Strona:Poezye oryginalne i tłomaczone.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
LXXXIII.

Widzi to ona, że ją już do grobu
Żywcem, nie na ślub domniemany niosą,
I te obrzędy nowego sposobu
Pachną już śmierci nieuchronnéj kosą,
Przecie, przy państwa i podłego drobu
Lamentach, jagód nie polewa rosą;
Cieszy rodziców, i choć strach naciera,
Swoich nie puści, cudze łzy ociera.

LXXXIV.

„Na cóż płaczecie? co po tych łzach? — rzecze —
Co wam, ani mnie nie będą z pożytkiem?
Na co-ć po brodzie słony potok ciecze,
Ojcze, i głowę brudzisz piaskiem brzydkiem?
Nie targaj włosów! Takieć-to człowiecze
Obejście! ten skok przyjdzie skakać wszytkiem!
Trapią mię twe łzy i łzy mojéj matki
Przykrzejsze czynią te życia ostatki.

LXXXV.

„Wtenczas, o ojcze! lamentować było,
Gdy mi stawiano niesłuszne ołtarze
I służby boskie, co mnie nie służyło;
Gdy mię z Wenerą kładli w jednéj parze,
Co was, rodzicy, nie ze wszem mierziło.
Za toć mnie i was niebo mściwe karze!
Teraz płacz późny daremnie was szpeci.
Spadnie, kto wyżéj, niż trzeba, wyleci.

LXXXVI.

„Mnie-ć sama zazdrość, która się tak cudzą
Zdobyczą, jako własną stratą, brzydzi,
I Wenus gubi, a w niéj ten gniew budzą
Wasze pochlebstwa, z których niebo szydzi.
Lecz cóż się bawią i czemu tak mudzą?
Ustrzyżcie warkocz! To mię nie ohydzi.
Do tak miłego bez włosów i wieńca
I bez ozdób iść mogę oblubieńca“.