Romeo i Julia (Shakespeare, tłum. Hołowiński, 1839)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Romeo i Julia
Pochodzenie Dzieła Williama Shakspeare Tom pierwszy
Data wydania 1839
Wydawnictwo T. Glücksberg
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Ignacy Hołowiński
Tytuł orygin. The Tragedy of Romeo and Juliet
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Całe wydanie
Indeks stron
ROMEO I JULIA.


ПЕЧАТАТЬ ПОЗВОЛЯЕТСЯ

Съ тѣмъ, чтобы по отпечатаніи представлено были въ Ценсурный Комитеть три экземпляра. Кіевъ, Марта 12-го дня 1839 года.

Ценсоръ О. Новицкій.

MOJÉJ SIOSTRZE.


PROLOG.

W dwóch znacznych domach w pięknej Weronie,
Kędy kładniemy scenę przed wami,
Z dawnych zatargów spór nowy płonie,
I ręce ziomków krew ziomków plami.
Z wrogów zrodzona kochanków para
Pod sprzeczną gwiazdą, w nieszczęsną chwilę,
W życiu poniósłszy trosk co nie miara,
Spór krewnych grzebie w swojej mogile.
Zgubnéj miłości straszne przemiany,
Wściekle zażarty gniew ich rodziny,
Smiercią ich dzieci ledwie wstrzymany,
Zajmą tę scenę przez dwie godziny;
Jeśli zechcecie słuchać łaskawi,
Co niedostaje trud nasz poprawi.



OSOBY.

ESKALUS, xiąże Werony.
PARYS, młodzian krewny xięcia.

MONTEGO,   głowy dwóch domów nieprzyjaznych sobie.
KAPULET,

STARZEC, wuj Kapuleta.
ROMEO, syn Montega.
MERKUCIO, krewny xięcia a przyjaciel Romea.
BENWOLIO, synowiec Montega, przyjaciel Romea.
TYBALT, siostrzeniec Pani Kapulet.
BRAT WAWRZYNIEC, Franciszkan.
BRAT JAN, tegoż zakonu.
BALTAZAR, sługa Romea.

SAMSON,   słudzy Kapuleta
GRZEGORZ,

ABRAHAM, sługa Montega.
Aptekarz. — Trzech Muzykantów. — Chór. — Chłopiec. — Paź Parysa. — Piotr. — Oficer.
PANI MONTEGO, żona Montega.
PANI KAPULET, żona Kapuleta.
JULIA, córka Kapuleta.
MAMKA Julii.
Obywatele Werony. — Wiele mężczyzn i niewiast krewnych tym dwóm rodzinom. — Maski. — Straż. — Obywatele. — Nocni Stróże i słudzy.

(Scena po większej części trwa w mieście Weronie, tylko w piątym akcie przenosi się do Mantui).




AKT I.

SCENA PIERWSZA.
(Plac publiczny).

Wchodzą SAMSON i GRZEGORZ uzbrojeni mieczem i tarczą.

SAMSON.

Na honor, Grzegorzu, nie damy sobie zagrać po nosie.

GRZEGORZ.

Nie, bo téz nie myślemy grac w noska.

SAMSON.

Już kiedy się ja rozgniewam, to dam duchu.

GRZEGORZ.

Na co te obietnice, kiedy każdy ma duch dopóki żyje.

SAMSON.

O! ja prędko biję będąc poruszony.

GRZEGORZ.

Ale nie prędko się poruszasz do bicia.

SAMSON.
Pies z domu Montega mnie porusza.
GRZEGORZ.

Poruszać się, jest-to opuścić miéjsce; być zaś mężnym, jest-to stać na miéjscu: więc skoro się poruszysz, tém samem uciekasz.

SAMSON.

O pies z tego domu poruszy mię do stania na miéjscu: będę jak mur dla męzczyzn i dziewcząt Montega.

GRZEGORZ.

Właśnie tém samém dowiodłeś swego tchórzostwa, bo najsłabsze stworzenie może przystąpić do muru.

SAMSON.

Prawda; i dla tego niewiasty, jako najsłabsze stworzenie, zawsze się o mur opierają: — Przeto odepchnę mężczyzn od muru, a dziewczęta do muru.

GRZEGORZ.

Spór tylko zachodzi między naszymi panami a mężczyznami, którzy u nich służą.

SAMSON.

Wszystko dla mnie jedno, postanawiam być tyranem; walcząc z ich mężczyznami, nie oszczędzę całego ich panieństwa; wszystko popłatam!

GRZEGORZ.

Jakto! panieństwo?

SAMSON.

Tak, panny czy panieństwo: bierz w jakiéj chcesz myśli.

GRZEGORZ.

One muszą brać w takiéj myśli, jak ich nauczą.

SAMSON.
O nauczę ich, dopóki tylko utrzymam się na nogach: a to wiadomo, żem tęgi kawał mięsa.
GRZEGORZ.

To prawda, żeś nie ryba, inaczéj byłbyś śledziem. Dobądź twojej szpady, dwóch tu nadchodzi z domu Montega.

(Wchodzą: ABRAHAM i BALTAZAR)
SAMSON.

Moja broń obnażona; rozpocznij kłótnię, a ja się za ciebie zastawię.

GRZEGORZ.

Co? zastawisz się za mnie, to jest schowasz się za mnie i zemkniesz?

SAMSON.

No, no, nie bój się o Samsona.

GRZEGORZ.

Nie, zapewne: bac się o Samsona!

SAMSON.

Niech będzie praw o po naszej stronie; niech oni zaczną.

GRZEGORZ.

Przechodząc zmarszczę się na nich, niech to sobie wezmą jak chcą.

SAMSON.

Nie, jak się odważą. Pogrożę im palcem, wstyd będzie dla nich, jeśli zniosą.

ABRAHAM.

Czy nam palcem grozisz, panie?

SAMSON.

Tak sobie macham, panie.

ABRAHAM.

Ale czy nam palcem grozisz, panie?

SAMSON.
Czy prawo będzie za nami, je£li powiem ze tak?
GRZEGORZ.

Nie.

SAMSON.

Więc nie grożę wam, panie, lecz sobie tak machałem palcem, panie.

GRZEGORZ.

Chcesz się kłucić, panie?

ABRAHAM.

Kłucić, panie? nie, panie.

SAMSON.

Jeśli chcesz, panie, gotów jestem; służę tak dobrem u panu jak i Waspan.

ABRAHAM.

Nielepszemu.

SAMSON.

Tak, panie.

(wchodzi BENWOLIO, lecz w odległości)
GRZEGORZ.

Mów lepszemu; oto nadchodzi jeden z krewnych mojego pana.

SAMSON.

Owszem lepszemu, panie.

ABRAHAM.

Kłamiesz.

SAMSON.

Dobądź miecza jeśliś człowiek. — Grzegorzu, nie zapomnij twoich uderzeń brzęczących. (biją się)

BENWOLIO.

Rozdzielcie się, głupcy; schować miecze, nie wiecie sami co robicie. (wchodzi TYBALT)

TYBALT.

Miecza dobyłeś na psy tchórzliwe?
Obróć się, panie, śmierć twą oglądaj.

BENWOLIO.

Chcę uspokoić; pałasz twój schowaj,
Albo mi pomóż bitwę rozdzielić.

TYBALT.

Z mieczem dobytym pokój wspominać?
Tego nie cierpię słowa jak piekła,
Jako Montegów wszystkich i ciebie:
Brońże się, tchórzu.

(Wchodzą różni stronnicy obudwóch domów i łączą się do bitwy; wchodzą także mieszkance z kijami.)

PIERWSZY MIESZKANIEC.

Do kijów!

DRUGI MIESZKANIEC.

Do włóczni! do oszczepów!

WIELU MIESZKAŃCÓW.

Bij!

WIELU INNYCH.

Uderzyć na nich!

JEDNI.

Precz Kapulety!

DRUDZY.

Precz Montegi!

(wchodzi KAPULET w szlafroku i PANI KAPULET)
KAPULET.

Co to za hałas? hej! miecza dajcie.

PANI KAPULET.

Ozóg, kociubę! — Na co tu miecza?

KAPULET.

Miecza, powiadam; — Idzie Montego,
Macha brzeszczotem na wzgardę moję.

(wchodzi MONTEGO i PANI MONTEGO)
MONTEGO.

Podły Kapulet! — Puszczaj, nie trzymaj.

PANI MONTEGO.

Kroku nie ruszysz natrzéć na wroga.

(wchodzi XIĄŻE ze Świtą)
XIĄŻE.

Wrogi pokoju, krnąbrni poddani!
W krwi, gwałciciele, bratniéj skalani, —
Hej niesłyszycie? — Ludzie, zwierzęta! —
Zgubnéj wściekłości ogień wasz tonie
W zdrojach szkarłatnych z żył utoczonych.
Pod karą tortur, z rąk zakrwawionych
Rzucie na ziemię bezbożne bronie:
Xięcia gniewnego słuchajcie słowa. —
Fraszką zrodzona kłótnia domowa,
Od was Montegu i Kapniecie,
Trzykroć przerwała ulic spokojność;
Starsi Werony rzuciwszy stroje,
Które kazała nosie dostojność,
Z kopiją starą i w ręce staréj,
Którą zwątliły długie pokoje,
Muszą uśmierzać haniebne boje:
Gdy jeszcze w mieście rozruch wznowicie,
Własne za pokój oddacie życie.
Teraz się wszyscy wnet rozejdziecie:
Za mną pospieszysz ty Kapniecie,
A po obiedzie przyjdzie Montego
Dalszą mą wolą poznać w téj sprawie,
Do Willafranka, kędy mój sąd.
Pod karą śmierci rozejść się ztąd.

(Wychodzą Xiąże, Świta, Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy.)
MONTEGO.

Kłótnia od kogoż dawna wznowiona? —
Powiedz synowcze, byłeś z początku?

BENWOLIO.

Wroga służący z twymi się bili
Gdym się przybliżył: miecza dobyłem
Aby rozdzielić; przyszedł w téj chwili
Tybalt ognisty z mieczem gotowym;
Mnie wyzywając zuchwałém słowem,
Machał nad sobą, siekał powietrze,
Które nieranne z niego świstało:
Kiedyśmy wzajem ciosy mieniali,
Coraz walczących nam przybywało,
Póki aż xiąże nas nie rozdzielił.

PANI MONTEGO.

Kędyż Romeo? — Dziśże widziany?
Radam że nie był w kłótnię wmięszany.

BENWOLIO.

Pani, godziną pierwéj nim słońce
Z okien złocistych wschodu patrzało,
Serce dręczone w pole mię gnało.
Kędy ligowy lasek zarasta,
W stronie zachodniéj naszego miasta,
Syn pani chodził tam raniuteńko:
Szedłem ku niemu: postrzegł zdaleka,
W lasu gęstwinę prędko ucieka:
Mojém uczuciem jego mierzyłem,
Co w samotności więcéj zajęte;
Goniąc me myśli jegom nie gonił,
Chętniéj stroniłem im chętniéj stronił.

MONTEGO.

W ranku niejednym tam postrzeżono
Jako łzy jego rosę zwiększały,
Chmury mnożyło westchnieniem łono:
Ale gdy słońce wszystko cieszące
W swoim ostatnim wschodzie odsłoni
Ciemne firanki łoza jutrzenki,
Syn mój przed światłem tęskny się chroni:
Zamknion samotny wpośród mieszkania,
Przed dziennym blaskiem okna zakrywa,
W nocy umyślnéj sam się pochłania;
Myśli okropne to zapowiada,
Chyba ten smutek uleczy rada.

BENWOLIO.

Stryju dostojny, wieszże przyczynę?

MONTEGO.

Nie wiém, nie mogę wiedziéć od niego.

BENWOLIO.

Czy nalegałeś różnym sposobem?

MONTEGO.

Sam z przyjaciółmi nie raz badałem:
Ale swych uczuć sam jest doradzca
Nie wiem jak dobry sobie samemu:
Całkiem ukryty w sobie zakuty,
Tyle podobny do wybadania,
Ile robaczkiem pączek zepsuty
Listki powietrzu lube odsłania,
Albo swą piękność słońcu odkrywa.
Gdybyśmy smutku źródło wiedzieli,
Wedle możności leczyćby chcieli.

(Widać nadchodzącego ROMEA)
BENWOLIO.

Patrzcie nadchodzi: chciéjcie się schronić,
Może potrafię smutek odsłonić.

MONTEGO.

Życzę ci szczęścia, aby w twe łono
Spowiedź swą przelał. — Pójdziemy żono.

(wychodzą Montego i Pani Montego)
BENWOLIO.

Krewny, dzień dobry!

ROMEO.

Jeszczeź tak rano?

BENWOLIO.

Dzień jest w dziewiątéj tylko godzinie.

ROMEO.

Czas przy niedoli powoli płynie!
Byłże-to ojciec, co odszedł nagle?

BENWOLIO.

Tak. Co za smutek chwile przedłuża?

ROMEO.

Brak tego, coby chwile skracało.

BENWOLIO.

Kochasz?

ROMEO.

Brak —

BENWOLIO.

Miłości?

ROMEO.

Brak wzajemności dla méj miłości.

BENWOLIO.

Miłość, niestety, piękna z pozoru,
Także tyrańska i sroga w skutku!

ROMEO.

Miłość z przepaską ciągle na oku,
Ścieszkę do celu widzi bez wzroku!
Gdzież obiadujem? — Ach! — Byłaż kłótnia?
Jednak mi nie mów, wszystko słyszałem.
Złość wiele czyni, więcéj kochanie: —
Miłość kłótliwa! nienawiść miła,
Co się z niczego zrazu stworzyła!
Ciężka lekkości! fraszko poważna!
Brzydki chaosie z cudnéj urody!
Puszek z ołowiu, dymna jasności!
Zimne ognisko! zdrowa słabości!
Śnie czuwający! Czemś jest, nie jesteś! —
Miłość tę czuję, bo téj miłości
Uczuć nie mogę. Czy się nie śmiejesz?

BENWOLIO.

Ledwo nie płaczę.

ROMEO.

Luby, dla czego?

BENWOLIO.

Bo serca twego widzę ściśnienie.

ROMEO.

Jakto, w miłości nowe cierpienie. —
Kamień na sercu własnéj niedoli
Więcéj ugniata, więcéj mię boli
Z twojéj zgryzoty: twoja życzliwość
Duszę znękaną bardziéj uciska.
Miłość, to dymy z westchnień złożone;
W szczęściu, to ogień co z oczu pryska;
W męce, to morze łzami karmione:
Czemże jest więcéj? szałem rozumnym,

Zgubną goryczą, zbawczą słodyczą.
Żegnam.

BENWOLIO.

Zaczekaj, razem pójdziemy;
Tak mię rzucając krzywdę mi czynisz.

ROMEO.

Sam się rzuciłem, tu nie istnieję:
Romeo nie tu, w innéj on stronie.

BENWOLIO.

W jakiéj się tęskny kochasz osobie?

ROMEO.

Mamże stękając powiedziéć tobie?

BENWOLIO.

Jakto, stękając? nie;
Tęskny odpowiedz mnie.

ROMEO.

Zrobić testament rozkaż choremu: —
Słowo nieszczęsne tak nieszczęsnemu! —
Powiem ci, krewny, kocham niewiastę.

BENWOLIO.

Wiedząc ze kochasz łatwo to zgadnę.

ROMEO.

Celny zgadywacz! — A kocham ładnę.

BENWOLIO.

Ceł im jaśniejszy prędzéj się trafi.

ROMEO.

Ale tu chybisz: ona nieranna
Łukiem miłości, druga Dianna;
Ani jéj czyste serce przecina
Słaby, dziecinny grot Kupidyna.

Słowom najczulszym nieda obsiadać,
Ni szturmującym oczom napadać;
W piękność bogata, ale uboga.
Gdy umrze, umrą skarby z urodą.

BENWOLIO.

Czy poprzysięgła czystości szluby?

ROMEO.

Tak, ta przysięga przyczyną zguby;
Piękność srogością jéj umorzona
Wdzięków pozbawi przyszłe plemiona,
bóstwo w mądrości, bóstwo w postawie.
Za moją rozpacz jéj błogosławię:
Szluby jéj u mnie życie wydarły,
Żyję by mówić, żyję umarły.

BENWOLIO.

Pódź za mą radą, o niéj zapomnij.

ROMEO.

O mój kochany naucz zapomniéć.

BENWOLIO.

Powróć twym oczom dawną swobodę;
Zważ inne wdzięki.

ROMEO.

Takim sposobem
Jeszcze jéj więcéj poznam urodę:
Maska, co piękne całuje czoła,
Czarna ukrytą piękność wspomina;
Ślepy zapomniéć nigdy nie zdoła
Skarbu drogiego oczu straconych:
Niech najładniéjsza stanie dziewczyna,
Wdzięk jéj, to pismo, kędy wyczytam

Imię piękniejszéj od najpiękniejszéj.
Żegnam; z pamięci nikt jej nie zmaże.

BENWOLIO.

Lub umrę dłużny, lub to dokażę. (wychodzą).


SCENA DRUGA.
(Ulica).
Wchodzą: KAPULET, PARYS i SŁUGA.
KAPULET.

Ze mną Montego równie związany
Groźbą jednaką; sądzę, nie trudno
Aby dwaj starce byli spokojni.

PARYS.

Wyście obadwa równie dostojni;
Szkoda, że w długiej kłótni żyjecie.
Ale co mówisz, panie, na prośbę?

KAPULET.

Powiem ci nadto, co się mówiło:
Jak cudzoziemiec dziecko me w świecie,
Jeszcze czternastu lat nie przebyło;
Niechaj dwie wiosny migną swą chwałą,
Nim do małżeństwa będzie dojrzałą.

PARYS.

Młodsze szczęśliwie matką zostają.

KAPULET.

Rano zamężne, rano znikają.
Ziemia pożarła wszystkie nadzieje,
Prócz tego dziecka, prócz — téj dziedziczki:
Niechaj twe serce, serce jej znęci,
Bo moja wola cząstką jéj chęci;

Jeśli cię przyjmie, w takim wyborze
Głos mój i zgodę zupełną kładę.
Wedle zwyczaju chcę w tym wieczorze
Miłych mi gości zwać na biesiadę;
Grono powiększyć między innemi,
Gościu najmilszy, zapraszam ciebie.
Ujrzysz depczące gwiazdy po ziemi,
Które zagaszą gwiazdy na niebie.
Jakie słodycze czuje młodzieniec,
Gdy goni kwiecień strojny w swój wieniec
Zimę kulawą, takie słodycze,
Gdy cię otoczą kwiatki dziewicze.
Mów ze wszystkiemi, wszystkie oglądaj;
Tobie najmilszej ręki pożądaj:
Moja wśród tylu sławnych obliczem,
Mieści się w liczbie, w piękności niczém.
Chodź. — A ty w mieście naszem Werona, (do sługi).
Poszukaj osób, których imiona
Tu napisane, (daje papier). Oświadcz odenmie.
Że ja powitam wszystkich przyjemnie.

(wychodzą Kapulet i Parys).
SŁUGA.

Wyszukać tych, których imiona tu napisane? Napisano, że szewc powinien pracować łokciem, a krawiec pociągaczem, rybak pęzlem, a malarz siecią: alem posiany wyszukać te osoby, których imiona tu napisano, skądże u licha mogę wiedziéć, jakie imiona piszący napisał, gdym niepiśmienny. Muszę kogo prosić o nauczenie: — właśnie w porę.

(wchodzi BENWOLIO i ROMEO).
BENWOLIO.

Ogniem się ogień roznieca nowy,
Jedna choroba drugą wypędza;
Wstecznym odkrętem zlecz zakręt głowy:
Jedna się drugą potłumia nędza:
Zaraź twe oczy w nowej truciźnie,
Jad się obfity dawnéj wyśliźnie.

ROMEO.

Babki listeczek na to wyborny.[1]

BENWOLIO.

Na co?

ROMEO.

Na twoje kości złamane.

BENWOLIO.

Jakto, Romeo, czyżeś oszalał?

ROMEO.

Więcej jak warjat jestem związany:
W turmie zamknięty, głodem morzony,
Bity, męczony i — dobry wieczór.

SŁUGA.

Dobry wieczór. — Proszę pana czy pan umie czytać?

ROMEO.

Tak; jedno szczęście w mojej niedoli.

SŁUGA.
Może pan na pamięć bez xiążek nauczył się czytać: ale, poszę pana, czy wszystko przeczytasz co obaczysz?
ROMEO.

Tak jest, bylebym znał pismo i język.

SŁUGA.

Mówisz uczciwie: bądź pan szczęśliwy.

ROMEO.

Zaczekaj, bracie, mogę przeczytać. (czyta).

„Sinior Martino, jego żona i córki; Hrabia Anzelm i jego piękne siostry; Pani Witruwia wdowa; Sinior Placzencio i jego milutka synowica; Merkucio i jego brat Walenty; mój stryj Kapulet, jego zona i córki; moja piękna synowica Rozalina: Lucio i żywa Helena.“ — Piękne towarzystwo; (oddaje papiér.) gdzież się zbierze?

SŁUGA.

Na górze.

ROMEO.

Gdzie?

SŁUGA.

Wieczerzać w naszym domu.

ROMEO.

W jakim domu?

SŁUGA.

Pana mojego.

ROMEO.

W rzeczy samej naprzód powinienem był zapytać o twego pana.

SŁUGA.

Więc powiem panu bez pytania: Mój pan jest potężny i bogaty Kapulet, a jeśli panowie nie jesteście z domu Montegów, proszę przyjść i łyknąć dzban wina. Bądź pan zdrów.

(wychodzi).
BENWOLIO.

U Kapuleta wieczerzać będzie
Twa Rozalina tak ukochana,
I najsławniejsze wdzięki Werony:
Idź na biesiadę; okiem bezstronném
Twarz jej porównaj z tą co pokażę,
W kruka łabędzia wnet przeobrażę.

ROMEO.

Jeśli podobnym fałszem skalaną
Będzie mych oczu wiara pobożna,
Łzy moje niechaj ogniem zostaną:
Oczu utopie we łzach nie można,
Niechże za kłamstwo spłoną kacerze.
Od mej piękniéjsza! temu nie wierzę.
Słońce wszechwidne w stanie nie było,
Jako świat światem, widziéć tak miłą.

BENWOLIO.

Jéj się samotnym wdziękom dziwiłeś,
Samą na każdém oku ważyłeś:
Lecz w kryształowych szalkach zrzenicy
Zważ wdzięk kochanki i téj dziewicy
Którą pokażę na balu świetną,
Twa najpiękniejsza będzie nieszpetną.

ROMEO.

Pójdę nie twoje widzieć niebianki,
Lecz się ucieszyc blaskiem kochanki.

(wychodzą.)

SCENA TRZECIA.
(Pokój w domu Kapuleta).
Wchodzą: PANI KAPULET i MAMKA.
PANI KAPULET.

Gdzie moja córka? Mamko! zawołaj.

MAMKA.

Na me panieństwo, w roku dwunastym, —
Jąbym wołała. — Ptaszku! aniołku!
Jezusie! kędyż dziewcze? — Juluniu!

(wchodzi JULIA).
JULIA.

Co tam, kto woła?

MAMKA.

Twoja matka.

JULIA.

Pani, tu jestem; jaka twa wola?

PANI KAPULET.

Rzecz idzie: — Mamko odejdź na czasek,
Skrycie pomówim. — Zawróć się mamko!
Możesz, zważyłam, słuchać rozmowy.
Wiesz, moja córka w pięknym już wieku,

MAMKA.

Lata jej powiem co do godziny.

PANI KAPULET.

Nie ma cztérnastu.

MAMKA.

Nié ma cztérnastu w zakład oddaję
Zębów cztérnaście: — Tylkoż ma bieda,
Nié mam jak cztéry, — ile do święta
Piotra w okowach?

PANI KAPULET.

Więcéj dwóch niedziel.

MAMKA.

Tyle czy więcéj, pewno wieczorem
Przed świętym Piotrem skończy cztérnaście.
Zuzia z nią, — Duszom wiernym spoczynek! —
Wieku jednego. — Zuzia u Boga;
Bom jéj nie warta: lecz, jak mówiłam,
W nocy przed Piotrem skończy cztérnaście;
Skończy, tak rychtyk; dobrze pamiętam.
Od trzęsień ziemi lat jedynaście;
Gdym odłączała, — O, nie zapomnę
Przez całe życie dnia odłączenia: —
Nasmarowałam piersi piołunem,
Siedząc na słońcu pod gołębnikiem,
Państwo oboje w Mantui byli: —
Mam oléj w głowie: — lecz, jak mówiłam,
Gdy piołunową pypkę méj piersi,
Piękna błaźniczka! gorzką uczuła,
Minkę skwasiia w gniewie na piersi.
Wstrząsł się gołębnik: nie trzeba było
Prosić uciekać.
Od tego czasu lat jedynaście.
Mogła stać sama; owszem, prawdziwie,
Mogła już biegać i dreptać wszędzie.
Dniem piérwéj bowiem czoło rozbiła:
Mąż mój, — Świéć Panie nad jego duszą! —
Człowiek był wesół, dziécie pochwycił:
Jakto, powiedział, na twarz upadłaś?
Kiedy nabędziesz więcéj rozumu,
Na wznak upadniesz, nie także, Julko?

I, matko boska! piękna dziecina
Krzyczeć przestała i rzekła — Tak:
Patrzcie co może żart przyzwoity!
Ręczę, chociażbym tysiąc lat żyła,
Zawsze to wspomnę; nie także, mówił,
Zmilkłszy błazenek powiedział — Tak.

