Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część II/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron


III
SIDŁA NA ŁOWCÓW.

W czasie, kiedy odbywają się zdarzenia tu opowiedziane, Sheridan nie było ani miastem, ani miasteczkiem, tylko świeżo założoną osadą robotników kolejowych. A więc spora ilość domów zbudowanych z kamienia, lepianek i baraków; budowle nędzne, nad drzwiami których widniały jednak najdumniejsze napisy; wreszcie kilka bardzo miłych mieszkań drewnianych, które każdej chwili można było rozebrać i złożyć zpowrotem na innem miejscu. Największy z tych budynków stał na wyniosłości i miał widoczną zdaleka wywieszkę: Charles Charoy, inżynier. Tam zajechali nasi dwaj znajomi i zsiedli przed drzwiami, obok których stał uwiązany koń, osiodłany i okiełzany na sposób indjański.
— Uff! — odezwał się Winnetou, patrząc na niego roziskrzonem okiem. — Ten koń wart dobrego jeźdźca. Należy z pewnością do tej bladej twarzy, która przejechała obok nas.
Zsiadłszy z koni, przywiązali je również. W pobliżu nie było nikogo z powodu wczesnej godziny. Drzwi jednak stały otwarte; weszli do środka. Naprzeciw nich wyszedł murzyn i zapytał, czego sobie życzą. Zanim jeszcze mogli odpowiedzieć, otwarły się zboku drzwi i ukazał się młody jeszcze biały, przypatrując się okiem zdumionem, lecz przyjaznem Apaczowi. Był to inżynier. Jego nazwisko, bronzowa cera i ciemne kręcone włosy, kazały się domyślać, że pochodzi ze stanów południowych, z rodziny pierwotnie francuskiej.
— Kogo szukacie tu o tak wczesnej porze, messurs? — zapytał, składając czerwonemu ukłon pełen szacunku.
— Szukamy inżyniera mr. Charoy, — odpowiedział ów biegłą angielszczyzną, przyczem nawet francuskie nazwisko wymówił zupełnie poprawnie.
— Well, ja nim jestem. Bądźcie tak uprzejmi i wejdźcie!
Cofnął się do pokoju tak, że dwaj przybysze mogli wejść za nim. Pokój był mały i skromnie urządzony. Przybory do pisania, leżące na meblach, pozwalały się domyślać, że to biuro inżyniera. Gospodarz przysunął gościom dwa krzesła i czekał z widocznem zaciekawieniem. Jankes usiadł zaraz, lecz Indjanin stał jeszcze uprzejmie, skinął na powitanie głową i począł:
— Jestem Winnetou, wódz Apaczów...
— Wiem o tem.
— Wiesz o tem? — zapytał czerwony. — Czy widziałeś mię kiedy?
— Nie, ale jest tu ktoś, kto cię zna i widział przez okno, jak zbliżaliście się. Jestem niezmiernie uradowany, że mam sposobność poznać słynnego Winnetou. Usiądź i powiedz, co cię do mnie sprowadza; potem poproszę cię, abyś był moim gościem.
Indjanin usiadł na krześle i odpowiedział:
— Czy znasz bladą twarz, która mieszka w Kinsley i nazywa się Bent Norton?
— Tak, bardzo dobrze. Ten człowiek jest moim zażyłym przyjacielem, — odparł zapytany.
— A czy znasz także bladą twarz Hellera, pisarza tamtego?
— Nie. Odkąd mój przyjaciel mieszka w Kinsley, nie odwiedzałem go jeszcze.
— Ten pisarz przyjdzie dziś do ciebie z jeszcze jednym białym, aby ci wręczyć list polecający od Nortona. Pierwszego umieścisz w swem biurze, a drugiemu dasz robotę. Te dwie blade twarze są mordercami! Jeśli będziesz rozumnie postępował, to dowiemy się, skoro się z tobą rozmówią, do jakiego celu zmierzają.
— Czy może chcą mnie zamordować? — zapytał Charoy, uśmiechając się z niedowierzaniem.
— Może! — potwierdził poważnie Winnetou. — I nie tylko ciebie, ale i innych. Uważam ich za trampów.
— Za trampów? — zapytał inżynier szybko. — Ach, to co innego. Właśnie dowiedziałem się, że banda trampów zmierza do Eagle-tail tutaj, aby nas obrabować. Te draby mają ochotę na naszą kasę.
— Od kogo się o tem dowiedziałeś?
— Od... no, lepiej będzie, jeśli nie wymienię nazwiska tego człowieka, lecz go sprowadzę.
Twarz jego jaśniała zadowoleniem, że może czerwonemu zgotować radosną niespodziankę; zaraz też otworzył drzwi do bocznego pokoju, z którego wyszedł Old Firehand. Jeśli inżynier myślał, że czerwony będzie się rozpływał w słowach zachwytu, to nie znał zwyczajów Indjan. Żaden czerwony wojownik w obecności drugiego człowieka nie da wpadającego w oczy wyrazu swej radości, czy boleści. To też, chociaż oczy Apacza zabłysły, pozostał jednak spokojny; podszedł ku myśliwemu i wyciągnął do niego rękę. Ten przyciągnął go do swej szerokiej piersi, ucałował w oba policzki i odezwał się głosem wzruszonym, w którym dźwięczała radość:
— Mój przyjacielu! mój kochany bracie! Jakże się ździwiłem i uradowałem, zobaczywszy cię, gdyś nadjechał i zsiadał z konia! Jakżeż długo nie widzieliśmy się!
Ja widziałem cię dziś o brzasku dnia, — odpowiedział Indjanin, — kiedy z tamtej strony rzeki przemknąłeś obok nas wśród mgły.
— I nie zawołałeś mnie?
— Mgła tak cię osłaniała, że nie mogłem dokładnie postaci rozpoznać, a ty przemknąłeś obok nas, jak burza po równinie.
— Musiałem prędko jechać, aby przybyć tu wcześniej, niż trampi. Również musiałem sam podjąć się tej jazdy, bo sprawa jest tak ważna, że nie mogłem jej nikomu innemu powierzyć. Nadciąga przeszło dwustu trampów.
— A więc się nie myliłem. Mordercy są szpiegami, idącymi przodem.
— Czy mogę się dowiedzieć, jak się ma sprawa z tymi ludźmi?
— Wódz Apaczów nie jest mężem języka, lecz czynu. Tu jednak stoi blada twarz, która wszystko dokładnie opowie.
