Rodzeństwo (Kraszewski, 1884)/Tom pierwszy/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Rodzeństwo

Tom pierwszy

Wydawca Wydawnictwo
»Dziennika Powieści«.
Data wydania 1884
Druk Drukarnia «Czasu»
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


W czasie bytności swej w Wólce, pan Mecenas, chociaż Spółką i pozyskaniem dla niej ojca zajęty, miał czas rzucić okiem na Justysię.
Nie mógł się on jeszcze nazwać starym kawalerem, ale miał przeszło lat trzydzieści, zbliżała się czterdziestka, bracia wszyscy byli pożenieni, rodzice mu ciągle przypominali, że i on o tem pomyśleć by powinien — on — odkładał, bo nie miał czasu.
Serce w nim spało.. Wybór żony dla niego łatwym nie był. Kalikst wymagał po swej przyszłej wiele i różnych przymiotów.. Nie szło mu o majątek, więcej o stosunki i spokój domowy. Ożenienie Bronisława, które go połączyło z bogatem mieszczaństwem, nie było mu do smaku. Nie lubił ani kupców ani finansistów.
Juliana widział pod panowaniem żony, zawojowanego przez nią, i to mu się nie podobało. — Myśląc często o wyborze żony, pragnął dla siebie naprzód młodziuchnej i pięknej, do której by się mógł przywiązać, a potem gospodarnej i takiej, któraby mu się powodować dozwoliła. Chciał mieć pewną wyższość nad nią i być u siebie panem.
Szukać takiej, dobrze wychowanej, a skromnej dzieweczki — nie miał czasu.
Niewiedzieć, zkąd przychodziło mu na myśl, że wychowanka matki sierota, piękne, właśnie dorastające dziewczątko, mogłaby być dla niego partyą dogodną, choćby bez posagu. — Kalikst nawet przypuszczał, że posag możeby się znalazł.
Widząc Justysię w takich łaskach u matki, wiedząc, jaki pani Serafina miała wpływ na męża, rachował na to, iż biorąc ją, mógłby rodziców opanować i na ojcu powoli wymódz nawet tak pożądane powierzenie sobie kapitałów..
Ze wszystkich względów ożenienie to zresztą było lub zdawało mu się być najłatwiejszem i wielce dogodnem. Powierzchowność Justysi podobała mu się bardzo, starzejąc sam, nabrał smaku do takich młodziuchnych wyrostków... Miała zaledwie lat czternaście, ale za rok lub półtora, dla czegoby jej nie miano wydać?
Czasu pobytu w Wólce, on jeden z rodzeństwa, po kilka razy zbliżał się, rozmawiał, łapał Justysię, i choć dziewczę biegające ciągle z kluczykami mało miało czasu, odpowiadało spiesznie, wyrywało się, Mecenas nie pominął żadnej zręczności zbliżenia się do niego.
Justysia wdzięczną mu była za to, a i matka dostrzegłszy tę grzeczność dla swej faworytki, dziękowała mu uśmiechem.
— Nieprawda, Kalikście, szepnęła później, — jakie to śliczne dziewczę z tej Justysi wyrosło, a za rok, dwa.. zobaczysz! Mniejsza zresztą o piękność, ale gdybyś ty wiedział jaki to statek, pracowitość, dobre serce.. Skarb, skarb, powiadam ci, nieoceniony!
— Nie dziw, kiedy ją mama wychowała! odezwał się syn.
— Złote dziewczę, ciągnęła dalej staruszka, Panu Bogu dziękuję, że mi ją dał jako podporę starości. Co jabym bez niej poczęta.. Ktoby mi ją mógł zastąpić?
Nawet panowie bracia dostrzegli, że Kalikst spoglądał, zajmował się i pomagał Justysi. Bronisławowi się to nie podobało i szepnął żonie.
— Frant! zobaczysz, że nas wszystkich zamatuje. Spogląda na Justysię, i kto wie, co mu po głowie chodzi, rachuje może, iż zaskarbiając sobie jej względy, pozyska rodziców? Gotów...
Spojrzeli na siebie. Bronisławowa zrozumiała, ale się obaczyła.
— Ale! cóż znowu! zawołała — sierota, niemal podrzutek, niewiadomego pochodzenia — bez grosza, Mecenas żądny grosza, głupstwa tego dla twarzyczki nie zrobi.. Co ci się śni!
