Ogień wykrzesany/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIII.

Przepełniony żołnierzami pociąg wąskotorowej kolejki „Meusien“ dobiegał do wioski Glorieux. W zatłoczonych wagonach panował straszliwy zaduch i nieznośne gorąco. Skwarne słońce rozpaliło dachy, a w przepełnionych wozach, zdawało się, ustał dopływ świeżego powietrza, natychmiast pochłanianego setkami ciężko i chrapliwie dyszących płuc. Swąd potu, brudnego obuwia i dawno niepranej bielizny łączył się z kwaśnym zapachem sukna żołnierskiego i rozmokłej skóry. W tym gorącym zaduchu spoceni, zziajani ludzie o twarzach obojętnych i ruchach ociężałych siedzieli lub stali w milczeniu, zapatrzeni przez brudne szyby, okryte plamami i zeschłemi strugami błota. Od czasu do czasu ktoś zaklął głośno, lub któryś z żołnierzy rzucał słowa ohydne, bluźniercze, wściekle się drapiąc w głowę i pod pachami, gdzie zazwyczaj gnieździły się wszy. Ludzie zaciskali zęby, syczeli z bólu i podrażnienia, a potem długo, uważnie, jakgdyby z troską oglądali sobie skrwawione paznogcie, pod któremi poruszało się zgniecione i spłaszczone robactwo.
Pasażerowie „Meusien“ zdumiewająco przypominali bydło, pędzone do szlachtuzu. Słyszeli ciężkie ciosy młota, rozbijającego czaszki, widzieli zamaszyste wzloty jego w błyskach i dymach pękających pocisków, rozumieli, że muszą dojść do zlanego krwią szlachtuzu, szli, obojętnie, leniwie spoglądając wokół i, jakgdyby mogło to na coś się przydać, wyłapywali żarłoczne wszy na sobie, do krwi rozdzierali sobie skórę brudnemi paznogciami i z tępą dokładnością skazańców dusili wstrętne pasorzyty, które pękały z soczystem klasnięciem.
Tu i ówdzie prowadzono ciche rozmowy. Opowiadano sobie, że przedwczoraj niemiecki lotnik dojrzał pełznący „Meusien“ i sygnalizował swoim baterjom, a te przez pół godziny rzucały pociski — siedem na minutę i rozbiły wszystkie wagony. Maszynista wreszcie odczepił lokomotywę i umknął z nią do Verdun. Na szczęście, był to pociąg intendantury, więc zginęło zaledwie kilku konwojentów i jeden porucznik-prowjantmistrz. Saperzy musieli potem przez cały dzień naprawiać rozryty tor i zasypywać wyrwy.
Merde! — zaklął jakiś młody żołnierzyk świeżego poboru.
— A ty myślisz, że „bosze“ są głupi i pozwolą, żeby takie żółtodzioby waliły do nich z karabinów? — zapytał kapral, zajęty bitwą z wszami.
— Pewno! — potwierdził drugi — stary, brodaty żołnierz. — Jedziemy teraz, a ja wciąż nadsłuchuję, czy nie posłyszę warczenia samolotu... Pewno i nas namacają, bo oni wszystko widzą...
Jednak „Meusien“ dociągnął do Glorieux swoje piętnaście wagonów i nagle ze zgrzytem stanął. Ludzie zamilkli i patrzyli na siebie pytająco.
— Wychodzić z wagonów! — rozległa się komenda. — Pociąg dalej nie idzie — ciężki pocisk rozbił mostek nad wąwozem! Wychodzić! Wychodzić!
Ludzie, ciągnąc za sobą tornistry i karabiny, niby szare robactwo, wypełzali z wnętrza wagonów — znużeni, zlani potem, zasypani kurzem i węglem. Z jednego z ostatnich wozów wysiadł młody porucznik, za nim brudny, niemal aż do oczu obrośnięty kapral i niemłody już, chudy żołnierz o srebrzących się na skroniach włosach, w nowym mundurze i czystych trzewikach.
— Patrzcie-no go! — mruknął do sąsiadów ponury sierżant, ładujący na siebie ciężki, mocno wypchany plecak. — Cóż to za gość? Do kantyny, czy na tańce się wybrał? Niech-no tylko wlezie na pagórki Froidn Terre, a zmieni rychło swój fason! Stara szkapa, a jaki elegant, co?
Zamiast odpowiedzi zaśmiał się ktoś krótko, złośliwie.