Wskazał przytem na Hartleya, który przy wejściu Old Firehanda podniósł się z krzesła i jeszcze teraz przyglądał się z podziwem olbrzymowi. —
Kiedy wszyscy usiedli. Hartley opowiedział swe wczorajsze przeżycia, a potem Old Firehand przedstawił im, jak mógł najzwięźlej, swoje spotkanie z rudym kornelem na steamerze, u rafterów, a wreszcie na farmie Butlera. Teraz kazał sobie opisać herszta owych trzech drabów, tego, który zastrzelił pisarza. Kiedy jankesowi udało się możliwie wiernie opisać wygląd mordercy, odezwał się myśliwy:
— Założę się, że to był kornel. Włosy ufarbował sobie na ciemno. Prawdopodobnie wpadnie mi wreszcie w ręce!
— Wtedy zapłaci za wszystkie łajdactwa, — irytował się inżynier. — Przeszło dwustu trampów! Tożby dopiero było morderstw, pożogi i spustoszenia! Messurs, jesteście naszymi zbawcami i nie wiem, jak mam wam podziękować! Ten kornel musiał się w jakiś sposób dowiedzieć, że otrzymuję pieniądze dla całej linji, które potem rozdzielam do wypłaty między kolegów. Teraz, kiedy zostałem ostrzeżony, może przyjść ze swymi trampami! Będziemy czekać z bronią w ręku!
— Nie bądźcie zanadto pewni swego bezpieczeństwa, — ostrzegał Old Firehand. — Dwustu gotowych na wszystko drabów także coś znaczy!
— A niech będzie! Lecz ja mogę w przeciągu kilku godzin mieć tysiąc robotników kolejowych.
— Czy jednak dobrze uzbrojonych?
— Każdy ma jakąś broń. Z braku innej zastąpią ją noże, rydle i łopaty.
— Rydle i łopaty przeciw dwustu strzelbom? Toby sprowadziło taki rozlew krwi, że nie chciałbym za to odpowiadać.
— No, to z fortu Wallace przyślą mi chętnie około stu żołnierzy.
— Odwaga godna pochwały, sir; ale podstęp zawsze lepszy, niż przemoc. Jeślibym mógł nieprzyjaciela podstępem unieszkodliwić, dlaczego miałbym poświęcać życie tylu ludzi?
— O jakim podstępie myślicie, sir? Chętnie uczynię, co mi poradzicie. Wy jesteście zupełnie innym człowiekiem, niż ja, i gdybyście się zgodzili, jestem gotów natychmiast oddać wam dowództwo nad osadą i moimi ludźmi.
— Nie tak prędko, sir! Przedewszystkiem trampi nie powinni się domyślać, że zostaliście ostrzeżeni. Nie powinni wiedzieć o naszym pobycie tutaj. Czy macie jaką kryjówkę dla koni?
— Te mogę zaraz ukryć, sir. Szczęściem przybyliście tak wcześnie, że robotnicy was nie widzieli, bo szpiedzy mogliby się od nich o tem dowiedzieć. Mój murzyn, który jest chłopcem wiernym, zaraz ukryje konie i będzie miał o nie staranie.
— Dobrze, wydajcie mu odpowiedni rozkaz! A wy sami musicie wziąć na siebie tego master Hartleya. Użyczcie mu jakiego łóżka, aby się mógł położyć. Ale nikt nie powinien wiedzieć o jego obecności tutaj, nikt oprócz nas, murzyna i lekarza; lekarz chyba tu jest?
— Tak. Zaraz każę go zawołać.
Inżynier oddalił się z jankesem, który poszedł za nim bardzo chętnie, bo czuł się teraz znużonym. Kiedy po pewnym czasie powrócił, oznajmiając, że już zajęto się zarówno rannym, jak i końmi, rzekł Old Firehand:
— Chciałem uniknąć wszelkich narad w obecności tego szarlatana, bo mu nie dowierzam. W jego opowiadaniu jeden szczegół jest niejasny. Mam wrażenie, że wysłał on tego biednego pisarza rozmyślnie na śmierć, aby siebie samego ocalić. Z takimi ludźmi nie chcę mieć nic do czynienia.
— A więc przedstawicie nam jaki plan? — zapytał inżynier zaciekawiony.
— Nie. Plan możemy ułożyć dopiero wtedy, gdy poznamy zamiary trampów, a to nie nastąpi wcześniej aż nadejdą szpiedzy i rozmówią się z wami,
— Słusznie! Musimy więc uzbroić się na pewien czas w cierpliwość.
Teraz Winnetou podniósł rękę na znak, że jest innego zdania, i rzekł:
— Każdy wojownik może walczyć w dwojaki sposób; może sam zaatakować lub tylko bronić się. Winnetou, jeśli nie wie, czy i jak się bronić, to raczej sam atakuje. To jest sposób szybszy, pewniejszy, a także dzielniejszy.
— A więc mój czerwony brat nie chce nic wiedzieć o planie trampów? — zapytał Old Firehand.
— On go naturalnie pozna; ale dlaczego wódz Apaczów ma pozwolić się zmusić działać według ich planu, jeśli łatwo mu przyjdzie zmusić ich stosować się do jego planu?
— Ach, więc masz już jakiś plan?
— Tak. Te kreatury nie są wojownikami, z którymi można walczyć uczciwie, lecz wściekłemi psami, które należy kijami zabijać. Dlaczego miałbym czekać, aż taki pies mię ugryzie, gdy mogę przedtem zabić go uderzeniem kija lub zdusić w sidłach!
— Czy znasz takie sidła na trampów?
— Znam i zastawimy je. Te kujoty przyjdą tu, aby obrabować kasę. Jeśli kasa będzie tutaj, to oni przyjdą tu, jeśli gdzieindziej, to udadzą się gdzieindziej, a gdyby się znajdowała w wozie ognistym, to wsiądą do niego i pojadą na własną zgubę, nie wyrządzając najmniejszej szkody ludziom, mieszkającym tutaj.
— Ach! zaczynam pojmować! — zawołał Old Firehand. — Co za plan! Czy sądzisz, że powinniśmy tych drabów zwabić do pociągu?
— Tak. Winnetou nie rozumie się na koniach ognistych i nie umie niemi kierować. Podał on plan, a moi biali bracia niechaj nad nim pomyślą.
— Zwabić do pociągu? — zapytał inżynier. — Ale w jakim celu? Możemy przecież czekać tutaj i zniszczyć ich z zasadzki.
