Rodzeństwo (Kraszewski, 1884)/Tom pierwszy/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Rodzeństwo

Tom pierwszy

Wydawca Wydawnictwo
»Dziennika Powieści«.
Data wydania 1884
Druk Drukarnia «Czasu»
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Stary pan Teodor Kunaszewski, chociaż zwykle się nosił bardzo skromnie i miał tylko dwa powszednie ubrania, zimowe i letnie, a jedno odświętne i paradne, — czuł się w obowiązku występować czysto i o ile możności codzień świeżo ogolony.
Wstawszy zrana i odmówiwszy krótki pacierz, szedł do okna, przy którem wisiało zwierciadełko, pucował angielską brzytwę, przyjaciółkę od lat dwudziestu, rozrabiał mydło z zimną wodą, aby po ciepłą ani posyłać ani chodzić, i brał się do operacyi, którą odbywał zamaszysto, wprawnie i prędko. Zbywał się tym sposobem golenia, którego nie lubił, ale naówczas brody nie było we zwyczaju zapuszczać, gdy pan Teodor był młodym, na starość więc nie chciał nowego obyczaju... nabierać.
Jednego dnia o nadchodzącej zimie, stała się rzecz niepraktykowana, Kunaszewski — zaspał. Gdy się obudził była dziewiąta, — a gdy golenie zbliżało się do końca, z wielkim pospiechem i nieosobliwem szczęściem wykonane, mogło być pól do dziesiątej.
W tejsamej chwili spojrzawszy przez okno, zobaczył w dziedziniec zajeżdżający powozik, wcale elegancki, czterema karemi konikami w wytwornych szlejach zaprzężony, — a w nim młodego nieznajomego gościa, którego lokaik bardzo zręczny i pokaźny o coś się dopytywał.
Panna Justyna właśnie ze dworu przechodziła do oficyny, i złożyło się tak, iż z przybyłym młodzieńcem, który zobaczywszy ją, wyskoczył z powozu, zetknęła się w progu.. Zaczęli coś mówić z sobą, panna Justysia się mocno zarumieniła, młodzieniec żywo dziękował — i zapukano do drzwi Kunaszewskiego.
Ten zaledwie miał czas starą czujkę, która mu służyła miasto szlafroka narzucić na ramiona, gdy ów młodzieniec, chłopak jak malowany, wszedł z uśmiechem na ustach.
— Pan Teodor Kunaszewski? zapytał.
Jąkając się, rezydent odparł.
— A.. jakże..
Przybywający przysunął się bliżej..
— Miło mi dziaduniowi dobrodziejowi się zaprezentować, Floryan Kunaszewski..
Pan Teodor osłupiał i z ust wyrwało mu się niedorzeczne tylko.
— Proszę!
Widocznie zrozumieć nie mógł, zkąd się mógł drugi Kunaszewski wziąć na świecie..
— Ale — jakichże Kunaszewskich! począł po chwili strwożony, bo ja familii nie mam, linia pana, to jest nieboszczyka Narcyza, wygasła..
— Właśnie, że nie, odpowiedział młodzieniec, bo ja jestem jego wnukiem, dodał przybyły..
— W imię ojca i syna — zamruczał pan Teodor. Narcyz po śmierci pierwszej żony zdesperowany pojechał do nowicyatu i zakapturzył się, mówili mi, że życie w klasztorze skończył.
— Jako żywo, rzekł młodzieniec, pojechał do nowicyatu to prawda, ale nie wstąpił; dostał się do Galicyi, ożenił powtóre, dorobił majątku, a syn jego Ferdynand, był moim ojcem.
— Nie dając familii znać o sobie? zapytał pan Teodor, któremu się to w głowie nie mieściło.
— Nie wiedział, gdzie jej szukać, rzekł pan Floryan. Wszakże i ja bym tu dziś nie był, gdybym się istnym przypadkiem o dziaduniu nie dowiedział.
— A zkądże moja egzystencya była waćpanu wiadomą! spytał zdumiony Teodor.
— Z drzewa genealogicznego — rzekł młody.. Nadzwyczaj mi to zawsze bolesnem było, że sam na świecie pozostałem z rodziny, niewypowiedzianie się też cieszę, iż kochanego dziadunia uścisnąć mogę i —
Tu się zbliżył do uścisku, ale Kunaszewski stał jeszcze tak rażony tem, co go spotkało, osłupiały, nie dowierzający, — że pan Floryan wstrzymać się musiał. Łzy nareszcie pokazały się staremu na powiekach.
— Jezu miłosierny! zawołał składając ręce.. a to cud prawdziwy! Ja sierota.. w tej oto mojej starości nagle znajduję familię.. Więc jesteś wnukiem Narcyza?
— Ale tak, tak, kochany dziaduniu — powtórzył młody.. oglądając się po izdebce — i niewymownie czuję się szczęśliwym. Cóż dziadek tu robi?
— Przyjacielski dom — odparł skłopotany Kunaszewski, spuszczając oczy. Cóż ty chcesz, żebym robił. Z Szelawskim znaliśmy się w młodości, ja straciłem wszystko i familię i majątek, ani domu, ani łomu. Musiałem u niego przyjąć gościnę.. przyjacielem jestem, rezyduję.. dobrzy, poczciwi ludzie, serca złote..
To mówiąc, pan Teodor obejrzał się skłopotany, aby posadzić gościa, nie było tylko jeden stołek zarzucony garderobą. Porwał więc suknie, położył je na łóżku i Floryana posadził.
— Siadajże..
— Dzięki Bogu, żeśmy się znaleźli, począł młody wesoło. Mnie dzięki Bogu na świecie dobrze, po ojcu i matce mam tęgich wsi parę około Lwowa, dwór jak cacko... zamożnym się nazwać mogę, dziadek u mnie będzie, jak w domu, a ja przynajmniej pustki takiej około siebie czuć nie będę. Nie godzi się, aby Kunaszewski na rezydencyi siedział.
Wstał starego uścisnąć, który niemal przytomność był stracił, i nie wiedział, co ma począć z sobą, a tu już do drzwi pukano.
— Kto tam!
Stary służące Szelawskiego Grzybowski wszedł poprawując chustkę na szyi i zwrócił się do pana Teodora.
— Pan Sędzia prosi, aby pan komornik (tytuł ten dawano Kunaszewskiemu) konie gościa swojego do stajni odprawił..
To mówiąc, skłonił się.
Stary rezydent dziękował coraz bardziej zmięszany, ale mu w pomoc gość przyszedł.
— Proszę za mnie podziękować, rzekł do sługi — będę miał honor razem z dziadem moim się zaprezentować...
Służący wyszedł i konie zabrano do stajni, a Grzybowski zarazem rzeczy gościa, proprio motu kazał znosić do pokoju we dworze, zwykle dla przyjezdnych przeznaczanego..
Rozeszła się wieść po dworze, iż jakiś wnuk przyjechał do starowiny, który od lat tylu zaręczał, że żadnej familii nie miał; panna Justyna go pierwsza widziała. Ciekawość była rozżarzoną do najwyższego stopnia, zwłaszcza, że powóz, konie, służba, wszystko w tym wnuku zapowiadało bardzo zamożnego człowieka.
