Rodzeństwo (Kraszewski, 1884)/Tom pierwszy/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Rodzeństwo

Tom pierwszy

Wydawca Wydawnictwo
»Dziennika Powieści«.
Data wydania 1884
Druk Drukarnia «Czasu»
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Po odjeździe pozostawało przywrócenie porządku w domu, co ani prędko ani łatwo do skutku przyjść nie mogło. Od piwnic począwszy do strychu, wszędzie, wszystko było do góry nogami poprzewracane, bo w czasie tej trzydniówki, nikt o ładzie nie miał swobody pomyśleć. Spieszono się, chwytano, aby dogodzić wymaganiom, wiedząc, że stan ten nie potrwa długo.
Stary Konrad, wydawszy ostatnie śniadanie, siedział sparty na stole, i na kuchtów zdał obiad, bo mu już sił zabrakło.
Justysia w czasie pożegnań stała zdaleka, odpowiadając ukłonami na spojrzenia i ruchy, któremi się jej pozbywano, nieco zazdrośnie spoglądając na faworytkę. Wszyscy znajdowali, że Sędzina psuła sierotę i nadto się do niej przywiązywała..
Gdy Mecenas ostatni siadł do powozu, załzawiona staruszka, spostrzegłszy Justysię, podeszła ku niej z rękami podniesionemi, w milczeniu i ściskać ją poczęła.
Było to zarazem nieme podziękowanie i uznanie, że teraz tu ona dzieci zastąpić miała. Nie powiedziała jej tego, ale pomyślała staruszka. — Ona jedna jej została.
Dzieci rozbiegły się znowu, wnuków jej powierzyć nie chciano, ale miała tę sierotę, wychowaną jak własne dziecię, serce się nią zaspokoić musiało..
Justysia rozrzewniona także całowała ją po rękach.
— Musisz być na śmierć zamęczona, odezwała się w końcu staruszka — idź, proszę cię; odpocznij, połóż się, nie spałaś dnie, noce.. ja wiem.. Kredencerz i Mateuszowa cię wyręczy..
— A! niech dobrodziejka wierzy mi, całując w rękę Sędzinę, odpowiedziała Justysia — ja wcale tak zmęczoną się nie czuję. Jestem młodą, mam siły, pani by wypoczynku potrzebowała.
Staruszka nie odpowiedziała nic, choć w istocie nogi pod nią drżały.
Ani mąż ani ona nie mówili nic z sobą teraz o dzieciach, — obawiali się o jakieś niemiłe wspomnienie przypadkiem potrącić. Obojgu te dni nadziei i oczekiwanej radości zostawiły po sobie wyczerpanie i pustkę w sercu.
Czyją to było winą? Ich, czy dzieci?
Nie umieli sobie wytłumaczyć, ale skłonni byli obwiniać się sami o zbytnie wymagania, o surowość, o niedostateczne przejęcie się tym duchem czasu, któremu młodzież była posłuszną. Stary Szelawski po odjeździe zaczynał żałować, że się okazał tak nieużytym, szczególnie dla Kaliksta.. Powinien był, zdawało mu się — jakąś sumę poświęcić.. na próbę. Przez całe życie miał za zasadę, aby od dzieci zależnym się nie czynić i nie narażać ich na pokusę.. ale.. wszystko ma granice..
Zdaleka uśmiechali się sobie staruszkowie, unikając rozmowy, lękając się jedno drugie czemś zmartwić..
Sędzina nie skarżyła się, że jej wnuków odmówiono, on nie zwierzył się z rozmów z Bronisławem i Kalikstem..
W ciągu dnia potem dopiero zawiązała się rozmowa, a Szelawska pierwsza poczęła ją od wychwalania dwóch synowych, — podnosiła macierzyńską troskliwość Bronisławowej, piękne wychowanie Chryzia i czułość Julianowej; on przyznawał Mecenasowi, że się znakomicie wykształcił i był na drodze do wyrobienia sobie stanowiska wpływowego, a i Bronisław też olbrzymio robił fortunę. — Podnoszono troskliwie dobre strony, chociaż westchnienia przerywały rozmowy, a wejrzenia nawzajem się badały. Usiłowali wmówić sobie, że św. Jan pozostawił najmilsze wspomnienia. — Sam na sam z sobą pozostawszy, Szelawski długo chodził po pokoju, nim pacierz mówić rozpoczął, lice mu sposępniało, oczy mgłą zaszły, — mimowolnie powtarzało się w duszy. — Na starość człowiek jest drugim zawadą i ciężarem!!
Potrzeba było dni kilku, ażeby wzruszenia i wrażenia, które zjazd po sobie zostawił, zwolna się ukołysały i zatarły.
