Psyche z Lucyana, Apulejusza, Marina

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Andrzej Morsztyn
Tytuł Psyche z Lucyana, Apulejusza, Marina
Pochodzenie Poezye oryginalne i tłomaczone
Wydawca Nakładem S. Lewentala
Data wyd. 1883
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PSYCHE
Z LUCYANA, APULEJUSZA, MARINA.
DO JEGOMOŚCI PANA
STANISŁAWA Z RACIBORSKA
MORSTINA
Kasztelana Czerskiego.

Nie mądréj ci to, bracie, sprawa głowy
Słać drwa do lasa i do Aten sowy
I wiersze do ciebie.

Przyjm jednak wdzięcznie młodości méj czyny,
Dobyte szczęściem, z prochu, z pajęczyny,
Która zazdrośnie twoje prace grzebie.

Nie zawsze swoje miło, i bez sromu
Idziesz na obiad, choć masz co jeść w domu.
Wiem ja, że niebo nikomu

Nie dało z drugim jednakiego smaku.
Tak ludzie na świecie żyją:
............
Może być, że-ć się moja Muza chuda
Między wyborem twoich wierszów uda;
Ale jeźli się omylisz w swym braku

I znajdziesz słowa twarde, wiersz nie słodki,
Pomnij, że to plotki.

I że nie z téjże grają głosów swory,
Ani tym tonem tańce, co nieszpory.

Kiedyby się to Muza ośmieleła
Śpiewać twą godność i odważne dzieła
Tak głośno, jak ich jest sieła:

Żeś nam w posiłku przywiódł Tatarzyna,
Żeś bronił Czehryna;

Że Kraków mając sobie powierzony,
Dwa razy-ś stróżem był polskiéj korony;
Żeś krwią chocimskie zafarbował wały;
Że cię i Lublin i sejmy poznały,
Że Wiedeń widział jak chrześcijanina:
 
Wtenczas wyższego dobywałbym tonu;
Teraz krewności słuchając zakonu,
Lubo twój sługa do skonu,

Nie rzekę więcéj, i miéj dosyć na tem.
Śpiewałbym głośniéj, gdybyś nie był tem

I.

Bitwa — nie pokój; śmierć to jest, nie życie,
Co my niesłusznie zowiemy żywotem,
Gdzie się ból z żalem przez różne powicie,
Płacz z krzywdą miesza, nieszczęście z kłopotem;
Lecz gdy fortuna srożeje sowicie,
Serce się mężne, chociaż z ciężkim potem,
Stawia odporem i odwagą chyżą
W zbroi trwałości, za cnoty paiżą.

II.

Rózga nas podczas ojcowska ubije,
Lecz od téj ręki raz nie jest głęboki,
I tylko z suknie kurzawę wybije:
W pręciu ma karę, w odziemku patoki.
Kto po tym morzu w chybkiéj nawie szyje,
Nie tonie, choć go to w grunt, to w obłoki
Wał rzuca; gdy ma, na wiatrów wścieklinę,
Statek za kotew, cierpliwość za linę.

III.

Wprawdzie-ć ta karność groźnego patyka
Przykra się widzi z pierwszego pozoru.
Ale jak gorzki trunek od medyka
Przeczyszcza duszę i broni od moru,
Jabłoń za rany z ręki ogrodnika
Płodności najmniej nie uchybi toru,
I posąg, im go głębiéj dłuto bierze,
Tym w gładszéj stawa i trafionéj mierze.

IV.

Krzemień swych złotych iskier nie wypuści,
Choć wewnątrz ogniem nadziany jest żywem;
Aż z utajonych i twardych czeluści
Ręka je wytnie stalowym krzesiwem;
Struna jest niema, póki nie rozpuści
Na instrumencie biegu palec krzywem.
Gdy ją uderza, uszy dźwiękiem chwyta
I tym wdzięczniej brzmi, im jest barziéj bita.

V.

Sukno nie wprzód się kosztownéj posoki
Napije, aż przez stępę przejdzie w młynie.
Bez ciężkich cepów, bez prasy, bez tłoki
Nie dojdziesz smaku i w zbożu i w winie.
Poddęty płomień wznosi się w obłoki,
Wągiel wzruszony nie tak prędko ginie,
Piłka odbita tym potężniéj skoczy,
Cyga się chyżéj biczem wścięta toczy.

VI.

Kłopot i niesmak probierne są piece,
W których się cnota hartuje i czyści.
Do wygranéj się próżno pnie i miece,
Kto się obawia przeszkód nienawiści.
Musi fortuna w swojéj miéć opiece
I choć nierychło, przecie się uiści.
Bowiem po trudach cnota wieczno-żywa
Wyrgnie nakoniec na wierzch jak oliwa.

VII.

W odległych krajach, a królewskim domu
Trzy córki były, w które tak wlepiła,
Co kiedy mogła natura dać komu
Darów, że swoje skarby wypróżniła;
Ale najmłodsza, nie bez starszych sromu,
Najudatniejsza i najgładsza była;
Że przez brak starszym zazdrosny i ostry,
Jak siostry obcych, przechodziła siostry.

VIII.

Starsze (co obcy przyznał im i krewny),
Choć niezwyczajnéj miały dar urody,
Mógł się jednak ich gładkości dać pewny
Opis językiem, bez ujmy i szkody.
Ale najmłodszéj wyborność królewny,
Tak przenosiła wymowy, dowody,
Prawdziwą sławę, pochlebne pochwały,
Że jéj wieść godnéj nie mogła dać chwały.

IX.

Z państw i samsiedzkich i z dalszéj krainy
I cudzoziemskie i bliższe narody,
Chcąc wiedzieć prawdę tak głośnéj nowiny
I ten cud widzieć, bieżeli w zawody;
A obaczywszy twarz ślicznéj dziewczyny,
Nie widząc prawdy, z ogłosem niezgody,
Przyznali się być nader zadumani
Na wieki oczom swym obowiązani.

X.

Nieustraszeni długiemi drogami
Sławni malarze, subtelni snycerze
Biegli z dłutami, z pęzlem i z farbami,
Chcąc ją na płótnie, kamieniu, papierze
Wyrazić w posąg i kupersztychami;
Ale się w swoje obróciwszy szczerze
Martwe roboty, padły im przez dzięki
Pęzle i dłuta z otrętwiałéj ręki.

XI.

Ta boska gładkość już tak wszytkich łudzi,
Takie i w zimnych sercach rany czyni,
Że ją jak ziemskie bóstwo głos wszech ludzi
Wysławia; nawet na miejsce bogini
Téj sadza, która miłość w piersiach budzi
I któréj mali służą Kupidyni.
One już chwalą i jéj ślicznéj cerze
Dają dank, który dawali Wenerze.

XII.

Wzmaga się sława o tym bóstwie Psychy
(Bo ją tak zwano) i codzień wzrost bierze,
I choć ona téj nie jest chciwa pychy,
Do niéj się wszystkie rzuciły pacierze.
Już Pafos pusty i Amatont cichy;
Nie znać Wenery w Gnidzie, ni w Cyterze.
Żaden tam więcéj, ani pątnik stary,
Ni biegły pielgrzym nie niesie ofiary.

XIII.

Niémasz do dawnych ołtarzów nacisku,
Ani darami świecą się kościoły.
Miasto pachniących dymów na ognisku,
Rozdęte leżą i zimne popioły.
Na uwieńczonym przedtym obrazisku
Tylko już łubek z pajęczyną goły.
Wszyscy się służby Wenery wyrzekli,
A chwalić Psyche bieżą jako wściekli.

XIV.

Tak każdy mniema, który tylko zoczy
Jéj kształt cudowny od stopy do głowy
I blask, który twarz rozsyła i oczy,
Że niebo ludziom zesłało cud nowy,
Że to nie Wenus, ta która z warkoczy
Skropiła morską rosą brzeg Cyprowy.
Lecz że ta Wenus z nieba się odżywa,
Gładka i czysta, piękna i cnotliwa.

XV.

Tymczasem dawna bogini miłości
Widząc, że dziewczę wznosi się śmiertelne
I że kto inszy w jéj świątyniach gości
I gładkości się pysznią skazitelne,
Gryzie się w sobie i rzuca w żałości
Nieme łajania, groźby niezrzetelne,
I grożąc ręką, potrząsając głową,
Z taką z zgrzytaniem porywa się mową:

XVI.

„A jażem-to? ja, która z pomieszanych
Kawalców niebo zebrałam w gromadę?
Com założyła z niezgód pobratanych
Nasiennik rzeczy i świata osadę?
Jaż-to, królowa gwiazd niepokalanych,
Z których przyjaźni w serca ludzkie kładę?
Jaż-to, co płodność świata mam na pieczy,
Matka najpierwsza i mamka wszechrzeczy?

XVII.

„A wzdy chce w szranki wchodzić z moim bóstwem
Stworzenie liche i ciało ułomne
I śmie się cieszyć chwalców mych ubóstwem
I miejsce sobie zapisać potomne.
Ścierpię-ż to, że do jéj ołtarzów mnóstwem
Pójdzie z mą wzgardą pospólstwo nieskromne?
Tak-to bez kary, a przez ludzkie błędy
Nie sobie winne odniesie obrzędy?

XVIII.

„Już się to ona, jakoby wygrana
Z jéj strony była, ze mną towarzyszy,
I, chcąc za nową Wenerę być miana,
Tytuły mojéj namiestniczki słyszy,
A jeszcze to: mnie (co mi niewytrwana)
Za małpę mają, a jéj sława w ciszy.
Skąd nie tylko się (to najbarziéj cięży)
Wadzić śmie ze mną, ale i zwycięży.

XIX.

„Cóż mi potym być Jowiszową córą?
Na co się synem wszechmocnym kokoszę,
Jeżeli ojcu będę samowtórą?
Co stąd, że, harda z sił moich, przenoszę
Okiem niebiany, i me równe górą,
Kiedy afronty tak wielkie ponoszę?
I naco wszędzie, gdzie jasnością dniową
Słońce dorzuca, zowią mię królową?

XX.

„Ja-m ci to przecie w zawołanéj zwadzie
Dank niezrównanéj gładkości odniosła,
I jabłko z złota, swarliwe w zakładzie,
Dla którego zaś Troję greckie wiosła
W misternéj końskiéj wywróciły zdradzie.
A nie z podłemi wtenczas sporka rosła,
Kiedy Minerwie ten fant odmówiony
I wielkiéj dufność zniżona Junony.

XXI.

„A teraz jedna białogłowa licha
W takąż grę chce się kusić o wygraną?
I z nieba mię już i z méj czci wypycha
I władać sferą chce, mnie w rząd oddaną?
Ale niedługo ta duma w niéj dycha;
Wnet jéj te chluby kością w garle staną:
Pozna, co umie Wenus, kiedy mściwa.
Kto pomstę zwłacza, wzgardy mu przybywa.

XXII.

„Ktokolwiek jest ta moja następczyni,
Z tak wysokiego zrucę ją wnet progu.
Dowie się niewczas, jak to głupie czyni,
Że się któremu śmiała równać bogu,
I twarz, z któréj się pyszniła, obwini,
Gdy jéj hardego przykro przytrę rogu.
Stój, konkurentko! Rzeczą, a nie słowy
Nauczę cię ja!“ — Tak kończy swe mowy.

XXIII.

I na wóz wsiada, a włożyć na syna
Tę sprawę myśli i pomsty sposoby;
Lecz nie wie, która trzyma go kraina.
Skąd swe gołębie wstrzymywa jakoby,
I długo szuka darmo Kupidyna,
Lubo wie, które bawią go osoby.
Ale on sztuczny, i kiedy chce, wszędzie
Umie się taić i znikomym będzie.

XXIV.

On się, w jaką chce, postać wnet wyszpoci,
Ślad myląc, traci o sobie i wieści:
Raz się w rosłego olbrzyma obróci
I wielkim dziełem moc swoję obwieści,
Wnet zaś w kusego karła tak się skróci
I w szczupłe usta, w dołek jagód zmieści,
Że i ten, co mu źle gospodaruje,
Nie wie o gościu i nic go nie czuje.

XXV.

Szuka go Wenus naprzód między Greki;
Ale tam tylko i szable błyszczące
I na krew ludzką rozdarte paszczęki
I bisurmańskie znajduje miesiące.
Stamtąd woźnikom popuszczając ręki,
Pomija brzegi od ognia gorące
Sykulskiéj Etny; aż ją powóz płochy
Wysadza między zalotnemi Włochy.

XXVI.

Ale tam, miasto miłości, plugawe
Widzi nierządy, opaczne chciwości,
Zazdrość zbrodnistą, podejrzenia krwawe,
Wolność wygnaną, wszędy pełno złości.
Stąd idzie między Niemkinie łaskawe;
Lecz tu Kupido nie barzo rad gości:
On chce zapałów, do krwie i do garła,
Tu zimna miłość i jakby umarła.

XXVII.

Przewozi się stąd między oddzielone
Od świata morzem naszego Brytanny,
W kraje gładkością od wieków wsławione,
Gdzie i dowodzą i królują panny;
Ale zastawszy piaski krwią skropione
Niewinną, i z rąk świętokradzkich ranny
Królewski tułów, o straszne przykłady!
Nie może patrząc na poddanych zdrady.

XXVIII.

Pewna już o nim na przeciwnym brzegu,
Przebywa morze w lot między Francuzy.
Tu on więc mieszkał, tu w płci równéj śniegu
Serca krępował i sadzał do kluzy;
Tu mając dziewki, jakich w swoim biegu
Słońce nie widzi, od Gades do Suzy,
Skrzydła był odpiął, a oręża z złota
Nosili za nim żart, śmiech i pieszczota.

XXIX.

Darmo go jednak szuka we dnie, w nocy:
Bo tu tak siła znalazł do roboty,
Że musiał sobie przybrać do pomocy
Młodszych braciszków, którym kołczan złoty
Rozdał, żeby swéj spróbowali mocy;
A sam zwątlony, bez sił, bez ochoty,
Na odpoczynek odważył się z nową
Do Polski zjechać Kupido królową.

XXX.

Wenus się po nim puszcza na delfinie
I porze morskie wały jak na spławie.
Mija Niderland i do duńskiéj skrzynie
Nie płaci myta w Zuntcie na przeprawie.
Nakoniec stawa tam, gdzie Wisła ginie,
Przy gdańskim porcie, i stąd ku Warszawie
Płynie, gdzie w gęste ubrawszy się chmury,
Wchodzi nieznaczna między pańskie mury.

XXXI.

Jest pałac, na wiślne patrzący wody
I na zarzeczne miasta i żuławy,
Opasan wkoło ślicznemi ogrody.
Tu więc królowa miewa swe zabawy,
Kiedy wieczorne pozwalają chłody
I liście broni Febowi przeprawy.
Tam ją zastała wtenczas Erycyna,
Z swemi nimfami siedzącą, i syna.

XXXII.

Zadziwiła się: nie wie, czy na ziemi,
Widząc królową, czy stanęła w niebie.
Nie śmie jéj równać z duchy niebieskiemi:
Wyżéj ją kładzie bogiń, wyżéj siebie,
I zwyciężona blaski niezwykłemi,
Urodę własną poniża i grzebie,
I mówi, tłumiąc swe zazdrości ciche:
Podobno-ć to ja, podobnoć to Psyche?

XXXIII.

Widzi między jéj nimfami Cypryna
Różne gładkości, śliczność na gromadzie.
Już zapomina karać Kupidyna,
Ledwie już pomni o Psysze, o zwadzie
I nie ma za złe, że płocha dziecina
Zabawiła się w tak rozkosznym sadzie.
Wie dobrze, czego szukają więc młodzi;
Skąd łaje żartem i groźby łagodzi.

XXIV.

„Przyznawam, synu (mówi), że nie głupie
Obierasz sobie zabawy zalotne.
Znajdziesz, czego chcesz, w tak wybranéj kupie,
Ale téż znajdziesz okowy stokrotne,
I łupem będziesz, gdy padasz na łupie.
Przestrzedz mię jednak było, bo już lotne
Ledwie dychają moje gołębice,
Pościgając cię przez różne ziemice.

XXXV.