Szelawski się cieszył, Sędzina kazała corychlej śniadanie przygotować, i posłała do Kunaszewskiego z rozkazem, aby na nie swego gościa przyprowadził.
Tymczasem dziadunio i wnuk, o którego istnieniu przez czas tak długi wcale nie wiedział — rozmawiali żywo. — Pytaniom, opowiadaniom nie było końca.
Pan Floryan wesół, młody, żywy, niezmiernie Kunaszewskiemu do serca przypadł, — coraz to podchodził ku niemu, ściskał go i całował. Gość też tak był serdeczny, jakby mu tego dziada brakło, a znalezienie go było dlań największem szczęściem.. Ale ile razy pan Floryan zagadywał, że chce zabrać z sobą p. Teodora, przerywał mu, krzywiąc się i mruczał.
— Niechajno! zobaczemy!...
Na prędce wreszcie ubrawszy się pan Teodor, jak pijany, odurzony, poprowadził wnuka do dworu, wiele mu wprzódy o zacności, o zamożności, dobroci i poszanowaniu, jakie Szelawskim należnem było, nagadawszy.
Było to niemal zbytecznem, gdyż młodzieniec jadać do Wólki, był już bardzo dobrze świadom, u kogo znajdzie dziadunia. Zbieg dziwnych w istocie okoliczności dopomógł do tego odszukania zatraconego biednego starca. Floryan Kunaszewski, dla zabawy nie z potrzeby znajdował się roku przeszłego w Iwoniczu, tam poznał się z młodym Wyszogrodzkim, który o trzy mile mieszkał od Wólki. Obiecawszy go odwiedzić, i przybywszy na miejsce, gdy mu przyjaciel o sąsiadach i sąsiedztwie opowiadał, — wspomniał pobieżnie rezydenta Szelawskich Kunaszewskiego. Od słowa do słowa, pan Floryan się w nim domyślił starca, o którego losie smutnym i niepewnym końcu słyszał. Ucieszył się tem — i znalazł w Wólce, jakby z nieba spadł starcowi, zgniecionemu już i nawykłemu do swej smutnej doli.
Szczęściem dla p. Teodora było, że nietylko znalazł wnuka, ale że nim był ten p. Floryan, chłopak niepospolitych przymiotów serca i duszy. Jak znaczniejsza część szlachty galicyjskiej, nawet najzamożniejszej, nie odebrał on wychowania zbyt umysłowo podnoszącego człowieka.. Skończył zaledwie szkoły, o uniwersytecie nie myślał, ale głowę miał otwartą, serce dobre, a powierzchowność tak przyzwoitą, że nawet w salonach Namiestnika bardzo swobodnie mógł i umiał się znaleźć. Tańcował doskonale, po francusku mówił dobrze, konno jeździł wybornie, wyglądał bardzo wdzięcznie, i po śmierci rodziców objąwszy majątek, rządził się dobrze.. Kochali go wszyscy.. Co dziwna — nie dokazywał, nie trwonił majątku, i cytowano go jako wzorowego młodzieńca.
Znaleziony dziadek był mu bardzo na rękę, gdyż bolało go zdawna, że ojcowskiej familii mu brakło, a nawet i wieści o niej.
Jadąc do Wólki, z góry sobie pan Floryan zapowiedział — niech sobie stary co chce robi, ale jego zabrać muszę! nic nie pomoże..
Szli do dworu na śniadanie, gdy po drodze młodzieniec szepnął na ucho dziadowi.
— Proszę, kochanego dziadunia — na samym wstępie spotkałem tu taką śliczną panieneczkę! Czy to córka, czy wnuczka gospodarzy!
Kunaszewski się uśmiechnął.
— No, patrzajcie młokosa, już widział! zawołał. Ani córka, ani wnuczka, ani krewna, ale wychowanka, sierota.. co prawda, bardzo ładna i poczciwe dziewczę.. Sędzina ją jak własne dziecko kocha.
— Ale — śliczna! powtórzył Floryan.
— To jeszcze dziecko! rzekł ręką machając stary.
— Sierota? spytał gość.
— Najzupełniejsza — odparł Kunaszewski, ale na tem się badanie przerwało, bo wchodzili do dworu...
Szelawski z żoną — i Justysia z boku, czekali na tego ciekawego gościa.. Zaczęły się tłumaczenia, opowiadania, podziękowania ze strony przybyłego za przyjacielski przytułek dany dziadowi. Starzy się rozrzewnili, Kunaszewski rozpłakał... usposobienie jakieś serdeczne objęło wszystkich...
Oboje Szelawscy z pierwszych słów p. Floryana domyślili się, iż im rezydenta zabierze.. a żal go było obojgu... Tymczasem zatrzymali wnuka i cieszyli się nim równie z panem Teodorem...
Zaraz tego pierwszego poranku tak się jakoś złożyło, że gość kilka razy się mógł zbliżyć do panny Justyny i okazał dla niej nadzwyczajną grzeczność.. Sędzina to postrzegła.
Justysia zwykle dla obcych dzika i nieprzystępna, bojaźliwa, osobliwym sposobem z p. Floryanem była swobodną i — sama o tem nie wiedząc, mimowolnie okazała się dla niego tak uprzejmą, jak jeszcze dla nikogo...
Piękność jej uderzyła Kunaszewskiego, p. Floryan naturalnością swą, dobrodusznością jakąś, wesołością młodą — zajął mocno — podobał się jej. Serce dziecinne jeszcze uderzyło po raz pierwszy.. Wejrzenia się spotkały, wystąpiły rumieńce, słowem można to było nazwać początkiem romansu, chociaż ani jemu ani jej jeszcze się nic podobnego nie roiło...
Nigdy Justysia z taką przyjemnością nie powracała do salonu, i zagadnięta nie odpowiadała tak śmiało.. P. Floryan przez cały ten dzień, bo go nie myślano puszczać z Wólki, ani tego dnia ani następnych — był w najpiękniejszym humorze tak, że nawet Podkomorzynę tragiczną kilka razy potrafił do pół uśmiechu zmusić.
Mówił wiele, łatwo, naturalnie, a w brzmieniu jego głosu było coś tak sympatycznego, że zdało się w niem serce odzywać...
Nazajutrz towarzystwo w Wólce powiększyło się przybyciem ks. Zaręby, który dowiedziawszy się o cudownem zjawieniu się wnuka, przyjechał naocznie się przekonać, iż mu nie skłamano.
Jak wszystkim tak i jemu Floryan się bardzo podobał — i nawzajem towarzystwo ożywiło się bardzo, i jeden tylko stary p. Teodor chodził posępny...
Szczęście, jakie go spotkało, budziło w nim pewien niepokój. Przyrósł już był, przywiązał się do Wólki, do Szelawskich, oswoił ze swem położeniem, które zmienić się miało. W jego wieku zmiana każda jeżeli nie straszną była, to przykrą,
A stary Sędzia powtarzał mu ciągle po cichu.
— A! jak nam po tobie tęskno będzie!
Kunaszewski gotówby był na swej służbie pozostać, ale wnuk ani słuchać nie chciał o tem.
Wypadek ten — epizodycznie tylko wchodzący w nasze opowiadanie — wcaleby nas mógł nie obchodzić, gdyby on nie wpłynął na usposobienie panny Justyny i sercem jej nie poruszył.