PANI KAPULET.

Dosyćże tego; ucisz się, proszę.

MAMKA.

Dobrze, nie mogę jednak się nie śmiać.
Myśląc jak rzekła umilkłszy — Tak:
Jednak zaręczam miała na czole
Guz wielki, jakby grzebień kogutka;
Cios był okropny; bardzo krzyczała.
Jakto, powiedział, na twarz upadłaś?
Na wznak upadniesz kiedy wyrośniesz;
Nie także? rzekła umilkłszy — Tak.

PANI KAPULET.

Dość tego tak, proszę cię, mamko.

MAMKA.

Właśnie skończyłam. Bóg niech ci szczęści
Z dzieci najmilsza jakie karmiłam:
Obym dożyła widziéć zamężną,
Więcéj nic nie chcę.

PANI KAPULET.

Właśnie zamężcie tema prawdziwe
Mojéj rozmowy: — Powiédz mi, Julko,
Czybyś życzyła zostać zamężną?

JULIA.

Honor, o którym nigdy nie marzę.

MAMKA.

Honor![2], jeślibym mamką nie była,
Rzekłabym rozum z piersi wyssałaś.

PANI KAPULET.

Myśl o zamężciu; młodsze od ciebie,
W pięknej Weronie, panie dostojne
Już są matkami. Nawet ja sama
Byłam twą matką w rańszych już latach
Niżli ty teraz. Krótko więc mówiąc; —
Parys przezacny szuka twéj ręki.

MAMKA.

Człowiek, kochanko! człowiek jedyny
W świecie calutkim. — Panicz jak z wosku.

PANI KAPULET.

Wiosny werońskiéj kwiat najpiękniejszy.

MAMKA.

Kwiatek, istotnie, kwiatek prawdziwy.

PANI KAPULET.

Mozesz-li kochac tego młodziana?
Przypatrz się, będzie na uczcie Parys:
Czytaj, jak w xiędze jego oblicza
Piórem piękności roskosz pisana;
Zważ ożeniony każdziutki zarys,
Jeden drugiemu wdzięku pożycza;
Co w pięknéj xiędze niezrozumiane
Masz objaśnienia w oczach pisane.
Drogiéj tej xiędze miłośnéj zbywa
Do upiększenia szlubu oprawy: —

ROMEO I JULIA.

W morzu ryb życie: — Droższa uroda,
Gdy piękność zewnątrz piękność ukrywa:
Xiążka ta wielkiej u ludzi sławy,
Gdy w złotych klamrach złota przygoda;
Co on posiada, wszystko posiędziesz,
Mając go, przeto mniejszą nie będziesz.

MAMKA.

Mniejszą? Nie, większą; z mężów rośniemy.

PANI RAPPLET.

Słowem, czy tobie on się podoba?

JULIA.

By się podobał, będę patrzyła,
Jeśli patrzanie milość roznieci:
Ale nie daléj wzrok mój poleci,
Jak mię uniesie woli twéj siła. {tab}}(wchodzi sługa.)

SŁUGA.

Pani, już się goście zebrali, wieczerza podana, pani wzywają i młodej panny pragną, mamkę klną w piekarni i wszystko w zamieszaniu. Muszę leciec do usługi; proszę się spieszyć.

PANI KAPULET.

Wnet. — Oczekuje hrabia, Juleczko.

MAMKA.

Miéj nocy błogie i dnie, rybeczko!

(wychodzą.)

SCENA CZWARTA.
(Ulica).
Wchodzą: ROMEO, MERKUCIO, BENWOLIO, z pięcią lub sześcią maskami, ludzie z pochodniami i inni.
ROMEO.

Mamyż co mówić na przeproszenie?
Czy bez wymówek pójdziem po prostu?

BENWOLIO.

Wyszły już z mody takie perory.[3]
Nie trza Kupida z szarfą na oczach,
Z łukiem tatarskim z żerdzi wygiętym,
Pomalowanym, trwożyć niewiasty,
Jakby straszydło wróbli w konopiach.
Nie trza xiążkowych przemów na wstępie,
Co za suflerem mówią niedbale:
Niechaj nas wiodą jak chcą oczyma,
Tańce powiedziem i odejdziemy.

ROMEO.

Dać mi pochodnią[4] — Jam nie do skoków;
Ja widz posępny światło poniosę.

MERKUCIO.

Nie, mój Romeo, musisz tańcować.

ROMEO.

Wierz mi, nie mogę: z lekkim trzewikiem
Wy posiadacie myśl tańcującą:
Mnie moja dusza jakby z ołowiu
Wbija do ziemi, ruszyć nie mogę.

MERKUCIO.

Weź, jak kochanek, skrzydła miłości.
Niemi się wzbijaj nad zwykłe krańce.

ROMEO.

Strzała jéj wbita we mnie, nie mogę
Wzbić się na skrzydłach; tak uwikłany,
Jak się wywikłam z ciężkiéj boleści?
Padam od brzemion ciężkich miłości.

MERKUCIO.

Tak upadając miłość zagnieciesz;
Ciężar za wielki czułéj dziecinie.

ROMEO.

Co! miłość czuła? nazbyt surowa,
Twarda, gwałtowna, kole jak ciernie.

MERKUCIO.

Twarda ci, bądźże twardy miłości,
Kol jak cię kole, miłość polegnie. —

Dać mi pochewkę na me oblicze: (wkłada maskę.)
Maska na maskę! — Nie dbam niech teraz
Oko ciekawe szpetność wyszydza:
Niech maski czoło wstydzi się za mnie.

BENWOLIO.

Chodźmy, stukajmy, a jak wejdziemy,
Każdy natychmiast zbierać nogami!

ROMEO.

Dać mi pochodnię: niech wiercipięty
Martwą posadzkę nogą łaskoczą;
Ja zaś, jak nasze dziady mawiały, —
Jak na niemieckiém będę kazaniu, —
Gody jednemu, głody drugiemu.

MERKUCIO.

Ej, koty wszystkie szare po nocy:
Jeśli z miłością bracie drzesz kota,
My wyciągniemy ciebie i z błota,
Za pozwoleniem, to jest z miłości,
W której po same uszy ugrzązłeś. —
Ale ze świécą słońca szukamy.

ROMEO.

Tak nie czynimy.

MERKUCIO.

Przez to rozumiem, że nasze brednie
Darmo czas tracą, jak lampa we dnie.
Nie patrz na słowa: w dobrem pojęciu
Rozum pięć razy, jak w zmysłach pięciu.

ROMEO.

Dobrze pojmujem być na bankiecie,
Lecz nierozumnie.

MERKUCIO.

Skądże to przecie?

ROMEO.

Sen dzisiaj miałem.

MERKUCIO.

I mnie się śniło,

ROMEO.

Cóż ci się śniło?

MERKUCIO.

Często sny kłamią.

ROMEO.

W sennych marzeniach prawda się chowa.

MERKUCIO.

Mab nawiedziła ciebie królowa.
Ona sny babi w urojeń świecie;
Wielka jak kamień krwawnik w sygnecie
Na wskazującym palcu szlachcica,
Od dwóch ciągniona małych atomków
W nos uśpionego wjeżdża człowieka:
Szprychy u koła z nóżek pająków;
Skrzydło konika budę powleka;
Uprząż z najcieńszych nici pająków;
Szleje z promieni mokrych xiężyca:
Z błonki bicz, z kości świerszcza biczysko:
W szarym płaszczyku komar woźnica
Ani w połowę wielki, jak robak
Szpilką zrzucony z palca dziewczyny.
Rydwan z orzecha próżnej łupiny,
Dzieło wiewiórki z majstrem robakiem,
Co z dawien dawna są za stelmachów
Sylwom nadobnym i za stolarzy.

Noc w noc czwałuje w przybraniu takiém
W mozgi kochanek i czułych gachów,
Którym natychmiast miłość się marzy.
W dworzan kolana, śnią się ukłony:
W palce prawników, śnią się dublony:
W usta niewieście, marzą buziaka,
Często Mab gniewna pryszcz im dobędzie
Za to że cukier dech im zły czyni.
Czasem po nosie jeździ dworaka,
O wakującym marzy urzędzie:
Czasem z dziesięcin ogonem świni
Śpiących łaskocze w nos prebendarzy,
Każdy o drugiém probostwie marzy.
Na kark żołnierza wjeżdża niekiedy,
Śnią się lecące łby od zamachu,
Szturmy, zasadzki, z Toledu miecze,
Pięcio-sążniste kubki; a wtedy
W ucho zabębni; zrywa się w strachu,
Jakby modlitwę klęcia wyrzecze
Znów zasypiając. Ta Mab, prawdziwie,
W końskiéj splatuje po nocy grzywie
Kołtun szatański, okropne petly,
Co rozplecione pachną nieszczęściem.
Od niéj się często dziewczęta gnietły
Na wznak uśpione, by przed zamężciem
Uczyć się mogły jak mężów znosić.
Od niéj —

ROMEO.

Umilknij daj się uprosić;
Mówisz o niczem.

MERKUCIO.

Tak o marzeniach;
Co próżniaczego mózgu są dzieci,
Czcza wyobraźnia tylko je nieci,
Tyle subtelna, ile powietrze,
Nad wiatr niestalsza, który w zamieci
Z łonem północy śnieźném swywoli,
A rozgniewany wichrem uleci
Pieścic południe w rosie perłowéj.

BENWOLIO.

Wiatr ten, co mówisz, cel nam unosi;
Już po wieczerzy będzie zapóźno.

ROMEO.

Drżę, by nie rano: czucie złowieszcze
Szepcze wypadek, co w gwiazdach jeszcze,
Zda się, że jego straszny początek
Od téj biesiady; że przetnie wątek
Życia zbrzydłego snuty w mem łonie,
Czynem nikczemnym w niewczesnym zgonie:
Ale niech sternik mojéj żeglugi
Żagle urządza! — Chodźmy, panowie.

BENWOLIO.

W bęben, do marszu.


SCENA PIĄTA.
(Sala w Kapuleta domu).
MUZYKANCI czekają. Wchodzą SŁUDZY.
PIERWSZY SŁUGA.
Gdzie Potpan, niechby mi pomógł zbierać; nie zmienia talerzy! nie czyści sztućców.
DRUGI SŁUGA.

Szkaradna rzecz! kiedy cały porządek zależy od dwóch rąk nieumytych.

PIERWSZY SŁUGA.

Wynoś krzesła, zbiéraj szkło, miej oko na srébro: — mój dobry, schowaj mi kawałek marcypanu: poproś odźwiernego, jak mię kochasz, niech wpuści Zuzię Grindstone i Leosię. — Antoni! Potpan!

DRUGI SŁUGA.

Dobrze, chłopcze; jestem gotów.

PIERWSZY SŁUGA.

Tam w sali wielkiéj wyglądają, wołają, pytają i szukają ciebie.

DRUGI SŁUGA.

Nie możemy byc tu i tam. — Wesoło chłopcy; bądźcie zuchami teraz: kto najdłużej pożyje wszystko zabierze.

(usuwają się w głąb.)
(Wchodzi KAPULET ze wszystkiémi gośćmi i maskami.)
PIERWSZY KAPULET.

Mile witajcie, moi panowie!
Panie, u których nie są nagniotki
Z wami potańczą: — a co me panie!
Któraź do tańcu teraz nie stanie?
Ta ma nagniotki która się pieści,
Przysiądź gotowym; co, zaskoczyłem?
Mile witajcie, moi panowie!
Były dnie, w których maskę nosiłem;
W uchom piękności szeptał powiesci,
Któreby mogły jej się podobać; —
Przeszły, ach przeszły, przeszły te chwile:
Moi panowie witajcie mile! —

Grać muzykanty! — Miejsce uczyńcie! —
Miłe dziewczęta taniec rozwińcie.

(gra muzyka, tańcują.)

Więcéj oświecić; usunąć stoły,
Ogień zagasić, nadto gorąco. —
Nadspodziewanie wieczór wesoły,
Siądź, Kapniecie, stryju kochany:
Tańcu naszego dnie przeminęły:
Jakże już dawno, kiedyśmy razem
Po raz ostatni maskę przywdzieli?

DRUGI KAPULET.

Ha! będzie pono lat ze trzydzieści.

PIERWSZY KAPULET.

Co zaś, tak wiele, nie, nie tak wiele:
Jak Lucencia było wesele
Mieliśmy maskę, w zielone święta
Będzie około dwudziestu pięciu.

DRUGI KAPULET.

Więcéj i więcéj, syn jego starszy
Ma ze trzydzieści.

PIERWSZY KAPULET.

Mnież to powiadasz?
Od lat dwóch tylko wyszedł z opieki.

ROMEO.

Co za dziewica, co ubogaca
Rękę owego młodzieńca?

SŁUGA.

Nie wiém.

ROMEO.

Jaśniéć pochodnie uczy dziewica!
Wdzięk jéj odbija u nocy lica,

Jak drogi kleinot w uchu murzyna.
Piękność, by żądać nadto zachwyca,
Droga zanadto dla ziemianina!
Jako przy śnieżnéj kruk gołębicy,
Tak ten młodzieniec przy téj dziewicy.
Zaraz po tańcu przed nią się stawię,
Ręce dotknięciem ubłogosławię.
Kochałem dotąd? zaprzecz mój wzroku!
W przód prawdziwegoś nie znał uroku.

TYBALT.

Z głosu poznaję, ze to Montego: —
Miecz podaj, chłopcze: — Jak śmie niewolnik
Maską ukryty wchodzić wśród gości,
Nasze przedrwiwać uroczystości?
Ku czci mojego szczepu i sławie,
Nawet bez grzechu życia go zbawię.

PIERWSZY KAPULET.

Cóź to ci, krewny, wzburzasz się czego?

TYBALT.

To nieprzyjaciel, stryju, Montego:
Podły zdradziecko na złość się wciska,
By stroił z naszych uczt pośmiewiska.

PIERWSZY KAPULET.

Młodyż Romeo?

TYBALT.

Podły Romeo.

PIERWSZY KAPULET.

Wstrzymaj się, daj mu w pokoju zostać,
Ma szlachetnego młodziana postać:
Chwali go, prawdę mówiąc, Werona,
Jako skromnego i cnotliwego:

Nie chcę za skarby całej Werony,
By w moim domu był obrażony:
Bądźże cierpliwy, ani go zważaj,
To moja wola, jeśli ją cenisz
Twarz wypogodzisz, rozjaśnisz czoło,
Sprzeczny biesiadzie pozor odmienisz.

TYBALT.

Jak to, czy z takim gościem wesoło?
Jego nie scierpię.

KAPULET.

Cierpiéć przymuszę:
Jak to, mój chłopcze! — mówię ci, zmuszę;
Panem ja w domu, albo ty? cicho.
Jego nie scierpisz! — Boże zbaw duszę! —
U mnie przy gościach przyjść do rozruchu!
Chcesz burdy stroić! miarkuj się, zuchu!

TYBALT.

Hańba to, wuju.

PIERWSZY KAPULET.

Cicho no, cicho.
Junak zuchwałyś: — Także, istotnie?
To ci zaszkodzi; — Wiem co powiadam.
Mnie się sprzeciwiać! w porę, prawdziwie. —
Pięknie mówiono, panie kochane: —
Cicho, warchole; ucisz się, albo —
Więcéj dać światła, hej u kaduka! —
Wnet cię uśmierzę! — Chłopcy wesoło.

TYBALT.

Z musu cierpliwość ze złością w boju,
Ciało wstrząsają w tym niepokoju.

Wyjdę, lecz jego śmiałe wtargnienie
Teraz mu słodkie, w gorycz odmienię.

(wychodzi).
ROMEO.

Jeśli znieważam niegodną dłonią
Obraz cudowny, niech w odpłacenie
Usta, pielgrzymy dwa, co się płonią,
Zgładzą całunkiem twarde dotlenienie.

JULIA.

Krzywdzisz twą rękę, która pobożna,
Dobry pielgrzymie, ze czcią mię trzyma;
Świętych brać ręce pielgrzymom można;
Dłoń z dłonią: święty całus pielgrzyma.

ROMEO.

Święci czy usta, jak pielgrzym, mają?

JULIA.

Mają na same tylko modlenie.

ROMEO.

Niech to co ręce, usta działają,
Błagam cię dozwól, najdroższa święta!
Wiara inaczej w rozpacz się zmieni.

JULIA.

Święci są zawsze nieporuszeni,
Chociaż modlitwa od nich przyjęta.

ROMEO.

Bądźże mi święta nieporuszona.
Kiedy mą prośbę skutek wykona,
Usta twe z moich grzech oczyściły.(całuje ją.)

JULIA.

Więc moje usta grzechem splamiłeś.

ROMEO.

Z ust moich grzechy? O zarzut miły!
Powróć mi grzechy.

JULIA.

Z reguł całujesz.

MAMKA.

Pani, twa matka prosi na słówko.

ROMEO.

Kto jest jéj matką.

MAMKA.

Matką, paniczu,
Jest gospodyni tego mieszkania,
Pani najlepsza, mądra, cnotliwa:
Córkim jéj mamka, z którą mówiłeś;
Panu powiadam, kto sięgnie po nią,
Niech mu kieszenie złotem zadzwonią.

ROMEO.

Ona Kapulet? Cena jéj droga,
Życie me długiem mojego wroga.

BENWOLIO.

Chodźmy zabawa prawie skończona.

ROMEO.

Na tę myśl moja spokojność kona.

PIERWSZY KAPULET.

Niechaj panowie nie chcą wychodzić:
Małą przekąskę mamy gotową. —
Chcecieź koniecznie? — Wszystkim dziękuję:
Panom dziękuję wszystkim; dobranoc! —
Więcéj dać światła! — Chodźmy odpocząć.

Ach mój kochany, (do 2go Kapuleta) nader już poźno.
Pójdę odpocząć.

(wychodzą wszyscy prócz Julii i Mamki.)
JULIA.

Chodź no tu, mamko; co to za panicz?

MAMKA.

Starca Tyberia syn spadkobierca.

JULIA.

Któż to co teraz za drzwi wychodzi?

MAMKA.

Syn Petrucia, gdy się nie mylę.

JULIA.

Kto za nim idzie, co nie tańcował?

MAMKA.

Nie wiem.

JULIA.

Dowiedz się jak się nazywa. —
Jeśli żonaty z jaką dziewicą
Grób mi zostanie szlubną łożnicą.

MAMKA.

Imie Romeo, rodem Montego.
Twego wielkiego wroga jedynak.

JULIA.

Z méj nienawiści miłość jedyna,
Krótko widziany, poźno poznany:
Dziwnie się miłość we mnie poczyna,
Wróg mój odemnie czule kochany.

MAMKA.

Jak to?

JULIA.

Tych wierszy ten mię nauczył,
Z którym tańczyłam.(słychać wołanie Julii.)

MAMKA.

Idziém tej chwili.
Chodźmy ju z goście bal opuścili. — (wychodzą.)

(wchodzi CHÓR.)

Staréj miłości grób się otwierał,
Gdy jéj dziedziczką zostać chce młoda;
Wdzięków, dla których młodzian umierał,
Z Julią mierząc zgasła uroda.
Już się oboje wnet zakochali,
Wejrzeń czarami serca ujęte;
Ten się przed wrogiem mniemanym żali,
Z wędki miłości ta kradnie nętę.
Nie ma przystępu, miany za wroga,
Zwykłe kochankom zlac obietnice;
Z równą miłością cięższa jéj droga
Ujrzeć nowego kochanka lice.
Czas pory, miłość mocy użyczy,
Znajdą w katuszach zbytek słodyczy.

(wychodzą.)


AKT II.

SCENA PIERWSZA.
(Otwarte miejsce przylegle ogrodowi Kapuleta).
Wchodzi ROMEO.
ROMEO.

Mogęź iść daléj, kiedy tu serce?
Zawróć się, ziemio, znajdź twoje słońce.

(Przełazi przez mur do ogrodu. — Wchodzą BENWOLIO i MERKUCIO.)

BENWOLIO.

Krewny Romeo, Romeo!

MERKUCIO.

Mądry!
Uciekł na honor spocząć do domu.

BENWOLIO.

Biegł tędy, w ogród przez mur przeskoczył.
Mój Merkucio, chciéj go zawołać.

MERKUCIO.

Słuchaj zaklinać będę. — Romeo!
Szale, kaprysie, żądzo, kochanku!

Pokaz się jawnie w kształcie westchnienia,
Powiedz mi wierszyk, zakrzycz — Niestety!
Zrymuj — słowiku tuż przy strumyku;
Piękne daj słówko kumie Wenerze,
Złaj jéj dziedzica syna ślepego,
Tego młokosa Jasia Kupida,
Strzelca takiego, ze król Kofeta
Został kochankiem córki żebraka. —[5]
Ale nie słyszy, ani się rusza;
Łotrzyk nie żyje, z grobu wywołam. —
Na Rozaliny oczy zaklinam,
Na czoło wzniosłe, usta szkarłatne,
Na zgrabną nóżkę, udko sprężyste,
I na rozkoszy słodką krainę,
Zjaw się natychmiast w swojéj postaci.

BENWOLIO.

Jeśli usłyszy gniewać się będzie.

MERKUCIO.

Gniewny nie będzie: zostałby wtedy,
Gdybym sprowadził w koło kochanki
Jakiego ducha dziwnej natury,
Stać mu pozwalał póty do góry,
Aż jéj czarami padłby zemdlony.
Byłaby hańba: moje zaklęcie
Dobre i piękne; w imię kochanki
Tylko zaklinam, aby się zjawił.

BENWOLIO.

Chodź, on się ukrył między drzewami,
Złączył się z nocą; nader stosownie
Ma ślepa miłość z nocą zażyłość.

MERKUCIO.

Pewno spudłuje gdy ślepa miłość.
Teraz pod drzewem siedzi niesplikiem,
Chciałby kochankę mice za jabłuszka,
Coby dojźrzałe spadły na łono:
Żegnam Romeo; — lepsza poduszka
Od polowego zimnego łóżka:
Czyli pójdziemy?

BENWOLIO.

Pójdziem bo darmo
Szukać, gdy nie chce być znalezionym.

(wychodzą.)
SCENA DRUGA.
(ogród Kapuleta).
Wchodzi ROMEO.
ROMEO.

Kto nie czuł rany, blizny wyszydza.

(JULIA pokazuje się na górze w oknie.)

Cicho! przez okno blask jakiś pada!
Wschódże-to piękny, Juliaż słońce!
Zejdź słońce, zabij światło xiężyca,
Bo ta Lucyna zazdrością blada,
Żeś od niéj milsza, choć jéj dziewica.
Nie służ Diannie, bo zazdrośnica;
Mgła, jéj westalska barwa, pożółkła,

Głupcy ją noszą, porzuć jéj służbę. —
Moja to pani! moja kochanka:
Oby świadoma o tem została! —
Mówi nie usty, bo ta niebianka
Mówi oczyma: odpowiem skromnie. —
Nadtom zuchwały, mówi nie do mnie.
Dwie najpiękniéjsze gwiazdy na niebie
Mając odjechać w pilnej potrzebie,
Proszą jéj oczu, nim wrócą z jazdy
Aby świeciły w górnej ich sferze.
Gdy oczy w niebie, w jéj twarzy gwiazdy
Chciałyby mieszkać: gwiazdom odbierze
Blask ich ze wstydem Julii lice,
Jako dzień lampie; z jéj oczu w niebie
Strumień światłości zleje się taki,
Że oszukane ozwą się ptaki,
Jakby witały słońce przy wschodzie.
Patrz, na swą rękę spiera policzek!
Obym był jedną z jéj rękawiczek,
By się ku cudnej cisnąć jagodzie.

JULIA.

Biada!

ROMEO.

Przemawia: —
Jasny aniele, przemów na nowo;
Boś tyle dla mnie świecąc nad głową
Jasném zjawiskiem w nocy téj mroku,
Jako skrzydlaty niebios posłaniec
Osłupiałemu śmiertelnych oku,
Co przerażone patrzy do góry,
Jak on rozpędza leniwe chmury
Szybko w powietrza lecąc potoku.

JULIA.

Romeo! za cóż tak cię nazwano?
Wyrzecz się ojca, porzuć twe miano:
Albo twe oddaj serce kochane,
A Kapuletką byc poprzestanę.

ROMEO.

Więcej-li słuchać, czy odpowiadać?

JULIA.

Imie twe tylko trzymam za wroga; —
Ten sam zostaniesz, choć nie Montego.
Nie jest Montego ręka ni noga,
Twarz, ni część inna ciała twojego.
Zwij się inaczéj! Cóż imie znaczy?
Róża nazwana inném imieniem,
Równie przyjemnem zachwyci tchnieniem;
Choćby Romeem ciebie nie zwano,
Równie zatrzymasz drogie przymioty
I bez imienia. — Porzuć twe miano,
Za to, choć nie jest część twéj istoty,
Całkiem się oddam.

ROMEO.

Chwytam za słowo:
Zwij mię kochankiem, chrzczę się na nowo;
Odtąd nie będę Romeem zwany.

JULIA.

Któż to, co płaszczem nocy odziany
Myśli me zbadał?

ROMEO.

O, święta! droga!
Nie wiém jak siebie objawie tobie,

Moje nazwisko trzymani za wroga,
Bo nieprzyjazne twojej osobie;
Zdarłbym je, gdybym miał napisane.

JULIA.

Jeszcze w me uszy głosu twojego
Sto słów nie wsiękło, dźwięki już znane,
Czy nie Romeo, czy nie Montego?

ROMEO.

Żaden z tych, kiedy nie lubisz obu.

JULIA.