— No — no, szepnął Bronisław — pożyjemy, zobaczemy — Justysia w łaskach wielkich, my rodziców z ich kapitałów rachunku słuchać nie mamy prawa, dać mogą ciepłą ręką, co zechcą. Mecenas napróżnoby koło niej tak nie dworował.
Justysię ta grzeczność dosyć widoczna pana Kaliksta niepokoiła, obawiała się, aby ją nie prześladowano, obawiała się instynktowo sama, nie wiedząc czego, odpowiadała mu półgębkiem i ledwie śmiała ku niemu zwrócić oczy, a jak tylko mogła uciec — odbiegała go co najprędzej.
Przez dni te jednakże grzeczności pana Kaliksta trwały bez przerwy, a w ostatku na odjezdnem, podszedł jeszcze do stojącej na stronie sieroty i zarumienił ją bardzo gorąco, dziękując za przyjęcie, przepraszając za kłopot, jaki miała z nimi, w końcu polecając się pamięci i domagając się o komisa do Warszawy...
Justysia w wielkim kłopocie była z podziękowaniami, jąkała się, rumieniła, oczy spuściła, drżała, chusteczkę w rękach ściskając.. aż Kalikst ulitowawszy się nad nią, odszedł nareszcie — oka pana Bronisława i to nie uszło.
Powróciwszy do Warszawy, każdy z nich miał tyle do czynienia, iż dosyć długo nie spotykali się z sobą. Mecenas dzień i noc zajęty był Spółką, Bronisław miał na widoku nabycie placu, który chciał zabudować na wzór pierwszego i wystąpić w nim ze wspaniałemi sklepami, na wzór paryskich Bazarów.. Potrzeba było znaleźć nietylko kapitał na kupno dosyć drogiego miejsca, ale na koszta budowy ogromne. Czyniono mu uwagi, że na taką skalę przedsiębiorąc budowę, która jedno tylko przeznaczenie mieć mogła, należało się upewnić, iż znajdzie się ktoś, co ją na ten cel wynajmie. Bronisław był przekonany, iż znaleźć się musi.
Nierychło Mecenas się z nim spotkał w resursie kupieckiej przy jakimś obiedzie. Pan Radca pierwszy się do niego zbliżył z bardzo uprzejmem powitaniem.
— No — nie tęsknisz po Wólce? zapytał żartobliwie, wlepiając w niego oczy.
— Ja? naprzykład? cóż to znaczy? odparł Kalikst — nie rozumiem.
— Nie rozumiesz? dodał Bronisław..
Myśmy wszyscy, począwszy od mojej żony uważali, żeś był z wielkiemi atencyami dla Justysi i posądziliśmy cię, że gotóweś był jako stary kawaler rozkochać się w wyrostku.
Mecenas poruszył ramionami.
— Liczycie więc mnie już do starych kawalerów! rzekł z uśmiechem.
W istocie Justysia mi się podoba, matka ją bardzo chwali i kocha, ale żebym miał aż tęsknić za nią — to już trochę za wiele.
— Żarty też są — odparł Bronisław poważniej. Wiem bardzo dobrze, iż panu Mecenasowi na myśl przyjść nie mogło, szukać sobie w niej romansiku, bo toby była zdrada, ani też widzieć w niej przyszłą towarzyszkę.. boć to sierota, dziecię na drodze znalezione, bez wychowania i kwalifikujące się dla ekonoma chyba..
— Ba! ba! odezwał się Kalikst nieco tem dotknięty. — Naprzód Justysia jeszcze dziecko, nie do romansów. Dziś to jeszcze bakfisz.. No — ale gdyby dorósłszy podobało mi się, czy sądzisz, że wahałbym się ją wziąć dla sieroctwa i ubóztwa? Ale ja wcale żenić się nie myślę. Bronisław zamilkł na chwilę.
— Owszem, dodał, o ożenieniu myśleć powinieneś, sam czas, ale masz prawo sięgnąć wyżej.
Przyznam ci się, że teorya twoja co do ożenienia, nie bardzo mi się podoba. Dla naszych żon perspektywa pani bratowej wziętej z garderoby — nie byłaby przyjemna niespodzianką. Cóżby na to powiedziała Sabina, Julianowa, a w ostatku i moja Lola?