— Przyczem jednak wielu z nas będzie musiało zginąć! — odparł Old Firehand. — Jeśli natomiast wsiądą do pociągu, to możemy ich zawieźć na takie miejsce, gdzie zmusimy ich do poddania się, a sami nie poniesiemy żadnej szkody.
— Ależ, im wcale nie przyjdzie do głowy wsiadać!
— Wsiądą, jeśli ich zwabimy przy pomocy kasy.
— A więc mam wstawić kasę do pociągu?
Było to pytanie, jakiego trudno się było spodziewać po tym bystrego umysłu inżynierze. Winnetou zrobił lekceważący ruch ręką, a Old Firehand odpowiedział:
— A kto wymaga tego od was? Jedynie trampi muszą być przekonani, że pieniądze znajdują się w pociągu. Przyjmijcie szpiega jako pisarza i udajcie, że macie do niego wielkie zaufanie. Powiedzcie mu w tajemnicy, że tu zatrzymuje się pociąg, który wiezie wielką sumę pieniędzy. Wtedy przyjdą na pewno i wszyscy wcisną się do wagonów. Jeśli się tam znajdą, to sprawa pójdzie dobrze. Czy nie macie do rozporządzenia w tym celu jakiego pociągu?
— O, tyle wagonów, ile tylko chcecie! A odpowiedzialność za to wziąłbym też chętnie na siebie, gdybym tylko mógł mieć jaką taką pewność, że się zamiar uda. Ale zachodzi jeszcze jedna kwestja. Kto ma pociąg prowadzić? To pewne, że trampi zastrzelą maszynistę i palacza.
— Pshaw! Maszynista się zapewne znajdzie, a palaczom będę ja. Bliższe szczegóły potem omówimy. Przypuszczam, że trampi przyjdą jeszcze dziś do Eagle-tail, bo tam przedewszystkiem zmierzają. Możemy więc przyjąć, że figiel ten da się wykonać jutro w nocy. Wtedy należałoby wybrać miejsce, dokąd drabów zawieziemy. Miejsce takie wyszukamy jaszcze przed południem, bo szpiedzy przyjdą zapewne już po południu. Czy macie drezynę, sir?
— Naturalnie.
— Dobrze. To pojedziemy my dwaj. Winnetou jechać nie może; musi pozostać w ukryciu, bo jego obecność mogłaby zdradzić nasze zamiary. Również i mnie nie powinien nikt poznać; dlatego przywiozłem ze sobą stare ubranie płócienne.
Inżynier robił minę coraz bardziej zaambarasowaną, a wreszcie odezwał się:
— Sir, mówicie o tej sprawie, jakby to nie było niczem nadzwyczajnem. Mnie jednak nie wydaje się to tak łatwe i naturalne. Jak zawiadomimy o tem trampów? Jak skłonimy ich do tego, aby się wygodnie dla nas ustawili?
— Co za pytanie! Ów nowy pisarz podsłucha was, a co wy mu powiecie, doniesie potajemnie trampom jako zupełnie pewne.
— No, dobrze! Ale jeśli im wpadnie do głowy myśl, nie wsiadać do pociągu? Gdyby woleli zerwać gdzie szyny i spowodować wykolejenie?
— Temu możecie łatwo zapobiec, gdy powiecie pisarzowi, że przed każdym takim pociągiem, ze względu na wartość jego ładunku, idzie maszyna próbna. Wtedy zaniechają zrywania szyn. Jeśli mądrze weźmiecie się do sprawy, pójdzie wszystko gładko. Pisarza musicie tak zatrudnić i uprzejmością starać się go tak ująć, żeby nie opuścił domu, aż do udania się na spoczynek i żeby nie mógł z nikim rozmawiać. Potem wyznaczycie mu na piętrze izbę, któraby miała jedno okno. Płaski dach wznosi się nad niem tylko o pół łokcia; ja wyjdę na dach i będę słyszał każde wymówione słowo.
— Czy jesteście zdania, że będzie rozmawiał z kim z okna?
— Naturalnie. Jeden, ten tak zwany Heller, ma was śledzić, a drugi, co z nim przyjdzie, ma być pośrednikiem między nim a trampami. Z pewnością tak będzie i wnet się o tem przekonacie. Ten drugi zażąda także roboty, aby móc tutaj pozostać, ale nie obejmie jej zaraz pod jakimkolwiek pozorem, aby móc opuścić osadę według upodobania. Będzie próbował rozmówić się z pisarzem, by się czego dowiedzieć, a przed nocą nie będzie mógł się do niego dostać. O tej porze zaś będzie się kręcił koło domu; pisarz otworzy okno, a ja będę leżał na dachu, aby wszystko podsłuchać.
— Howgh! — potwierdził Indjanin. — Niech moi biali bracia poszukają teraz miejsca, gdzieby można pułapkę zastawić. Kiedy powrócą, ja wyślizgnę się stąd, aby nie siedzieć bezczynnie.
— Dokąd mój brat chce się udać?
—Winnetou jest wszędzie u siebie w domu, w lesie czy na prerji.
— Wódz Apaczów może mieć towarzyszy, jeśli zechce. Ja kazałem rafterom i myśliwym udać się na miejsce, leżące o godzinę jazdy poniżej Eagle-tail. Mają obserwować trampów. Z nimi jest również ciotka Droll.
— Uff! — zawołał Apacz, a jego poważna zwykle twarz przybrała wyraz wesołości. — Ciotka jest dzielną, odważną i mądrą bladą twarzą. Winnetou pójdzie do niej.
— Pięknie! Mój czerwony brat znajdzie tam jeszcze innych dzielnych mężów: Czarnego Toma, Humply-Billa i Gunstick-uncle’a; wszystko to ludzie, których imiona przynajmniej słyszał. Tymczasem jednak niech pójdzie do mojej izby i czeka, aż powrócimy,
Jeszcze przed przybyciem Apacza wyznaczył inżynier izdebkę Old Firehandowi, który udał się tam teraz z Winnetou, aby zwracający powszechną uwagę strój myśliwego zamienić na inny. — Wkrótce drezyna stała w pogotowiu. Old Firehand zajął wraz z inżynierem przednie siedzenia, a dwu robotników stanęło przy drążku, poruszającym koła. Po chwili drezyna toczyła się poprzez osadę, w której teraz widać było wszędzie pracujących, a potem wyjechała na tor, biegnący aż do Kit Karson. —
Tymczasem Apacz urządził się wygodnie i nie tracił sposobności przespania się chociaż przez czas krótki. Inżynier, po powrocie, obudził go. Dowiedziawszy się, że Old Firehand znalazł odpowiednie miejsce, skinął zadowolony:
— To dobrze! Te psy będą drżeć z trwogi i wyć ze strachu. Winnetou pojedzie teraz do ciotki Droll i powie jej i rafterom, by byli wpogotowiu.
