Ogień wykrzesany/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIV.

Słońce przebiło mgłę przedświtu i gęstą zasłonę dymów. W jego złocistych promieniach jeszcze bardziej ponurym i żałosnym wydał się szmat ziemi, gdzie toczyła się bitwa. Od zdobytego przez Niemców Douaumont aż do Damloup widniały — bezładne, ohydne zwaliska. Co chwila jakieś potworne siły przeorywały je, mełły na proch; szarpały niewidzialnemi szponami i rozsadzały; żółte i czerwone słupy ogni ni to z kraterów, nagle pękających, wytryskiwały wszędzie; drżała i jęczała ziemia; skowytały i wyły żelazne czerepy pocisków; huk, świst, syk i jazgot nieznośny, na chwilę niemilknący, tworzył przerażający chaos, który przytłaczał i przytępiał świadomość, słuch, wzrok i — strach.
Żołnierze i oficerowie reduty N 1 o twarzach bladych i obojętnych obojętnością straszliwą, o oczach przekrwionych, obłędnie tępym wzrokiem przyglądali się kapitanowi Delvert, rozmawiającemu z przybyłym w nocy ochotnikiem. Dowódca z rękami, założonemi do kieszeni, uważnie słuchał a na jego zamyślonej twarzy od czasu do czasu zjawiał się wyraz wzruszenia.
Nesser stał przed nim wyprostowany służbowo i coś mówił z przejęciem, gorąco. Stojącego wpobliżu przy kulomiotach porucznika Perrin dobiegł urywek tej rozmowy z dziennikarzem.
— Panie kapitanie... Może mnie pan oddać pod sąd polowy lub wprost zastrzelić, lecz nic nie jest w stanie zmienić mego postanowienia! Kształtowało się ono w wielkich cierpieniach przez długie miesiące rozmyślań i zmagań. Pan kapitan postąpi ze mną, jak zechce, może też posłać mnie na największe niebezpieczeństwo bez karabina. Wykonam każdy rozkaz, spełnię każde zlecenie i... nie polegnę!
— Nie polegniecie, ochotniku? Skąd taka pewność? — spytał Delvert, a skurcz przebiegł mu koło oczu.
— Nie polegnę! — powtórzył z siłą Nesser. — Nie polegnę i wykonam każde zadanie! Poto właśnie przyszedłem tu... na redutę. A teraz proszę o wydanie mi rozkazu dostarczenia wody, bo kompanja nie ma nic do picia!
Rozmowa ta przebudziła w mózgu Perrina jakieś myśli, lecz w znużonej, ociężałej i bólem szarpanej głowie zagubiła się natychmiast i utonęła w grząskim ni to półśnie, ni to czuwaniu nieświadomem.
Kapitan długo nie odpowiadał. Wreszcie wyciągnął dłoń do Nessera i rzucił stanowczym głosem:
— Przystaję!
Strzelcy, stojący na południowym odcinku reduty, z podziwem patrzyli na ochotnika, który, obładowany flaszkami żołnierskiemi, szybko ześlizgiwał się zboczami wąwozu i wkrótce zniknął z oczu za laskiem Fumin. Powrócił dopiero, gdy słońce stało w zenicie i prażyło niemiłosiernie, rozpalając stalowe hełmy, lufy karabinów i wyciągając z ziemi wilgotne, przesycone zgnilizną opary. Sunął przez rowy, zziajany, chrapliwie oddychając. Twarz mu wszakże promieniała, a oczy rzucały błyski namiętne. Uginał się pod ciężarem kilkunastu flaszek.
Ludzie stali przy nasypach i strzelali obojętnie, jak maszyny. Z obydwóch końców reduty ze złośliwym turkotem szczękały kulomioty. Ciężki zapach potu, gnijącego moczu i kału mieszał się z fetorem rozkładających się trupów. Leżały tuż za okopami, a nikt nie mógł dojść do nich i przysypać ziemią, bo w transzy niemieckiej oddawna już stały karabiny precyzyjne, ściśle wymierzone do wszystkich niemal punktów reduty. Wystawiony nad wałem hełm po kilku sekundach bywał przedziurawiony, lufa karabina — uszkodzona lub przecięta, jak trzcina.
Żołnierze obojętnym, tępym wzrokiem spoglądali na dziwnego ochotnika. Stanął wreszcie i odsapnął głośno. Po chwili wybuchnął śmiechem i przemówił zdyszanym głosem:
— A co! Podobny jestem do gałęzi winogronowej? Przyniosłem wam picie! Znalazłem koło Flery głęboką wyrwę, pełną wody. Wpobliżu nie dojrzałem żadnego trupa. Dobra woda, możliwa do przełknięcia.
Zaczął zrzucać z siebie flaszki i rozdawać żołnierzom.
— A pijcie oszczędnie i dajcie innym. Gdy się napijecie, pójdę po drugą porcję. Już zamówiłem zimniejszą... z lodem i „anizette“ — żartował Nesser.
Strzelcy otoczyli go z wesołemi okrzykami, śmiechem i dowcipami.
Na ten hałas nadszedł kapitan Delvert.
— Oho! Jest i komendant! Jeden „bock“ dla dowódcy! — zakrzyknął pucołowaty, roześmiany Gillet i podał kapitanowi swoją flaszkę.
— Dziękuję, grubasie! — uśmiechnął się Delvert i, pociągnąwszy łyk, oddał butelkę stojącemu obok żołnierzowi o smutnej, niemal tragicznej twarzy.
— Napij się, Charlot!
To rzekłszy, spojrzał na Nessera. Oparty o ścianę rowu, ochotnik dyszał ciężko. Na bladej twarzy gorączkowym ogniem pałały nieprzytomne oczy.
— A wy napijecie się? — spytał go Delvert. — Jesteście znużeni, macie wygląd chorego.
Nesser, zbierając całą siłę woli, uśmiechnął się i zawołał:
— Gdzież tam! Nalałem sobie wody do brzucha, jak wielbłądowi, na zapas. Starczy mi tego na tydzień, panie kapitanie. No, dość tego! Wyliżcie teraz resztki! Idę po drugą porcję!
Zgarnąwszy puste flaszki, ruszył wzdłuż transzy. Delvert szedł za nim.
— Musiało wam być gorąco w lasku Chapitre? — spytał. — Dziś walą tam od świtu. „Bosze“ przypuszczają zapewne, że z Thiaumont nadejdą posiłki dla nas...
— Naliczyłem dziewięć pocisków na minutę — odparł ochotnik z uśmiechem, — ale padają kolejno, równym szeregiem, jakgdyby ktoś wrzucał ziarna do bruzdy... Pojedynczy człowiek może sobie tam jakoś dać radę. Co do wysłania oddziału — mowy niema... nie dojdzie!...
Przy wylocie reduty dogonił Nessera ksiądz Chambrun, obwieszony flaszkami aluminjowemi.
— I ja z wami... — mruknął.
Poszli razem i razem powrócili tuż przed zachodem słońca.
Kiedy przechodzili koło placówki Delverta, kapitan posłyszał głos kapelana:
— Mój drogi Nesser, możebyś uczynił to dla mnie? Bardzo cię o to proszę!... Spowiedź, rozgrzeszenie i święty sakrament koi i rozprasza mrok nawet w najbardziej zatwardziałej duszy grzesznika! Cóż dopiero uczyni w twojej duszy przyjęcie najwyższej ofiary Syna Bożego? Pomyśl o tem i pociesz moje serce kapłańskie, miłujące...
— Kiedy ksiądz to zaraz przechodzi na osobiste sentymenty! — rozległ się ironiczny głos dziennikarza. — Poczekamy z tem... nic nagłego!
— Źle mówisz, przyjacielu! — oburzył się ksiądz, lecz głos jego zginął w potwornym huku granatu, który rozprysnął się na parapecie transzy.
Delvert wybiegł z posterunku komendanta — nory, ukrytej pod zwalonym murem betonowym.
— Kapelanie! — rzekł. — Proszę się śpieszyć, bo ranni z 7-ej kompanji, których dosięgnął granat, umierają...
Ksiądz Chambrun pobiegł całym pędem, chyląc się za skarpą zniszczonego okopu.
Bitwa nie miała końca. Zdawało się, że mógłby on nastąpić jedynie wtedy, gdyby z ciał obrońców lub atakujących wyciekła wszystka krew, a ciekła ona we dnie i noce, bezustannie. Czołówkę reduty rozsadzały od wewnątrz nieprzytomne, szaleńcze krzyki, wycie bólu, rozpaczliwe wołanie o pomoc.
Pewnego dnia Nesser wraz z sanitarjuszami od rana przenosili skrwawione ciała rannych do ciemnego lochu cementowego. Tu widział sceny straszne, a tak smutne, że serce jego, już stężałe w piekle bitwy, na nowo rozpływało się we łzach. Spotkał kapitana Delverta. Został on wezwany przez umierającego kaprala Champ. Żołnierz chciał przed śmiercią uścisnąć rękę dowódcy. Schwycił ją zimnemi palcami, wstrząsanemi częstotliwym dreszczem i, szeroko otwierając usta, silił się wyrzec jakieś niezmiernie potrzebne, doniosłe słowa. Ze ściśniętego gardła wydobywał mu się charczący, porwany na strzępy oddech i zgrzyt:
— Niech... niech...