Mecenas ruszył ramionami.
Trudno, abym was wszystkich pytał o pozwolenie w razie ożenienia — rzekł zimno, ale będziecie mieli prawo żyć lub nie z nami. Ja się nikomu narzucać nie będę.
W parę miesięcy potem sprawy Spółki wymagały podróży na prowincyę, tak, że Mecenas znalazł się o pięć mil od Wólki, i — przyszła mu myśl, odwiedzenia rodziców. Czy wspomnienie Justysi przyczyniło się do tego? nie wiemy. Nie uległ jej zrazu, wahał się, kombinował... ale na ostatku uległ pokusie.
Nie oznajmując się wcale, jednego letniego poranku pocztową bryczką, zapylony zajechał przed ganek. Matka pierwsza zobaczyła go, poznała i powitała okrzykiem radości.
W ciągu roku widzieć jednego z synów dla starych Szelawskich było czemś tak rządkiem, niespodzianem, a miłem, iż się nie posiadali z radości.
Staruszka biegnąc, wołała:
— Kalikst! Kalikst.. ten mój Benjamin! złote serce! patrzajcie — pamiętał o nas!
W ganku znalazła się przypadkiem obok Szelawskiej Justysia, mocno zarumieniona, zmięszana tem bardziej, że uściskawszy matkę, Kalikst się zaraz zwrócił do niej, pozdrowił ją i dopytywać zaczął o zdrowie i t. p.
Stary Szelawski przeżegnał się widząc syna pochwycił go zaraz do siebie. Przez cały dzień ten do wieczora, życie i ruch wielki panowały w spokojnym dworku, bo Mecenas zapowiedział, że poświęciwszy go rodzicom na całą noc wybrać się musi z powrotem. Tysiące rzeczy było do opowiadania, Mecenas był w najlepszym humorze, a Szelawski przy nim ożywił się i odmłodniał.
Nie próbował tym razem prawnik namawiać do udziału w przedsiębiorstwie, dla którego pracował, ale mu rozwijanie się jego malował z zapałem, ciesząc się tem, że wszystkie przewidywania szczęśliwie się ziściły, a przyszłość zapowiadała świetnie.
Korzystał z dnia tego Mecenas, mając w ciągu pobytu sam na sam z rodzicami dość czasu do rozmówienia się o wszystkiem, o wszystkich poufnie, szeroko — jak nigdy.
Po obiedzie, gdy Podkomorzyna i Kunaszewski odeszli, Justysia znikła, Mecenas na wspomnienie o Bronisławie i jego interesach — począł od pochwał Radcy, zabiegliwości jego, pracowitości — trafnego sądu i rachub dosyć szczęśliwych, ale — ale zarazem ubolewał, że go wciągnięto w potajemną grę na giełdzie, rzecz niebezpieczną, — znajdował, że bywał za zuchwałym niekiedy, za ryzykownym, a w spekulacyi na domach powodzeniem uzuchwalony mógł się za daleko posunąć.
Krytykował pomysł Bazaru...
Stary Szelawski był z nim zupełnie jednego zdania...
— Kocham Bronisława, mówił Mecenas, i dlatego niepokoję się o niego, ale mówić z nim o tem niepodobna, — nie słucha. Dotąd mu się powodziło, lecz właśnie dlatego potrzeba być bardzo ostrożnym.
— No — ciągnął dalej — powodzenie i inne za sobą prowadzi następstwa, zaczynają nieznacznie żyć na coraz większą stopę. Bronisławowa, dzieci potrzebują wiele, w nowym domu skala wszystkiego jest nowa i coraz rośnie.
Salon większy wymaga zaraz urządzenia się innego.. Są to pantofle Diderota...
Szelawski słuchając, widocznie się począł niepokoić, tak, że Kalikst musiał się wytłumaczyć, iż miłość tylko braterska obudzała w nim tę troskliwość, gdy dotąd szło szczęśliwie panu Radcy.