„Ty, coś zwykł rządzić i panować wszędy,
Odpiąłeś sajdak i skrzydła-ć nadgręzły;
Jak ogrodniczek pilnujesz tu grzędy.
Znać, że cię smaczne przytrzymały węzły.
Wpadłeś w labirynt i w niezwrotne błędy,
Ale-ć ratunek niosę, matka, niezły:
Wyprowadzę cię, i miasto pieszczoty,
Do sławniejszéj cię obrócę roboty“.

XXXVI.

—„Mylisz się, matko, i mylisz dwa razy —
Odpowie jéj syn. — Ta śliczna gromada
Przewyższa wszytkie grzeczności wyrazy,
I nie tykaj jéj w niczym, moja rada.
Do mnie téż płonnéj nie szukaj urazy;
Żadna tu we mnie nie znajdzie się wada.
Nie zabłądziłem ja tu na zaloty,
Alem się uczyć, matko, przyszedł cnoty.

XXXVII.

„Widzisz tę panią? Ta-to jest, co kraje
Tuteczne rządzi i sarmacką stronę,
Któréj wielki król wolność swą poddaje
I wkłada na jéj warkocze koronę.
A kiedy bratu śmiercią rządy wzdaje,
On jako spadkiem bierze ją za żonę:
Jakby korona wraz chodziła z wdową,
Nie chce być królem tylko z tą królową.

XXXVIII.

„Cesarze greckie, mantuańskie pany
I krew Gonzagów i Paleologi,
Dom lotaryńskich książąt zawołany
I sławnych królów francuskich rząd srogi
Liczy w swym rodzie, i stąd bez nagany
Mogłaby zasieść miejsce między bogi;
Ale jéj godność, nad wszytkie przykłady,
I starożytność przewyższa i dziady.

XXXIX.

„Przewyższa wielką fortunę umysłem,
Umysł rozumem, rozum wszelką cnotą.
Jako nad bajką i pięknym wymysłem,
Zdziwi się przyszły wiek nad jéj robotą,
Nad zdrową radą, nad mieszkiem nieścisłem,
Gdy między stany stwierdza zgodę złotą,
Albo zachęca na nieprzyjacioły,
Albo funduje szpitale, kościoły.

XL.

„Posag rzęsisty i drogie klejnoty
Na Ottomanów i na wojnę świętą,
Na zaszczyt granic oddaje z ochoty;
Ale imprezę mądrze rozpoczętą
Rozbija zazdrość, z złości, czy z ślepoty.
Przypłacisz tego z stratą niepojętą,
Głupi Polaku, i w ciężkiéj przygodzie
Ganić twój upór będziesz, lecz po szkodzie.

XLI.

„Widzę straconą przez to Ukrainę,
Korsuń, Pilawce, Batow, klęski gorskie,
Widzę złączoną kozacką drużynę
Z krymskim biegunem, w hufce petyhorskie;
Widzę (że zdrady domowe pominę)
Moskwę i Węgry i wojska zamorskie,
Skąd przyjdzie państwu z śmiertelną tęsknicą
Szukać, mieszkając, rady, za granicą.

XLII.

„Ale i stamtąd ta odważna pani
Powrót do Polski i tronu wyśledzi.
Sama tam rządzi, radzi i hetmani,
I lubo Kraków już posiedli Szwedzi,
Że się do wiary powrócą hetmani,
Że znaczne dadzą posiłki samsiedzi,
Jéj-to robota; ona Bisurmańca
Kupi i męża powróci wygnańca.

XLIII.

„Powraca w Polskę, opuszcza kraj śląski,
Kraków odebran za jéj dobrą sprawą;
Ona z stanami czyni nowe związki,
Ona zatacza działa pod Warszawą,
Odbiera Toruń, kraj pruski niewąski,
I tryumfuje nad zazdrością żwawą;
Nakoniec, matka ojczyzny prawdziwie,
Wieczysty pokój zawiera w Oliwie.

XLIV.

„Nie dosyć na tym, widząc się niepłodną
I przeczuwając przyszłe mieszaniny,
Chce za żywota, łaską dzięków godną,
Wcześnie opatrzyć królem te dziedziny;
Lecz i w tym Polskę znajduje niezgodną.
Nie wal na prawo, o Polaku! winy:
Chciwość, niesłowność, praktyki i płonne
Nadzieje w zguby pędzą cię nieschronne.

XLV.

„Niegodna ziemia zdobić się nią dłużéj
I prosto w niebo po pracach zajedzie,
Gdzie (jak powieki wiecznym snem zamruży)
Przebierać będzie w pierwszym bogów rzędzie,
A jeszcze więcéj, niż weźmie, zasłuży,
Lubo trzeci raz na tronie zasiędzie,
Lubo Dyannie łuk, Junonie zerwie
Koronę z głowy, tarcz z ręku Minerwie.

XLVI.

„Ty sama, matko, będziesz od niéj w ciszy,
Ani się ona naprze twojéj strzały,
Ani się z twoim Marsem stowarzyszy;
Zostawi-ć w cale pochodnie, zapały
I wszystko, czym więc twoja szkoła grzészy.
Lecz dosyć o niéj. Teraz orszak biały
Jéj nimf uważaj. Przyznasz to bez sporu,
Że taka pani godna tego dworu.

XLVII.

„Ta, co pociągłym ognie rzuca okiem
I szkarłat z mlekiem w równe miesza szyki,
Tak, jak ty, matko, włada serc wyrokiem
I monarchią rozciąga podwiki;
Gdzie się zamierzy, z rozjazdem szerokiem,
Pewnym obłowem to napełnia wniki,
I kędykolwiek swe sidła zastawi,
Popęta serca Bez Sen ([1]) i na jawi.

XLVIII.

„Ta pierwsza twarzą, choć ostatnia laty,
Zrodzona między grzecznemi Francuzy,
Zdolna jest spalić w popiół oba światy,
Od wschodu słońca, aż gdzie się zanurzy.
Nie żałuj serca w takie ręce straty!
Jeśli jéj niebo żywota przedłuży,
Jéj zbytnia gładkość, co dopiero świta,
Przed swym południem i króle pochwyta.

XLIX.

„Czy możesz, matko, myśl tam zaciec śmiele!
Jakie ozdoby i jakie ponęty
„W kupę się zeszły w tym anielskim ciele!
Dowcip i rozum niemniéj pewnie święty.
Zgoła z niebieskiéj poszła parentele,
Bo wszytkich bogów w niéj jest skarb zamknięty;
Skąd wotem serca niosą jéj w podarki,
Jak do kościoła i jako do Arki ([2]).

L.

„Angielka rodem i płcią nad anioła,
Co za nią idzie, królów w rodzie liczy.
Anioł dowcipem, głosem anioł zgoła;
Twarzą zawstydza i przykładem ćwiczy
Swe towarzyszki. Nie czary, nie zioła
Sławne jéj często poddają zdobyczy:
Cnoty i rozum i kształt niezmierzony,
To są jéj pęta i trwałe Cordony ([3]).

LI.

„Ta cudzoziemka, co piękną odmianą,
Białą płeć z czarnym pomięszała włosem
I zęby z pereł z farbą warg rumianą,
Bystrym dowcipem i słowiczym głosem

I obyczajów krasą niewidaną,
Włada, jak pani, swoich więźniów losem,
I jakoby to nie o garło grali,
Tak do niéj bieżą i wielcy i Mali ([4]).

LII.

„Widzisz tę, matko, co różanéj zorze
Na świat dopioro podobieństwem wschodzi?
Ach! grozi ogniem, gdy stanie w swéj porze.
Jeśli na wschodzie serca ludzkie szkodzi,
Cóż się jéj zdoła oprzéć o nieszporze?
Strzeżcie serc waszych, moja rada, młodzi:
Bo byle które na jéj blask na Tarło ([5]),
W wieczną niewolą zasiędzie na garło.

LIII.

„Przypatrz się i téj wspaniałéj postaci!
Przyznasz, że ciało właśnie jak z tokarnie.
Sznycerz i malarz pewnie zakład straci.
A tym się chętniéj każdy do niéj garnie,
Że dobry humor z piękną twarzą braci.
Poddaj się każdy, nie trać czasu marnie,
Bo ani rozum w takowym płomieniu,
Ni Woda ([6]) radzi, choć ją ma w imieniu“

LIV.

Chciał jeszcze dłużéj rozwodzić się z słowy
I pozostałe opisać dziewice,
Ale Wenera nie ma wolnéj głowy;
Pomni o Psysze. Nadto, śliczne lice
Tych nimf czynią jéj jakiś postrach nowy,
Żeby się do jéj nie pięły stolice.
Stąd Kupidyna z królewskiego sadu
Wywodzi, pełna i strachu i jadu.

LV.

Wtym go obłapia i wszelkie pieszczoty
Wywiera; prosi przez święte pochodnie,
Przez łuk wszechmocny i przez kołczan złoty,
Aby się pomścił zniewagi jéj godnie
I żeby, z winnéj ku matce ochoty,
Pokarał wszczęte na jéj wzgardę zbrodnie.
Całuje go w twarz, a szyje się wiesza,
Prośby ze łzami macierzyńskie miesza.

LVI.

Wyniosłą dumę swojéj przeciwniczki
Z gniewem, z przydatkiem synowi powieda,
Że dufna w gładkość i krwawe policzki
I cudne oczy, wprzód i bogom nie da;
Że mniema, że jéj za trochę farbiczki
I za włos złoty Jowisz niebo przeda.
Prosi go tedy, żeby za te chluby
Związał ją z brzydkim chłopem w tęskne śluby.

LVII.

Żeby ten mąż był stary, siwobrody,
Zwyczaje z dziećmi, ćwiczenie miał z chłopy;
Żeby był skąpy i osadzon wrzody
I gruntu swego nie miał na dwie stopy;
Żeby miał w gębie i pod pachą smrody,
Rozumu w głowie, w mieszku nie miał kopy;
Żeby nie władnął dobrze żadnym członkiem.
Takim ją każe pokarać małżonkiem.

LVIII.

Wiedzie go zatym tam, kędy dziewica
Cudowna z swemi bawi się sługami.
Tak drobne gwiazdy giną od księżyca,
Tak tryumfuje róża nad chwastami.
„A toż jest (mówi) moja przeciwnica!
Ta to jest, co się w rzęd wpisała z nami.
Ty, synu, proszę, jako tego godna,
Ponurz ją w wszelkim nieszczęściu aż do dna“.

LIX.

Z tym go odbiega i powietrznym biegiem
Każe gołębiom rozpościerać skrzydła
Wprost ku Cyprowi, gdzie nad pierwszym brzegiem
Zdejmuje z nosów woźnikom wędzidła,
I na delfinie, między ryb szeregiem,
Rozgania morskich mokrodziwów bydła.
Ale Kupido przy Psysze zostaje
I patrząc na nią, kamieniem się staje.

LX.

Patrzy na oczy, dwie słońca, czy nieba,
Które pałają jasnością tak hojną,
Że z nich wprzód bitwa, wprzód bywa potrzeba,
Wprzód i przegrana, niż pogrożą wojną.
Skąd nędzne serce, widząc, że nie trzeba
Dufać obronie, choć potęgą zbrojną,
Kiedy się prosić o żywot zanosi,
Pierwéj polęże, niż quartir uprosi.

LXI.

Słonecznym oczom nie ustąpi zorze
Zafarbowana rumieńcem jagoda,
Któréj się mleko tak miesza w kolorze
Szkarłatnym, jako na jabłku z ogroda;
A tak się w zgodnéj przebijają sforze,
Że ich rozdzielić i pomyślić szkoda;
Tak tam natura dziwnym łączy czynem
Blejwas z cynobrem, śniegi z karmazynem.

LXII.

Przechodzą różą, kiedy krwawe liście
Świeżo rozwija, nietykane wargi;
Wschodnie rubiny tracą oczywiście
Farbę, zrównane, i zakład, bez skargi.
Nic tak wonnego Saba, nic tak iście
Smacznego, nie śle Indya na targi.
Mowę, westchnienie, śmiech-li w ustach miała,
Serce więziła. Cóż, gdyby ich dała?

LXIII.

Zebrana w złotą sieć kosa sowita,
Miększa niż jedwab i niż len, nie w sznurze
Lub utrafiona, lub w warkocz powita,
Lub rozpuszczona, lub zdjęta ku górze.
Im wolniéj pływa, barziéj serce chwyta
W złociste fale i w kosztowne burze.
Krępuje wiatry złotemi łańcuchy,
Kiedy powiewne igrają z nią duchy.

LXIV.

Zupełne piersi, krasa ślicznéj szyje
Szczęsnemu sercu wyściełają łoże,
Które, gdy na nie z ich blasku mdłość bije,
Dwie tam ruchome poduszki mieć może.
Śniegiem się zdadzą, ale ten śnieg kryje
Ogień, co piece lemneńskie przemoże,
I zdoła, chociaż rozdzielon na poły,
I salamandry popalić w popioły.

LXV.

Patrzy Kupido i z cudu swe grzebie
Zmysły w niepamięć z słowy matczynemi.
„W niebie-m-że ja to? (sam mówi do siebie),
Czy ta twarz niebem? czy niebo na ziemi?
Aleć się czuję, żem ci przecie w niebie,
Żem między duchy błogosławionemi!
Jeślim nie stracił zmysłów do ostatka,
Wzdyć to jest Wenus! wzdyć to moja matka!

LXVI.

„Ale nie; darmo równać się ich sile!
Niech się z nią matka nie równa, nie parzy!
Tak matce sławę wzięła, w jednęż chwilę
Synowi serce i ogień w nim zarzy.
Kto żyw wytrzyma (w tym się nie omylę)
Jad zdradnych oczu, postrzały téj twarzy;
Może zdrów pełnić z trucizną kieliszki
I na morderskie patrząc bazyliszki.

LXVII.

„Oczy okrutne! nie oczy, lecz jatki
Serc skatowanych! i ty, wzroku drogi,
Wam się poddaję, was biorę za świadki,
Że wam zabijać wolno wieczne bogi.
Do nóg wam składam strzały i łuk gładki,
Którego, jeśli przeciwko mnie rogi
Ciągnąć będziecie, ja się na tę mękę
Odważę, choć to Bogu nie na rękę.

LXVIII.

„Odpuści matka, że nie wprzód jéj zrzędzie,
Niż serca mego zapałom, wygodzę.
Lub mię gorącym ludzie zowią wszędzie
I lubo z wzrokiem zawiązanym chodzę,
Mam przecie oczy, czego dowód będzie,
Gdy się w tak ślicznym stworzeniu wychłodzę.
Moja rzecz kochać; tak mi serce radzi.
Niech się o cudze krzywdy kto chce wadzi“.

LXIX.

Psyche tymczasem melancholizuje
I pędzi swe dni, utopiona w myśli;
Bo, choć się świat jéj gładkości dziwuje,
Choć jéj i zazdrość równéj nie wymyśli;
Przecie z tą krasą bez męża próżnuje;
Zalecać się jéj żaden nie pomyśli.
Jakby na godną nie mogła paść stronę,
Nikt o nię ojca nie prosi za żonę.

LXX.

Siostry, lubo jéj tak ustępowały
W przymiotach, jak ją przenosiły laty
Z ludźmi znacznemi, których był niemały
Na świecie pozór i dochód bogaty,
Zadatki związków małżeńskich już miały.
Do Psychy zaś nikt nie bierze się w swaty.
Darmo wiek młody ginie bez zdobyczy;
A i chmiel więdnie, gdy go nie podtyczy.

LXXI.

Ociec strapiony, rozumiejąc, że wy,
Bogowie, karę jakąś gotujecie,
Gdy córka idzie ludziom jak za plewy,
Choć równéj sobie nie widzi na świecie; —
Czy to tresunek, czyli boskie gniewy,
Czy ludzka w jego ślepota powiecie?
Chcąc wiedzieć, z domu tam sekretnie jedzie,
Kędy go skrucha z nabożeństwem wiedzie.

LXXII.