I znowu ten sam zgrzyt i coraz cięższe charczenie:
— Niech... niech... niech...
Kapral wyprężył się nagle, źrenice uciekły mu pod obrzmiałe powieki, sztywna, raptownie ociężała ręka bezwładnie opadła i z piersi zsunęła się na ziemię. Blada, nikła mgiełka zasnuła stężałe rysy.
Inny znów ranny — stary żołnierz z pokrwawioną twarzą jękliwie wołał kapitana i mruczał. Słowa przeciskały się mozolnie, z sykiem przez bulgoczącą w ustach krwawą pianę:
— Kapitanie... napiszcie do żony... Wieś Coude... że zostałem ranny na reducie... Niech szuka po szpitalach... A—a—a! A—a—a!
Młody chłopak, poboru zeszłego roku, o twarzy sinej i znękanej, wyciągał do Delverta skrawek papieru, okrytego śladami skrwawionych palców i szeptał dygocącemi wargami, bezsilnie poruszając sztywniejącym już językiem:
— List... list do rodziców... Dodajcie, że nie powrócę...
Jął otwierać sine usta, łapiąc powietrze, rękami wykonywał dziwne ruchy, jakgdyby zdejmując z siebie długie nici. Po chwili znieruchomiał, mocno zwarł powieki i szczęki. Wciskał się coraz bardziej w ziemię, malał, topniał...
— Wody! wody! — rwały się zewsząd obłędne okrzyki miotających się w gorączce ludzi.
Nesser zastąpił drogę przebiegającemu sanitarjuszowi, któremu krew ściekała z nosa na biały fartuch.
— Wody! — szepnął błagalnie. — Oni proszą wody...
Sanitarjusz spojrzał na niego nieprzytomnie, schwycił się oburącz za głowę i wrzasnął cienkim, przeraźliwym głosem:
— Psiakrew! Niema tu wody! Merde!
Nesser obejrzał się bezradnie. Spostrzegł połyskującą w mroku blaszankę, porwał ją. Była pusta. Wybiegł z czołówki do okopu. Jakgdyby z radością złośliwą gwizdnęły nad nim kule, posypały się z poza wału słupy ziemi i zafurczały w powietrzu wyrywane z niej kamienie.
Podbiegł do stojącego wpobliżu wartownika.
— Skąd braliście wodę? — spytał.
— Z pod plantu kolejowego. Przepływa tam strumyk, ale teraz nikt tam już przejść nie może. „Bosze“ ostrzeliwują tor; zamierzają oni zdobyć „Wąwóz Śmierci“... — odparł spieczonemi wargami, z trudem poruszając opuchniętym, szorstkim językiem.
Nesser znalazł lukę w okopie i wybiegł z niego. Znowu czuł w sobie napięcie nieznanych mu zmysłów; oczami, wbitemi w ziemię, widział wlepione w siebie źrenice setek Niemców, zaczajonych w pobliskiej transzy, prężył niewidzialne nici, łączące go z niemi, i biegł, przesadzając rowy i głębokie leje, instynktem niepojętym omijając duże głazy i sterczące z ziemi pnie. Wreszcie — plant i małe, płytkie źródełko... Zaczerpnął wody do blaszanki i szedł ku reducie, mozolnie wspinając się na zbocza pagórka. Wyczuwał na sobie oczy francuskich strzelców, wpatrzonych w niego. Żołnierze milczeli, bo zachwyt i zdumienie nie miały już sił przebić skorupy ciężkiego, jak wieko trumny, zobojętnienia. Nesser powrócił na czołówkę, napoił rannych, zmoczył im czoła i skronie wodą, sam ciężko, chrapliwie dysząc i czując, że płacze bez łez. Razem z kapitanem powracali do swoich transz.
Nadbiegł podporucznik Rouseaud z 8-ej kompanji.
— „Bosze“ zdobywają „Wąwóz Śmierci“ — krzyczał. — Całe mrowie niemieckich strzelców rzuciło się na to przeklęte miejsce... Bijemy w nich salwami.... ale nasza artylerja milczy... Teraz z naszych rowów w wąwozie unoszą się białe dymy... Walczą tam na granaty ręczne...
Kapitan wyjrzał z okopu, lecz w wąwozie zacichły nagle odgłosy boju. Po chwili koło lasku Caillette mignęły mundury cofających się w stronę Fausses-Cotes francuskich strzelców, a inne — też niebieskie wyciągnięte w długą kolumnę, sunęły po zboczach Hardaumont. Byli to jeńcy...
W tym strasznym okresie bitwy o fort Vaux nikt nie miał chwili na długie rozmyślania, niepokój, smutek i rozpacz. Myśl w sposób nieuchwytnie szybki przeistaczała się w czyn. Z przechodzącej równolegle do reduty niemieckiej transzy, przezwanej „Serajewo“, podniosły się nagle szare hełmy, migając tam i sam nad parapetem. Dla każdego kawałka stali, ukrywającej głowę człowieka, — jedna kula... Żołnierzy porwał nagle zapał graczy hazardowych. Strzelali do celu, jak na manewrach do figur drewnianych. Mierzyli starannie, zapominając o własnem niebezpieczeństwie.
Młody strzelec, Lauvaire, śmiejąc się drapieżnie, pochylił się nad kolbą i krzyknął w swojem prowansalskiem narzeczu:
— Zaraz da nura ten „bosz“ wyso...
Nie skończył. Hełm jego stoczył się na ziemię, a żołnierz obsunął się po skarpie, niby miękki worek, napchany rupieciami. Miał przedziurawioną czaszkę i krew z sykiem bluzgała w błoto, bijąc bryzgającą, pieniącą się strugą.
Dzień czy noc?... Już nikt nie odróżniał dnia od nocy... Zapanował bowiem nieprzerwany mrok. Oczy widziały jedynie wściekłe błyski wybuchów... Wszędzie — na lewo, na prawo i w samych rowach — ogień, dym, obłoki zwichrzonej ziemi... W ciemności, która zaścielała wzrok i ogarniała cały świat, miotały się widma upiorne, ponure, lecz krwią nabiegłe, chwilami niewidome, bezsenne źrenice patrzyły z tępym spokojem. Widma te przypadały do ziemi i rozsypywały się na setki drobnych szarych istot ruchliwych, krzyczących przeraźliwie. Zdawało się wtedy, że to olbrzymie pajęczyce, płaszczyły się przy samej ziemi, a od cielsk ich odrywały się, setki małych, chyżych, drapieżnych pajączków o tysiącu oczach i setkach jadowitych żądeł. Natychmiast sprawnie i prężnie poruszały się znużone przed chwilą, już bezwładne, zda się ramiona, odpierały te krocie wyjących istot, rozpraszając je gradem kul.
Od 48 godzin nikt nie spał. Wszyscy stali oparci o nasyp i wory z ziemią, nieprzytomnie wbijając wzrok w zgiełkliwą, ogniem i dymem buchającą przestrzeń i, jak maszyny, bez myśli i serca, strzelali, w pośpiechu kalecząc sobie palce o zamki karabinów, opalając dłonie o rozgrzane lufy. Usta zaciśnięte i suche milczały. Gdy się otwierały, wyrywał się z nich jeden i ten sam namiętny okrzyk:
— Naboi!... Jeszcze naboi!...
Natychmiast nadbiegali jacyś ludzie i przynosili ciężkie skrzynie. Wśród nich widziano zawsze ochotnika Nessera. Podawał dzwoniące paczki naboi, przemawiał do każdego żołnierza i biegł dalej. Gdy słowa jego przesączały się do zamglonej i zatrutej świadomości, mrużyć się zaczynały przekrwione oczy, uśmiechały się usta zacięte, męczeńskie i jakieś promyki dalekiej, zupełnie szalonej nadziei przebijały mrok i zasłaniały błyskiem swoim czerwone płomienie granatów i migające, żółte żądła salw.
Żołnierze długo przyglądali się Nessorowi nieufnie i szyderczo. Ochotnik bez karabina? Nie sanitarjusz, a nie walczy? Poco tu przybył? Jakiem prawem nie zabija?!
Jednak, gdy widzieli go, jak biegł po wodę dla rannych, przechadzał się spokojnie po transzach lub, nie kryjąc się bynajmniej, siedział na nieosłoniętej niczem ścianie rowu, wyławiając wszy, pykając fajeczkę i opowiadając wesołe historje, od których brał pusty, beztroski śmiech, — polubili go i wołali nań — „święty warjat“.
Pewnego razu młody żołnierzyk, rzucający granat, wskoczył na parapet, lecz poślizgnął się na rozmokłej od deszczu ziemi i spadł na zewnątrz. Niemcy jęli natychmiast walić do niego salwami. Śmierć już pędziła ku niemu, lecz Nesser przesadził nasyp i porwawszy chłopaka, przerzucił go przez skarpę i sam wygramolił się szczęśliwie do okopu. Miał wyrwane paznogcie, przestrzelone obydwa rękawy i ścięty kulą rond hełmu. Od tego czasu kompanja z szacunkiem patrzyła na „świętego warjata“. Na sam jego widok rozjaśniały się zobojętniałe, blade twarze; na dźwięk jego głosu — uśmiech rozchylał zaciśnięte wargi.