Oprócz tego Mecenas mnóstwo przyniósł nowin, wiedział o wszystkiem, i pierwszy oznajmił Sędziemu, że państwo Julianowstwo albo już przyległe dobra na przedaż wystawione nabyli, albo blizcy byli kupienia ich, co nieochybnie musiało za sobą pociągnąć zapożyczenie się, bo dostatecznych kapitałów nie mieli. W Wólce wcale o tem nie wiedziano, bo Julian się ojca nie radził. I to skłopotało starego, który się odezwał frasobliwie:
— Julek mi o tem mówił, będąc tu na św. Jan, odradzałem mu, aby się interesami zbytniemi nie obciążał. Dopilnować mu się będzie trudno, tem bardziej, że wiele czasu towarzystwu i ludziom poświęca. Nie posłuchał mnie i lękam się następstw..
Na ostatek co do państwa Adolfowstwa Słupskich, których Mecenas żartobliwie hrabstwem tytułował, wiedział o nich również, iż mocno być mieli zakłopotani interesami, bo w tym roku nawet z tego powodu za granicę się wybrać nie mogli — co panią Sabinę upokarzało i doprowadzało do rozpaczy.. Tak była nawykłą do tych letnich wycieczek!
Opowiadając o tem wszystkiem, pan Kalikst okazywał największe współczucie dla rodziny, znajdując, że wszyscy sami byli winni temu, co im zagrażało. Opowiadanie było oględne, aby do zbytku wielkiej nie wzbudziło obawy — ale starych zasmuciło.
— Co do Juliana, dodał w końcu Mecenas, — niema wątpliwości, że zabrnąwszy, zwrócić się może o pomoc do ojca. Naturalnie, psuć mu interesa bym nie chciał, ale więcej mi idzie o spokój rodziców, niż o niego — a kłaść w ten majątek zrujnowany kapitał grozi co najmniej tem, że przez długi czas żadnych nie przyniesie procentów. Gdy ojciec raz tylko rozpocznie pożyczać, nie będzie temu końca, a kto wie, jakich nakładów dobra zrujnowane wymagać mogą. Słowem zawikłania, troski wcale rodzicom, nawykłym do spokoju, nie potrzebne.
Trafiało to do przekonań starego i Mecenas zyskał wiele u niego rozsądkiem, jaki okazał. Zręcznie bardzo i ostrożnie dokonawszy, co postanowił pan Kalikst, odjechał wieczorem, żegnany jak najczulej, zostawując po sobie wspomnienie najmilsze.. Oboje starzy byli mu niewymownie wdzięczni, iż on, tak zajęty, mający interesów tyle, dla nich parę dni nie wahał się poświęcić.
Matka w nim znowu dawnego swego Benjaminka i złote serce znalazła..
Tajemnicą odwiedziny te długo być nie mogły, wiadomość o tem, że Kalikst jeździł do Wólki, że w niej dzień cały bawił, zrodziła niepokój, niemal trwogę.
Bronisław szczególniej się go obawiał, i o machjawelstwo posądzał.
Dowiedziawszy się o tem w mieście Radca, chociaż mu powiadano, że przypadkiem zabłądził Kalikst do rodziców, znalazłszy się w sąsiedztwie, kwaśny bardzo pospieszył do żony.
— Wiesz, rozpoczął zdaleka już, idąc do niej. Wiesz, Lolu, Mecenas jeździł do Wólki, był u rodziców, on, co nigdy na nic czasu nie ma, bawił tam cały dzień.
To ma znaczenie! On ze swą polityką i przebiegłością wszystkich nas w kąt zapędzi. Zobaczysz, — kapitały ojcowskie opanuje, z przed nosa nam je pochwyci! Nie bardzo to braterskie postępowanie...
Pani Bronisławowa pobladła nieco i zakąsiła usta.. Myślała długo, kręcąc główką.
— Niespodzianka, rzekła w końcu, a że nie bez — ale, to pewna. Kto wie, być może, iż tobie także wypadnie się wybrać do rodziców, nie zaraz — ale.. ale..
Porozumieli się wejrzeniem.
— Teraz, natychmiast pędzić do Wólki, rzekł mąż, byłoby nadto uderzającem, widocznem. Dalibyśmy to uczuć, że się go obawiamy, że go posądzamy. Krok byłby fałszywy i niezręczny. Dobrze jednak, aby Julianowstwo o tem wiedzieli. Smutna to rzecz zmuszonym być, własnego brata lękać się i podejrzewać, ale postępowanie Kaliksta ze wszechmiar mi się nie podoba.. Intrygant.. pochlebca, należy się mieć na ostrożności.
