Macierz/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Macierz
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1921
Druk Tłoczarnia Wydawnictwa Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów-Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

W głuchą noc ktoś się dobijał gwałtownie do mieszkania „stanowego“ — w miasteczku Oranach.
Długą chwilę urzędnik się nie odzywał, myśląc, że to wicher listopadowy szamoce okienicami, wreszcie zerwał się z posłania.
— Kto tam? Czego? — krzyknął, zapalając światło.
— Wasza wielebność — proszę co rychlej do dworu. Tam ubili człowieka — odparł głos za oknem.
Stanowy rozbudził się w okamgnieniu. Mord nie trafia się codzień, a w Oranach nie trafiał się nawet od lat paru. Po chwili — człowiek z za okna został wpuszczony do pokoju — i podczas gdy się urzędnik ubierał — odpowiadał na żwawe zapytania.
— Kto zabity?... Gdzie?... Kto zabił?
— Kontrolera ubił łowczy, przy kartach, u komisarza.
— Całkiem, na śmierć zabił?
— Juści, bo komisarz wyleciał na ganek, i na nas wszystkich nocnych stróżów „zagwizdał“. Romana posłał po doktora, mnie do waszej wielmożności, a Markizowi kazał w progu stać.
— Idź-że po uradnika — niech weźmie ze sobą setnika i jeszcze dwóch chłopów i niech tam duchem będą.
Chłop wyszedł, a stanowy rozbudził swego pisarza i obadwaj ruszyli szybko w stroną dworu. Rozmawiali naturalnie o wypadku.
— Nasz kniaź nazsyła tu śmiecia z całego świata, co dziwnego, że się zarzynają! — mówił niechętnie pisarz. — Ten łowczy jak zbój wygląda, nigdy w oczy nie patrzy — pije — do człowieka nigdy po ludzku nie zagada, z nikim nie żyje. Ja zawsze myślał, że on się kiedy obwiesi, a ot, inną sztukę uciął — ale nam zawsze kłopot i pisanina.
— Komisarz gładki człowiek. Ten z ludźmi umie żyć. Niemiła mu historya! szkoda!
Miasteczko od dworu oddzielała rzeka. Za nią słały się ogrody, sady, parki — osłaniające pałac, a trochę na uboczu, stały folwarczne zabudowania, a na ich wstępie dom rządcy — zwanego tu „komisarzem“. Był nim od trzech lat pan Józef Bielak.
Dom był oświetlony, wkoło już sporo gapiów. W progu spotkał już „stanowy“ uradnika i chłopską policyę w medalach.
— Zabójca nie uszedł? — spytał.
— Nie — wasza wielmożność!
— Nie puszczać nikogo bez rozkazu. Doktor jest?
— Jest!
W pokoju, gdzie mord się odbył paliło się świec parę i lampa na karcianym stole. Zabity leżał na ziemi — jak się zwalił z krzesła — klęczał nad nim doktor i młoda dziewczyna.
Na stole leżały rozrzucone karty — potłuczony kieliszek — parę filiżanek z herbatą i na rogu flaszeczki i narzędzia lekarskie.
Gospodarz domu, pan Bielak, podawał doktorowi wodę, którą zlewano głowę trupiobladą, z nieznaczna sinością na lewej skroni.
— Jakże? Żyje? Zemdlał — spytał stanowy.
Doktor powstał i skrzywił się.
— Trup! — mruknął, ścierając ręce serwetą.
— A gdzie zabójca?
Zwrócili się wszyscy. Bielak usunął stół i wtedy ujrzano, że na kanapie za nim leżał też człowiek, jakby martwy.
Leżał na wznak, z odrzuconemi ramiony, zęby miał kurczowo zaciśnięte, oczy zamknięte.
Doktor dotknął twarzy, poruszył go, wtedy osunęła się prawa ręka i upadło z niej coś na ziemię.
— Pijany! — śpi! — rzekł doktor, a stanowy podniósł z ziemi żelazny „kąstet“.
— Tem go machnął! — rzekł.
— A, tem! — odparł lekarz. — Trafił w samą skroń. — Jak na pijanego — świetna precyzya!
— No, niech śpi. Nic z niego dziś nie dobędziemy.
— Panie, czy mogę zwłoki stąd zabrać? — spytała młoda dziewczyna, dziwnym jakimś, twardym głosem.
— Jeszcze nie! Po spisaniu protokołu.
Oprzątnięto stół, i pisarz zabrał się do swej czynności. Bielak opowiedział całe zajście.
Wieczorem, o godzinie ósmej przyszedł do niego kontroler Henryk Jasiński na karty — czekali na partnera Sopóckę do dziesiątej — zamiast tegoż, zjawił się nadleśny Wiktor Szczepański, w interesie służbowym, meldując o schwytaniu kłusownika Seredy, którego strzelbę, po uporczywym boju, chciał właśnie odesłać do policyi. Szczepański, jak zwykle ponury i rozdrażniony walką z chłopem, przytem zdał się Bielakowi niezupełnie trzeźwym, więc, załatwiwszy interes rad był go corychiej pożegnać, gdy Jasiński wszczął z nim rozmowę przyjacielską i namówił do winta.
Zdziwił się Bielak, gdy Szczepański przystał, bo wiedział, że ci dwaj przed tygodniem mieli zajście o Pokotynkę, dziewczynę włóczęgę, służącą u Szczepańskiego. Zasiedli, do kart, i czas jakiś grali spokojnie, ale Jasiński począł przegrywać, i dogadywać łowczemu, który istotnie popełniał ciągle omyłki. Od słowa do słowa, Szczepański karty cisnął, i wstał.
— Przegrał pan z mojej racyi, to ja zapłacę za pana, i żegnam! — zawołał.
Począł szukać pieniędzy w kieszeni, dobył kastet, potem dopiero portmonetkę.
Jasiński obraził się — zerwał się także, i powiada:
— Myślałem, że pan tylko źle gra, ale pan w dodatku cham i gbur — z takim się nietylko do kart nie siada, ale go się za drzwi wyrzuca.
Wtedy Szczepański z błyskawiczną szybkością chwycił kastet, i zanim Bielak zdołał przyskoczyć, krzyknąć — uderzył Jasińskiego w głowę. Jasiński się zachwiał ogłuszony, szaleniec rzucił się na niego, i drugim razem obalił — wtedy go Bielak za ramiona chwycił, odepchnął, i już nie zważając co się z nim dzieje, skoczył po wodę, i widząc, że leży bez ruchu, począł sygnałować nocnych stróżów.