Rozmowa się wnet urwała. Ludzie, pochyleni pod ciężarem plecaków, karabinów i ładownic, już maszerowali drogą, pociętą kołami armat, wozów i samochodów, pełną dołów i zwalisk, pozostałych po wybuchach granatów.
Kolumna i mniejsze grupy żołnierzy szły wolno, zasłuchane w niemilknący huk armat, czując pod stopami wstrząśnięcia ziemi, którą grzmociły pociski nieprzyjacielskie i swoje, ni to potworne cepy. Wreszcie z obydwóch stron drogi zjawiły się nędzne, ponure ruiny. Ogromna, bezładna kupa kamieni, cegły, cementu i wapna. Tam i sam sterczały kawały popękanych murów, stały okopcone kominy spalonego gmachu... W jakimś zaułku, przywalonym połamanemi drzewami i deskami płotu, leżał rozdęty kadłub zabitego konia, a przy nim, wżerając mu się w pachwinę łaciasta, chuda kotka. Wojna oddawna już zamieniła Verdun w gruzy i pogorzelisko. Otoczyły one ze wszystkich stron i ukryły w swych zwaliskach betonowe ściany wrytych w ziemię fortów redut.
Na zburzonym i spalonym dworcu kolejowym przybyli żołnierze, zgromadzili się po raz ostatni i stąd, otrzymawszy rozkazy i przewodników, podążali w różne strony. Porucznik 101-go pułku wypytywał o coś kapitana-kwatermistrza z pliką map i rozkazów pod pachą.
— Reduta N 1 trzyma się dotąd doskonale, — mówił kapitan. — Dziś jeszcze sygnalizowano stamtąd. Mogliśmy odcyfrować: „Będziemy się bronili do ostateczności. Niech żyje Francja!“ Djabeł z tego waszego kapitana Delverta! Dużo tam żołnierza macie?
Porucznik wzruszył ramionami.
— Nie wiem, ilu pozostało... — odparł niechętnym głosem i, dotknąwszy dłonią ronda pogiętego hełmu, odszedł.
Trzech ludzi skierowało się wzdłuż plantu kolejowego, na którym tu i ówdzie uwijały się grupy pracujących saperów. Porucznik, ujrzawszy oficera, podszedł do niego i zapytał:
— Czy nie moglibyśmy skorzystać ze środków przewozowych? Chodzi nam o jaknajszybsze połączenie z kompanją w reducie N 1 fortu Vaux.
— Za godzinę będę mógł służyć drezyną... — odparł uprzejmie oficer. — Tak czy owak musicie panowie doczekać się nocy. Inaczej — nie dojdziecie, — artylerja gra dziś na całego!
Oficer wskazał porucznikowi lejkowatą norę w zboczu nasypu kolejowego. Padł tam niedawno pocisk, a ludzie przykryli wyrwę staremi podkładami i przysypali piaskiem. W tej norze mieściło się schronisko oficera, kierującego naprawą toru.
— Panie Nesser i wy, kapralu, chodźcie ze mną! — rzekł porucznik, zwracając się do żołnierzy.
Wpełzli pod gruby pułap i usiedli na pustych skrzyniach od benzyny. Ziemia co chwila się wzdrygała i wstrząsała ludźmi. Uginały się pod nimi nogi, głowy drżały i bolały zęby, gdyż szczęki z siłą uderzały o siebie i zaciskały się spazmatycznie. Nesser naliczył dziesięć wstrząsów na minutę. Wybuchy pocisków zaczęły się zbliżać ku plantowi, a czarny i żółty dym, ścieląc się po ziemi, wpełzał do skrytki i tamował ludziom oddech. Jeden z pocisków padł tak blisko, że przez szpary belkowania posypał się piasek, a odłamki żelaza, wyjąc i skowycząc, przeleciały nad schronem z warczeniem i złośliwym jazgotem. Natychmiast rozległ się krzyk na plancie:
— Dajcie nosze! Sierżant ranny w głowę...
Niemcy zasypywali tor coraz nowemi pociskami, rzucając je po kilka naraz. Na ciemniejącem już niebie, jeszcze lekko purpurowem od zachodzącego słońca, migały czerwone i żółte światła wybuchów i zwisały, opadając ciężko, czarne dymy. Siedzący w skrytce ludzie milczeli, patrząc przed siebie lub wbijając wzrok w ziemię. Nesser spostrzegł, że kapral miał twarz stwardniałą, obojętną, prawie bezmyślną; porucznik mrużył oczy, w których od czasu do czasu zapalały się iskierki, jakgdyby gorzkiej ironji.