Przez trzy dni zabawił tu p. Floryan, widywali się i spotykali ciągle, razy kilka gość potrafił dłuższą nieco zawiązać rozmowę z Justysia, która się wcale nie wzdragała jej — i Kunaszewski, choć się może nie przyznawał do tego, odjeżdżał rozkochany. — Justysia pozostawała po raz pierwszy w życiu rozmarzona... Ze smutkiem myślała... że — nie dla niej sieroty był ten miły i dobry chłopak...
Floryan z nadzwyczajną troskliwością rozpytał się dziada o najdrobniejsze szczegóły tyczące Justyny, — był nawet tak natarczywym, że stary się śmiał z niego i tego zajęcia dziewczęciem, którego on piękność tak nadzywyczaj wychwalał...
— No, przystojna, niema co mówić, odpowiadał mu — ale żeby znowu miało być co tak extraordynaryjnego — ja — nie widzę. Niema jeszcze lat spełna piętnastu, więc to jeszcze niewiadomo jak się fizyognomia wyrobi. Może dorastając zbrzydnąć. Co ona ci tak w oczy wpadła.
Floryan nie tłumaczył się.
Sędzina, która dostrzegła z łatwością, iż jej wychowanica się gościowi podobała, chociaż na to bynajmniej nie rachowała, wdzięczną mu była, że się na niej poznał. Wypłaciła się za to, znajdując młodego Kunaszewskiego ślicznym i nadzwyczaj miłym.
Gdy przyszło w końcu do układów o zabranie p. Teodora przez wnuka, wyprosili sobie Szelawscy i on sam, żeby pozostał kilka miesięcy, dopókiby oni nie pojechali i nie powrócili z Warszawy. P. Floryan się na to zgodził dlatego, jak mówił, aby na przyjęcie dziadka w Sołomnej przygotować wszystko.. Sam zaś się ofiarował przyjechać po niego, i co więcej, ręczył, że co roku przynajmniej raz do Wólki z nim stawić się będzie..
Z pewnością ręczyć można, iż Justysi oczki przyczyniły się wiele do wyrobienia tego postanowienia. Słysząc obietnicę, dziewczę się zarumieniło, tembardziej, że Floryan na nią patrzył, ku niej był mówiąc zwrócony.
W jej biednem życiu sierocem — pierwszym błyskiem jakiegoś szczęścia — nadziei — było zjawienie się młodego Kunaszewskiego. Justysia była z charakteru i temperamentu swego zbyt umiarkowaną, ażeby na chwilowem wrażeniu budować coś miała. Broniła się marzeniu nawet, lecz miłem jej ono było, a tak nowem dla niej, tak rozkosznem, że choćby rychło się rozwiać miało i w niwecz obrócić.. nie odpychała go od siebie.
Pan Floryan niepodobnym był wcale do młodzieży, jaką dotąd spotykała. Drugiego dnia potrafił się zbliżyć i przyzwoicie spoufalić ze wszystkimi. Z Szelawskimi był jak z rodzicami, z Justyną jak z siostrą. Nie czynił wrażenia obcego człowieka, wcielił się do domu i rodziny z łatwością zadziwiającą. Zrozumiał życie tutejsze i zastosowywał się do niego tak, jakby je znał oddawna. Na wyjezdnem wszystkim się rozstawać z nim żal było.. W ostatniej rozmowie z Justysia coś jej podszepnął takiego, że się cała rumieńcem płomienistym oblała, spuściła oczy, nie wiedziała co odpowiedzieć, podniosła je i wejrzenie wymowne zastąpiło słowo, gdyż p. Floryan odszedł z wesołem obliczem. Justyna czuła, że to nie było rozstanie, że musieli się znaleźć znowu, widzieć i być tak serdecznie, może serdeczniej jeszcze, niż dotąd byli.
Pierwszy to był w jej życiu przyjaciel, o którym mogła myśleć, że i on jej nie zapomni.
Co się tyczy pana Teodora Kunaszewskiego, mówić nawet nie potrzebujemy, że się do wnuka przywiązał, rozkochał w nim, a wypadek ten zastygłym już starym tak wstrząsnął, tak go poruszył, zmienił, że prawie poznać w nim dawnego pokornego rezydenta było trudno.
Odżył w nim jakiś stary, zapomniany człowiek, który był przez długie lata pogrzebany, zyskał na jakiejś pewności siebie, mówił głośniej, obracał się śmielej, wyprostował nawet trochę, a choć względem Szelawskich zachowywał się zawsze z największem uszanowaniem, w obejściu się z nimi był pewien odcień zdobytej niezależności.
Pan Floryan nie odjechał, nie zmusiwszy dziada do przyjęcia pieniężnego zapasu, dosyć znacznego, który miał służyć dla przyzwoitszego wyekwipowania się, sprawienia garderoby i t. p. Wzdragał się p. Teodor długo, lecz wnuk potrafił go przekonać, że godność rodziny wymagała tego, i że, bądź cobądż dziad miał prawo przyjąć od wnuka małą pomoc, która jemu żadnej nie czyniła różnicy.
W sąsiedztwie długo nie mówiono tylko o tej dziwnej przygodzie Kunaszewskiego, a że u Wyszogrodzkiego wiele osób poznało młodego przybysza i wszystkim się on podobał, winszowano z serca Kunaszewskiemu szczęścia, jakie go spotkało.
Po odjeździe p. Floryana, którego dziad odprowadził do przyjaciela, — powróciwszy do Wólki, stary pozostał w swojem dawnem mieszkaniu i przy dawnych zajęciach, na służbie rezydenta, ale głos podnosił śmielej, wchodził inaczej na pokoje, mówił głośniej, i Podkomorzyna ślepa nawet znajdowała, że się odmienił znacznie.
Szelawscy powoli wybierali się do Warszawy. Nadeszła zima, a w tej porze roku doktor Frycz na podróż się ważyć nie życzył. Odłożono ją do wiosny, gdyż i dach na dworze, który do wyjazdu służył za pozór, dopiero w tej porze na nowo kryć rozpocząć było można.
Z dachem tym, który w początku tylko nowemi gontami osikowemi pobić miano, okazało się po bliższem rozpatrzeniu, że nietylko łat nowych potrzebował, bo stare były pogniłe, ale i krokwi część znaczniejsza wymagała zastępców.. Postanowiono więc całkowicie dać nowy, co pomimo wcześnie przygotowanego materyału, znaczniejszego wymagało czasu.
Podróż dla rodziny, oprócz Bronisławowstwa pozostała tajemnicą. Radca prosił rodziców, aby nie rozgłaszali o niej przedwcześnie, boby to zazdrość obudziło i ze wszechstron zapraszania... kłopot... Nie mówiono więc nic i nie pisano...
Nadeszła wiosna, lecz jedna z tych, które długo zimy nie mogą zwyciężyć. Potrzeba było oczekiwać, aż się pogoda ustali i drogi oschną. Odwykli od dalszych wycieczek oboje Szelawscy, wybierali się jak mówi przysłowie — niby czajki za morze. Mnóstwo rzeczy niepotrzebnych zdawały się im niezbędnemi, zabierano dla Sędziego, dla staruszki do czego tylko w domu byli nawykli, ale co się też z wielką łatwością znaleźć mogło w Warszawie.