— Pili dużo obydwa? — spytał stanowy.
— Pili arak z herbatą, a potem go zapalili i tak gorący pili.
— A w domu oprócz pana kto był więcej?
— Tylko służąca. Zastałem ją drzemiącą w kuchni i posłałem corychlej po pannę Jasińską. Byłem pewien, że to chwilowe ogłuszenie i omdlenie.
— A żony pańskiej niema?
— Wyjechała przed tygodniem do rodziny.
Z kolei zawołano do zeznań służącą.
Ta niewiele umiała powiedzieć. Pan jej kazał nastawić samowar — podała herbatę — panowie byli wtedy dwaj tylko — potem przyszedł z miasteczka Szczepański — spytał czy komisarz w domu; kazał się zameldować i poszedł do kancelaryi.
Potem ją sen zmorzył, bo pranie miała tego dnia i wstała o świcie, więc zasnęła, i dopiero pan ją zbudził, wołając: Leć po pannę Jasińską — powiedz, że brat zachorował.
Teraz stanowy zwrócił się do tejże.
— O której godzinie pani się dowiedziała o wypadku?
Dziewczyna podniosła się była z kolan i stała nad zabitym — wpatrzona weń — bez łez, szlochań — w jakiemś kamiennem osłupieniu.
Urzędnik parę razy zapytanie powtórzył, dopiero zrozumiała, że to do niej mówią.
— Nie patrzałam na godzinę — odpowiedziała, oczu nie podnosząc. — Dano mi znać, pobiegłam i tak go znalazłam. Czy mogę go zabrać?
— Jeszcze nie, pani. Muszą być oględziny lekarskie. Potem zaniosą go do mieszkania.
— Niech pani się usunie! — prosił doktor, a Bielak zbliżył się do niej, i dodał:
— Proszę wrócić do domu. To nie dla pani widok, ja wszystko załatwię, i będę na usługi pani, gdy się te formalności załatwią. Konie gotowe — niech pani wróci do domu!...
Dziewczyna jak automat skierowała się do drzwi Bielak poszedł za nią, i wrócił po chwili.
— Dała się namówić — rzekł do doktora. Co prawda, słodkiego życia z nim nie miała, ale zawsze cios straszny. Oprócz niego niema nikogo na święcie, i żadnego majątku biedactwo.
Doktor ramionami ruszył.
— Tenby jej też w złoto nie oprawił! — mruknął.
— Panie doktorze — ozwał się urzędnik. — Umarłego nie wskrzesimy, ale może moglibyście wytrzeźwić tego pijaka!
Doktor przystąpił do Szczepańskiego. Ten wciąż spał jak drewno. Na potrząsanie i ruszanie jęczał tylko głucho, nie było sposobu zmusić go do przełknięcia czegokolwiek.
— Co za licho! — mruknął doktor. — Delirium, nie delirium, ale ten jest kompletnie niepoczytalny. Zostawić go w spokoju. W tym stanie nie dowiecie się nic od niego, a i jak wytrzeźwieje, niewiele co będzie wiedział.
— Każę go zawieźć do aresztu, i basta! — mruknął znudzony urzędnik.
Po chwili uradnik i setnicy dźwignęli na rękach nieprzytomnego, złożono go na wóz, i wśród gawiedzi wywieziono do miasteczka. Gawiedź pozostałe przed domem, bo trup jest ciekawszem widowiskiem, i tylko za wozem pobiegł pies czarny, pokurcz szpetny, nieodłączny towarzysz łowczego, który nań czekał skulony pod progiem mieszkania komisarza, przez cały ten tragiczny wieczór.
W areszcie policyjnym przeleżał Szczepański aż do następnego południa. Wtedy dopiero zdołano go się dobudzić. Usiadł na pryczy, szklannemi oczami rozejrzał się wokoło, i nagle oprzytomniał. Nad nim stał znajomy uradnik.
— Co ja zrobiłem? pobiłem kogoś?
— Oj gorzej. Jasiński nie żyje. Zdurzeli wy, tak się napijać do bezpamięci. Jego i was zakopią.
— Jasińskiego zabiłem?
— Nie pamiętacie?
Zapytany powoli głową potrząsnął. Nie zapierał się, nie bronił, patrzył w jeden punkt, na kraty okna i trząsł się jak w febrze. Zęby mu szczękały, na czoło wystąpił pot.
Był to człowiek trzydziestoletni, suchy, szczupły, średniego wzrostu. Rysy miał ostre, oczy głęboko osadzone, ciemne włosy na skroniach już siwe. Wyraz twarzy miał coś w sobie z wilczej dzikości i ponurości, i nie uprzedzał dodatnio.
— No, kiedyście wytrzeźwieli, to ruszajmy! — rzekł uradnik.
— Dokąd?
— Sędzia śledczy rano przyjechał! Nagrzeliście dobrze ludzi! No — marsz!
— Poco śledztwo? Zabiłem, no to zabiłem! — zamruczał, powstając. — Mnie coś tak źle, jakbym skonać miał.
— Na dworze mróz ocuci do reszty.
Wyszli na podwórze. Szczepański zataczał się i potykał, blady był, i dyszał ciężko. Uradnik go trochę prowadził, trochę popychał, i tak go zawiódł do dużej izby, gdzie przy stole siedział sędzia śledczy — nad stosem papierów, i zmierzył wchodzącego badawczem spojrzeniem.
Ten się o ścianę oparł, i czekał, wciąż ciężko dysząc.
Pisarz przygotował papiery, i zaczęły się stereotypowe pytania:
— Imię i nazwisko? Wiek? Wyznanie?
— Wiktor Szczepański. Trzydzieści lat. Katolik.
— Imię ojca — szepnął pisarz.
— Imię ojca? — powtórzył sędzia.
Sekunda jakby namysłu.
— Michał!
— Żyją rodzice?
— Nie.
— Skąd rodem? Jakiego stanu?
— Szlachcic, Witebskiej gubernii.
— Żonaty?
— Nie.
Był to zwykły wstęp. Pytania i odpowiedzi następowały szybko i lakonicznie, i w miarę na twarz winowajcy powracał spokój i panowanie nad sobą.
Przestał drżeć, i wyprostował się, patrzał, ponad głowy ludzkie w okno.
