Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzić podejrzenia, a gdy się to dokonywa z pewną zręczością i wprawą, skutek prawie nieochybny. Zawsze coś z tego utkwi i pozostanie. Pan Kalikst tracił po troszę uroku, jaki go dotąd otaczał, nie wydawał się już tak dobrodusznym i serdecznym.
Pobyt państwa Bronisławowstwa, chociaż bezpośrednich nie wydał owoców, bo stary Szelawski, pomimo opowiadań syna o szczęśliwych spekulacyach, wcale do nich nie okazał się skłonnym — nie pozostał jednak bez skutków.
Babka tak się przywiązała do małej Jadwisi, iż widząc niemożność zabrania jej do siebie, tęskniąc zawczasu, zaczęła mówić o możliwem odwiedzeniu Warszawy, a nawet zabawieniu tam czas jakiś. Właśnie na dworku dach oddawna potrzebował odnowienia, mogli więc Szelawscy na czas jakiś, uciekając od tych robót niepokojących — pojechać do dzieci..
Przypuszczenia samego dosyć było, aby Bronisław oburącz je pochwycił i starał się wmówić rodzicom, że to była konieczność. Ofiarowywał się zarazem u siebie w domu urządzić jak najwygodniejsze pomieszczenie i zastosować się w życiu powszedniem do obyczajów Wólki. Możnaby zabrać Konrada, wziąć naturalnie Justysię i t. p. Kunaszewski tylko i Podkomorzyna mieli na gospodarstwie pozostać, a dozór powierzyć było łatwo ks. Zarębie.
Nadzwyczaj świetne to na przyszłość otwie-