Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Rodzeństwo 01.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lawskiej Justysia, mocno zarumieniona, zmięszana tem bardziej, że uściskawszy matkę, Kalikst się zaraz zwrócił do niej, pozdrowił ją i dopytywać zaczął o zdrowie i t. p.
Stary Szelawski przeżegnał się widząc syna pochwycił go zaraz do siebie. Przez cały dzień ten do wieczora, życie i ruch wielki panowały w spokojnym dworku, bo Mecenas zapowiedział, że poświęciwszy go rodzicom na całą noc wybrać się musi z powrotem. Tysiące rzeczy było do opowiadania, Mecenas był w najlepszym humorze, a Szelawski przy nim ożywił się i odmłodniał.
Nie próbował tym razem prawnik namawiać do udziału w przedsiębiorstwie, dla którego pracował, ale mu rozwijanie się jego malował z zapałem, ciesząc się tem, że wszystkie przewidywania szczęśliwie się ziściły, a przyszłość zapowiadała świetnie.
Korzystał z dnia tego Mecenas, mając w ciągu pobytu sam na sam z rodzicami dość czasu do rozmówienia się o wszystkiem, o wszystkich poufnie, szeroko — jak nigdy.
Po obiedzie, gdy Podkomorzyna i Kunaszewski odeszli, Justysia znikła, Mecenas na wspomnienie o Bronisławie i jego interesach — począł od pochwał Radcy, zabiegliwości jego, pracowitości — trafnego sądu i rachub dosyć szczęśliwych, ale — ale zarazem ubolewał, że go wciągnięto w potajemną grę na giełdzie, rzecz niebezpieczną, — znaj-