— Jesteście oskarżeni o zabicie Henryka Jasińskiego uderzeniem tego oto kastetu w skroń.
Spojrzał na stół, chwilę milczał.
— Może być! Pijany byłem! Nie pamiętam! — rzekł wreszcie.
— Czy Jasiński was obraził?
— Nie pamiętam!
— Jakież były między wami stosunki?
— Żadne prawie.
— Był waszym przełożonym?
— Nie! Zależałem od rządcy, Bielaka. Jasiński przybył zaledwie zeszłej wiosny.
— Nie mieliście ze sobą przedtem żadnego zajścia?
— Nie.
Sędzia przerzucił papiery.
— A tydzień temu na rynku, w sklepie Jojny Mejłacha — nie mieliście zajścia? Nie pamiętacie?
— Nie było to zajście. Byłem w sklepie z kobietą, która u mnie mieszka. Jasiński powiedział mi — dam panu trzy ruble, ustąp mi tę dziewkę! — ja odpowiedziałem — dam panu pięć rubli — ustąp mi siostrę swoją. Podniósł na mnie laskę — wyrwałem mu ją z rąk — połamałem, i rzuciłem precz, a sam wyszedłem z kobietą.
— Kto jest ta kobieta?
— Jest pod moją opieką, póki zechce.
— Dawno tu już służycie?
— Cztery lata.
— A poprzednio gdzieście mieszkali?
— Byłem w wojsku — w dragonach.
— W którym pułku? Gdzie wasz bilet, papiery?
— Służyłem w Jelcu, Niżeński pułk. Papiery są na leśniczówce.
Sędzia zwrócił się do „stanowego“ — zamienili parę słów półgłosem. Po twarzy Szczepańskiego mignął niepokój, strach — gdy stanowy wyszedł.
— Jakim sposobem dostaliście tu posadę?
— Młody kniaź służył w tymże pułku — byłem u niego służącym. Przysłał mnie tu z listem do rządcy.
— Do Bielaka?
— Nie! Bielak w rok po mnie tu przybył.
— A jakież z tym były wasze stosunki?
— Spełniałem jako podwładny rozkazy.
— Bywaliście u niego często w domu? Byliście w zażyłości widocznie?
— Nie! — żywo zaprzeczył. — Bywałem na sesyi co tydzień, za interesem, o ile było potrzeba.
— Dlaczegóż zostaliście wczoraj — na kartach?
— Nie wiem. Zapewne, żeby zginąć! — odparł głucho.
— Więc nie zaprzeczacie czynu zabójstwa?
— Nie! Kastet mój — miałem go w kieszeni. — Cały dzień wczorajszy — byłem na czczo — w lesie — tropiąc kłusownika. Wstąpiłem do Mejłacha o zmroku — i piłem! Przy kartach piłem znowu — i nic nie pamiętam. Bielak przy tem był, on wie — co było — ja nic nie pamiętam! — Przesunął ręką po oczach i twarzy — i dodał: — Mogłem zabić. Stało się. Przepadłem.
Opuścił ramiona, oczy wbił w ziemię, i czekał z biernością zwierzęcą, gdzie go pchną, czem go uderzą.
— Na ten raz dosyć! — rzekł sędzia. — Odczytać protokół! — rozkazał pisarzowi.
Rozpoczęło się monotonne, szybkie czytanie. Winowajca nie zdawał się słyszeć. Byli w połowie, gdy turkot się rozległ pod gankiem, po chwili wszedł „stanowy“ zasapany i gniewny.
— Nie znalazłem żadnych papierów. Zapewne ta wykradła, lub schowała, ta suka, ta ścierka, to bydlę!
W ślad za nim uradnik wepchnął do izby kobietę. Jednym panterzym skokiem rzuciła się do Szczepańskiego, do nóg mu przypadła, z jakimś niedającym się opisać jękiem.
I umilkła, tylko patrzyła nań przepaścistemi czarnemi jak noc oczami, które gorzały jak gwiazdy wśród twarzy smagłej, mizernej, strawionej, zda się, żarem wewnętrznym.
On milczał. Po twarzy mu kurcz przebiegł i ręka spoczęła na jej głowie. Stanowy opowiadał:
— Musiałem odrywać zamki, nie dała kluczów. Znalazłem tylko paszport i bilet wojskowy, resztę gdzieś schowała.
— Jaką resztę? — ozwał się Szczepański.
— Listy, rachunki, jakże, będziecie dowodzić, że oprócz tych dwóch świstków, nic u was nie było!
— Nic. Ani ja, ani do mnie nikt nie pisuje. Zresztą, gdzieżby i poco chowała! Ja nie zaprzeczam, żem Jasińskiego zabił.
— Przez zazdrość o to śmiecie uliczne! — wybuchnął „stanowy“. — Będziecie gnić razem w katordze.
Kobieta na tę groźbę objęła ramionami nogi Szczepańskiego, twarz przytuliła do jego stóp, i roześmiała się.
— Bodaj wasza prawda była! — rzekła.
Sędzia śledczy niewzruszony, przejrzał paszport i bilet wojskowy — odsunął pisarzowi, i rzekł:
— Wyprowadzić ją — przesłucham za chwilę. — Kończyć protokół!
— Idź won! — mruknął uradnik do kobiety.
— Idź! — powtórzył lakonicznie Szczepański.
Spojrzała nań, powstała — i poszła.
Wepchnięto ją do sieni, uradnik pozostał na straży.
— Cóż, PokotynkaL. Dobrze było panować na leśniczówce. Myślała ty, że tak zawsze będzie. No, nie pójdziesz znowu żydom wodę nosić. Objadłaś się, poprawiła, może znowu sołdaty przyjdą. Nie trap się, jeszcze ty bez niego nie zginiesz. Jeszcze ty, niczego dziewka, zarobisz kopiejkę.
Kobieta przykucnęła u drzwi, na skrzyni i nie słyszała jego słów. Cała jej uwaga była zwrócona na głos pisarza za ścianą, czytającego zeznanie Szczepańskiego, nie straciła ani jednego wyrazu. Skończono protokół, obwiniony podpisał i rzekł głośno:
— Byłem pijany, zabiłem Jasińskiego, Bielak świadkiem był, ja nic nie wiem, nic nie pamiętam. Winienem, pokutować będę.
Wyprowadzono go, i po chwili zawołano kobietę.
Weszła już spokojnie, i stanęła u progu.
— Imię wasze i nazwisko?