Nesser był wszędzie, jakgdyby posiadał czarodziejską moc rozdwajania się, potrajania. W tej samej prawie chwili zjawiał się w kilku miejscach naraz. Podczas rozszalałego ognia huraganowego wyrastał nagle przed dowódcą fortu z raportem dziennym Delverta i, schowawszy za mankiet kurty rozkaz pułkownika, znikał, jak cień, głuchy na upomnienia, aby doczekał się nocy. W reducie widziano go dźwigającego skrzynie i worki z nabojami i wstęgami kulomiotowemi, na czołówce — pomagającego padającym ze znużenia sanitarjuszom, lub wlokącego na sobie rannych strzelców; w rowach, podczas najzaciętszych walk, gdy wokół szalało piekło, pękały pociski, sypała się ziemia i kamienie, gwizdały roje kul lub syczały w powietrzu rzucane granaty ręczne, — zjawiał się zawsze w najniebezpieczniejszych miejscach. Stawał, oparty o zbocze transzy, niczem nie osłonięty, zsuwał hełm w tył coraz bardziej siwiejącej głowy i ruchem powolnym zapalał fajeczkę lub kreślił coś piórem w notatniku. Na twarzy jego błąkał się uśmiech łagodny i zagadkowy zarazem. Była to maska nieprzenikniona. Po za nią kryło się prawdziwe oblicze Nessera. Czuł straszliwy, bolesny skurcz wszystkich mięśni, zgrzytały mu zaciśnięte zęby, w oczach szerzył się żar, sączył się coraz dalej i ogarniał cały mózg. Wtedy serce bić przestawało w piersi ochotnika, ręce lodowaciały, a dreszcz zimną strugą przelewał się po grzbiecie.
W chwilach takich widział wyraźnie po przez wał okopowy piechurów niemieckich, pochylonych nad kolbami i mrużących oczy przy strzale, wbijał się wzrokiem w źrenice kanonierów, utkwione w szkła celowników, dotykał ich rąk, gotowych szarpnąć zamek działa i... Nesser nie mógłby objaśnić i wyrazić słowami, co zachodziło potem w nieznanym świecie zmysłów jego, w naprężonej, jak spirala stalowa, atmosferze woli. Wiedział tylko, że tam, gdzie stał, działy się rzeczy cudowne, magiczne, że kule musiały wrażać się w podstawę wału, granaty wybuchać w locie, pociski nie dosięgać skarpy reduty.
Przeżuci przez potworne szczęki wojny, które wyssały z nich wszystko, co było nierozerwalne z istotą myślącą, a więc — uczucie strachu i obawy o życie, wyżarły z nich wolę do samoobrony, — żołnierze wmig odczuli niepojętą moc Nessera i uwierzyli, że śmierć odbiega od niego i omija miejsce, gdzie stoi „pan z piórem“, tajemniczo uśmiechnięty, zamyślony, zaciskający w zębach małą, czarną fajeczkę — „święty warjat“.
To też, gdy nieprzyjaciel, wściekły na opór reduty, postanowił zdruzgotać ją do szczętu, zmieść z powierzchni ziemi lawiną stali i ognia, gdy nawet w zobojętniałych, wyjałowionych do reszty duszach obrońców świtać zaczynało przerażenie, oczy ich znękane mimowoli szukały wysokiej, barczystej postaci Nessera. Wiedziony niewytłumaczonym instynktem, jakąś władną intuicją, ochotnik wyczuwał nieomylnie, gdzie musiał się zjawić, przystanąć, spojrzeć spokojnie, wypalić fajeczkę i rzucić słowo, napozór nic nie znaczące, a przynoszące otuchę.
Niemcy w dalszym ciągu nie ustawali w burzeniu reduty N 1. Okopy znikały w kurzawie, w słupach miotających się, w co chwila rozdzieranych płomieniami płachtach dymu, w gradzie odłamków żelaza, cementu i kamieni. Któżby mógł wytrzymać w tej nawałnicy śmierci i zniszczenia, któżby nie drgnął i nie cofnął się przed rozszalałą furją pękających potworów? Tymczasem, gdy wypadała chwila ciszy, z okopów reduty dobiegał zdyszany szczęk kulomiotów i regularne, podobne do zgrzytów ciskanych blatów żelaznych salwy karabinów. Reduta wciąż się broniła.
Nesser, przechodząc ze skrzynią naboi, spostrzegł kilku młodych żołnierzy, — dzieci prawie. Stłoczyli się razem, jak stadko wylękłych owiec, przywarli do okopów i nieprzytomnym wzrokiem, w którym miotała się rozpacz, oglądali się na wszystkie strony. Zrozumieli nagle, że nie było tu miejsca dla ukrycia się, ani drogi do ucieczki. Jakiś kapral uspakajał ich. Basowym głosem mówił, gryząc sumiasty wąs:
— No, cóż takiego? Wszystko w porządku, chłopaki! Widzicie! Ja tu jestem z wami i kapitan też... No, no, chłopaki, wygarnijcie salwę do „boszów“!
Żołnierzyki nie ruszali się z miejsca, jeszcze bliżej przyciskając się do siebie. Nesser zajrzał im w oczy wylękłe, obłędne, dzikie, jak u zwierząt zagnanych. Oparł się o wał, wystawiając hełm ponad parapetem. Aż kapral się uląkł i mruknął coś do ochotnika, lecz ten spojrzał na niego obojętnie i zapalił fajkę. Wyjął ją z ust i podał najbliższemu z chłopców.
— Pociągnij! — rzekł spokojnie. — Pociągnij i daj następnemu. Dobra tabaka... amerykańska, z miodem...
Chłopak podniósł na niego błędny wzrok, lecz, spotkawszy się ze źrenicami Nessera, nagle zamrugał powiekami i wziął fajkę.
Dziennikarz zaśmiał się cicho i śmiał się długo i dziwnie.
— Co was tak ubawiło? — spytał kapral.
— Pomyślałem sobie w tej chwili, jak to rodzice tych malców mówią do siebie, że ich synowie psują powietrze ze strachu, niczem gazy trujące... — powiedział Nesser.
Kapral wszystko zrozumiał i, niby obojętnie wzruszając ramionami, mruknął:
— Gdzież tam?! To — dzielny żołnierz... Zobaczycie wnet!
Fajka powróciła do Nessera, a zamilkły nagle odcinek rowów natychmiast rozbrzmiał nowemi salwami. Chłopcy z pasją niezwykłą walili do „boszów“.
W innem miejscu jakiś niemłody już żołnierz o twarzy, wykrzywionej strachem, cisnął karabin o ziemię i usiadł, bezwładnie opuściwszy ręce.
— Zasłabliście? — zapytał go Nesser.
— Psia ich wiara! — zaklął strzelec, tupiąc nogami. — Niech im dzieci wymrą na najgorsze choroby!
— Do kogoż-to stosujecie takie piękne życzenia? — rzucił szyderczym głosem ochotnik.
— Do generałów naszych, fabrykantów, bankierów stosuję! — warknął, zaciskając pięści. — Ich to sprawka — ta wojna przeklęta!
Nesser zamyślił się na chwilę, a potem, siadając obok, szepnął:
— Któż to wie, czyja w tem wina?
— Wszyscy wiedzą o tem! — wrzasnął z nienawiścią w głosie strzelec.
— Wczoraj oderwało ręce sierżantowi trzeciej kompanji... Widziałem go umierającego na czołówce... prosił, aby powiadomić ojca jego — generała na froncie... A synowie senatora i byłego ministra Pawła Doumer? Polegli? A czy pamiętacie, Thibeaut, olbrzyma Fayolle?
— Tego, który poległ przedwczoraj? — spytał strzelec.
Nesser kiwnął głową i szepnął:
— Był on inżynierem, dyrektorem własnej fabryki... dużej fabryki mebli. A Grignard pracował w biurze swego ojca — bankiera... Będzie on z pewnością i nadal pracował, nawet chyba prędko, niech mu tylko amputowana noga się zagoi...
Żołnierz patrzał na Nessera i milczał. W oczach jego zjawiła się myśl.
Nesser westchnął i rzekł twardym głosem:
— Tu wszyscy są równi, kamracie... Poco łamać sobie głowę nad tem, kto tę wojnę wywołał? Nikt tego nie wyjaśni, bo wojna tymczasem, tak myślę zawsze, siedzi w nas samych... Człowiek wszak pozostał jeszcze zwierzęciem — strasznem, bo uzbrojonem... Widziałem niegdyś, jak socjaliści w Hiszpanji napadli na fabrykę, podpalili ją, a potem zakatrupili dyrektora i inżyniera... Nadbiegli żandarmi i zkolei postrzelili pięciu robotników... Była to mała wojna, ale wszakże wojna... Nie chcieli jej ani fabrykanci, ani bankierzy, ani nawet generałowie...
— Chyba, że tak!... — mruknął żołnierz, drapiąc się w głowę.
— Chcecie papierosa? — spytał Nesser.
— Dajcie... — poprosił żołnierz, podnosząc i obcierając połą kurty oblepiony błotem karabin.
Dziennikarz dał mu papierosa i poszedł dalej.
— Poczekajcie! — krzyknął żołnierz. — Powiedźcie mi, komu i naco potrzebna ta wojna? Nam czy „boszom“?
