestnik i mąż jakiś wozem
W konie sprzężonym jadący, jak rzekłaś,
Mnie najechali, i z drogi mnie gwałtem
Woźnica spędzał wraz z owym staruchą.
       805 Ja więc wzburzony uderzam woźnicę,
Co mnie potrącił; a gdy to zobaczył
Starzec, upatrzył gdym podle był wozu
I w głowę oścień mi wraża kolczasty; —
Oddałem z lichwą; ugodzon kosturem

       810 Runął on na wznak ze środka siedzenia. —
Tnę potem drugich; a jeśli obcego
Łączyło jakie z Laiosem krewieństwo,
To któż nędzniejszym byłby od zabójcy,
Któż w większej bogów pogardzie i nieba?
       815 Przecież go obcym, ni ziomkom nie wolno
Przyjąć pod dachem, ni uczcić przemową,
Lecz precz należy odtrącić. Nikt inny,
Lecz ja tę klątwę sam na się rzuciłem.
A ręką kalam ofiary dziś łoże,
       820 Co w krwi broczyła. — Czyż ja nie shańbiony?
Nie zbezczeszczony doszczętnie? Jeżeli
Tułać się przyjdzie, w tułaczce już moich,
Ani ojczyzny oglądać nie będę.
Inaczej matkę bo pojąć i zgładzić
       825 Ojca bym musiał, tego, co dał życie.
Ktoby w tem widział srogiego demona
Dopust, czyż domysł ten byłby fałszywym?
Niechbym nie zajrzał, o boże wy mocy,
Tego ja słońca i zginął bez wieści
       830 Z pośród śmiertelnych, nim takie nieszczęście
Ostrzem by w moją ugodziło głowę.

CHÓR.

Strasznem to panie, lecz póki ów świadek
Prawdy nie wyzna, trwaj jeszcze w nadziei.

EDYP.

Żyje też we mnie li tyle nadziei,
       835 By się owego doczekać pasterza.

JOKASTA.

Jakąż otuchę opierasz ty na nim?

EDYP.

Zaraz ci powiem; jeśliby tak samo.
Jak ty, on mówił, uszedłbym ja zguby.

JOKASTA.

Jakież wyrzekłam ja słowa znaczące?

EDYP.

       840 Rzekłaś, że kilku podawał on zbójców
Za sprawców zbrodni; jeśliby tę liczbę
Znowu potwierdził, to nie ja zabójcą.
Jeden i wielu, to przecież nie równem.
Lecz gdyby wspomniał o jednym podróżnym,
       845 Natenczas zbrodnia się na mnie przewali.

JOKASTA.

Wiedz więc stanowczo, że tak brzmiały słowa,
A niepodobnem, by wraz je odwołał.
Gdyż wszyscy, nie ja słyszałam to sama.
A gdyby nawet od słów swych odstąpił,
       850 To i tak przecie zgon ten Laiosa
Wróżby nie spełni; bo temu Apollo
Groził, że zginie od syna prawicy,
A syn nieszczęsny nie zabił go przecie,
Lecz sam dokonał już przedtem żywota.
       855 Ja więc na słowa wróżbiarzy ni tyle
Się nie oglądam, a tyle je ważę...

EDYP.

Trafnie to mówisz, poślij jednak kogo,
Aby przystawił pasterza, nie zwlekaj.

JOKASTA.

Wnet poślę, wstąpmy tymczasem do domu,
       860 Bo, co ci miłem, nie zniecham niczego.

CHÓR.

       861—910 Niechbym ja słowom i sprawom co święte
Cześć wierną dał i pokłony.
Strzegą ich prawa w eterze poczęte,
Nadziemskie strzegą zakony.
Olimp im ojcem, z ziemskiego bo łona
Takie nie poczną się płody,
Ani ich fala zapomnień pokona.
Trwa w nich Bóg wielki, mocny, wiecznie młody.

Pycha rodzi tyranów; gdy pychy tej szały
Prawa i miarę przekroczą,
Runie na głowę ze stromej gdzieś skały,
Gdzie głębie zgubą się mroczą.
Nic jej stamtąd nie wyzwoli.
Do Boga wzniosę ja prośbę gorącą,
By zbawił tego, co nas ratował w niedoli.
Bóg mi ostoją i wiernym obrońcą!

A gdy ludzi czyn lub głos
Prawa obrazi i święte bóstw trony,
Niech ich straszny dogna los,
Skarci dumy wzlot szalonej,
Gdy za brudnym zyskiem gonią,
Gdy od ludzi złych nie stronią,
Świętość grzeszną skażą dłonią.
Któżby jeszcze się chełpił, iż kary on groty
I bogów odeprze gniewy?
Jeśliby takie cześć miały roboty,
Na cóż me tańce i śpiewy?

Już do Olimpii nie pójdę, nie pójdę Delfów ja szlakiem,
Nie ujrzy mnie Abejski chram,

Aż niebo swym wszechwidnym znakiem
Mowom ludzi zada kłam.
O Zeusie, jeśliś ty panem niebiosów,
O wszechwładco ziemi losów,
Bacz na krnąbrność ludzkich głosów.
Co Bóg o Laiosie wieści,
Mają już za sen i mary
I Apollo już bez części!
W niwecz idą wiary.