Jak tu przyszedłeś, powiedz mi? czego?
Przez mur wysoki trudne przebycie;
Wiedząc kto jesteś szukasz tu grobu?
Ujrzą cię krewni, straciłeś życie.

ROMEO.

Skrzydłem miłości mur przeleciałem,
Miłość nie wstrzymasz kamiennym wałem:
Miłość co może, zdziała najpewniéj;
Przeto niestraszni twoi mi krewni.

JULIA.

Jeśli cię ujrzą, będziesz w mogile.

ROMEO.

Twa niebezpieczna więcej źrzenica,
Jak ich dwadzieścia mieczów, patrz mile,
A zgromi wszystkich moja prawica.

JULIA.

Za świat nie żądam, by cię ujrzano!

ROMEO.

Mam w płaszczu nocy od nich ukrycie;
Gdy mię nie kochasz, niech mię zastaną:

Lepiéj od wrogów stracić raz życie,
Jak niekochąny w długim żyć skonie.

JULIA.

Któż zaprowadził ku tej cię stronie?

ROMEO.

Miłość najpierwéj szukać kazała:
Oczy jéj dałem, radę mi dała.
Chociam nie żeglarz, byłabyś zdala,
Gdzie brzeg najdalszy płócze mórz fala,
Biegłbym za morza po takie skarby.

JULIA.

Mnie maska nocy kryje oblicze;
Bez niéj zawstydzeń kryłyby farby
Na podsłuchany po ciemku mowę.
Formy zatrzymać najszczerzéj życzę,
Słowa zaprzeczyć chcę poprzednicze;
Ale pozory bywajcie zdrowe!
Kochasz mnie? wiem ja, kocham odpowiész;
Wierzę na słowo: chocbyś i przysiągł
Możesz oszukać: mówią że Jowisz
Z przysiąg miłosnych zawsze się śmieje.
Miły Romeo, jeślim kochana
Utwierdź zeznaniem szczęścia nadzieję:
Myślisz, że prędko jam pozyskana?
Będę przewrotną, lice nasrożę
Powiem, nie, jeśli chcesz się zalecać;
Ale inaczéj za nic na świecie.
Czułam za nadto, piękny Montego!
Może mię sądzisz płochą dla tego:
Wierz, panie, będę stalszą w kochaniu,
Jak te, co więcej biegłe w udaniu.

Byłabym więcéj udawać biegła,
Lecz podsłuchałeś, nimem postrzegła,
Miłość prawdziwą. Przebacz mi, panie;
Nie bierz za płochość prędkie się zdanie,
Przez noc zdradzona ma tajemnica.

ROMEO.

Pani, na światło klnę się xiężyca,
Co srébrem wierzchy drzew upromienia, —

JULIA.

Ach na niestały nie klnij się xiężyc,
Który miesięcznie koło odmienia;
Może twa miłość równie być zmienną.

ROMEO.

Na cóż się zakląć?

JULIA.

Nie klnij się na nic;
Lub na twą miłą przysiąż osobę,
Którą, jak bóstwo, wielbię bez granic,
Wierzyć ci będę.

ROMEO.

Gdy cię nie kocham, ziemi ozdobę, —

JULIA.

Dość, nie przysięgaj: chociaż cię lubię,
Lecz téj nie lubię nocnéj umowy:
Zbyt nieopatrzna, nagła i dzika;
Jak błyskawica, co pierwéj znika,
Nim się wymówi, — Ot błyskawica!
Luby, dobranoc! — Pączek miłości
Może od lata dojźrzałych tchnieni,
W drugiém spotkaniu w kwiat się zamieni.

Dobranoc! niechaj słodkie pokoje
Cieszą twe serce, jak cieszą moje.

ROMEO.

Rzucasz nie dając zaspokojenia?

JULIA.

Jakiegoż pragnież zaspokojenia?

ROMEO.

Moję przysięgę niech twoja zmienia.

JULIA.

Pierwej przysięgłam niźli żądałeś.
Lecz obym mogła czynić na nowo!

ROMEO.

Na cóż odebrać żądasz twe słowo?

JULIA.

Wyznam ci, żeby oddać na nowo.
Lecz to co pragnę mieszka w mém łonie:
U mnie bez granic dobroć jak morze,
Miłość bezdenna, jak morskie tonie;
Im więcéj kocham, tym więcéj płonę,
Miłość i dobroć mam nieskończone.

(słychać wołanie z domu.)

Głos słyszę: luby, bywaj mi zdrów! —
Wnet, mamko! — Drogi, zostań mi wierny.
Chwilkę zaczekaj, powrócę znów.(wychodzi.)

ROMEO.

Nocy szczęśliwa! jestem w obawie,
Może ja we śnie, zwłaszcza że noc,
Tyle nie bywa szczęścia na jawie. (Julia powraca.)

JULIA.

Trzy słów Romeo i już dobranoc.
Gdy chce prawego miłość twa szczęścia,

Objaw mi jutro zamiar zamężcia
Przed tą, co poszlę na to, osobą,
Gdzie, kiedy, związek zawrzéć się może;
Całą mą dolę u nóg twych złożę;
Jako z mym panem w świat pójdę z tobą.

MAMKA, za sceną.

Pani!

JULIA.

Zaraz: — Jeżeli myślisz inaczéj,
Błagam cię, —

MAMKA, za sceną.

Pani!

JULIA.

Idę natychmiast: —
Przestań mię szukać, zostaw rospaczy;
Poszlę ci zrana, —

ROMEO.

Jak chcę zbawienia —

JULIA.

Po stokroć życzę tobie dobranoc.

ROMEO.

Bez twego światła po stokroć zła noc. —
Luby się z lubą schodzą weseli,
Jak żak od xiążek biegnie wesoły;
Lecz luby z lubą tęsknie się dzieli,
Jak żak, co smutny idzie do szkoły.

(Pomału odchodzi. — Julia powraca do okna.)
JULIA.

Cyt, cyt! Romeo! — Głos sokolnika,
Oby pięknego zwabił sokoła!

Schrzypła niewola głośno nie woła;
Głosby inaczej rozdarł jaskinie
Echo zbudziwszy, które w nich drzymie;
Schrzypłoby echo więcéj odemnie,
Przez powtarzane Romea imie.

ROMEO.

Moje kochanka imię wymawia:
Jak słodkie brzmienie i srébrne sprawia
Głos kochających, kiedy noc głucha,
Muzyka rajska dla czułych ucha.

JULIA.

Romeo!

ROMEO.

Luba!

JULIA.

W jakiéj godzinie
Posłać do ciebie?

ROMEO.

Tak, o dziewiątéj.

JULIA.

Pewno nie chybię; do téj godziny
Lat ze dwadzieścia. już zapomniałam
Z jakiéj wróciłam ciebie przyczyny.

ROMEO.

Az nie przypomnisz pozwól niech stoję.

JULIA.

Abyś stał zawsze, zawsze zapomnę,
Pomnąc jak lubię przytomność twoję.

ROMEO.

Byś zapomniała zawsze stać będę,
Zapominając o reszcie świata.

JULIA.

Chcę abyś odszedł, brzask już się świéci;
Jednak nie daléj jak ptak na nici;
Dziecko od ręki puszcza go trocha,
Jak niewolnika w pętach biédnego;
Znów nitką ciągnie, tyle go kocha,
Że mu zazdrości jego swobody.

ROMEO.

Byłbym twój ptaszek, droga istoto!

JULIA.

Tegobym chciała, słodki aniele!
Leczbym zabiła ciebie pieszczotą.
Dobranoc tobie, drogi kochanku!
Słodki do tyła smutek w rozdziele,
Żebym mówiła wciąż bez ustanku
Słodkie dobranoc aż do poranku. (odchodzi.)

ROMEO.

Sen na twe oczy, pokój na łono! —
Oby mię w pokój i sen zmieniono!
Spocząłbym u niéj w słodkiéj pociesze. —
Do duchownego ojca pospieszę,
Traf błogi powiem, wezwę pomocy, (wychodzi.)


SCENA TRZECIA.
(Cela Brata Wawrzyńca).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC z koszykiem.
WAWRZYNIEC.

Już się uśmiécha świt szaro-oki
Do nasępionéj nocy grobowéj,

Pstrząc blaskiem światła wschodu obłoki;
Jakoby pijak ciemność zwalana
Chwiejąc się zbacza od drogi dniowéj,
Kół się ognistych bojąc Tytana.
Nim słońce okiem płomienném strzeli,
Rosę wypije, dzień uweseli,
Ziół złych nazbiéram koszyk z sitowia,
I kwiatków, które służą do zdrowia.
Ziemia ma imię grobu i matki;
Płodnym żywotem naturze w zgonie:
Z którego różne wychodzą dziatki,
Co widzim u niéj ssące na łonie.
Wiele dla wielu cnót wyśmienite,
Każde ma jakąś i rozmaite.
O jakie skryło łask dziwnych mnóstwo
W ziołach, kamieniach i drzewach bóstwo!
Nic tak podłego świat nie posiada,
Co jakich zysków światu nie nada;
Rzeczy najlepszych piękny pożytek
W zły się wyradza przez nad użytek:
Źle wzięta cnota błędem się stawa,
Błąd zaś uzacnia częstokroć sprawa.
W listkach co mały kwiat ten składają,
Lek i trucizna razem mieszkają:
Zapach nadaje zmysłom wesele,
Smak zaś rozlewa śmierć w całém ciele.
Dwa wrogi sprzeczne nie schodzą z pola,
W ludziach i ziołach, z dobrą zła wola;
Kiedy zaś gorsza polem owłada,
Rak śmierci zaraz roślinę zjada.

(wchodzi ROMEO).
ROMEO.

Ojcze, dzień dobry.

WAWRZYNIEC.

Benedicite!
Któż mi tak rano czyni wizytę? —
Synu, ból głowy dowieść to może,
Kto tak pożegnał rano swe loże:
U starych oczu straż troska trzyma,
Gdzie troska mieszka tam snu już nié ma,
Lecz młódź, od której zdała kłopoty,
Gdy spocznie w łożu, rządzi sen złoty.
Stąd ranne wstanie mnie przekonywa,
Że jakaś boleść ze snu cię zrywa:
Gdy nie to, zgadnę prędko jak z procy,
Że ty nie byłeś w łóżku téj nocy.

ROMEO.

Zgadłeś, lecz miałem słodsze spocznienie.

WAWRZYNIEC.

Boże grzech odpuść! — Przy Rozalinie?

ROMEO.

Przy Rozalinie, ojcze mój? nie, nie;
Imie jeéj z troską z myśli mi ginie.

WAWRZYNIEC.

Dobrze, me dziecko: gdzieś noc przepędził?

ROMEO.

Powiem, bym dalszych pytań oszczędził.
U mego wroga gdy balowałem,
Ta mię przeszyła nagłe postrzałem,
Którą raniłem. Obojga leki
Od twéj zależą świętéj opieki:

Patrz, święty ojcze, zemsty nie noszę,
Gdy za mym wrogiem równie cię proszę.

WAWRZYNIEC.

Prostą i szczerą daj mi odpowiedź;
Mówić dwuznacznie, dwuznaczna spowiedź.

ROMEO.

Dowiedz się ojcze, że pokochałem
Julkę Kapulet milszą od słońca:
Dała mi serce, serce jéj dałem;
Wszystko skończone, tylko do końca
Szlub nam potrzebny. Gdziem, jak i kiedy
Ujrzał, pozyskał, z nią się zaręczył,
Potem opowiém. Błagam cię tedy,
By naszę miłość szlub dziś uwieńczył.

WAWRZYNIEC.

Święty Franciszku! Co to za zmiana?
Taź Rozalina już zapomniana,
Którąś tak kochał? miłość młodzieży
Nie w sercu wierném, lecz w oku leży.
Jezu, Maryo! łez jakie zdroje
Dla Rozaliny twarz zmyły twoją!
Łez morzem miłość darmoś kupował,
Boś téj miłości ani skosztował!
Słońce twych westchnień jeszcze nie zgania,
W mych uszach dawne brzmią twe stękania;
Patrz tu na twarzy ślad zostawiłéś
Dawnych łez, których jeszcze nie zmyłeś:
Jeśliś żył, jeśliś zniósł złe godziny,
Żyłeś, znosiłeś dla Rozaliny;
Zmiennyś? — Gdy słabość taka w mężczyznie,
Nie dziw kobiécie że się pośliźnie.

ROMEO.

Miłość mnieś ganił w téj Rozalinie.

WAWRZYNIEC.

Szał a nie miłość, kochany synie.

ROMEO.

Pogrześć kazałeś miłość.

WAWRZYNIEC.

Nie w grobie
Jednę położyć, drugę wziąć sobie.

ROMEO.

Proszę cię nie gań, bo mi oddaje
Ta, z którą wszedłem w nową zażyłość,
Łaskę za łaskę, miłość za miłość.
Tamta nie chciała.

WAWRZYNIEC.

Bo twe kochanie
Wprawą czytała, nie będąc w stanie
Przeslabizować. Chodź, wiatropędzie,
W tém ci pomogę, mając na względzie,
Że waszych domów, gdy was połączę,
Może nienawiść przyjaźnią skończę.

ROMEO.

Chodź, na pośpiechu wiele zależy.

WAWRZYNIEC.

Zwolna i mądrzej pada, kto bieży. (wychodzą.)


SCENA CZWARTA.
(Ulica).
Wchodzi BENWOLIO i MERKUCIO.
MERKUCIO.

Gdzie się u djabla podział Romeo?
Nie byłże w domu téj nocy?

BENWOLIO.

Lecz nie w ojcowskim; z jego służącym
O tem mówiłem.

MERKUCIO.

Ach, Rozalina,
Z sercem kamienném blada dziewczyna
Męczy go tyle, ze oszaleje.

BENWOLIO.

Tybalt złączony krwią z Kapuletem,
W dom ojca jego przysłał pisemko.

MERKUCIO.

Daję gardło, ze wyzyw.

BENWOLIO.

Romeo odpowie.

MERKUCIO.

Każdy umiejący pisać może na list odpowiedziéć.

BENWOLIO.

Nie, odpowie samemu panu tego listu śmiałością za śmiałość.

MERKUCIO.
Niestety, biedny Romeo już umarły! przeszyty czarném okiem białéj dziewczyny; dostał po uszach miłosną piosenką, jego serce na wpół rozdarte strzałą ślepego łucznika; takiż-to człowiek ma się spotkać z Tybaltem?
BENWOLIO.

Cóż osobliwego Tybalt?

MERKUCIO.

Więcéj jak Mruczysław xiąże kotów, powiadam tobie. O, to waleczny wódz ceregielów! Walczy, jakby śpiewał z nót piosenką, z miarą, pauzami i taktem; czeka raz, dwa, a trzy już w piersiach: na śmierć tobie przebije guzik jedwabny: pojedynkownik, pojedynkownik; szlachcic z najpierwszych domów, a przyczyny do zabicia oparte na honorze naprzód i powtóre wysypie jak z rękawa: ach, immortal passado! punto rcverso! ha!

BENWOLIO.

Cóż to?

MERKUCIO.

Dżuma na tych śmiésznych, szepluniących i wymuszonych junaków; unoszą się oni nad każdą fraszką dziwnym językiem dziwnych znawców; — Co to za wyśmienitéj tęgości brzeszczot! Co to za potężnego wzrostu człowiek! Co to za prawdziwie dobra wszetecznica! — Nie jestże-to opłakana rzecz, dziaduniu! że musimy cierpieć od tych much zagranicznych, od tych modnisiów, od tych Pardon-nez-moi, którzy tak stoją przy nowych prawidłach, że nawet bótów nie każą kłaść na starych.

BENWOLIO.

Idzie Romeo, idzie Romeo.

MERKUCIO.

Bez własnej ikry, jak śledź suszony: — O ciało, ciało, jakże się rybą stało! — Smakuje teraz w rymach, które wylał Petrarka: Laura przy jego pani, kucharka; wprawdzie miała lepszego kochanka, który ją obrymował: Dydo kawał mięsa; Kleopatra cyganka — Helena i Hero nic poczciwego; Tisbe siwe oko, lub co podobnego; lecz to nic do naszej rzeczy. — Signior Romeo, bon jour! otóż francuzkie powitanie odpowiedue twoim francuzkim szarawarom. Tęgiegoś nam wczoraj wywinął kominka.

ROMEO.

Dzień dobry — wam. Jakiego kominka wywinąłem?

MERKUCIO.

Zemknąleś, zemknąleś; czy nie pojmujesz?

ROMEO.

Przepraszam, dobry Merkucio, miałem ważną sprawę, a w takich, jak mój, razach, można uchylić uszanowanie.

MERKUCIO.

Wszystko jedno, jakbyś powiedział, ze człowiek w podobnym przypadku uchylać musi kolana.

ROMEO.

Rozumi się wznak uszanowania.

MERKUCIO.

Przewybornie trafiłeś.

ROMEO.

Najgrzeczniejsze tłumaczenie.

MERKUCIO.

Jestem bukiet, albo wyskok grzeczności.

ROMEO.

Wyskok grzeczności.

MERKUCIO.

Tak.

ROMEO.

Zapewne, bo z niej często wyskakujesz.

MERKUCIO.

Dobrze mówisz: chodź ze mną na wyprzodki, a prędko zedrzesz z kretesem swój dowcip i zostaniesz bosiuteńki i obrany z całego zapasu żartów.

ROMEO.

Ej, nie dbam o siebie, bylebym tobie uszył bóty.

MERKUCIO.

Wdaj się między nas, mój dobry Benwolio, mój dowcip ustaje.

ROMEO.

Batogiem i ostrogą, batogiem i ostrogą; albo zawołam szach mat.

MERKUCIO.

Jeśli zechcesz wystrajae dudki, to mię zakasujesz: bo ręczę, ze więcej masz dudków w jednym zmyśle, jak ja w pięciu. Czy polowałeś kiedy ze mną na dudki?

ROMEO.

Nigdym cię ze mną nie widział, chyba ze sam byłeś dudkiem.

MERKUCIO.

Za ten żart uskubnę cię za ucho.

ROMEO.

Nie skubaj, pokażę ci dudka na kościele.

MERKUCIO.

Twój dowcip, jak dudka, przykry dla ucha.

ROMEO.

Czy niestosowny wabik na dudki?

MERKUCIO.

Jak szewc skórę, tak swój dowcip naciągasz z cala na łokieć.

ROMEO.
Ciągnij i mierz jak chcesz, to wszystko w dłuż, w szerz i poprzek przypadniesz na dudka.
MERKUCIO.

Czyż teraz nie lepiej, jak stękać dla miłości? teraześ towarzyski, teraześ Romeo, teraześ taki, jakim rzeczywiście jesteś przez wychowanie i naturę: bo ta ślepa miłość podobna do prostaka grającego w ciuciubabkę, który biega na oślep i miasto osoby złapie guza, padając jak długi.

BENWOLIO.

Ej, pohamuj nieco twój długi język.

MERKUCIO.

Pragniesz, abym się w język ukąsił i przestał mówić.

BENWOLIO.

Jeśli go nie będziesz trzymał za zębami, to się może wystrzępić albo uciec z gęby, jak u łakomego dziecka: zwłaszcza, że język nié ma kości, ani gęba pana.

MERKUCIO.

Bardzo się zawiodłeś, mój język krótki: bo skończyłem, co miałem na języku i nie myślę mleć dłużej.

ROMEO.

Oto doskonały towar.

(wchodzi MAMKA i PIOTR.)
MERKUCIO.

Żagiel, żagiel, żagiel!

BENWOLIO.

Dwa, dwa — spódnica i szarawary.

MAMKA.

Pietrze!

PIOTR.

Słucham.

MAMKA.
Mój wachlarz, Pietrze!
MEUKUCIO.

Proszę ciebie, dobry Pietrze, podaj wachlarz niech twarz zakryję, bo z dwojga złego wybierając wachlarz piękniejszy.

MAMKA.

Dzień dobry, panom.

MEUKUCIO.

Dobry wieczór, pięknéj pani.

MAMKA.

Dla czego dobry wieczór?

MEUKUCIO.

Mówię prawdę, bo dzień pani już się schylił ku zachodowi.

MAMKA.

Idź pan do smutka. Co to za człowiek?

ROMEO.

Człowiek, pani, którego Bóg stworzył na szkodzenie sobie samemu.

MAMKA.

Dalibóg dobrze powiedziałeś; na szkodzenie sobie samemu! Co to, to prawda. Panowie, proszę powiedzieć, gdziebym znalazła młodego pana Romeo?

ROMEO.

Ja mogę powiedzieć: ale młody Romeo będzie starszym, niż był, kiedy go szukałaś: jestem najmłodszy tego imienia, które noszę dlatego, ze nié mam lepszego.

MAMKA.

I to dobre.

MEUKUCIO.
Jak to, czyż złe dla tego staje się dobrem, że nié ma lepszego? rozumnie, rozumnie.
MAMKA.

Jeżeli pan jesteś Romeo, tobym chciała sam na sam chwilkę z nim pomówić.

BENWOLIO.

Pewnie go zaprasza na jaki wieczór.

MERKUCIO.

Koczotka, koczotka! Na ta, tu!

ROMEO.

Cóżeś natrafił?

MERKUCIO.

O, nie sarneczkę, ale starą, spleśniałą zwierzynę, której nie zjesz, bo niestrawna; słuchaj dam ci receptę.

Nie pij po rybie wody,
Po kapuście wina:
Nie chodź do staréj baby,
Kiedy jest dziewczyna.

Romeo będziesz u twego ojca? tam przyjdę na obiad.

ROMEO.

Będę.

MERKUCIO.

Żegnam starożytną panią; bywaj mi zdrowa pani, pani, arcypani.

(wychodzą Merkucio i Benwolio.)
MAMKA.

O, ruszaj sobie z Bogiem! — Proszę pana co to za bezczelny człowiek, taki pełny łotrostwa?

ROMEO.
Człowiek, mamko, co lubi pleść, aby go słuchano; i powie więcéj w jednéj minucie, jak może zdać rachunek z tego przez cały miesiąc.
MAMKA.

Jak to, szydzić ze mnie? O, ja go cisnę pod nogi, choć by był silniejszy jak jest i takich dwudziestu Maćków, a jeśli sama nie podołam, to znajdę pomocników. Łotr przebrzydły! nie jestem żadna z jego fryjerek, ani z jego nic wartych kamratów: — Ty także stałeś i cierpiałeś, aby każdy łotr obchodził się ze mną wedle upodobania.

PIOTR.

Nie widziałem, aby się kto z panią obchodził wedle upodobania; jeślibym ujrzał, broń moję żywobym dobył, ręczę panią, bo śmiem tak prędko dobyć miecza, jak każdy inny człowiek, jeśli tylko widzę dobrą zręczność do sporu i prawo po mojéj stronie.

MAMKA.

Teraz, dalibóg, takem poruszona, że drżę caluteńka. Łotr przebrzydły! — Proszę pana na jedno słowo, jak mówiłam: moja młoda pani kazała mi szukać pana, a co kazała powiedziéć to zachowam u siebie: ale pierwej racz mię zawiadomić, czy nie zechcesz ją zaprowadzić do raju głupców, jak mówią, będzie to bardzo nieuczciwie z jego strony, bo panienka młoda, a przeto, jeśli ją oszukasz, nader rzecz podłą ofiarujesz szlachetnéj pannie i byłby nikczemny postępek.

ROMEO.

Mamko, polec mię twojéj pani; daję ci rękojmię, —

MAMKA.

Co za poczciwe serce! na honor, przepowiém to wszystko. Boże, Boże, jak będzie szczęśliwa kobieta!

ROMEO.
Cóż jéj powiész, mamko? nic mię nie słuchasz.
MAMKA.

Powiem jéj, panie, ze dajesz rękojmię; tak wysokie wyrażenie dowodzi gatunku twojej wysoko urodzonej i pięknéj duszy.

ROMEO.

Niech po obiedzie, proszę cię powiedź,
Przyjdzie na spowiedź;
W celi Wawrzyńca wyspowiadana
Szlub ze mną weźmie. — Masz to, kochana.

MAMKA.

Nic, wcale, panie, ani halerza.

ROMEO.

Proszę cię wezmij.

MAMKA.

Dziś popołudniu? dobrze, tam będzie.

ROMEO.

Mamko pod murem czekaj klasztornym:
Mój z tobą będzie człek za godzinę;
Tobie sznurową odda drabinę;
Po któréj wstąpię na szczęścia łono,
Pod tajemniczą nocy oponą.
Żegnam! — bądź wierna, trudy nagrodzę.
Żegnam! — Twéj pani łasce mię poleć.

MAMKA.

Niech cię Bóg błogosławi! — Słuchaj, panie.

ROMEO.

Co powiész, moja droga mamko?

MAMKA.

Człekże twój do sekretu? pomnij na przysłowie,
Co dwóch wiedzą, to tytko sekretem się zowie.

ROMEO.

Bądź spokojną, mój człowiek jak grób milczący.

MAMKA.

Dobrze, panie. Moja pani najsłodsza osoba: Boże, Boże! — Kiedy jeszcze była małém, paplącém panięciem, — o — Jest w mieście niejakiś hrabia Parys, który do niéj cholewki smali: ale dobra dusza, wolałaby raczéj widziéć ropuchę, prawdziwą ropuchę, jak jego. Czasem ją drażnię i mówię, że Parys najładniejszy w świecie chłopiec: ale ręczę panu, że kiedy to mówię, wygląda tak blada jak chusta. Rozmaryn i Romeo czy się nie zaczynają od jednej litery?

ROMEO.