Nesser zatrzymał się i odpowiedział:
— Nie wiem!
— No, widzicie?! — prawie z rozpaczą zawołał strzelec.
— Nie wiem... — powtórzył dziennikarz. — Ale spotkałem dwóch ludzi — kapitana de Langlois i anarchistę Mollin, którzy polegli z radosnym, wspaniałym porywem... Widziałem i innych, umierających pięknie, ze spokojem i dumą na twarzy, z jasnością w oczach. Nie umieraliby tak, gdyby nie wiedzieli, że tak potrzeba...
— Cóżby to mogło być takiego?
— Nie wiem, ale myślę, że coś większego od zdobycia Paryża lub Berlina, coś ważniejszego od ostatecznego zwycięstwa, kamracie, — odparł Nesser.
— Ech! Gdyby tak wiedzieć, wtedy... — westchnął żołnierz, a ostatnie słowa jego zagłuszył wystrzał karabina.
Stanął przy parapecie i mierzył znowu.
Dziennikarz oddalił się szybko, bo spostrzegł kapelana, który rękami dawał znaki w jego stronę.
Pobliska transza niemiecka otrzymała pewnej nocy posiłki i rozpoczęła atak. Przez kilka godzin bez przerwy przygotowywała go artylerja. Granaty szarpały skarpy, rozrzucały wory z ziemią, wyrywały ludzi i podbijały kulomioty. Ciężki pocisk przebił pułap na posterunku kapitana i wybuchnął ze straszliwą siłą. Nieruchomy od wstrząsu, pogrzebany został żywcem ordynans dowódcy, a sam Delvert cudem wyszedł cało. Od czasu do czasu nadlatywały pociski gazowe. Zdawało się wtedy, że przyszła śmierć i w zamachu podniosła nad redutą swoją kosę bezlitosną. Łzawiły się oczy, piersi wciągały zatrute powietrze, gardziele wydawały chrapliwe rzężenie, a dokoła — gwizd kul, furkot odłamków żelaza i kamieni, kłęby dymu, ziemi i piasku. Godziny nieskończenie długie, godziny męczeńskie mijały, a piekło, wyrzucając z siebie ogień, dym, jad i śmierć, szalało.
W transzach leżały stosy zabitych. Rozkładały się szybko, przykryte płótnem namiotów. Czerwcowe słońce prażyło żarem. Powietrze, przesiąknięte wilgocią rowów, wyziewami gnijącej krwi, fetorem ustępów, niczem nie osłoniętych i nie przysypywanych, z których się sączyły strugi cuchnącej cieczy, pełnej wstrętnych glizd, przytłoczyło transze, a pochyleni, skuleni w niej ludzie wdychali te jadowite, ciężkie opary.
Trupy rozdymały się straszliwie, chwilami poruszały się gwałtownie pod pokrywającemi je płachtami, wydawały głośne dźwięki wyrywających się gazów, jeszcze bardziej zarażających wokół powietrze. Czarne chmury niebieskich much brzęczały nad sczerniałemi, gnijącemi zwłokami i opadały ludzi żyjących, którzy niepojętą mocą woli czy bierności pozostawali nadal przy wałach i omdlałemi rękami podnosili karabiny do dygocących ze znużenia ramion.
Wreszcie Niemcy zdobyli redutę N 2, zagarnęli lasek Fumin, a wtedy ruszyli do ostatecznego ataku. W transzy biegali podoficerowie i w pośpiechu rozdawali obrońcom granaty ręczne.
— Dzieci! — rozlegał się głos kapitana Delverta. — Odwagi! Podpuśćcie „boszów“ blisko i wtedy — bić! Czekajcie sygnału!... Ognia!
Ludzie pochylali się, zrywając sznurki zapalników, i przeginali się wtył, jakgdyby podczas gry w piłkę, ciskając granaty. Niemcy stanęli, nie oczekując takiego oporu. Wtedy z flanków reduty szczęknęły kulomioty francuskie i zaturkotały zdyszanym łomotem. Część atakujących jęła uciekać, padała, na kolanach czołgając się ku swojej pozycji, krzyczała przeraźliwemi, wyjącemi ze strachu głosami. Inni, odcięci od swoich, walczyli, ginąc w dymie francuskich granatów, w wirze kul.
Gillet, roznamiętniony walką, wskoczył na parapet, żeby celniej cisnąć pocisk, lecz w tej samej chwili zjawiła się obok niego wysoka postać Gramauda. Uczony zręcznym ruchem zrzucił chłopca do transzy, a sam zamachnął się szeroko i wypuścił z ręki granat. Jednocześnie — jakiś mały, krępy oficer niemiecki, kierujący atakiem, strzelił do niego z rewolweru. Gramaud zachwiał się i stoczył do rowu. Stojący obok Murzyn czy Arab z południa Algieru, Bambula, z dzikim rykiem ugodził oficera granatem w głowę. Francuzi dobijali nieprzyjacielskich strzelców szybko i sprawnie. Niemcy już podnosili ręce. Szare kurty i hełmy ich zaczęły niebawem migać wpośród niebieskich bluz francuskich. Jeńców prowadzono na redutę.
Nesser przez cały czas bitwy pracował ciężko, rozdając granaty i pomagając rannym. Nie krył się bynajmniej przed pociskami, nie chylił nawet głowy, przebiegając płytkie rowy łącznikowe. Nie czuł ani strachu, ani też zmuszał się do odwagi. Wiedział, że nic mu się stać nie może. Gdy uprzytomnił sobie to dziwne przeświadczenie i niezachwianą pewność, pomyślał, że nie może polec, ponieważ nie dokonał jeszcze dzieła, dla którego przyszedł na świat. Jakie to dzieło było mu przeznaczone do wykonania — tego nie sformułował dotychczas, bał się nawet rozmyślać nad treścią, określeniem jego rozmiarów i celu jego. Myśl dziennikarza, mimo, że obezwładniające znużenie ogarniało wszystkie członki jego, pracowała z błyskawiczną szybkością, a zmysły dosięgały nadludzkiej ostrości i najwyższego napięcia. Wyczuwał odruchy duszy każdego niemal ze swoich towarzyszy, którzy pochylali się co chwila, szarpali zapalniki i malowniczym ruchem wyprężali się, miotając bomby. Każda para oczu w tej transzy — skrwawionej i zgiełkliwej — widziała przed sobą śmierć, lecz wola nie słabła przed obliczem jej i sprawnie, celowo kierowała mięśniami. Co to było? Gdzież pierzchły rozpacz, strach i wyczerpanie tych znękanych, przerażonych, głodnych i spragnionych ludzi? Cóż tak potężnego porwało ich wszechwładnie w tej godzinie śmiertelnej walki i ofiary życia?
Mignęły w pamięci słowa rozkazu marszałka Joffre’a nad Marną, rozkazu, o którym wczoraj przypomniał strzelcom kapitan Delvert, spokojny, zamyślony i niezłomny, o bohaterskiem sercu, bijącem w piersi uczonego:
„W chwili, gdy wszczynany bitwę, od której zależy zbawienie kraju, ważnem jest przypomnienie wszystkim, że minęła już chwila oglądania się za siebie. Należy dołożyć wszelkich wysiłków, aby atakować i odeprzeć nieprzyjaciela. Oddział, który nie będzie już mógł posuwać się naprzód, musi za wszelką cenę utrzymać się na terenie zdobytym i raczej dać się zabić na miejscu, niż się cofnąć. Śród warunków obecnych żaden upadek ducha nie może być tolerowany.“
Czyżby te słowa starego, odważnego żołnierza przemówiły z całą siłą i tu — przed fortem Vaux, w tych podziemnych, cuchnących krwawych norach? Nie! Stanowczo — nie! Było to coś innego, a jeszcze hardziej dziwnego. Od walczących postaci do duszy Nessera płynęły jakieś prądy niejasne... zewsząd... zewsząd... Ten promień mglisty to od kapitana Delverta, ten — od zuchwałego sierżanta, tam — od małego Clerca, zawsze smutnego i jakgdyby dźwigającego na sobie ponure brzemię wyroku śmierci, a wszystkie jednakie.... wszystkie przechodzące przez pryzmat wnikliwości Nessera i przełamujące się w nim na setki fal przeróżnych, które znów się łączyły i drgały w eterze, tworząc dźwięk, brzmiący twardo, ostro, jak pękająca stal a przekształcający się w słowa zrozumiałe:
— Tak być powinno!
— Dlaczego? — pytał Nesser kogoś nieznanego.
— Dlaczego? — powtarzał w duchu głosem namiętnym.
Odpowiedzi nie było, lecz słowa te dźwięczały w wybuchach granatów, w świście kul, w ryku ludzkim, w zgiełku, okrzykach komendy, w tupocie nóg i zawrotnem wirowaniu rozrzucanych kamieni i sypiącej się ziemi.
— Tak być powinno!
Dopiero po odpartym ataku dowiedział się Nesser o postrzale, który dostał Gramaud. Zaciskając oburącz głowę, w nagłym, ciężkim strachu, biegł i szukał. Odnalazł go w rowie na skrzyżowaniu dwu transz. Ksiądz Chambrun klęczał już przy nim z sakramentami w ręku. Zapłakany Gillet stał za kapelanem, trzymając krzyż i kropidło w drżących rękach. Kapelan skończył modły i, pochyliwszy się nad umierającym, szeptał:
— Grzechy twoje, bezwiednie popełnione, ninie odpuszczam ci władzą, daną mi od Boga i Syna Jego i Ducha Świętego — Amen...