JOKASTA.

O głowy miasta, dobrem mi się zdało
Do domów bożych pójść przybrawszy ręce
W wieńce i wonne dla bogów kadzidła.
Bo troski różne zawładły nadmiernie
       915 Duchem Edypa; i nie jak rozumny
Nowe on wieści według dawnych waży,
Lecz tym, co grozę wróżą, się poddaje.
Więc gdy mu żadnej nie wlałam otuchy,
Do ciebie, żeś tu blizki, Apollinie,
       920 Z prośbą się teraz zwracam i błaganiem,
Żebyś nam ulgi przysporzył ty zbożnej.
Bo teraz my tu wszyscy zatroskani,
Patrząc na trwogi sternika tej nawy.

POSŁANIEC Z KORYNTU.

Czy mógłbym od was dowiedzieć się, kumy,
       925 Gdzie tu mieszkanie jest króla Edypa.
Lub raczej mówcie, gdzie teraz przebywa.

CHÓR.

Otóż dom jego, a on sam jest w domu
I otóż żona, matka jego dzieci.

POSŁANIEC.

Niechajby szczęsna ze szczęsnymi żyła,
       930 Ona, co prawą jest jego małżonką.

JOKASTA.

Niechaj i tobie Bóg szczęści, boś pięknie
Nas to pozdrowił; lecz wyjaw przyczynę
Twego przybycia, jaką wieść przynosisz.

POSŁANIEC.

Dobrą wieść niosę dla domu i męża.

JOKASTA.

       935 Jaką nowinę? Skądże to przybywasz?

POSŁANIEC.

Z Koryntu — słowa, które wnet wypowiem,
Sprawią ci radość — a może i troskę.

JOKASTA.

Cóż to, co siłę podwójną mieć może?

POSŁANIEC.

Jego chcą ludzie Istmijskiej krainy
       940 Posadzić na tron; tak o tem mówiono.

JOKASTA.

Cóż? czyż już stary Polybos nie rządzi?

POSŁANIEC.

Przestał, bo śmierć go zabrała do grobu.

JOKASTA.

Cóż znowu? umarł więc, starcze, Polybos?

POSŁANIEC.

Niech zginę, jeśli prawdy nie wyrzekłem.

JOKASTA.

       945 Donieś więc o tem, służebno, co prędzej
Mojemu panu. O bogów wyrocznie!
Cóż się to stało? Z trwogi przed tym mężem
Uciekał Edyp, by snać go nie zabił.
A teraz los weń — nie Edyp, ugodził.

EDYP.

       950 O najmilejsza ma żono, Jokasto,
Po coś mnie tutaj wywołała z domu?

JOKASTA.

Wysłuchaj tego człowieka i rozważ,
Jako się pustym okazał głos bogów.

EDYP.

Co on za jeden i cóż nam zwiastuje?

JOKASTA.

       955 Idzie z Koryntu z nowiną o ojcu,
Że już nie żyje Polybos, że — skonał.

EDYP.

Cóż to przybyszu! Sam mów co przynosisz.

POSŁANIEC.

Jeśli to wprzódy mam tobie obwieszczać,
Wiedz, że ów człowiek już poszedł na mary.

EDYP.

       960 Podstęp go, czyli zwaliła choroba?

POSŁANIEC.

Drobna niekiedy rzecz starca powali.

EDYP.

A więc z słabości skończył jak się zdaje.

POSŁANIEC.

I z miary wieku, która nań przypadła.

EDYP.

Przebóg! pocóżby, o żono, kto zważał
       965 Na Pytyi trony, niebieskie świergoty
Ptaków, za których-to głosów przewodem
Ja ojcobójcą być miałem; toć teraz
Ten już pod ziemią, a ja zaś oszczepu
Ani się tknąłem; więc chyba tęsknota
       970 Za mną go zmogła; — tak byłbym zabójcą.
Zabrawszy tedy grożące wyrocznie
Legł on w Hadesie i starł je na nice.

JOKASTA.

Czy nie mówiłam ci tego już dawno?

EDYP.

Mówiłaś, ale mną trwoga władnęła.

JOKASTA.

       975 Nadal więc nie bierz tych rzeczy do serca.

EDYP.

Lecz matki łoże, czyż nie ma mnie trwożyć?

JOKASTA.

Czemuż-by troskał się człowiek, co w ręku
Losu, przyszłości przewidzieć nie zdolny?
Jeszcze najlepiej żyć tak — od dnia do dnia.
       980 A tych miłostek się z matką nie strachaj,
Bo wielu ludzi już we śnie z matkami

Się miłowało; swobodnie ten żyje,
Kto snu mamidła lekko sobie waży.

EDYP.

Pięknem byłoby to wszystko coś rzekła,
       985 Gdyby nie matka — przy życiu; że żyje,
Choć pięknie mówisz, ja muszę się trwożyć.

JOKASTA.

I z grobu ojca nie zabłysł ci promień?

EDYP.

Zabłysł, nie przeczę, lecz matki się boję.

POSŁANIEC.

Jakaż niewiasta tak wielce was trwoży?

EDYP.

       990 Meropa, starcze, żona Polybosa.

POSŁANIEC.

Cóż więc takiego, co grozę wam sprawia?