Tak, mamko, cóż z tego od R.

MAMKO.

Ach, drwiarzu! err, to tylko warczy tak pies: o, wiem, żc się od innej litery poczyna: najpiękniejsze wiersze napisała o panu i rozmarynie, bardzo cię to ucieszy jak usłyszysz.

ROMEO.

Poleć mię twojéj pani.

MAMKA.

Dobrze, po tysiąc razy. — Pietrze!

PIOTR.

Słucham.

MAMKA.

Pietrze, weź mój wachlarz i pójdziemy.

(wychodzą.)

SCENA PIĄTA.
(Ogród Kapuleta).
Wchodzi JULIA.
JULIA.

Biła dziewiąta, mamkęm wysłała;
Za pół godziny wrócić się miała.
Czy nie znalazła? — Znaleść powinna:
To być nie może! — Chroma, niezwinna!
Trzeba miłości myśl miéć za gońca,
Co szybsza stokroć, jak promień słońca,
Który z gór zdziera nocne ich szaty:
Stąd miłość wiozą lotne gołębie,
I wiatr wyściga Kupid skrzydlaty.
Słońce w południu gospodę trzyma;
A od dziewiątéj aż do dwunastéj
Długich trzy godzin, — jednak jéj nié ma.
Z krwią wrzącą, z czuciem młodéj niewiasty
Pilce wyrówna zwinnością, ruchem;
Me słowa jemu, jego zaś do mnie
Odbije duchem.
Lecz starych słusznie trupami zowiem,
Bladym, powolnym, ciężkim ołowiem.

(wchodzi MAMKA i PIOTR.)

Boże, nadchodzi! — Mamko słodziuchna,
Z nimże mówiłaś? jakąż wieść mamy?
Odpraw człowieka.

MAMKA, do Piotra.

Czekaj u bramy.

JULIA.

Mamciu, dla czego smutne twe czoło?
Choć wieści smutne, powiedz wesoło;
Gdy dobre, rajską muzyką wieści
Psujesz haniebnie miną boleści.

MAMKA.

Jestem zmęczona, poczekaj chwilę: —
Ach bolą koście! biegałam tyle!

JULIA.

Chciałabym, abyś miała me koście,
A u mnie była twoja nowina:
Powiedz mi, powiedz, mamciu jedyna.

MAMKA.

Jezu! jak nagli! wytchnąć nie daje:
Czyli nie widzisz, tchu mi nie staje?

JULIA.

Tchu ci nie staje, kiedy masz tyle,
Że możesz mówić, „tchu mi nie staje?“
Twoja wymówka dla której czekasz,
Dłuższa od rzeczy, którą mi zwlekasz.
Złe są, czy dobre wieści? odpowiedz;
Resztę zaczekam, tylko to powiedz:
Proszę zaspokój, złe są czy dobre?

MAMKA.

Dobrze, bardzo prosty uczyniłaś wybór, nie wiész, jak potrzeba wybiérać męża: Romeo! nie, nie on; chociaż twarz jego piękniejsza od innych, ale noga wyżej od kostki nadzwyczajnie gruba: a co do ręki i kibici, — chociaż nie ma co o nich mówić, jednak są z niczém nie porównane: Nic jest kwiatem grzeczności, — ale ręczę za niego, że tak łagodny jak baranek. Idź swoją drogą, dziewczyno — chwał Pana Boga: — Co już w domu po obiedzie?

JULIA.

Nie; lecz to wszystko piérwéj wiedziałam;
Cóź o małżeństwie? Cóż ci on mówił?

MAMKA.

Jak boli głowa! jak jestem chorą!
Jaką mam głowę! bije jak młotem,
Zda się, że pęknie we dwadzieścioro.
Krzyże jak zbite, — krzyże, och, krzyże!
Złorzeczże sobie, bo z twéj przyczyny
Na śmierć zmęczonam od bieganiny.

JULIA.

Smutnam, istotnie, że ci nie dobrze;
Mamciu najsłodsza, cóż mówił luby?

MAMKA.

Luby twój mówił, jak człek uczciwy,
Grzeczny i czuły i urodziwy,
Cnót pełen, ręczę. Gdzież twoja matka?

JULIA.

Gdzie moja matka? — W swoim pokoju;
Kędyżby była? Dziwna odpowiedź!
Luby twój mówił, jak człek uczciwy, —
Gdzież twoja matka?

MAMKA.

Najświętsza Panno!
Jakżeś gorąca! Takąż, kochanko,
Leczysz me kości zbolałe wanną?
Odtąd bądź sama swoją posłanką.

JULIA.

Rzućmy niesnaski; — jakaż odpowiedź?

MAMKA.

Masz pozwolenie dziś odbyć spowiedź?

JULIA.

Mam.

MAMKA.

Spiész się do ojca Wawrzyńca celi,
Gdzie cię poszlubi młodzian za żonę:
Teraz ci na twarz wstąpił rumieniec,
Lecz na wieść inną krew ci wystrzeli.
Spiesz do kościoła, ja w drugą stronę,
Szukać drabiny, którą młodzieniec
Wejdzie, jak ciemność okryje ziemię:
W twojej rozkoszy ciężary dzielę:
Lecz dźwigać będziesz w nocy téj brzemię.
Pójdę na obiad; pośpieszaj w celę.

JULIA.

Spieszyć do szczęścia! żegnam cię, droga!

(wychodzą.)
SCENA SZÓSTA.
(Wawrzyńca cela).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC i ROMEO.
WAWRZYNIEC.

Niech błogosławi niebo zamężcie,
By nie karało potém nieszczęście.

ROMEO.

Amen! lecz smutek niech jak chce będzie,
Wszystko nie dojdzie tego wesela,

Co jéj widzenia chwilka udziela:
Gdy świętym węzłem ręce się spoją,
Szydzę ze śmierci miłość niszczącéj,
Dość, kiedy mogę nazwać ją moją.

WAWRZYNIEC.

Rozkosz gwałtownych koniec gwałtowny.
Giną w tryumfie; jak ogień z prochem
Nikną w całunku: nam niesmakowny
Miód nazbyt słodki, nudności sprawia,
Przez to jedzenia chęci pozbawia:
Trwa długo miłość umiarkowana;
Nadto się spóźnić zarówno zdolny,
Kto nazbyt prędki, lub zbyt powolny.

(wchodzi JULIA.)

Panna nadchodzi: — Tak lekkiéj nogi
Stopa kamiennéj nie trze podłogi:
Siędą kochanki na pajęczynie,
Co w babiém lecie snując się lata,
Nie spadną; lekka tak marność świata!

JULIA.

Mój spowiedniku przyjm dobry wieczór.

WAWRZYNIEC.

Dzięki od obu sldada Romeo.

JULIA.

Życzę dobrego jemu wieczora,
Boby inaczéj za nic dziękował.

ROMEO.

Ach, luba, jeśli radość w twem łonie
Równie jak w mojém silnie wezbrana,
Gdy odmalować umiész ją lepiéj,
Rozléj oddechem w powietrzu wonie,

Muzyką rajską, głosem niebiana
Daj szczęścia obraz, ach tym obrazem
Teraz jesteśmy, bo z sobą razem.

JULIA.

Miłość bogatsza w sobie jak w słowach,
Z rzeczy nie z ozdób chełpi się dumnie:
Kto skarby zliczy, żebrak to u mniej
Bogactw miłości tyle dziedziczę,
Że i połowy nawet nie zliczę.

WAWRZYNIEC.

Chodźcie, przystąpim ku świętej sprawie;
Samych, darujcie, że nie zostawię,
Aż kościół złączy w jedno was ciało.

(wychodzą.)


AKT III.

SCENA PIERWSZA.
(Miejsce publiczne}.
Wchodzą: MERKUCIO, BENWOLIO, PAŹ i SŁUDZY.
BENWOLIO.

Chodźmy, Merkucio, słuchaj méj rady:
Upał, na dworze są Kapulety,
Jeśli spotkamy nie ujdziem zwady;
Bo w kanikule krew się nam burzy.

MERKUCIO.

Podobnyś do jednego z tych junaków, co wchodząc do karczmy rzuca na stół szablę i mówi: daj Boże, abym jéj nie potrzebował! A rozgrzany drugą szklanicą dobywa miecza bez najmniejszej potrzeby na uprzejmego karczmarza.

BENWOLIO.

Czyżem słowo w słowo taki junak?

MERKUCIO.

Słowo w słowo. Nieznani gorętszego junaka nad ciebie.

BENWOLIO.
I cóż ztąd?
MERKUCIO.

To, ze gdybyśmy mieli dwóch podobnych, tobyśmy prędko obydwóch stracili, bo zabiłby jeden drugiego. Ty, tak ty, gotówbyś wszcząc burdę z człowiekiem, za to, że ma od ciebie mniéj albo więcéj jednym włosem w brodzie. Gotów byłbyś kłócić się o gryzienie orzechów dla tej jedynie przyczyny, że masz oko orzechowe, bo czyjeź-by drugie oko mogłoby wyśledzić podobny powód do sporu? Twoja głowa tak pełna hałaburdy, jak jaje pełne białku i żółtku, jednak twoja głowa przez poboje tak próżna, jak wyjedzone jaje. Kłócic się będziesz z człowiekiem, że kaszle na ulicy, ponieważ obudził twego psa śpiącego na słońcu. Czyż nie napadasz na krawca, że nosi nową kamizelkę przed wielkanocą? a na innego, że związał nowe trzewiki starą wstążeczką? i jeszcze chcesz mię ochraniać od sporu?

BENWOLIO.

Jeślibym był tak skłonny do kłótni jak ty, każdy kupiłby moje życie na prostą lenność za pięć kwadransów.

MERKUCIO.

Na prostą lenność? Och prosty!

BENWOLIO.

Przysięgam na głowę, nadchodzą Kapnięty.

(Wchodzi TYBALT i inni.)
MERKUCIO.

Przysięgam na nogi, nie dbam.

TYBALT.
Idźcie za mną blisko, bo chcę pomówić z nimi. — Dobry wieczór, panowie; mam powiedzieć słówko jednemu z panów.
MERKUCIO.

Tylko słówko jednemu z nas? Zparuj to słówko z czém jeszcze — naprzykład z ciosem.

TYBALT.

Dosyć mię gotowym znajdziesz panie do tego: jeśli dasz jaki powód.

MERKUCIO.

Czy pan nie byłbyś łaskaw znaleść jakiego powoda bez dawania.

TYBALT.

Pan jesteś z panem Romeo w dobrej harmonii, —

MERKUCIO.

W harmonii! co ty robisz nas muzykantami? Oj, nie proś Pana Boga, abyśmy tobie grali, bo nie bardzo dobrą usłyszysz harmonią: oto mój smyczek, który pana poruszy do tańca. — U milionkroć sto tysięcy! harmonia!

BENWOLIO.

Tu rozprawiamy w miejscu publiczném;
Lub się oddalmy w jakie ustronie,
Albo swe żale z flegmą przełóżcie,
Lub się rozejdźmy; wszyscy tu patrzą,

MERKUCIO.

Patrzą, bo na to dane im oczy;
Ja dla nikogo kroku nie ruszę.

(Wchodzi ROMEO.)
TYBALT.

Idzie mój człowiek; z panem już zgoda.

MERKUCIO.

Powieś mię, jeśli barwę twą nosi:
W pole pójść z tobą wprawdzie się zgłosi:
Możesz w téj myśli zwać swym człowiekiem.

TYBALT.

Gniéw mój, Romeo, słowem nielepszém
Każe cię witać. — Ty jesteś podły.

ROMEO.

Tybalt, mam powód ciebie kochania,
On to przed zemstą ciebie ochrania.
Za tę obelgę. — Podły nie jestem:
Przeto cię żegnam, nie znasz mię widzę.

TYBALT.

Chłopcze, to wcale krzywdy nie maże,
Którąś mi zadał; stawaj do bitwy.

ROMEO.

Ręczę, żem nigdy ciebie nie skrzywdził;
Kocham cię lepiej jak się domyślasz,
Póki nie poznasz przyczyn miłości:
Bo Kapuletów imie, jak moje
Równie mi drogie. Tém się zaspokój.

MERKUCIO.

Niecne, spokojne, podłe się zdanie!
A la stoccata, zmazę by zetrzéć. —
Tybalt myszołap ze mną potańczy!

TYBALT.

Czego chcesz odemnie?

MERKUCIO.
Dobry Mruczysławie, mężny królu kotów, nic więcéj nie chcę tylko jednego życia z twoich dziewięciu; proszę o to życie do wiadomego użycia, co jeśli się uda, to resztę ośm wypędzę suchymi razami. Czy się podoba panu wyciągnąć miecz swój za uszy? Spiesz się, abym nim dobędziesz, nie oczerkiesił panu uszu.
TYBALT, dobywając miecza.

Służę panu.

ROMEO.

Dobry Merkucio schowaj twój rapir.

MERKUCIO.

Twoje passado.

ROMEO.

Dobądź Benwolio;
Zbij na dół miecze: — Przez wstyd, panowie!
Wstrzymać obrazę — Tybalt! — Merkucio! —
Xiąże wyraźnie bitwy zakazał
W miasta ulicach: — Wstrzymaj się, Tybalt!
Dobry Merkucio.

(wychodzą Tybalt i jego stronnicy.)
MERKUCIO.

Jestem raniony: —
Dżuma na wasze domy! — zginąłem! —
Odszedł nieranny.

ROMEO.

Czyżeś raniony?

MERKUCIO.

Tak, drasnął, drasnął, dosyć, na honor!
Paziu mój biegaj za cyrulikiem. (wychodzi Paź.)

ROMEO.

Nie trać odwagi, bracie, rana nie może być wielka.

MERKUCIO.

Nie, ani tak głęboka jak studnia, ani tak szeroka jak drzwi kościelne; ale dostateczna: na śmierć usłuży: pytaj się o mnie jutro, a znajdziesz nieboszczykiem w grobie. Jużem na tamten świat napieprzony i nasolony: — Powietrze, na wasze dwa domy! — Do licha! pies, szczur, mysz, kot mógł zadrapać na śmierć człowieka! samochwał, łotr, nikczemnik, co się bije wedle prawideł arytmetycznych: — Czego u djabla między nas wpadłeś? Otrzymałem raz pod twoją ręką.

ROMEO.

Chciałem jak najlepiej.

MERKUCIO.

W dom, Benwolio, jaki zaprowadź,
Albo zemdleje. — Dżuma tym domom!
Ze mnie zrobiły pastwę robaków:
Rana śmiertelna! — O wasze domy!

(wychodzą Merkucio i Benwolio.)
ROMEO.

Bliski xiążęcy krewny ten człowiek,
A mój przyjaciel, ranny śmiertelnie
Z mojéj przyczyny, Tybalt potwarzą
Sławę mi splamił, Tybalt, co krewny
Mnie od godziny, — Julio słodka,
Jak zniewieściałym wdzięk twój mię czyni,
Męztwo staliste we mnie zmiękczało.

(powraca BENWOLIO.)
BENWOLIO.

Mężny Merkucio skończył, Romeo!
Dusza przezacna w górę się wzbiła,
Nader za wcześnie ziemią wzgardziła.

ROMEO.

Losy dnia tego pod kir fatalny
Wiele dni innych jeszcze przyłączą;
Klęsk to początek, inne zakończą.

(powraca TYBALT.)
BENWOLIO.

Wściekły powraca Tybalt na nowo.

ROMEO.

Żywy! w tryumfie! Merkucio poległ!
Względna łagodność precz pod obłoki!
Prowadź mię gniewie ognisto-oki! —
Teraz Tybalcie weźmij to słowo
Podły, co zwałeś mnie tym wyrazem:
Duch Merkucia nad naszą głową
Czeka, byś poszedł w drogę z nim razem;
Jeden z nas, lub dwaj ziemię uścielem.

TYBALT.

Ty, chłopcze nędzny, za przyjacielem
Pójdziesz niechybnie.

ROMEO.

Walka pokaże.

(biją się, Tybalt upada.)
BENWOLIO.

Uchodź, Romeo!
Wszczyna się rozruch, Tybalt zabity: —
Czegoś osłupiał: — jeśli cię złapią,
Na śmierć cię wskaże xiąże: — uciekaj!

ROMEO.

Igrzyskom losu!

BENWOLIO.

Stać-li tu będziesz?

(Wychodzi Romeo. — Wchodzą Obywatele.)
PIERWSZY OBYWATEL.

Zbójca Merkucia kędyże pobiegł?
Tybalt morderca kędyże pobiegł?

BENWOLIO.

Tybalt tu leży.

PIERWSZY OBYWATEL.

Ze mną chodź, panie,
Xięcia imieniem mówię to panu.

(Wchodzi XIĄŻE ze Świtą: MONTEGO, KAPULET, ich żony i inni.)

XIĄŻE.

Podli wszczynacze jacyż téj bitwy?

BENWOLIO.

Mogę odsłonić, xiąże dostojny,
Dzieje fatalne smutnej téj wojny:
Młody Romeo zabił Tybalta,
Z ręki którego legł Merkucio.

PIERWSZY KAPULET.

Tybalt mój krewny! — Braterskie dziécie!
Widok nieszczęsny! Ach potok krwawy
Mego krewnego! — Xiąże, jak prawy,
Weź za krew naszę Montega życie.
O krewny, krewny!

XIĄŻE.

Wnet, Benwolio,
Powiedz kto piérwszy wziął się do broni?

BENWOLIO.

Tybalt, co poległ z Romea dłoni;
Choć z nim Romeo pięknie rozmawiał,
Sporu wszczętego małość przedstawiał,
Gniewem Xiążęcej Mości zagrażał,
Choć się łagodnie, grzecznie wyrażał,
Ledwie nie zginał przed nim kolana: —
Jednakże wściekłość nieubłagana

Tybalta, który głuchy na pokój
W pierś Merkucia godził zelazem;
Równie ten prędki raz odparł razem,
Z męzką pogardą jednym zamachem
Śmierć zimną odbił, drugim odsyłał
Śmierć Tybaltowi, który się zdołał
Zręcznie uchraniać: Romeo wołał,
Wstrzymać się! dosyć! stójcie, panowie!
A jeszcze prędszy jak w swojéj mowie,
Na dół zbijając ostrza fatalne
Między nich wpada; pod jego ręką
Ciosem zdradliwym Tybalt przesieka
Dni Merkucia i sam ucieka:
Lecz do Romea wraca po chwili,
Na razie pomsty; oba zajadli,
Jak błyskawica, na siebie wpadli;
Nimem ich bowiem bitwę rozłączył,
Tybalt waleczny dni swe zakończył,
Uciekł Romeo na to zabicie:
Że to jest prawda daję me życie.

PIERWSZY KAPULET.

Krewny Montega jemu życzliwy,
W opowiadaniu stąd nieprawdziwy:
Jakich dwudziestu biło się w zwadzie,
Dwudziestu trupem jednego kładzie:
Xiąże racz spełnić prawo surowe,
Niech da Romeo głowę za głowę.

XIĄŻE.

Tybalt Merkucia zgładził ze świata;
Na kimże cięży krwi téj zaplata?

MONTEGO.

Nie na Romeu, w ścisłéj przyjaźni
Był z Merkuciein: jego w tém błąd,
Że sam go zabił, nie czekał kaźni,
Którą Tybalta skarałby sąd.

XIĄŻE.

Przeto Romeo za taki błąd,
Od téj godziny wygnany ztąd:
Nie obojętny dla mnie wasz gniew,
Gdy moja w bitwie leje się krew;
Ale powściągnę, karę weźmiecie,
Krwi méj wylanéj pożałujecie;
Obron, wymówek słuchać nie raczę,
Na łzy i modły win nie przebaczę;
Pizeto nie proście; niech stąd ucieka,
Jeśli go złapią, śmierć go tu czeka.
Niech się nie waży woli mej zwłaczać:
Mord, a nie litość, mordy przebaczać.

(wychodzą.)
SCENA DRUGA.
(Pokój w domu Kapuleta.)
Wchodzi JULIA.
JULIA.

Ognisto-nogie lećcie rumaki
W słońca mieszkania; woźnica taki
Jako Faeton niech was pogania
Ku zachodowi, niechaj na ziemię

Zaraz wyprawia noc nachmurzoną. —
Nocy, tyś matka, miłość twe plemię,
Przeto zwinięte rozwiń opony,
Zaniknij ciekawy wzrok naprzykrzony,
Aby Romeo w moje objęcia
Wpadł niepytany, ani widziany. —
Dość świeci własne kochankom lice,
Że mogą spełniać swe tajemnice:
Jeśli zaś milośc ślepa, to lepiéj
Noc jéj przystoi. — Chodź grzeczna nocy,
Naucz Matrono w czarnéj odzieży,
Jak na ołtarzu słodkim małżeństwa
Wieńce dziewicze składać należy:
Krew, co w rokoszu do twarzy bije,
Płaszcz twój posępny niech mi zakryje:
Aż trwożna miłość śmielszą nie stanie,
Przejdzie w powinność wierząc w kochanie.
Przychodźże nocy! — Przychodź Romeo!
W ciemnéj téj nocy dzionku majowy!
Legniesz ty bielszy na skrzydłach nocy,
Niźli na piórach kruka śniég nowy. —
Nocy miłośna, chodź nachmurzona,
Daj mi Romea; — kiedy on skona,
Weź go i potnij na gwiazdy drobne,
Tak lice nieba zrobisz nadobne,
Że w tobie nocy świat się zakocha,
Słońce jaskrawe czcić poprzestanie. —
Miłośc kupiłam już na mieszkanie,
Lecz nie posiadłam, chociam przedana,
Lecz nie objętam: — Tak mi dzień nudny,
Jak noc przed świętem niecierpliwemu

Dziecku, że nowéj szaty nie wkłada,
Którą posiada. — Mamka nadchodzi!

(wchodzi MAMKA ze sznurową drabiną.)

Niesie nowiny; a każdy język,
Który Romea imię wymawia,
Dla mnie się mową niebian wysławia. —
Jakaż nowina? co masz? drabina,
Którą Romeo przysłał?

MAMKA.

Drabina.

JULIA.

Ach! ręce łamiesz! jakaż nowina?

MAMKA.

Umarł, ach! umarł! o zła godzina!
Myśmy przepadli! Pani, przepadli! —
Zginął! zabity! nieszczęsne chwile!

JULIA.

Jakto, czyż niebo zazdrośne tyle?

MAMKA.

Ach to Romeo, ale nie niebo: —
Któż się spodziéwał kiedy? Romeo!

JULIA.

Szatan! bo sprawiasz torturę duszy,
Drży piekło rykiem takiéj katuszy.
Sam się Romeo zabił, czy tak?
Syllaba tak większa trucizna
Jak bazyliszka zabójczy wzrok:
Jeśli jest tak, nie będzie mnie;
Kto powie tak skończy me dnie.

Zginął? mów, tak; nie zginął? nie.
W krótkich dwóch słowach życie lub śmierć.

MAMKA.

Oczy własnemi widziałam ranę, —
Zbaw Panie! — mężnie w pierś odebranę:
Trup nieszczęśliwy, trup zakrwawiony,
Blady, jak popiół, blady, zbroczony,
Cały w krwi skrzepłej; na to zemdlałam:

JULIA.

Zgiń moje serce! biédny bankrucie!
Oczy na wieczne idźcie zakucie!
Ziemio do ziemi; zgiń życie u mnie;
W jednéj z Romeem odpocznę trumnie.

MAMKA.

O Tybalt, Tybalt mnie najżyczliwszy!
O grzeczny Tybalt, człek najuczciwszy!
Czyż ja powinnam dożyć twéj śmierci!

JULIA.

Co to za burza sprzecznie tak bije?
Zabit Romeo? Tybalt nie żyje?
Drogi mój krewny? droższy małżonek?
Grzmij trąbo groźna na sąd straszliwy!
Gdy ci pomarli, któż jeszcze żywy?

MAMKA.

Tybalt zabity, bannit Romeo;
Romeo, który zabił go, bannit.

JULIA.

Boże, Romeo zabił Tybalta?

MAMKA.

Zabił i zabił, zabił, niestety!

JULIA.

Skryty kwiecistą twarzą wąż serca!
Smokże był kiedy w tak ładnej grocie?
Szatan anielski! śliczny morderca!
Kruk z wierzchu gołąb, wilk w owczéj skórze
Boska postawa w podłéj istocie!
Pozór przeciwny jego naturze;
Święty potępion, zacny nikczemnik! —
Cóż cię, naturo, w piekło zawiodło,
Gdyś piękne ciało, ten raj ziemiana
Chciała kolebką zrobić szatana?
Jakaż to xiązka z treścią tak podłą
Pięknie oprawna? Fałsz-li zamieszkał
Pałac tak pyszny?

MAMKA.

Teraz w mężczyźnie
Nie ma szczerości, czci, ani wiary;
Każdy kłamliwy, krzywoprzysiężca,
Każdy obłudny, w zdradę obfity. —
Kędyż mój sługa? daj okowity: —
Smutki, boleści starą mię czynią.
Wstyd na Romea!

JULIA.

Za to życzenie,
Niech ci się spryszczy język w około!
To nie dla hańby stworzone czoło:
Wstyd się zawstydzi siąść na tym tronie,
Na którym może najprzyzwoiciéj
Wieńczyć koroną honor swe skronie,
Jako monarcha świata jedyny.
Jakieżem zwierze jemu złorzeczyć!

MAMKA.

Zbójcy krewnego chcesz dobrorzeczyć?

JULIA.