Ciężkie westchnienie podniosło pierś Gramauda, a tak głębokie, że nawet pod bluzą wyczuwało się nagle zapadły brzuch rannego i wypierające na zewnątrz żebra... Ostatnie westchnienie...
— Zaiste, powiadam wam, — przez łzy mówił ksiądz, — człowiek to był serca czystego i duszy, miłej Panu! Przyjmij go, Miłosierny, w królestwie Twojem, które jest światłością, radowaniem i nagrodą!
Znowu zaczął się modlić półgłosem, a Nesser, nic nie mówiąc, przyniósł rydel i jął kopać dół. Złożyli w nim ciało uczonego i przysypali ziemią. Nesser pozostał przy Gillecie. Chłopak spojrzał na niego pytająco.
— René Graumaud przysiągł niegdyś, że powrócisz do rodziny cało! Strzegł cię, chronił i w twojej obronie poległ. Teraz na mnie kolej, chłopcze!... — szepnął dziennikarz.
Gillet patrzał na niego szeroko otwartemi oczami. Po chwili nagłym ruchem porwał rękę Nessera i z głośnym szlochem całował porywczo.
Na odcinku pomiędzy laskiem Fumin a koleją, przecinającą płaskowyże Hardaumont, wypadła krótka przerwa. Widocznie, nieprzyjacielskie baterje wyczerpały zapasy pocisków i oczekiwały nowego transportu, lub też, być może, francuskie granaty poszarpały zbyt dużo ludzi w szarych kurtkach i hełmach gladjatorskich. Działa niemieckie wyraźnie oszczędzały pocisków; nie zasypywały już niemi kretowisk, gdzie się czaili Francuzi; usiłowały zato z jeszcze większą wściekłością otoczyć reduty barjerą rwących się granatów i pozostawić ukrytych pod ziemią ludzi bez posiłków, pożywienia i zaopatrzenia bojowego. Nesser obszedł kilka razy wszystkie odcinki rowów swej kompanji, rozglądając się dokoła i układając jakiś plan. Z ciekawością, która się zaostrzała stopniowo, starał się zapamiętać wszystko, na co padał jego wzrok. Czuł się tak, jakgdyby miał wkrótce porzucić tę transzę i odejść stąd na zawsze.
Przed wyłomem w nasypie spostrzegł stos trupów, złożonych w najszerszem miejscu. Z pod narzuconej zgóry płachty płóciennej, okrytej plamami czarnej krwi i błota, wystawały zsiniałe, obrzękłe potwornie dłonie i stopy poległych. Nesser patrzał na te członki, tracące już swe kształty, bo skóra na nich pękała i odstawała; z pod łachmanów jej sączyła się zielonkawa, gęsta ciecz, szerząca wokół słodkawą woń zgnilizny, a roje much biegały i zapuszczały żądła do cuchnącej ropy. Skądś nadleciał żółty, pospolity motyl, zwabiony niezwykłym dla niego zapachem, zatrzepotał skrzydełkami nad wyzierającą z pod płachty stopą ludzką, na której widniała duża, czarna rana i usiadł na niej.
Dziennikarzowi przyszła na pamięć czytana niegdyś notatka o kwitnącej raz na stulecie roślinie, znalezionej w głębi dżungli afrykańskiej. Miał to być podobno kwiat o grubych płatkach koloru mięsa i zapachu trupa.
— Jeżeli jest w tem jakaś analogja, to, jakżeż żałosne są te leżące pod płótnem „kwiaty cywilizacji“! — pomyślał, wzdrygając się cały.
Tuż w pobliżu, niemal tonąc w błocie, na rzuconych na ziemię płaszczach spali ciężkim snem umęczeni żołnierze. Leżeli przysypani ziemią, nie czując, że pełza po nich i wżera się w rozdrapane blizny robactwo okopowe, a muchy od trupów przelatują do nich — półtrupów, biegają po twarzy, oblepiają im usta i oczy. Jeden z żołnierzy nie zdążył nawet rozścielić pod sobą płaszcza, bo sen go zmógł w jednej chwili, ledwie głowa dotknęła plecaka, rzuconego na ziemię. Usnął snem ciężkim, z którego obudzić go nic już nie mogło. Legł nawznak w pozie niewygodnej, a odrzucona ręka ugrzęzła w kałuży, do której zbiegała z przepełnionego dołu ustępowego tchnąca amonjakiem, gęsta, brunatna ciecz, co chwila marszczona na powierzchni pękającemi na niej bąbelkami cuchnących gazów. Trujący swąd rozkładającego się mięsa wzbierał w tem zakątku bez przewiewu. Nessera zamroczyło tak, że musiał oprzeć się o wał. Po chwili oprzytomniał i już biegł, szukając kilofów i rydli.
Wszędzie spotykał kałuże krwi, wsiąkniętej w żółtą ziemię i sczerniałej; bryzgi jej i długie nacieki widniały na kamieniach i zboczach skarp. Wypróżnione, pogięte blaszanki od konserw, zardzewiałe, przebite kulami i kawałkami żelaza hełmy, potrzaskane karabiny, jakieś skrwawione szmaty, wdeptane w ziemię bandaże i wata, odłamki pocisków i łuski naboi zaścielały i zaśmiecały dno rowów. Nesser skrzyknął kilku strzelców — wieśniaków, nawykłych do rycia ziemi. Wykopali niegłębokie fosy, zrzucili do nich ciała zabitych i przysypali ziemią. Ksiądz Chambrun odśpiewał krótką modlitwę pogrzebalną i pokropił mogiłę żołnierską wodą święconą.
Skończywszy z tem, ochotnik podszedł do porucznika Riballier i przekładał mu długo i namiętnie, że ludzie są głodni, więc musi dostarczyć do okopów ciepłej strawy i wody. Oficer spojrzał na niego ze zdumieniem, podniósł ramiona wysoko i rzekł:
— Warjat z was, panie Nesser! Czyż pan nie rozumie, że „bosze“ odcięli nas od reszty rejonu?
— Spróbuję jednak, jeżeli dostanę rozkaz! — rzekł dziennikarz.
Riballier machnął ręką i mruknął:
— Idź pan na złamanie karku, jeżeli chcesz tego koniecznie!
Nesser nie darmo jednak przechadzał się po rowach strzeleckich, kombinując coś i planując. Był przekonany, że lepiej od niejednego przewodnika z kwatermistrzostwa znał teraz każdy metr tej ziemi dokoła reduty. Wypełznął więc z transzy i niemal po linji prostej biegł naprzód, zapadając za kamieniami i kopcami ziemi, czając się w głębokich lejach, czołgając na brzuchu w bruzdach, pozostałych po odbijających się od twardego gruntu pociskach. Powrócił po trzech godzinach wraz z młodym żołnierzem, zuchwałym i roześmianym. Ten szczerzył białe, zdrowe zęby i, co chwila wybuchając śmiechem, powtarzał:
— A to z was łobuz! Takich wesołych kawałów to nawet w cyrku nie słyszałem!
Przynieśli duży kubeł jeszcze ciepłej zupy, kilka chlebów i dwa bidony wody.
Porucznik zbliżył się do Nessera.
— Legji honorowej zamało dla was!... Doprawdy, święty z was szaleniec!
Dziennikarz uśmiechnął się w milczeniu i wyciągnął do niego tabliczkę czekolady. Oficer tylko klepnął się po biodrach i nic już nie powiedział.
Krótkie jednak było to zacisze na odcinku reduty. Tegoż samego wieczora, gdy na zachodzie modre niebo wchłonęło ostatnie purpurowe promienie słońca, zerwał się nowy orkan i pomknął ku reducie. Wichura żelaza i ognia szalała przez całą noc. W świetle rac i reflektorów majaczyły przerywające się po przez ciężką płachtę dymów słupy ziemi i języki płomieni.
O świcie z transz niemieckich wychynęło znowu szare mrowisko i pobiegło ku reducie. W okopie francuskim zaledwie pięćdziesięciu obrońców miało odeprzeć ten atak. Kapitan Delvert przebiegł rowy strzeleckie i, dopadłszy sierżanta, krzyknął mu:
— Wypuść czerwoną racę!
Raca, kreśląc krzywy łuk z sykiem przecięła powietrze. Był to sygnał, żądający od artylerji osłony przed atakiem. Tymczasem bitwa na ręczne granaty już się zawiązała i stawała się coraz bardziej zażartą i uporczywą. Niemcy dobiegli do okopu i ciskali bomby, padając pod pękającemi granatami francuskiemi, lecz nowe szeregi nadbiegały i grad pocisków sypał się na transzę. Opadające redutę mrowisko zwijało się, kurczyło, rozprężało się i rozpraszało. Po chwili jednak znowu się skupiało i parło naprzód. Z rykiem wściekłym, zwierzęcym padł Bambula, uderzony w pierś, a potem długo jeszcze wił się i drgał w rowie; padali i inni, lecz granaty francuskie leciały coraz szybciej, a na obydwóch flankach wściekały się kulomioty.
