Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pozostawić co się zowie pańską fortunę. — Nowe nabycie przeznaczamy dla Chryzia...
Zjechawszy na kilka godzin, Julian zabawił półtora dnia, nadzwyczaj był słodkim i miłym, umiał się przypodobać ojcu, ująć matkę i miłość ich dla siebie odżywić.
Nadzwyczaj szybko wiadomość o tej bytności w Wólce Juliana doleciała do Warszawy, tak, iż posądzać było można Mecenasa, że miał swojego korespondenta na miejscu, który pospieszył donieść mu o tem. Kalikst natychmiast udzielił nowinę Bronisławowstwu, na których ona popłoch rzuciła. Oni tedy jedni z całej rodziny, okazali się najozięblejszymi dla rodziców, którzy im mogli obojętność wyrzucać.
— Niema sposobu — odezwał się Bronisław do żony, przynosząc wiadomość. Trzeba koniecznie być w Wólce.. Ja, mógłbym pojechać, ale to teraz nie starczy, nietylko my oboje musiemy być u rodziców, ale bodaj i z dziećmi. Babka je kocha i łakoma jest na nie. Potrzeba się wybrać na dni kilka, a ja nawet byłbym za tem, ażeby na parę miesięcy powierzyć babce Jadwisię.
— Za nic w świecie! zaprotestowała matka. Co to — to nie. Kilka dni, jeżeli koniecznie potrzeba, gotowam zabawić, ale Jadwisię oddać — nie mogę, nie mogę! Odebrać mi ją potem będzie trudno.. nie!!
Bronisław nie nalegał na tę ofiarę, ale przy