Z bogomyślnością oddaje kurzawy
Pachniące Bogu i usilne modły,
Żeby prawdziwy, jeśli nie łaskawy,
Wyrzekł, co córkę za czary obwiodły?
Rychło panieńskie porzuci zabawy?
Kto go opatrzy w rząd wnuków niepodły?
Aż gdy się radzi o miłéj rodzinie,
Taką odpowiedź odnosi z jaskinie:

LXXIII.

„Odżałuj, ojcze, wdzięcznego dziecięcia!
Zaprowadź Psyche na skałę w żałobie
Nad morze! Ani śmiertelnego zięcia
I z swego rodu obiecuj ty sobie.
Potka cię dziki, sroższy od zwierzęcia,
Skrzydlaty, co krew pije, serca zobie,
Pali, zabija, bogów wzgardzą wściekle,
Straszny na ziemi, w morzu, w niebie, w piekle“.

LXXIV.

Ledwie żyw został starzec opłakany,
Tak go stąd boleść, stąd napadła trwoga;
Miesza go różnie afekt roztargany:
Tu mu córki żal, tu się boi Boga.
Już go leniwe stopy między ściany
Domowe wiodą, i niespieszna noga.
Lecz przecie, niż w dom pierwsze wstawi kroki,
Stanowi boskie wykonać wyroki.

LXXV.

Ledwo powrócił z lamentem i płaczem,
Sam starych zmarszczków płócze łzami rowy;
Płacze zgrzybiała matka i żebraczem
Siostry nakryte wotem, jakby wdowy
Płaczą; a Psyche, lubo nie ma na czem
Nadzieje sadzić i koniec gotowy
Nieszczęsny widzi, jako obraz ryty,
Tym się mniéj trapi, im sztych mniéj odbity.

LXXVI.

Wtym nieuchronna zbliża się godzina;
Sam ją przyśpiesza z żalem ociec stary.
Zbiera się wszystka strapiona rodzina,
Psyche śmiertelne wsadzają na mary,
Podług wieszczego woli Apollina.
Ona, choć wierzy, że niewinna kary,
Nie wie, czego się (patrząc na ich serca)
Lękać: czy grobu, czy na ślub kobierca.

LXXVII.

W kirowym stroju i paczesnéj płachcie
Król i królowa idą za całunem;
Wszystkich żałobne nakrywają szpłachcie,
Wszystkich posypał serca żal piołunem.
Ledwie jest miejsce i przedniejszéj szlachcie,
Tak się gmin, jakby strwogany piorunem,
Zewsząd gromadzi, i niosą łzy z państwa
Całego za nią, smętną dań poddaństwa.

LXXVIII.

Ale nad wszystkich żalem się rozsiada
Serdecznym ociec i w swoich łzach brodzi.
Swarzy się z bogi, na ich winę wkłada,
Obłapia córkę, póki się mu godzi;
A gdy już na wóz nieszczęśliwy wsiada,
Rwie włosy i tak żale swe rozwodzi:
„Takiż-to bierzesz posag, dziecię moje?
Taką wyprawę? te, królewskie stroje?

LXXIX.

„Miasto namiotków i świętnéj łożnice,
Śmiertelną-ć pościel nędzna matka ściele;
Lane pochodnie w pogrzebne gromnice,
Śmiech się w płacz zmienił i w pogrzeb — wesele,
W żałobne piszczki — lutnie i skrzypice,
Pieśni — w kościelne hymny, w babie trele
I, za wyrokiem bogów zajątrzonem,
Piasek ci łóżkiem, skała będzie tronem!

LXXX.

„Nieba surowe i losy okrutne!
Bez względu na me zaszędziałe lata,
Takżeście w moim nieszczęściu rozrzutne,
Krótkiego żalem dokończając świata!
A cóż winno i dziecię moje smutne,
Że jéj za męża naznaczacie kata?
Ach! ta sama myśl nstrzyga wrzeciono,
Na którym dłuższy żywot mi przędziono!

LXXXI.

„Lecz, że majestat dekretuje boski
Bez odmian, ani poruszenia prawa,
Przerobi ludzkie i prośby i troski,
Cierpmy, co każe. Nie naszéj to sprawa
Głowy w tym gmerać, co bez wszéj ogłoski
Uradzi wiecznych rozumów zabawa.
Skryta jest wola, skryte boskie rządy,
I nie tam biją, gdzie pogrożą sądy.

LXXXII.

„I ciebie, chociaż głosy dają wieszcze,
Nieskróconemu za żonę dziwowi;
Co wiedziéć, jeśli co lepszego jeszcze
W tym zawikłanym niebo nie stanowi
Sekrecie? Podczas na rozbitéj deszcze
Wał tonącego popchnął ku brzegowi.
Cierp, córko, a milcz“. — Te pociechy Psysze
Podaje ociec, a twarz łzami pisze.

LXXXIII.

Widzi to ona, że ją już do grobu
Żywcem, nie na ślub domniemany niosą,
I te obrzędy nowego sposobu
Pachną już śmierci nieuchronnéj kosą,
Przecie, przy państwa i podłego drobu
Lamentach, jagód nie polewa rosą;
Cieszy rodziców, i choć strach naciera,
Swoich nie puści, cudze łzy ociera.

LXXXIV.

„Na cóż płaczecie? co po tych łzach? — rzecze —
Co wam, ani mnie nie będą z pożytkiem?
Na co-ć po brodzie słony potok ciecze,
Ojcze, i głowę brudzisz piaskiem brzydkiem?
Nie targaj włosów! Takieć-to człowiecze
Obejście! ten skok przyjdzie skakać wszytkiem!
Trapią mię twe łzy i łzy mojéj matki
Przykrzejsze czynią te życia ostatki.

LXXXV.

„Wtenczas, o ojcze! lamentować było,
Gdy mi stawiano niesłuszne ołtarze
I służby boskie, co mnie nie służyło;
Gdy mię z Wenerą kładli w jednéj parze,
Co was, rodzicy, nie ze wszem mierziło.
Za toć mnie i was niebo mściwe karze!
Teraz płacz późny daremnie was szpeci.
Spadnie, kto wyżéj, niż trzeba, wyleci.

LXXXVI.

„Mnie-ć sama zazdrość, która się tak cudzą
Zdobyczą, jako własną stratą, brzydzi,
I Wenus gubi, a w niéj ten gniew budzą
Wasze pochlebstwa, z których niebo szydzi.
Lecz cóż się bawią i czemu tak mudzą?
Ustrzyżcie warkocz! To mię nie ohydzi.
Do tak miłego bez włosów i wieńca
I bez ozdób iść mogę oblubieńca“.

LXXXVII.

Tu milczy, a wtym do góry przychodzą,
Na któréj termin drogi naznaczony,
Którą stąd lasy okropne obwodzą,
Jasnéj, słonecznéj nie znające łony.
Stąd, niepomierną i nierówną grodzą,
Skała wierzchołek wznosi zaostrzony:
Że w takim miejscu i pod takim dachem
Ledwie śmie mieszkać okropność z postrachem.

LXXXVIII.

W czele ma morze, po bokach rozdoły,
Których brzeg — krzemień, dno przy kryły łozy,
Wiszące skały, zapadłe padoły.
Ciemne jaskinie, wybite wąwozy,
Przepaści przykre i bez gruntu doły,
Przerwy na dzikie straszne nawet kozy,
Śliskie uboczy, jarugi i duże
Brzeg opasały téj góry kałuże.

LXXXIX.

W takiéj pustyni, złożywszy ją z noszy,
Zdesperowanéj odchodzą dziewczyny;
Każdego szczery żal do domu płoszy,
I rozchodzą się lutościwe gminy.
Ociec i matka, królewskie rozkoszy,
Świetne pokoje i wczesne kominy
Zbrzydziwszy sobie, jakoby pomarli,
Żywcem się spoinie w ciemny grób zawarli.

XC.

Została Psyche z strachem i ze drżeniem
Śmiertelnym na tym niełaskawym piasku.
Trwożą ją pustki, i z takim złożeniem,
I śmierć okrutna z bogów wynalazku.
Zwycięża w niéj strach męstwo z przyrodzeniem,
Żadnych jednak skarg nie słychać i wrzasku;
Tak twardo myśli, że się zdała cale
Obraz z marmuru i skała na skale.

XCI.

Tak kiedyś matka, pychy pełna płodem
Czternastym, z ciężkiéj Latony niechęci,
Pożegnawszy się z tak kochanym rodem,
Gdy po ostatnim dziecięciu się smęci,
Kamiennym kryta stanęła obwodem;
A lubo nie ma zmysłu, ni pamięci
I same w krzemień zmieniły się oczy;
Przecie z nich wiecznie gorzki potok toczy.

XCII.

Psyche nakoniec rumiane jagody
Wsparszy na miękkiéj naprzemianę dłoni,
O! jakie leje z czarnych zdrojów wody!
O! jak kosztowna kropla kroplę goni!
Jak ciężkim dając westchnieniom przechody,
Spokoi morze wiatrem wdzięcznéj woni,
Które chcąc swych wód ozdobić szafiry,
Łzy mieni w perły, westchnienia — w zefiry.

XCIII.

Raz, w się zebrana, ręce opuściwszy,
Milczy i tłumi żale w swym zapędzie,
A widząc koniec swój najnieszczęśliwszy,
Cicho po twarzy srebrne nici przędzie;
Drugi raz, giestom wodzów popuściwszy,
Złorzeczy bogów niełaskawych zrzędzie
Rzewnie narzeka i z morskiemi szumy
Te skargi miesza i takowe dumy:

XCIV.

„Uśmierz, o morze, swoje burze wściekłe
I zbierz twe wały w spokojne koryto.
Przyjmij te, które-ć oczy me zaciekłe
Z łez oddawają podarki i myto,
A racz wysłuchać prośby me zalękłe:
Niechaj przynamniéj nie trapi mię i to,
Żeś głuche dla mnie; niech wiatr nie rozwieje
Moich lamentów, jak rozwiał nadzieje.

XCV.

„Urodziłam się do berła, i z rodu
Tego żadna się równą mnie nie kładła.
Gładką mię zwano i byłam; z dowodu
Wiem to do siebie wiernego zwierciadła.
Teraz-em, ledwie w początki zawodu
Życia wkroczywszy, na ten kres napadła,
I składam, ledwie złożywszy powicie,
Koronę, młodość i gładkość i życie.

XCVI.

„Ale to mniejsza, że takie fałszywa
Nadzieja swoje kunszty ze mną stroi!
Ani mię trapi godzina skwapliwa,
I że przed laty śmierć o mię tak stoi.
Kto w żalu żyje i komu nie zbywa
Chęci do życia, śmierci się nie boi.
Ciężko żyć temu, co z niesmakiem żyje,
I nikt, biedą się karmiąc, nie utyje.

XCVII.

„Nie tak, co znoszę, jako mię to dręczy,
Czego się daléj obawiam w méj doli,
Że mi coś zwierza okrutnego stręczy:
Ma być mym mężem i mieć mię po woli.
To mię przed śmiercią i na śmierć zamęczy,
I barziéj, niżli męki wszytkie, boli.
Kiebyż mię przedtym, o ojcze Neptunie,
Twe wieloryby pogrzebły w kałdunie!

XCVIII.

„Jeślim zgrzeszyła i w ten gniew niebianów
Ciągnie mię jaki postępek szkarady,
I jeśli ten mąż wyrgnie z twych bałwanów,
Co mię swojemi napełnić ma jady,
Utop mię wcześnie i twoich taranów
Porusz, na które żeglarz nie ma rady,
I dla zniesienia niebieskiéj urazy
Niech twoja głębia opłócze me zmazy.

XCIX.

„Ale jeżelim niewinna i grzechy
Cudze i cudzą zazdrość garłem płacę;
Jeżeli jest Bóg, ten, co mu nie w śmiechy
Idzie niewinność, w któréj życie tracę:
Niech się użali i nie da pociechy!
Albo jeżeli daremnie kołacę
O litość, niech mi, niż się do paszczeki
Przymknę mężowéj, śmierć zawrze powieki!“

C.

To i co więcéj, jak końca nie mają
Wzruszone skargi, wmawia w morskie burze,
Że się od żalu opoki padają;
Znać żal, a cóżby w sercach! na marmurze;
Skały jéj głuche smętny odgłos dają,
Drzewa łzy pędzą, jak ona, po skórze,
I morze samo, choć nieubłagane,
Powtarza szmerem słowa jéj stroskane.

CI.

Chcąc wiedziéć, kto-to, co nad morską ścianą
Tak się łagodnym lamentuje głosem,
I Trytonowie oszędziali pianą
I Nimfy, snując barki złotym włosem,
Wynurzały się; ale jako staną,
Jak Psyche zoczą, zaraz na dół z nosem
Ponurzyli się w swoje wody słone;
Ci zapaleni, a te zawstydzone.

CII.

Tym czasem, gdy tak Psyche czeka końca,
Jéj zakochaniec Kupido skrzydlaty,
Wezwawszy wiatru ode wschodu słońca,
Wprzód go do Psychy wyprawuje w swaty;
I przed sobą go wysyła za gońca.
Uczy go, co ma czynić. A on szaty
Kwiatkowe wdziawszy, wziąwszy skrzydła chyże,
Igra po liściu i wierzch wody liże.

CIII.

Zbliża się do niéj i kadzi z ziemice
Arabskiéj, albo między Sabejczyki
Zebranym piżmem. A potym spódnice
W żagiel, i świetne poddyma letniki.
(O jakie w ten czas widział tajemnice!)
Potym mocniejszy, atoli nie dziki,
Różne wkoło niéj sprawując zatoki,
Na powietrze ją podnosi z opoki.

CIV.

Nie w smak jéj wietrzny powóz, i z przestrachu,
Niezwykła przedtym takiemu woźnicy,
Mętu się boi o zdrowie, nie szachu.
Aleć ją lekko składa przy krynicy,
Gdzie łąka w kwiatków pyszni się zapachu,
I rozkoszują w kosztownéj żywicy
Mirty i laury; że gdzie stawi nogę,
Wonność ma za dach, zapach za podłogę.

CV.

I tu jéj tęskno, tak saméj: atoli
Bada, że zioła zamieniła z skałą,
Przywyka pięknéj pustyni powoli,
Choć się nadzieją wspiera jeszcze małą:
Wtym ją sen bierze, że jéj nie pozwoli
Postąpić daléj, i tak ociężałą,
Przy szumie, który dają rzeczki lskniące,
Jako w kolebce, usypia na łące.

CVI.

Zdały się oczy, dwie słońca w zaćmienie,
Albo, kiedy się w obłoki obloką;
Zdały się brać swym strzałom odpocznienie,
Żeby zaś mocniéj serca zlać posoką;
Lecz i tak miecą pociski pod cienie;
I ogień słabo kryją pod powłoką:
Oczy, w namiotek powiek skryte, mały
Sen wiązał; one, Kupida wiązały

CVII.

Takim więc kształtem, spracowana łowy
I biciem zwierza, przyszedszy na stany,
Sypia Dyana, włożywszy pod głowy
I łuk spuszczony i strzelcze kołczany:
Tak wdzięcznie zapust obchodząc Gnidowy,
Albo na Cyprze zmordowana tany,
Spoczywa Wenus. I tak pięknie, w Rzymie
Nimfa z marmuru, na rogoży drzymie.

CVIII.

Zefir ją chłodzi i nie nazbyt skory
Igra po twarzy; do ucha jéj szepce
I rozpuszczone po szyi kędziory,
Po gładkim gruncie zagania pod czepce
I do ust, w których kwitną skarby Flory;
Zmięka się zdrajca, i równy przylepce,
Kiedy się bronić spiąć nie może snadnie,
Pocałowania i pieszczoty kradnie.

CIX.

Tenże to wietrzyk, Kupidowi gwoli,
Ukryte przedtym wystawia widoki:
Wzdyma kołnierze, i w cienkiéj koszuli.
Bujając wznosi nadołek szeroki:
A kiedy rąbek od kostek odtuli,
Kupido chciwe posyła tam wzroki
I widzi więcéj z alabastru ciała,
Niżby na jawie pokazać mu śmiała.

CX.