Nesser nie wątpił, że oficer mimowoli uświadamiał sobie cały ogrom i głębię ohydnej rzeczywistości. Być może myślał w tej chwili, że cywilizowani ludzie biją z armat, aby nikt nie przeszedł tam, gdzie miała ostatecznie zatriumfować śmierć, a inni znowu — obojętni i niepomni na żelazną ulewę — szli uparcie naprzód, jakgdyby w tem strasznem miejscu mieli osiągnąć wyżyny szczęścia.
Gdy zapadł już wieczór, do schroniska zajrzał jeden z saperów i oznajmił, że drezyna gotowa. Nesser wraz z towarzyszami wyszedł z ciemnej nory i rozejrzał się. Mrok ogarnął już całą płaszczyznę i pagórki, ciągnące się od północy i wschodu. Wszystko utonęło w ciemności, ale trwało to zaledwie kilka sekund. Przecinając, niby nożem, mrok nocy, jedna za drugą syknęły race — białe, zielone i czerwone i oświetliły cały teren; ze wszystkich stron tryskały strugi ognia — szkarłatne błyski rzygających ogniem niewidzialnych dział francuskich i niemieckich. W promieniach świateł przeróżnych kotłowały się i wirowały kłęby dymów, z jazgotem przeraźliwym rwały się szrapnele tuż nad ziemią, a w ciemności, gdzie majaczyły jakieś kontury nasypów ziemnych, ściętych i potrzaskanych pni, wściekłe moce rozsadzały bryły żelaza, wyrzucanego z paszcz nieprzyjacielskich armat.
Drezyna z warczeniem kół, zgrzytając na wekslach, pobiegła w stronę fortu Tavanne. Nie dobiegła jednak, gdyż raptem jeden po drugim spadły dwa granaty, wyrzuciły wysoko w powietrze słupy ziemi, słupy piasku i żużli, zmieszanych z dymem, i poskręcane w spiralę, zerwane szyny i drzazgi — ułamki podkładów.
— Musicie teraz sami iść dalej — rzekł saper, stojący przy korbie drezyny. — Stąd do tunelu pozostało nie więcej, jak dwa kilometry. Baczność jednak, „bosze“ bowiem strzegą tego miejsca!
Porucznik wraz z Nesserem i kapralem zbiegli z plantu i, kryjąc się za nim, szybko szli naprzód. Co chwila oślepiały ich wybuchy pocisków, wstrząsały nimi i ogłuszały, więc padali na ziemię i niby przez sen słyszeli skowyt i złośliwe zawodzenie stalowych czerepów, przelatujących nad nimi.
Głębokie doły, napełnione wodą, co chwila przegradzały im drogę. Wskakiwali do nich i czaili się, czekając na chwilę spokoju i nawołując się w ciemności. Wypełzali zabłoceni od stóp do głów, w trzewikach pełnych mułu i biegli dalej do następnej wyrwy lub kupy ziemi. Nesserowi trząsł się na grzbiecie ciężki plecak i gniótł go; hełm spełzał mu na oczy; dzwoniła puszka maski gazowej; spadały z nóg owijacze, ześlizgiwał się z ramienia karabin.
Żołnierze oddychali ciężko i porywczo, jak ryby, wyrzucone na brzeg, a każdym ruchem płuc wciągali powietrze, zatrute dymem. Nesser czuł, jak mu ciężyć zaczyna głowa; bolała go pierś, ledwie zagojona; w oczach migały zielone i czerwone ogniki. Zaciskał szczęki tak mocno, że aż zęby zgrzytać mu poczęły, biegł, skakał, staczał się po śliskich zboczach lejów na ich cuchnące, błotniste dno, aby po chwili, kalecząc sobie dłonie i zrywając paznogcie, gramolić się z nich i znowu biec, skakać, padać plackiem i przyciskać się do ziemi na odgłos jękliwego wycia nadlatującego pocisku.