EDYP.

Straszliwa wróżba zesłana od bogów.

POSŁANIEC.

Poznać ją można, czy milczeć musicie?

EDYP.

Owszem, znać możesz. Loxias mi zwiastował
       995 Niegdyś, że matkę obejmę na łożu
I że własnego ojca krew przeleję.
Przeto ja długo, by złego się ustrzedz,
Mijałem Korynt, na szczęście; lecz przecież
Patrzeć w rodziców oblicze rozkoszą.

POSŁANIEC.

       1000 Czyż dla tej trwogi uszedłeś ty z kraju?

EDYP.

Tak, starcze, nie chcąc być ojca mordercą.

POSŁANIEC.

Czemuż więc dotąd, o władco, z tej trwogi
Cię nie wywiodłem, gdym przybył tu chętny?

EDYP.

A przecież wdzięczność zyskałbyś tem wielką.

POSŁANIEC.

       1005 Potom tu przybył, by skoro do domu
Wrócisz, i mnie się też co okroiło.

EDYP.

O! z rodzicami nie stanę pospołu!

POSŁANIEC.

Synu, toć jasnem, iż nie wiesz co czynisz.

EDYP.

Jakto, mój stary, poucz mnie na bogi!

POSŁANIEC.

       1010 Czyż dla tych ludzi unikasz ty domu?

EDYP.

W trwodze, by Febus się jasno nie ziścił.

POSŁANIEC.

Byś od rodziców nie przejął zakały?

EDYP.

To właśnie ciągle, o starcze, mnie trwoży.

POSŁANIEC.

Więc nie wiesz, że się strachasz bez powodu.

EDYP.

       1015 Jakoż? gdy jestem tych dzieckiem rodziców.

POSŁANIEC.

Polybos tobie żadnym nie był krewnym.

EDYP.

Cóż to, Polybos nie byłby mi ojcem?

POSŁANIEC.

Nie więcej ojcem odemnie, lecz równym.

EDYP.

Skądby się ojciec z tym równał, co nie jest?

POSŁANIEC.

       1020 Przecież ni ja cię spłodziłem, ni tamten.

EDYP.

Więc po cóż wtedy on mienił mnie synem?

POSŁANIEC.

Wiedz, iż z rąk moich otrzymał cię w darze.

EDYP.

I z obcej ręki przyjąwszy, tak kochał?

POSŁANIEC.

Bezdzietność takie mu dała uczucia.

EDYP.

       1025 A tyś mnie kupił, czy znalazł przypadkiem?

POSŁANIEC.

Znalazłem w krętych Kiteronu jarach.

EDYP.

Jakże dostałeś się do tych ostępów?

POSŁANIEC.

Górskiemu bydłu za pastucha byłem.

EDYP.

Pastuchem byłeś wędrownym i płatnym?

POSŁANIEC.

       1030 I twym wybawcą natenczas, o synu.

EDYP.

A w jakiej ty mnie zeszedłeś potrzebie?

POSŁANIEC.

Stopy nóg twoich dać mogą świadectwo.

EDYP.

Biada mi, dawne wspominasz niedole.

POSŁANIEC.

Ja zdjąłem pęta z twoich stóp przebitych.

EDYP.

       1035 Z pieluch więc straszną wyniosłem ohydę?

POSŁANIEC.

Od nóg nabrzmiałych nadano ci imię.

EDYP.

Przebóg, mów, ojciec czy matka je nadał?

POSŁANIEC.

Nie wiem, wie lepiej ten, co mi cię zwierzył.

EDYP.

Nie sam mnie zszedłeś, lecz z innejś wziął ręki?

POSŁANIEC.

       1040 Nie sam, lecz inny cię wydał mi pastuch.

EDYP.

Któż on? Czy zdołasz go jeszcze oznaczyć?

POSŁANIEC.

Mówiono, że był u Laiosa w służbie.

EDYP.

W służbie u króla dawnego tej ziemi?

POSŁANIEC.

A jużci; pasał on Laiosa trzody.

EDYP.

       1045 Czy on przy życiu, czy mógłbym go widzieć?

POSŁANIEC.

Miejscowi ludzie to wiedzieć by mogli.

EDYP.

Czyż więc wśród ludzi, którzy tu obecni,
Zna kto człowieka, którego on wskazał,
Czy go nie widział czy w polach, czy w domu?
       1050 Mówcie, bo światła nadarza się pora.

CHÓR.

Nie znam innego krom sługi, którego
Wezwać już z poła kazałeś. Jokasta
Chyba najlepszej udzieli wskazówki.

EDYP.

Żono, czy znasz ty człowieka, za którym
       1055 Posłałem w pole, o którym ten prawi?

JOKASTA.

Cóż? kto mu w myśli? nie zważaj ty na to,
Słów tu mówionych nie pomnij na próżno.

EDYP.

Rzecz niepodobna, bym takie poszlaki
Dzierżąc, nie badał mego pochodzenia.

JOKASTA.

       1060 Jeśli, na bogów, życie tobie miłe,
Nie badaj tego; starczy mej katuszy.

EDYP.

Odwagi! nic ci nie ujmie, chociażbym
Z dziadów i ojców pochodził niewoli.

JOKASTA.