Bronisław dla rodziców, po długich namysłach w nowo nabytym domu, obok swojego pałacu, przygotował obszerne, wygodne pomieszkanie na parterze, rozkazawszy drzwi wybić od siebie dla łatwiejszej komunikacyi.
Oddać też należy sprawiedliwość pani Bronisławowej, iż z troskliwością największą urządziła je czyniąc o ile możności do Wólki podobnem. Nie zapomniała o ładnym pokoiku dla Justysi, tuż obok Sędzinej. — Sędzia miał dla siebie parę pokojów, także na wzór zajmowanych przez niego w domu umeblowanych. Postarano się nawet, aby wielka sofa wygodna, na której zwykł był siadywać, zupełnie do starej jego była podobną.
Na ostatek gdy i cieplejsze dni nadeszły i w Wólce już było wszystko gotowem, jednego dnia pan Bronisław zniknął z Warszawy, jechał po rodziców, aby im towarzyszyć w drodze.
Dziwnym trafem tegoż dnia wieczorem Mecenas, który nie bardzo często brata odwiedzał — zjawił się w czasie herbaty i zastał bratowę samą z dziećmi i boną.
Zarumieniła się piękna Lola.
— Jakto? czyż brat nie wie?
— Ja! o czemże mam wiedzieć? odparł Kalikst.
— Ale ja byłam przekonana, że Broniś o tem oddawna musiał mówić Mecenasowi.
— O czem! zawołał Kalikst...
— O projekcie rodziców i ich podróży — dodała ukrywając, jak mogła zakłopotanie Lola. — W Wólce dach na dworze zupełnie się zdezolował, potrzeba kryć na nowo.. Ojciec i matka życzyli sobie natenczas przyjechać do nas..
Kalikst zdumiony niezmiernie aż wykrzyknął.
— Do Warszawy!
— Tak jest, spokojnie już na pozór, ciągnęła dalej pani Bronisławowa. Urządziliśmy dla rodziców mieszkanie tu u nas, obok w nowo nabytym domu, i mąż pojechał po nich, aby im towarzyszyć w drodze.
Nastąpiła chwila milczenia, gdyż Kalikst tak był niespodzianą tą wiadomością dotknięty, a jeszcze bardziej tem, że ona dla niego aż do tego dnia tajemnicą zostawała, iż — nie wiedział, co mówić..
Spuścił oczy, dumał.
— Przyznam się bratowej, odezwał się w końcu, po długim namyśle — że dla mnie jest to czemś tak niespodziewanem — zaledwie uszom wierzę.
Rodzice, co się od lat tylu z domu nie ruszali, nagle aż do Warszawy.. i my wszyscy w zupełnej o tem nieświadomości.
Uśmiechnął się ironicznie trochę, a pani Bronisławowa zarumieniła. Zawiało chłodem pomiędzy nimi.
— Byłam najpewniejszą, wybąknęła, że Broniś oddawna o tem wam mówić musiał, ale się rzadko widujecie, — wina w tem wasza...
Mecenas dumał.
— Nie rozumiem nic, rzekł w końcu — widywałem przecie Bronisława, spotykaliśmy się, nigdy mi o tem nie wspominał.
— Ale, trochę urażona przerwała bratowa, tajemnicy przecie robić z tego nie było powodu!
— Zdaje się — odparł Mecenas z rezygnacyą. Tak tedy będziecie mieli szczęście rodziców przyjmować u siebie i to zapewne potrwa dosyć długo, bo dach na domu.. nowy, w kilka dni się nie postawi.
— Zapewne — odparła chłodno Lola, podając Mecenasowi herbatę, który zadumany siedział i widocznie zachmurzony.
— Jabym też był chętnie mojego całego mieszkania rodzicom ustąpił, rzekł po chwili, ale nie wiedziałem o bożym świecie.
Rodzice więc przybywają — sami...
— Nie wiem, kogo zabiorą z sobą, odpowiedziała Bronisławowa, wątpię, aby im kto oprócz Justysi i służby towarzyszył.
Mówiąc o Justysi, spojrzała na niego znacząco, ale Mecenas zatopiony w myślach, nie dostrzegł zwróconego na siebie wzroku.
— Kiedyż się spodziewacie przybycia? dodał chłodno,
— Trudno obrachować — pospieszyła z odpowiedzią Lola, zapewne podróż pospieszną nie będzie, aby się ojciec zbyt nią nie utrudził.
Kalikst po namyśle, — odżył trochę, nie chcąc okazać, że zbyt wziął do serca wiadomość niespodziewaną. Zażądał tylko widzieć mieszkanie dla rodziców przeznaczone, i bratowa nie mogła się oprzeć, aby mu go nie okazać.
Drzwi nowo wybite, całe wewnętrzne urządzenie, w którem widocznem było staranie, aby Wólkę przypominało, uderzyło Mecenasa nieprzyjemnie, odezwał się z przekąsem.
— Widać, że oddawna musiało to być umówionem, kiedyście mieli czas tak wszystko pięknie i starannie przygotować! — A ja — ja o tem nic nie wiedziałem!
— Niesłuszny żal miałbyś do nas, odparła bratowa, gdybyś nam to chciał wziąć za złe. Nie kryliśmy się z tem przecie, ale widujemy się tak rzadko, a żyjemy z sobą tak mało, iż inaczej wypaść nie mogło..
— Reszta rodzeństwa zapewne szczęśliwszą być musiała odemnie, rzekł Kalikst — i jest o tem zawiadomioną?
— Nie wiem — krótko odparła Lola..
— Jesteśmy już w Maju — dodał Mecenas po namyśle. Jeżeli dach się dopiero rozpoczyna, wedle wszelkiego podobieństwa do świętego Jana nie będzie skończony, więc i imieniny ojcowskie zapewne w Warszawie obchodzić przyjdzie?
Lola powtórzyła zimno — tożsamo.
— Nie wiem.
Obejrzawszy mieszkanie, Mecenas powrócił z bratową do niej, i w prędce wziął za kapelusz, żegnając ją.
Oboje czuli, że się daleko chłodniej rozstawali, niż witali przed chwilą. Kalikst wyszedł zburzony cały, a im więcej myślał nad tem, tem go postępowanie Bronisława mocniej i dotkliwiej przeciwko niemu zniechęcało. Widział w tem oczywisty podstęp, zdradę, usiłowanie opanowania starych, intrygę.
Nie mógł tego bratu przebaczyć..
Potrzeba było dość długiego czasu, nim po przechadzce z myślami, które mu się naciskały do głowy, pan Mecenas trochę ostygać zaczął..
Nie wiedział jeszcze co pocznie, ale z góry postanowił nie pozostać z założonemi rękami wobec tej wypowiedzianej mu wojny. Nie inaczej bowiem postępowanie brata uważał jak za przeciwko sobie wymierzony krok, odbierający mu nadzieję pozyskania sobie starych..
Nie zastanowił się nad tem, że on sam rozpoczął w podobny sposób zabiegi około nich, że Bronisław płacił mu równą monetą — czuł się pokrzywdzonym i zagrożonym.. Upokarzało go to zresztą, że on, co się miał za tak zręcznego i przebiegłego, dał się Bronisławowi uprzedzić, uśpić i tak wielką odrazu nad sobą uzyskać przewagę.
