Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sieroty i zarumienił ją bardzo gorąco, dziękując za przyjęcie, przepraszając za kłopot, jaki miała z nimi, w końcu polecając się pamięci i domagając się o komisa do Warszawy...
Justysia w wielkim kłopocie była z podziękowaniami, jąkała się, rumieniła, oczy spuściła, drżała, chusteczkę w rękach ściskając.. aż Kalikst ulitowawszy się nad nią, odszedł nareszcie — oka pana Bronisława i to nie uszło.
Powróciwszy do Warszawy, każdy z nich miał tyle do czynienia, iż dosyć długo nie spotykali się z sobą. Mecenas dzień i noc zajęty był Spółką, Bronisław miał na widoku nabycie placu, który chciał zabudować na wzór pierwszego i wystąpić w nim ze wspaniałemi sklepami, na wzór paryskich Bazarów.. Potrzeba było znaleźć nietylko kapitał na kupno dosyć drogiego miejsca, ale na koszta budowy ogromne. Czyniono mu uwagi, że na taką skalę przedsiębiorąc budowę, która jedno tylko przeznaczenie mieć mogła, należało się upewnić, iż znajdzie się ktoś, co ją na ten cel wynajmie. Bronisław był przekonany, iż znaleźć się musi.
Nierychło Mecenas się z nim spotkał w resursie kupieckiej przy jakimś obiedzie. Pan Radca pierwszy się do niego zbliżył z bardzo uprzejmem powitaniem.
— No — nie tęsknisz po Wólce? zapytał żartobliwie, wlepiając w niego oczy.