Po tych słowach wymknął się z domu do kryjówki, gdzie stały konie. —
Zaledwie minęła południowa przerwa w pracy, gdy ujrzano dwu jeźdźców, zbliżających się powoli od strony rzeki. Z opisu, podanego przez jankesa, nie było wątpliwości, że są to oczekiwani. Zbudzono Harleya, a ten poznał ich z całą pewnością. Teraz udał się Old Firehand do izby, leżącej obok biura, aby przez uchylone drzwi przysłuchać się rozmowie.
Inżynier znajdował się w swym pokoju, kiedy owi dwaj ludzie weszli. Pozdrowili go grzecznie, a potem jeden wręczył mu list polecający, nie mówiąc początkowo nic o powodach swego przybycia. Inżynier przeczytał list.
— Byliście zajęci u mego przyjaciela Nortona? Jak mu się powodzi? — spytał.
Nastąpiły zwykłe w takich okolicznościach pytania i odpowiedzi. Zagadnięty o powód, jaki go wygnał z Kinsley, przybyły opowiedział jakąś bardzo żałosną historję, która wprawdzie zgadzała się z treścią listu, lecz którą jednak sam sobie wymyślił. Urzędnik wysłuchał go uważnie.
— Wasze smutne dzieje rzeczywiście wzbudzają we mnie współczucie, zwłaszcza, że, jak widzę z listu, posiadaliście życzliwość i zaufanie Nortona. Dlatego prośba jego o zajęcie was u mnie, nie będzie daremna. Wprawdzie mam już pisarza, ale od dłuższego czasu poszukuję człowieka, któremu mógłbym powierzyć listy ważne i wymagające zaufania. Czy mogę was do tego użyć?
— Sir! — odpowiedział z radością rzekomy Heller. — Spróbujcie! Jestem pewny, że będziecie ze mnie zadowoleni.
— Well! Spróbujemy. O wynagrodzeniu nie będziemy jeszcze teraz mówić; muszę was najpierw poznać, a to się stanie w ciągu kilku dni. Im będziecie zręczniejsi, tem lepiej was opłacę. Teraz jestem bardzo zajęty. Rozejrzcie się tymczasem po osadzie i wróćcie około godziny piątej. Będziecie mieszkać u mnie w domu i jeść przy moim stole, musicie się więc zastosować do porządku, jaki jest u mnie. Nie życzę sobie, byście się zadawali ze zwykłymi robotnikami. Punktualnie o dziesiątej zamyka się drzwi!
— To bardzo dobrze, sir, bo tak właśnie zawsze dotychczas żyłem. A teraz jeszcze jedna prośba, która dotyczy mojego towarzysza podróży. Czy nie mielibyście przypadkiem dla niego roboty?
— Jakiej roboty?
— Jakiejkolwiek, — odpowiedział drugi skromnie. — Cieszyłbym się, gdybym wogóle znalazł jakie zajęcie.
— Jak się nazywacie?
— Dugby. Spotkałem master Hellera po drodze i przyłączyłem się do niego, słysząc, że tu pracują koło kolei.
— A czem byliście dotychczas, mr. Dugby?
— Byłem dłuższy czas cowboyem [1] na farmie po tamtej stronie w okolicy Las Animas. To było życie próżniacze, jakiego nie mogłem dalej prowadzić, i odszedłem. Nadomiar w ostatnim dniu wdałem się w kłótnię z innym boyem, brutalem, który zranił mię nożem w rękę. Rana nie jest jeszcze zupełnie zagojona, spodziewam się jednak, że za dwa, lub trzy dni będę mógł użyć ręki do pracy, jeśli mi jaką zechcecie dać.
— Dobrze. Pracę możecie otrzymać każdej chwili. Pozostańcie więc tutaj i leczcie rękę, a gdy będzie zdrowa, zgłoście się. Teraz możecie odejść.
Kiedy opuścili biuro, inżynier udał się do Old Firehanda i powiedział:
— Mieliście zupełną słuszność, sir! Ten Dugby postarał się, aby nie musiał pracować, lecz by miał czas pójść do Eagle-tail. Ma rękę obandażowaną.
— Naturalnie jest zupełnie zdrowa. Dlaczego zamówiliście pisarza dopiero na godzinę piątą?
— Bo mam go zająć do czasu, aż pójdzie spać. Toby znużyło jego i mnie, a jemu mogłoby wydać się dziwnem, gdyby to trwało za długo.
— Bardzo słusznie. Do godziny dziesiątej brak jeszcze pełnych pięciu godzin. —
Tak więc pierwsza część przygotowań została ukończona; do drugiej można było przejść dopiero podsłuchawszy rozmowę obu trampów. Do tej chwili pozostawało jeszcze dużo czasu, który Old Firehand obrócił na spoczynek. Kiedy się obudził, było prawie ciemno; murzyn przyniósł mu wieczerzę. Koło godziny dziesiątej przyszedł inżynier z wiadomością, że pisarz dawno już zjadł kolację i teraz uda się do swego pokoju.
Old Firehand wyszedł więc na piętro, skąd czworokątne drzwi prowadziły na dach. Tam położył się i poczołgał ku krawędzi w to miejsce, gdzie było umieszczone odpowiednie okno.
Przez pewien czas leżał spokojnie, czekając, aż wreszcie usłyszał, że na dole otworzono drzwi. Do okna zbliżyły się czyjeś kroki, a blask światła padł przez nie na pole. Dach składał się z warstwy cienkich desek i przybitej do nich blachy cynkowej. Old Firehand słyszał pod sobą kroki pisarza, lecz i ten mógł łatwo usłyszeć jego poruszenia; należało zatem zachować wielką ostrożność.
Myśliwy natężył wzrok, chcąc przebić ciemności nocy, i udało mu się. W pobliżu smugi światła, padającego z okna, stała jakaś postać. Potem zabrzęczało okno, widocznie otwierane.
— Ośle! — odezwał się z gniewem cichy szept — Usuń przecież lampę; światło pada wprost na mnie!
