Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


starości. Co jabym bez niej poczęta.. Ktoby mi ją mógł zastąpić?
Nawet panowie bracia dostrzegli, że Kalikst spoglądał, zajmował się i pomagał Justysi. Bronisławowi się to nie podobało i szepnął żonie.
— Frant! zobaczysz, że nas wszystkich zamatuje. Spogląda na Justysię, i kto wie, co mu po głowie chodzi, rachuje może, iż zaskarbiając sobie jej względy, pozyska rodziców? Gotów...
Spojrzeli na siebie. Bronisławowa zrozumiała, ale się obaczyła.
— Ale! cóż znowu! zawołała — sierota, niemal podrzutek, niewiadomego pochodzenia — bez grosza, Mecenas żądny grosza, głupstwa tego dla twarzyczki nie zrobi.. Co ci się śni!
— No — no, szepnął Bronisław — pożyjemy, zobaczemy — Justysia w łaskach wielkich, my rodziców z ich kapitałów rachunku słuchać nie mamy prawa, dać mogą ciepłą ręką, co zechcą. Mecenas napróżnoby koło niej tak nie dworował.
Justysię ta grzeczność dosyć widoczna pana Kaliksta niepokoiła, obawiała się, aby ją nie prześladowano, obawiała się instynktowo sama, nie wiedząc czego, odpowiadała mu półgębkiem i ledwie śmiała ku niemu zwrócić oczy, a jak tylko mogła uciec — odbiegała go co najprędzej.
Przez dni te jednakże grzeczności pana Kaliksta trwały bez przerwy, a w ostatku na odjezdnem, podszedł jeszcze do stojącej na stronie