Nesser nie odstępował Gilleta, baczny na każden ruch jego, gotowy rzucić mu się na pomoc. Z drugiego boku młodego wieśniaka stał ksiądz Chambrun. Miał ręce złożone, jak do modlitwy, oczy zamknięte, usta, szepcące bezdźwięcznie.
Dwa ręczne granaty niemieckie, sycząc, wpadły do transzy i utknęły w błocie. Lada chwila mógł nastąpić wybuch, zabijając i raniąc niczem nie osłoniętych od tyłu ludzi. Nesser błyskawicznym ruchem schylił się i, porwawszy pociski, wyrzucił je za parapet. Wybuchnęły natychmiast, już poza wałem transzy. Zobaczył to kapelan, podniósł rękę i w milczeniu krzyż zakreślił nad Nesserem.
Z pozycyj niemieckich ruszyły nowe szeregi.
— Czerwona raca! Czerwona raca! — rozległa się komenda.
Zaczął kropić deszcz i po chwili zamienił się w ulewę. Wtedy dopiero nadleciały pierwsze pociski bateryj francuskich, padać zaczęły i tryskać ogniem pomiędzy transzami walczących. Atak się załamał i wkrótce zgasł, jak ognisko, które się dopaliło.
Niemcy ukryli się w swoich transzach; ci, co uwijali się jeszcze około francuskich okopów, wzięci we dwa ognie, poddawali się, lub ginęli, szukając daremnie ocalenia w ucieczce. Ten i ów z francuskich żołnierzy obsuwał się do błota i natychmiast zasypiał; inni, ciężko oddychając i z rozpaczliwym wysiłkiem wstrząsając oddawna wypróżnione flaszki, rozścielali na ziemi płaszcze, aby zebrać choć trochę wody deszczowej; tu i ówdzie strzelcy szperali w workach, szukając w nich okruszyn sucharów, a, nie znalazłszy nic, w milczeniu ponurem opierali głowy o śliskie zbocze nasypu.
Minęło już 56 godzin od chwili, gdy po raz ostatni dostarczono obrońcom strawy i wody. Otoczona z trzech stron transzami niemieckiemi reduta pozostawała wciąż odciętą od świata. Patrząc na głodnych, spragnionych, półprzytomnych, znużonych do obłędu ludzi, Nesser myślał, że istotnie zachodziły tu wypadki „nieefektowne“, długo trwające, powtarzające się zbyt często, ażeby ktoś, poza tymi męczennikami, broniącymi Verdun, mógł ogarnąć całą głębię i wielkość ich wysiłku, cierpienia i ofiarności.
Niemcy na nowo wszczęli huraganowy ogień na znienawidzoną, oporną redutę. Po raz tysiączny ciężkie pociski szarpały niemal zrównane z ziemią okopy, wyrywały z nich kupy ziemi i rozrzucały worki szańcowe. Coraz częściej wołano na sanitarjuszów, bo ludzie padali, a czołówka nie mogła zmieścić rannych. Potwornie wolno wlokły się nieskończone godziny rozszalałego zgiełku, nieustannych wstrząsów ziemi i huku, od którego krew płynęła z uszy i nosów, a zaciśnięte zęby zgrzytały i przygryzały opuchnięty język.
Znowu, — nie wiedzieć po raz który — ożywił się ruch w niemieckich rowach.
— Czerwona raca! — woła kapitan ze swego posterunku.
— Czerwona raca! — powtarzają żołnierze, stojący przy parapecie.
Raca wylatuje. Dojrzano ją na baterjach, bo odrazu błyskać jęły działa czerwonemi żądłami. W pośpiechu jednak źle obliczono dystans, a może w tych zwaliskach ziemi, kamieni i gruzów betonowych artylerzyści nie mogli spostrzec łamanej bruzdy rowów francuskich. Granaty spadły na własne okopy i jęły padać coraz częściej, z zawrotną szybkością, z celnością niezwykłą. Wybuchy ich wściekłe i drapieżne przyłączyły się do huku pękających pocisków niemieckich; siejąc zniszczenie i zabijając ludzi, rozrzucały i burzyły ostatnie schronisko obrońców.
— Sygnał dłuższego dystansu! — krzyknął kapitan do sierżanta.
Ten wypuścił racę, jarzącą się białym ogniem magnezji, a za nią — drugą — zieloną. Jednak francuskie działa długo jeszcze biły w nieszczęśliwą, zoraną, poszarpaną transzę. Nesser, zrozumiawszy, co zaszło, wepchnął Gilleta do głębokiej szczeliny w nasypie i umieścił się tuż przed nim, aby osłonić chłopaka przed odłamkami pocisków. Stał odwrócony do skarpy i widział wszystko, co się działo w transzy. Zdawało się, że żywej duszy w niej nie pozostało. Dymy czarne i żółte przewalały się w niej, masy piasku przytłaczały, a wyjące czerepy, niby młoty, uderzały w ziemię, wyrzucały kamienie i bluzgały błotem. Ludzie, przywarłszy do zbocza okopu, prawie niewidzialni na jego szarem tle, usiłowali wcisnąć się w ziemię, nie oglądali się poza siebie, szybkim ruchem, wystawiając głowę nad parapetem, oddając strzał. Błyskawicznie poruszały się zgięte w łokciu ramiona, wyrzucając wystrzelone naboje i wsuwając nowe. Z cichym brzękiem padały na ziemię dymiące się łuski mosiężne.
Nesser wytężył wzrok i patrzał, przebijając oczami ciemną zasłonę dymu i kurzu i jeszcze ciemniejszą, prawne nieprzeniknioną zasłonę, ukrywającą twarze żołnierzy. Ujrzał kapitana Delverta. Stał przed swoim posterunkiem z rękami w kieszeniach spodni. Obsypany ziemią, w trzewikach, oblepionych komami lepkiego błota, powolnie i spokojnie obracał głową to wtył, to wprzód, jakgdyby liczył, ile pocisków pada na transzę jego od strony nieprzyjaciela, a ile — z bateryj francuskich. Gdy spojrzał w stronę rowu, gdzie się znajdował Nesser, dziennikarz spostrzegł błysk szkieł na jego oczach i smętny, jakgdyby pełen zadumy uśmiech.
— Uczony, pokojowy, niezmiernie uprzejmy i kulturalny człowiek, stoi tam w zabłoconem, zniszczonem ubraniu i przemokłych cuchnących butach! — mignęła w głowie Nessera myśl. — Widzi on przed sobą i poza sobą najbrutalniejszy, urągający całej etyce przejaw natury ludzkiej... Ach! Jakżeż wściekle drapie się teraz w pachwinę — to wszy dokuczają mu... Dym przysłonił go... Jaki to wybuchnął pocisk: nasz czy niemiecki? Rozpęknął się widać, blisko, bo hełm spadł z głowy kapitana, pochyla się po niego, wkłada, przesuwa dalej klamrę rzemyka i strzepuje z ramion i piersi kurz... I — nic! Nie ucieka stąd, gdzie za chwałę może dosięgnąć go śmierć? Nie kryje się w swej nędznej norze pod betonowym złomem muru? Nie przeklina i nie woła o pomstę do nieba? Nie! Stoi spokojnie, baczny na wszystko i sumiennie broni tej przegniłej, cuchnącej, krwawej bruzdy, w której, niby robactwo, czołgają się ludzie w niebieskich bluzach... O czem myśli w tej chwili uczony Delvert w transzy, wziętej we dwa ognie? Może przypomina sobie, że wojny wybuchały także na 4000 lat przed naszą erą i, z pewnością jeszcze dawniej — w zaraniu tworzenia się społeczeństw ludzkich, a przecież nie zruszyły one ziemi z posad i praw przyrody nie zmieniły? Może on tylko pozornie zachowuje spokój, a dusza jego buntuje się i miota, że oto przeniknęliśmy w tajniki wszechświata i już czołem dumnem dosięgamy niemal wyżyn bóstwa, a w tej oto zgiełkliwej chwili pełnej jadowitych dymów, krwi i skowyczącego wokół żelaza, dwie położone naprzeciwko siebie pozycje, zajęte przez ludzi spokojnych, takich samych, jak on — uczonych, lub, jak Gillet, — rolników wiejskich, rzygają na siebie ogniem, stalą i niklem, w imię jakiegoś hasła?
Myśl Nessera nagle znieruchomiała.
Kapitan Delvert, podniósł lornetkę do oczu, pochylił się naprzód i donośnym, pewnym głosem wydał rozkaz:
— Marin, skoczcie do sierżanta Chevaillot i porucznika Perrin i powiedźcie im, żeby mieli w pogotowiu granaty ręczne... Zdaje mi się, że dostrzegłem podejrzany ruch wśród „boszów“.
— Niezawodnie, kapitan wie, co robi, i rozumie cel zbrodniczej rzezi! — z pewną zazdrością pomyślał Nesser.
Na dalszym odcinku dowodził strzelcami porucznik Riballier-des-Isles. Z karabinem, opartym o parapet, strzelał, wyrzucał łuski i znowu strzelał. Z lewej nogi spadła mu wstęga owijacza i mokła w kałuży. Prąd powietrza poruszał strzęp rozdartej na plecach kurty. Na spoconem czole zlepiły się włosy, oczy błyszczały nieprzytomnie, niby u człowieka, trawionego gorączką. Ruchy oficera stały się gwałtowne i szybkie. Od czasu do czasu, nie patrząc na ludzi, krzyczał do nich jedno i to samo:
— Cel na 150 metrów — nie więcej! Cel na 150 metrów — nie więcej!