Jednak mnie słuchaj, błagam, nie czyń tego.

EDYP.

       1065 Zbytnia uległość nie zawrze mi prawdy.

JOKASTA.

Z serca najlepszą ci służę poradą.

EDYP.

Co zwiesz najlepszem, od dawna mnie dręczy.

JOKASTA.

Nieszczęsny, niechbyś nie wiedział, kim jesteś.

EDYP.

Czyż mi nie stawią wnet tego pastucha?
       1070 Ta — niech się cieszy świetnością swych przodków.

JOKASTA.

Biada, nieszczęsny, to jedno już słowo
Rzeknę, a głos ten już będzie ostatnim.

CHÓR.

Dla czegóż żona w tak dzikiej rozpaczy
Precz stąd wybiegła, Edypie? Strach zbiera,
       1075 Że jaka klęska w milczeniu się zerwie.

EDYP.

Niechaj się zrywa; ja jednak mojego
Dojdę początku, chociażby był marnym.
Tej pono, że jest wyniosłą niewiastą,
Mojej nędzoty powstydzić się przyjdzie.
       1080 Ja zaś, co synem szczęścia się być mienię
Dobrotliwego, nie doznam shańbienia.
Ono mi matką, a druhy miesiące
Dały mi szmaty i dały szkarłaty.
Wobec tej matki zmiany się nie boję,
       1085 Gdy poznam w pełni pochodzenie moje.

CHÓR.

       1086—1109 Jeśli to nie sen, nie złuda,
Jutro, gdy skała twa, o Kiteronie,
W pełni miesiąca zapłonie,
Wysławię cześć twą i cuda.
Zaśpiewam chwały pieśń wielką,
Zwąc cię Edypa matką, żywicielką.
Pląsem cię uczczę, iż byłeś ostoją mym panom,
A ty, Febie, zawtóruj i pieśni i tanom.

Jakaż bo ciebie zrodziła dziewica,
Czyś ty był ojcem, o Panie,

Czy też Apolla znęciły ją lica
Na szczytów cichej polanie?
Czy Bóg, co włada w Kyllenejskim jarze,
Lub Bakchus lśniący na wirchów gdzieś tronie
Od krasnych dziewic otrzymał cię w darze
Nimf w Helikonie?

EDYP.

       1110 Jeśli ja także, choć wprzód go nie znałem,
Zgadywać mogę, mniemałbym, o starcy,
Że ten, którego czekamy od dawna,
Pastuch się zjawił, bo wiek za tem mówi.
A zresztą w ludziach, którzy go prowadzą,
       1115 Widzę me sługi; osądzisz to łatwiej,
Boś znał człowieka przed dawnemi laty.

CHÓR.

On to, mój Panie, wśród domu Laiosa
Wiernym był sługą, jak mało kto inny.

EDYP.

Naprzód cię pytam, przychodniu z Koryntu,
       1120 Czyś tego mienił?

POSŁANIEC.

Tego, co tu stanął.

EDYP.

Starcze, patrz na mnie, i wręcz odpowiadaj,
Gdy spytam; byłeś ty sługą Laiosa?

SŁUGA.

Tak, byłem sługą domowym, nie kupnym.

EDYP.

Jakie tu miałeś zajęcia i służbę?

SŁUGA.

       1125 Najwięcej, panie, chodziłem za bydłem.

EDYP.

A w jakich miejscach miałeś twe szałasy?

SŁUGA.

Na Kiteronie i blizkich polanach.

EDYP.

Czyś widział kiedy tego tu człowieka?

SŁUGA.

Przy jakiej sprawie? Kogóż masz na myśli?

EDYP.

       1130 Tego tu, czyś ty z nim zadał się kiedy?

SŁUGA.

Na razie ciężko to sobie przypomnieć.

POSŁANIEC.

Nie dziw, o panie! ja wraz mu przypomnę
To, co zabaczył. Bo wiem to ja przecie,
Że on wie także, jakośmy trzy lata
       1135 W ciepłych miesiącach wyganiali trzody
Tu na Kiteron; gdy zima nastała,
Ja przepędzałem bydło do mych stajen,
On do Laiosa obory; no! mówże,
Czy tak się działo, czy zmyślam te rzeczy?

SŁUGA.

       1140 Będzie to prawda — choć temu już dawno.

POSŁANIEC.

Więc powiedz dalej, czy pomnisz, żeś dziecko
Oddał mi jakieś na pielęgnowanie?

SŁUGA.

Cóż to, po cóż mi pytanie to stawiasz?

POSŁANIEC.

Oto ten, kumie, co wtedy był dzieckiem.

SŁUGA.

       1145 Cóż ty, do licha, nie zamkniesz raz gęby?

EDYP.

Nie łaj go, stary, bo raczej twe słowa
Zgromić należy, nie jego przemowy.

SŁUGA.

W czemże ja, dobry panie, zawiniłem?

EDYP.

Że przeczysz dziecku, za którem on śledzi.

SŁUGA.

       1150 Plecie bo na wiatr, nie wiedzieć dlaczego.

EDYP.

Nie zeznasz z chęcią, to zeznasz pod batem.

SŁUGA.

Przebóg, nie smagaj, o panie, staruszka.

EDYP.