— Wołają mnie Pokotynka — odparła ponuro.
— A jakże się nazywacie ze chrztu i z rodu?
— Nie pamiętam. Deszcz i śnieg mnie chrzcił, a ród — droga!
— Macie paszport, metrykę, papiery?
— Poco? Pokotynkę policya zna. Z sołdatami przyszła, i tu ją rzucili, bo zdychać miała. A no, nie zdechła — i została na rynku w Oranach. Trzy lata się walała, co psy jadły, to zjadła, gdzie noc zaszła, tam się przespała, jaki łachman kto na śmiecie rzucił, w to się ustroiła. Hulała Pokotynka — oj hulała — a co ludzie z niej uciechy mieli, a jak ją znali. Od pana stanowego i sędziego — do żydowskiego bachora — wszyscy ją znają. Naco Pokotynce papiery. Do poboru nie pójdzie, w kościele nie potrzebna, do ostrogu nie wezmą, bo nie kradnie, podatku z czego płacić nie ma, — mówiła, śmiejąc się. Z za purpurowych warg błyskały zęby śnieżnej białości, na śniadą twarz wystąpił rumieniec, tylko oczy były dzikie, ponure, i błyskały złowieszczo.
— Od jak dawna mieszkasz ze Szczepańskim?
— Od roku.
— Czy Jasiński ciebie od dawna zna?
— Pokotynkę każdy zna.
— Byłaś jego kochanką?
Roześmiała się.
— Przeszłego lata spotkał mnie na drodze z lasu, grzybów koszyk niosłam. Dogonił koniem, pletnią po plecach ściągnął, grzyby odebrał i wyrzucił w błoto, a koszyk cisnął het — w rzekę, a mnie przed sobą gnał aż do miasteczka. Myślał, żem ukradła grzyby, nie wiedział, że mnie posłała sama pani Bielakowa. Potem w same Zaduszki z psami jechał do lasu, a ja w rowie leżałam, w liściach. Psy mnie ostąpiły, on je żartami podjudzał, tom się zwlekła, i poszłam w krzaki, a psy, że mnie znały, nie zechciały szarpać. Pokotynkę by taki panicz brał za kochankę!
— Przecie zaczepił ciebie przed tygodniem w sklepie Mejłacha.
— Ale! — znowu się zaśmiała. — Nawet memu panu trzy ruble za mnie dawał. Takci Pokotynka podrożała przez ten rok.
— I z twojej racyi się pokłócili.
— Ale — chciał mego pana kijem ściągnąć. Łaska Boska, że pijany nie był mocno wtedy mój pan. Tak się rozeszli, ale ja kijem dostałam potem.
— Jakto? Od kogo?
— Ano, od mego pana.
— Bił ciebie?
— Któż miał bić?
— Jeśli się źle z tobą obchodził, dlaczegoś nie odeszła?
Kobieta popatrzyła chwilkę na niego, oczy jej się zmieniły, poruszyła ustami, ale nic nie rzekła, tylko wzruszyła ramionami.
— Opowiedz wczorajszy dzień. Czy Szczepański odgrażał się tymi czasy na Jasińskiego?
— Za co miął się odgrażać? Raniutko poszedł w las tropić Seredę, i tyłem go widziała.
— Mówił co z tobą wychodząc?
— Kazał drew przywieźć i zemleć żyta na chleb. Zaraz też klacz zaprzęgłam i pojechałam w las. Wróciłam nad wieczorem, bo trzeba było susz ściągać i ładować na furę. Wieczorem w żarnach mełłam, jak przykazał, i z wieczerzą czekałam. Tak-ci noc zeszła. Świtaniem pan Bielak konno przyjechał.
— Pan Bielak? — zdziwił się sędzia.
— On sam — i powiada: Szczepański dziś w nocy po pijanemu zabił Jasińskiego, już tu nie wróci. Zabieraj co twoje, i idź precz, bo tu zjedzie zaraz Nowicki, żeby ciebie tu nie było do wieczora. Powiadam, mojego tu nic niema, ale jest mego pana, a ja mu służę, i pilnować będę. Czy on zabił, czy nie, ja jego sługa, a to jego dobro. Wyłajał mnie, i pojechał.
— I nie dowiadywałaś się, co się dzieje z tym twoim panem?
— Co się miałam dowiadywać. Zabił, pójdzie w katorgę.
— Ona wolała okraść go tymczasem! — dorzucił stanowy. — Opustoszyła kwaterę, ni odzieży, ni bielizny już nie było w kufrze, jakem go odbił.
Kobieta milczała chwilę, wreszcie podniosła oczy.
— Czyjaż to odzież? Wasza? Niech on powie, co z jego dobrem zrobić. Pokotynce nic nie trzeba, nie ukradła nigdy nic. Wy sami wiecie. Zajawił kto na mnie do policyi choć raz kradzież?
— Nu, będziesz się ty jeszcze o swój honor ujmować, ty, ścierko!
Krew buchnęła do twarzy kobiety, zadrżała całem ciałem, otuliła się szczelniej chustą, nasunęła ją na twarz.
— Umiesz pisać?
— Nie! — odparła głucho.
— No, to idź!
— Dokąd?
— Gdzie chcesz.
— To mnie nie zamkną z nim?
— Nie! Wynoś się!
— Toć go wam nie wykradnę. Muszę go spytać, co każe robić ze swem dobrem. Ja-ż sługa.
— Nie twoja rzecz! Marsz!
Uradnik ją wypchnął. Znalazła się na uliczce. Ludzi się snuło dosyć, gapiło się, lub czekało na ganku, wezwanych jako świadków. Obstąpili wnet kobietę, znali ją wszyscy i zaczęli rozpytywać.
— Nie zamknęli ciebie? No, co teraz ze sobą zrobisz? Gdzie się podzieniesz? Już Nowicki do leśniczówki pojechał! Siedm fur rzeczy powiózł. No — gdzie ty pójdziesz?
Pokotynka słuchała tego obojętnie, zapatrzona w wysoki parkan, zamykający szczelnie podwórze na którem znajdował się areszt tymczasowy. Potem zwróciła się do uradnika, który rozparty na ławce, ćmił papierosa, i patrzał z góry na tłum. Usiadła obok niego.
— Czy jego tu długo będą trzymać? — spytała.
— Jutro poprowadzą do powiatu.
— To mi dziś trzeba się do niego dostać?
— Spróbuj! — roześmiał się.