Nic myślał o niczem innem, oprócz dystansu dla strzału i, z pewnością, nie czuł strachu, zrozumiawszy od pierwszej chwili przybycia do reduty, że wyjść z niej cało można jedynie cudem. A jednak z jego sprężystej, muskularnej postaci biła wielka moc i wytrwałość. Nie strzelał, jak maszyna bezmyślna, lecz ostrożnie pochylał głowę, mierzył starannie. Riballier też, z pewnością, wiedział, poco przysłano go tu i co ma powstać z tego huku, zgiełku, dymu i śmierci.
Żołnierz Berger, szeregowiec starszego poboru, chory na biegunkę, spuścił spodnie i usiadł tuż przy nasypie. Ziemia dokoła nóg jego zabarwiła się natychmiast na czerwono, a Berger siedział z twarzą obojętną, skamieniałą, bezmyślnie patrząc przed siebie i to wydymając, to wciągając usta. Wreszcie powstał i rozpryskując trzewikami cuchnącą, krwawą kałużę, zapiął ubranie i stanął przy wale. Po chwili jednak siedział już znowu w tej samej pozie, wydymał i wciągał wargi, rozpływał się strugami zielonego kału i krwi. Taka tępa, zwierzęca obojętność była na twarzy szeregowca, że obserwujący go Nesser nie wyczuł żadnej myśli, ślizgającej się w mózgu jego. Obojętną stała się dla Bergera wstrętna choroba, padające ztyłu i zprzodu kawały żelaza, świst kul, fetor, wszy, brudy, samo życie i śmierć sama. Umarły w nim wszystkie ludzkie odruchy, stał się niezdolnym do strachu, wyczucia cierpienia i żądzy zrywającego się protestu.
Ktoś cicho jęknął obok Nessera. Dziennikarz obejrzał się. Żołnierz Jules, który pierwszy nazwał go „świętym warjatem“, porzucił nagle karabin na parapecie i, zacisnąwszy głowę rękami, wydał jęk. Gdy odsłonił twarz, Nesser spostrzegł na niej wyraz takiej rozpaczy bezbrzeżnej i palącej, że aż drgnął. Oczy Jules’a wyszły z orbit, usta się wykrzywiły, a na zapadłej twarzy błąkał się skurcz, to tam, to sam zniekształcając, ją do niepoznania.
— Co wam jest? — krzyknął dziennikarz.
Żołnierz spojrzał na niego błędnie. Wykrzywiona przerażającym grymasem, asymetryczna twarz stężała. Jules przycisnął się jeszcze szczelniej do nasypu i, schwyciwszy karabin, strzelał raz po raz, wydając okrzyki, do westchnień żałosnych podobne: „Masz... masz... masz...“
Kapral, siedzący przy kulomiocie, podniósł głowę i nadsłuchiwał. Wreszcie zwrócił ku wzdychającemu żołnierzowi surową, spokojną twarz i rzucił:
— Nie gdacz, psia twoja wiara!
Kapral też wiedział, poco znalazł się w transzy przed redutą. Był to stary żołnierz, otrzymywał żołd, musiał za to umierać bez skargi tam, gdzie chcieli tego marszałek, generał brygady, dowódca pułku, kapitan Delvert, a nawet sierżant...
Wzrok Nessera ogarniał coraz to nowe twarze strzelców. Tępe były nad wyraz, przerażająco obojętne, zastygłe w skurczu, bezmyślne, znękane, zziajane. Przypomniał sobie słowa, słyszane od kaprala po wyjściu z tunelu. Tylko obojętność nadludzkiego znużenia, przytępiającego wszelkie, najżywotniejsze i najprostsze uczucia, trzymała tych ludzi przy parapecie transzy; być może, znalazła ona nawet odpowiedź stanowczą, która przecinała wszelkie wahania, rozpraszała wątpliwości dręczące, odpędzała pokusę. W chwili najsilniejszego miotania się ducha obojętność znużenia wstrzymała wszelką myśl przed sylogizmem, który wydał się najbardziej zbliżonym do prawdy i potężniejszym od wszelkich rozumowań.
— Tu, w cuchnących rowach, zgniłych, zbluzganych soplami krwi zabitych i chorych na czerwonkę, wszyscy są równi sobie, bo biją się, głodują, cierpią i umierają, pełniąc swój obowiązek, jak mówi rozkaz dzienny. Ja jestem jednym z tych równych, muszę więc bić się, głodować, cierpieć i umierać, pełniąc swój obowiązek.
Nesser, jak mu się wydawało, przeniknął w treść bohaterstwa i wytrzymałości walczących ludzi.
— Tak! — pomyślał, przyglądając się zdeptanym trzewikom kapelana. — Równość jest najpotężniejszym czynnikiem karności i dyscypliny wysiłku. Gdyby kapitan Delvert nie strzelał sam do „boszów“, gdyby nie odczuwał głodu i pragnienia, jak Jules i Berger, gdyby nie stał tak spokojnie, wytrzymując ogień francuskich i niemieckich granatów, — żadną siłą, żadnym hasłem, chociażby wolności, nie utrzymałby swej 8-ej kompanji w tej transzy! Wolność jest koniecznością życia wybranych, równość stała się jedynym cementem łączącym i rodzącym siły niebywałe w społeczeństwie, od którego wymagane jest jakieś olbrzymie napięcie mięśni i woli...
Korzystając z zamieszania, jakie niezawodnie musiał spowodować błąd artylerji francuskiej, Niemcy ruszyli do ataku.
— Czerwona raca! — krzyknął porucznik z lewego skrzydła.
Raca natychmiast się zapaliła, lecz, śmignąwszy tuż nad parapetem zakreśliła mały łuk i wpadła do skrzyni. Ogień odrazu ogarnął wnętrze jej. Z sykiem buchnęły płomienie, dym okrył całą transzę. Pędzili naoślep ludzie, w popłochu krzycząc przeraźliwe.
— Ratuj się kto może! „Bosze“ zaatakowali nas płonącemi płynami!
— Na miejsce, chłopcy! — rozległ się nagle groźny głos kapitana. — Na miejsce! To zapaliły się race!
Stał samotny, zagradzając wąskie przejście. Ludzie zatrzymali się, oprzytomnieli i wnet stanęli przy okopach, gotowi do obrony. W innym końcu transzy żołnierze nie usłuchali jednak nawoływań i rozkazów porucznika Riballier-des-Isles; potrącając się, i prześcigając, pędzili naoślep, rzucali karabiny i wyli z przerażenia. Spostrzegł to Nesser i zrozumiał zrywającą się nagle panikę. Gdyby w jednem miejscu wybuchnęło naraz dziesięć pocisków, — nikt z tych ludzi nie ruszyłby się z miejsca. Przeżyli już to nie wiedzieć ile razy, więc nerwy, stężałe w napięciu, pozostałyby w bezruchu. Lecz raptownie zdarzyło się coś zupełnie odmiennego. Inny dźwięk, nowej barwy płomień, niepodobny do zwykłych dymów zapach siarki wstrząsnęły nerwami. Jak zaciśnięta sprężyna rozwija się i porusza skomplikowany system kółek i trybów całego mechanizmu, tak te nerwy żołnierskie odprężyły się nagle, obojętność zmieniła się w panikę, wytrwałe czuwanie przy parapetach — w bieg obłędny, porywający innych wirem ślepego strachu.
Odwrócił się natychmiast i oparł o wał, zapalając fajkę. Jego spokojna postawa uderzyła uciekających. Przystanęli i krzyknęli:
— „Bosze“ zaatakowali nas płomieniami!...
— Nie mają tu oni miotaczy ognia! — odparł Nesser. — Ten płomień wytrysnął z naszych rowów.
Żołnierze zaczęli się oglądać, a, gdy dogonił ich porucznik i zawołał: „Gasić pożar“ — natychmiast powrócili.
Nesser pobiegł na miejsce wypadku. Ujrzał kapitana, który komenderował:
— Wynoście granaty! Zasypujcie ziemią skrzynię z racami!
Dziennikarz rzucił się naprzód. Płomienie ogarnęły go, opaliły mu brwi i rzęsy, smagnęły po rękach gorącemi językami. Mrużąc oczy i zasłaniając twarz rękawem, jął wyciągać złożone tu skrzynie z ręcznemi granatami i podawać żołnierzom; wyrwał z ognia jedną paczkę z racami, która już palić się zaczęła. W tej chwili rozległ się wybuch. Wyleciał wpowietrze worek z nabojami i rozrzucił wokół węgle, skrawki płonącego papieru i ziemię.
Sierżant wypuścił natychmiast sygnałowe race, bo baterje francuskie wciąż biły w szańce reduty. Na szczęście kulomioty transzowe zdołały wstrzymać atakujący oddział. Cofał się, a wtedy z fortu spostrzeżono błąd artylerji i działa umilkły natychmiast.
— Zielony sygnał! — krzyknął Delvert. — Niech ścigają cofające się szeregi.