Zyskała na tem najwięcej, sama nie wiedząc Justysia. Sędzina, która już dawniej kochała ją jak własne dziecię, szukała teraz w tej miłości dla sieroty wynagrodzenia za wszystkie zawody, widziała w niej same doskonałości, była pewną, że przynajmniej to serce nigdy dla niej nie ostygnie. W początkach to przywiązanie wyrzucała sobie jak krzywdę wyrządzoną rodzinie, jak grzech prawie — starała się ostygnąć, ale powoli potrzeba kochania wzięła górę.
Wszyscy ją opuszczali, nic miała nikogo, mogłoż być grzechem przywiązanie się do sieroty, która ją jedną miała na świecie?
W oczach jej Justysia urastała co chwila, a że i Podkomorzyna ją wychwalając wtórowała, — widziały w niej prawdziwe cudo. W czasie zjazdu nowe dała dowody takiej pracowitości, skromności, pamięci na wszystko, takiego taktu w obejściu się z temi paniami traktującemi ją z góry, posługującemi się nią bez żadnego względu, że Sędzina czuła się w obowiązku za siebie i za nie jej zapłacić.
Szelawski w tym względzie zupełnie podzielał zdanie żony i również był wdzięczen Justysi.
Taksamo jak w Wólce pozostało dosyć chmurne wspomnienie tego zjazdu, z rozmów z dziećmi i wielu drobnych różnych faktów, które niepostrzeżone przeszły, a zostawiły po sobie wrażenie — tak i goście wywieźli ztąd odjeżdżając niesmaki, zawody i kwasy, nie przypisując ich sobie — ale przyczynę składając na starych.
Zdaniem ich wszystkich Szelawski zestarzał bardzo, stał się twardym i nieużytym, a w przekonaniach zastarzałych upartym, tak, że nawet mówić z sobą nie dawał.
Panie zarzucały Sędzinie, że na Justysię zlawszy całą miłość swą, dla nich zobojętniała — i widziały w czternastoletniej dzieweczce intrygantkę chytrą, fałszywą, przebiegłą i niebezpieczną.
Szelawska kilka razy zdradziła się z troskliwością swą o dziewczę, które się zamęczało — pochwycono to i komentowano. Pani Adolfowa znajdowała ją rozpieszczoną i za niewłaściwe uważała, że przypuszczano do salonu, gdy miejsce jej było w garderobie.
Państwu Julianowstwu Wólka wydała się smutniej, niż kiedykolwiek opuszczoną, oznaki skąpstwa w niej obrzydliwego, słowem każdy coś wywoził ztąd przykrego, bolesnego, groźnego.
Tysiące drobnostek przypominano sobie po drodze, znajdując je na przemiany rozśmieszającemi i oburzającemi. Pani Bronisławowa zaprzysięgała że nigdy tu już więcej dzieci wszystkich nie przywiezie z sobą. Taksamo Julianowa żałowała, że zabrała Chryzia, który nie miał dla siebie przyzwoitego towarzystwa i narzekał na rubaszne obejście się kilku rówieśników, którzy się z jego kostiumu i mowy wyśmiewali.
Kalikst był zrażony, ale nie rozpaczał, widział tylko, że z ojcem postąpił sobie nietrafnie i że na pozyskanie go innych środków użyć było potrzeba. Starał się je obmyśleć zawczasu..
Państwo Adolfowstwo, poddawali naturalnie najsurowszej krytyce i całe towarzystwo, w które się wmięszać musieli i składowe części jego, nie wyjmując rodzeństwa. Dla Sabiny obie bratowe wydawały się szczególniej tem śmieszne, że nie mając smaku ani pojęcia prawdziwej elegancyi i dystynkcyi zdawały się ubiegać o okazanie obojga. Każdy ruch, każde słowo Bronisławowej i Julianowej przedziwnie były komentowane i dostarczyły obfitej treści rozmowom przez całą drogę. Nie zważała na to matka, że wyśmiewając tak rodzinę uczyła syna nieposzanowania dla niej i lekceważenia. Chryzio nawet czasem dosyć trafnie dopomagał matce, co ją i ojca cieszyło, chociaż nie dowodziło nic, bo ujemne strony nawet najniedołężniejsze chwytają umysły.
Nieznaczne na pozór były te skutki zjazdu, ale wszystkie te drobnostki wraziły się w pamięć, utkwiły w sercach, każda z nich czemś zachwiała, coś osłabiła, nadwerężając węzły, które właśnie zbliżenie się członków rodziny wzmocnić były powinny.
Ze starych sług Wólki, których goście sowicie obdarzyli na odjezdnem, nikt się z podarków nie cieszył, tak były po pańsku rzucone, tak widocznie przeznaczone dla zaskarbienia sobie tylko rodziców łaski. Żadne słowo serdeczne im nie towarzyszyło.