Niechaj mu ręce spętają na grzbiecie.

SŁUGA.

Za co? o biada! jakiej chcesz nowiny?

EDYP.

       1155 Czyś dał mu dziecię, o które się pyta?

SŁUGA.

Dałem; niechajbym dnia tego był zginął.

EDYP.

Przyjdzie do tego, gdy prawdy nie zeznasz.

SŁUGA.

Doszczętniej zginę, skoro ją wypowiem.

EDYP.

Człowiek ten szuka, jak widać, wykrętów.

SŁUGA.

       1160 O nie! toć rzekłem, iż dałem je dawno.

EDYP.

Skąd wziąłeś? z domu? czy dał ci je inny?

SŁUGA.

Mojem nie było, z innej wziąłem ręki.

EDYP.

Któż był tym mężem, z jakiego on domu?

SŁUGA.

Na Boga, panie, nie pytaj mnie więcej!

EDYP.

       1165 Zginąłeś, jeśli raz pytać nie dosyć.

SŁUGA.

A więc — z Laiosa to było pomiotu.

EDYP.

Czy z niewolnicy, czy ze krwi szlachetnej?

SŁUGA.

Biada, ma mowa tuż u grozy kresu.

EDYP.

I słuch mój również, lecz słuchać mi trzeba.

SŁUGA.

       1170 Zwano go synem jego; lecz twa żona
Najlepiej powie, jak rzeczy się miały.

EDYP.

Czy tedy ona oddała?

SŁUGA.

Tak panie.

EDYP.

W jakimże celu?

SŁUGA.

Bym zabił to dziecię.

EDYP.

Wyrodna matka!

SŁUGA.

Trwożył ją wróżby.

EDYP.

       1175 Jakie?

SŁUGA.

Że dziecko to ojca zabije.

EDYP.

Po cóż je tedy oddałeś tamtemu?

SŁUGA.

Z litości, panie, myślałem, że weźmie
Dziecię do kraju, skąd przybył; i otóż

On je zratował na zgubę, bo jeśli
       1180 Tyś owem dzieckiem, to jesteś nędzarzem.

EDYP.

Biada, już jawnem to, czegom pożądał,
O słońce, niechbym już cię nie oglądał!
Życie mam, skąd nie przystoi i żyłem,
Z kim nie przystało — a swoich zabiłem.

CHÓR.

       1185—1222 O śmiertelnych pokolenia!
Życie wasze, to cień cienia.
Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje
Nad to, co w sennych rojeniach uwije,
Aby potem z biegiem zdarzeń
Po snu chwili runąć z marzeń.
Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,
Jest mi jakby głosem żywym,
Bym żadnego śmiertelnika
Nie zwał już szczęśliwym.

Twe cięciwy miotły strzały
Gdzieś daleko za granice
Zwykłych szczęść i chwały.
Wróżą zmogłeś ty dziewicę
Ostrzem zbrojną szponów.
Żeś nam stanął jako wieża
Obronna od zgonów,
Uczcił w tobie lud rycerza
I wywyższył cię ku niebom,
Byś królem był Tebom.

A dziś kogo większa moc
Klęsk i złego gnębi?

Któż w czarniejszą runął noc
Do nieszczęścia głębi?
Edypa głowo wysławiona,
Jednej starczyło przystanie
Na syna, ojca kochanie
I jednego łona.
Jakoż cię mogły znosić do tej pory
W milczeniu ojca ugory?

Czas wszechwidny, ten odsłoni
Winy twojej brud,
Ślub nieślubny zemsta zgoni
Płodzących i płód.
O niechajbyś się Laiosa dziecię
Nigdy nie był zjawił,
Nie byłbym teraz rozpaczą, co miecie
Jęki, serc krwawił.
Tyżeś to kiedyś roztworzył me oczy
I dziś ty grążysz mnie w mroczy.

POSŁANIEC DOMOWY.

O wy, którzyście starszyzną tej ziemi,
Jakież będziecie wnet słyszeć i widzieć
       1225 Klęski i jakiej doznacie boleści,
Jeżeli trwacie w miłości tych domów.
Myślę, iż Istru, ni Fasisu Wody
Kałów nie zmyją, co kryją się w wnętrzu
Tego domostwa i wyjrzą na światło. —
       1230 Woli to dzieła. A najgorszą męką
Ta, którą człowiek własną ściągnie ręką.

CHÓR.

To już, co wiemy, dość daje żałoby
I dosyć jęków. Cóż nadto przynosisz?

POSŁANIEC.

By jednem słowem wyrzec i pouczyć.
       1235 Wiedzcie, że boska Jokasta nie żyje.

CHÓR.

O ta nieszczęsna! Jak ona zginęła?

POSŁANIEC.