Nazajutrz pani Bronisławowa uczula potrzebę przypomnienia się bratowej Julianowej, a w przypisku umieściła wiadomość o podróży Mecenasa do Wólki, zazdroszcząc mu tego szczęścia, iż mógł widzieć rodziców.
Julian mocno się skrzywił.
Miał właśnie pisać do ojca wrzekomo, prosząc go o radę, z powodu nabycia dóbr, w istocie próbując, czy nie potrafi co uzyskać od niego — teraz był pewien, że Kalikst musiał temu zapobiedz. Posądzał go nawet, że podróż jego innego celu nie miała.
— Zawsze widziałem w Kalikście bardzo zręcznego człowieka, rzekł Julian, ale o taką przewrotność i intryganctwo go nie posądzałem. Niema wątpliwości, że poluje na kapitał ojcowski.. Mybyśmy także znaleźli sposób pozyskania sobie rodziców, oddając jedno z dzieci babce na wychowanie, ale nie myślę poświęcać go dla grosza..
Kalikst, dodał w końcu, jeżeli będzie w tem widział swój interes — gotów nawet starać się o Justysię i z nią ożenić. Teraz już i to przypuścić jestem gotów.
Od pani Julianowej wiadomość o »konkurach« Mecenasa i bytności jego w Wólce, w sposób żartobliwy udzielona, dostała się do państwa Adolfowstwa. — Mąż Sabiny niewielką do tego przywiązywał wagę, ale obawa, aby dziewczyna z garderoby została żoną jego szwagra, nie dawała mu spokoju.
— Skończy się na tem, pocieszała go żona, że z Kalikstem stosunki zerwać będziemy zmuszeni, jeżeli to ożenienie popełni.
Mecenas, który dawniej korespondował z matką, później zaniedbał się nieco, teraz znowu regularniej pisywać do niej począł. Staruszka tem odezwaniem się serca w dziecięciu była przejęta i zachwycona.
— Wszyscy mi oni ukochani, szeptała sobie, ale mój najmłodszy, mój Kalikst najwięcej ma do nas przywiązania. Nie ostygł, nie zapomniał o rodzicach.. poczciwy.
Tymczasem wypadki miały przekonać Sędzinę, że i reszta rodzeństwa o nich nie zapomniała. Nie można tego bowiem inaczej nazwać było jak wypadkiem, że jesienią Julian zaproszony na polowanie o mil kilka od Wólki, czuł się też w obowiązku skorzystać z tej sposobności i na kilka godzin zjechać do rodziców.
Była to również miła niespodzianka, ale stary zobaczywszy go, natychmiast sobie przypomniał przestrogi i przewidywania Mecenasa, przygotowując się już do tego, że od niego syn zażąda pożyczki.
Tymczasem Julian czy przeczuwał to, że znalazłby ojca trudnym, czy inną miał rachubę, mówił wiele o nowem nabyciu, o kłopotach, jakie ono na niego ściągnęło — ale wcale się do ojca o pomoc nie przymawiał. Wychwalał tylko dobra nabyte, zapewniał, że mu już odstępne dawano i — obiecywał sobie bardzo wielkie korzyści. Nowo zakupione posiadłości miały znaczne obszary lasów, chociaż bardzo zniszczonych, a na nich właśnie zbywało Julianowi, były więc mu niezbędnie potrzebne.
— My z żoną, dodawał Julian, postanowiliśmy bodaj się ograniczyć w wydatkach, o ile się to da przyzwoicie uczynić — a chcemy dzieciom pozostawić co się zowie pańską fortunę. — Nowe nabycie przeznaczamy dla Chryzia...
Zjechawszy na kilka godzin, Julian zabawił półtora dnia, nadzwyczaj był słodkim i miłym, umiał się przypodobać ojcu, ująć matkę i miłość ich dla siebie odżywić.
Nadzwyczaj szybko wiadomość o tej bytności w Wólce Juliana doleciała do Warszawy, tak, iż posądzać było można Mecenasa, że miał swojego korespondenta na miejscu, który pospieszył donieść mu o tem. Kalikst natychmiast udzielił nowinę Bronisławowstwu, na których ona popłoch rzuciła. Oni tedy jedni z całej rodziny, okazali się najozięblejszymi dla rodziców, którzy im mogli obojętność wyrzucać.
