Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


już o dzieciach, które nadzwyczajnych swobód używały u babki.
Bronisław miał dosyć czasu i swobody, aby się z ojcem szeroko rozmówić o sobie i o rodzinie, jak najmniej staremu sprzeciwiając.
Żona jego tymczasem usiłowała się zbliżyć do Justysi, i zapewniała ją, że nietylko teraz, ale na przyszłość mogła rachować na serce jej, opiekę i pomoc. Sędzinie zaś dała do zrozumienia, iż w ich domu tyle osób bywało, tak mieli rozgałęzione stosunki, że gdyby Justysi się na wsi nie znalazło nic stosownego, oni by ją chętnie wzięli do siebie i pomogli do pięknego za mąż pójścia.
Ale tymczasem ani mowy być nie mogło o tem.
Małe podaruneczki, ciche, długie rozmowy, powierzanie dzieci Justysi (dowód nadzwyczajnego zaufania) pomimo obaw dziewczęcia i jego nieśmiałości — zawiązały poufalsze stosunki pomiędzy niem a Bronisławową. Justysia, choć z pewną obawą i wielkiem uszanowaniem, nieco się z nią oswoiła..
Lola zasiadając na długie poobiednie rozmowy z matką, bardzo zręcznie naprowadzała je na rodzinę, a szczególniej na Mecenasa, którego częściej widywała.. Malowała go żartobliwie, po troszę czyniąc śmiesznym i wyższość męża nad nim podnosząc. Mówiła o nim często przy Justysi, oskarżając o bałamuctwa, a choć dziewczę nie zdawało się na to zwracać uwagi — zapamiętało jednakże.
Nic łatwiejszego, jak okryć śmiesznością i obu-