Męża mojego mamże niesławić?
Ach, mężu biedny! któż błogosławić
Będzie twe imie, kiedy klnie żona
Tobie od godzin trzech poszlubiona? —
Lecz na cóś niecny zabił krewnego?
Bo niecny krewny godził na męża:
Łzy głupie wróćcie w źródło domowe,
Dań smutku, wasze krople perłowe,
Myłką płacicie szczęściu haracze.
Mąż, co go Tybalt chciał zabić, zdrowy;
Tybalt, co męża chciał zabić, zginął:
Wszystko to dobrze; czegóż ja płaczę?
Nad śmierć Tybalta gorszemi słowy
Prawieni zabita: zapomniéć życzę;
Ale ugniata pamięć, niestety,
Jak winy czarne serca zbrodnicze:
Tybalt zabity, bannit Romeo;
Bannit! to jedno słowo bannita,
Gorsze daleko jak sto tysięcy
Śmierci Tybaltów. W śmierci Tybalta
Dosyć boleści, gdyby nic więcéj;
Lub, gdy iść smutek lubi społecznie,
I z biedy tłumem idzie koniecznie, —
Niechby dodała Tybalt nie żyje,
Ojciec, lub matka, albo oboje,
Smutki zwyczajne byłyby moje:
Lecz za Tybalta śmiercią w odwodzie
Bannit Romeo, — Ach tym wyrazem

Ojciec i matka, Tybalt, Romeo,
Julia, wszyscy zabici razem: —
Bannit Romeo! — Smutku, tęsknicy
Nié ma ni końca, ani granicy,
Kresu, ni miary w tém jedném słowie,
Tyle boleści żadne nie powie. —
Mamko, gdzież ojciec, gdzież rodzicielka?

MAMKA.

Płaczą przy ciele, żałośc ich wielka.
Pójdzieszże do nich? chodź, zaprowadzę.

JULIA.

Łzy myją rany? — Łza ich ustanie;
Dla mnie plącz wieczny męża wygnanie.
Weź sznur, co ze mną wraz oszukany,
Romeo bowiem z kraju wygnany:
Sznur miał prowadzić, gdzie ma łożnica;
Wdowa-dziewicza umrę dziewica.
Chodźże drabinko, chodźże i mamko;
Pójdziem do łoża szlubnych firanek;
Śmierć, nie Romeo, weźmie mój wianek!

MAMKA.

Spiesz się w twój pokój; znajdę Romea
Dla twéj pociechy: — wiém gdzie przebywa.
Słuchaj, twój przyjdzie w nocy małżonek;
Skrył go Wawrzyniec w swoje mieszkanie.

JULIA.

Znajdź, i wiernemu daj ten pierścionek,
Powiedz niech przyjdzie na pożegnanie.

(wychodzą.)

SCENA TRZECIA.
(Cela brata Wawrzyńca).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC z koszykiem.
WAWRZYNIEC.

Wychodź Romeo, człeku bojaźni!
Zbyt pokochało ciebie nieszczęście,
I klęska weszła z tobą w zamęźcie.

ROMEO.

Jakaż wieść dla mnie xiążęcia kaźni?
Jakiż cios żąda poznać się ze mną
Dotąd nieznany?

WAWRZYNIEC.

Zpoufalony
Już z nieszczęściami syn mój kochany:
Wieści przynoszę xięcia wyroku.

ROMEO.

Czémże od śmierci wyrok ten mniéjszy?

WAWRZYNIEC.

Z ust jego wyszedł sąd łagodniéjszy,
Ciała wygnanie, a nie śmierć ciała.

ROMEO.

Wygnanie? powiedz zmiłuj się — śmierć:
Widok straszniéjszy dla mnie wygnania
Więcéj od śmierci: nie mów wygnanie.

WAWRZYNIEC.

Tylko z Werony tyś wypędzony:
Bądźże cierpliwy, świat jest szeroki.

ROMEO.

Ach nié ma świata za temi mury,
Czyściec i piekła tylko tortury.
Ztąd wypędzony, wygnan ze świata,
Wygnan ze świata tylko umarły: —
Przeto wygnanie śmierć źle nazwana:
Śmierć pod wygnania kryjąc pozorem,
Łeb mi ucinasz złotym toporem,
Raz ten zadajesz w słodkim uśmiechu.

WAWRZYNIEC.

Czarna niewdzięczność, okropny grzechu!
Prawo za winę woła o głowę;
Xiąże łaskawy biorąc twą stronę,
Raczył usunąć prawo surowe,
Śmierć czarne słowo wygnaniem zmienić:
Wielka to łaska, nie umiész cenić.

ROMEO.

Raczéj tortura, łaska to żadna:
Niebo gdzie żyje Julia ładna;
Pies, kot, mysz inne podłe stworzenia
Żyją tu w niebie, mogą widomie
Bóstwem się cieszyć, lecz nic Romeo. —
Więcéj godności, więcéj znaczenia
W muszkach maleńkich żyjących w domie
Pięknéj królowéj, niźli w Romeu: —
Rączki drobniutkiéj Julii drogiéj
Białość cudowną całować mogą,
Kiaśc z ustek rajską szczęśliwość błogą;
Z ustek westalczą skromnością czystych,
Co się ustawnie wstydem czerwienią,
Własne całunki grzechami mienią,

Lecz nie Romeo! biedny wygnaniec:
Muszkom uchodzi, ja ztąd uchodzę;
Wolny to naród, a ja bannita.
Jeszcze nie zowiesz śmiercią wygnanie?
Nie masz trucizny, albo sztyletu,
Albo nagłego śmierci sposobu
Choc najlichszego, tylko wygnanie,
Aby mię zabić? Jak to wygnaniec?
Xiąże, to słowo zwykł potępieniec
W piekle wymawiać z jękiem i rykiem:
Jak ty masz serce, ty pomazaniec,
Będąc rozgrzeszcą i spowiednikiem,
Tak mię druzgotać słowem — wygnaniec?

WAWRZYNIEC.

Ty zapaleńcze posłuchaj słowo;

ROMEO.

Zechcesz wygnaniec wyrzec na nowo.

WAWRZYNIEC.

Kiedy pociskiem śmierci to słowo,
Podam ci pewny obrony szaniec;
Filozofia, balsam niedoli,
Ciebie pocieszy choć ty wygnaniec.

ROMEO.

Jeszcze wygnaniec? Na szubienicę
Filozofia, chyba ze w stanie
Julię stworzyć, rajską dziewicę,
Lub przeniesienie sprawić Werony,
Lub odwołanie woli xiązęcéj,
Jeśli nie, na nic! nie mów mi więcéj.

WAWRZYNIEC.

Widze szaleni uszu nie mają.

ROMEO.

Jakże mieć będą gdy ślepi mądrzy?

WAWRZYNIEC.

Pozwól o twoim stanie pomówię.

ROMEO.

Mówić nie możesz, tego nie czujesz:
Gdybyś mój młody wiek miał wrócony,
Gdybyś był panem Julii serca,
I od godziny z nią ożeniony,
Gdybyś Tybalta został morderca,
Gdybyś z miłości jako ja szalał,
Jak ja wygnaniec ztąd się oddalał,
Mógłbyś przemawiać i włosy targać,
Padać na ziemię, jak teraz robię,
Brać miarę grobu, nim legnę w grobie,

(słychać stukanie.)
WAWRZYNIEC.

Wstań, bo stukają; skryj się, Romeo!

ROMEO.

Kryć się nie myślę chyba westchnienia,
Co chore serce stękając roni,
Jak mgła przed zbirów okiem zasłoni, (stukanie.)

WAWRZYNIEC.

Cyt, puka! — Kto tam? — Powstań, Romeo!
Chcesz być złapanym: — zaczekaj! — powstań;

(stukanie.)

Bież do czytelni: — zaraz: — mój Boże!
Co to za upor? — Idę już, idę. {{tab||(stukanie.)
Któż to tak stuka? skądże? i czego?

MAMKA, za sceną.

Wpuść mię do domu, poznasz poselstwo;
Idę od pani Julii.

WAWRZYNIEC.

Witaj! (wchodzi MAMKA.)

MAMKA.

O święty ojcze! mów ojcze święty,
Kędy mąż pani? kędy Romeo?

WAWRZYNIEC.

Oto na ziemi spił się łzą swoją.

MAMKA.

W jednym przypadku jest z panią moją:
Wprost jéj przypadek!

WAWRZYNIEC.

Smutne spółczucie!
Przykra podobność!

MAMKA.

Ona tak leży,
Z płaczu nabrzmiała, i we łzach cała: —
Wstawajże, wstawaj! bądźże człowiekiem;
Dla Julki, dla jéj miłości wstawaj;
Jakże się możesz walać po ziemi.

ROMEO.

Mamko!

MAMKA.

Ach, panie! — wszystko śmiercią się kończy.

ROMEO.

Mówisz o Julce? Jakże jéj zdrowie?
Czy mię nawykłym zbójcą nie zowie,
Że nasze szczęście pierwszego ranka
W bliskiéj przezemnie krwi jéj zwalane?

Gdzież jest? co robi? co na zerwane
Mówi kochanie, moja kochanka?

MAMKA.

Nic nie powiada, płacze i płacze;
Pada na łoże, znowu się zrywa,
Woła Tybalta, Romea wzywa,
I pada znowu.

ROMEO.

Jeśli to imie,
Jakby strzelone z śmiertelnwj broni,
Trupem ją ściele; jak padł jéj krewny
Z przeklętéj tego imienia dłoni. —
O, chciéj powiedzieć, xięże, powiedziéć,
W jakiwjże części tego szkieletu
Może przeklęte imie to siedziéć?
Powiedz, niech ginie wnet od sztyletu.

(dobywa sztylet.)
WAWRZYNIEC.

Rękę powstrzymaj w dzikiéj rozpaczy:
Człekżéś? mężczyzną zwie cię postawa;
A łzy kobiétą; dzika twa sprawa
W tobie wściekłego zwierzęcia znaczy:
Brzydka niewiasto, mężu pozorny,
Razem w obojgu zwierzu potworny!
Tyś mię zadziwił: na święty zakon,
Umiarkowańszym sądziłem ciebie.
Tybaltaś zabił, chcesz zabić siebie?
Chcesz żonę zabić żyjącą w tobie,
Czyniąc przeklętą wściekłość na sobie?
Klniesz urodzeniu, niebu i ziemi?
Lecz urodzenie, niebo i ziemia

Twoję samotrzeć bytność składają;
Chceszli z tém wszystkiém zgubionym zostać?
Wstydzisz twą miłość, rozum i postać;
Masz, jakby lichwiarz we wszystkiém zbytek,
Nic nie używasz na ten użytek,
Z jakiego może ozdoby dostać
Rozum i miłość i twoja postać.
Jak forma z wosku twoja postawa,
Któréj istoty męża nie stawa:
Twojej miłości szluby złamałeś,
Gdy tę zabijasz, co pieścić miałeś:
Rozum, co stawia w pięknéj ozdobie
Postać i miłość, wiodąc złe obie,
Jak proch w ładunkach myłką żołnierza,
W ogień się zmienia twoją ciemnotą,
Mając cię bronić, w sztuki rozrywa.
Powstańże człecze! Julia żywa,
Dla jéj miłości tylko coś ginął!
Szczęście to: Tybalt zabić chciał ciebie,
Lecz tyś go zabił; także to szczęście:
Śmiercią grożące prawo ci sprzyja,
Tylko wygnaniem karząc; to szczęście:
Tłum błogosławieństw na ciebie płynie;
Szczęście się wdzięczy w stroju świątecznym;
Równyś upartej, dzikiéj dziewczynie,
Mruczysz na twoje miłość i szczęście:
Strzeż się, bo taki nędznie zaginie.
Idź do kochanki, jak ułożono,
Wstąp w jéj sypialnię, pociesz strapioną;
Nim straż nastanie pomnij wychodzić,
Bobyś w Mantuę uciec nie zdołał,

Kędy przemieszkasz, nim przyjdzie pora
Szlub wasz objawić, domy pogodzić,
Xięcia przebłagać, by cię przywołał:
Będzie w powrocie większe wesele
Milion razy nad żal w rozdziele. —
Idź naprzód, mamko; kłaniaj się pani;
Mów, niech dóm cały zapędzi w łoże,
Smutek powszechny temu pomoże:
Przyjdzie Romeo.

MAMKA.

O mocny Boże!
Nocbym słuchała dobrej tej rady:
Jakże uczony! — Spieszę, a pani
Wnet się o przyjściu twém zawiadomi.

ROMEO.

Powiedz, jak przyjdę niechaj mię gromi.

MAMKA.

Pani kazała oddać pierścionek:
Poźno się robi, niechaj pan spieszy.

(wychodzi Mamka.)
ROMEO.

Dar ten mię nową odwagą cieszy.

WAWRZYNIEC.

Dobranoc; los twój na tém oparty, —
Lub wychodź piérwéj nim staną warty,
Albo przebrany, świtem uciekaj:
W Mantui mieszkaj; człeka twojego
Znajdę i będzie ciągle nam gońcem,
Gdy co dobrego tu ci się zdarzy:
Daj rękę, poźno: żegnam: dobranoc!

ROMEO.

W świecie największe wzywa wesele,
Byłbym inaczéj smutny w roździele
Z tobą, mój ojcze. — Bywaj mi zdrowy!

(wychodzą.)
SCENA CZWARTA.
(Pokój w domu Kapuleta).
Wchodzą: KAPULET, PANI KAPULET i PARYS.
KAPULET.

Rzeczy wypadły tak nieszczęśliwie,
Żem czasu nie miał córkę nakłonić:
Patrz, bo Tybalta kochała tkliwie,
Jak ja; — lecz umrze kto się urodził. —
Poźno, nie wyjdzie tego wieczora:
Ręczę, ze spałbym już od godziny,
Gdybym nie w twojém był towarzystwie.

PARYS.

Boleść i umizg razem nie chodzą:
Pani dobranoc, poleć mię córce.

PANI KAPULET.

Dobrze, wybadam rano jéj myśli;
Teraz zamknięta ze swą boleścią.

KAPULET.

Panie Parysie, ręczę ci śmiało
Za miłość córki; sądzę że będzie
Słuchac we wszystkiem; nawet nie wątpię. —
Żono, pospieszysz do jej sypialni;
Syna Parysa miłość jéj oświadcz;

Powiedz, uważaj, w przyszłą tę środę —
Lecz co dziś mamy?

PARYS.

Dziś poniedziałek.

KAPULET.

Ha, poniedziałek? środa więc wcześnie,
Niechaj we czwartek; — powiesz we czwartek
Hrabi Parysa żoną zostanie: —
Czyżeś gotowy? lubisz ten pośpiech?
Zgiełku nie będzie; — ze dwóch przyjaciół: —
Tybalt nie dawno bowiem zabity,
Mogliby sądzić, że lekceważym
Zgubę krewnego, gdy się weselim:
Dość półtuzina będzie przyjaciół.
Lecz co powiadasz, panie, na czwartek?

PARYS.

Jutro oglądać chciałbym ten czwartek.

KAPULET.

Dobrze, już odejdź: — Tedy we czwartek: —

(do żony.)

Pójdziesz do Julki nim się położysz,
Żegnam cię Hrabio. — Światła w mój pokój!
Dla mnie tak poźno, że prawie można
Mówić, już rano: — Hrabio, dobranoc.

(wychodzą.)

SCENA PIĄTA.
(Pokój Julii.)
ROMEO i JULIA.
JULIA.

Chceszże odchodzić? jeszcze nie dzionek:
Słowik to czuły, a nie skowronek
Trwoży twe ucho w czułym swym śpiewie;
W noc na granatu nóci on drzewie:
Słowik, doprawdy, wierzaj kochanku.

ROMEO.

Był to skowronek, zwiastun poranku,
Nie słowik: patrzaj, aniele miły,
Promień zazdrosny wschód w pasy kraje:
Wszystkie się nocy świece spaliły,
Na górach mglistych wesół dzień staje;
Pójdę, żyć będę: zostanę, zginę.

JULIA.

Blask to nie dzienny, wiém ja dowodnie,
To jakąś łunę odbiły nieba,
Aby, jak sługa, niosła pochodnie,
Gdy do Mantui nocą pospieszysz:
Czekaj, odchodzić jeszcze nie trzeba;

ROMEO.

Niech mię pochwycą, na śmierć powloką;
Spełnić co zechcesz rzecz mi wesoła.
Ta szarość nie jest poranku oko,
Odblask to blady z Cyntyi czoła;
To nie skowronek, którego głosy
W górze nad nami biją w niebiosy:
Nie tak chcę odejść, jak zostać, droga; —

Gdy żądasz, Julko, śmierć dla mnie błoga.
Luba pomówmy, jeszcze nie dzionek.

JULIA.

Już, już, uciekaj, ach to skowronek,
Który wywodzi trele fałszywe,
Krzyki nieznośne i przeraźliwe.
Mówią, że śpiew swój dzieli przyjemnie,
Nic, bo cię śpiewem dzieli odemnie:
Mówią skowronek żabki ma oczy,
Bodajby z żabką głos swój zamienił![6]
Kiedy wystrasza z objęć śpiewaniem,
I goni ciebie dnia powitaniem.
Widniéj i widniéj biały dzień toczy,
Zaraz uciekaj.

ROMEO.

Widniéj i widniéj?
Ciemniéj i ciemniéj smutek nas mroczy.

(wchodzi MAMKA.)
MAMKA.

Pani!

JULIA.

Mamko!

MAMKA.

Matka do pani idzie pokoju:
Ranek już, bądźcie ostrożni młodzi.

(Mamka oddala się.)
JULIA.

Oknem dzień wchodzi, życie wychodzi.

ROMEO.

Żegnam cię, żegnam, całus na drogę.

(Romeo spuszcza się.)
JULIA.

Także odchodzisz? drogi kochanku!
Mężu i panie i przyjacielu!
Co dnia, co chwila, pisz bez ustanku,
Bo czas w minucie, jakby dni wielu:
Licząc tak, długie lata przepłaczę,
Nim cię, Romeo, znowu obaczę.

ROMEO.

Żegnam, zręczności żadnéj nie minę
Dać ci o sobie, droga, nowinę.

JULIA.

Myślisz, ze znowu ujrzym się kiedy?

ROMEO.

Nie wątpię, będą wszystkie te biedy
W porze szczęśliwszej słodką rozmową.

JULIA.

Boże, ma dusza źle przepowiada:
Gdy tak się spuszczasz, sądzę, ze kładą
Ciebie zmarłego w jamę grobową:
Lub mię wzrok myli, lub twarz ci blada.

ROMEO.

Wierz mi, kochanko, zdasz mi się bladą:
Suchy żal wypił krew nam. Bądź zdrową!

(wychodzi Romeo.)
JULIA.

O dolo, dolo, zwą cię niestałą;
Jeśli tak, spełzną twoje zamiary
Na nim, co sławny ze swojej wiary;
Bądź niestateczną, to chwilkę małą
Zechcesz go trzymać zdała odemnie,
Wrócisz go znowu.

PANI KAPULET, za sceną.

Córko, czy wstałaś?

JULIA.

Któż mię to wola? Matka kochana?
Poźnoż tak siedzi? Wstałaź tak z rana?
Cóż niezwykłego do mnie sprowadza?

PANI KAPULET.

Jak się masz Julko?

JULIA.

Coś mi nie dobrze.

PANI KAPULET.

Zawszeż po krewnym łzy i wzdychanie?
Chceszli go obmyć w łez twych powodzi?
Choćbyś obmyła, z grobu nie wstanie:
Skończ. — Wielką miłość smutek dowodzi,
Lecz brak rozumu zabrnąć w rozpacze.

JULIA.

Niechaj najczulszą stratę opłaczę.

PANI KAPULET.

Czując tę stratę, lecz przyjaciela
Płacząc nie ujrzysz.

JULIA.

Czując tę stratę,
Wciąż muszę płakać nad przyjacielem.

PANI KAPULET.

Nie tak nad śmiercią jego łzy lejem,
Jak że ten podły żyje zabójca.

JULIA.

Jaki to podły?

PANI KAPULET.

Podły Romeo.

JULIA.

Podły od niego niebem daleki.
Przebacz mu Hoże! z serca odpuszczam;
Choć mi nie zranił nikt tyle serca.

PANI KAPULET.

Przez to, że żyje krwawy morderca.

JULIA.

Tak że go nié mam w rękach swych, matko:
Bodaj nikt nie mógł prócz mnie się pomścić!

PANI KAPULET.

Nie bój się, nie płacz, zemsta go schwyta,
Do znajomego w Mantuę poszlę,
Kędy ten żyje podły bannita. —
Który mu takim kubkiem usłuży,
Że wnet z Tybaltem będzie w podróży:
Sądzę być zechcesz zaspokojona.

JULIA.

Nigdy nie będę zaspokojona
Romeem, póki nie ujrzę. — Zmarły!
Czy dla krewnego serce me kona?
Znajdź, pani, człeka, sama wyprawię,
Sama truciznę jemu przyprawię;
Aby Romeo, skoro ją przyjmie,
Zasnął spokojnie. — Słyszéć to imię,

Nie być z nim razem, wzdryga się serce, —
Miłość Tybalta chciałabym w zemście
Zaraz na jego wylać mordercę!

PANI KAPULET.

Przypraw truciznę, znajdę człowieka.
Powiém wesołe teraz ci wieści.

JULIA.

Czas ten nieszczęsny pociechy czeka,
Pani, upraszam jakież to wieści?

PANI KAPULET.

Dobrze, czujnego masz rodzieiela,
Który, by wyrwać ciebie z boleści,
Nagle wynalazł dzionek wesela,
Nad spodziewanie moje i twoje.

JULIA.

W dobry czas, pani, cóż to za gody?

PANI KAPULET.

W czwartek następny wielkie wesele,
Bo hrabia Parys piękny i młody
Zrobi w świętego Piotra kościele
Ciebie wesołą oblubienicą.

JULIA.

Na Piotra kościół święty i Piotra,
Szczęsną nie zrobi oblubienicą.
Dziwi mię pośpiech, muszę dać rękę
Wprzód nim mąż przyszły o nią się stara.
Proszę powiedzieć ojcu i panu
Za mąż nie pójdę, gdy pójdę, klnę się,
To za Romea, choć wiész nie cierpię,
Nie za Parysa: — Też to nowiny!

PANI KAPULET.

Ojciec nadchodzi, sama mu powiedz,
Zobacz jak przyjmie twoją odpowiedź.

(wchodzi KAPULET i MAMKA.)
KAPULET.

Mży niebo rosą po zajściu słońca;
Ale po zajściu mego synowca
Ronisz ulewę. —
Dziecko, czyś rynna? We łzach bez końca?
Zawsze-li płakać? Osobą małą
Barkę i morze z wiatrem przedstawiasz:
Morze twe oczy, z nich się łez toczy
Wylew i odlew, barka twe ciało,
Płynie w łez morzu, wiatrem westchnienia;
Co się wściekając ze łzą jak z falą, —
Jeśli nie będzie uspokojenia, —
Łódź skołataną ciała obalą. —
Żono, o naszej woli mówiłaś?

PANI KAPULET.

Tak jest, mówiłam; nie chce, dziękuje. —
Bodajby został grób jéj małżonkiem!

KAPULET.

Cicho, zdaj na mnie, na mnie zdaj, żono;
Nie chce? niewdzięczna? pyszna do tyla?
Siebież nie sądzi błogosławioną.
Że jej niegodnéj dajem młodzieńca
Tak dostojnego za oblubieńca?

JULIA.

Pyszną nie jestem, wdzięczną zostaje:
Jak z niemiłego pysznić się? wdzięcznam
Choć za nie miłe, bo miłość daje.

KAPULET.

Co to, syllogizm śmieszny i lichy?
Pyszna, — dziękuje, — i nie dziękuję; —
Jednak nie pyszna; — śliczny aniele,
Dziękuj bez dzięków, pyszń się bez pychy,
Ale na czwartek nagotuj nózie,
Aby z Parysem stanąć w kościele.
Lub cię pociągnę tam na powrozie.
Precz, blady trupie! precz ty fryjerko!
Twarzy łojowa![7]

PANI KAPULET.

Fe! czyś oszalał?

JULIA.

Błagam cierpliwie, ojcze kochany,
Jedno cierpliwie słówko posłuchaj.

KAPULET.

Nędzna fryjerko! krnąbrna powiśnij!
Mówię, — we czwartek idź do kościoła,
Lub się na oczy mnie nie pokazuj:
Nie mów, nie błagaj, nie odpowiadaj;

Świerzbi cię skóra? — Żono, myślałem,
Że nasza dola nic całkiem błoga,
Mając to jedno dziecko od Boga;
Widzę to jedno dla nas za wiele,
Jako przeklęctwo dały ją nieba:
Precz nic dobrego!

MAMKA.

Strzeż ją, mój Boże!
Hrabio! nie dobrze, tak ją znieważasz!

KAPULET.

Co, Salomonko? język za zęby!
Żywa roztropność, ucz twoje kumy.

MAMKA.

Zbrodni nie mówię.

KAPULET.

Z Bogiem kochanko!

MAMKA.

Mówić nie można?

KAPULET.

Milcz głupi mruczku!
Kurny poważnie ucz przy kieliszku,
A tu nie trzeba.

PANI KAPULET.

Nadtoś gorący.

KAPULET.