Trafili wreszcie do małego wąwozu, zatłoczonego żołnierzami. Zaczęli wypytywać. Był to bataljon, który po zluzowaniu odchodził do Verdun, gdzie spodziewał się znaleźć transport automobilowy. Ludzie marzyli o wyjściu z piekła, jakiem był ten przeklęty, straszny odcinek, pragnęli wypoczynku, dobrej strawy i świeżej wody, znękani, wpółobłąkani, chorzy. Nic już ich nie zajmowało poza myślą o krótkim pobycie w obozie, zdala od zasięgu granatów, o niczem też innem nie chcieli słyszeć. Nesser spostrzegł, że większa część tych żołnierzy zatraciła cechy ludzkie. Zjawiła się w nich jakaś zwierzęca bezwzględność i bydlęcy bezwstyd. Ani myśleli przepuścić, dążących na pierwszą linję oficera i żołnierzy; nikt się nawet z miejsca nie ruszył, przywarłszy jeden do drugiego pod zwisającym, urwistym spychem jaru, broniącym ich przed ogniem „boszów“. Żołnierze klęli i urągali głośno, gdy porucznik przedzierał się przez ich zbitą głowa przy głowie ciżbę:
— Pędzą na złamanie karku! Cóż wy sobie myślicie, że my dla was podstawimy pod granaty własne karki? Dość już namordowaliśmy się! Idziemy na odpoczynek i tu nikt nie chce umierać — psia wasza wiara!
Padały ohydne wyzwiska, bluźnierstwa i wstrętne, ponure żarty. Tuż, w tym zwartym tłumie, chorzy na biegunkę obryzgiwali nogi towarzyszy cuchnącym, krwawym kałem i potrącani, zasypywani wyzwiskami przeklinali wszystko na świecie. Inni bluzgali wymiotami na plecy i piersi sąsiadów i jęczeli żałośnie, słuchając wstrętnych klątw.
Wreszcie, czepiając się przeciwległego zbocza wąwozu, gdzie przechowały się jeszcze resztki krzaków i wystające z ziemi korzenie drzew, Nesser z towarzyszami przebrnęli go jakoś i znowu biegli naprzód po odkrytej równinie, od wyrwy do wyrwy, — nic nie widząc przed sobą, oprócz wytryskujących zewsząd snopów ognia, co chwila padając, czy to w zamiarze schronienia się przed wyjącemi pociskami, czy zbici z nóg silnym wstrząsem szarpniętej wybuchem ziemi. Długa, straszliwie długa, męczeńska droga, zdawała się nie mieć końca.
Dotarli wreszcie do tunelu i wbiegli pod jego sklepienia, czarne, okopcone dymem pociągów, które już oddawna nie kursowały. Długa galerja podziemna przedstawiała dziwny i ponury widok. Zgromadziły się tu na noc oddziały, odciągane na tyły, i te kompanje, które z fortów Vaux posyłano na krótki wypoczynek, aby ludzie na dzień lub dwa wyszli z linji boju, otrząsnęli się z obłędu, powrócili do przytomności, dostali gorącej strawy i wyspali się po kilku nocach nieustannego czuwania i oczekiwania ataku i śmierci.
W ciemnym, długim tunelu panował półmrok, gdyż paliły się tu straszliwe dymiące pochodnie naftowe, świeczki i kieszonkowe latarki elektryczne; tu i ówdzie jarzyły się małe ogniska, z płonącemi w nich drzazgami desek. Wzdłuż całej galerji ciągnęły się jeden nad drugim trzy rzędy prycz, zajętych przez żołnierzy. Ciemne postacie śpiących wykrzykiwały i mruczały niezrozumiałe słowa, miotały się przez sen. Zgromadziło się tu jednak tak dużo kompanij, że dla wszystkich nie starczyło miejsca na pryczach. Ludzie układali się więc pod leżakami szczęśliwszych towarzyszy, w przejściach pomiędzy pryczami i wprost na ziemi, gdzie w chwiejnych, czerwonych błyskach pochodni połyskiwały szyny.