— Niema sposobu — odezwał się Bronisław do żony, przynosząc wiadomość. Trzeba koniecznie być w Wólce.. Ja, mógłbym pojechać, ale to teraz nie starczy, nietylko my oboje musiemy być u rodziców, ale bodaj i z dziećmi. Babka je kocha i łakoma jest na nie. Potrzeba się wybrać na dni kilka, a ja nawet byłbym za tem, ażeby na parę miesięcy powierzyć babce Jadwisię.
— Za nic w świecie! zaprotestowała matka. Co to — to nie. Kilka dni, jeżeli koniecznie potrzeba, gotowam zabawić, ale Jadwisię oddać — nie mogę, nie mogę! Odebrać mi ją potem będzie trudno.. nie!!
Bronisław nie nalegał na tę ofiarę, ale przy odwiedzinach stał mocno, szukając tylko, czemby je mógł upozorować. — Wyglądało to na wyścigi..
Dosyć niezręcznie w końcu wymyślił Radca, iż małe wykończenia, których dom wymagał, zmuszały go na czas jakiś mieszkanie opuścić, i napisał do ojca, że lepiej czasu tego użyć nie będzie mógł, jak zjeżdżając do rodziców, jeżeli na to pozwolą?
Zapytywał w liście, czy nie zrobią ambarasu, żartobliwie dodając, że w tym roku Kalikst i Julian tak ich zawstydzili, iż gdyby nawet nic z domu nie wypędzało, musieliby Wólkę odwiedzić, aby sobie opieszałości do wyrzucenia nie mieli i t. p.
Sędzina odpisała natychmiast najczulszem zaproszeniem, a znając Bronisławowej fantazye, oznajmiła nawet, jakie jej mieszkanie przygotowała. Stary Szelawski poruszony był i wielce uradowany.
— Poczciwe to dzieciska, mówił — bądź co bądź, gdy tylko okoliczności dozwalają — pamiętają o nas..
Bronisławowstwo przybywając, mieli to przekonanie, iż ich pobyt w Wólce z dziećmi zrobi lepsze i trwalsze wrażenie, niż odwiedziny, »jak po ogień« Kaliksta i Juliana.
Zabawili tydzień cały, a pieszczona i delikatna Lola, tak się starała być łagodną, ze wszystkiego zadowoloną, tak znajdowała przedziwnem w Wólce wszystko, tak była uprzejmą dla matki, iż ją pokochano więcej, niż kiedykolwiek. Nie mówi się już o dzieciach, które nadzwyczajnych swobód używały u babki.
Bronisław miał dosyć czasu i swobody, aby się z ojcem szeroko rozmówić o sobie i o rodzinie, jak najmniej staremu sprzeciwiając.
Żona jego tymczasem usiłowała się zbliżyć do Justysi, i zapewniała ją, że nietylko teraz, ale na przyszłość mogła rachować na serce jej, opiekę i pomoc. Sędzinie zaś dała do zrozumienia, iż w ich domu tyle osób bywało, tak mieli rozgałęzione stosunki, że gdyby Justysi się na wsi nie znalazło nic stosownego, oni by ją chętnie wzięli do siebie i pomogli do pięknego za mąż pójścia.
Ale tymczasem ani mowy być nie mogło o tem.
Małe podaruneczki, ciche, długie rozmowy, powierzanie dzieci Justysi (dowód nadzwyczajnego zaufania) pomimo obaw dziewczęcia i jego nieśmiałości — zawiązały poufalsze stosunki pomiędzy niem a Bronisławową. Justysia, choć z pewną obawą i wielkiem uszanowaniem, nieco się z nią oswoiła..
Lola zasiadając na długie poobiednie rozmowy z matką, bardzo zręcznie naprowadzała je na rodzinę, a szczególniej na Mecenasa, którego częściej widywała.. Malowała go żartobliwie, po troszę czyniąc śmiesznym i wyższość męża nad nim podnosząc. Mówiła o nim często przy Justysi, oskarżając o bałamuctwa, a choć dziewczę nie zdawało się na to zwracać uwagi — zapamiętało jednakże.
Nic łatwiejszego, jak okryć śmiesznością i obudzić podejrzenia, a gdy się to dokonywa z pewną zręcznością i wprawą, skutek prawie nieochybny. Zawsze coś z tego utkwi i pozostanie. Pan Kalikst tracił po troszę uroku, jaki go dotąd otaczał, nie wydawał się już tak dobrodusznym i serdecznym.