— Tyś sam osioł! — odpowiedział pisarz. — Dlaczego przychodzisz już teraz? W domu jeszcze nie śpią. Przyjdź za godzinę!
— Dobrze! Ale powiedz przynajmniej, czy masz jakie wiadomości!
— I to jakie!
— Dobre?
— Nadzwyczajne! — O wiele, wiele lepsze, niż mogliśmy się spodziewać. Ale idź teraz, bo mógłby cię kto zobaczyć.
Okno zostało zamknięte, a postać zniknęła z pod domu. Teraz Old Firehand był zmuszony czekać jeszcze godzinę, i to bez ruchu, Czas mijał powoli, Wdole po domach i chatach płonęły światła, ale tu wgórze dookoła mieszkania inżyniera wszystko pogrążone było w głębokich ciemnościach. Wreszcie Old Firehand usłyszał, że otworzono okno; lampa już nie świeciła. To pisarz oczekiwał swego wspólnika. Niezadługo dało się słyszeć ciche skrzypnięcie podłogi, po której ktoś stąpał.
— Dugby! — szepnął pisarz z okna.
— Jestem, — odpowiedział wołany.
— Gdzie jesteś? Nie widzę.
— Tuż przy ścianie, prosto pod twojem oknem.
— Czy wszędzie w domu ciemno?
— Wszędzie. Obszedłem dom dwa razy dokoła. Nikt już nie czuwa. Czy masz mi co powiedzieć?
— Że nic nie będzie z tutejszą kasą. Tu mają pieniądze do wypłaty tylko za czternaście dni, a właśnie wczoraj był dzień wypłat. Musielibyśmy czekać całe dwa tygodnie, a to przecież niemożliwe. W kasie niema nawet trzystu dolarów; gra nie warta świeczki.
— I to nazwałeś przedtem znakomitą i wspaniałą wiadomością?
— Milcz! Z tutejszej kasy nie będzie wprawdzie nic, ale jutro w nocy będzie przechodził tędy pociąg z przeszło czterystoma tysiącami dolarów.
— Niedorzeczność!
— Nie! To prawda! Przekonałem się o tem na własne oczy. Pociąg przyjdzie z Kanzas City i odejdzie do Kit Karsen, gdzie pieniędzy mają użyć dla nowej linji. Czytałem list i depeszę o tem. Ten głupi inżynier ma do mnie zaufanie, jak do siebie samego.
— Co nam to pomoże! Pociąg przecież tylko przejedzie tędy!
— Głupcze! Zatrzymuje się na całe pięć minut
— Do pioruna!
— A ja i ty staniemy na lokomotywie!
— Do wszystkich djabłów! Chyba bredzisz?
— Ani mi się śni! Pociąg ma objąć w Carlyle osobny urzędnik; ten człowiek przyjedzie na lokomotywie aż tutaj, a potem pojedzie nawet do Wallace, aby tam oddać ładunek.
— A tym nadzwyczajnym urzędnikiem masz być właśnie ty?
— Tak! A ty masz, a raczej możesz jechać ze mną. Inżynier pozwolił mi wyszukać sobie drugiego człowieka, któryby ze mną pojechał, a kiedy go zapytałem, kogoby mi proponował, odpowiedział, że mi nie stawia żadnych ograniczeń. Rozumie się więc samo przez się, że wybiorę ciebie.
— Czy tak prędkie i wielkie zaufanie nie wydaje ci się podejrzanem?
— Właściwie tak. Ale wszystko wskazuje na to, że potrzebuje on człowieka zaufanego, a nigdy takiego nie miał. Ów słynny list polecający pomógł mi naturalnie także dużo. A przytem to tak prędkie zaufanie nie wydaje mi się tak bardzo zastanawiającem, bo jest przytem pewne „ale“. To zlecenie nie jest tak całkiem bezpieczne.
— Ach! To uspakaja mię całkowicie! Czy może tor niedbale zbudowany?
— Nie, chociaż tor jest właściwie tylko tymczasowy, jak to widziałem z ksiąg i planów. Ale możesz się chyba domyśleć, że przy tak wielkiej a nowej linji niema dostatecznej liczby wypróbowanych urzędników. Są tu maszyniści, których jeszcze się nie zna, a jako palacze zgłaszają się ludzie, o podejrzanem pochodzeniu i wyglądzie. Wyobraź sobie teraz, że taki maszynista i palacz prowadzą pociąg, wiozący prawie pół miljona dolarów. Gdyby ci dwaj ludzie porozumieli się, mogliby pociąg zatrzymać gdziekolwiek na linji i ulotnić się z pieniędzmi. Dlatego musi dozorować nad nimi urzędnik, a ponieważ tamtych jest dwu, więc ten ostatni może dobrać jeszcze pomocnika. Zrozumiałeś? Jest to pewnego rodzaju rola policjanta. Każdy z nas dwu, i ty i ja, będzie mieć w kieszeni naładowany rewolwer, ażeby zastrzelić natychmiast tych drabów, gdyby tylko zdradzili jakie zbrodnicze zamiary.
— A to komedja! My i pilnowanie pieniędzy! Zmusimy po drodze drabów do zatrzymania się i zabierzemy dolary.
— Tak się nie uda, bo oprócz maszynisty i palacza będzie jeszcze konduktor i urzędnik kasowy z Kanzas City, który powiezie pieniądze w kufrze, a obaj będą dobrze uzbrojeni. Gdyby nawet udało się nam palacza i maszynistę zmusić do zatrzymania pociągu, to ci dwaj nabraliby zaraz podejrzenia i broniliby się w wagonie. Nie, musimy się do tego zabrać w zupełnie inny sposób. Musimy napaść na pociąg z przeważającemi siłami i to w takiem miejscu, gdzie nie można się czegoś podobnego spodziewać, a więc tutaj.
— I myślisz, że się to uda?
— Naturalnie! Niema o to najmniejszej obawy i żadnemu z nas nie spadnie włos z głowy. Jestem tak pewny tego, że cię wyślę już teraz z wiadomością dla kornela.
— Niesposób jechać w tych mrokach; nie znam okolicy.
— Więc zaczekaj do rana; będzie to najwyższy czas, bo do południa muszę mieć wiadomość. Popędzaj konia, choćby miał paść.
— A co mam powiedzieć?