Tam i sam widniały blaszanki z cuchnącą wodą do picia, a obok — niegłębokie doły, wykopane naprędce dla potrzeb setek chorych i zdrowych żołnierzy. Ostry zapach potu, kwaśne wyziewy wymiotów, gryzące, amonjakalne opary gnijącego moczu, fetor kału zapełniały ciemną kiszkę tunelu, zatłoczonego obrońcami ojczyzny. Z trudem posuwały się po szynach wózki ręczne, rozwożące gorącą polewkę i chleb, a tuż za niemi ciągnęły inne, z ustawionemi na nich drewnianemi kadziami, pluskające mi wokół cuchnącą cieczą, czerpaną z ustępów. Obok posilających się w milczeniu żołnierzy, jęcząc i klnąc, siedziały pod ścianą skulone postacie chorych na czerwonkę i tuż załatwiały swoje potrzeby; zatruci straszliwemi gazami niemieckiemi strzelcy z okopów Douaumont i Vaux z rykiem rzygali strugami żółtych i czarnych wymiotów; jakaś grupa podpitych nieco żołnierzy ryczała sprośną piosenkę; żałośnie nawoływali i skarżyli się ranni, których w drodze do tego miejsca dosięgły odłamki granatów lub kule szrapnelowe; staruszek-kapelan w komży przeciskał się w tłumie, trzymając wysoko nad głową wiatyk, aby nie wytrącono mu go z rąk; oficer i sierżant, pozostawieni na kwatermistrzostwie w tunelu, wykrzykiwali pogróżki, grożąc sądem polowym; co chwila rozlegały się okrzyki — to żałosne, to wściekłe, prawie nieprzytomne:
— Doktora! Prędzej doktora! Hej — tam, kucharze, śpieszcie się do stu tysięcy djabłów! W transzach — głód, tu — głód, niech was...
Z innego końca rwały się przekleństwa ciężkie, niemal groźne i zawisła w powietrzu fala rozpaczliwego wycia:
— Wody! Wody! Dajcie wody... We wszystkich blaszankach zanosi od niej trupami i łajnem... Wody!...
Wody nie było. Nesser przekonał się o tem sam, bo przy wyjściu z tunelu, w którym porucznik zatrzymał się na krótki wypoczynek, zaczerpnął do manierki wodę z dużego kukła i podniósł do ust. Uderzył go natychmiast mdły swąd trupa, siarki i amonjaku. Wylał ze wstrętem zawartość manierki, wzdrygnąwszy się cały.
Spostrzegł to żołnierz, stojący wpobliżu, i zaśmiał się złośliwie:
— Myślisz, może, że dadzą ci tu pół litra Medoc’u, mon vieux? Łyknij tej polewy z gnijącego ścierwa i moczu! Wszystkie ruczaje pobliskie cuchną, jak kanały odchodowe, bo wszędzie pełno trupów, a przesiąknięta krwią i zabagniona przez ludzi ziemia gnije i cuchnie... Do łysego Belzebuba!
Zaśmiał się raz jeszcze i, zamiast śliny wyplunął pianę gęstą i klejącą się, która, nie oderwawszy się od warg, zawisła mu na brodzie.
Porucznik i żołnierze opuścili wreszcie wnętrze tunelu.
— Widzieliście? — spytał szeptem oficer, trącając łokciem Nessera.
Dziennikarz kiwnął głową.
— Rozumie pan, co to znaczy? — szeptał porucznik. — Przecież to istne piekło, gorsze od samej bitwy w rowach i na redutach... Przysłano tych ludzi na wypoczynek, aby do reszty nie oszaleli i nic, nic im tu nie dano!
— Tymczasem pragną oni tylko wody i gorącej zupy — odpowiedział Nesser. — Ani słowa skargi... Gdyby dostarczono im świeżej wody — cieszyliby się niezmiernie i, mam wrażenie, nie padłoby tu żadne przekleństwo...
— Właśnie! — zawołał porucznik. — To samo chciałem powiedzieć! Poczucie obowiązku i ofiarności dla ojczyzny ogarnęło wszystkich... Jesteśmy wielką nacją!
Słyszał tę rozmowę kapral, zmarszczył brwi i rzucił ponurym głosem prawie brutalnie:
— Wielka nacja, a tymczasem nie zdobyła się nawet na to, żeby dać wody i zabezpieczyć znużonych ludzi od bluzgania na siebie śmierdzącemi wymiotami i bryzgami zarażonego kału... Gdyby nie to, że całe to stado ludzkie przestało oddawna myśleć i czuć, zaśpiewałoby ono inaczej!
Porucznik nic nie odpowiedział i skinął na przewodnika, wyznaczonego przez kwatermistrza.
Coraz to więcej rac wisiało w powietrzu, kołysząc się na rozpostartych spadochronach, częściej i bliżej wytryskiwały złośliwe ognie i grad metalu rozpryskujących się pocisków, w mroku podnosiły się czarne widma skłębionej ziemi i kamieni, bezustannie migały czerwone błyski armat niemieckich, bijących od północy i wschodu. Biegli teraz jeszcze szybciej, kryjąc się w wykrotach, płaszcząc się za każdą nierównością gruntu, popędzani głośnemi okrzykami przewodnika:
— Prędzej! Prędzej! Tu pada najwięcej ciężkich pocisków... Musimy dobiec do tego ściętego lasku; to — lasek Laufée, a w nim — dużo lejów i wyrw, gdzie łatwiej się schronić — potem będzie lasek Chenois, tam jest wąwóz i niedokończone rowy... Biegiem! Biegiem!