Przespawszy różną marą sen przerwany,
Wstaje i z kwiatków opuszcza pościele,
I widzi pałac, przedtym niewidziany,
Do którego jéj drogę chłodnik ściele:
Widzi wyniosłe bramy i parkany;
Myśli, jeśli tam ma się udać śmiele:
Ale, z wrodzonéj białogłowom chęci,
Woli do ludzi, niż strzedz sianożęci.

CXI.

Wchodzi i widzi, przestąpiwszy progi,
Rzeźby subtelne, niesubtelne słupy,
Wystawne gzemsy, sadzone podłogi,
Ściany z drogiego porfiru do kupy
W wzór fugowane, na okowach drogi
Kruszec, i odrzwia z żółwiowéj skorupy,
Z miedzi, z marmuru i z gipsu osoby,
I co jest w domach królewskich ozdoby.

CXII.

Pojrzy-li w górę na pyszne poszycie,
Zdziwi się dachom, a barziéj robocie.
Cudem jéj tropy, cudem podsiębicie,
Tak złotem lite, że waszéj błyskocie
Wstyd czynią, słońca! kiedy nam świecicie;
Spuści-li oczy, i w tym ich obrocie
Tak wiele skarbów na posadzce widzi,
Że się ich deptać skromna noga wstydzi.

CXIII.

Nie mniéj nad rzadkim dziwuje się sprzętem;
Widzi kosztowne łóżka i szkatuły,
Spalery w jedwab, tkane złotem krętem
Portery, perły we wzory, osuły;
Na dnie szkarłatnym napawanym, mętem
Zegary idą i ekscytarz czuły:
Ogród Fortuny zdobiły i groty
Droższe, niż z pysznych materyj, z roboty.

CXIV.

Ale ją to w cud największy zawodzi,
Że w takim domu nie widzi czeladzi,
Nie widzi pana: i choć wszędzie chodzi,
Nikt jéj nie pyta, nikt jéj nie prowadzi.
I, choć ten pałac mocny mur obwodzi,
Żadna się warta przy bramach nie sadzi,
Burgrabiów niémasz; sama w pustkach panią.
A słudzy — postrach i dziwi — w tropy, za nią.

CXV.

Głos się jéj zatym nie wie skąd odzywa:
„Niech strach opuszcza (mówi) myśli twoje!
Bądź tylko mądra, jakoś jest szczęśliwa;
Twój to jest pałac, twoje to pokoje!
I co widzisz i coć się ukrywa
Do czasu: wszystko miéj pewnie za swoje!
Lecz ciekawości pod mądry rząd nagnij
A wiedziéć tego, coć tają, nie pragnij.„

CXVI.

Prosi jéj potym ochmistrz niewidomy
Do napalonéj cynamonem łaźnie:
Gdzie suknie oraz złożywszy i sromy,
W pachniących wódkach wyciera się raźnie;
A gdy z niéj wyszła, kredencerz znikomy
Służbę z królewskiéj stawia na stół kaźnie:
Ale ma gołe do wszelkiéj usługi
Słowa, za panny: i głosy, za sługi.

CXVII.

Wygodne z kuchnie, po tak długim poście,
Przypraw wybornych wydają potrawy;
Psyche téż, godnéj, żeby do niéj goście
Zstąpili z nieba, nie odrzuca strawy.
A wtym na chórze zgiełk wesoły roście,
Różny instrument i głos niechropawy
I rękę chyżą, wyborne języki
Pochwala, ale nie widzi muzyki.

CXVIII.

Już téż spokojna, po dniowym hałasie,
Noc następuje, pędząc światło przodem.
Już i ta gwiazda, przy któréj się pasie
Zwierz leśny, świeci jasno nad zachodem.
Psyche téż myśli o potrzebnym wczasie,
I nierozdzialnych panien za przewodem,
Do uciszonéj sypialnéj komnaty
Wchodzi i w namiot kładzie się bogaty.

CXIX.

Kupidyn zaraz przypada, jak zgaszą
Wszytko w pokoju światło niewygodne;
Nocny gach tłumi trwogi, co ją straszą,
Swoję jéj miłość i swe żądze głodne
Wyraża, których wieki nie wygaszą;
Pieszczoty z słowy przeplata łagodne;
I jeśli jéj twarz kryje, afekt stały
Szczerze odkrywa i serca postrzały.

CXX.

Co między niemi działo się w ciemnicy;
Co nie tak miło powiadać, jak czynić;
Zamilczę. I on nie łajał łożnicy
I ta kontenta; nie wie, kogo winić
I musi, jako w babkę zapustnicy,
Wzrokowi ręką pewności przyczynić:
Dotknieniu wierzy, o czym wątpi wzrokiem,
Okiem nie widzi, a bok styka z bokiem.

CXXI.

Ale, jak prędko pocznie gęste cienie
Oświecać bliski świt w onéj komorze;
Ledwie co gwiazdy leniwsze pożenie
Wyglądający dzień, przebywszy morze;
I, niż nastąpi rannych kurów pienie;
Niż różą niebo przyfarbują zorze;
I, niż się wschodnie drzwi słońca zabielą:
Odbiega Psychy Kupido z pościelą.

CXXII.

Znikome panny przybywają znowu
I wdają się z nią, gdy pokój otwarty,
Z ciemnéj potyczki i nocnego łowu
I z jéj panieństwa straconego, w żarty.
Wstaje i czyta, mądrego ołowu
Pracą, na swój ślub drukowane karty;
Idzie do stołu, i tu niewidzialni
Dworzanie stoją z wodą, do tuwalni.

CXXIII.

Tak codzień, w tenże sposób życia wprawna,
Téj się klasztornéj pustyni zwyczai.
Nie w smak ci jéj to, i nie barzo strawna,
Że się wszystek dwór pilno przed nią tai;
Że męża nawet twarz nie jest jéj jawna;
Ale z ofertów, z pałacu, z sług zgrai,
Młodym, bogatym i grzecznym go liczy;
I tym żywot swój cieszy pustelniczy.

CXXIV.

Gdy ona cudzych dóbr zażywa wcześnie,
Jéj dom i krewnych żal nieznośny bawi,
Siostry nad inszych, że ją niedocześnie
Straciły, że się wiecznie im nie stawi
De spólnych zabaw; ta ich myśl i we śnie
Morduje; o tym myślą i na jawi:
I, chcąc się barziej rozrzewnić tym pono,
Idą tam, gdzie ją było zaniesiono.

CXXV.

A Kupido téż, jako w mokre łono
Ocean przyjął wóz, co nam dzień wozi,
Spada do Psychy: „Moja droga żono,
Wielkim ci (mówi) niebo gniewem grozi;
Sidła zazdrości na cię zastawiono.
Strzeż się! Niechaj cię zdradna nie upłozi
Namowa! Niech ją zdrowy rozum sądzi,
Który gwiazdami i przejrzeniem rządzi.

CXXVI.

„Twoje siostrzyczki do téj pustéj cegły
Przyszły, zwątpiwszy cale o twym życiu,
Na twój grób patrząc, — kędy cię odbiegły.
Jeśli uciechę jaką w ich przybyciu
Kładziesz; tenże wiatr stawić ich tu — biegły;
Lecz ich zdradnemu słodkich słów podszyciu
Nie wierz, o Psyche! Wierz, że tam pod miodem
Arszenik, i musk nadziewany smrodem.

CXXVII.

„Możesz ich zazdrość łakomą nasycić
I naszpiżować zanadrze monetą.
Możesz się z swemi dostatki poszczycić;
Żeś nie jest żoną od nędze pojętą:
Ale się nie daj (me serce) podchwycić
Sztucznym pochlebstwem, zdradliwą ponętą.
Syreny to są, które ku twéj karze
Śmierć niosą w głosu słodkiego maszkarze.

CXXVIII.

„W tym osobliwie miéj ich w podejrzeniu,
Gdyby cię chciały namawiać usilnie.
Abyś twarz moję, skrytą w słusznym cieniu,
I stan sekretny szpiegowała pilnie.
Ach! nie czyń gwałtu boskiemu przejrzeniu,
Nie pragni widzieć, coby nieomylnie
Widziane, mnie żal, tobie, pod otuchą
Uciechy, upad z późną niosło skruchą.“

CXXIX.

On zamilkł; a ta zachować przysięga
I pomnieć wiernie jego rozkazanie:
„Wprzód mię niepamięć o mnie saméj tęga
Weźmie, niż twych słów, mój mężu! mój panie!
Lubo myśl wątpi i wzrok cię nie sięga;
Tyś jest, ktokolwiek jesteś, me kochanie!
Przysięgam przez cię, przez mię i przez żywe
Bogi, co karzą obietnice krzywe.“

CXXX.

Po tych ofertach i smacznéj rozmowie,
Pierwéj niż wnidzie świt różany, a sny
Póki panują jeszcze w ludzkiéj głowie;
Przed świtem (mówię) i niźli dzień jasny
Wyszczupli nocny miesiąc, jak na nowie,
Kupido pociech smacznych nad miód przasny —
Wprzód rozkazawszy, o co nań nalega,
Siostry jéj przywieść — w pościeli odbiega.

CXXXI.

Skoro te goście wiatr stawił w podwoju,
Trudno wymówić, jak im siostra rada:
Całuje, ściska, wiedzie do pokoju,
Do pysznéj łaźni, smacznego obiada.
Widzą po sprzęcie i po ściennym stroju,
Że siostra panią, choć sług jéj gromada
Nie da cię widzieć. Skąd, szpiki i kości
Już im jad chciwéj przenika zazdrości.

CXXXII.

Pytają, kto tych dostatków jest panem?
Kto jéj kochanek i jakiéj postaci?
Ona, pod prawem będąc zakazanem,
Zmyśloną mową tę ciekawość płaci:
„Mój mąż mchem (mówi) jeszcze nietykanem
Porasta, ani pod brzytwą go traci;
Srodze myśliwy, dlatego przy stole
Nie siedzi z nami; jachał z rana w pole“.

CXXXIII.

Ucieszywszy się i udarowawszy
W perły i w różne klejnotów rodzaje:
Odprawuje ich, i ucałowawszy,
W łaskę się przez nich rodzicom oddaje.
A Zefir, znowu skrzydła swe rozwiawszy,
Niesie je w tamte, gdzie je wziął był, krajem
Siecze powietrze i we mgnieniu oka
Stawia, gdzie pusty wznosi wierzch opoka.

CXXXIV.

Jak prędko z lotnych skrzydeł wietrznych zsiadły.
Ledwie tak jedna, jako druga żywię;
Ogień zazdrości dopieka im zjadły.
I starsza mówi: „O jako fałszywie
Wróżki, choć boskie, o téj siestrze zgadły,
Kiedy o strasznym bajały jéj dziwie
Za męża! A to, ona jest prawdziwem
Sama zaiste, ale — szczęścia dziwem.

CXXXV.

„Każdy to widzi, że ślepa potucha,
I często koło rzeczy ludzkich zdrożne;
My córki tychże piersi, tegoż brzucha;
A przecie szczęście spotyka nas różne:
Ta, co nam ledwo godna dźwigać rucha,
Kiedy się w szaty ubierzem podróżne,
Teraz nas skarby, czcią, mężem przewyższa;
I drwi, że każda z nas w tym od niéj niższa.

CXXXVI.

„Jakie bogowie bogactwa tam znieśli!
Jaki dostatek! jakie ma wygody!
Sam pałac pewnie niebieskiemu cieśli
Wystawiać przyszło, i szczepić ogrody!
Złoto, klejnoty — w pomietle! A jeśli
Pan tych dostatków do tego jest młody,
Zdrowy na członkach, niezerwany w sile,
Żadna z białychgłów nie ma szczęścia tyle!

CXXXVII.

„Musi to który niechybnie być z bogów,
Co tak rozrutnie włada szczęścia skrzynią!
Który jeśli z jéj twarzy i nałogów
Kontent; pewnie ją uczyni boginią!
Wszak-eś widziała, jako ze wszech rogów
Duchy przyzwane posługę jéj czynią;
Kształty bez ciała, myśli, i do razu
Wiatry jéj dzikie słuchają rozkazu!

CXXXVIII.

„O jak nierówne szczęście mię obraca!
Któréj zmarzły mąż leży wedle boku,
Którego słabsza niż pająka praca;
Ani o zwykłym myśli mi obroku
A podejrzenie tak mu mózg wywraca
Niesłuszne, że mię nie odstąpi kroku.
Sam mi jest stróżem, i za lada plotką
W indermach wsadza i zamyka kłotką.“

CXXXIX.

— „A zaś mój miły (ozwała się draga)
Na nić się zebrał i skurczył chorobą;
Siwiznę kopci i łysinę struga
I tłomok nosi na barkach za sobą.
A, choć-by była noc jak tydzień długa,
Rzadko się ozwie z miłości swéj próbą,
Żem jest, za jego naturą niezdrową,
Panną mężatą i zamężną wdową.

CXL.

„Ale, odpuść mi! prędko-ć to zażyły
Te, co do Psychy mamy miéć, urazy;
Z jaką nam pychą, gdyśmy u niéj były,
Pokazowała skarbów swych obrazy!
Ledwie z kamieni łasztów, z kruszców bryły
Coś udzieliła, szczyptą kilka razy.
I to z złą twarzą, i zaraz bez sromu
I bez noclegu, wypchnęła nas z domu.

CXLI.

„Gdybyś ty chciała (jako tuszę) ze mną
Do wspólnéj pomsty prace swéj przyłożyć;
Niech mię bez serca zowią i nikczemną;
Jeśli nie musi prędko z pychy złożyć.
Tajmy tylko jéj fortunę przyjemną,
A, żeby miała męża mieć, albo żyć:
Bo, kto zazdroszcząc cudze szczęście chwali,
Szczęścia przyczynia, sam się barziéj pali.

CXLII.

Dosyć-eśmy już widziały my samy.
Pożal się Boże, że tak siła i my!
Powróćmy siostro do przeklętéj jamy,
Do domu, mówię, gdzie w mężowych dymy
Łbach nas czekają; tam rzucimy tamy,
Któremi szczęście jéj zastanowimy.
Ufam ja sobie, pozna w czas niedługi,
Żeśmy jéj równe, siostry, a nie sługi!“

CXLIII.

To uknowawszy między sobą stale,
Kierują wściekłe jędze ku gospodzie;
Kędy zmyślone i uczone żale
Siostry swój jawnie oddają przygodzie:
A ponurzone w zazdrości zakale,
Za jéj podarki myślą jéj o szkodzie;
Nie tylko sama przyszła im w szacunki,
Ale i wzięte kryją podarunki.

CXLIV.

Kupido zatym, jako prędko nocne
Hekate wprzęgła w żałobny wóz kruki;
Spada do Psychy i sióstr jéj tak mocne
Odkrywa żądła i zdradliwe sztuki,
Prosi, aby się strzegła, i pomocne
Daje przestrogi i szczere nauki.
Prosi jéj, przez swe, przez jéj własne zdrowie,
Nie pomniąc, że to mówi białogłowie.

CXLV.

„Nie pragnij (mówi) widzieć mię daremnie;
Bo, cóż ci potym poznać me oblicze,
Kiedy znasz serce, miłość, i masz ze mnie
Afekt małżeński, służby niewolnicze?
Milcz! a zażywaj, i szczęścia karczemnie
Nie stawiaj w kostki! Wiedz, że ma swe bicze
Słuszna uraza! Patrz na mój gniew tęgi,
Na słowo dane, na związek, przysięgi!

CXLVI.

„Wiedz przytym, że to, które już poczęte
Nosisz w żywocie ukochana brzemię:
Urodzisz, wolne od śmierci i święte,
Gdy mię nie poznasz. Ale jeśliże mię
Ujrzysz, i żądze zwiodą cię przeklęte;
Poddasz to nasze śmiertelności plemię.
Strzeż-że się tego! co się i z poczęciem
Pokarać może matkę, i z dziecięciem!“

CXLVII.

Ona przysięga, że mu będzie szczera
I wierna zawsze i tych słów pamiętna;
Ale się przecie widzieć sióstr napiera
I śle w przyczynie usta do ust chętna.
A on jéj włosem złotym łzy ociera,
Kiedy przy prośbie wypuści je smętna:
Kogoż nie zmogą pięknych oczu słowa?
I łez kochanych, choć niema wymowa?