Nie taił bowiem przed sobą Kalikst, że pan Radca nadzwyczaj zręcznie i szczęśliwie, potrafił zdobyć to, co za sobą nieobliczone mogło ciągnąć następstwa..
Rodzice przybywali do Warszawy, zdawali się na Bronisławowstwa, mieli być na ich opiece, pod ich nadzorem, nieustannie otoczeni przez nich! Łatwo było przewidzieć, że się tu przywiążą do wnuków, że pani Bronisławowa staruszkę z ich pomocą sobie pozyska, że w ciągiem obcowaniu ze starym Szelawskim Radca w końcu i na rozporządzenie kapitałami wpływ stanowczy potrafi zdobyć. Mecenas nigdy go tak zręcznym nie sądził, a nadewszystko tak skrytym i przebiegłym. Przypisywał osnucie całej intrygi Loli.. — Było to oczywiście jej dziełem.
Dać za wygranę! myślał, powracając do domu Mecenas. Nigdy w świecie! Wojna, więc wojna!
Trzeba było obmyśleć teraz bacznie środki prowadzenia jej, aby o ile możności poniesioną już klęskę powetować.
Mecenas miał tylko teraz jeden środek, jedną drogę. Stanowczo należało zbliżyć się do Justysi, korzystać z tego, iż mu ją, jakby naumyślnie tu przywieziono, i starać się ją pozyskać. — Kalikst gotów się był z nią ożenić, a przynajmniej dać poznać, iż mógł się aż tak daleko posunąć..
Potrzeba było z Bronisławowstwem pozostać na jak najlepszej stopie, udawać prostaczka, i nie brać im za złe tego podstępnego pochwycenia rodziców. — Mecenas nabrał otuchy.
— Ha! no — zobaczemy! rzekł w końcu, kochany brat sam może wpaść w sidła, które na nas zastawił. — Zręczny! prawda — ale to dopiero początek. Na wyścigach niekoniecznie ten pierwszy staje u mety, kto się pierwszy naprzód wyrywa!
Dodając tak sobie odwagi i obmyślając dalsze postępowanie, powrócił Kalikst do domu, postanowiwszy przybywających rodziców mieć nieustannie na oku..
Raz rozpocząwszy to, co nazywał wojną — Mecenas już przed żadnymi się nie cofał środkami, potrzeba mu było przybywających starych, jeżeli nie przed Warszawą już powitać, to przynajmniej na jej progu.. Znalazł więc sposób wywiedzenia się od służby w domu Radcy, kiedy się go spodziewano, i tak dobrze obrachował, że przed mostem spotkał staruszków, powóz zatrzymał, i z najweselszem obliczem ich i Bronisława uścisnął.
Zdawało się z niego, że nietylko mu nie miał za złe sprowadzenia do Warszawy, ale niesłychanie za tę myśl szczęśliwą był wdzięcznym. Tu przysiadłszy się do powozu brata, towarzyszył jemu i rodzicom do przysposobionego dla nich lokalu, w którym Lola uprzedzona, oczekiwała ukochanych gości.
Nie spodziewała się tylko razem z nimi zaraz zobaczyć Mecenasa, który z wielką galanteryą i bardzo wesoło ją powitał.
Szelawscy zachwyceni byli wszystkiem, co tu na nich oczekiwało, a Sędzia zobaczywszy swą kanapę, rozrzewniony ze łzami uściskał oboje gospodarstwo... Sędzina nie mogła się nacieszyć swoim i Justysi pokojem... Pamiętano o jej sierotce... ujęło ją to za serce..
Chwila ta przybycia była istotnie pełną serdeczności — a Szelawscy znaleźli się tak otoczeni dziećmi i wnukami szczęśliwi, uradowani, iż wszystkie podróży przykrości i znużenie jej zapomnieli.
Lola z wielką zręcznością ciągle umiała wskazywać, jak tu wszystko obmyślonem było na wzór Wólki i obyczajem rodziców...
Mecenas tymczasem nie zaniedbał przysunąć się do Justysi i szepnąć, że pod jej rozkazy się oddaje.
— Proszę panny Justyny, rzekł cicho — choć tu wszystko się zdaje tak szczęśliwie przewidziane i przygotowane... jeżeliby czego brakło, jeżeliby czego było potrzeba — wprost się udać do mnie.. Pani Bronisławowa zajęta dziećmi, on interesami, a ja jestem na usługi, aby rodzice jak najmniej czuli to swoje wygnanie. Zawsze ono dla naszych staruszków będzie — dosyć ciężkiem, mimo starań naszych..
Wojna, o podbicie rodziców, jeżeli się to tak nazwać godzi — rozpoczęła się tedy na dobre, ale prowadzona w ten sposób, że zgody pozornej i miłości braterskiej nie nadwyrężała. Bronisław zaraz tegoż wieczora, na obiad jutrzejszy musiał i zaprosił Mecenasa.
Wieczorem, gdy małżonkowie rodziców umieściwszy, opatrzywszy we wszystko, czego mogli potrzebować — znaleźli się sam na sam w sypialni, westchnęła Lola.
— Teraz się dopiero taniec rozpocznie — odezwała się do męża. Prawda, że dokazałeś sztuki, ale całą rodzinę sobie nią naraziliśmy, a co z Mecenasem — zobaczysz — będziemy mieli wiekuisty niepokój. Myśmy tu przywieźli starych, a on jak się weźmie koło nich — sam z tego skorzystać gotów.
Bronisław, sam to wszystko równie dobrze widział i wiedział — ale zapóźno się cofać było.
— Uważałeś, dodała Lola, jak na Kaliksta twarzy malowało się co czuł.. W łyżce wody by nas utopił.. No — i z Justysia natychmiast odnowił dobrą przyjaźń. Ja i nad nią i nad starymi teraz nieustannie czuwać będę musiała.
Ty masz swoje urzędowe godziny zajęte, giełdę, rachunki z budowniczymi — wszystko spadnie na mnie.
— Ale, moja Lolu! odparł mąż, wszak sama sobie życzyłaś tego, a teraz ci już ciężko...
— Stało się, rzekła Bronisławowa — nie wypieram się, że byłam tego zdania, wiele jednak rzeczy nie przewidywałam.
Pokręciła główką.
— Rozpocznie się taniec! powtórzyła.
Bronisław stał zamyślony.
— No, rzekł, nic znowu niema tak nadzwyczaj strasznego, Mecenasa się tak dalece nie lękam. Gorzej, że gdy się Julian dowie, a nawet Sabina, zakrzykną na intrygę!
— Nie potrzebujemy znowu tak bardzo zważać na ich krzyki — przerwała Lola. Głównie o to idzie, abyśmy celu dopięli..
Obróciła się nagle do męża z wyrazem silnego postanowienia.
— Ja ci powiem otwarcie — wszystko się to na nic nie zdało, jeżeli my nie potrafimy rodziców na zawsze utrzymać przy sobie. Trzeba im Wólkę obmierzić, Warszawę uczynić miłą i dogodna. Matkę ujmę po całych dniach jej wnuki zostawując, ty myśl o ojcu. Gdyby rodzice po kilku tygodniach, a choćby miesiącach mieli powrócić na wieś — wszystko przepadło.. Należy zwolna przeciągać ich pobyt.. coraz coś wymyśleć, starzy przyrzekną.. Choćby ponieść mieli ofiary — co robić. Inaczej — tyle tylko, żeśmy sobie familię narazili, skutku żadnego nie będzie.