Pobyt państwa Bronisławowstwa, chociaż bezpośrednich nie wydał owoców, bo stary Szelawski, pomimo opowiadań syna o szczęśliwych spekulacyach, wcale do nich nie okazał się skłonnym — nie pozostał jednak bez skutków.
Babka tak się przywiązała do małej Jadwisi, iż widząc niemożność zabrania jej do siebie, tęskniąc zawczasu, zaczęła mówić o możliwem odwiedzeniu Warszawy, a nawet zabawieniu tam czas jakiś. Właśnie na dworku dach oddawna potrzebował odnowienia, mogli więc Szelawscy na czas jakiś, uciekając od tych robót niepokojących — pojechać do dzieci..
Przypuszczenia samego dosyć było, aby Bronisław oburącz je pochwycił i starał się wmówić rodzicom, że to była konieczność. Ofiarowywał się zarazem u siebie w domu urządzić jak najwygodniejsze pomieszczenie i zastosować się w życiu powszedniem do obyczajów Wólki. Możnaby zabrać Konrada, wziąć naturalnie Justysię i t. p. Kunaszewski tylko i Podkomorzyna mieli na gospodarstwie pozostać, a dozór powierzyć było łatwo ks. Zarębie.
Nadzwyczaj świetne to na przyszłość otwierało horyzonty.. Bronisław roił już, że potrafi skłonić rodziców do całkowitego przesiedlenia się do miasta, do oddania się w ich opiekę, co pociągało za sobą, powolne opanowanie kapitałów, zarządu i t. p. Nie mogło to przyjść odrazu ani łatwo, lecz pierwszy krok był tak, jak zrobiony.
Potrzeba było tylko postępować sobie oględnie, stopniowo.. Bronisław nie zwierzył się nawet przed żoną, całkowicie z tych marzeń, o których urzeczywistnieniu nie powątpiewał. Obawiał się, aby rodzeństwo nie zostało zawczasu zaalarmowane, i postanowiono zachować to w tajemnicy. Nadzieje oboje mieli jak najlepsze, Warszawa i życie w niej podobać się starym musiało.
W istocie w stosunku do wycieczek Mecenasa i Juliana, podróż i pobyt Bronisławowstwa nierównie miał większe znaczenie i więcej był na przyszłość obiecującym, ale też — maleńka, pieszczona, nie zdająca się rościć sobie praw do wywierania wielkiego wpływu Lola, była może ze wszystkich pań najzręczniejszą i stała się pomocą mężowi — niepospolitą. Wychowana w mieście, od dzieciństwa obyta z ludźmi i ich intrygami, umiała sobie radzić i myśli odgadywać, a była tak skromną (gdy chciała), że i z mężem i z obcymi przenosiła wpływ na nich istotny nad pozory, któreby tylko miłość własną zaspokajały. Chętnie dozwalała się czemś chwalić mężowi, choć wiedziała, że to było jej dziełem.
Bronisław najpewniejszym był, że jest głową domu i panem, gdy tymczasem kroku nie mógł stąpić bez pozwolenia Loli.
Justysia niedoświadczona, młoda, wychowana na wsi, na swą obronę przeciw tej narzucającej się jej opiece i kierownictwu, nie miała nic oprócz instynktu, jakim Bóg obdarza istoty wybrane. Pomimo nadzwyczajnych starań pani Bronisławowej dla pozyskania jej sobie, mimo wdzięczności, jaką dla niej czuła, — niewytłumaczona obawa jakaś nie dozwalała jej ani się zbyt zwierzać, ani spoufalić, ni rachować na obietnice.. Justysia naiwnie zapytywała siebie, dla czegoby pani Bronisławowa tak się w niej rozkochać miała, tak bardzo chcieć zajmować się losem! Na to nie znajdowała odpowiedzi.
Zręczna Lola taksamo jak Justysię starała się usidlić i pozyskać matkę staruszkę, którą ująć daleko łatwiej było. Za pomocnicze narzędzie służyło jej doskonałe własne dziecię Jadwisia, wyuczone, jak babcię dla siebie i dla rodziców zjednać miało.