CXLVIII.

Pozwala na to Kupido z przymusem,
Który mu czynią pieszczoty przy prośbie;
I jako miesiąc przyrodzonym musem
Ustąpi bratniéj aż pod ziemię groźbie;
Wyprawia po nie wiatry sporym kłusem,
Wiatry, co takiéj już przywykły woźbie;
Które z ochotą, przez swoje lekkie dmy
Niosą do siostry, nie siostry lecz wiedmy.

CXLIX.

Zdradny jad chętnym pokrywają czołem;
Psyche przyjmuje jako swoje ludzie
Otwartym sercem i okiem wesołem,
Nie myśląc o ich uwziętéj obłudzie.
W łaźniach pachniących piżmami i ziołem
Niesłuszną pieczą wiedzie o ich brudzie;
Bawi ich mile: potym wpośród sadów,
Do niebieskich je zaprasza obiadów.

CL.

Lutnie i skrzypki i głosy śpiewacze
Słyszą krzykliwe kornety, organy,
I niewidzialni z dziwnem posługacze,
Mutety nucą i grają padwany;
Ale serce sióstr na te gody płacze
I melodyą, którą ubłagany
Prędzejby mistrza lew słuchał i prędzéj
Dzikość zrochmanił, niż w zazdrosnéj jędzy.

CLI.

Widząc taki rząd, dostatek i sprawę
U siostry, żółci przybywa im siła.
Proszą, aby im stan, lata, postawę
I imię swego małżonka odkryła.
Psyche, że pomni z Kupidem rozprawę,
A zaś nie pomni, co im przedtym drwiła,
Nie chcąc im prawdy wypowiedzieć jaśnie,
Różnie się kręcąc, zmyśla nowe baśnie.

CLII.

Prawi im, że mąż, zabawny dalekiem
Handlem i kupią, rzadko w domu siedzi;
Że urodziwym i gładkim człowiekiem,
I choć mu skronie już zimny wiek szedzi:
Przecie czerstwości nie utracił z wiekiem.
Potym, nie dając dłuższéj odpowiedzi,
Zawoła wcześnie na wiatrowe straże
I odwieść siostry do ich domu każe.

CLIII.

„Cóż ci się, moja miła (mówi jedna
Do drugiéj) zdadzą szalbierstwa téj głupiéj?
Teraz mąż stary, i szuka ode dna
Morskiego skarbów, i pilnuje kupi,
Przedtym młodziuchny; nie pamięta, biedna!
Daleki miał być od starościéj trupiéj!
Albo z nas szydzi i umyślnie plecie,
Albo go nie zna, i nie ma na świecie.

CLIV.

„Nasz też czas przyszedł, i na nasze koło,
Żeby ją zemleć, obrócimy wodę.“
Tak idą na wczas z smakem i wesoło,
Rodzonéj swojéj naradziwszy szkodę.
A jako z morza wynurzy swe czoło
Zorza, i słońce otrząsnęło brodę,
Tam powracają, gdzie Psyche u szyje
Wisząc, przyjmuje, nie siostry lecz żmije.

CLV.

A ona para, od złości niezdrowa,
Ze łzami, których ta płeć dosyć miewa
I które zawsze na dorędziu chowa:
„O jakoś (mówią), siostro, nieszczęśliwa!
Którą nieznana dotąd i zbyt nowa
Przychęta prędkiéj do upaści wzywa.
Bo, utopiona w zdradliwéj wygodzie,
Nie wiesz, że rączo zły czas konia bodzie.

CLVI.

„Tyś w tych dostatkach zasnęła, ale my,
Których straszy twéj przyszłéj śmierci wzmianka,
Nad twoim stanem czułą straż wiedziemy
I bolejemy do nocy z zaranka;
Za naszą pieczą, już to pewnie wiemy,
Że ten, co go masz za swego kochanka,
Któremu wiarę oddajesz jedyną,
Smokiem jest strasznym i brzydką gadziną.

CLVII.

„Nieraz go czujni widzieli pasterze,
Kiedy z paszczeką zajuszoną z pasze
Powraca; zwłaszcza w ten czas go po szmerze
Głośniejszym znają, w ten czas dumniéj hasze,
Straszliwiéj kszyka, głębiéj w piasku gmerze,
Kiedy do twojéj łożnice się kasze:
W ten czas, takiego bojąc się samsiada,
Owce do koszar zganiają i stada.

CLVIII.

„Skrzydła ma z błony, na łbie różnych czuby
Farb i grzebienie, a kiedy się płozie,
W różne się zbiera i goni przeguby,
Ogony plecie, jak sznurki powrozie,
Podczas się w sobie skręci nakształt szruby,
A podczas toczy jako koło w wozie;
Wziąwszy się krzywym pyskiem za ogony,
Głębiéj niż pługiem robrozdza zagony.

CLIX.

„Z stalonéj łuski ma po grzbiecie wręby,
A farb na skórze tylo, jako w tęczy;
Trzy żądła snuje, we trzy rzędy zęby,
Z paszczeki piana, kogóż nie zamęczy?
Ale zwyczajniéj płomień bucha z gęby,
Jak z Etny żywéj; a kiedy zajęczy,
Drżą góry, i duch puszczony po wietrze
Śnieci owoce i kazi powietrze.

CLX.

„Przed tobą tylko tak się kryje, że się
Wstydzi plugawéj wyjawić figury;
A że ma w ludzkim smak największy mięsie,
Strzeż przed zębami jego, siostro, skóry!
Żeś dotąd żywa, znać, że w jednym kęsie
Mało ma; czeka, aż przybędzie wtóry.
Lecz jak postrzeże, że donosisz płodu,
Pewnie nie będzie dłużéj cierpiał głodu.

CLXI.

„Jeśli nie wierzysz i te nasze dróżki
Próżne do ciebie, choć życzliwe będą,
Wierz bogu, który pewne daje wróżki
I których swoją nie wyszpocisz zrzędą.
Wspomnij na straszne Febowe przegróżki
I na los, który-ć zdawna nieba przędą!
Wiesz, że-ć wyraźnie przyrzekły za męża
Strasznego światu i niebianom węża.

CLXII.

„Cóż poczniesz, jeśli nie dasz tego sobie
W głowę wbić i chcesz sama siebie zdradzić?
Myśmy już dosyć uczyniły obie
Miłości naszéj; chciéj o sobie radzić,
I jeśli nie chcesz i z płodem być w grobie,
Nie zwłaczaj ostrym nożem w ten zawadzić
Brzydki dziw, biorąc pomstę jedną razą
Nad zdrajcą swoim i świata zarazą“.

CLXIII.

Objął strach Psyche z téj mowy niemały:
Wszytko jéj męstwo i siły odpadły,
Serce jej bije i puls słabo-trwały;
Babiny z jagód szkarłatowych spadły,
Krew w żyłach zmarzła i włosy jéj wstały
I język strętwiał i wargi pobladły,
A łzy tak piękne toczy, jako rosą
Zlane lilie w listkach krople niosą.

CLXIV.

Miłość z bojaźnią, chęć z strachem, strach z smakiem
W zmieszanym sercu wiodą bój nieznany.
Tak więc rzucany wiatrem niejednakiem
Okręt, gdy różne biją nań tarany,
I wał przeciwnym następuje szlakiem;
Po bokach szturmy cierpi naprzemiany.
Nakoniec, jako téj płci przyzwoita,
Tego się, co jéj najszkodliwsze, chwyta.

CLXV.

Puszcza przysięgłe na wiatr obietnice,
O skrytym mężu wydaje na jawi
Tak zakazane sobie tajemnice,
Że się z nią tylko w nocne czasy bawi,
Światła się chroni i lubi ciemnice,
I że go nie zna, jak na mękach prawi.
Prosi o radę, mniemając, że bliska
Zginienia. Tak jej strach serce przyciska.

CLXVI.

Dopioroż na jéj myśli niedołężne
Przewrotna para swoje zdrady zmyka,
Sidła na szczęście zastawia potężne
I jéj stateczną wiarę w sieć zamyka.
„Zawsze się, siostro, (mówią) serce mężne
Ostatnią siłą z nieszczęściem potyka!
Ufaj do skonu, bo się często dzieje,
Że wtenczas wygrasz, gdy masz mniéj nadzieje.

CLXVII.

„Możesz się, siostro, jak znowu odrodzić,
Do czego rada i sposób nietrudny;
Tylko się nie daj małżeńskim uwodzić
Związkom z tym mężem, który tak nie cudny.
Nie jest grzech figlem szalbierza podchodzić,
Niegodzien doznać szczerości obłudny.
Zapomnij pieszczot i nie miéj za śluby,
Które cię prosto prowadzą do zguby.

CLXVIII.

„Zachowaj tylko pod zwyczajne łoże
Światło, do skrytéj zamknione latarnie,
I na brusiku wyostrzone noże;
A wtenczas, gdy sen bestyą ogarnie
I smacznym gwałtem jak w pierwospy zmoże,
Nie chciéj drogiego czasu tracić marnie
I, wstawszy pilno z miękkich pierzyn, zcicha
Otwórz latarnią i dobądź tulicha!

CLXIX.

„Wierne żelazo i prawdziwa świéca:
Tamto się zemści, ta-ć prawdę odkryje.
Szczęśliwa-to noc, szczęśliwa łożnica,
Kiedy-ć się pościel w tak brzydkiéj krwi zmyje!
Tylko ty śmiele tam, gdzie sprośna łbica
Gibkim pacierzem przyszyta do szyje,
Wymierz swą bronią i pośpiechem sporem
Nie miéj litości nad tym cudotworem“.

CLXX.

Tak jéj nabiwszy złą poradą uszy,
Zła para złych sióstr do domu ucieka;
A Psysze głowę strach niezwykły suszy,
Mózg się jéj kręci, pies za uchem szczeka.
Bo lubo sobie wykonać to tuszy
I brzytwy toczy i nocy już czeka,
Między przestrogą téj złośliwéj pary
A swą miłością wiedzie w sercu swary.

CLXXI.

Wierzy, nie dufa, kocha się i boi;
Miłość i postrach w myślach się jéj wierci;
Serce jéj toczą, aż się wszytka znoi,
Wiara małżeńska i bojaźń złéj śmierci.
W jednymże ciele przed okiem jéj stoi
Mąż ukochany i dziw w smoczéj sierci.
W jednym się miejscu i nad przyrodzenie
Miesza mróz, ogień, afekt, podejrzenie.

CLXXII.

Wtym, świetne Febus konie,
Obrócił dyszlem między nieboszczyki,
A ku zachodniéj kierując bieg stronie,
Napawał w morzu hiszpańskim woźniki.
Kupido, zaraz życząc swoje skronie
Złożyć na łonie pieszczonéj podwiki,
Opuszcza niebo, kryte szczérym złotem,
I do swój Psychy opuszcza się lotem.

CLXXIII.

Ona, nad zwyczaj, z otworzystą twarzą
Wszelki mu daje znak miłości z siebie
I gasi ognie, które w nim się zarzą;
Ale, jak usnął, po pierwszéj potrzebie,
Ach, niech się wszyscy mężowie tym karzą!
Śluby i wiarę i miłość wraz grzebie;
Nic niepamiętna na świeże pieszczoty,
Do namyślonéj rzuca się roboty.

CLXXIV.

Cicho z pościeli powstawszy, zarazem
Do pokoju się po lampę udaje;
Jednak, choć radą zbrojna i żelazem,
Trupieje z stracha i z bojaźni taje;
Ale nadzieja, że się za tym razem
Zbawi od smoka, męstwa jéj dodaje,
I wyrok z nieba i przymus niemiły
Przysparza ręce białogłowskiéj siły.

CLXXV.

Wchodzi ostrożnie i gwoli przestrodze
Pogląda wszędzie, w progu się stanowi,
Maca przed sobą i nogę po nodze
Stawia, twardemu nie dowierza snowi,
Ucha nadstawia i trwoży się srodze,
Kiedy mąż chrapnie, albo tchnienie wznowi.
Na palcach stąpa i, jak na zasadzce,
Niecałe stopy stawia na posadzce.

CLXXVI.

Dopioroż, kiedy do łóżka się zbliża,
Nie wie, co czyni, a czyni, co musi;
Nie śmie odetchnąć i, jeżeli chyża
Wymknie się para, w pół biegu ją dusi.
Strach w niéj odwagę zaczętą uniża,
A pomsta cała zmocnić się ją kusi:
To chce, to nie chce, porzuci i wszczyna.
Krew jéj wre w sercu, a w żyłach się ścina.

CLXXVII.

Ale kiedy te, co czyniły wstręty
Wolnemu światłu, odemknęła blachy
I pokazał się knot dotąd zamknięty,
Namiot i całe oświecając gmachy;
Dziw ją ogarnął myślą niepojęty,
Żal jéj przystąpił, odstąpiły strachy:
Nie wie, czy to sen, bo rzuceniem oka
Śliczne chłopiątko widzi, miasto smoka.

CLXXVIII.

Nic tak pięknego nie widziały oczy,
Żadna takiego nie ma świata strona;
Nic tak gładkiego sznycerz nie utoczy,
Choćby był mistrzem nad Pigmaleona,
Żaden śnieg téj płci, żaden nie doskoczy
Rumieńca rubin; a skrzydła ramiona
Różnych farb zdobią. Skąd nędzna dziewczyna
Nie wątpi, że jest żoną Kupidyna.

CLXXIX.

Wstyd jéj lekkiego postępku, że zbyła
Wiary, na któréj jéj pociechy stały;
Radaby światło, złego świadka, skryła,
Radaby w sercu ukryła pujnały.
Jakoż, skryć cale była umyśliła
Żelazo winne w piersi swych śnieg biały,
Gdyby jéj była z ręku nie wypadła
Broń, mieczniczego robota kowadła.

CLXXX.

Ogląda potym Kupidowe łubie
I kołczan pełny leżący na stole,
Wtym strzałka, takiéj przyuczona chlubie,
Skrycie ją w palec serdeczny zakole.
Ona w skok z rany zdradne żądło skubie,
Ale już niewczas, bo dwojakie bole
Czuje z téj rany i dwojaką mękę,
Przyjemną w sercu i bolesną w rękę.

CLXXXI.

Patrzy na gładkie chłopię ledwo żywa,
Snu się wdzięcznego przerwać nie ośmieli,
A wtym niewcześnie zazdrosna oliwa,
W któréj knot lampy pływał jak w kąpieli,
A tak gorący, jak smoła z łuczywa,
Pryśnie z kaganka i kroplę wystrzeli,
Która na gołe chłopcu padła ciało
Tam, gdzie się skrzydło z barkami wiązało.

CLXXXII.

Porwał się ze snu i zrzucił z posłania
Sparzony bożek, a Psyche go prosi,
Żeby zwykłego doczekał zarania.
Trzyma go mocno, z prośbą gwałt przynosi:
Puścić się nie śmie nóg, którym się kłania,
Lecz się on wzbija i onę podnosi
W lot na powietrze, a ta, póki włada
Ręką, dzierży się, nakoniec upada.

CLXXXIII.

Jak przyszła k’sobie i żal się jéj wznosił,
Nie płacze; ryczeć i wyć rozpoczęła;
Na co Kupido lot swój zastanowił.
Litość go z gniewem pomieszana zdjęła.
Pomni, że go ten płacz często ułowił,
Że go ta mowa często więźniem jęła.
Spuszcza się i, na cyprysowym drzewie
Siadszy, te słowa mówi do niéj w gniewie:

CLXXXIV.

„Zapamiętała i na złe bezpieczna!
Takież-to twéj przyjaźni pieczęci?
Tak-ci to prędko i miłość stateczna
I me przestrogi wypadły z pamięci?
Gdzież twe przysięgi i gdzie wiara wieczna?
Gdzie i nadgroda za doznane chęci?
Tyś barziéj, niż wiatr i niż woda, płocha.
A nie tak ma być, ach! Psycho, kto kocha!

CLXXXV.