Radca pomyślał trochę.
— Masz słuszność — odezwał się — ale zadanie trudne!
— Trzeba się o to starać!
Bronisław westchnął.
— Mecenas! przecedził między zębami..
Z nim mieć będę niejedno przejście..
Rozmowa w sypialni tak rozpoczęta długo się w noc przedłużyła — oboje zawczasu obmyślali środki, przewidywali co ich mogło spotkać — radzili wzajem jedno drugiemu, a pani sama okazała się nierównie lepiej do wojny usposobioną, niż mąż, który z podziwieniem słuchał, co się z tej małej, pięknej dobywało główki.
Rozmowa ta dodała mu otuchy, gdyż tak dzielnego sprzymierzeńca się w żonie nie spodziewał. — Wojna zdawała się jej sił i ognia dodawać, nigdy jeszcze nie widział jej tak ożywionej, dowcipnej i śmiałej...
Starzy Szelawscy w prostocie ducha ani widzieli ani się domyślali tego, co się około nich działo i przysposabiało. Na Sędziego podróż podziałała odżywiająco, — zajmowało go mnóztwo zjawisk nowych, o których zakopany na wsi nie miał wyobrażenia. Przewidzieć jednak było łatwo, że po tem podbudzeniu nastąpić musi pewne wyczerpanie i prostracya.
Tymczasem miasto ze wszystkiemi swemi objawami życia, zdawało się go żywo interesować... Sędzina z Justysią zajęte były jeszcze urządzeniem nowego gospodarstwa, gdy on już napawał się wrażeniami, i bawił jak dziecko.
Stosownie do planu, Bronisławowa tegoż dnia na kilka godzin dzieci posłała do babki, co ją niezmiernie uszczęśliwiło.
Pierwszy więc dzień pobytu rozpoczął się w warunkach najlepszych i wielce obiecująco. Sędzia nie mógł się znudzić, bo Radca mając jeszcze urlop nie wyczerpnięty, skorzystał z tego, aby mu wspaniały dom nowy pokazać i wszystkie jego szczegóły i piękności dać ocenić.
Nawykły do swojego dworku starego, Sędzia był w osłupieniu i przestraszył się niemal. Nie miał wyobrażenia, aby podobna wytworność przystępna była ludziom średniego majątku. Marmurowe wschody, złocone stukaterye, drzwi politurowane z bronzami, posadzki kunsztowne, meble okazałe zdumiały go i zbiły z wszelkiego możliwego rachunku. Nie pojmował, jak to procentować mogło. Powziął więc nadzwyczajne wyobrażenie o zdolnościach syna, który ofiarował mu się autentycznemi rachunkami dowieść, że ten pałac — przynosił mu procent znaczniejszy, niż dobrze na hypotece cudzej umieszczony kapitał.
Razem z tem jednak Sędzia w swem skromnem ubraniu, ze swą powierzchownością zadrewnionego wieśniaka wydawał się sam sobie w tych ramach złoconych — jakoś biednym i upokorzonym. Pojął teraz niemal nastawanie Juliana, aby sobie dom inny postawił i zmienił stopę życia.
— Jakie to są teraz wymagania czasu — mówił sobie w duchu. Myśmy do tego wcale nie byli nawykli, i ledwie po książęcych domach coś podobnego widzieć się trafiało..
Mecenas dobrze wyprzedziwszy obiadową godzinę, przybył zawczasu wprost do rodziców, zastał matkę samę z Justysią i starał się z tego korzystać.
— Bronisławowi, rzekł, winienem za to świeczkę, że potrafił dokazać tego i rodziców nam ściągnął do Warszawy. Myśl była doskonała.. ojciec pożyje, zabawi się, a matka się wnukami nacieszy do syta...
Byle tylko — dodał z uśmiechem, krzyku i wrzasku ich nie miała wkrótce nadto.
Zasiedli zaledwie na rozmowę, i Mecenas układał, co miał powiedzieć — gdy baczna pani Bronisławowa dopatrzywszy się, że Mecenas przybył, a wiedząc, że matkę znajdzie samą, nie pobiegła zaraz przeszkodzić mu.
Można sobie wyobrazić, jak był rad.. Przywitano się najczulej. W takich razach okazuje się tem więcej serdeczności, im mniej jej jest w istocie. Kalikst po chwili, za domowego się tu uważając, Lolę z matką zostawiwszy, sam poszedł dawać rady — Justysi.
Nie pozostawało mu na razie nic innego nad staranie się o jej względy — i miał postanowienie najmocniejsze — korzystać ze zręczności.
Ujęcie sobie dziewczęcia, zdawało się łatwem i pewnem.
Być nawet może, iż p. Kalikst by się nie omylił, bo Justyna dosyć dla niego była dobrze usposobioną, ale — epizod p. Floryana Kunaszewskiego stanął teraz na przeszkodzie. Dziewczę o nim tylko myślało.
Pani Bronisławowa, której uwagi nic nie uchodziło, wieczorem dnia poprzedzającego wymodliła sobie po cichu u Justysi, aby ona obiad zadysponowała zupełnie według zwyczajów Wólki i udzieliła pewnych wskazówek co do użycia przypraw, sosów i t. p. Zręczna kucharka miejska, której podarek przyrzeczono, wzięła na kieł, i wystylizowała obiad — pasticcio, który był jakby z pod serca Konradowi wyjęty.
Stary Szelawski był niesłychanie zdumiony, a ta atencya synowej rozczuliła go, ujęła i wprawiła w humor brylantowy.
— Widzi ojciec, rzekła, odpowiadając na podziękowania skromnie Lola, że u nas w mieście żyć można.
Skłamała tylko dodając, że zwykły stół ich domowy był właśnie tego rodzaju.
W późniejszym wieku do tych życia nawyknień przywiązuje się wagę zbyteczną i ceni się je więcej, niż są warte. Szelawscy, którzy może niepokoili się zmianą trybu odżywiania, uspokoili się. Sędzina była o męża bez obawy.. i również dziękowała synowej.
Mecenas został tem trochę skonfundowany. Bronisławowstwo tryumfowali.
Tak, począwszy od obiadu, szło bardzo pomyślnie wszystko..
Łamał głowę Mecenas, jakby on też mógł czemś rodzicom dowieść troskliwości o nich i przysłużyć się im, a zalecić.
Nie było to łatwem. Zabiegliwa pani Radczyni tak wszystko skupiła w domu, co tylko rodzicom mogło uczynić przyjemność, że im tu nic a nic nie brakło.
Kalikst chciał wydać obiad dla rodziców, ale Sędzia uściskał go i odmówił, czuł się znużonym i znajdował to niepotrzebnem, ofiarował lożę w teatrze, starzy nie decydowali się jechać, bo późnoby powracać musieli... potrzeba było czekać, czatować, a tymczasem małemi przysługami pannie Justynie i Sędzinie zapisywać się w pamięci.