Gdy po kilkodniowym pobycie tym w Wólce, państwo Bronisławowstwo wybrali się nareszcie do domu z powrotem — obojgu promieniały twarze. Starzy Szelawscy, chociaż nie oznaczyli czasu, prawie stanowczo obiecali przybyć do Warszawy i bawiąc tam, przyrzekli zamieszkać u Bronisławowstwa, przyjmując u nich gościnę.
Przewidujący wszystko pan Radca, zaklął tylko żonę, ażeby przedwcześnie nikomu o tem nie mówiła, szczególniej nie chwaliła się przed Mecenasem, który mógł rodziców zniechęcić i odstraszyć od Warszawy, malując wszystkie niedogodności podróży, koszta, kłopoty na jakie narazić się mieli, nie będąc nawykli do oddalania się z domu. Wszystko zamyślano zachować w tajemnicy, aż dopókiby podróż nie przyszła do skutku. Dla ułatwienia jej Radca postanowił sam po rodziców wyruszyć i w ciągu podróży być im przewodnikiem, czyniąc ją jak najmniej trudną, jak najweselszą i najwygodniejszą.
W Wólce nowa ta myśl wycieczki do dzieci, do Warszawy naprzód została przez Sędzinę przyjętą i uznaną za możliwą. Nie wątpiła, że mąż przeciwnym jej nie będzie, choć dla niego, starszego daleko, najmniejsza zmiana trybu życia połączona była z pewną ofiarą. Nawykłym był nadto do starych swych kątów, do godzin, nawet do powietrza, którem oddychał, pieca, który mu pokój ogrzewał, ubrania powszedniego, w którem mu było najwygodniej i kuchni Konrada, najzdrowszej dla niego.. Nowi ludzie, twarze, miejsca — pewnego wysiłku i oswojenia się wymagały..
Z początku pani Sędzina ostrożnie wnieść spróbowała, że możeby dla Jegomości, ruch, zmiana powietrza, rozrywka nie szkodziły, i zdrowiu były pożyteczne. Spodziewała się mieć za sobą doktora Frycza, starego domu przyjaciela i lekarza, który dla swych klientów wogóle był bardzo powolnym i najczęściej im na to wszystko pozwalał, czego oni sobie życzyli, opierał się na teoryi tej, że natura daje instynkta zbawienne, którym się przeciwić nie należy. Za najpierwszą bytnością starego tego oryginała, który lubił dobrze jeść i nakarmiony a napojony stawał się powolnym, choć do rany przyłożyć, Sędzina mu się po cichu zwierzyła z projektu podróży..
— U Bronisławowstwa, rzekła — będzie nam jak u Boga za piecem. Znają obyczaj ojca, potrafią się do niego zastosować. Lola w czasie bytności swojej o najmniejsze się szczegóły dopytywała. — Jegomość bywa teraz często zasępiony, rozerwałby się, odżywił. — Ta sedenterya, ja sądzę, niekoniecznie mu służy.
— No? a cóż on sam o tem mówi? zapytał Frycz.
— Jeszczem się wstrzymywała z badaniem go, odparła Sędzina. — Chciałam się wprzódy poradzić konsyliarza. Jakże sądzisz!
— Ja, w zasadzie nic nie mam przeciwko temu rzekł Frycz, rozumie się z zachowaniem wszelkich ostrożności, aby się nam stary nie zamęczył do zbytku.
Zmiana bywa czasem dla ogólnego stanu zdrowia korzystną. Waruję tylko, aby on sam sobie tego życzył, bo natura daje instynkta najlepsze i skazówki.
Poczciwy Frycz byt dla Sędziego wyrocznią, a gdy na jego zdaniu się opierając, Sędzina po raz pierwszy stanowczo mówić zaczęła o podróży do Warszawy — znalazła chętne ucho i usposobienie dobre. Sędzia wprawdzie z domu wyjeżdżać nie lubił, ruszyć mu się już było ciężko, ale wstrętu nie okazywał.
Zwolna oswoił się z tą myślą.
Była tedy mowa naprzód o zabraniu Konrada, ale sam Szelawski uznał to zbytecznem. W domu pozostać mieli Podkomorzyna i Kunaszewski, co się tyczy Justysi, ta Sędzinie była potrzebną i Bronisławową ją zaprosiła, więc choć zbytniej nie okazywała ochoty, musiała być posłuszną.
Tak tedy, podróż postanowiona została, ale czasu nie oznaczono. Stary Szelawski radby był zwlekał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.