Przesunęli się przez obydwa laski, od których pozostały gdzieniegdzie tylko pnie sterczące, potrzaskane, rozłupane na drzazgi, i popędzili przez niczem nie osłoniętą przestrzeń, zoraną granatami, pełną głębokich dołów i stosów rozmiotanej, poszarpanej ziemi i kamieni. W świetle rac i ogni pocisków odcinały się od szarej ziemi nieruchome sylwetki zabitych. Nogi biegnących ludzi zawadzały co chwila o kamienie, podziurawione hełmy, pogięte manierki i czerepy granatów.
— Prędzej! — popędzał przewodnik. — Zaraz zacznie się lasek Fumin, za nim jar i tuż — tuż — reduta N 1... Widzicie tam, gdzie pękają co chwila pociski, to — grobla na stawie Vaux... Nasze baterje wzięły ją na cel!
Wśród huku sypiących się zewsząd kamieni, drzazg i ziemi, syczących i gwiżdżących nad głowami żelaznych odłamków przebrnęli lasek i na zboczu wąwozu trafili do niegłębokiego rowu, biegnącego na szczyt pagórka. Wreszcie natrafili na pierwszy posterunek reduty.
Porucznik przyjrzał się żołnierzowi, który w nieruchomej postawie tkwił za przykryciem worków z piaskiem, i zapytał go:
— Hę! Co nowego, kapralu Chevaillot?
Żołnierz zsunął hełm wtył głowy, aby się lepiej przyjrzeć mówiącemu. Po chwili błysnął białemi zębami i wesołym głosem odparł:
— A, pan porucznik Riballier-des-Isles! Wszystko podawnemu... Zdaje się, że „bosze“ zamierzają zagarnąć nam „wąwóz śmierci“, bo napierają tamtędy, jak wściekli...
Chyląc się i pełznąc na kolanach w niegłębokim rowie, posuwali się dalej. Pociski mknęły ze wszystkich stron, bo nawet ztyłu z rechotem i wyciem nadlatywały francuskie granaty.
— Piękne miejsce, nieprawdaż? — ze śmiechem zapytał kapral, klepiąc Nessera po nodze.
— Istotnie, nie bardzo zaciszne! — odparł dziennikarz.
Dotarli wreszcie do jakiejś skrytki w okopie. Mieściła się pod zburzonym murem betonowym. Przykryta workami z ziemią stała się schroniskiem człowieka XX-go wieku.
— Dowódcy kompanji niema! Musimy go szukać! Z pewnością, obchodzi szaniec — mruknął porucznik.
Znowu pełzli wzdłuż rowów, gdzie oparci o nasyp stali żołnierze z karabinami, wpatrzeni przed siebie znużonym, obojętnym wzrokiem. O kilkanaście kroków przed nimi wżarł się w nasyp granat niemiecki, buchnął ogniem, poszarpał parapet, rozrzucając ziemię, faszyny i worki transzowe.
Na załamaniu spostrzegli znaczną grupę ludzi, zbitych do kupy.
Jakiś głos spokojny i łagodny mówił:
— Chłopaki, to nic nadzwyczajnego! Jeżeli granat rozsadzi, to trafi, albo nawet nie zawadzi... A widzicie — „bosze“ znów się tam ruszają? Ognia do nich, dzieci! Sierżancie, dajcie mi karabin!
— To kapitan Delvert... — szepnął oficer. — Uczy młodych, poboru 1916-go roku...
Poszedł do dowódcy i meldował mu o wyniku swojej misji.
— Obiecano nam przysłać na jutro wory, instrumenty szańcowe, naboje i race sygnałowe... Przysięgano mi na wszystkie świętości, że pchną też niezwłocznie trzech sanitarjuszów, aby uprzątnąć poległych i trochę zdezynfekować rowy...
— Wierzysz im, przyjacielu? — zapytał Delvert, zdejmując binokle i przecierając szkła rękawem.
— Chcę wierzyć... — odparł porucznik.
— No, to już połowa zrobiona! — zaśmiał się kapitan. — Ciężka była wyprawa?
— Tak! Przejście od tunelu prawie odcięte, opowiadał Riballier, — chociaż i przed tunelem, pomiędzy fortami St. Michel i Souville było gorąco, ale najgorzej — w tunelu! Boże wielki, co się tam dzieje!