— Ot, ktoś się zlituje i puści. Zapłacę! — mruknęła niewyraźnie. — Na moment wpadnę — muszę!
— Zapłacisz! — szydził. — No, drogo będzie kosztować.
— Dam trzy ruble.
— Czy od Jasińskiego dostałaś?
— Juści nie od was. Puścicie? — szepnęła.
— Idź do dyabła!
— Pójdę! Byłam tam nieraz.
Zmieszała się z tłumem. Zaczepił ją żyd o krowy Szczepańskiego — potem chłop o klacz. Poszli we troje na rynek, po chwili zebrało się jeszcze paru żydów i chłopów — i weszli do jednej z karczem. W alkierzu za szynkową izbą, Pokotynka zasiadła z chłopami, żyd dał parę flaszek wódki i piwa, rozpoczął się traktament.
Na dworze szarzało — nadchodziła na świat bezmiernie długa i bezmiernie ciemna noc listopadowa...
Szczepański w areszcie godzin nie liczył. Leżał na pryczy — zimno było i ciemno. Stróż wieczorem zajrzał — rzucił mu kożuch, który ze dworu przyniesiono, spytał czy głodny. Na odmowną odpowiedź oznajmił, że rano go poprowadzą do powiatowego więzienia — i wyszedł. Więźniowi wszystko było obojętne wobec szalonego bólu głowy i nudności. Chwilami jęczał głucho, to zapadał w omdlenie, czuł, że umiera — i odzyskiwał przytomność, z rozpaczą, że jeszcze cierpi. Nareszcie porwały go straszne wymioty, i po nich tak osłabł, że leżał jak martwy. Ocuciło go wrażenie ciepła, i łyk zimnej wody. Poczuł, że już nie deskę ma pod głową, ale futro kożucha, i że z tą wodą połkniętą życie mu wraca. Otworzył oczy.
W latarce na ziemi tlała łojówka — nad nim klęczała Pokotynka.
— Daj jeszcze wody! — szepnął.
— Może wódki? — spytała.
Wzdrygnął się.
— Otruli mnie wódką. Do ust nie wezmę więcej.
— Herbatę mam ciepłą w butelce.
— To daj.
— Podnieście się trochę.
Dźwignął się. Otuliła go swą chustką, podparła ramieniem, i poiła, zapatrzona w niego.
— Jak cię puścili? — spytał.
— Zapłaciłam.
— Skąd miałaś pieniądze? — rzucił ostro.
— Wasze wzięłam ze skrzyni.
— A papiery?
— Schowałam.
— Dobrze?
— Niech znajdą. Czy wam przynieść?
— Po co? Ja już człowiek umarły.
Kobieta zapłakała.
— Czego plączesz? — mruknął. — Sprzedaj, co jest — i weź pieniądze sobie. Mnie nic nie trzeba.
— Pójdą za wami!
— Ani mi się waż! Pocoś tam potrzebna. Psa mi dopilnuj — pamiętaj. Zbierzesz może dwieście rubli — starczy ci na kilka lat.
Patrzyła nań uparcie, z jakąś tępą rozpaczą.
— I grosza nie wezmę! — rzekła wreszcie. — Sprzedam i pieniądze wam do ostrogu przyniosę. Mnie one niepotrzebne.
— Milcz, kiedy, ci mówię, to słuchaj. Nie potrzebne ci pieniądze — co będziesz robić? Znowu się poniewierać! Ubiję i ciebie!
Potrząsnął ją brutalnie za ramię, nie broniła się, schyliła głowę.
— Ubijcie — macie prawo! — szepnęła przez łzy.
Spojrzał na nią, zmieniła mu się twarz.
— Nie płacz-że — mruknął. — Potem się zaniepokoił znowu, i spytał:
— Dobrześ schowała papiery?
— Bądźcie spokojni. A wiecie, że Bielak był dziś o świcie — i chciał je dostać. Mówił, że wyście go po nie przysłali — obces do kufra lazł.
— Powiedziałaś to na śledztwie?
— Nie.
— Czemu?
— Albo ja wiem. Jak Bielak ich chciał, to możeby i sędzia chciał zobaczyć. Wasze dobro chowałam i zataiłam. A słyszałam jakeście rzekli, że do winy się przyznajecie — więc poco plątać Bielaka i papiery, żeby was więcej dręczyli. Powiedziałam, że Bielak był i kazał mi ze straży się wynosić, boć to się nie utai.
Szczepański się zamyślił.
— On cię jeszcze napastować będzie o te papiery.
— Powiesz, żeś mnie oddała, i zejdź mu z oczu.
— On mnie nie ubije, jak Jasińskiego ubił! — wybuchnęła dzikim szeptem.
Zerwał się wściekły.
— Ty głupia, co prawisz! Ja ci zapowiadam, że jeśli słowo piśniesz żywej duszy o tem, co ci po durnym łbie się plącze — to ja ci zaprzysięgam, żp żywa z moich rąk nie wyjdziesz.
Ale Pokotynka nie zlękła się. Patrzała w jego dziko błyskające oczy, i jej źrenice poczęły się złowieszczo palić.
— Ja wasz pies i własność. Chcecie w katorgę iść — to widać tak trzeba. Nie rzekłam nic i nie rzeknę — pójdziecie — i ja precz pójdę — w świat. Dajecie mi psa i papiery — to wam dochowam. Ale co wiem — to wiem — wiele wiem!
— Co wiesz? Gadaj! — warknął.
— To, co i wy.
Rzucił się ku niej, i zdławił za gardło.
— Czytałaś, bestyo, papiery. Ostatnia twoja godzina!
Potrząsnął głową, upadła na wznak. Poczęła się bronić rozpacznie. Dławił ją, oszalały.
Możeby zabił, ale wpadł do aresztu chłop wartownik, i porwał Szczepańskiego za ramiona, odciągnął, szamotał się z nim — rzuciwszy kobiecie:
— Idź won! Zarobiłaś. Bodaj cię choroba!
Towarzysz jego ukazał się z kijem, i wypędził — potem zabrali wódkę, którą przyniosła — zagasili łojówkę — wyszli, i zaryglowali drzwi.
Pokotynka wyrzucona za furtkę na uliczkę, usiadła przy parkanie, skuliła się z niefrasobliwością włóczęgi — czekała świtu. — Noc była tak czarna, że nie było sposobu odnaleźć drogi. Po chwili, coś się zbliżyło do niej — wyciągnęła rękę — namacała łeb psa, i przygarnęła go do siebie — i tak we dwoje pozostali.