Krwi, ciało Pańskie! szaleję prawie:
We dnie i w nocy, we śnie, na jawie,
Rano i poźno, w domu za domem,
Sam i przy ludziach ciągle myślałem,
Aby cię wydać, a kiedy gotów

Młodzian, co z xięciem krwią połączony,
Piękny, bogaty i ukształcony,
Pełen, jak mówią, wielkich przymiotów,
Wtedy nędznica, kukła piszcząca
Śmie odpowiadać do swego szczęścia, —
Kochać nie mogę, — nie chcę zamężcia, —
Jeszczem za młoda, — Proszę przebaczyć, —
Nie chcesz iść za mąż, tobie przebaczam:
Żyjże jak zechcesz w dóm nie przyjmuję;
Patrzaj i pomyśl, bo nie żartuję.
Czwartek się zbliża; uderz się w piersi,
Zważaj, co czynisz: jeśli ty moja,
Pragnę cię wydać za przyjaciela;
Jeśli nie moja, wieszaj się, żebraj,
Z głodu umiéraj, giń na ulicy,
Bo takiéj nie chcę znać niewdzięcznicy,
Ni ci pomoże wszystko co moje;
Wierzaj i pomyśl, przy słowie stoję, (wychodzi.)

JULIA.

Czyliż się litość w niebie nie mieści,
Które przeziera głąb mej boleści?
Ach nie opuszczaj, matko, w téj dobie,
Zwlecz szlub na miesiąc lub na niedzielę;
Albo każ posłać szlubne pościele
W ciemnym i cichym Tybalta grobie.

PANI KAPULET.

Do mnie nie gadaj, słowa nie powiem;
Czyń jako zechcesz, z tobą skończyłam, (wychodzi.)

JULIA.

O Boże wielki! — O mamko droga!
Jak tu zaradzić w ciężkiéj potrzebie?

Mąż mój na ziemi, przysięga w niebie;
Jakże przysięgę wrócić na ziemię,
Chyba ją przyszle małżonek z nieba
Ziemię rzucając? — Rady mi trzeba! —
Biada! zawiłą tyle zgryzotę
Niebo na wątłą rzuca istotę!
Cóż mi kochana mamka powiada
Nie masz pociechy słówka w téj sprawie?
Jakiéj pomocy?

MAMKA.

Jedna ta rada;
Bannit Romeo; świat cały stawię
Przeciw niczemu, że się nie będzie
Ciebie domagał, chyba po cichu.
Rzeczy zważając w takowym względzie,
Pójść za hrabiego najlepiéj będzie.
Ładny i miły, chłopiec nie lada!
Przy nim Romeo, jakoby ściérka;
Żywsze od orła oko posiada.
Przeklnij mą duszę, jeśli za szczęście
Nie mam to drugie twoje zamężcie,
Które daleko pierwsze przechodzi:
Gdyby i nie to, mąż twój nie żywy,
Albo tak dobrze jakoby w grobie,
Żyjąc na świecie, nie żyje tobie.[8]

JULIA.

Z duszy to mówisz?

MAMKA.

Z duszy i serca,
Albo niech będą przeklęte obie.

JULIA.

Amen!

MAMKA.

Co?

JULIA.

Dobrze, z twéj rady dziwnie się cieszę.
Idźże do matki odemnie powiedz,
Że do Wawrzyńca celi pospieszę,
Aby odprawić u niego spowiedź,
Że się z obrazy ojca rozgrzeszę.

MAMKA.

Dobrze, ja powiem, mądrze to czynisz.

(wychodzi.)
JULIA.

Wiedma przeklęta, pełna szkarady!
Więcéj-li grzeszy kusząc do zdrady,
Czy szarpiąc męża podłemi glosy,
Gdy wynosiła wprzód pod niebiosy
Po tysiąc razy? — Idź poradczyni;
Serce me z tobą rozbrat już czyni. —
Pójdę do xiędza szukać sposobu;
Gdy chybi wszystko, wstąpię do grobu.

(wychodzi.)


AKT IV.

SCENA PIERWSZA.
(Cela Wawrzyńca).
WAWRZYNIEC i PARYS.
WAWRZYNIEC.

Panie we czwartek? pora za krótka.

PARYS.

Tego Kapulet ojciec mój żąda;
Wcale nie skory zwlekać ten pośpiech.

WAWRZYNIEC.

Mówisz, że nie znasz panny myślenia;
Droga to krzywa, tego nie lubię.

PARYS.

Lecz po Tybalcie płacze zbytecznie,
Stąd małom mówił jéj o kochaniu;
Wenus bez śmiéchu w łez pomieszkaniu.
Sądzi jej ojciec to niebespiecznie,
Że się oddaje tyle żalowi;
I prędki termin szlubu stanowi,

Chcąc mądrze wstrzymać płaczu wezbrania:
Smutek sam na sam rośnie w pamięci,
A towarzystwo troskę wygania:
Teraz pojmujesz powód pośpiechu.

WAWRZYNIEC, na stronie.

Obym przyczyny zwłoki nie wiedział!
Patrz, do mej celi panna nadchodzi.

(wchodzi JULIA.)
PARYS.

Szczęsne spotkanie, pani i żono!

JULIA.

Może być, jeśli mogę być żoną.

PARYS.

Może być, w czwartek pewném się stanie.

JULIA.

Co się stać musi, stanie.

WAWRZYNIEC.

Prawdziwe zdanie.

PARYS.

Ojcu chcesz czynić z grzechów swych spowiedź

JULIA.

Na to odpowiedź byłaby spowiedź.

PARYS.

Ku mnie miłości nie tajże jemu.

JULIA.

Panu wyznaję miłość ku niemu.

PARYS.

Pewnym, że zeznasz ku mnie życzliwość.

JULIA.

Jeśli tak, więcej ceny nabierze,
Gdy to za oczy wyznam nie w oczy.

PARYS.

Łzy, biédne dziéwcze, twarz ci popsuły.

JULIA.

Małe zwycięztwo łzy otrzymały;
Przed ich zniszczeniem ładna nie była.

PARYS.

Od łez ją krzywdzisz więcéj tą mową.

JULIA.

Wcale nie krzywdzę, szczéra to prawda;
Z resztą o swojéj twarzy mówiłam.

PARYS.

Lice twe moje, ty je spotwarzasz.

JULIA.

Być może; bowiem twarz już nie moja. —
Maszli czas wolny, ojcze szanowny,
Lub na nieszpory przyjdę do ciebie?

WAWRZYNIEC.

Córko posępna, wolne mam chwile: —
Hrabio, pozwolisz zostać sam na sam.

PARYS.

Broń Boże, mieszać ćwiczenia święte! —
Julko! we czwartek zbudzę cię rano:
Przyjm pożegnanie w świętym całunku.

(wychodzi.)
JULIA.

Drzwi zamknij, kiedy będą zamknięte,
Chodź ronić ze mną łzy nad stroskaną;
Nié ma nadziei, wsparcia, ratunku!

WAWRZYNIEC.

Julio twojem słyszał nieszczęście;
Które mi wprawia zmysł w pomieszanie:
Musisz, a przewlec nic już nie w stanie,
Z hrabią we czwartek zawrzéć zamężcie.

JULIA.

Nie mów mi, xięże, co ty słyszałeś,
Chyba że powiész złe jak oddalić:
Gdy nié ma środka w twoim rozumie,
Zamiar mój tylko zechciéj pochwalić,
A tym sztyletem nędzę potłumię.
Moje z Romeem Bóg ręce skował,
Tyś ręce związał, i nim ta ręka,
Coś dla Romea szlubem skrępował,
Innemi więzy będzie skalana,
Lub wierne serce, jak przeniewierca,
W buncie innego uzna za pana,
Rękę i serce nóż ten ukarze.
Przeto niech długie twe doświadczenie
Zaraz użyczy prędkiej porady;
Albo pomiędzy mną i niedolą
Krwawy nóż będzie rozjemcą zwady;
Łacniéj rozstrzygnie zawiłość sprawy,
Któréj nie możesz wiekiem, nauką
Rozstrzydz bez szwanku czci méj i sławy.
Prędko mów, prędko chcę iść do grobu,
Gdy mi jakiego nie dasz sposobu.

WAWRZYNIEC.

Wstrzymaj się, córko, widzę nadzieję,
Któréj spełnienie pełne rozpaczy,

Jak rozpacz, którą chcemy uprzedzić.
Jeśli, jak zawrzéć szluby z Parysem,
Raczéj masz siebie zabić odwagą;
Przeto podobna, ze przedsięweźmiesz
Śmierci pozorem stłumić zniewagę,
Przed którą uciec chcesz i do grobu;
Gdy śmiesz, — nie braknie jeszcze sposobu.

JULIA.

Jak szlub z Parysem rozkaz mi raczéj
Z blanków téj wieży skoczyć w rozpaczy,
Lub iść po drodze gdzie rozbójnicy;
Albo w łożyska skryć się wężowe;
Lub zostać dzikich niedźwiedzi łupem;
Lub na noc zamknij w sklepy grobowe;
Okryj straszliwym mnie kościotrupem,
Z czaszką pożółkłą, zgniłą piszczelą;
Albo w niedawnej połóż mię tronie,
Uwiń ze zmarłym w jednym całunie;
Mówiąc te rzeczy jestem strwożoną;
Lecz się nie waham, ani się boję,
Byle miłemu wierną być żoną.

WAWRZYNIEC.

Powróć do domu, bądźże wesoła,
Na szlub z Parysem daj swoją zgodę:
Wszakże nazajutrz mamy już środę;
W nocy jutrzejszéj sama spoczywaj,
Mamki do twego nie wpuść pokoju.
Weź tę flaszeczkę, gdy się położysz,
Zaraz się napij tego napoju:
Wtedy po żyłach twoich przebiegną

Usypiające, zimne napoje,
Które ogarną żywotność twoję,
Puls poprzestanie biegu i bicia,
Ni tchu, ni ciepła, ni znaku życia,
Róże powiędną ustek i lica,
Blade jak popiół, a okiennica
Oczu zapadnie, jak czas skonania
Który dzień jasny życia zasiania;
Każdy twój członek ruch swój utraci,
Zimny, zdrętwiały jak umarłego:
W téj pożyczanéj śmierci postaci
Będziesz czterdzieści i dwie godziny,
Potém się ockniesz jakoby ze snu.
Gdy rano zrobi graf nawiedziny,
Aby cię zbudzić, znajdzie umarłą:
Wtedy, jak zwyczaj naszéj krainy,
W sukni najlepszéj, w trunie odkrytéj
Ciebie poniosą w sklepy oddawne,
Gdzie Kapuletów leży rodzina.
W czasie uprzednim nim się obudzisz,
O tém Romea wnet zawiadomię,
I tu przybędzie; razem obadwa
Czuwać będziemy aż się ocucisz;
Nocy téj samej w Mantuę ciebie
Stąd uprowadzi Romeo drogi.
Tak się uwolnisz od téj zniewagi;
Jeśli z płochości, z kobiecej trwogi
Twojéj nie stracisz w sprawie odwagi.

JULIA.

Dawaj mi, nie mów nic o obawie.

WAWRZYNIEC.

Masz i powracaj; stalą, szczęśliwą
Bądź w przedsięwzięciu: brata wyprawię
W Mantuę z pismem do twego męża. —

JULIA.

Daj sił, miłości! wszystko zwycięża
Siła miłości. Zegnam cię, ojcze.(wychodzi.)


SCENA DRUGA.
(Pokój w domu Kapuleta.)
Wchodzą: KAPULET, PANI KAPULET, MAMKA i SŁUGA.
KAPULET.

Tylu zaprosisz jak napisano.

(wychodzi Sługa.)

Najmiesz dwudziestu dobrych kucharzy.

DRUGI SŁUGA.

Nie będzie pan miał żadnego złego, bo doświadczenie zrobię, czy umieją oblizywać własne palce.

KAPULET.

Jakże tym sposobem poznasz.

DRUGI SŁUGA.

Prawdziwie, panie, zły to kucharz, co nie umie oblizywać własnych palców, nie pójdzie ze mną.

KAPULET.

Ruszaj!

Jeszcze do szlubu my nie gotowi. —
Czy do Wawrzyńca poszła ma córka?

MAMKA.

Tak jest.

KAPULET.

Może na dobre skłonić ją zdoła:
Choć to fryjerka krnąbrna, uparta.

(wchodzi JULIA.)
MAMKA.

Patrz, ze spowiedzi wraca wesoła.

KAPULET.

Cóż opornico, gdzieżeś to była?

JULIA.

Gdziem się żałować już nauczyła
Za grzech krnąbrnego nieposłuszeństwa
Panu i pańskiej woli rozkazom;
Ojciec Wawrzyniec kazał mi upaść,
U nóg twych błagać o przebaczenie: —
Przebacz łaskawie, błagam cię, ojcze!
Odtąd się rządzić będę twą wolą.

KAPULET.

Posłać za hrabią; donieść mu o tem;
Rano nazajutrz węzeł ten zwiąże.

JULIA.

W celi Wawrzyńca jego spotkałam;
Co było można to powiedziałam,
Nie przestępując granic skromności.

KAPULET.

Cieszę się z tego; dobrze, — już wstawaj:
Tak być powinno. — Posłać za hrabią;
Niech go tu słodką wieścią przywabią. —
Wiele, zaprawdę, xiędzu świętemu
Cała Werona winna wdzięczności.

JULIA.

Mamko do mego pójdziesz pokoju,
Wybór pomożesz takiego stroju,
Jaki potrzebny będzie na jutro.

PANI KAPULET.

Odłóż do czwartku, będzie dość czasu.

KAPULET.

Idźże z nią, mamko; — jutro do szlubu.

(wychodzą Julia i Mamka.)
PANI KAPULET.

Przygotowania krótkie są chwile;
Prawie ściemniało.

KAPULET.

Ja się zawinę,
Wszystko najlepiéj pójdzie nam, żono:
Pośpiesz do Julki, pomóż do stroju;
Dzisiaj nie zasnę; — niech sam zostanę;
Wyjdę tą razą na gospodynię. —
Hej! — wszyscy poszli: dobrze pospieszę
Wnet do Hrabiego, aby na jutro
Został gotowy; lżéj mi na sercu,
Gdy to uparte zgadza się dziéwcze.

(wychodzą.)
SCENA TRZECIA.
(Pokój Julii.)
Wchodzi JULIA i MAMKA.
JULIA.

Tak, strój najlepszy: — Mamko kochana,
Proszę cię zostaw samą téj nocy;

Bo mi się modlić wiele potrzeba
Aby się do mnie zaśmiały nieba
W téj zawiłości grzechem splamionéj.

(wchodzi PANI KAPULET.)
PANI KAPULET.

Czyście zajęte, mamże pomagać?

JULIA.

Rzeczy potrzebne jużeśmy, mamo,
Na jutro rano wszystkie wybrały.
Gdy się podoba zostaw mię samą,
Na tę noc mamkę weź do pomocy,
Wiém, że nie mało masz do roboty,
W przygotowaniu.

PANI KAPULET.

Dobréj ci nocy.
Spaćże się kładnij, trzeba ci spocząć.

(wychodzą Pani Kapulet i Mamka.)
JULIA.

Żegnam was!
Pan Bóg wié kiedy ujrzym się jeszcze.
Zimne przechodzą po żyłach dreszcze
I zamrażają ciepło żywotne:
Znów ich zawrócę dla pocieszenia;
Mamko! — lecz na co wołam ją do mnie?
Straszne to, musi dziać się samotne.
Chodź mój napoju! —
Gdy skutków żadnych to nie wykona,
Mamże Hrabiemu być poszlubiona?
Nie; — to obroni: — Przy mnie spoczywaj: —

(kładnie przy sobie sztylet.)

Jeśli trucizna, którą zakonnik
Chytrze podsunął, aby mię zgubił,
Hańbę tym szlubem bojąc się ściągnąć,
Gdyż Romeowi wprzód mię poszlubił?
Lękam się tego: lecz tak nie sądzę
O świątobliwéj ciągle osobie:
Tyle krzywdzące myśli porzucę. —
Jakże; gdy będę złożoną w grobie,
Jeśli się piérwéj jeszcze ocucę
Nim przyjdzie zbawić Romeo drogi?
Taki wypadek okropność trwogi!
Bo się uduszę w sklepie grobowym,
Ust pieczar brzydkich dechem niezdrowym:
Umrę nim przyjdzie Romeo drogi!
Jeśli żyć będę, czyż niepodobna,
Że noc ze śmiercią swoim obrazem
I miéjsca tego okropność razem, —
Jak sklep grobowy oddawne składy,
Kędy od wielu wieków się mieszczą
Wszystkie pomarłe moje naddziady;
Gdzie zbroczon Tybalt w grobowcu świéży,
W swoim całunie zbroczony leży;
Kędy co nocy, jak chodzą słuchy,
W pewne godziny powstają duchy;
Biada mi biada! czyż nie podobna,
Że mię za nadto wcześnie obudzi
Wyziéw obrzydły, albo-li krzyki,
Jako przy rwaniu pokrzyku zioła,[9]

Co słuchających wprawia w szał ludzi; —
O gdv się ocknę rozum utracę,
Strachy potworne mając do koła;
Z przodków kościami poigram w szale,
Wyrwę Tybalta z grobu pościeli,
Dziada piszczelą wściekła w zapale
Jakoby pałką łeb swój rozwalę.
Patrzaj, ach widzę ducha krewnego,
Szuka Romea, który mu ciało
Przeszył rapirem: — Stój, stój, Tybalcie!
Idę Romeo! piję do ciebie.

(rzuca się na łoże swoje.)


SCENA CZWARTA.
(Sala Kapuleta).
Wchodzą: PANI KAPULET i MAMKA.
PANI KAPULET.

Mamko, weź klucze, przynieś korzenie.

MAMKA.

Pigwy, daktylów w kuchni żądają.

(wchodzi KAPULET.)
KAPULET.

Wstać, wstać! podwakroc kogut wzniósł pienie,
Już na pacierze dzwonią, już czwarta: —

Pilnuj pieczywa dobra Anielo:
Nic nie oszczędzaj.

MAMKA.

Idź liczy krupie,
Idź spać, zostaniesz jutro niezdrowy
Przez to niespanie.

KAPULET.

Nic, nic, po całych nocach nie spałem
Dla fraszek, jednak nie chorowałem.

PANI KAPULET.

W czasie swym no ca ciągnął na słomki;
Teraz ja czuwam, aby nie czuwał.

(wychodzi Pani Kapulet i Mamka.)
KAPULET.

Zazdrość i zazdrość! —

(wchodzą słudzy z rożnami, drwami i koszami.)

Cóż to, mój bracie?

PIERWSZY SŁUGA,

To dla kucharza, nie wiém co, panie.

KAPULET.

Spieszże się, spiesz się. (wychodzi piérwszy Sługa.)
Suche weź kloce
Piotra zawołaj, gdzie są, pokaże.

DRUGI SŁUGA.

Mam, panie, głowę, znajdę sam kloce,
I Piotra o to nie zakłopocę.

KAPULET.

Jezu, wybornie; hultaj wesoły!
Kloców tyś głowa. — Dzień już, istotnie;

Z muzyką hrabia przyjdzie niebawem,
Jak mi obiecał. Słyszę nadchodzi: —

(muzykę słychać.)

Mamko! hej! żono! — Mamko, powiadam!

(wchodzi MAMKA.)

Julię obudź, ubierz ją prędzéj;
Pójdę z Parysem pomówić: — spiesz się,
Spiesz się, już przyszedł jéj oblubieniec:
Spiesz się, powiadam.

(wychodzą.)
SCENA PIĄTA.
(Pokój Julii.)
JULIA na łożu: wchodzi MAMKA.
MAMKA.

Panno! — co, Julko! — ręczę, śpi mocno. —
Pani! — baranku! fe! śpiochu! — serce! —
Lubko, powiadam! — Oblubienico!
Ani słóweczka! — Haracz snu płacisz
Za cały tydzień; w następnéj nocy,
Ręczę, że Hrabia, co spać nie może,
Nie da spać tobie. — Zmiłuj się Boże!
Jakże prawdziwie sen wielkiéj mocy!
Muszę ją zbudzić: — Pani ma, pani!
Dobrze niech złapie w łóżku cię hrabia;
Pewno wystraszy. — Co nie wystraszy?
W sukni najdroższa! znowu zasnęłaś!
Muszę cię zbudzić: Pani ma, pani!
Gwałtu, ach gwałtu! panna nie żywa!

Na cóż niestety świat ten ujrzałam! —
Héj spiritusu! Panie mój! Pani!

(wchodzi PANI KAPULET.)
PANI KAPULET.

Co to za hałas?

MAMKA.

Dzień opłakany!

PANI KAPULET.

O co tu idzie?

MAMKA.

Patrz, patrz! nieszczęście!

PANI KAPULET.

Biada! me dziécie! jedno me życie!
Ożyj i przejrzyj, lub z tobą umrę! —
Gwałtu, ach gwałtu!

(wchodzi KAPULET.)
KAPULET.

Przez wstyd niech Julka wyjdzie, graf przyszedł.

MAMKA.

Zmarła, skonała, zmarła, niestety!

PANI KAPULET.

O dniu! niestety! zgasła! umarła!

KAPULET.

Ha, ujrzę: — zimna, blada jak chusta;
Krew jéj zamarła, członki zdrętwiałe;
Życie rzuciło dawno jéj usta;
Śmierć lezy na nich, jak szron przedwczesny
Na najpiękniejszym kwiateczku pola.
Starzec nieszczęsny! przeklęta dola!

PANI KAPULET.

Śmierć, co ją zmiotła, ryczéć mi każe,
Język mi wiąże; mówić nie daje.

(Wchodzą WAWRZYNIEC, PARYS z muzykantami.)
WAWRZYNIEC.

Pannaż gotowa iść do kościoła?

KAPULET.

Iść już gotowa, wrócić nie zdoła.
W nocy przed szlubem zgon, synu, wkradł się
Gdzie twoja spała oblubienica. —
Patrz, oto leży, kwiat jaki była,
Zgonem przekwitła, już się prześniła.
Zgon m am za zięcia, zgon za dziedzica:
Córka ze zgonem szluby zawarła,
Umrę i wszystko zgon odziedziczy,
Do z życiem wszystko zgon ma w zdobyczy.

PARYS.

Na tożem widzieć twarz ranku żądał,
Abym takowy widok oglądał?

PANI KAPULET.

Dniu nędzy, nieszczęść, przeklęctw i biedy!
Chwilo najgorsza, jaką czas kiedy
Widział w odwiecznej swojéj pielgrzymce!
Lecz jedno, biédne, mile me dziécie
Jednę pociechę, szczęście i życie
Śmierć mi okrutna z oczu zabrała.

MAMKA.

Dniu nieszczęśliwy! O! nieszczęśliwy!
Najopłakańszy dniu nieszczęśliwy,

Jaki widziałam kiedy na świecie!
O dniu okropny! dniu nienawistny!
Dzień tyle czarny nie był widziany;
Dniu nieszczęśliwy! dniu nieszczęśliwy!

PARYS.

Zwiedzion, rozwiedzion, wzgardzon, zabity!
Śmierci obrzydła! zwiedzion przez ciebie,
Przez cię okrutna całkiem obalon! —
Moje kochanie, o moje życie!
Nie życie, jednak w śmierci kochanie!

KAPULET.

Zhańbion, skołatan, zmęczon, zabity!
Po co ten zbójca czas nieużyty
Przyszedł te gody żabie zdradziecko? —
Dziecko! — ma duszo! ale nie dziecko!
Trup tylko! dziecko już nie istnieje,
Z dzieckiem pogrzebię szczęścia nadzieję.

WAWRZYNIEC.

Wstydźcie się! — W trosce szukać nie trzeba
Leku na troskę. Wyście i nieba,
Piękną dziewczynę w połowie mieli;
Dziś posiadają niebiosa całą,
Co dla dziewicy lepiej się stało:
Wyście od śmierci strzedz nie umieli
Części swéj: niebo części swéj dało
Życie wieczyste. Wasze pragnienie
W świecie największe — jéj podwyższenie;
Dla was to niebo — jéj podwyższenie:
Teraz płaczecie widząc wzniesioną
W same niebiosa na boskie łono.

Jak nie umiécie kochać swe dziécie!
Widząc ją szczęsną rozum gubicie:
W pójściu za męża nie ta ma szczęście,
Co długo z mężem przepędza lata;
Lecz najszczęśliwsze takiéj zemężcie,
Co młodą żoną schodzi ze świata.
Łzy swe osuszyć, kłaść rozmaryny
U jéj bladego śmiertelnie czoła;
Wedle zwyczaju naszéj krainy,
W stroju najlepszym nieść do kościoła;
Czuła natura nasza łzy leje,
Lecz z łez natury rozum się śmieje.

KAPULET.

Przygotowania wszelkie na gody
Na pogrzebowe pójdą obchody,
Muzyka w smutne zmienia się dzwony;
Uczta weselna w stypy biesiadę;
Pieśni weselne w pogrzebne tony;
Wieniec weselny na trupa kładę:
Wszystko na wsteczny idzie użytek.

WAWRZYNIEC.

Wyjdź panie; — pani pospiesz za mężem,
Pospiesz, Parysie: — bądźcie gotowi
Za piękném ciałem iść ku grobowi;
Niebo was karze rózgą niedoli
Za jakieś grzechy, więcéj nie grzeszcie
Szemrząc przeciwko najświętszéj woli.

(Wychodzą: Kapulet, Pani Kapulet, Parys i brat Wawrzrniec.)
PIERWSZY MUZYKANT.

Jak widzę, możemy nasze dudki wepchnąć do kieszeni i odejść.

MAMKA.

Ach dobrzy ludzie, wepchnąć i wepchnąć. Dobrze już wiecie straszny wypadek.

PIERWSZY MUZYKANT.

Istotnie, ten wypadek straszny.(wchodzi PIOTR.)