— Przecież chyba sklepienia się nie zawaliły? spytał Delvert z niepokojem.
— Nie, ale lepiejby już chyba było, gdyby się zawaliły! Wtedy może coś lepszego obmyśliliby panowie z kwatermistrzostwa. Wyobraź sobie...
Porucznik jął opowiadać o tem, co widział w miejscu, przeznaczonem na wypoczynek obrońców Vaux, Tavannes, Moulinville i — całej Francji.
Delvert słuchał, nie zdradzając żadnego wzruszenia. Z coraz większem zaciekawieniem przyglądał się nieznajomemu żołnierzowi, stojącemu obok kaprala. Gdy Riballier skończył, kapitan podniósł ramiona i mruknął:
— Posłano nas, abyśmy obronili ten szmat ziemi francuskiej, lub zginęli... Wobec tego nic już mnie nie obchodzi, czy tunel zamienił się w tak okropne i wstrętne miejsce, czy też nie! Ale, ale! Kogoż to przyprowadziłeś ze sobą, poruczniku?
Riballier przedstawił Delvertowi ochotnika Nessera.
Ten, salutując służbowo, podał dowódcy list polecający od sztabu naczelnego wodza. Delvert przeczytał pismo i podniósł łagodne, rozumne oczy na żołnierza.
— Tak? — spytał. — Sam pan się rwałeś do 8-ej kompanji naszego pułku? Rozumiem, że tylko jakieś głębsze powody mogły popchnąć pana do tego. Cieszę się bardzo, że wśród swoich towarzyszy broni będę miał tak wybitnego człowieka...
Uśmiechnął się i dodał:
— Proszę się rozgościć. Lecomte, zajmij się panem!
Nesser poszedł za kapralem. Wkrótce weszli do głębszej transzy, lepiej nieco zaopatrzonej i osłoniętej, chociaż pełnej błota i wody, jak i reszta rowów strzeleckich.
— Ochotnika wam przywiodłem, chłopcy! — zawołał Lecomte. — Jest to sławny dziennikarz, co to pod Arras różne śmiałe rzeczy wyprawiał. Czytaliśmy o tem — pamiętacie?
— Nesser! Henryk Nesser! — rozległy się radosne okrzyki, i dwie szare postacie żołnierskie rzuciły się do ochotnika, ściskały mu dłonie i klepały po ramieniu.
— Ach, René Gramaud! — zawołał Nesser, poznawszy go w ciemności. — Jak się masz, stary przyjacielu? Co się tam dzieje ze świętemi księgami Vedy? Czy nie poszarpała ich jakaś ciężka „świnia“, bo widzę, macie tu tego poddostatkiem.
— Wszystko doskonale, mój drogi Nesser! — odparł wesoło i głośno uczony. — Ale, cóż to? Nie poznajesz księdza Chambruna?
Nesser przyjrzał się bacznie. Wysoki, chudy żołnierz w zabłoconem ubraniu i butach uśmiechał się łagodnie i z lekką ironją.
— To ja — ksiądz Chambrun! — powiedział żołnierz, cicho się śmiejąc. — W zewnętrznej powłoce adeptów pogańskiego Marsa mogę pociemku ujść za strzelca co się zowie...
Nesser potrząsnął mu dłoń serdecznie.
— Bardzo się cieszę, — rzekł, — bo jesteśmy znów w komplecie, jak wtedy na plebanji z Schumanem i Voltaire’em, świętą Teresą z Lisieux i wyśmienitym cidrem!
— A wszyscy, wszyscy, bo i ten pucołowaty Karolek Gillet jest tu z nami i zdrów, tylko wciąż głodny, jak ten młody wilk! — śmiał się Gramaud. — Chodźże, przyjacielu, do naszego „salonu“!
Zaprowadzono go tam, gdzie spotykały się dwa okopy, tworząc ostry kąt.
Z biegiem czasu usypano tu nieco wyższy wał, a nawet urządzono kanalizację, to znaczy — przewiercono w nasypie dziurę, przez którą woda wyciekała na zewnątrz. W zboczu wału wydrążono długą a wąską skrytkę, gdzie na deskach, opartych na wbitych w ziemię palach, spali żołnierze. Na kołkach wisiały hełmy, plecaki i karabiny, a nad wejściem bielała deska z napisem: „L’abri de S-te Thérèse“.