— Nie mamy już zielonych rac... — odpowiedział ponuro sierżant.
W tej samej chwili wbił się w okop i szarpnął nim granat niemiecki.
— Sanitarjusze! Biegiem, biegiem! Kapral ranny...
Nadbiegło dwóch sanitarjuszów i Nesser. Na ziemi wtłoczony w błoto, leżał zawsze wesoły Chevaillet. Wysoko i porywczo podnosiła się pierś kontuzjowanego kaprala, a palce rozrzuconych rąk jego drapały ziemię.
— Księdza... — wyjąkał słabnącym głosem. — Obiecałem matce umrzeć, jak chrześcijanin...
Urwał nagle, bo śmierć stała już przy nim i, dotknąwszy tego potwornie wstrząśniętego ciała, zmusiła je zesztywnieć nagle i sczernieć straszliwie.
Nesser biegł już, prowadząc księdza. Nie wiedział, że kapelan podążał za nim, nie kryjąc się wcale za okopem. Obejrzał się dopiero, gdy posłyszał cichy jęk i odgłos padającego ciała. Ksiądz z podwiniętemi pod siebie nogami siedział i kiwał się, zakrywając twarz dłońmi. Przez zaciśnięte palce sączyły się cienkie strugi krwi i spadały mu na pierś i kolana.
Ksiądz drgnął nagle i przechylił się nabok. Ręce mu opadły, a głowa wsparła się bezsilnie o wał. Lewa strona twarzy znikła w strugach płynącej krwi. Nesser, drżący i nagle zesztywniały, widział, jak zpomiędzy strug krwi wyłaniała się nabrzmiewająca rana, — odłamek kości i jeszcze coś, co przysłaniał szmat zerwanej skóry. Przyjrzał się bacznie i wydał przeraźliwy jęk. Na cienkiem pasemku krwawiącem zwisało wyszarpnięte oko, — niebieskie, patrzące nieruchomą źrenicą. Ksiądz Chambrun długo pozostawał w omdleniu. Sanitarjusz zalał ranę jodyną, nałożył opatrunek i zaczął go cucić, aż dopóki kapelan nieotworzył jedynego już oka i nie poznał Nessera.
— Pochyl się! — szepnął szczękając zębami. — Być może umrę... więc słuchaj i powtarzaj za mną: Boże sprawiedliwy i Miłosierny... Ojcze nasz dobry... który z Nieba widzisz wszystko i rozsądzasz... Oto stoję przed Tobą... mający duszę grzeszną... miotania się pełną... i błądzącą... Przeszła ona... przez ogień męki... katusze zwątpienia... a teraz, bezwiednie... słabnąca i zdrożona... do Ciebie zdąża, Ojcze nasz... i Panie... abyś dodał jej mocy... wytrwać w zamierzeniu... do końca... do końca... Boże!...
Głowa księdza opadła; mocno przymknęło się oko. Ranny zemdlał ponownie. Nesser i sanitariusze ponieśli go na czołówkę, a gdy koło stojących przy parapecie żołnierzy przesuwał się ten smutny pochód, oczy im błyskały ponurą żałością.
— Odwalił kitę „Tyka w sutannie“? — szeptali do siebie.
— Szkoda! Nie wierzę ja w te sztuczki kościelne, ale był to chłop naschwał, cichy, pogodny i ofiarny dla wszystkich... Szkoda takiego!... — wzdychał jakiś żołnierz, oglądając zamek karabina.
Gdy Nesser powrócił do transzy, skinął na niego sierżant.
— Kapitan pytał o was...
Dziennikarz znalazł Delverta, leżącego na ziemi. Kapitan pisał w tej pozycji, bo nie miał ani stołu, ani żadnej osłony nad głową.
— Dostarczycie raport pułkownikowi — rzekł do Nessera. — Muszą przysłać nam wreszcie rac, granatów, no — i ludzi, bo kompanja właściwie już poległa... poległa na posterunku...
— Słucham, panie kapitanie! — odparł ochotnik.
Nagle odezwał się głos nikłego, zawsze smutnego Clerc’a.
— Panie kapitanie! Może ja pójdę, bo Nesser potrzebny tu... Gdzie on, tam ludziom — raźniej i spokojniej...
Delvert zamyślił się.
— Masz rację, chłopcze, — odparł po drwili. — Idź, a bądź ostrożny i powracaj dopiero, gdy noc zapadnie. Za dnia nie dojdziesz zpowrotem... Widzisz, co się dzieje?...
Późno wieczorem przybyły dwie kompanje posiłków, a z nimi mały, tragicznie zadumany Clerc. Z dwóch kompanij doszło zaledwie osiemdziesięciu ludzi — inni nie wytrzymali ognia, jedni się cofnęli, drudzy ukryli się w wyrwach i dołach...
Minęły jeszcze dwa dni... Z ósmej kompanji pozostały krwawe, obłąkane widma, strzępy ludzkich istot, lecz reduta broniła się zawzięcie, jakgdyby nieczuła na żelazną ulewę. Wreszcie przyszedł rozkaz, odciągający kompanję na tyły. Inni ludzie mieli zluzować ją i przejść mękę ogniową.
Trzydziestu zaledwie strzelców opuszczało w nocy rowy reduty. Grupa ta poprzedzana przez przewodnika, chyłkiem sunęła poza laskiem Chapitre w stronę fortu Souville. Prysnęła nagle obojętność i ta zwierzęca odwaga, która zmuszała ludzi spokojnie stać pod huraganowym ogniem ciężkich pocisków. Teraz padano na ziemię przy dalekim wybuchu szrapnela, chylono się jaknajniżej przed świstem kuli karabinowej. Zaświtało nagle ocalenie, zjawiła się myśl i nadzieja, paliła żądza życia... „Dawne“ pozostało tam — w cuchnących rowach, a teraz wszystko inaczej się odczuwało, aż się skrystalizowało w upartej, wszechwładnej myśli — za wszelką cenę dojść do błogosławionych, jasnych, promiennych miejsc, gdzie nie buchają ogniem i stalą granaty, gdzie nie leje się krew, gdzie gwar radosny rozlega się zewsząd, brzmi śmiech, gdzie wokół szaleje życie! Dojść! Dojść! Gdy, czając się w szczelinach, wyoranych przez pociski, i w głębokich, napełnionych wodą lejach, znękani, znużeni ludzie, ogarnięci nienasyconą chciwością życia, wyszli wkońcu na otwartą płaszczyznę, prowadzącą do toru kolejowego i tunelu, — namacały ich projektory niemieckie i dalej już nie puściły. Natychmiast rwać się zaczęły i szarpać ziemię granaty, pękać z brzękiem ponurym szrapnele, osaczając ich kołem żelaza i ognia.
— Na ziemię! Na ziemię! — krzyczał przewodnik.
— Na ziemię! — powtarzali za nim oficerowie.
Wszystko, co żyło, wcisnęło się, przywarło do ziemi. Jedna myśl dręczyła każdego z tych ludzi, powracających do życia po nieludzkim wysiłku, nad którym śmierć nawet mocy nie miała.
— Czyżby — koniec? Śmierć, tu, tak blisko od ocalenia?
Pociski zbliżały się, szrapnele jazgotały coraz niżej, a białe, drapieżne smugi świateł projektorów szukały, ostrożnie sunąc po ziemi, zaglądając wszędzie, macając każden metr tego pola.
— Przepadliśmy... — mruknął z rozpaczą w głosie leżący obok Nessera kapral sekcji kulomiotowej. — Nikt z nas stąd żywym nie wyjdzie...
Kapral zgrzytnął zębami i rzucił straszne bluźnierstwo.
Dziennikarz drgnął i szybko podczołgał się do wyciągniętego przed nim Gilleta. Chłopak był straszliwie blady. Dygotał na całem ciele.
— Nie chcesz umierać, mały Karolu? — spytał dziennikarz, z troskliwością zaglądając mu w oczy.
— O, nie, panie! — jęknął chłopiec i zapłakał gorzko i żałośnie.
Nesser sprężystym ruchem wyciągnął się na nim i okrył go swem ciałem, zasłaniając mu głowę ramionami i własną piersią. Chłopiec coś mówił do niego, lecz głos mu drżał i łamał się, więc dziennikarz pochylił się niżej, aby lepiej usłyszeć. Nagle... oślepiły go wytryskujące z łomotem i świstem płomienie, niezmiernie ciężki młot grzmotnął o ziemię, aż zadygotała cała, a drugi cios jego spadł na głowę Nessera, ogłuszył, opalił skroń miljonem iskier i — ...wszystko zgasło odrazu, umilkło, znieruchomiało, pogrążyło się w mroku i niebycie. Nie słyszał już Nesser, że kapitan Delvert krzyknął donośnym głosem:
— Zabrać rannego ochotnika i biegiem, biegiem naprzód!
Nie doszedł do świadomości jego rozpaczliwy szloch Gilleta, zmieszany gwar kilku głosów, szczęk karabinów, głuchy brzęk hełmów, tupot nóg, nieznośny jazgot, wycie, huk... Zgiełkliwa, rozbestwiona noc miotała się nad ziemią, a w duszy Nessera zapanowała inna — pełna ciszy i spokoju, co były, jak śmierć, kojąca troski i boleści człowiecze...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.