„Ja, pogardziwszy matki mojéj wolą,
Która, żebym ją pomstą uweselił,
Chciała, żebym cię ostatnią niedolą
I wszem nieszczęściem nad ludzi oddzielił,
Sam-em się chętnie dał w twoję niewolą,
Sam-em się chętnie z oczu twych postrzelił.
Wzgardziwszy niebem, matką urażoną,
Już-em cię sobie uczynił był żoną.

CLXXXVI.

„A ty, zmiennico! mało na to dbając,
Żeś mię twych oczu zraniła orężem,
Bronie hartując, pujnał zaostrzając,
Chciałaś mię dobić, jakobym był wężem,
I me zapały i me ognie znając,
Które-ć mię wiernym uczyniły mężem,
Jak salamandrę, która w ogniu żywie,
Chciałaś mię nadto usmażyć w oliwie.

CLXXXVII.

„Tak cię zdradziło ciekawe mniemanie,
Lubo życzliwe miałaś w tym przestrogi.
Ale te twoje zdradne radne panie
Zapłacą mi to przez swój upad srogi.
Ciebie nie karzę; niechaj na tym stanie,
Że precz od siebie i serce i nogi
Oddalam. A ta kara będzie trwała.
Boże cię żegnaj, o zapamiętała!“

CLXXXVIII.

Z tym leci, a téj wskroś się serce wzdryga
Na to, że leci, nie że sama spadła.
Goni go sercem i okiem go ściga,
Póki go wzrokiem dojrzeć sobie kładła,
I nie służącą głowę za nim dźwiga;
A gdy go z oczu zgubi, jak trup zbladła,
Albo tak z blechu powrócona chusta.
Na lament tylko zostały jéj usta.

CLXXXIX.

„Przepadłam (mówi). Co cięższa, że głupią,
Nie nieszczęśliwą mogą mię zwać słusznie.
Poleciałeś precz! Niechajże się skupią
Wszelkie niesmaki i męczą mię dusznie,
Jednak cię z serca mego nie wykupią.
Pójdę wtym z samym niebem nieposłusznie,
I choć bogowie rozwód nam wymyślą,
W sercu cię chowam, obłapiam cię myślą.

CXC.

O! jako-ć lekko przyszło do rozbratu!
Jedna cię tylko, ku nieszczęściu memu,
Kropelka ognia rozgniewała! A tu,
W tych piersiach, serce ogniu piekielnemu
Oddawszy, męczyć złeciłeś jak katu?
Twemu ramieniu, trochę sparzonemu,
Prędko poradzą cymlickie maści,
A mój ogień trwa ze mną do upaści“.

CXCI.

Nie mogła dłużéj swoich żalów głosić,
Gorzkiego płaczu zaduszona stokiem.
Wstaje nakoniec. Myśli długo dosić,
Kędy się błędnym obrócić ma krokiem;
Ale że nie chce bólów więcéj znosić,
Zdesperowana stawa nad potokiem
I tam, gdzie z gruntu piaski nurt wyrzuca
I gdzie najgłębszy, na głowę się rzuca.

CXCII.

Wprzód jednak rzekła: „Patrz, że sobie karę,
Zdradzony mężu, i jaką zadaję.
Za niedowiarstwo i złamaną wiarę
Nie mogę więcéj dać nad to, co daję.
Tylko niech, kiedy krzywdy twojéj miarę
Śmiercią wypełnię, w łasce twéj zostaję.
Niechaj ta woda zakał ten odkwasi,
Mój grzech omyje i twój gniew zagasi“.

CXCIII.

Ale ją potok, jak wpadła na wiry,
Na drugiéj stronie składa na murawie.
Czy sobie wspomniał, że Kupido Tyry
I wodnym bogom daje niełaskawie,
Czy to był pięknych oczu skutek szczyry,
Że go jak słońca wysuszyły prawie.
Jeśli głębokość rzek oczy wysuszą,
Dopioroż serca schnąć i goreć muszą!

CXCIV.

Widzi, wyszedszy z strasznego potopu,
Satyra, który ubluszczony w wieńce
Trawne, kosmaty i podobny chłopu;
W jakim więc stroju widzieć u nas żeńce,
Gdy ostatniego dopędzają snopu.
Przy nim, na nowéj trawie i bagience,
Pasą się puste koźlęta z baranki,
A on trzodom swym przygrawa w multanki.

CXCV.

W nierówno rzniętéj siedmiorakiéj trzcinie,
Którą wosk ścisło trzyma w kupie kruchy,
To w ten flet dmuchnie, to drugi pominie,
A brzeg się bliski głosem i las suchy
Rozlega, i to wrzaskliwe naczynie
Mniejsze do niego zwoływa pastuchy,
A Nimfa, co nam zwykle odgłos czyni,
Z skał się i z skrytych odzywa jaskini.

CXCVI.

Postrzegszy Psychy, a ona przez pole
Ledwie za sobą powłacza krok pieszy,
I zgadszy z twarzy, co ją w sercu kole,
Tak ją przywabia i łagodnie cieszy:
„Grubym ci ja chłop, lecz w miłości szkole
Mogę być mistrzem, kto się do mnie śpieszy.
I ty pódź raczéj uczyć się, niźliby
Miałaś chcieć znowu karmić sobą ryby.

CXCVII.

„Gdy mężnie znosisz, każdy ból mniéj cięży,
Każdy frasunek zmoże rada zdrowa,
A stały umysł, im większe zwycięży
Nieszczęście, większą sławę sobie chowa.
Wiem, co cię trapi i gdzie-ć serce tęży
I co wykwintność umie Kupidowa,
Ale się nie trwóż! Będzie-ć kiedyś mieło
Wspomniéć, co teraz cierpieć ciężko beło.

CXCVIII.

„Gniewy, niezgody u tych, których piersza
Miłość zjednoczy, są jak wietrzne miechy,
Któremi się chęć zarzy coraz szersza.
Jak prędko kropla kroplę goni z strzechy,
Tak tam jednanie poswarki zawiersza
I każdy niesmak zakończą uciechy.
Ale téż w każdym najsforniejszym stadle
Między swe maści miłość miesza szpadle.

CXCIX.

„Wypogódź serce! rzuć te cery zgrzebne!
Niech ci płacz ślicznych oczu nie żałobi!
Nie zgadzają się te zmarski pogrzebne
Z twarzą, co cały świat pali i zdobi.
Udaj się w prośby i modły potrzebne,
A uniżoność prędzéj ci przerobi
Twego miłego, który, chociaż stroni,
Téjże raz, co ty, czuje w sercu broni“.

CC.

Dziękuje Psyche za zdrowe porady
I na nich zwiędłéj część nadzieje sadzi,
Potym, błędliwa, różne depce ślady,
Aż ją traf w starszéj siostry dom prowadzi,
Gdzie (myśli sobie) podobno się zdrady
Zemścić i swego oddać nie zawadzi?
Wchodzi, a siostra z ochotą ją wita
I, skąd niezwykłe nawiedziny, pyta.

CCI.

„Twoją (powiada) uwiedziona mową,
Szłam do łożnice z pujnałem i świecą,
Gdy noc za porą nastąpiła dniową;
Ale jak prędko cienie się oświecą,
Obaczyłam rzecz niespodzianie nową.
Ach! jak te żale w mym się sercu niecą!
Bo miasto dziwu, co miał gryźć me kości,
Dziw-em znalazła, ale dziw gładkości.

CCII.

„Postrzegłam, nędzna, widząc go bez suknie,
Że to był bożek, co w serca ugadza:
Tak pięknym bywa i tak się wysmuknie,
Kiedy na taniec do swéj matki zgadza.
Gdy się dziwuję, wtym z lampy knot puknie
I, sparzywszy go, uciechy me zdradza:
Czy mi tak miły widok chciał zepsować,
Czy sam tak śliczne ciało pocałować?

CCIII.

„Skoczył z pościeli i widząc mię z bronią,
Nie da méj prośbie zmódz swego oporu.
Idź precz, niewierna! (rzekł, pchnąwszy mię dłonią)
Idź precz z serca mego i ze dworu!
Tym, co fortunę lepiéj sobie gonią,
I siostrze starszéj ustąp szczęścia toru.
Tę, a nie inszą, twe zdrady uczynią
W tym sercu panią, w gmachu gospodynią.

CCIV.

„Tak rzekł, a Zefir bez dalszéj dokładki
Porwał i w pustym porzucił mię lesie.
Idź-że ty, siostro, bierz po mnie te spadki;
Witaj dostatki, które-ć niebo niesie.
Ja, któréj szczęście wyskoczyło z siatki,
Pójdę, gdzie oczy, gdzie mię żal poniesie,
A wszędzie z sobą na smyczy powiodę
Skargę na głupstwo i pamięć na szkodę“.

CCV.

Ledwie co Psyche słów swoich dokończy,
A ta już, chciwa przyszłych pociech, bieży
Tam, gdzie się skała morskim brzegiem kończy,
I tam, czekając posła z wiatru, leży.
„Przydź (mówi), wietrze, przydź, powozie gończy,
Do naznaczonéj zanieś mię już leży;
Bądź przewodnikiem i twą dmą pogodną
Zawieź łożnice boskiéj zdobycz godną!“

CCVI.

Poczuła prędko po onéj modlitwie
Powiewający wietrzyk z bliskiéj chmury
I krzycząc, jakby po wygranéj bitwie,
Jako na pewną rzuca się z téj góry;
Ale po skałach ostrych, jak po brzytwie,
Tu sztukę ciała, tu palce z pazury
Oddziela krukom, i karcze i drzewa
Skórę z niéj szarpią i zazdrosne trzewa.

CCVII.

Zemszczona Psyche drugą oszukiwa
Tąż sztuką siostrę i takimże kształtem,
Która na skałę śpieszy się skwapliwa
I w drobne sztuki rozbija się gwałtem.
Tak kto pod drugim stołek rad podrywa.
Sowitym mu to odda Bóg ryczałtem;
Kto w łyżce wody topi, dołki kopie,
Sam szyję złamie, utonie w potopie.

CCVIII.

A Psyche wszędzie Kupidyna tropi,
W różne zakłada kraje, różnie kluczy.
Raz się spodziewa, drugi raz ztoropi.
Wszędzie schnie żalem, nadzieją się tuczy,
I niewczas się już, gdy oczy zatopi
Gorzkiemi łzami, co jest miłość, uczy.
Ale Kupido, chory z swojéj rany,
Do łóżka wtenczas leżał przykowany.

CCIX.

Bo matka jego, cug swoich gołębi
Wyprzągszy, w morskie udała się wały,
Gdzie na dnie czystym niezbrodzonéj głębi
Nimfy służebne bielsze jéj ścierały
Ciało, niźli śnieg, gdy go mróz zaziębi,
A wtym ciekawy nurek, ptak zuchwały,
Nie pomniąc, że to nowinkarze giną,
Z niesmaczną do niéj nurza się nowiną.

CCX.

Prawi jéj, że syn, choć jéj na wesele
Nie prosił, prędko zaprosi na krzciny,
Że od swéj miłéj, ma znaki na ciele
I żywsze jeszcze w sercu sparzeliny;
Że w domu leży, nie wychodzi wiele,
Zemdlony jednéj miłością dziewczyny;
I dziwują się wszyscy zadumani,
Że, będąc matką, tego mu nie gani.

CCXI.

Słuszny Wenerze opanował serce
Żal, a wraz gniewem pała, krom zyczaju.
Pyta się o téj synowéj fryerce,
Jakiéj postaci i z którego kraju?
Jakiego jest ta (którą na kobierce
Ślubne prowadzi Kupido) rodzaju?
Która-to z bogiń, co syn wpadł w jéj zdrady,
Muzy, czy Nimfy, czy winny Dryady?

CCXII.

Nurek powiada, że w potocznéj mowie
Nie słyszał o jéj szlachectwa wywodzie;
To tylko słyszał, że się Psycha zowie.
Dopioroż ta rzecz tak Wenerę bodzie,
Tak ją gniew pali i w sercu i w głowie,
Żeby zgorzała snadź, gdyby nie w wodzie.
Wypada z morza i z progu złożenia
Takie synowi daje złorzeczenia:

CCXIII.

„Tak mię to słuchasz i w takiéj powadze
U ciebie było moje rozkazanie?
Taka-to pomsta? Tyłeś swojéj władze
Łożył na pysznéj Psychy pokaranie,
Żeś, położywszy oczy jéj na wadze
I moje krzywdę, wszytko przedał za nie?
Posłuszne dziecię, które trud tak wielki
Podjęło, karząc krzywdę rodzicielki?

CCXIV.

„A toż on strzelec i bohatyr sławny,
Co wszytkich zdużał, wszytkich troczył w łyka,
Porwał na wędę kąsek tak niestrawny,
Że go śmiertelna krępuje podwika?
I co miłości wóz kierował dawny,
Teraz w nim w szelce ciągnie za woźnika?
Wy, ranni w serce, do zleczenia ciężcy,
Pódźcie, swemu się przypatrzcie zwycięzcy!

CCXV.

„Jeszcze ja sama wdałam go w te fochy
I prawie-m była dla niego zwodnicą,
Gdym mu, nie wiedząc, żeby tak był płochy,
Zleciła mścić się nad tą paskudnicą!
Snadź to ty mniemasz, że ludzkie macłochy
W niebo przeniesiesz tą swoją łożnicą?
Nic z tego: sam téj Jowisz nie osadzi
W niebie, co ze mną na ziemi się wadzi.

CCXVI.

„Czy to rozumiesz, niegodny wyrodku,
Że mi tak spieszne dokuczyły lata,
Że już nie mogę więcej mieć przypłodku
I urodzić ci poćciwszego brata?
A ja, żeby cię pogrążyć do spodku
I żeby-ć mych łask cięższa była strata,
Między podlejszych niewolników gminem
Wezmę jednego i zrobię go synem.

CCXVII.

„Jemu dam strzały, miłości szafarki,
Jemu pochodnią, łubie i łuk tęgi
I w pstre skrzydełka ustroję mu barki,
A ciebie w grube ubiorę siermięgi
I bakałarza-ć tak wsadzę na karki,
Że cię oduczy do panien włóczęgi!
Obaczę, jak się poprawisz do roku,
Gdy-ć w cuchthauzie ujmą i obroku.

CCXVIII.

„Jeszcześ ty z młodu wyrządzał mi figle,
Aniś honoru oddawał winnego,
I panie duszki często niedościgle
Wodziłeś, zdrajco, do Marsa mojego.
Alem cię teraz doszła jak po igle
I zapłacisz mi za się i za niego.
Wnet do samsiadów po poradę idę,
Jako cię światu podać mam w ohydę“.

CCXIX.

To rzekszy z gniewem, który jéj wynika
Z oczu, śpieszy się wydziwiać nad Psychą,
A wtym Junonę z Cererą potyka
I, nie mogąc być w swoich żalach cichą,
Prawi im, co ją od syna dotyka,
I prosi, aby tę dziewczynę lichą,
Jeśliby kiedy przyszła im do ręki,
Na godne do niéj odesłały męki.

CCXX.

Obie ją razem boginie błagają:
„Aza w niebieskiéj nieśmiertelnéj duszy
Panować (mówią) takie troski mają?
Co to za grzech, że piękne oko ruszy?
Co za występek, że serca pałają
W wynalezionéj od Wenery suszy?
I co to za dziw, że iskra z krzesiwa
Zgotowanego skoczy do łuczywa?

CCXXI.

„Jeśli się o to trapisz, że tak młody
Do zalotnéj się obrócił nauki,
Darmo to, bo on, chociaż jest bez brody,
Już wie te wszytkie przebiegi i sztuki.
Mały-ć jest wprawdzie, ale go z urody
Nie kładź za dziecko i między nieuki.
Aleć i dziecka — nie na wieki dzieci.
Ptaszek sobie pan, Jak z gniazda wyleci.

CCXXII.

„I owszem, możesz kłaść się za szczęśliwą,
Żeś weselnego doczekała święta,
Ani bądź z tego zrzędną i gniewliwą,
Że téż miłości widzisz w domu pęta.
Byłabyś cale w tym niesprawiedliwą,
Kiedybyś, widząc, co my niebożęta
Cierpimy z twych strzał smacznego pogromu,
Chciała wytrąbić miłość z twego domu“.