— To ksiądz stale przebywa w kompanji? — spytał Nesser.
— Właściwie jestem kapelanem 101-go pułku, ale ugrzęzłem tu, bo jesteśmy odcięci od reszty bataljonów... — odpowiedział ksiądz z łagodnym uśmiechem. — Rad jestem, że pozostałem właśnie tu!
Gramaud podszedł do dziennikarza i rzekł:
— Ponieważ zostajesz tu z nami, a już świt zaczyna się przedzierać przez chmury i dym, chcę ci pokazać... krajobraz... My to nazywamy orjentacją sytuacyjną. Czasem jest to niezbędne, aby lepiej kombinować. Patrz! Nie możemy się chwalić malowniczością okolic. Wszystko tu oddawna jest zniszczone, dziesięć razy przewrócone do góry nogami, przeorane... Nawprost przed nami — ta ciemna kupa gruzów — to fort Vaux. Już z trzech stron opasały go transze „boszów“, ale się trzyma jeszcze i pluje z armat i kulomiotów! Tam za groblą i laskiem Fumin szwargoczą salwami reduty NN 2 i 3; za nami „wąwóz śmierci“ i jeszcze jeden fort — czwarta reduta. Dalej — widnieje jar Bazil, lasek Caillette i znowu wąwóz — Fausse Cote, na horyzoncie zaś — płaskowyże Hardaumont... Tu się toczy najbardziej podobno krwawa walka, jaką zna historja.
Nesser widział przed sobą czerwone błyski armat niemieckich, migocące zewsząd, a z tyłu żółte błyskawice i białe dymy francuskich, pocisków, ostrzeliwujących baterje nieprzyjacielskie.
Gramaud mówił dalej:
— Bijemy się tu już po raz drugi. Nie mamy żadnej ochrony przeciwko ciężkim pociskom, bo zaledwie te płytkie rowy, no, i trochę worów z ziemią. Dowództwo wciąż przysyła napomnienia, że należy budować kazamaty dla żołnierzy na głębokości pięciu metrów, lecz nie posyła nam ani oskardów, ani rydlów... Ale to wszystko furda! Dajemy sobie radę!
Nesser milczał długo, słuchając opowiadań uczonego o minionych atakach i patrząc na uśmiechniętą twarz księdza.
Wreszcie pochylił się ku Gramaudowi i szepnął:
— Powiedz mi, jak się to stało, żeś poszedł do wojska? Mógłbyś się przecież zwolnić? Takiego uczonego szkoda na tę sprawę?
Gramaud opuścił powieki i stał się odrazu podobnym do Buddy.
Po chwili odparł:
— Przychodzą dni, kiedy człowiek wyczuwa potrzebę cierpień z innymi, którzy dopiero wtedy stają się braćmi jego...
— Cierpieć? W imię czego? — spytał dziennikarz, z niepokojem oczekując odpowiedzi.
— W imię tego, że cierpienia wielkich zbiorowisk ludzkich w pewnych okresach przełomowych zarządzone są przez nieznane nam prawo... prawo natury, kosmosu czy karmy...
— Które w języku chrześcijańskiego świata nazywają się wolą Bożą, skierowaną ku nieznanemu nam, a promiennemu celowi... — dokończył ksiądz Chambrun.
Nesser nic nie odpowiedział i zamyślił się. On tu przyszedł, jak mu się wydawało, z innych pobudek. Otrząsnął się z zadumy i powiedział cicho:
— Znużony jestem i zgrzany. Chciałbym się umyć...
Gramaud zaśmiał się:
— O, nie, przyjacielu! Odrzuć raz na zawsze te burżuazyjne zachcianki. Od dwóch dni nie mamy wody do picia... Ludzie już zaczynają przeżywać męki pragnienia!
Głos uczonego nabrał dziwnego, ponurego brzmienia.
— Ach, tak?! — wyrwał się Nesserowi radosny okrzyk, a był tak niespodziewany i zupełnie niestosowny, że ksiądz nawet nachmurzył czoło.
Wszyscy spoglądali na ochotnika zdumionym wzrokiem, lecz dziennikarz, nic więcej nie mówiąc, zaczął odpinać rzemienie plecaka, zdjął ładownicę i worek, a potem wstał i, rzuciwszy okiem na blade twarze towarzyszy, poszedł wzdłuż transzy, rozbryzgując błoto. Wkrótce towarzysze posłyszeli, że ochotnik wygwizduje jakąś skoczną, beztroską melodję.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.