— To, coś ode mnie słyszał. Pociąg nadejdzie punktualnie o godzinie trzeciej w nocy. My dwaj wsiądziemy na lokomotywę, a skoro pociąg się zatrzyma, weźmiemy maszynistę i palacza na siebie. W razie potrzeby zastrzelimy ich. Kornel musi potajemnie stanąć z naszymi ludźmi przy torze i natychmiast wsiąść do wagonów. Przy takiej przemocy, czuwający ewentualnie mieszkańcy Sheridanu i tych trzech, czy czterech urzędników, z którymi będziemy mieli do czynienia, tak osłupieją, że zbraknie im czasu do obrony.
— Hm, plan jest niezły. Straszna to suma. Gdyby każdy z nas otrzymał równą część, to wypadłoby na człowieka dwa tysiące dolarów. Spodziewam się, że kornel przystanie na twoją propozycję. W jaki sposób dać ci odpowiedź?
— To jest sprawa kłopotliwa! Musimy unikać osobistego spotkania. Nie wiem również, czy znajdziemy do tego odpowiednią, a nie zwracającą uwagi sposobność. Musisz mię zawiadomić listownie.
— Czy nie to właśnie może nas zdradzić? Jeśli ci przyślę posłańca...
— Posłańca? A któż mówi o tem? — przerwał pisarz. — Toby było największą głupotą, jakiej moglibyśmy się dopuścić. Nie wiem jeszcze, czy uda mi się wyjść z domu, musisz mi więc wszystko napisać, a kartkę ukryć zupełnie blisko.
— A gdzie?
— Hm, trzeba obrać miejsce, do którego mógłbym się dostać, nie zwracając na siebie uwagi i nie tracąc dużo czasu. Wiem, że przed południem będę musiał porządnie pracować; trzeba wypełnić długie listy wypłat, jak mi mówił inżynier. W każdym razie znajdę może czas, aby wyjść przynajmniej do drzwi domu. Tuż obok nich stoi beczka na deszczówkę, za którą możesz ukryć kartkę. Jeśli przyciśniesz kamieniem, to nikt niepowołany jej nie znajdzie.
— Ale jak się dowiesz, że kartka leży w tem miejscu? Przecież nie możesz zbyt często chodzić do beczki.
— I to się da zrobić. Muszę ci przecież powiedzieć, sam lub przez kogoś, że masz ze mną wsiąść na pociąg, wiozący pieniądze. Wnet po popołudniu każę cię szukać. Wtedy przyjdziesz, aby się dowiedzieć, czego chcę od ciebie. Przytem ukryjesz kartkę, a ja będę wiedział, że jest ona w oznaczonem miejscu. Czy zgadzasz się na to?
— Tak!
— A śpiesz się w drodze! No, dobranoc!
Tamten, odpowiedziawszy na to życzenie, czmychnął. Okno cicho zamknięto. Old Firehand leżał jeszcze chwilę na dachu, potem ostrożnie posunął się ku klapie prowadzącej nadół. Inżynier czuwał. Myśliwy opowiedział mu wszystko, co słyszał, wyrażając przekonanie ze sprawa pójdzie zamierzonym torem. —
Nazajutrz Old Firehand obudził się wcześnie, przyzwyczajonemu do czynu i ruchu, niełatwo był siedzieć w izbie, w ukryciu; jednakże musiał się z tem pogodzić. Była może godzina jedenasta, gdy przyszedł do niego inżynier; opowiadał, jak pisarz zapamiętale przykłada się do wyznaczonej mu pracy, ile zadaje sobie trudu, aby uchodzić za porządnego urzędnika. — W tej chwili Old Firehand zobaczył małego, garbatego i człowieka, idącego wgórę; odziany był w strój myśliwca; przez ramię miał przewieszony długi karabin.
— Humply-Bill! — zawołał zaskoczony westman i dodał tonem objaśnienia: — Ten człowiek należy do mojej gromadki. Musiała zajść jakaś niespodzianka, inaczej byśmy nie zobaczyli go tutaj. Mam nadzieję, że nic złego. Wie, że jestem niejako „incognito“, więc nie będzie pytał o mnie, tylko o was. Czy zechcecie go tu wprowadzić, sir?
Inżynier wyszedł; w tej samej chwili Bill przestąpił próg domu.
— Sir! — odezwał się do inżyniera. — Przeczytałem na tablicy, że tu mieszka inżynier. Czy mogę się widzieć z tym master?
— To ja sam. Wejdźcie! — Po tych słowach zaprowadził go do izby Old Firehanda, który przyjął małego pytaniem, czemu przybył do Sheridanu wbrew poprzedniej umowie.
— Nie obawiajcie się, sir; nic złego. Wybrano mnie, abym wam zaniósł wiadomość. Jechałem ostro, trzymają się ciągle toru kolejowego, gdzie naturalnie trampi się nie pokażą; nie spostrzegli mię przeto. Konia ukryłem w lesie, a sam przemyciłem się tak, by mię tutejsi ludzie nie mogli zobaczyć.
— Dobrze, — skinął Old Firehand. — Cóż się więc stało?
— Wczoraj pod wieczór przyszedł do nas, jak zapewne wiecie, Winnetou, ku niezmiernej radości ciotki; inni byli także dumni, że mogą widzieć tego człowieka u siebie. Na obóz wybraliśmy miejsce, któregoby żaden z tych drabów nie odkrył. Cóż jednak zdoła ujść oczom Winnetou? Zaraz nas znalazł! Na krótko przed swem przybyciem wyszpiegował również obozowisko trampów, a gdy się zupełnie ściemniło, udał się tam, aby ich obserwować, a może podsłuchać. Kiedy do wschodu słońca, a nawet przez kilka godzin dnia, jeszcze nie wrócił, zaczęliśmy się o niego obawiać; ale to było zbyteczne; nic mu się nie stało; owszem, w biały dzień podkradł się tak daleko do trampów, że mógł zrozumieć ich rozmowę! Zresztą nie była to wcale rozmowa, ale raczej wrzaski. Przyszedł z Sheridanu posłaniec, a wiadomość, jaką przyniósł, wyprowadziła całą bandę z równowagi.
— Aha, Dugby!
— Tak, Dugby! Tak się ten drab nazywał. — Opowiadał, że pociąg ma przywieźć pół miljona dolarów.
— To prawda!
— Tak! Apacz mówił o tem także. To więc jest pułapka, w którą chcecie tych łajdaków wciągnąć? Dugby powiedział trampom tylko to, czego się od was dowiedział.
— I to leżało w naszym planie.
— Ale musicie też wiedzieć, co oni postanowią?