PIOTR.

O muzykanty, o muzykanty!
Zagrajcie serca uweselenie;
Jeśli mię w życiu chcecie zatrzymać,
Zagrajcie serca uweselenie.

PIERWSZY MUZYKANT.

Jakto, serca uweselenie?

PIOTR.

O muzykanty! ponieważ serce moje gra samo, serce moje pełne boleści: och! grajcie jaką wesołą dumkę dla rozweselenia.

DRUGI MUZYKANT.

Oj, teraz mamy smutną dumkę; teraz grać nie pora.

PIOTR.

Nie chcecie tedy?

DRUGI MUZYKANT.

Nie.

PIOTR.

To ja wam zabrzęczę.

PIERWSZY MUZYKANT.

Jak zabrzęczysz?

PIOTR.
W rzeczy samej nie monetą, ale jednak poskaczecie na moją nutę.
PIERWSZY MUZYKANT.

Dobrze, weźmiemy cię na chłopca, co trzyma nuty.

PIOTR.

Ostróżnie jednak, abym na waszych czaszkach nie wybijał taktu pałaszem. O zaśpiéwacie, jak wam wynotuję po gółce i ogonatce.

PIERWSZY MUZYKANT.

Słuchaj, do nas grac należy, a tak potańczysz jak zagrają.

DRUGI MUZYKANT.

Proszę ciebie schowaj pałasz, a dobądź dowcip.

PIOTR.

Chcecież się probować z moim dowcipem? dobrze, tęgo was wypłazuję suchemi razami, czyli brzeszczotem dowcipu: — dajcie odpowiedź jeśliście ludzie:

Gdy smutek gniecie jakby kamieniem
Serce i myśli całkiem ogarnie;
Muzyka wtedy srebrzystém brzmieniem —

Dla czego srebrzystém brzmieniem? Dla czego muzyka srebrzystém brzmieniem? Co mówisz, Szymonie Kwinto?

PIERWSZY MUZYKANT.

Istotnie, panie, bo srébro ma słodki brzęk.

PIOTR.

Pięknie: co mówisz, Janie Bałabajko!

DRUGI MUZYKANT.

Srébrne brzmienie, bo muzykanci brzmią dla srébra.

PIOTR.

Także pięknie: co mówisz Jakóbie Wrzeszczadło?

TRZECI MUZYKANT.
Istotnie, nie wiem co powiedziéć.
PIOTR.

O proszę darować, bo Waspan nie muzykant ale śpiéwak: przeto odpowiem za ciebie. Dla tego muzyka ze srebrzystém brzmieniem, bo takie jak wy biedaki rzadko złoto biorą za swoje brzmienie: —

Muzyka wtedy srebrzystem brzmieniem
Prędką pomocą koi męczarnie.

(wychodzi śpiewając.)
PIERWSZY MUZYKANT.

Jaki to wisus zapowietrzony?

DRUGI MUZYKANT.

Niech powiśnie. — Jakóbie! Chodźmy do domu Kapuleta, tam zaczekamy do powrotu z pogrzebu i zostaniemy na obiad.

(wychodzą.)


AKT V.

SCENA PIÉRWSZA.
(Mantua: ulica.)
Wchodzi ROMEO.
ROMEO.

Gdy pochlebnemu oku marzenia
Można zaufać, sen mi zwiastuje
Wkrótce wesołe jakieś zdarzenia:
Lekki na tronie pan mego łona;
Dzień cały jakieś wesele czuję,
Które mię wznosi prawie w obłoki.
Śniło się, niby przyszła tu żona,
Ale znalazła martwe me zwłoki;
(Sen dziwny, życie daje zmarłemu),
Swemi całunki życie wetchnęła,
I zmartwychwstały byłem cesarzem.
Boże, jak słodko miłość posiadać,
Gdy jéj cień może wesele nadać.

(wchodzi BALTAZAR.)

Wieści z Werony! — Jak Baltazarze?
Nie masz-li pisma od zakonnika?

Jakże ma pani? Jakże rodzice?
Jakże ma Julka? pytam się znowu:
Gdy dobrze, wszystko musi być dobrze.

BALTAZAR.

Dobrze, jej złego nic się nic stanie;
Grób Kapuletów jéj pomieszkanie,
A z aniołami dusza jéj w niebie;
Byłem przytomny na jéj pogrzebie:
Pocztąm przyleciał donieść to, panie,
Przebacz że smutne niosę nowiny,
Lecz wypełniłem twe rozkazanie.

ROMEO.

Także to? szydzę z was moje gwiazdy! —
Znasz me mieszkanie: przynieś papiéru
I atramentu; do prędkiéj jazdy
Weź konie z poczty; w nocy pojedziem.

BALTAZAR.

Przebacz mi, panie, że nie zostawię,
Bladość i dzikość w pańskiej postawie
Wróżą nieszczęście.

ROMEO.

Milcz, ty się mylisz;
Odejdź i spełnij me rozkazanie;
Nie masz od xiędza listu?

BALTAZAR.

Nie, panie.

ROMEO.

Nic to nie znaczy; idźże natychmiast,
Najmijże konie; zaraz powrócę. —

(wychodzi Baltazar.)

W noc z tobą, Julko, spocznę na wieki.
Środki wynajdźmy: — Złe, jakże skoro
Człekiem rozpaczy owładać zdoła!
Pewien aptekarz stąd nie daleki, —
Gdy go widziałem ostatnią porą,
Zbierał posępny, obdarty, zioła;
Pozor wychudły, twarz mu zapadła,
Nędza do jego kości się wjadła;
W jego ubogim sklepie u ściany
Żółw i krokodyl wisiał wypchany,
I jadowite ryby suszone;
Próżne szuflady w żebrackim stanie,
Zgniłe nasiona, garnki i banie,
Szczątki szpagatu, liście różane,
Wszystko na wierzchu porozrzucane.
Nędzę zważając rzekłem do siebie, —
Miéć kto truciznę byłby w potrzebie,
Choc jéj nie wolno przędąc pod śmiercią,
Nędzarz tu żyje, który ją przeda.
Myśl tę zwiastunem słała mi bieda;
Biédny ten człowiek pewnie mi przeda;
Jak przypominam mieszka w tym domu:
Święto, sklep jego biédny zamknięty. —
Hej, aptekarzu!(wchodzi APTEKARZ.)

APTEKARZ.

Któż to mię woła?

ROMEO.

Słuchaj, połatać twoję goliznę
Niech ci cztérdzieści dukatów służą;
Tylko gwałtowną daj mi truciznę,
Która po żyłach w moment przebiegnie,

I zmordowany życia podróżą
Pijąc truciznę trupem polegnie;
Oddech by wyszedł tak prędko z ciała.
Jako gwałtownie proch zapalony
Z paszczy wylata strasznego działa.

APTEKARZ.

Mam tę truciznę; lecz jej przedanie
W Mantui ściąga śmiercią karanie.

ROMEO.

Biedny, ze wszystkich wygód obrany,
Lękasz się umrzéć? Głód twarz ci toczy,
A z niedostatku gasną ci oczy,
Boki twe kryją nędzy gałgany.
Świat ci i prawo nie są przyjazne,
Świat cię i prawo nie wyrwą z nędzy:
Porzuć ubóstwo, chwyć się pieniędzy.

APTEKARZ.

Nędza, nie moja wola się zgadza,

ROMEO.

Nędza nie wola twa się nagradza.

APTEKARZ.

W płyn jakikolwiek wsypiesz to tylko;
Wypij i miałbyś moc za dwudziestu,
Zgonu nie zwleczesz najmniejszą chwilką.

ROMEO.

Masz złoto, gorszą duszy truciznę,
Więcéj morderstwa uczynię zdolną,
Jak to, co tobie przędąc nie wolno:
To ja przedaję, nie ty, truciznę.
Żegnaj, kup jadła, w mięso porośnij. —

Chodź, nie trucizno, lecz kordiale,
Tobą się w grobie Julki ocalę.

(wychodzi.)
SCENA DRUGA.
(Cela ojca Wawrzyńca).
Wchodzi BRAT JAN.
JAN.

Święty Franciszku! bracie, hej! bracie!

(wchodzi WAWRZYNIEC.)
WAWRZYNIEC.

Ten sam istotnie głos brata Jana. —
Z Mantui witaj: jakże Romeo?
Lub jeśli pisał, oddaj mi pismo.

JAN.

Pragnąc wynaleść brata bosego
Z mego zakonu na towarzysza,
Który nawiedzał w mieście chorego,
Jakem go znalazł, miasta dozorcy,
Myśląc, że oba byliśmy w domu
Nie dozwolili wyniść nikomu,
Tak, że nie mogłem w Mantuę spieszyć.

WAWRZYNIEC.

Któż Romeowi wręczył me pismo?

JAN.

Posiać nie mogłem, — oto oddaję, —
Ani odesłać mogłem do ciebie,
Tak się lękali strasznej zarazy!

WAWRZYNIEC.

Losie nieszczęsny! na święty zakon!
Pism o nie fraszki, lecz wielkiej wagi,
Rzeczy nie m alej; to nieposłanie
Grozi nieszczęściem: idź, b racie Janie
Dźwigni żelaznej zaraz poszukaj,
Przynieś do celi.

JAN.

Bracie, przyniosę,(wychodzi.)

WAWRZYNIEC.

Muszę samotnic spieszyć do grobu;
Za trzy godziny Julia wstanie;
Będzie złorzeczyć, że nieświadomy
O tych wypadkach mąż jej Romeo:
Lecz ja napiszę w Mantuę znowu,
Nim zaś Romeo wróci w te strony,
Schowam ją w celi; biedny trup żywy,
W grobie zmarłego człeka zamkniony!(wychodzi.)


SCENA TRZECIA.
(Smętarz, na którym widać grób Kapuletów,)
Wchodzi PARYS, a za nim Paź niesie kwiaty i pochodnię.
PARYS.

Podaj pochodnię: zostań się w dali; —
Lecz zagaś, nie chcę, by mię poznali.
Tam pod drzewami leż cisowemi,
Szczélnie twe ucho przyłóż do ziemi;
Tak na smętarzu każde stąpienie,
Bo pokopana ziemia grobami,

Ucha nie ujdzie: wtedy świstnienie
Będzie mi znakiem przyjścia człowieka.
Oddaj mi kwiaty; czyń polecenie.

PAŹ.

Straszno samotnie odbywać straże
Na tym smętarzu; lecz się odważę.(usuwa się.)

PARYS.

Słodki kwiateczku, szlubne twe łoże
Ręka boleśnie kwiatem okrywa:
Słodki grobowcu, w twoim przestworze
Wzór nieśmiertelnych istot spoczywa;
Julko wzniesiona gdzie serafiny,
Przyjmij ostatnie z rąk mych daniny:
Czciłem cię żywą, umarłéj tobie
Łzy i te kwiaty składam na grobie.

(świszcze chłopiec.)

Chłopiec ostrzega: co za przybłęda
Miesza bezbożny w ciemnej tej nocy
Wiernéj miłości smętne obrzęda?
Co? i z pochodnią? Ukryj mię nocy!(chowa się)

Wchodzi ROMEO i BALTAZAR z pochodnią, motyką i t. d.
ROMEO.

Drąg ten żelazny daj i motykę.
Weźmij to pismo; jutro raniutko
Patrzajże oddać ojcu mojemu.
Podaj mi światło: na głowę twoję,
Stój zdala, cobyś widział i słyszał
Nic nie przeszkadzaj memu działaniu,
Tylko wstępuję w śmierci łożnicę,
Aby oglądać pani méj lice:

Lecz mi do tego większą podnietą
Drogi jéj pierścień, który do sprawy
Ważnéj potrzebny: oddal się przeto: —
Jeśli szpiegować zechcesz ciekawy
Jakie są moje dalsze zamysły,
Potnę, na Boga ciebie na sztuki,
Niémi posieję smętarz zgłodniały:
Dziki mój zamiar w strasznéj téj porze,
Więcéj niezbłagan, więcéj zuchwały
Jak głodny tygrys, lub wściekłe morze.

BALTAZAR.

Panie, odchodzę i nie przeszkodzę.

ROMEO.

Tak mi dowiedziesz twojej przyjaźni.
Weź: żyj szczęśliwy — żegnaj poczciwy.

BALTAZAR.

Skryty dla tego muszę tu zostać,
Jemu nie wierzę, straszną ma postać.(usuwa się.)

ROMEO.

Brzydki żołądku śmierci, zniszczenia,
W świecie najdroższym pokarmem syty,
Pysk twój przegniły, będzie rozbity,
Wtłoczę ci na złość więcéj jedzenia.

(otwiéra grób.)
PARYS.

To wypędzony hardy Montego,
Co mej kochanki zabił krewnego; —
Stąd żal, jak każe wnieść podejrzenie,
Wygnał ze świata piękne stworzenie; —

Przyszedł tu czynić jeszcze co złego
Ciałom umarłym: wnet go pochwycę. —

(występuje.)

Rzuć świętokradzkie dzieło, Montego;
Zemstaż, przechodzi śmierci granice?
Zbrodniu osądzon, areszt ci kładnę:
Umrzesz, poniesiesz karę przykładnę.

ROMEO.

Umrę, istotnie; tegom tu przyszedł. —
Nie kuś, młodzieńcze w rozpaczy człeka,
Raczéj uciekaj, obchódź, zdaleka;
Pomyśl o zmarłych; niech cię to ztrwoży. —
Ach błagalnemi zaklinam słowy,
Nie wal na głowę moję grzech nowy,
Nie budź wściekłości: — Uchodź, młodzianie!
Kocham cię, przebóg, więcéj jak siebie,
Bo tu przyniosłem bronie na siebie:
Uchodź, żyj: powiész w późniejsze lata,
Biedz mi kazała litość warjata.

PARYS.

O twe zaklęcia wcale nie stoję,
Jako zbrodniarza łapię tu ciebie.

ROMEO.

Chcesz mię wyzywać? wezmij za swoje.(biją się.)

PAŹ.

Biją się, Boże! straże zawołam.(wychodzi.)

PARYS.

Ach już umieram! (upada.) — Gdyś litościwy,
Połóż mię w jednym z Julią grobie.(umiéra.)

ROMEO.

Dobrze, to zrobię: — lice obaczę; —
Krewny Merkucia, Parys poczciwy: —
Cóż to mi w drodze sługa mój gadał?
Gdy mi nie dały słuchać rozpacze?
Zdaje się mówił, że się miał żenić
Z Julią Parys: także powiadał?
Może się śniło? Czy pomieszany,
Gdy mówiącegom słyszał o żonie,
Takem uroił? — Ściskam twe dłonie,
Ze mnąś w nieszczęścia xięgę wpisany:
W tryumfującym złożę cię grobie, —
W grobie-li? O, nie; biedny młodzianie,
W światła przybytku; Julka tu leży,
A jéj uroda, śmierci mieszkanie
Zmienia na pałac jasny jak w niebie.
Zmarły zmarłego człeka tu grzebie.

(kładąc w grób Parysa.)

Często przed śmiercią ludzie weseli,
Tem u weselu słabych strażnicy
Poprzedzającéj śmierć błyskawicy
Dają nazwisko: czy z to nie mogę
Zwać błyskawicą? Żono, kochanko!
Śmierć co wyssała oddechu miody,
Przemódz nie może twojéj urody;
Niezwyciężona; sztandar piękności
Krasi twe usta i twe jagody,
Bladej bandery śmierć nie zatknęła. —
Leżysz, Tybalcie, w krwawej pościeli;
Jak ten postępek ciebie weseli,
Ze dłoń co młodość twoje zerwała,

Młodość przecina twojego wroga:
Przebacz mi krewny! — Julio droga!
Jak jeszcześ piękna? Mam-li dać wiarę,
Żeś rozkochała śmierć, próżną marę,
I chudy, brzydki potwór cię chowa
Na swą kochankę w ciemnym tym grobie?
Bojąc się tego, będę przy tobie,
Nigdy z pałacu nocy ponuréj
Znowu nie wyjdę, tu pozostanę,
Gdzie są robaki, jéj pokojowe;
W porcie wiecznego pokoju stanę;
Gwiazd nieszczęśliwych jarzmo tu zrzucę
Z ciała, co światem tak skołatane. —
Patrzcie ostatni raz, oczy moje!
Ręce! ostatni raz obejmujcie!
Usta oddechu mego podwoje
Prawnym całunkiem przypieczętujcie
Kontrakt ze śmiercią wieczny bez liku!
Chodź gorzki, przykry mój przewodniku!
(do trucizny.)
Rozpaczających przychodź sterniku,
Strzaskaj od razu w strasznéj szarudze
Łódź skołataną w życia żegludze.
Droga, do ciebie! (pije) Słowny aptekarz!
Napój skuteczny! konam całując.(umiéra.)

(Wchodzi z drugiéj strony smętarza WAWRZYNIEC z latarnią, dźwignią żelazną i szpadą.)

WAWRZYNIEC.

Święty Franciszku! dodaj mi siły,
Stary zawadzam w noc o mogiły,
Któż to z martwémi przepędza noce?

BALTAZAR.

Jeden znajomy, drugi twój miły.

WAWRZYNIEC.

Bądźcie szczęśliwi! — Powiedz kochany,
Co to za światło marnie migoce
Czaszkom bez oczu strasznych szkieletów?
Sądzę, oświecon grób Kapuletów,

BALTAZAR.

Tak, święty ojcze, pan mój tam poszedł,
Co go miłujesz.

WAWRZYNIEC.

Któż to?

BALTAZAR.

Romeo.

WAWRZYNIEC.

Długoż tam bawi?

BALTAZAR.

Od pół godziny.

WAWRZYNIEC.

Chodźże do sklepu?

BALTAZAR.

Lękam się, ojcze:
Pan nieświadomy, że tu zostaję,
Nader okropnie groził mi śmiercią,
Jeślibym został śledzić, co robi.

WAWRZYNIEC.

Zostań, sam pójdę: — strach na mnie pada:
Wszystko to klęskę mnie zapowiada.

BALTAZAR.

Gdy pod cisami tu zasypiałem,
Śniło się, jakby z drugim pan walczył,
Ale pan jego zabił.

WAWRZYNIEC.

Romeo!(postępuje.)
Biada, niestety! Krew jakaż ciecze?
Cóż to?.. grobowca stopnie w krwi zdroju?
Jakież bez panów w krwi leżą miecze,
Tak porzucone w miejscu pokoju?

(wchodzi do grobu.)

Romeo! blady! — Co to i Parys
We krwi zbroczony? — Tak zła godzina,
Na której cięży wypadku wina! —
Julka się rusza.(Julia się rusza i budzi.)

JULIA.

Xięże pomocny, gdzie mój małżonek?
Dobrze pamiętam, gdziem być powinna,
Kędy i jestem. — Gdzie mój Romeo?

(słychać hałas.)
WAWRZYNIEC.

Zgiełk jakiś słyszę. — Wyjdź z tego gniazda
Śmierci, zarazy, snu niezwykłego;
Wyższa nad opór człowieczy gwiazda
Pokrzyżowała nasze zamysły;
Chodź, mąż nie żywy na twojém łonie;
Także i Parys; chodź, a umieszczę
Ciebie w pobożnych niewiast zakonie:
Chwilki nie czekaj, straż przejmie drogę;
Chodź, Julko dobra, — (hałas słychać.) Czekać nie mogę.

(wychodzi.)
JULIA.

Idź, bo co do mnie, stąd się nie ruszę.
Co, kubek w ręku wiernego męża?
Nie wczas trucizną wygnał swą duszę: —
Skąpcze, do kropli wszystko wypiłeś,
Nic dla swéj żony nie zostawiłeś? —
Więc będę usta twe całowała,
Może trucizna w nich pozostała;
Zdolna mię zabić lekiem zbawiennym.
Usta gorące!

PIERWSZY STRAŻNIK, za sceną.

Prowadź: — którędy?

JULIA.

Hałas? więc prędko: — mieczu kochany,

(bierze miecz Romea.)

Zakończ me troski; (przebija się.) rdzawiéj wśród rany.

(Wchodzą Strażnicy z Parysa paziem.)
PAŹ.

Miejsce to, kędy płonie pochodnia.

PIERWSZY STRAŻNIK.

Ziemia skrwawiona; smętarz obejrzéć;
Idźcie i łapcie kogo znajdziecie.

(wychodzą niektórzy.)

Widok żałośny! hrabia zabity; —
Julia we krwi; ciepła, znów zmarła,
Choć już dni parę jak pogrzebiona. —
Biegać do xięcia i Kapuletów, —
Zbudzić Montegów, — innych poszukać; —

(wychodzą niektórzy ze straży.)

Grunt widzim kędy klęska się stała,
Lecz nie widzimy gruntu téj klęski.
Trzeba do dojścia okoliczności.

(wchodzą niektórzy strażnicy z Baltazarem.)
DRUGI STRAŻNIK.

Sługa Romea na tym smętarzu
Był znaleziony.

PIERWSZY STRAŻNIK.

Miéć go pod strażą
Póki aż xiąże tu nie przybędzie.

(wchodzą inni strażnicy z Wawrzyńcem.)
TRZECI STRAŻNIK.

Oto zakonnik, drży, wzdycha, płacze:
Szpadę z motyką przy nim znaleźli,
Kiedy uchodził bokiem smętarza.

PIERWSZY STRAŻNIK.

Zbyt podejrzenie wielkie; zatrzymać.

(wchodzi XIĄŻE ze świtą.)
XIĄŻE.

Co za nieszczęście rano się stało,
Że mię tak rano ze snu wezwało?

(wchodzą KAPULET, PANI KAPULET i inni.)
KAPULET.

Krzyki te jakiéj zwiastuny burzy?

PANI KAPULET.

Romeo — krzyczy lud na ulicy,
Julia — inni, Parys — niektórzy;
Wszyscy do grobu biegną naszego.
Krzycząc okropnie. —

XIĄŻE.

Co to za trwoga? jakie-to wrzaski?

PIERWSZY STRAŻNIK.

Władzco, tu leży Parys zabity;
Martwy Romeo; Julia zmarła,
Ciepła i nowo zamordowana.

XIĄŻE.

Śledzić, jak brzydki mord się popełnił.

PIERWSZY STRAŻNIK.

Tu jest zakonnik z Romea sługą;
Z instrumentami do otworzenia
Tego grobowca.

KAPULET.

W krwi nasza córka! Nieba! O żono!
Miecz się pomylił, — jego mieszkanie
Próżne przy boku tego Montega, —
Wbity nieszczęściem w córki méj łono.

PANI KAPULET.

Biada! ten widok śmierci jak dzwon,
Co méj starości zwiastuje zgon.

(wchodzi MONTEGO i inni.)
XIĄŻE.

Przystąp, Montego, z boleścią serca
Widziéć jak zasnął twój spadkobierca.

MONTEGO.

Żona skonała nocy téj, biada!
Syna wygnanie dech jéj przerwało:
Na moję starość jakież to spada.
Znowu nieszczęście.

XIĄZE.

Patrz, a obaczysz.

MONTEGO.

Synu nie dobry, mnie wprzódy w grobie
Ryć należało, ale nie tobie.

XIĄŻE.

Wstrzymaj na chwilę swe użalenia,
Aż wybadamy rzecz zawikłanę,
I odkrjemy źródło zdarzenia;
Wodzem boleści waszéj zostanę,
W grób zaprowadzę: czekaj nie długo,
Zrób cierpliwości nieszczęście sługą. —
Wnet podejrzanych tu przyprowadzić!

WAWRZYNIEC.

Jestem najwięcéj, najmniéj zrobiwszy,
Jednak najwięcéj jam podejrzany,
Miejsce i pora mord niesłychany
Na mnie składają: przeto tu stoję
Skarżąc okazać niewinność moję
I potępiając i wymawiając.

XIĄŻE.

Powiedz, jak możesz niewinność dowieść.

WAWRZYNIEC.

Krótko opowiem, krótkie me życie
Tyle nie długie jak smutna powieść.
Julii mężem martwy Romeo;
Ona zaś żoną Romea stałą:
Szlub dałem skrycie; w tenże dzień szlubu
Tybalt zabity, jego zabicie
Pana młodego z miasta wygnało;
Za nim płakała, nie za Tybaltem.

Pan dla wyrwania troski z pamięci,
Postanowiłeś mimo jéj chęci
Dać za Parysa. — Środka od zguby
Z dzikiém wejrzeniem u mnie żądała,
Aby usunąć drugie te szluby,
Lub w mojéj celi zabić się chciała.
Na sen jéj dałem napój, co sprawił
Śmierć jéj pozorną: znać Romeowi
Dałem, by przybył strasznej téj nocy
Z pożyczanego grobu wybawił,
Kiedy ten napój zbędzie swéj mocy;
Lecz Jan zakonnik z listem posłany,
W mieście przypadkiem był zatrzymany,
Nocy wczorajszéj list mój powrócił.
Wtedy samotnie w ocknienia porze
Zabrać przyszedłem z grobu rodziny,
Myśląc ją dotąd ukryć w klasztorze,
Aż nie sprowadzę do mnie Romea;
Kiedym tu przybył w ocknienia chwili,
Parys z Romeem wiernym nie żyli.
Wtém ją opuścił sen jéj głęboki,
Rzekłem, chodź ze mną, nié ma sposobu
Tylko znieść cicho niebios wyroki:
Ale wystraszył hałas mię z grobu;
Ze mną w rozpaczy iść nie zechciała,
Lecz śmierć, jak widać, sobie zadała.
Wszystko com widział. A o małżeństwie
Mamka wiadoma; jeśli z mej winy
Było co złego, niech życie stare,
Te przed mym zgonem krótkie godziny
Sprawiedliwości oddam za karę.