Rozumie się, iż panie o Justysi też nie zapomniały, każda z nich przyjechała ze zwykłym podarkiem dla niej — odmówić ich przyjęcia nie było podobna, a dziewczę upokorzone się czuło niemi i wcale jej one nie sprawiały przyjemności.. Nie były też zastosowane do jej potrzeb i położenia. Pani Adolfowa zostawiła jej kosztowną broszę, której sama nie nosiła, bo modną być przestała, a dla Justysi była nazbyt wspaniałą; Julianowa ciężką bransoletę, dla młodego dziewczęcia niewłaściwą; Bronisławowa zbyła się pięknej mantylki, sprawionej dla siebie, ale nie przypadającej jej do smaku..
Stary Konrad zebrał kilkadziesiąt rubli, ale ani jednego dobrego słowa, ani jednej pochwały, któraby go była rozweseliła. Drwiący ton z jakim pan Adolf wspomniał mu o pastecie, utkwił w pamięci starego.. A na ten pastet rachował on tak wiele!
Tydzień już upływał po świętym Janie, a dom w Wólce jeszcze do spokojnego swojego zwykłego trybu życia nie mógł powrócić. Wspomnienia zakłócały spokój, w gospodarstwie ciągle coś jeszcze trzeba było na dawne miejsce stawić i szczerby jakieś wypełniać.
Taksamo nie było długo końca rozprawom pomiędzy rodzeństwem o tem, co tu widzieli i słyszeli. Jeden Kalikst zamknięty w sobie, dumał i nic nie mówił.
Rozmyśliwszy się, pan Adolf Słupski przyznawał się do winy, iż Julianowstwo próżności i pretensyj nabrali, usiłując jego i żonę naśladować, nie obrachowawszy jak wielka majątkowa i towarzyska przestrzeń ich od siebie dzieliła.
Z wielką bystrością poglądu pan Adolf przekonywał żonę mnóstwem drobnych szczegółów, jak to naśladownictwo było widocznem a niezręcznem, a każdego roku wydatniejszem się stawało. Sabina wcale nie broniła brata, a tem mniej pani Julianowej. Woleli oboje pana Radcę, który wprost tylko dobijał się pieniędzy.
Z małemi warjantami zarzuty te nieusprawiedliwionych pretensyi, powtarzały się wszędzie.
W powrocie do Warszawy Julianowstwo wyprzedzili braci, pospieszając do domu; Mecenas później rozstał się z Bronisławem, mając wyznaczony termin, na który się stawić musiał. Rozpierzchli się więc wszyscy, powracając do tych kółek i ludzi, w których nawykli się byli obracać.
Stary Szelawski, parę dni spędziwszy na rozmyślaniu o tem wszystkiem, co słyszał od dzieci — uczuł potem potrzebę — usprawiedliwienia się przed samym sobą, uporządkowania interesów i rozpatrzenia się w nich. Zarzucano mu zaniedbanie się i bojaźliwość — Julian chciał, aby dobra nabywał i pałacyk budował, Bronisław namawiał na spekulacye, Kalikst żądał, aby do spółki należał, obiecującej dywidendy bajeczne. Stary Szelawski pytał sam siebie, czy w istocie tak się zaniedbał i zawinił nieporadnością?
Zdziwiona nieco staruszka, znalazła go zakopanego w papierach i rachunkach, z piórem za uchem, robiącego rodzaj inwentarza, sprawdzającego regestra, dobywającego notatki. Szelawski chciał sobie samemu dowieść, czarno na białem, iż może nie był tak złym gospodarzem, i że przy skromnych życia potrzebach, powiększył także swe mienie...
W istocie lice mu się wkrótce rozjaśniło, przyrost majątku, samą niemal oszczędnością nagromadzony, był znaczny.. W sumieniu czuł się czystym, i mógł się też nim pochlubić. Gospodarstwo szło wszędzie dobrze, kapitałom poumieszczanym na pewnych hypotekach, nic nie zagrażało.. Majątek nie rósł może tak szybko, jak w rękach Bronisława, ale też nie był narażony na straty.. Staruszek wstał od stołu prawie dumny, pochwalić się tem jednak nie mógł, gdyż — synowie byliby tem więcej wymagający.
— Przekonają się po śmierci mojej, iż nie tak byłem opieszałym i nieudolnym, jak sądzili. Oddadzą mi sprawiedliwość.
Spokój powrócił na jasne oblicze staruszka, a Jejmość mogła się tem pocieszyć, że znowu go widziała swobodnym na umyśle, krzepkim na ciele, czego pierwszym dowodem było, że z Justysi i Kunaszewskiego począł po staremu żartować, jednę prześladując umywaniem się, drugiego chybionemi przepowiedniami pogody i barometrem z pijawek...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.