— Naturalnie! W tym celu poczyniliśmy przygotowania, aby wnet po powrocie Dugby’ego dowiedzieć się o tem.
— To już zbyteczne. Winnetou wszystko podsłuchał. Łajdaki z radości tak głośno krzyczeli, że słychać ich było na milę. — Dugby ma kiepskiego konia, będzie więc mógł przybyć dopiero po południu. Dlatego było bardzo przezornie ze strony Winnetou, że wysłał mię do was. — Mianowicie trampi zgodzili się zaraz na plan pisarza, zmieniając w nim tylko jeden punkt.
— Jaki?
— Miejsce, gdzie napad ma nastąpić. Ponieważ tu w Sheridanie mieszka wielu robotników, a taki pociąg specjalny obudzi w każdym razie zainteresowanie, więc trampi obawiają się, że bardzo wielu robotników opuści obóz, aby przyjrzeć się pociągowi. To mogłoby wywołać niespodziewany opór, a te draby pragną wprawdzie pieniędzy, ale nie chcą wzamian narażać swej skóry. Dlatego pisarz ma pozwolić, aby pociąg wyruszył z Sheridanu, a wnet potem zmusić maszynistę i palacza do zatrzymania się w otwartem polu.
— Czy oznaczono jakie miejsce?
— Nie, ale trampi chcą zapalić na torze ognisko, koło którego lokomotywa ma się zatrzymać. Gdyby maszynista i palacz nie chcieli usłuchać, mają ich zastrzelić. Czy może ta zmiana jest wam niemiła, sir?
— Nie, wcale nie, bo przez to unikniemy niebezpieczeństwa, z którem w każdym bądź razie należało się liczyć. Mogło przyjść do walki między tutejszymi robotnikami i trampami. Nie będziemy musieli również udawać się z obu szpiegami do Carlyle. Teraz wogóle nie potrzebujemy ich dalej zwodzić. Czy Winnetou powiedział wam, gdzie macie się ustawić?
— Tak, przed tunelem, który zaczyna się po tamtej stronie mostu.
— Słusznie! Ale macie się trzymać w ukryciu, aż pociąg wjedzie do niego. Reszta zależeć będzie od okoliczności. —
Teraz wiedziano już, jak sprawa stoi, i można było porobić przygotowania. Puszczono w ruch druty telegraficzne do Carlyle, aby zestawiono pociąg, a do Fort Wallace z prośbą o żołnierzy. Tymczasem Humply-Bill, podjadłszy, sobie, oddalił się równie niepostrzeżenie, jak przyszedł. —
Około południa nadeszły z obu wymienionych stacyj wiadomości, że zarządzenia zostaną wykonane. Niema! w dwie godziny później zobaczono, że nadchodzi Dugby, którego rzekomy Heller wezwał do siebie przez posłańca. Old Firehand siedział z inżynierem w jego izbie, obserwując niewidocznie trampa, który gmerał koło deszczówki.
— Przyjmijcie go w biurze, — odezwał się Old Firehand — i rozmawiajcie z nim tak długo, aż ja przyjdę. Chcę przeczytać kartkę.
Inżynier udał się do swej pracowni, a skoro tylko wpuszczono Dugby’ego, Old Firehand wyszedł za drzwi domu; rzuciwszy okiem na beczkę, ujrzał tam kamień, podniósł go i znalazł oczekiwany papier; rozwinął więc i przeczytał słowa, skreślone ręką kornela. Treść listu zgadzała się dokładnie z doniesieniem Humply-Billa. Myśliwy włożył papier zpowrotem pod kamień i wszedł następnie do biura, gdzie Dugby stał przed inżynierem w postawie pełnej uszanowania. Tramp nie poznał myśliwego, odzianego w płócienne ubranie, i dlatego zląkł się niemało, kiedy ten położył mu rękę na ramieniu i zapytał groźnie:
— Czy wiecie, master Dugby, kim ja jestem?
— Nie, — brzmiała odpowiedź przerażonego.
— To mieliście chyba oczy zamknięte pod farmą Butlera. Jestem Old Firehand.
Wyciągnął przytem trampowi nóż z za pasa i rewolwer z kieszeni, a tramp przestraszony nie uczynił żadnego ruchu, aby mu w tem przeszkodzić. Potem myśliwy zwrócił się do inżyniera:
— Proszę was, sir, idźcie na górę do pisarza i powiedzcie mu, że Dugby był; ale nic więcej. Potem powrócicie tutaj.
Urzędnik oddalił się, a Old Firehand posadził trampa przemocą na krześle i przywiązał go do poręczy silnym sznurem, leżącym na biurku.
— Sir, — odezwał się drab, który teraz dopiero ochłonął ze strachu, — skąd to postępowanie? Dlaczego mię wiążecie? Ja was nie znam!
— Milcz teraz! — krzyknął westman, chwytając za rewolwer. — Jeśli się jeszcze raz odezwiesz bez pozwolenia, wpakuję ci kulę w łeb.
Ten zbladł jak trup i odtąd nie odważył się otworzyć ust więcej. — W tej chwili wszedł znowu inżynier. Old Firehand skinął na niego, aby pozostał przy drzwiach, i sam stanął przy oknie, jednakże tak, że go z zewnątrz nie można było dojrzeć. Był przekonany, że ciekawość nie pozwoli pisarzowi pozostać długo w pokoju. Nie minęło też ani dwu minut, kiedy ujrzał jakąś rękę, sięgającą poza beczkę; właściciela tej ręki nie było widać, bo stał tuż przy drzwiach. Firehand skinął na inżyniera, a ten otworzył szybko drzwi, właśnie w tej chwili, kiedy pisarz chciał się obok nich przesunąć.
— Master Heller, czy nie zechcecie wejść? — zapytał.
Zagadnięty trzymał jeszcze papier w ręce, schował go więc szybko i posłuchał skierowanego do niego wezwania z widocznem zakłopotaniem. Jakąż dopiero zrobił minę, kiedy ujrzał towarzysza przywiązanego do krzesła! Jednakże szybko zapanował nad sobą i rzeczywiście udało mu się przybrać minę dość swobodną.
— Co to za papier schowaliście do kieszeni? — zapytał Old Firehand.
— To stara tutka, — odpowiedział tramp.
— Tak? Pokażcie-no ją!
Pisarz spojrzał na niego zdumiony i odpowiedział:
— Co wam strzeliło do głowy, aby mi wydawać tak niepojęty rozkaz? Kim wy jesteście? Ja was nie znam.