Z własnej swej ręki. Co grozą w tym czynie,
To was oszczędzi, boście nie patrzeli.
Jednak, o ile rzecz w mojej pamięci,
       1240 Straszne niewiasty opowiem katusze.
Gdy bowiem w szale rozpaczy wkroczyła
W przedsionek, wbiegła prosto do łożnicy
Włosy targając obiema rękami,
A drzwi za sobą gwałtownie zawarłszy,
       1245 Cieniów zmarłego woła Laiosa,
Starych pamiętna miłości, od których
On zginął, matkę zostawiając na to,
Aby płodziła dalej z własnym płodem.
Jękła nad łożem, co dała nieszczęsnej
       1250 Męża po mężu i po dzieciach dzieci,
I jak wśród tego skończyła; już nie wiem.
Bo wyjąc Edyp wbiegł i od tej chwili
Już nie widziałem, co ona poczyna,
Lecz jego tylko śledziłem już ruchy.
       1255 Biegał on, od nas żądając oszczepu,
Wołał, gdzie żona, nie żona, gdzie rola
Dwoista, której był siewcą i siewem.
I szalonemu duch chyba to wskazał,
Nie żaden z ludzi, którzy tam obecni.
       1260 Więc z krzykiem strasznym, jakby za przewodem
Runął ku odrzwiom i wnet ze zawiasów

Wysadził bramę i wpadł do komnaty. —
A tam zoczymy niewiastę jak wisi
Chustą zdławiona. Edyp na ten widok
       1265 Z wyciem okropnem, nieszczęsny, rozplątał
Węzeł ofiary, a kiedy jej ciało
Zwisło na ziemię, zdwoiła się groza.
Bo sprzączki z szaty wyrwawszy złociste,
Któremi ona spinała swe suknie,
       1270 Wzniósł je i wraził w swych oczu źrenice,
Jęcząc: że dotąd wyście nie widziały,
Co ja cierpiałem i com ja popełnił,
Przeto na przyszłość w ciemności dojrzycie,
Czegobym nie chciał, co chcę, nie poznacie.
       1275 Wśród takich zaklęć, raz wraz on wymierza
Ciosy w powieki; wydarte źrenice
Zbarwiły lica, bo krew nie ściekała
Zrazu kroplami, lecz pełnym strumieniem
I z ran sączyła w dół czarna posoka.
       1280 To się z obojgu zerwało nieszczęście,
Nieszczęście wspólne mężowi i żonie. —
Była tu świetność zaprawdę świetnością
Za dni minionych, w dniu jednak dzisiejszym
Nastała groza, śmierć, hańba i jęki,
       1285 Nie brak niczego, co złem się nazywa.

CHÓR.

Cóż więc poczyna teraz ów nieszczęsny?

POSŁANIEC.

Krzyczy, by bramy rozwarto i Tebom
Wskazano tego, co ojca zmordował,
Co matkę — wstręt mi przytoczyć te słowa; —
       1290 Woła, że z kraju uchodząc pod klątwą

Tu nie zostanie, jak sam się zaklinał.
Lecz brak mu siły i brak przewodnika,
Bo złe zbyt ciężkie na niego runęło.
Wnet to ujrzycie, bo bram tych zawory
       1295 Się roztwierają, a stanie przed wzrokiem
Taki wam widok, że wróg by zapłakał.

CHÓR.

       1297—1368 O straszny los dla ludzkich ócz,
Straszniejszy cios od wszelkich klęsk,
Które widziałem na ziemi.
Jakiż wśród nędz nagarnął cię szał
I jakiż duch
Z nawałem burz
Do takiej zgrążył cię głębi?
Biada ci, biada, wymija cię wzrok
A chciałbym wiele się pytać,
Wiele się zwiedzieć i wiele rozważyć,
Lecz strach mną trzęsie i groza.

EDYP.

O biada mi, biada!
Nieszczęsny ja, do jakich ziem
Podążę? gdzież uleci głos?
O losie, w coś ty mnie powalił?

CHÓR.

W strasznego coś, co słyszeć, widzieć grozą.

EDYP.

O ciemnie,
Chmury, i straszne i czarne,
Tyłu klęskami ciężarne,
Biada mi!

Biada mi! — jakże porówno w niedoli
Rany i pamięć mych czynów mnie boli.

CHÓR.

Nie dziw, że pośród tak ogromnej męki
Podwójnie cierpisz, zdwojone ślesz jęki.

EDYP.

O przyjacielu!
Tyś jeden nie ustał w ochocie
By nieść ulgę mej ślepocie.
Nie uszło mi to! Bo chociaż mi ciemno,
Głos twój ja słyszę nademną.

CHÓR.

O straszny czynie! o straszny demonie,
Któryś mu w oczy pchnął dłonie!

EDYP.

Apollo, on to sprawił, przyjaciele.
On był przyczyną mej męce.
Na oczy, własne targnęły się ręce.
Bo cóż wzrok jeszcze użyczy
Temu, co widząc, nie dojrzy słodyczy.

CHÓR.

Tak, jako mówisz, się stało.

EDYP.

Któżby mnie witał, kto kochał w tem mieście,
Cóżby słuchowi ochłodę dawało?
O przyjaciele! co prędzej unieście
Precz mnie, bom ziemi zakałą,
I ściągnąłem do mych progów
Gniew i klątwę bogów.

CHÓR.

Klęska cię gnębi, świadomość cię mroczy,
Czemuż cię, czemu poznały me oczy?

EDYP.

O niechajby się ten nie był narodził,
Który mnie znalazł dzieckiem opuszczonem,
Życie zratował i z pęt oswobodził.
Czemużem wtedy mym zgonem
Sobie i miłym nie ujął niedoli?

CHÓR.

Po mojej także byłoby to woli.