CCXXIII.

Tak dwie boginie sposobem żartownym
Kupidynowi wywodzą obmowę,
Wiedząc, że może żelezcem hartownym
Ranić im serce i zamącić głowę.
Lecz Wenus wściekła, poradnicom mownym
Niechętna za tę żalów swych ponowę,
Żegna ich pięknie, a cicho im łaje,
I szukać Psychy pilno się udaje.

CCXXIV.

Psyche téż, końca szukając swéj nędzy
I Kupidyna, różnym szlakiem błądzi;
Raz sobie śmierci winszuje co prędzéj,
Drugi raz lepsza nadzieja ją rządzi:
Radaby onéj Aryadny przędzy,
Bez któréj znaléść miłość trudno, sądzi.
Skąd się tak żalom w moc powolnie puszcza,
Że się jako śnieg w ciepły czas rozpuszcza.

CCXXV.

Jako zhukany zwierz i szczwana łani,
Tak się Wenery po pustyniach strzeże,
A zaś Kupida ściga wszędzie, ani
Chce przestać, aże znajdzie jego leże.
Już nie jak żona i nie jako pani,
Tak ją pokuta szczera w serce rzeże,
Że myśli niską potłumić kłopoty
Usługą, nie przez małżeńskie pieszczoty.

CCXXVI.

Kościół wtym przykréj na góry wierzchołku
Niezwykle cudnéj fabryki obacza;
Idzie tam śpieszno, ugiąwszy podołku,
Choć się z słabości coraz z góry stacza.
Chce zasiądz nowin o strzelczym pachołku,
Co jéj tak często oczy we łzach macza.
Tam na rynsztunek napada nie święty,
Lecz na żniwiarskie i rolnicze sprzęty.

CCXXVII.

Leżą i w snopach i napół przebite
Na bojewisku pomierzwione kłosy,
Pługi i styki, radła pracowite
I sierpy krzywe i z grabkami kosy,
Szufle i cepy i brony nabite,
Przetaki, rafy, młynki na stokłosy,
Widły, powęzy i jarzma na woły,
Do roli (mówię) sprzęt i do stodoły.

CCXXVIII.

Gdy się nad takim orężem zdumiewa
I rozmiatane przegląda naczynia,
Sama bogini, co zboża rozsiewa,
Jako kościoła tego gospodyni,
Z ołtarza rzekła: „Ach! Psyche troskliwa,
Podobno nie wiesz, jako cię obwinia
Zgniewana Wenus, że się jadem puka
I że cię na śmierć zgotowaną szuka!“

CCXXIX.

Z ukłonem do nóg bogini ochoczem
Upada Psyche i oczu fontaną
Stopy jéj płócze, a długim warkoczem
Umiata ziemię służbie jéj oddaną.
„Przez prawa (mówi), które ty roboczem
Rozdajesz chwilom, przez córkę porwaną
I zaniesioną w podziemne więzienia,
Przez twoje dary i żyzne nasienia!

CCXXX.

„Przez twe pochodnie, przez bezdrożne błędy
I przez wóz lotny i cugowe smoki,
Przez wieniec z kłosów, któremi się wszędy
Pysznią tłuste gór sycylijskich boki;
Przez twoich rocznic tajemne obrzędy,
Od których cale wyłączasz otroki;
Przez nocne wycia, które Etna słyszy,
I co Eleuzys odprawuje w ciszy!

CCXXXI.

„Porusz się, pani, moim utrapieniem
I wywołanéj daj rękę dziewczynie;
Skryj mię pod twoich wieńców świętym cieniem,
Aż gniew niesłuszny Wenery pominie,
I niechaj, pod twym bezpieczna imieniem,
Choć niefortunna, niewinność nie ginie.
Dozwól przynamniéj, że, niż nowe pocznie
Noga swe drogi, w progach twych odpocznie“.

CCXXXII.

Mogłaby była i Tatry i skały
Tą prośbą ruszyć i hirkańskie lasy;
Ceres jéj przecie, pomniąc na zuchwały
Gniew swéj przyrodnéj, zamyka zawiasy;
Skąd nowe troski i nowe jéj wstały
Trudy. Narzeka na nieszczęsne czasy
I, niezwyczajną przejęta żałobą,
Drogi od płaczu nie widzi przed sobą.

CCXXXIII.

Po różnych błędach widzi zaś na stronie
Wyniosły kościół, choć budynkiem starszy,
Tytuł ją uczy, że świętéj Junonie.
Wchodzi z bojaźnią, nadzieją się wsparszy,
I uniżona w pokornym ukłonie,
Wytchnąwszy sobie i oczy otarszy,
Obłapia ołtarz, skropiony ofiarą
Krwie wytoczonéj, i modli się z wiarą.

CCXXXIV.

„O, godna (mówi) wszech bogiń królowa!
Godna Jowisza i siostro i żono!
Lubo cię Samos międzywodna chowa,
Kędy cię w pierwszych pieluszkach złożono,
Lubo Kartago, w twéj służbie nienowa,
Bawi cię, lubo-ć prac swoich wrzeciono
Argiwskie dziewki oddają życzliwie,
Zabawiając cię gadką przy przędziwie;

CCXXXV.

„Lubo téż, zrzędna w łąkach nad Inachem,
Jowisza twego szpiegujesz zaloty;
Ty, co cię zowią Lucyną, co z gachem
Panny w małżeński wiążesz węzeł złoty;
Ty, o bogini! dozwól zdjętéj strachem
U nóg twych złożyć troski i kłopoty,
Z których po większéj części się wywiodę,
Jeśli w twych progach otrzymam gospodę“.

CCXXXVI.

Juno, lubo się zdała jéj być tania,
Lubo wesołą twarz ku niéj pogodzi,
K’woli bogini, która serca skłania
Nieunoszonéj do zalotów młodzi,
Temi słowy się przyjąć Psychy zbrania:
„Cudzego zbiega chować się nie godzi“.
Co jak jéj prędko Juno wytłómaczy,
Do ostatniéj się udaje rozpaczy.

CCXXXVII.

Z strapioną myślą i nadzieją stradną
Bieży w świat, ale sama nie wie, kędy,
I strach z bojaźnią, co jéj sercem władną,
Złe towarzystwo, bieżą za nią wszędy.
Żadnym wiatr liściem nie ruszy i żadną
Gałęzią ptaszek, żeby swe zapędy
W zad nie cofała; i w tym przelęknieniu
Postrach znajduje w swoim nawet cieniu.

CCXXXVIII.

Idąc przez dzikie pola i przez puszczą,
Sama tak sobie żal swój rozczytywa:
„Cóż mi za pomoc i skąd ludzie spuszczą,
Gdy się i niebo niechętnym odzywa,
I między bogiń, między bogów tłuszczą
Każdy mię z domu i od progu zbywa?
Gdzież się uciekę, gdy sami bogowie
Nie śmieją o me zastawiać się zdrowie?

CCXXXIX.

„Gdzież się podzieję nieszczęśliwe plemię?
Albo w którą się mam schować jaskinią?
Jeżeli się mam zakopać pod ziemię,
Przed zagniewaną niewinnie boginią?
Ej, lepiéj zrzucić raz to z siebie brzemię!
I zapłacić to, w czym mię nieba winią!
Lepiéj się potkać z nieuchronną plagą
I zginąć, albo przebić się z odwagą.

CCXXL.

„Pójdę tam, kdy Wenus ma mieszkanie,
I w dobrowolne podam się więzienie:
Aza gniewem jéj dosyć się tym stanie,
Aza pokornéj z domu nie wyżenie!
Może być, że tam serce me zastanie
Swego miłego i swych ran zleczenie:
I że, zgniewany, albą też łaskawy
Dobije, albo podejmie się sprawy.

CCXXLI.

Tym czasem, gdy się Psyche różnie kręci,
I, chcąc wykonać przedsięwziętą radę,
Różne sposoby knuje w swéj pamięci,
Jakby z Wenerą uspokoić zwadę:
Wenus się, że jéj nie znajduje, smęci.
Szuka jéj przecię: lubo chytrą zdradę
Lub otworzystą siłę mając w głowie,
Gdziekolwiek się jéj zdrajczyni ozowie.

CCXXLII.

Wtym ją potyka skrzydlasty Merkury,
Którego prosi, żeby jako woźny
Wywołał Psychę, spuściwszy się z góry,
I żeby mandat obwoływał groźny:
Że, kto ją przyjmie między swoje mury,
Gniew go Wenery doścignie nie poźny;
Ale, ktoby ją wydał, przywiódł, za tę
Uczynność Wenus odda mu zapłatę.

CCXXLIII.

On chętnie bierze na się, że to sprawi,
I woła, spadszy na dół jako strzała:
„Ktokolwiek to wie, gdzie się Psyche bawi
Zdrajczyni — próżna strawa, płonna chwała! —
Niech ją wyjawi, niech Wenerze stawi!
Weźmie zapłatę, która będzie stała
Za pracę! niech ją odda do jéj straży
I przechowywać zbiega się nie waży!

CCXXLIV.

„A za nagrodę tak potrzebnéj skargi.
Smaczne pieszczoty Wenus obiecuje,
Jakich indyjskie nie ślą do was targi;
Bo go bogini siedmkroć pocałuje;
A ósmy złączy tak ścisło z nim wargi,
Że zbytnia słodycz i duszę skrępuje;
I ząb z wargami zmiesza różnym szykiem
I w cudze usta wkradnie się językiem.“

CCXXLV.

Jak prędko ten głos poszedł między ludzi,
Szykują gwałtem i pilno się kręcą.
Ci nawet, których stary wiek ostudzi,
Na tak się słodkie obietnice nęcą.
Skąd Psyche, widząc, że się darmo trudzi,
I trudno wygrać z kolerą panięcą,
Sama do dworu bieży na ostatek,
Gdzie ją odźwierny potyka, Niestatek.

CCXXLVI.

„Witajcież (mówi), miłościwa pani!
Nakoniec myszka trafiła do łapki:
Nagrodzimy-ć to, cośmy zmordowani
Nabyli często szukając cię sapki.
Zda mi się, że-ć tu, Psyche, Wenus zgani!
Że-ć ten włos złoty pokoszą na grabki!
Że z warg pod oczy przeniosą purpury;
I blejwas, bliznom ustąpi, twéj skóry.“

CCXXLVII.

To mówiąc, w złotych warkoczy gęstwinę,
Niemiłosierne zapuściwszy palce
Ciągnie z pośmiechem zbieganą dziewczynę
Przez dworzec, przez drzwi, przez progowe walce.
Mogłaby była i zjadła gadzinę
Ruszyć litością, i lwy, i padalce,
Gdy przed Wenerą do spodu zapaski
Upadła krzyżem i prosiła łaski.

CCXXLVIII.

Z kwaśnym uśmiechem i z zjątrzoną duszą
Wenus jéj mówi: „Tyś to? twe to dziéła?
Co-ć i boginie ustępować muszą?
Coś i zwycięscę bogów zwyciężyła!
Dziękujęć, że cię te ludzkości ruszą,
Żeś téż raz swoję świekrę nawiedziła!
Czy snąć mężowi swemu nawiedziny
Oddajesz, co z twéj choruje przyczyny?

CCXXLIX.

„Wnet cię ja przyjmę, daję-ć na to rękę,
Jako na świekrę łaskawą przystoi.
Weźcie ją tylko na swoję opiekę,
Kłopot z Frasunkiem, komornicy moi!“
Ledwie wyrzekła, a czeladź, na mękę
Psychy, w rózgi się i w łańcuchy zbroi,
I, zewlokszy ją, po jéj ślicznym ciele
Obu rąk mocy doświadczają śmiele.

CCL.

Zmiękczyłby się był takowym widokiem
Hirkański tygrys, płakał marmur twardy,
Gdy krew po skórce, łzy po twarzy stokiem
Płynęły; ale duch Wenery hardy
Suchym i gniewnym patrzy na to okiem.
Nieukojona za mniemane wzgardy,
Zarży się barziéj i od złości taje,
I skatowanéj tak, jak znowu łaje:

CCLI.

„A jeszcze mię chcesz tą brzucha puchliną
I przyszłym zmiękczyć, niecnoto, przypłodkiem!
I, że dziedzicy moi nie zaginą,
Za tym, co go masz w żywocie, wyrodkiem!
O, jakie szczęście, że za twą przyczyną
Babką zostanę w młodym wieku słodkiem!
I że nie godna jedna licha suka,
Z boskich zalotów, Wenerze da wnuka!

CCLII.

„Ach! nazbyt-by to? nie daj tego, Boże!
Nie synem-by był i ledwie bękartem:
Skrycie zawarte wesele zwać może
Zabawną bajką i łożnice żartem.
Ślub potajemny, niepoćciwe łoże
Matkę potępia i z płodem zawartem.
A onaż mi to dziedzica przypłodzi?
Choćbym wytrwała, aże się urodzi!

CCLIII.

„Ale nie wytrwam, żeby ta niecnota
Miała doczekać krzcielnego obchodu!
Rozedrę ją wnet i sama z żywota
Niedojrzałego dobędę jéj płodu!
I syna mego swawolna robota
Nie przyczyni mi sromotnego rodu.
Dopioro wtenczas, za tym jéj pomiotem,
Rozbrat uczynię z gniewem i z kłopotem.“

CCLIV.

To rzekszy, Psyche za warkocz porywa.
Jakie niebieskiéj duszy zajuszenie!
Bije i włóczy, póki jéj sił zbywa,
I aż do ciała zdziera z niéj odzienie:
O! jak potężnie gładkość nieszczęśliwa
W nagie podana od niéj wyrażenie!
Miłość i litość ogień, żal budziła;
Żal jéj, żal było; lecz barziéj paliła.

CCLV.

Po tym, zmieszawszy zboża i nasienia
Różnego kupę niebodze odmierzy
I rozkazuje, żeby bez mruczenia
W osobne kupki, a w kilku pacierzy,
Wszystkich zrobiła równe podzielenia,
Pierwéj niźli się wróci od wieczerzy:
A jeśli ziarnek tych nie porozwozi
Każdego na swą kupę, garłem grozi.

CCLVI.

Psyche, tą groźbą i niezrobną pracą
Strwogana, patrzy tylko na te ziarna.
Widzi, że ją już te zboża ochwacą.
Zioła, chwast i to, co idzie na żarna,
Zmieszane: trudno rozwieść; zaczym w płacą
Garło gotuje i drży jako sarna;
Przebiera, dzieli, ale widzi szczerze,
Że trudniéj przebrać, im w tym pilniéj gmerze.

CCLVII.

Lecz jéj wnet chory Kupido w posiłku
Przybywa: już się nieszczerze z nią wadzi;
I gniew, z urazy przeszłéj, już na schyłku;
Już jéj odpuszcza i już o niéj radzi.
Poruszył mnóstwa mrówek, i z gniazd kilku
Do téj roboty zaciąga czeladzi.
Sypią się czarne wojska szykiem długim,
I marszerują, pułk jeden za drugim.

CCLVIII.

Wpadły w nasiona pracowite mrówki,
Gromią te chwasty i wojują zobie.
Ta ziarno niesie mniejsze od swéj główki;
Ta mężnie dźwiga ciężar równy sobie;
Ta z strączka, ta z źdźbła, ta z kłosa, z makówki,
Na co napadnie, rozwozi w téj dobie:
Tak że, gdzie przedtym mieszaniny były,
Podzielne nasion stanęły mogiły.

CCLIX.

A to zrobiwszy, na dawne obozy
Spieszno się mrówki wróciły pospołu.
A wtym téż miesiąc swoje jasne wozy
Po gładkim niebie wyciągał od dołu.
I Wenus, pełna przeciw Psysze grozy,
Od gościnnego powraca się stołu:
I zadziwi się, widząc one krupki
Porozwożone, każdą do swéj kupki.

CCLX.

„Nie twe to dzieło, nie twojéj to ręki,
Suko, robota! — rozgniewana rzekła: —
Ten-ci to gaszek wygadza bez dzięki,
Coś mu i serca i barków przypiekła!
Ale cieszcie się! mam ja jeszcze męki
Dla was obojga, gorsze niźli z piekła.“
Potym, zgniewane odwróciwszy lice,
Na pańskie wczasy idzie do łożnice.

