Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a kto wie, jakich nakładów dobra zrujnowane wymagać mogą. Słowem zawikłania, troski wcale rodzicom, nawykłym do spokoju, nie potrzebne.
Trafiało to do przekonań starego i Mecenas zyskał wiele u niego rozsądkiem, jaki okazał. Zręcznie bardzo i ostrożnie dokonawszy, co postanowił pan Kalikst, odjechał wieczorem, żegnany jak najczulej, zostawując po sobie wspomnienie najmilsze.. Oboje starzy byli mu niewymownie wdzięczni, iż on, tak zajęty, mający interesów tyle, dla nich parę dni nie wahał się poświęcić.
Matka w nim znowu dawnego swego Benjaminka i złote serce znalazła..
Tajemnicą odwiedziny te długo być nie mogły, wiadomość o tem, że Kalikst jeździł do Wólki, że w niej dzień cały bawił, zrodziła niepokój, niemal trwogę.
Bronisław szczególniej się go obawiał, i o machjawelstwo posądzał.
Dowiedziawszy się o tem w mieście Radca, chociaż mu powiadano, że przypadkiem zabłądził Kalikst do rodziców, znalazłszy się w sąsiedztwie, kwaśny bardzo pospieszył do żony.
— Wiesz, rozpoczął zdaleka już, idąc do niej. Wiesz, Lolu, Mecenas jeździł do Wólki, był u rodziców, on, co nigdy na nic czasu nie ma, bawił tam cały dzień.
To ma znaczenie! On ze swą polityką i przebiegłością wszystkich nas w kąt zapędzi. Zoba-