Państwo Julianowstwo nic dotąd nie wiedzieli o przesiedleniu się rodziców, sama dopiero Sędzina im o tem doniosła.
Julian, który do podobnych środków dla pozyskania sobie rodziców nie uciekłby się — i miał pewien wstręt do nich, otwartszego będąc charakteru, z początku całego znaczenia kroku, jaki Bronisław uczynił, i doniosłości jego nie zrozumiał.
Bystrzejsza jako kobieta, pani Julianowa zwróciła uwagę jego, że nie było bez celu to nadskakiwanie.. i że ono grozić im mogło, co najmniej pewnem zobojętnieniem rodziców. Niechętnie przyznać musiał mąż, że miała słuszność, i po naradzie krótkiej wypadło, iż należało przynajmniej odwiedzić starych w Warszawie, co znowu tak bardzo trudnem nie było..
Oboje oni znajdowali postępowanie braci, gdyż o antagonizmie ich nie wiedzieli, — niedelikatnem i dosyć nieprzyzwoitem..
W drugim tygodniu pobytu państwa Szelawskich — nadjechali Julianowstwo..
Zbytniej czułości między braćmi a Julianem nie było oddawna, teraz ostygnienie dało się czuć mocniej jeszcze. Julian obchodził się z Bronisławem grzecznie — lecz nadzwyczaj chłodno, i jakby czuć mu dać chciał, że ich pewna przestrzeń rozdzielała, że nie należeli do jednego świata.
Mecenas korzystając z przybycia Juliana, pospieszył do niego, i w sposób bardzo na pozór prosty, opowiedział mu o tem jak pan Radca, — zręcznie umiał (bez jego wiadomości) skłonić rodziców do przyjazdu i czasowego zamieszkania w Warszawie.
Chciał w ten sposób okazując, że się nie solidaryzował z Radcą, pozyskać sobie Juliana.
Po części mu się też to powiodło.
— Sądziłem, odpowiedział mu Julian, że wyście to razem i za wspólną zgodą dokonali.. Naturalnie nic przeciwko temu mieć nie mogę, a swobody ojca krępować niczem nie myślę w żadnym razie — lecz.. wszystko to tak jakoś tajemniczo, cicho się zrobiło, iż postępowanie Bronisława wcale mi się nie podoba..
Spojrzał na Mecenasa, który wargi zagryzł.
— Ja też tego nie pochwalam, bo to zakrawa na intrygę, rzekł Kalikst.
Mieszkamy w jednem mieście, znając ojca, łatwo się domyśleć, że projekt nie przyszedł do skutku z dnia na dzień, a ja — prawie do przyjazdu rodziców, nic a nic nie wiedziałem..
Julian się skrzywił.
— Bronisław więc chce zaakaparować rodziców, dodał ironicznie.. i ruszył ramionami.
Po krótkiem milczeniu Kalikst mówił dalej.
— Wszystko to zabawnem jest, jeżeli chcesz, bo pobyt rodziców kilkotygodniowy, choćby i dłuższy — nie miałby znaczenia wielkiego, ale — tu o coś więcej idzie?
Odwrócił się pan Julian ciekawie.
— O cóż?
Nie domyślasz się — dodał Mecenas — idzie o to, aby rodzice zamieszkali stale przy Bronisławowstwie..
Za tem więc następuje, iż Radca obejmie, w pomoc ojcu przychodząc, rządy, interesa, kapitały, i — my pozostaniemy sobie widzami zabiegów.. z których on naturalnie korzystać nie omieszka.
— Smutne to, — przerwał Julian — i niezupełnie czyste.. ale cóż my poradzić możemy!
— Nic — odparł Mecenas — zawsze i wszędzie intryga, kto ma do niej talent, bierze górę. Ja nie obwiniam tak dalece Radcy — ale żonę. Wszystko jest sprawą Loli, która jako prawdziwe dziecię miasta.. nas i rodziców prześciga..
Tu przerwał nagle.
— Wolę nie kwalifikować, jakby to nazwać należało..
Bracia zamilkli, Julian mocno posmutniał... Mecenas zyskał w ten sposób sprzymierzeńca w nim i jego żonie, ale czysto platonicznego.
Oboje państwo Julianowstwo mieli wstręt do pokątnych zabiegów, boleli, ale nic poczynać nie chcieli.
Sędzia i staruszka matka na twarzach obojga Julianowstwa łatwo chmur dostrzegli i w obejściu się ich pewnej sztywności — ale przyczyny odgadnąć nie potrafili. Szelawski przypisywał to kłopotom, jakie Julian ściągnął na siebie nabyciem dóbr uciążliwem. Niepokoił się o niego, chociaż przez pewną dumę, on się już wcale nie skarżył i nie zwierzał.
Tak tedy składały się stosunki familijne, przy nadchodzącym nowym świętym Janie. To co Bronisławowstwo łatwo przewidywali, ziściło się, krycie dworu w Wólce nietylko nie było skończone, ale z powodu różnych drobnych przeszkód w wykonaniu, groziło przeciągnięciem się do Lipca.. kto wie? dłużej może.
Sędzia zwłaszcza poczynał być coraz niespokojniejszym. Wybrał się on na kilka tygodni, nie rachował wcale na miesiące. Sędzina, która dla wnuków, a szczególniej Jadwisi, gotową była o Wólce zapomnieć, starała się go pocieszać jak mogła. Chodził zasępiony i markotny. W istocie byłby może i on się zgodził z tem, co się zdawało nieuniknionem, ale Mecenas po cichu, niby go reflektując, rozbudzał za Wólką tęsknotę.
— Rozumie się, mówił, że ojcu nigdzie w świecie nie może być tak dobrze, jak w domu, niech sobie kto co chce mówi, choćby i u dzieci, nigdzie człowiek nie jest tak panem i swobodnym, jak u siebie.. To darmo!
No — ale przecież kilka jeszcze tygodni kochany ojciec potrafi przetrwać z nami..
I zaledwie to dokończywszy, Mecenas poczynał opiewać życie wiejskie, a szczególniej przyjemności pobytu w tej Wólce kochanej. No — i siostrzeńca ks. Zaręby, okrutnie było żal Szelawskim, iż go tak oddawna nie widzieli, a listy, które pisywał, nie starczyły im.
Bronisławowstwo jak mogli zapobiegali temu, aby Sędzia nie tęsknił zbytnio, a Lola rozpoczęła bardzo oględnie, zdaleka pierwsze poddawać myśli — pozostania stałego w Warszawie..
Sędzina zrazu tak zaprotestowała, że potrzeba się było cofnąć — próba się okazała przedwczesną.
Tymczasem ów św. Jan nadchodził, który między małżeństwem był przedmiotem niejednych już narad potajemnych. Radca czuł, że nie wszystkie jego rachuby wypadły tak, jak sobie życzył, — rodzina była ku niemu zrażona, ostygła, nieufna, rodzice serdeczni, przywiązali się więcej, ale o zupełnem zdaniu się i opuszczeniu Wólki myśleć jeszcze nie było można. Zostawało wiele — bardzo wiele do czynienia. Nadchodzący św. Jan miał posłużyć p. Bronisławowstwu do ujęcia sobie rodziców i do zbliżenia się razem do braci, którzy przybycia odmówić nie mogli. Zamierzano go obchodzić jak najuroczyściej, wielką ucztą i zebraniem osób jak najmilszych Sędziemu. Do tych należał siostrzeniec ks. Zaręba, po którym niezmiernie tęsknił stary.