Pies zasnął — ona rozmyślała, co ze sobą zrobi — gdy ten jej „pan.“ nie pozwolił iść za sobą.
Poszłaby za nim razem z tym psem, ale gdy zabronił, to już wiedziała, że słowa nie zmieni, odpędzi ją. A jakby chętnie szła, aż do powiatowego więzienia, a potem — po wyroku — na kraj świata — byle z nim! W zatracenie, w śmierć — byle z nim! Taką zapamiętałą była całe życie. Miała szesnaście lat, gdy się rozmiłowała w Hipku Łabędzkim — z Bud Mazurskich — w ich okolicy! Jedynaczką była u ojców — mieli własny folwarczek — ojciec jej honorny szlachcic, był pan Feliks Kałaur — i chował Magdusię dla lepszego jak Hipek Łabędzki, który pracować nie lubił, z fuzyjką po cudzych borach kłusował, upijał się, burdy wszczynał o byle co — i tylko z rozpusty sławny był.
Ale Magda innemi oczami patrzała na chłopaka. Ładny był, wesół, zuchwały, cudnie śpiewał, a jak tańczył, a jak wśród młodzieży rej wodził, a jak za nim latały dziewczęta.
A on ino za Magdusią oczami wodził i za nią chodził, i słodkie słowa gadał, i smętne pieśni śpiewał, aż się rozkochała w nim na umor. Gdy stary Kałaur to spostrzegł, począł strofować, wreszcie bić. Nie było rady.
Dziewczyna oszalała ze szczętem. Stała się pośmiewiskiem okolicy, w domu miała piekło, Hipek nawet wreszcie z niej żartował — nie dbała o nic — miłowała go tak okrutnie. Aż, gdy plotek i gawęd i wstydu przebrała się miara, stary Kałaur skatował ją — i precz z domu wygonił. Dziewczyna nawet nie zapłakała — poszła do Bud Mazurskich, do Hipka. Łabędzcy biedni byli i obarczeni dziećmi — radziby byli posażnej synowej — ale Kałaur zapowiedział, że folwarczek sprzeda — i grosza łajdaczce nieda. Groził procesem, bo i małoletnią jeszcze była.
Więc przyjęli ją niechętnie, i złajali Hipka. Dziewczyna zniosła i to. Żniwa właśnie były — poszła do roboty z sierpem — pracowała im jak wyrobnica — byle być bliżej ukochanego.
Nie czuła, że i jemu poczyna się przykrzeć — ciężyć, zawadzać. Drwili z niego koledzy, drwiły dziewczęta, napastliwe, gwałtowne kochanie — już mu też się sprzykrzyło i spowszechniało.
Do jesieni tak trwało — do rekruckiego poboru, Hipek zły numer wyciągnął — wzięto go. Gdy się stary Kałaur o tem dowiedział — spodziewał się, że Magda wróci — naszykował rzemień, ale gotów był przecież darować i przyjąć napowrót szaloną.
Tymczasem Magda poszła za Hipkiem.
Wtedy stary ją przeklął — i zaprzysiągł, że gdyby konała mu pod progiem, zmiłowania już i litości nie dostanie. Ale o Magdzie wieść przepadła. Wtedy to wojsko stało w Oranach — i za partyą rekrutów ona przyszła.
Jak szła, czem żyła, ile nędzy zniosła — tego nie pamiętała. Dobrze jej było — bo za Hipkiem szła. Była wtedy nadzwyczaj urodziwa, każdy się za nią obejrzał — każdy zaczepił. Oficerowie ofiarowali pieniądze, rzucała je im w oczy — żołnierze napastowali zuchwale, odtrącała ich — miłowała bo swego chłopaka jako duszą — poza nim świat i życie nie istniało.
A Hipek już wcale o nią nie dbał, poniewierał i łajał — chciał pieniędzy na hulankę — pędził ją do roboty, zabierał każdy zarobiony grosz — namawiał ją do kradzieży i rozpusty.
Kraść — możeby i namówił wreszcie — ale w owe czasy przyczepił się do niej feldfebel, łaził za nią, wabił i nęcił:
— Ty, głupia — mówił. — Żydom bieliznę pierzesz, głodem umrzesz, Łabędzkiemu wszystko, co zarobisz, oddajesz, a on przepija z Mereczanką.
— Łżesz!
— Idź do Mejłacha wieczorem, to zobaczysz.
Mereczanka była bogata mieszczanka, wdowa, u Mejłacha za sklepem w alkierzu poiła i ugaszczała ładnych chłopców. Nie wpuszczono tam Magdy, ale zajrzała oknem — ujrzała Hipka — całował i obejmował tamtą — więc oszalała zazdrością, wybiła szybę i ugodziła Mereczankę kamieniem. Powstał popłoch. Żydzi zdarli z niej chustkę i kaftan za rozbitą szybę, a pijany Hipek — skatował ją, w błoto butami wdeptał — zbił, zabiłby może, gdyby go gawiedź nie oderwała od ofiary. Ale razy te, obelgi, błoto — zabiły w Magdzie duszę i czucie. Wpół martwą zabrał feldfebel, a po tygodniu już przyrosło do niej urągliwe przezwisko — rzucone przez ulicznego dowcipnisia — stała się Pokotynką. Z wiosną żołnierze opuścili Orany, i nie wrócili na zimowe leże, bo miejscowość i koszary były niezdrowe — i została po nich tylko ta kobieta włóczęga i rozpustnica — wszystkich własność — i niczyja.
Ulica, rynek, szynk, to był dom Pokotynki, cała jej majętność jaskrawe łachmany i uroda. Żyła tak lat parę, aż ją na samo dno nędzy i niedoli strąciła choroba. Było to owej późnej jesieni, gdy ją w borze Jasiński spotkał i poszczuł psami. Chorą odstąpili wszyscy, nikt jej nie chciał, nie miała siły śmiać się i bawić gości Zelmana szynkarza, u którego mieszkała. Wyrzucili ją tedy do chlewu. Leżała w kącie za drzewem — na kupie śmieci, ale widząc, że już ledwie dysze, zlękli się żydzi, że tam u nich zamrze, napadli z wymysłami i łajaniem, kazali iść precz. — Zwlekła się niewiadomo jaką siłą — i poszła szukać schronienia, po innych znajomych. Wypędzano ją zewsząd. Jesień była późna, deszcz mżył — ruszyła przed siebie — na oślep, bezmyślnie, jak zwierzę, które szuka ustronnego kąta, by zwinąć się i zdechnąć.