EDYP.

Nie byłbym krwawych spełnił win,
Ni matki skalał sromu;
Dziś nędzny ja, wyrodny syn,
Zakałą jestem domu.
I wszelkie klęski i katusze
W głowę godzą, dręczą duszę.

CHÓR.

Żeś dobrze począł — nie śmiałbym ja wierzyć,
Żyć w takiej ciemni! O lepiej ci nie żyć.

EDYP.

Że nie najlepiej ja sobie począłem,
       1370 Nie praw mi tego i szczędź mi nauki. —
Bo jakim wzrokiem patrzałbym na ojca
Wstąpiwszy z ziemi do Hadu ogrojca,
Jakim na matkę? Spełniłem ja czyny.
Że żaden stryczek nie zmógłby tej winy.
       1375 A czyżby dziatki przy ojcowskim boku —

Skądkolwiek one — coś dały ochłody?
Nie dla mnie rozkosz takiego widoku!
Ni miasto, bogów świątynie i grody!
Bom ja najwyższą w Tebach dzierżąc chwałę,
       1380 Sam ich się zbawił, gdym miótł złorzeczenia,
By wygnać zbrodnię i bogów zakałę.
Choćby z Laiosa była pokolenia.
Czyżbym ja zdołał, takie hańby znamię
Dźwigając, podnieść ku dzieciom me czoło?
       1385 O nie! lecz raczej podniósłbym me ramię
Na słuch i ten bym zmiażdżył, by w około
Szczelnie odgrodzić nieszczęsne me ciało,
Aby i ucho odtąd nie słyszało;
I tak pozbawion i wzroku i słuchu,
       1390 Możebym wytchnął w nieświadomym duchu.
Czemuś mnie przyjął, szczycie Kiterona,
Czemuś nie zabił, by wśród twych pasterzy
Wieść gdzieś zamarła, z jakiego ja łona!
Polybie, moja rzekoma macierzy,
       1395 Koryncie, czemuż dla złego osłony
Mnie w pozłociste przybrano tam strzępy?
Dziś ja nieszczęsny, z nieszczęsnych zrodzony!
Troiste drogi i leśne ostępy,
Bory, rozbieżne wśród gęstwin wąwozy,
       1400 Co ojcobójczą posoką sączycie,
Czy wam wiadomem, czy dotąd pomnicie,
Co ja spełniłem i w jakie ja grozy
Zabrnąłem dalej? o śluby, o sromy!
Nas zrodziłyście, a potem posiewy
       1405 Brałyście od nas i jedne tu domy
Objęły matki i żony i dziewy
Z krwi jednej, ojców i braci i syny

I hańby bezdeń wśród ludzkiej rodziny.
Lecz że te wstydy aż w słowa jąć trudno,
       1410 Przebóg, ukryjcie mnie kędyś w oddali,
Zabijcie, albo w toń morza odludną
Strąćcie, bym nigdy nie wyjrzał już z fali.
Bierzcie mnie! niech się z was żaden nie wzdrygnie.
Dalej bez trwogi, bo takiej ohydy
       1415 Żaden śmiertelnik już po mnie nie dźwignie.

CHÓR.

Kiedy tak błagasz, właśnie w samą porę
Nadszedł tu Kreon, by działać i radzić,
Bo on po tobie tej ziemi jest stróżem.

EDYP.

Biada mi! Cóż ja do niego wyrzeknę?
       1420 Czyż on zawierzy? w ostatnich bo czasach
Srodze ja wobec niego zawiniłem.

KREON.

Nie by urągać przyszedłem, Edypie,
Nie by cię gromić za dawniejsze winy.
Lecz jeśli nie wstyd wam zwykłych śmiertelnych,
       1425 Baczcie przynajmiej na to wszechwidzące
Światło Heliosa, aby nie wystawiać
Na widok takiej ohydy; nie ścierpi
Jej ani ziemia, dżdże święte, ni słońce.
A więc zawrzyjcie go w domu co prędzej,
       1430 Bo tylko krewni mogą bez pochyby
Krwi swojej grozy i widzieć i słyszeć.

EDYP.

Na bogów, skoroś mą trwogę rozproszył
I dobrotliwie do złego się zwrócił,

Usłuchaj prośby, którą ci wypowiem,
       1435 Raczej na ciebie bacząc, niż na siebie.

KREON.

O co więc błagasz mnie z takim naciskiem?

EDYP.

Wyrzuć co żywo mnie z tej tu krainy
Tam, gdziebym żadnych nie spotykał ludzi.

KREON.

Byłbym to spełnił, wiesz dobrze, lecz wprzódy
       1440 Bóstwo chcę spytać, co czynić należy.

EDYP.

Lecz przecież tego wola już zjawiona:
Chce bezbożnego śmierci ojcobójcy.

KREON.

Taki był wyrok, lecz w dzisiejszej doli
Lepiej wybadać, co począć nam trzeba.

EDYP.

       1445 O mnie nędznego ty badać chcesz bogów?

KREON.

Bo i ty pono dasz teraz im wiarę.

EDYP.