— Znacie go dobrze! — wtrącił inżynier. — To Old Firehand.
— Old Fi......! — krzyknął niemal tramp. Dwie ostatnie zgłoski nie mogły mu z przestrachu przejść przez gardło. Szeroko otwarte oczy utkwił nieruchomo w westmana.
— Nie spodziewaliście mnie się tutaj, co? — A co się tyczy zawartości waszej kieszeni, to mam do niej chyba więcej prawa, niż wy sami. Pokażcie-no tu!
Firehand zabrał trampowi, który się nie odważył opierać, najpierw nóż, następnie naładowany rewolwer, wreszcie kartkę.
— Sir, — zapytał pisarz z uporem, — jakiem prawem czynicie to?
— Po pierwsze prawem silniejszego i uczciwego, a po drugie mr. Charoy, będący w osadzie władzą policyjną, udzielił mi pozwolenia zastąpienia go w tej sprawie.
— W jakiej sprawie? To, co noszę przy sobie, jest moją własnością. Nie uczyniłem nic przeciwnego prawu i muszę bezwarunkowo wiedzieć, z jakiego powodu obchodzicie się ze mną jak ze złodziejem!
— Jak ze złodziejem? Pshaw! Byłoby to szczęściem dla was! Idzie tu nie tylko o kradzież, ale po pierwsze o morderstwo, a po drugie o coś gorszego, niż zwykłe morderstwo, bo o napad i obrabowanie pociągu, przytłum prawdopodobnie niejeden człowiek straci życie. Należycie do trampów, którzy przy Osage-nook napadli na Osagów, potem targnęli się na farmę Butlera, a teraz chcą z pociągu zrabować pół miljona dolarów.
Widać było po obu trampach, jak wielki ogarnął ich lęk, jednak wrzekomy Heller opanował się i odpowiedział tonem człowieka zupełnie niewinnego:
— Nic o tem wszystkiem nie wiem!
— A przecież tylko w tym celu przyszliście tutaj, aby szpiegować, a potem zawiadomić o wszystkiem swych wspólników!
— Ja? Ja nie wyszedłem ani na chwilę z tego domu!
— Całkiem słusznie, ale wasz towarzysz był posłańcem. — O czem to rozmawialiście wczoraj wieczorem przez otwarte okno? Leżałem nad wami na dachu i słyszałem każde słowo. Ta kartka zawiera odpowiedź, przesłaną wam przez rudego kornela. Trampi obozują wgórze przy Eagle-tail; mają tej nocy przejść przez rzekę, rozłożyć się poza Sheridanem przy torze i rozpalić ognisko; to wskaże wam obu miejsce, gdzie macie zmusić maszynistę do zatrzymania pociągu, z którego chcecie zabrać pieniądze.
— Sir, — wyjąkał pisarz, nie mogąc już ukryć swej trwogi, — jeśli rzeczywiście jest ktoś, kto ma taki zamiar, to zachodzi tu jakiś nieznany mi splot okoliczności, które sprawiają wrażenie, że ja jestem w związku z tymi zbrodniarzami. Jestem uczciwym człowiekiem i...
— Milczeć! — krzyknął Old Firehand. — Uczciwy człowiek nie morduje.
— Czy twierdzicie może, że ja mordowałem?
— Naturalnie! Wy obaj jesteście mordercami! Gdzie jest lekarz i gdzie jest jego towarzysz, którego ścigaliście z rudym kornelem? Czy nie zastrzeliliście tego drugiego dlatego, że potrzebowaliście jego listu, aby w Sheridanie przedstawić się jako pisarz Heller, a w ten sposób ułatwić sobie zadanie szpiega? Czy nie zabraliście może szarlatanowi wszystkich jego pieniędzy?
— Sir, ja nie... rozumiem... ani... ani słowa z tego... wszystkiego, — jąkał się tramp.
— Nie? To zaraz wam tego dowiodę. Abyście jednak nie wpadli na myśl uciec nam, musimy sobie zabezpieczyć waszą osobę. Mr. Charoy, bądźcie tak dobrzy, zwiążcie temu nicponiowi ręce na plecach. Ja go przytrzymam.
Tramp usłyszawszy te słowa, zwrócił się szybko ku drzwiom, chcąc uciec, ale Old Firehand był jeszcze szybszym; pochwyciwszy go, zawrócił zpowrotem i mimo silnego oporu trzymał tak mocno, że inżynier mógł go bez żadnego trudu związać. Potem odwiązano Dugby’ego od krzesła i zaprowadzono razem z pisarzem do pokoju, w którym leżał ranny Hartley. Kiedy ten zobaczył obu drabów, usiadł na łóżku i zawołał:
— Hola! To te łotry, którzy mnie obrabowali, a biednego Hellera pozbawili życia! Gdzie trzeci?
— Tego brak jeszcze, ale i on wpadnie nam w ręce, — odpowiedział Old Firehand. — Pieniądze również się znajdą. Przedewszystkiem odebrałem im broń i tę kartkę, która ich zdemaskowała. —
Trampi nie odezwali się już ani słowem, poznawszy, że dalsze wypieranie się byłoby śmieszne. Wypróżniono im kieszenie do reszty; znalazły się banknoty, które stanowiły ich część łupu, a które zwrócono Hartleyowi. Resztę, jak oświadczyli, miał rudy kornel. Następnie związano im nogi i położono na podłodze, ponieważ w domu nie było ani piwnicy ani karceru, gdzieby można ich było osadzić. Hartley był tak na nich rozgniewany, że trudno było o lepszego strażnika. Otrzymał naładowany rewolwer z poleceniem natychmiastowego zastrzelenia ich, gdyby tylko próbowali uwolnić się z więzów. —
Potem można było poczynić dalsze przygotowania do wykonania planu. Nie trzeba już było umieszczać obu trampów na lokomotywie i wozić ich w tym celu drezyną do Carlyle. Zatelegrafowano natomiast z poleceniem, aby pociąg wyjechał stamtąd o oznaczonym czasie i aby zatrzymał się w pewnej odległości przed Sheridanem na omówionym miejscu, gdzie obejmie go Old Firehand.

Jeszcze w ciągu popołudnia nadszedł z Fort Wallace telegram, że z nadejściem ciemności wyruszy oddział żołnierzy i już około północy stanie na miejsca potkania. —





Przypisy

  1. Pastuch stepowy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.