Taką — poszczuł psami Jasiński — na skraju lasu, ale dalej nie prześladował, przekonawszy się, że wygląda szpetnie, i jest brudna jak ścierka. Zresztą i psy jej szarpać nie chciały — i zostawiły skuloną pod świerkowym wywrotem. Dalej iść już nie mogła. Czekała apatycznie nocy — i śmierci.
Tam ją zwęszył pies Szczepańskiego, i szczekaniem sprowadził swego pana. Wczesny ranek był — noc minęła — śmierć nie przyszła, ale i życia już mało było w nędzarce. Znał ją Szczepański, chociaż nigdy nie zaczepiał i nawet nie zagadał. Myślał zrazu, że zabłądziła po pijanemu, wracając z jakiejś hulanki, trącił chcąc zbudzić. Ale gdy spojrzał na jej twarz zczerniałą od gorączki, na oczy nieprzytomne, spytał, co jej jest? Nie mogła odpowiedzieć, nie mogła się poruszyć, nie pojmowała nic. Pomyślał chwilę, a potem wziął ją na ręce — i zaniósł do swej leśniczówki. Ciężała mu jak ołów, musiał często odpoczywać, i wątpił, czy żywą doniesie. — Deszcz padał zimny, przenikliwy, wicher przejmował chłodem do kości, a on potem był zlany — i dyszał — tak było ciężko dźwigać to martwiejące ciało. Dobrnął przecie. Położył ją na swem posłaniu, rozebrał ze szmat przemokłych, okrył ciepło, napoił gorącą herbatą, i zostawiwszy pod opieką psa — pojechał do miasteczka po doktora.
Ale lekarz był na imieninach u Bielaka, więc się Szczepański nie ośmielił go wzywać do Pokotynki — i przywiózł ze sobą Icka felczera. Zyd obejrzał chorą, otrzepał ręce, zbladł ze strachu i uciekł do sieni, wymyślając bez ceremonii.
— Co waćpan sobie myślisz! To jest rozbójstwo, wieźć mnie do takiej choroby. Co to? Czy ja doktór. To jest tyfus — taki czarny, śmiertelny! Ona sobie umrze za mały czas! Tu niema żaden ratunek, a ja mam żonę i dziecki! Waćpan chcesz zarazy naprowadzić na całe miasto — przez tę parszywą babę! Ja pana zaskarżę do policyi. Co to! Jakto! Czemu waćpan nie gadał — poco mnie wiezie! To jest gwałt, jaby i za pięć rubli nie pojechał. Ja potrzebuję zaraz wracać, ja tu i moment nie zostanę.
Pomimo słoty uciekł piechotą. Dogonił go Szczepański, odwiózł, opłacił, i uprosił przynajmniej o radę. Żyd go do domu nie wpuścił, ale dał jakieś proszki, i zapewnienie, że nic nie pomogą. Z tem wrócił do leśniczówki. Mieszkał zupełnie sam — nie miał nawet sługi, wychodził co rana na służbę — zostawiał chorą bez żadnej opieki, w zamkniętym na klucz domu, i codzień wracając o zmroku pewny był, że trupa zastanie.
Ale żyła uparcie. Bezprzytomna, spalona gorączką, bez pokarmu i napoju, — żyła dnie, przeżyła tydzień. Całe długie wieczory i noce spędzał nad nią, dziwiąc się niesłychanej tej mocy. Miała żywotność polnego chwastu. Dawał jej proszki Icka, herbatę, mleko, kładł na głowę chusty zmoczone w wodzie, zresztą nic nie wiedział co czynić, i nie śmiał wezwać doktora, po panice i pogróżkach felczera o policyi i zarazie.
Po tygodniu, wróciwszy wieczorem do domu — myślał, że umarła — chłodna była, nieruchoma, bez tchnienia. Usiadł tedy u komina, i rozmyślał, że przecie musi dać wiedzieć do władzy, i zająć się pogrzebem. Wyrzekał w duchu, że ją znalazł i zabrał, że napróżno mordował się tyle nocy, że się przez to narazi na zetknięcie z ludźmi, i policyą.
— Żeby ją tak cichaczem, po nocy w lesie zakopać — pomyślał. — O Pokotynkę nikt się nie upomni — nikt się nie zatroszczy, gdzie przepadła!
Gdy tak rozmyślał, pies zgłodniały węszył po izbie, szukał pożywienia. Potrącił miskę na ławie, spadła na ziemię i rozbiła się z hałasem. Szczepański fuknął na psa, ale gdy zwierzę przypadło mu do nóg, dobył chleb z szafy i począł go karmić.
— Głodnyś, prawda! Zapomniałem! — zamruczał łagodnie. — Na Pokotynkę nie spojrzał, a ona na ten hałas tłuczonej gliny ocknęła się, wzdrygnęła 1 otworzyła oczy. Obejrzała się, nie wiedziała gdzie jest — wpatrzyła się w człowieka — nie znała go.
Płomień ogniska był całem oświetleniem izby, a w głowie jej było jeszcze wiele śmiertelnych mroków i chorobliwych poczwar maligny.
Człowiek karmił psa — i ona poczuła głód.
— Oj — jeść trochę! — szepnęła.
Człowiek się obejrzał i zerwał. Nie rzekł nic, tylko się uśmiechnął, zbliżył się do niej i rękę położył na głowie.
— Może to być! Żyje! — szepnął z radosnem zdumieniem.
— Gdzie ja? Kto wy? — spytała, budząc się eoraz bardziej.
Zakrzątał się, przygrzał mleka i napoił ją.
Zaraz potem zasnęła znowu i obudziła się nazajutrz zdrowa, głodna, słaba, ale przytomna.
Przez tydzień tylko jadła, piła i spała, zupełnie niedołężna. Szczepański karmił ją i poił, jak dziecko, przynosił jej z miasteczka bułki, kupował mięso i wino, spełniał wszelkie posługi. Gdy się zwlekła z posłania, znalazła świeżą bieliznę i odzież — popalił jej łachmany i pościel, wychodząc na służbę zostawiał jej ugotowaną strawę w garnkach, a wracając, uśmiechał się, że wszystko spożyła.