CCLXI.

Jako zaś prędko zorza, świt różany
Niosąc, o bliskim dniu upewni ludzi;
I świat oświecił wschód słoneczny rany:
Wenus się z pysznych piernatów obudzi
I, ledwie skończy sen spokojnie spany,
Zaraz myśl sobie tym wymysłem trudzi,
Co zadać Psysze i czemu nie zdoła?
I wymyśliwszy, do siebie jéj woła.

CCLXII.

„Widzisz ten (mówi) gaj, w którym niesuchy
Dąb swój wierzchołek ku niebu podnosi,
I bystry potok odrywa brzeg kruchy,
A zwisłe trawy kryształem swym rosi!
Tam stado owiec, wolno, bez pastuchy
Pasąc się, runa szczerozłote nosi;
Idź mi tam spieszno, a téj drogiéj wełny
Naskub z ich grzbieta podołek zupełny.“

CCLXIII.

Zdesperowawszy w tych pracach dziewczyna,
Bieży się topić prosto w tym potoku
I skończyć swoje trudy; ale trzcina,
Co i w téj rzece rosła i po boku,
Natchniona własnym duchem Kupidyna,
Od śmiertelnego wstrzymawa ją skoku:
„Nie top się (mówi) z takowéj przygody
I nie maż swoim mordem mojéj wody!

CCLXIV.

„Ale téż nie myśl, żebyś bez przestrogi
Chciała się żywo wrócić z złotym runem!
Srogie to bydło, ma w sobie jad srogi;
I, choć się pięknym nakrywa całunem,
Z marmuru czoło, ze stali ma rogi;
I uciekłabyś łacniéj przed piorunem!
Straszny jest ich wzrok, jadowite rany;
Takie-ć to każą podstrzygać barany!

CCLXV.

„Ty jednak, kiedy południe przeminie,
Pod które w cieniu odpoczywać zwykły
Po gzie i swojéj największéj wścieklinie;
Wnidź w gaj, gdzie gęstwą najbarziéj zawikły,
I ukrywéj się tak pilno w krzewinie,
Żeby-ć te śpiące owce z oczu znikły.
W ten czas po krzakach zbieréj wełnę, którą
Tam zostawują trąc się o nie skórą.“

CCLXVI.

Posłuszna Psyche, w czasy naznaczone
Bieży do gaju, jakby miała skrzydła,
I upatruje, chociaż snem zmorzone,
Straszliwe jednak niebezpieczne bydła.
A kosmki złote po drzewach zwieszone,
Na Wenerzyne kradnie motowidła.
I oddaje jéj odważne przędziwa;
A Wenus za cud wielki ma, że żywa.

CCLXVII.

Gryzie się w sobie, że tak trudna praca
Nie złamie Psychy ni serca, ni statku
I że się zawsze jak z wygraną wraca
I że jéj synek pomaga w ostatku.
Skąd się tym barziéj do pomsty obraca
I w myślach swoich szuka po dostatku,
Co niebezpieczno, co straszy, co trudni;
Choćby téż szukać aż w piekielnéj studni.

CCLXVIII.

„Idź mi (powiada) nieleniwym krokiem
Tam, gdzie wierzchołek niedostępnéj skały
Przeczystéj wody obmywa się stokiem,
Chociaż jéj źródła w piekle się schowały!
I tam, na nurcie téj rzeki głębokiem,
Napełnij na mą potrzebę kryształy,
A bądź ostrożna! jeźli-ć miłe zdrowie;
Bo się téj wody boją i bogowie!“

CCLXIX.

Szuka téj rzeki Psyche, która skrycie
W piekielnych krajach wziąwszy swoje źródła
I w Acheroncie i w ciemnym Kocycie
Na świat się góry wierzchołkiem wywiodła:
Znajduje wprawdzie, ale gdy w korycie
Czerpać ją myśli, barzo się zawiodła
I widzi, że jest niepotrzebnym posłem,
Gdzie przebyć ledwo może skrzydeł wiosłem.

CCLXX.

Wierzch skały wszytkie przenosi obłoki
I ociosany zewsząd, nieba tyka,
Z którego, ledwo wybuchną potoki,
Zaraz je bliska jaskinia połyka.
Widzi na straży dwa bezsenne smoki;
Wszędzie przepaści i przerwy potyka.
By, dobrze, żadnéj nie było tam straży,
Nikt się przybliżyć bez śmierci nie waży.

CCLXXI.

Cieszy to Psyche, i chcąc nieodwrotny
Skończyć bieg życia, i co ją zabija,
Bieży ku skale w zawód tak ochotny,
Że pierwsze mężnie postrachy pomija:
Ale Jowisza orzeł prędkolotny
Te jéj zamysły ratunkiem wybija
I, wydarszy jéj flaszkę w swe pazury,
Wzbija się od niéj aż na sam wierzch góry.

CCLXXII.

I tam, śmiertelną napełniwszy wodą,
Oddaje nazad zupełne naczynie:
Czy zniewolony stroskaną urodą?
Czyli téż sobie łaski w Kupidynie
Szukał, wiedząc, że strzały jego bodą;
Tak w ludziach serca, jako i w zwierzynie;
I, że się słusznie przy takim rycerzu
Boi o skorę, co w sierci, co w pierzu.

CCLXXIII.

Zadziwiła się Wenus, i bez miary
Zgniewana, Już też tego nazbyt! (rzekła)
Widome to są gusła, jawne czary,
Żeś dotąd żywa i żeś się nie wściekła.
Ale ja przecie poślę cię na mary,
Obaczę, jeśli powrócisz i z piekła:
Idź z tym pudełkiem tam, gdzie przy Tenarze
Loch Acheronckiéj daje przechód parze!

CCLXXIV.

„Przez te podziemnych przepaści kominy
Przebierz się na dół, jakbyś miała skrzydła:
I proś ode mnie siostry Prozerpiny,
Żeby mi swego przysłała bielidła,
Którym się piękną Plutonowi czyni.“
Psyche co sobie w pracy na śmierć zbrzydła,
Prosto na pewną zgubę rada bieży:
Ale ją z pustéj życzliwy głos wieży

CCLXXV.

Wstrzymywa: wierne daje jéj przestrogi,
Czego się ma strzedz, kędy płacić myto?
Czym się da uśpić Trzygłów czworonogi?
Jak się sprawować, gdzie Charon koryto
Steruje; jako czcić podziemne bogi?
Każe wziąć placków i groszy sowito;
Bo, tak do piekła jako i do nieba
Bez pieniędzy wniść trudno i bez chleba.

CCLXXVI.

Uczy ją potym, żeby się obiadem
Nie dała zwodzić; ni śmiertelnéj przędze
Parkom pomagać; ani z zgniłym dziadem
W rozmowy wchodzić: że to wszytko jędze
Na jéj podbite zgubę; ale śladem
Powracać pierwszym każe, i z téj nędze
Spieszyć się; co jéj dadzą, ale
Nie wglądać w króbkę, ni otwierać cale.

CCLXXVII.

Puszcza się w drogę w weselszéj postaci
I, spuściwszy się okropną piwnicą,
Przewoźnikowi pierwszy groszyk płaci;
Cerbera błaga strawy połowicą;
Nie da się zwodzić, ni gościńca traci,
Ale, stanąwszy przed ciemnéj stolicą
Bogini, króbkę słoniową przynosi
I o farbiczki udzielenie prosi.

CCLXXVIII.

Hekate, piękną a nieszczerą cerą
Przyrzekła wszystkie gładkości sekrety
Dzielić, jak z siostrą, ochotnie z Wenerą;
Ale wprzód Psychy prosi na bankiety;
Lecz ona, suchym chlebem, wodą szczerą
Zaczyna obiad i zakończa wety.
I tak nalega, że Ereb głęboki
Opuszcza z pełną króbką, bez odwłoki.

CCLXXIX.

Temiż figlami i takimże torem
Powraca na świat, i ledwie go wita,
Aż, białogłowskim ciekawym humorem,
Chce w króbkę zajrzeć i sama się pyta:
Jeźliby się z niéj nie śmiano za dworem?
Jeźli to, czego nie jest nigdy syta
Biała płeć, mając w ręku i po woli,
Uskrobać sobie trochy nie pozwoli.

CCLXXX.

Ale, jak prędko odemknie pokrywkę,
Nic nie znalazła; a twardy bez miary
Sen opanował utroskaną dziewkę.
Jako trup zimny i włożon na mary,
Straciła zmysły, pamięć i rozrywkę.
Jako rozbity piorunem dąb stary
Padła i leży bezduszna przy drodze;
Lecz miłość zsyła ratunek niebodze.

CCLXXXI.

Kupido, zdrowszy z swojéj sparzeliny
I zapomniawszy do Psychy urazy,
Wykradł się matce szukać swéj dziewczyny;
I wrócił z łowów darmo kilka razy.
Teraz znajduje śpiącą, zaczym winy
Odpuszcza, budzi strzałek swych żelazy,
Zbiera sen z oczu do słoniowéj kości
I iść do matki dodaje dufności.

CCLXXXII.

Do nóg Wenery na klęczki przypada,
Bo téż nie mogła i stać o swéj mocy,
I podarunek Prozerpiny składa:
„Powracam (mówi) z państwa wiecznéj nocy,
Gdzie dymny Pluton nieboszczyki włada.
Zlitowały się piekła i pomocy
Dodały: same jędze Prozerpinie
Radziły dać mi niepróżne naczynie.

CCLXXXIII.

„A ty bogini i matko miłości!
Do łaski twojéj zamykasz mi wrota!
Twój gniew mi, pani, co dzień zgubę rości,
I pracą z prace, i kłopot z kłopota!
Jeźli przy wszytkiéj mojéj niewinności
Stratą cię tylko ubłagam żywota?
I jeźli garłem przy płacić potrzeba?
Że mię nieszpetną utworzyły nieba,

CCLXXXIV.

„Nie odwłócz daléj tak potrzebnéj zguby!
Ale mnie nie karz za nie moje grzechy!
Nie przypisuj mi świętokradzkiéj chluby,
Którą lud błędny podał mię na śmiechy!
Nie karz za skryte z synem twoim śluby!
Wiesz, że nikt jego nie schronieł się cechy!
Nikt z nim nie wygra, na ziemi, ni w niebie;
A cóż, kiedy chce zwyciężać dla siebie!

CCLXXXV.

„Prawda, że kocham, i póki źrenice
Śmierć nie zamruży, kochać serce będzie.
Ale małżeńskiéj nie ścigam łożnice,
Ni myśli topię w tak wysokim błędzie:
Dosyć, kiedy mię między niewolnice
I w sług policzy najdrobniejszych rzędzie!
Jeszcze coś dłużéj rozwodzić się kusi,
Ale płacz słowa nierzetelne dusi.

CCLXXXVI.

Wenus, na prośby tak pokorne głucha,
Odwraca oczy, widzieć się jéj zbrania:
Przecież do końca téj supliki słucha,
Nie wymyśla jéj dalszego karania;
Jeszcze-ć ta łkała, nie jest cale krucha;
Serce się jednak ku litości skłania:
Uśmierza niechęć, sama się dziwuje,
Że nowy afekt i łaskawszy czuje.

CCLXXXVII.

Tymczasem bożek bojąc się skrzydlaty,
Żeby przez nowe Wenery wymysły
Ostatniéj Psyche nie poniosła straty,
Opadł Jowisza i swój związek ścisły
Odkrywa ojcu i prosi jak taty,
Żeby za żonę, w czym wszystkie zawisły
Jego pociechy, Psyche, jak dar wielki,
Odniósł od niego i od rodzicielki.

CCLXXXVIII.

Jowisz przyjmuje tę prośbę łagodnie,
I, pogłaskawszy synaczka pod brodę,
„Lubo twe (mówi) wiadome są zbrodnie,
Że wszędzie siejesz fochy i niezgodę,
Mnie nawet w sercu podniecasz pochodnie,
Przecie do zgody z matką cię przywiodę.
„Tylko też o mnie pomnij, panie synku,
Gdy co gładkiego będziesz miał na szynku.“

CCLXXXIX.

Zwoływa zatym niebianów Merkury;
A gdy na miejscach swych zasiedli w radzie,
Jowisz tak zaczął: „Kto tu jest z was, który
Na Kupidyna skargi swéj nie kładzie!
Jakie on stroje i jakie kaptury
Téj najjaśniejszéj przywdziewa gromadzie:
Temu przypala serca, temu nogi
Cztery przyprawia, temu skrzydła, rogi.

CCXC.

„Co gorsza, nasze łożnice otwiera
I we dwój sposób z żonami nas wadzi!
Teraz się dusznie żenić sam napiera;
Kładę, że na to zezwolicie radzi!
Niechaj téż dozna, co w sobie zawiera
Małżeński związek, i niechaj z téj kadzi
Trunku skosztuje! Zgoda-ż na to Rzeszy
Niebieskjéj, żeby tam wisiał, gdzie zgrzeszy?“

CCXCI.

A Momus: „Jam-ci (mówi) nie żonaty,
Lecz widząc, jakie wyprawuje figle
Wam drugim, choć go nie prosicie w swaty,
Życzę, żebyście wzajem niedościgle
Do jego drogę zwiedzieli komnaty.
Kto w szpilce odrwi, oddać mu na igle.
Swoje oddając, nie będzie w tym grzechu,
Że go do swego przyjmie Satyr cechu.“

CCXCII.

Nie dba Kupido, co będzie napotém.
A któżby się téż, myśląc o tym, żenił?
Ale, pachniącym zlany jeszcze potem,
Na dowód, że się w téj sprawie nie lenił.
Bystrym do Psychy opuszcza się lotem
Z miłą nowiną, że bogiń przyplenił,
Że ojciec, matka i wszyscy niebianie
Na ich małżeństwo dali zgodne zdanie.

CCXCIII.

Więc, niemięszkanie Merkury przenosi
Psyche na niebo: w przednich bogiń stroje,
Wargi nektarem z ambrozyą rosi;
A Jowisz, córkę wziąwszy na pokoje,
Ciepło za Psychą i za synem prosi;
Wenus urazy wszytkie składa swoje
I, biorąc w wiano taką godność nową,
Chętnie przyjmuje Psyche za synową;

CCXCIV.

Przygotowania nie potrzeba wiele
W niebie na gody, i do dobréj myśli:
Zaraz stanęło na sławne wesele,
Co dowcip z ręką rozrutną wymyśli:
Muzyka, stoły, tańce, trunki, trele,
I czego pióro moje nie okryśli;
Jeszcze mniéj dotknie, co się w tajemnicy
Działo i w smacznéj przydało łożnicy.

CCXCV.

To pewna, że tak panna, jak pan młody,
Lubo się przedtym dosyć dobrze znali,
Tak, jako mogli bez wszelkiéj przeszkody,
Straconych godzin dobrze wetowali.
Ale, gdy Psycha tak ociera głody,
I co raz sobie te igrzyska chwali:
Zapuchła w pasie i szczęśliwą noszą
Powiła córkę, okrzczoną rozkoszą.

CCXCVI.

Odpuść, Kupido, że twoje zaloty
I skryte twojéj tajemnice Psychy
Podałem światu! Bądź kontent z ochoty,
Jeźli czego wiersz nie dokazał lichy:
A za pracę i podjęte roboty,
Kiedy-ć wiadomy serca zapał cichy:
Włóż na me skronie mirtową koronę!
Dokaż nad Kasią, niech nie darmo płonę!


Przypisy

  1. Mademoiselle Bessaine, potym Dönhofowa, Podkomorzyna Koronna.
  2. Mademoiselle d’Arquien, potym królowa polska.
  3. Mademoiselle Gordon, potym Morstinowa, Podskarbina Koronna.
  4. Mademoiselle Maly, potym Pacowa, Kanclerzyna Litewska.
  5. Mademoiselle Tarło, potym Sapieżyna, Podskarbina W. Es. Lit.
  6. Mademoiselle Wodyńska, potym Żelecka, Łowczyna Koronna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Andrzej Morsztyn.