XIĄŻE.

Zawsześ był znany jak świątobliwy. —
Kędyż Romea sługa? co powiesz?

BALTAZAR.

Panum o śmierci Julii doniósł;
Z Mantui zaraz pocztą przyleciał
W miejsce to samo, do tego grobu.
Kazał to pismo dać rano ojcu;
Idąc do grobu śmiercią mi groził.
Gdy nie odejdę: tak mię zostawił.

XIĄŻE.

Podaj mi pismo, niechaj obaczę. —
Gdzież paź Parysa co zbudził straże? —
Powiedz, co robił w miejscu tém Parys?

PAŹ.

Składał dla pani kwiecie na grobie;
Kazał stać zdala, co wykonałem:
Człowiek ze światłem przyszedł w téj dobie,
Pan mój na niego natarł z zapałem,
Zaraz pobiegłem, straż zawołałem.

XIĄŻE.

Pismo potwierdza xiędza zeznania,
Całą zamyka powieść kochania,
A otrzymawszy wieść o jéj śmierci,
Pisze, że kupił u aptekarza
Najjadowitszéj trucizny sobie,
Z którą pośpieszył wnet do smętarza,
Aby odpocząć z Julią w grobie.
Monteg, Kapulet! nieprzyjaciele!
Oto są kłótni bicze i troski!
Patrzcie, jak znalazł sposób gniew boski

Zabić miłością wasze wesele?
A ja, żem oczy zamykał na to,
Gdy się kłócili moi poddani,
Jestem skarany dwóch krewnych stratą. —
Wszyscy skarani. —

KAPULET.

Bracie Montego, podaj mi rękę;
Takie méj córki wiano, bo więcéj
Żądać nie mogę.

MONTEGO.

Więcej dać mogę,
Wzniosę ze złota postać jéj drogę;
Póki nie zginie imie Werony
Ceny podobnéj posąg nie stanie,
Jak wiernéj Julee będzie wzniesiony.

KAPULET.

Równie bogaty obok swéj żony
Stanie w posągu Romeo młody;
Biedne ofiary naszéj niezgody!

XIĄŻE.

Ranek ten ojcem posępnej zgodzie;
Słońce ze smutku kryje się z twarzą;
Chodźmy pomówić o tej przygodzie;
Jednym przebaczą, drugich ukarzą.



OBJAŚNIENIE.

W mieście Weronie dwa wielkie domy Montecchi i Capelletti oddawna pałały ku sobie nienawiścią która często była przyczyną krwawych utarczek na ulicach pomiędzy krewnémi dwóch nieprzyjaznych rodzin. Alberto della Scala, dożywotni władzca Werony, próżno usiłował zaprowadzić zgodę, jednak dokazał tego, jak pisze historyk Werony Girolamo della Corte, z którego bierzemy to opowiadanie, ze młodzi ustępowali starszym, dawali i odbierali wzajem powitanie.
W roku 1303 za panowania Bartłomieja della Scala, wybranego na rządzcę dożywotniego po śmierci jego ojca Alberta, zdarzyło się, ze Anton o Capelletto, głowa całéj swojéj rodziny, wydał w czasie karnawału ucztę wielką, na którą zaprosił znakomitszą części szlachty werońskiéj. Romeo Montecchio, liczący sobie rok dwudziesty piérwszy, jeden z najurodziwszéj i najmilszéj młodzieży Werony, udał się także na tę biesiadę w towarzystwie kilku przyjaciół w masce. Po niejakim czasie zdjął maskę i usiadł w miejscu, z którego mógł wszystkich widziéć i sam być widzianym. Bardzo się wszyscy dziwili nad jego śmiałością, że się odważył wejść w pośród swoich nieprzyjaciół, lecz że był miody i w obejściu się bąrdzo przyjemny, nie obracali tyle uwagi na niego, powiada dziejopis, ileby pewno zwrócili, jeśliby był starszy wiekiem. Jego i Julii oczy natychmiast się zbiegły, a uderzone wzajemnym podziwem nie przestawały się patrzéć na siebie. Uczta kończyła się tańcem dal capello, jak powiada Girolamo, jedna z kobiet wzięła w taniec Romea, który potańczywszy z nią chwilę i korzystając ze swego wprowadzenia w koło bawiących się, wziął Julię z drugim tańczącą. Jak tylko uczuła dotknięcie jego ręki, rzekła: „Błogosławione przyjście twoje!“ — A on ściskając jéj rękę zapytał: „Jakież błogosławieństwo pani przynoszę?“ — Na to uśmiéchając się odpowiedziała: — „Niech się pan nie dziwi, że błogosławię jego przyjście, bo Markurio długo tu mię ziębił, a pan swoją grzecznością rozgrzewasz,“ (ten młody Markurio, kochany od wszystkich dla przyjemności swego dowcipu, zawsze miał ręce zimniejsze od lodu). Na te słowa rzekł Romeo: — „Nadzwyczaj jestem szczęśliwy, jeśli w czemkolwiek jéj mogę usłużyć.“ Taniec się kończył i Julia mogła mu tylko powiedziéć: „Niestety, więcéj jestem twoją jak moją.“ Romeo często udawał się w małą uliczkę, na którą wychodziły okna Julii: jednego wieczoru poznała go po czychaniu, czy po innym znaku, i otworzyła okno; przywitali się jak najgrzeczniéj, (cortesissimamente), i długo rozprawiając o swojej miłości, postanowili się pobrać bez względu na wszelkie następstwa, za pomocą brata Lonarda Franciszkana, co był wielkim teologiem, filozofem, dziwnym dystyllatorem, biegłym w czarnoxięztwie i spowiednikiem prawie całego miasta. Udał się do niego Romeo, a zakonnik mając na względzie wziętość, jakąby pozyskał nie tylko u władzcy dożywotniego, ale u wszystkich, przez połączenie i pogodzenie tych dwóch domów, skłonił się na prośbę kochanków. W czasie postu, kiedy spowiedź nakazana, Julia idzie ze swoją matką do kościoła Ś. Franciszka w cytadelli, staje piérwsza przy konfessionale, po którego drugiéj stronie już był Romeo, co przyszedł także ze swoim ojcem; xiądz połączył ich ręce szlubem przez otwarte pierwéj konfessionału okienka. Potém, za pomocą zręcznéj staruszki, bawiącej w domu Julii, nowożeńcy przepędzili całą noc razem w ogrodzie jéj ojca.
Tym czasem po wielkanocy liczna banda Kapelletów spotkała niedaleko od bramy werońskiéj kilku Montekkiów i napadła na nich, zagrzana przez stryjecznego brata Julii Teobalda, który widząc, że Romeo wszelkie czyni usiłowanie, aby pohamować tę bitwę, natarł na niego i zmusił do walki, a w niéj sam padł trupem, pchnięty w gardło mieczem przeciwnika. Romeo został za to zabójstwo wygnany, a Julia wkrótce potem widząc się zmuszoną drugiego poszlubić, udała się po radę do brata Lonarda, który dał jej proszek taki, że po zażyciu ma się zdawać umarłą i będzie zaniesioną do familijnego grobu, co znajdował się w kościele klasztoru Lonarda, a ten miał przyjść dla dobycia jéj z grobu i przebraną zaprowadzić do Mantui, gdzie był Romeo, którego o wszystkiém przyrzekł zawiadomić.
Tak tedy szły rzeczy jak przepowiedział Lonardo, ale Romeo dowiedziawszy się ze strony o śmierci Julii, przed odebraniem listu zakonnika, udał się do Werony z jednym sługą, uzbrojony w gwałtowną truciznę otworzył grób, zrosił łzami ciało Julii, wypił truciznę i umarł. Wkrótce Julia obudziła się, a widząc martwego Romea i dowiedziawszy się od zakonnika, który tylko co przybył, o wszystkiém co się zdarzyło, w gwałtownéj boleści nie mogąc wyrzec ani słowa, padła martwą na łono Romea,[10]
To zdarzenie jako prawdziwe opisuje Girolamo della Corte; utrzymuje, ze często widział Julii i Romea grób, który wznosząc się nieco nad ziemią przy krynicy, służył za miejsce do umycia się sierotom domu Ś. Franciszka tam zbudowanego. Dodaje jeszcze, że Gerardo Boldiero jego wuj, który go wodził na ten grób, pokazywał mu w jednym kącie muru przy klasztorze Kapucynów miejsce, skąd, jak słyszał, przed wielu laty pierwéj wydobyto szczątki Julii i Romea z wielu innemi. Kapitan Breval w swoich podróżach także powiada, że widział w Weronie 1762 roku starą budowę będącą wówczas domem sierot, w któréj, wedle świadectwa jego przewodnika, miał się znajdować grób Julii i Romea, ale go już wtedy nie było.
Shakspeare nie z historyi Girolama della Corte wziął osnowę trajedyi: bo ta sztuka wyszła w 1579 roku, a dzieło della Corte, mające się składać z 22 xiąg było przerwane śmiercią autora na dwudziestéj xiędze i 1560 roku, skąd jasno się pokazuje, że della Corte pisał lat kilka późniéj. Nadto czytamy w przemowie wydawcy, ze śmierć Girolama była poprzedzona długą chorobą, że przejrzenie dzieła, którego autor nie mógł wykończyć, wiele czasu zabrało i nareście, że processy cywilne i kryminalne, które prowadził wydawca, nie dozwoliły mu ogłosić tego dzieła tak prędko jakby żądał: tym sposobem Historya Girolama była drukowana po niemałym przeciągu czasu od jego śmierci, a wydanie z roku 1594 wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jest pierwsze. Ale dzieje Romea i Julii nadto głośne w Weronie, posłużyłby już za przedmiot do noweili którą ułożył Luigi da Porto i ogłosił 1535 roku, sześć lat przed swoją śmiercią, pod tytułem La Giulietta w Wenecyi. Z téj nowelli kilkakrotnie przedrukowanej, tłumaczonej, naśladowanej w wielu językach, zrobił angielskie poema Arthur Brooke i z niego Shakspeare niezawodnie ułożył swoją trajedyę. Naśladowanie zupełne. Julia w poemacie i nowelli Ludwika da Porto zabija się sztyletem Romea, a nie umiéra ze smutku jak w historyi: ale to rzecz szczególna, że Arthur Brooke i Shakspeare, co się pilnie trzymali nowelli, kładą śmierć Romea przed obudzeniem się Julii, kiedy u Ludwika da Porto umiéra po jej ocknieniu się i po rozmowie z nią bolesnej i pożegnalnéj. Zarzucano naszemu dramatyście, że nie wziął téj okoliczności, któraby mu dostarczyła scenę bardzo patetyczną i stąd powszechnie wniesiono, że nie znał téj nowelli, choć była przełożona na język angielski. Jednak niektóre okoliczności naprowadzają nas do wierzenia, że Shakspeare znał tę nowellę, a do opuszczania téj ostatniéj rozmowy kochanków mógł mieć wiele powodów. Zapewne Arthur Brooke wiedział o historyi prawdziwéj, a jako współczesny mógł to objawić naszemu poecie, który miał za powinność trzymać się podania historycznego. Ale to najpewniej główną było przyczyną, że Shakspeare nigdy, żadnych mocnych postanowień nie poprzedza długą mową, bo słowa, powiada Makbet, ostudzają uczynek. Jeśliby Julia w piérwszej chwili nieszczęścia rozwodziła się w żalach, toby może później nie miała mocy odebrania sobie życia. Garrik to widzenie się przedśmiertne kochanków dorobił; scena czuła: ale, jak się można spodziewać było, to wszystko za nadto mdłe i słabe w porównaniu okropnego położenia kochanków.
Można zauważyć, ze krótka mowa Julii w ostatniej chwili, i Romea, kiedy się dowiedział o mniemanéj śmierci Julii, zupełnie się sprzeciwia sposobowi wysłowienia się w całej sztuce. Shakspeare starał się przejąć tę obfitość mówienia, która stanowi charakter włoskich ludów: postrzegamy to w narzekaniach rodziców nad śmiercią Julii, gdzie słowa liczne płyną na oddanie jednej i téj samej myśli. Znać, ze Shakspeare przynajmniej w przekładach czytał włoskich poetów; te ustawiczne concetti, z których osnuta cała mowa tej sztuki, te ciągle porównania do słońca, kwiatów i gwiazd, chociaż pełne wdzięku, pokazują umyślne naśladowanie stylu sonetów i najrzetelniéj oddają koloryt włoski. Że zaś sonety po większej części są u nich płaczliwe, dla tego Shakspeare szczególniej nastroił na ten ton rzewnej exaltacyi narzekania kochanków. Wyrażenie ich krótkiego szczęścia nadewszstko w ustach Julii oddycha zachwycającą prostotą, a kiedy uczucia zapalają się prawdziwą energią, kiedy wreście poeta zdobędzie położenie rzeczywiście traiczne, wtedy idzie za własnym popędem, i te osoby, którym zawsze, jak mówi Johnson zostawiał concetti w ich biedzie, nie mają ich, albo przynajmniéj bardzo rzadko, kiedy nieszczęście całą swą potęgą uderzy. Wyobraźnia bowiem przestaje igrać; sama nawet namiętność ustępuje miejsca uczuciom gwałtownym; a Julia, ta chciwa kochanka rozkoszy i miłości, zaledwie została zagrożoną niebezpieczeństwem złamania wiary, o niczem innem nie myśli, tylko, aby się niezmazaną zachować dla drogiego Romea. Zresztą, jak można zauważyć, Julia Shakspeara nawet w swojém oddaniu się więcéj skromna, jak Julia historyi, do któréj się autor pilnie stosował.
Zakochanie się Romea w Rozalindzie, wymyślił Luigi da Porto, a poemat angielski zachował. Ta miłość sprawuje, że pierwsze akty nie są tak zajmujące, dla tego wyrzucano to jako błąd naszemu traikowi, ale Shahspeare użył jéj na wyraźniejsze odbicie tego nagiego i gwałtownego charakteru, co tak właściwy namiętnościom włoskiego klimatu. Do przedstawienia roli Merkucia podały myśl następne słowa poematu Arthura Brooke:
„Dworak, co gdzieby nie był, zawsze wysoko ceniony, w mowie grzeczny, przyjemny i dowcipny: a jak lew byłby śmiały w pośród baranków, tak wpośród wstydliwych dziewcząt Merkucio był śmiały.“[11]
Taki bez wątpienia był ton modny za czasów dramatysty i w Merkuciu przedstawił nam typ przyjemnego i miłego człowieka. Jednak znać, ze wyszydzenie tonu dworskiego wiele go kosztowało, i Dryden przytacza podanie swego czasu, jakoby Shakspeare mówił, że był przymuszony zabić Merkucia w trzecim akcie, z obawy, aby go samego nie zabił; ale Merkucio zawsze miał stronnikami wielu Anglików i Johnson surowo obchodzi się z Drydenem za kilka słów ubliżających miłemu Merkuciu, kiedy mówi: te żarty są może często wyższe nad pojęcie Drydena. Widoczna rzecz, ze Shakspeare umyślnie hojną dłonią rzucał ten koloryt sonetowy, bogaty w konczetti i pełny exaltacyi, kiedy Lonardo mówi do Romea: „Mój synu, mów po prostu.“ Franciszkan przedstawia charakter mądrego człowieka i jego mowy tyle są proste, ile w jego czasach godziło się być prostym filozofowi. Rola Mamki, jest to charakter tak prawdziwy i tak doskonale oddany; że bez ochyby należy do najpiękniejszych osób, jakie utworzył tylko jeniusz naszego poety i tym bardziéj trudny do przedstawienia, im się prostszym i pozbawionym pewnych zasad wydaje.
W tej sztuce prócz tego uroku, co prawie przenosi nas we włoskie strefy, napotykamy często, osobliwie w roli Romea i Julii, wiérsze najtkliwsze i najpiękniéjsze, jakie kiedy wyszły z pod pióra naszego dramatysty. Rym w téj sztuce często używany, jest także hołd krainie i obyczajom włoskim. F. Guizot.

Znakomity nasz pisarz w swoich Wędrówkach literackich pod artykułem Romeo i Julia zrobił z nowelli Ludwika da Porto piękny wyciąg, którego porównanie z tą trajedyą będzie zajmujące, chociaż, jak sądzę, nie w tym względzie, aby się przekonać wiele cudzego, a wiele swego w naszym dramatyku, ale raczéj, aby się nauczyć, jak jeniusz poety umiał korzystać z tego prostego opowiadania; takowe porównanie nie tylko nie będzie szkodliwe dla niego, ale owszem wyświeci jego twórczy talent. Prawda, że cały wypadek wzięty z poematu Pana Brooke, czyli z powieści da Porto, lecz tu właśnie dziwić się potrzeba, jak w te porozrzucane i martwe nowelli posągi, wlał duch i życie: na jego rozkaz czarnoxiezki powstały z grobów wszystkie osoby, a te charaktery, te obyczaje, ten głos najżywszéj namiętności; nadały im życie nieśmiertelne. Ja w Szekspirze nigdy nie uważam za rzecz główną samą osnowę, albo treść sztuki; ale charaktery, które są jego własném dziełem, ale ten dziwnie wierny obraz natury, co nas swoją prawdą zdumiéwa. Wszystkie znakomitsze dzieła swoje budował na kronikach, które mu służyły za płótno dla rozwinięcia na niém żywego malowidła twórczym pędzlem. I w tém nawet widzę jeniusz poety, bo odgadł tę sprężynę serca ludzkiego, że nas więcéj zajmuje rzecz oparta na historyi; sama fikcia może zrobić wrażenie na chwlię, ale potém ginie, kiedy zważymy, że tego nigdy nie było; stąd po przeczytaniu dzieła poetycznego, lubimy czytać tę historyę na któréj było usnute, aby się więcéj o prawdzie przekonać: tak prawda zawsze nam się podoba! W każdym podobnym utworze miał Shakspeare na pilnéj uwadze i pamiątki historyczne i samą ludzką naturę ze zwykłym torem rzeczy ziemskich, ztąd wszystkiemu co brał, nadawał tak piętno własne, że w nim nie ma nic cudzego, ztąd wszystko ożywiał, stąd wypłynął ten systemat sprzeczności i mieszaniny wielkich rzeczy z drobnémi i smutnych ze szmiesznémi, bo tak się dzieje na świecie. Niech co chcą mówią Francuzi, sądzę jednak, że może nigdy, a przynajmniéj nie łatwo znajdzie się podobny dramatizator kronik: nie mówię tego, jak dawniéj o Horacym prawili nam po szkołach, że nigdy nie może się znaleść podobny jeniusz, ale zdaje mi się, że wiek dramatów, albo przynajmniéj dawna ich forma przeszła, ze tylko pod inną całkiem postacią może się dzisiaj zjawie jemusz.
Co się tyczy rozmów Julii i Romea ani Panu Wolterowi, którego dowcip satyryczny tak się znał na wszystkich uczuciach przechodzących egoizm, jak i na uczuciu religijném, ani Panu de Balzac, co chce to wszystko podać za ironią miłości, nie uwierzę z Panem Kraszewskim, a nie tylko dla tego, że wielki jeniusz nie wytrwa tak długo w żarcie i ze sam koniec inaczéj dowodzi; ale że wedle mego przekonania gwałtowne uczucia, osobliwie miłości, wywnętrzają się ledwie nie zawsze z pewną przesadą; mamy tego codzienne dowody, bo proszę tylko posłuchać jak każdy młody kochanek exaltowany wynosi swoję Dulcynellę z Tobozo. Zdaje się, że wszelka exaltacia, oparta tylko na prawdziwej miłości, nie może się nazwać przesadą: a tém bardziéj, jeśli to zastosujemy do Włochów. Wprawdzie możemy inaczej sądzić w stanie spokojnym, bo przesadą i niedorzecznością zdają s:ę nam często słowa i sprawy zakochanych, to téż nawzajem miłość ma za nic świat i wszystkie jego najpożyteczniejsze zajęcia, głupstwem nazywa. Jeżeli w nowelli są rozmowy proste i rozumne, to bardzo naturalnie, bo na zimno pisał Luigi da Porto: trzeba było poetyckiéj, twórczej zdolności przeniesienia się w położenie osób, aby ich miłość oddać. Nie mogę się wstrzymać od przytoczenia słów w tym względzie Pana Mich. Gra... „Pogodziłem się z tą włoską przesadą romansowych rozmów Romea i Julii. Alboż tak nie mówiono? To nie autor wymyśla te napuszone słowa, ażeby szczupłą myśl i zimne uczucia jakkolwiek zamaskować, to właśnie język dworny i zalotny, brzmiący istotnie po marmurowych schodach i gankach pałaców włoskich. Język ten pełen konczettów nie jest to nasz język mistyczny, któryby omglił uczucia wprowadzonych na scenę osób, to szyba szklanna, za którą jeszcze lepiéj widać jasne fizyognomie i otwarte serca.“ Słusznie może każdy znawca naszego poety, powtórzyć słowa P. Kraszewskiego: „Jeżeli jego jeniusz nie przeżyje swoją sławą XIX wieku, nie wiem czyj potém odważy się prosić o nieśmiertelność.“

Tłumacz.


Przypisy

  1. Tackius powiada, ze ropucha przed zaczęciem walki z pająkiem wzmacnia się tą rośliną: także w przypadku jakiego zranienia leczy się tem samem zielem. Liście téj planty krew tamują i dawniej do świeżych ran były używane.
    Steevens.
  2. Słowo honor uderzyło starą prostą kobiétę, jako bardzo szczytne i rostropnie stosowne do rzeczy.Steevens.
  3. W Henryku VIII na ucztę do Wolseja król nieproszony wchodzi w masce, podobnie jak Romeo i jego towarzysze, i wyprawia naprzód posłańca, któryby przeprosił za to najście. Ten zwyczaj był zachowywany przez tych, co nieproszeni przychodzili w chęci utajenia siebie dla jakiej intrygi, albo dla używania większéj swobody w rozmowach. Podobnego rodzaju wejście miało zawsze pewną, przemowę, zawierającą w sobie pochwalę piękności kobiet i wspaniałomyślności gospodarza. Sądzę, że przewlekłość podobnych mów przedwstępnych ma tu Romeo na celu. Steevens.
  4. Człowiek z pochodnią musiał konieeznie towarzyszyć maskom. Król Henryk VIII, kiedy szedł do pałacu Wolseja, dzisiaj Whitehall, miał szesnastu ludzi niosących pochodnie.
  5. Tu autor miał na celu dawną balladę pod tytułem: King Cophetua and the beggar maid. Znajduje się w zbiorze Dra Percy pod tytułem: „Szczątki starożytnéj angielskiéj poezyi.“
  6. Wtedy byłby wieczór, kiedy żabki krzyczą, a nie ranek, kiedy skowronek śpiewa, a tem samem nie bylibyśmy zmuszeni teraz się rozdzielać. A.C. — Żabka ma piękne oczy, a skowronek brzydkie, co zrodziło u pospólstwa mniemanie, jakoby skowronek z żabką pomieniał się na oczy. Warburton.
  7. Niejeden nasz drammatyk, ale wszyscy pisarze nieugrzecznionego wieku Shakspeara używali podobnych wyrażeń nie tylko w oryginalnych swoich utworach, ale nawet w swoich przekładach greckiéj i rzymskiéj poezyi wprowadzali podobne słowa w miejscach najczystszych i najozdobniejszych. Stanyhurst tłumacz Eneidy w 1582 roku łaje Eneasza imieniem Dydony słowami, — bedgebrat, eullion, torgbreech, w przeciągu jednéj mowy; ba! nawet w pobożnych poematach, jak Pokuta Maryi Magdaleny, wydrukowana w 1567 roku, przedstawia się ta Święta tak łająca jednego ze swoich czcicieli: „Horeson I. beshrowe your heart, are you here.
  8. W ogóle charakter mamki dziwnie trafnie oddany. Prawdziwy wizerunek prostej osoby, której czynności nie są oparte na żadnych zasadach; zdradziła zaufanie Kapuleta w niéj złożone, a teraz chwyta się najpierwszego sposobu co się nadarza, byleby uniknąć skutków swéj niewiernoścj.
  9. Oprócz innych dziwnych własności pokrzyku, jeszcze mu to przyznają, że przy rwaniu wydaje krzyk, co słuchających przywodzi do szaleństwa. Utrzymują, że rośnie na mogiłach ludzi straconych za popełnione zbrodnie i że ciało tych winowajców wydaje tę roślinę obdarzoną życiem. I u nas wiele baśni o tem zielu; mówią, że kto kopie korzenie jego, to krzyknie: stąd też wzięto swoje nazwanie.
  10. Patrz Istorie di Verona del sig. Girolamo della Corte i t. d, T. 1. str. 589 i następ, wyd. 1594.
  11. Tego więc charakteru, nie ułożył Shakspeare z rąk zimnych Merkucia, jak żartem utrzymuje P. Kraszewski, bo nie tylko że o tej okoliczności nigdzie, autor nie czyni wzmianki, nie tylko, że przedstawia Julię tańczącą nie z Merkuciem, lecz z nieznajomym sobie młodzianem, ale jeszcze Merkucia charakter mimo ciągłych drwinek nie jest zimny, kiedy był powszechnie lubiony i sam tak kochał przyjaciół, że za ich sławę naraził się na utratę życia. Shakspeare mając zarys téj roli, w poemacie chciał tylko przedstawić młodzieńca wedle ówczesnego dworskiego tonu, co sobie pusty i wesół, ale w gruncie serca czuły i szlachetny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Ignacy Hołowiński.