Z listów jego dosyć często przybywających, donoszących ze szczegółami, co się w Wólce działo, dobitnie widać było, iż oddalenia się wuja nie pochwalał i że domagał się pilno powrotu na stare śmieciska. Pomimo to zaprosić go należało koniecznie.
Bronisławowstwo nie wiedzieli, iż nawet nie proszony byłby przyjechał, gdyż Julian skłaniał go do tego, przedstawiając mu, jak pobyt w Warszawie był dla starych nużący i niewłaściwy. Ks. Zaręba był tegoż zdania, a jemu wtórowało całe osierocone sąsiedztwo Wólki, domagające się kochanych Szelawskich..
Ściśle teraz obliczając się, państwo Bronisławowstwo widzieli, że choć na oko, dokazali wiele, jednak do celu, ku któremu zmierzali, jeszcze było daleko. Lola nie rozpaczała. Staruszka, babcia przywiązała się do wnuków tak, że po całych dniach niemi prawie wyłącznie się zajmowała. Jadwisia miała służyć za dźwignię, za narzędzie. Radca plan cały już był ułożył. Dom stary, w którym na dole mieszkali rodzice, chciał — wyrzekając się burzenia go i przebudowywania, odstąpić im na własność i t. p.
Korzyści pozostania w Warszawie według niego były tak wielkie, iż Szelawscy zgodzić się na przesiedlenie musieli, — chociaż reszta rodziny była przeciwko niemu. Działanie jej nie było zbyt widocznem i uderzającem, Bronisławowstwo więc zadanie swe łatwiejszem sądzili, niż było w istocie.
Przedewszystkiem święty Jan miał ująć Szelawskiego i dowieść mu, jak ten syn czule był przywiązany i cały dla niego wylany.
Zapraszające listy wcześnie rozesłano, opatrzone przypiskami samej pani, naglące, natarczywe. Oprócz ks. Zaręby Radca kilku sąsiadom, z którymi Sędzia był w przyjaźni posłał także inwitacye.
Obchód uroczysty miał się odbywać w nowym domu państwa Bronisławowstwa, gdzie się na przyjęcie bodaj stu osób gotowano. Św. Jan w mieście miał połączyć stary, wiejski obyczaj ze wszystkiemi szykanami i elegancyą stolicy.
Stary Szelawski przy nadchodzącym dniu tym coraz był frasobliwszy.
Pierwszy to raz od lat wielu miał chybić swym sąsiadom i przyjaciołom, nie mogąc ich u siebie ugościć. Ale dach był zaledwie w połowie ukończony, około domu, który w czasie robót odrapano i zabrukano, pozostawało wiele do czynienia. Bronisław całując ojca po rękach, zapewniał go, iż dzień ten w Warszawie równie uroczyście i serdecznie obchodzony będzie, jak w Wólce. On i żona okazywali tyle gorliwości, taką miłość dla rodziców — że niepodobna było nie uczuć dla nich wdzięczności. Tak, gdy z jednej strony na ten dzień Radca rachował, z drugiej liczyli nań Julian, ks. Zaręba i niezmiernie czynny pokątnie Mecenas.
Jemu tu z Justysią wcale się nie powodziło. Pomimo zabiegów, grzeczności, usiłowań zbliżenia się, pani Bronisławowa tak mu przeszkadzała skutecznie, a dziewczę było tak bojaźliwe i chłodne, że najmniejszego postępu nie zrobił p. Kalikst.. — Justysia okazywała mu szacunek wielki, ale obchodziła się z nim jako ze starszym kimś, nie rozumiejąc ani czułych wejrzeń, ani słówek, ani przymówień się do serduszka..
Pobyt w Warszawie nietylko że Mecenasowi na nic się nie przydał, ale prawie ostudził i oddalił Justysię od niego. Tem też gorliwiej pracował Mecenas nad tem, aby coprędzej skłonić rodziców do powrotu. Nie mogąc sam działać nazbyt czynnie, podbudzał Juliana, pisał do Sabiny, wstawiał się do ks. Zaręby, aby on życzeń dzieci był tłumaczem.
»Nikt z nas nie wątpi — pisał do niego, iż Bronisławowstwo z najlepszego serca radziby rodziców mieć przy sobie, pielęgnować ich i matce ułatwić w ten sposób zajęcie się wnukami — ale ze wszechmiar dla ojca pobyt w mieście nie jest stosowny, w jego latach nużący... dla interesów szkodliwy i t. p.»
Ks. Zaręba zupełnie podzielał ten sposób widzenia.
Oprócz niego na ten św. Jan z sąsiedztwa wybierał się stary, najpoufalszy przyjaciel Sędziego pan Porfiny Porkowski, oryginał jakich mało, mający przystęp i wpływ na niego niemały. — Na ostatek p. Floryan Kunaszewski, zgłosił się do dziada także, chcąc go zabrać z sobą i zawieźć dla powinszowania imienin..
Stary p. Teodor wahał się wprawdzie, nie chcąc opuścić Wólki, nadzoru nad domem i opieki nad ociemniałą Podkomorzyna, ale ona sama mocno nastawała na wyjazd.
— Zmiłuj się, jedź, jedź mój komorniku, mówiła — powiedz im, niechże rozum mają, niech się nie dają tam uwędzić w tej Warszawie. Do czego im to cudze wycierać kąty? Co to im tu źle było w domu!
Samo z siebie rozumie się, iż Julianowstwo nietylko sami, ale z dziećmi, że pani Sabina z mężem też wybierali się przybyć koniecznie.
Porobione w mieście znajomości, wiele osób dystynguowanych ze świata urzędniczego i finansowego miały też wziąć udział w tym festynie, z którym Lola chciała wystąpić co się zowie.
— Niech kosztuje co chce, mówiła, pokażemy, że dla rodziców nie żałujemy..
Bronisław zupełnie się godził z żoną — jak zwykle. Raz wszedłszy na tę drogę — nie można się już cofać było, musiano iść dalej, aby owoców nie stracić.
Radca zapraszając ks. Zarębę, miał i to na względzie, aby go nie narazić na wydatek, jemu więc i staremu Porkowskiemu, o którym wiedział, iż przyjedzie, ofiarował pomieszczenie w swoim nowym domu...
Ofiara ta przyjętą została.
Stary Szelawski, do którego przez żonę dochodziły wiadomości o przygotowaniach do obchodu, bo Justysia o nich zdawała raporty pani Serafinie — nie bardzo się cieszył, ale mocno był zakłopotany. Wydatek musiał być znaczny, a i tak już Radca łożył dosyć na przyjęcie rodziców, ofiara ta była staremu pewnego rodzaju ciężarem, bo nie wiedział, jak się miał wywdzięczyć. Sędzina go tem uspokajała, że Bronisławowstwo byli bardzo majętni, czynili to z serca i wcale sobie nie przykrzyli tym pobytem, owszem pragnąc go przedłużyć.
Przywiązała się tak do Jadwini, że tylko rozstanie się z nią miała na myśli i w sercu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.