I ja mą wolę ci zwierzę i zlecę,
Abyś pogrzebał Tę w domu jak zechcesz,
Bo tym, co twoi, nie ujmiesz posługi. —
       1450 Lecz mnie nie uznaj snać czasem ty godnym,
Bym żywy miasto ojczyste zamieszkał,
Lecz puść mnie w góry, kędy mój Kiteron
Wystrzela w nieba, gdzie moi rodzice

Żywemu niegdyś znaczyli mogiłę,
       1455 Bym przez tych zginął, co zgubić mnie chcieli.
Tyle wiem jednak, że ani choroba,
Ni co innego mnie zmoże, ni zwali.
Śmierć ja przeżyłem, by w grozie paść wielkiej.
Niech więc się moje spełnia przeznaczenie!
       1460 A z dzieci moich — o chłopców Kreonie
Nie troszcz się zbytnie; są oni mężami
I nie zabraknie im życia zasobów.
Lecz o biedaczki, sieroce dziewczęta,
Które siadały tu ze mną pospołu,
       1465 Z któremi, skoro wyciągły rączęta,
Każdą się strawą dzieliłem ze stołu,
O te się troskaj; pozwól je rękami
Objąć, rzewnemi opłakać je łzami.
Uczyń to, książę szlachetny!
       1470 Zrób to! Bo gdy je przytulę, ukoję,
Choć ich nie dojrzę, czuć będę, że moje
Cóż to?
Czyż mnie słuch zwodzi, na bogi, czy słyszę
Głos moich pieszczot, jak kwilą, czyż Kreon
       1475 Litośnie wezwał najdroższe me dzieci?
Czyż to nie złuda?

KREON.

O nie! zrobiłem po twojej ja woli
Wiedząc, co serce twe zwykło radować.

EDYP.

Niech ci się szczęści i z łaski niebiosów
       1480 Niechbyś tu lepszych, niż ja, zaznał losów.
O dziatki? gdzież wy? nie strońcie odemnie,
Niech was obejmę w miłosnym uścisku

W rękach, co oczy niegdyś pełne błysku
Ojca w tak czarne pogrążyły ciemnie.
       1485 Jam to bezwidny, bezwiedny z tej samej
Spłodził was roli, która mnie wydała.
Choć was nie widzę, zapłaczę nad wami,
Bo mi się roi wasza przyszłość cała,
Którą na świecie wam pędzić wypadnie:
       1490 Rzadki ten człowiek, co wsparcia użyczy,
Rzadką zabawa, w którejby się na dnie
Łez co nie kryło i nieco goryczy.
A gdy kochania zabłysną wam lata,
Któż się tu stawi z miłosną ochotą,
       1495 Podejmie hańbę, co groźną sromotą
Rodziców miażdży i dzieci przygniata?
Któż bo w straszniejszej ohydzie tu brodził?
Ojca morderca, on w łożu swej matki,
Z której ma życie i sam się narodził,
       1500 Waszym był ojcem, o nieszczęsne dziatki!
To wam w twarz rzucą. Więc któż wam swe serce
Odda? Któż pojmie? Któż w domu ugości?
Nikt! o nieszczęsne! w ciężkiej poniewierce
Żyć wam tu przyjdzie bez czci i miłości.
       1505 Synu Menoika! żeś ojcem ty jednym
Dla tych sierotek, nie żałuj zachodu,
Gdy nas im zbrakło, nie pozwól tym biednym
Tułać się samym wśród nędzy i głodu.
Nie zrównaj nigdy niedoli ich z moją,
       1510 Niech twe litości je przed tem osłonią,
Boś dla tych ofiar jedyną ostoją;
Przyrzeknij, poręcz to, książę, mi dłonią.
Gdyby nie wiek wasz, o dzieci, ni głosu,
Ni rad bym szczędził; dziś prośbą skończycie,

       1515 Bym żył, gdzie dadzą, a wam z ręki losu
Lepsze niż ojcu przypadło tu życie.

KREON.

Łez już dosyć, dość już żalu, wstępuj więc do wnętrza już

EDYP.

Słucham, choć mi to bolesnem.

KREON.

Wszystko ma swój kres i czas.

EDYP.

Wiesz ty, jaką mam nadzieję?

KREON.

Mów, bym poznał twoją myśl

EDYP.

       1520 Że mnie wyślesz stąd daleko.

KREON.

Co nastąpi, wskaże Bóg.

EDYP.

Lecz ja w bogów nienawiści.

KREON.

Toż osiągniesz, czego chcesz.

EDYP.

A więc zgoda?

KREON.

Co nie w myśli, tego w fałsz nie stroję słów.

EDYP.

A więc stąd mnie już uprowadź.

KREON.

Idź, lecz wprzódy dzieci puść.

EDYP.

Nie odrywaj ich odemnie.

KREON.

Nie chciej woli przeprzeć znów,
       1525 Bo cośprzedtem ty osiągnął, zniszczył dalszy życia bieg.

CHÓR.

O ojczystych Teb mieszkańcy, patrzcie teraz na Edypa,
Który słynne zgłębił tajnie i był z ludzi najprzedniejszym,
Z wyżyn swoich na nikogo ze zawiścią nie spoglądał,
W jakiej nędzy go odmętach srogie losy pogrążyły.
       1530 A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę,
Śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy,
Aż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sofokles i tłumacza: Kazimierz Morawski.