Mało co mówił zresztą. Poznała go, gdy zupełnie oprzytomniała, a na zapytanie, jak się tu znalazła, odpowiedział krótko:
— Pies cię zwęszył w borze. Zabrałem. Tyfus miałaś.
— I pan mnie zabrał! — szepnęła, głową trzęsąc.
— Ładne dziwo! — zamruczał.
— Jasiński psami szczuł. Już teraz wszystko pamiętam! Ja, Pokotynka, pan wie?
— Wiem.
— Ja zaraz sobie pójdę, jak tylko siły zbiorę. Oj, Boże, Boże. Pan się mnie ulitował!
— Chcesz, idź — chcesz, zostań! Pókiś chora i słaba to nie puszczę. Potem, rób swoją wolą. Zima idzie — siedź, dopóki zechcesz!
Kobieta nie umiała nic rzec, tylko zapłakała. Wracała do sił i zdrowia nadzwyczaj prędko. Syta była, spokojna, w cieple i wypoczynku. Po dwóch tygodniach już warzyła, i krzątała się po domu, już doiła krowę i nosiła wodę i drzewo.
Nie mówili do siebie prawie. — Pokotynka, tak ze wszystkimi bezczelna, zuchwała, cyniczna — wobec niego czuła lęk i wstyd — on z natury był małomówny — zdziczony samotnością. Przez cały dzień w borze o tyle się odzywał, o ile miał rozkazy do dawania, lub kwestye z chłopami do załatwienia. Wieczorem mówił do psa, czytał, lub rozmyślał wpatrzony w żar ogniska. Leśniczówka składała się z dwóch izb i kuchni — w całem obejściu, oprócz ich dwojga nie było nikogo — pusto było i cicho — wieczory rozciągały się w nieskończoność, wokoło wicher szumiał po odwiecznych sosnach i sowy piszczały. Teraz co wieczór, wracając ze służby Szczepański spoglądał, czy dymi się z komina — był pewny, że przyjdzie dzień, że zastanie dom pusty. — Pokotynkę natura pociągnie do ludzi.
Ale czas płynął — kobieta nie odchodziła. Zastawał w domu porządek i ład, tylko codzień uważał, że na wstępie przelękniona była, niespokojna, wyczekująca pierwszego słowa.
— Był kto? — pytał, rozbierając się z kożucha.
Tedy z odetchnieniem ulgi opowiadała sprawy dzienne i zaczynała się krzątać, usługiwać mu.
Już się rozgospodarzyła w osadzie. Karmiła krowy i konia, przywoziła siano ze stogu, drwa z lasu, pracowała za parobka i służącą.
Trwało tak przeszło miesiąc. Pewnego dnia Bielak po rewizyi sągów wstąpił do leśniczówki. — Zmarznięci obaj byli i przemokli. Bielak poprosił wódki, i coś do przegryzienia i rozsiadł się w przedniej izbie.
— Ciepło i schludnie u pana, jakbyś się ożenił! — zaśmiał się. — Prawda to, co ludzie gadają, że Pokotynkę trzymasz! Toś niewybredny!
— Chwali pan przecie porządek! — odparł — Szczepański i wyszedł do kuchni.
— Daj wódki, kiełbasy i chleba — rozkazał.
— Może pan sam wyniesie, ja się nie pokażę — odpowiedziała. — Wstyd panu uczynię.
— Jaki? U mnie żyjesz i pracujesz — u siebie jesteś. Ąlem jeszcze nie spytał, jak ci na imię, żebym zawołać mógł.
— Jaż Pokotynka.
— U mnie Pokotynką się zwać nie będziesz. Jakże ci? — prędzej.
— Magda! — szepnęła, drżąc cała.
Nic więcej nie rzekł i wyszedł. A ona krzątając się, dygotała z jakiegoś lęku, czy szczęśliwości i leciały jej gradem łzy z oczu.
Ledwie się opamiętała i pohamowała, ale bez tchu, tak jej waliło serce — Weszła da izby i poczęła usługiwać.
— Jak się masz, Pokotynka! — ozwał się do niej Bielak — niezłą dostałaś zimowlę.
Myślał, że go w rękę pocałuje, ale kobieta nagle zhardziała — czuła się u siebie.
— Dobrze mi, byleby zdrowie! — odparła poważnie i zwróciła się do Szczepańskiego:
— Obiadu pan jeszcze nie jadł. Można podać?
— Potem! Psa nakarm przedewszystkiem.
— Już śpi — syty.
Wyszła i czekała w kuchni owego zawołania, po imieniu, a serce jej się tłukło, aż bolało.
— Magda!
Poskoczyła. Do nóg by mu runęła, ale nie śmiała, tylko patrzała nań przez łzy — jakby tem nazwaniem odkupił ją z niewoli — wrócił człowieczeństwo.
— Herbaty nam podaj! — rozkazał.
Późno w noc Bielak odjechał. Słychać było z kuchni, że się sprzeczali na rozstaniu, i siadając na koń rządca rzekł:
— Pana obowiązek był sągi zrąbać i mnie zdać. Dalej ja nimi dysponuję. Rozumie pan. Ja tu gospodarz — a źle z tem panu — wolna droga do Mohilewa. Tam pana znają!
Roześmiał się szyderczo, a Szczepański zmilkł, zawrócił do izby — i resztę nocy chodził z kąta w kąt, jak zwierz w klatce, a następnych dni parę nie tknął jadła, i nawet do psa nie zagadał.
Kobieta śledziła go — ale nie śmiała zagadnąć.
Wielkie śniegi spadły na ziemię, leśniczówka zasypana była — jeszcze bardziej od świata odcięta; obchód lasu mozolny był, ale Szczepański wychodził o świcie — wracał o zmroku.
Trzeciego dnia odważyła się odezwać:
— Bez strawy pan od środy!
— Co tobie do tego. Psa nakarm! mruknął..
— Ryby nawarzyłam! Chleb świeży! — rzekła.
— Sprzątaj i wynoś się do licha! — krzyknął.
Zgarbiła się, zadygotała, ale nie spełniła rozkazu i po chwili poczęła znowu nieśmiało:
— Pozwoli pan buty ściągnąć. Trzeci dzień ozuty!
Spojrzał na nią ponuro.
— Czegoś się do mnie dziś uczepiła!
— Toć pan zachoruje z głodu i męki. Choć kubek mleka ciepłego proszę wypić! — błagała i łzy jej leciały z oczu.
Patrzał na nią, patrzał, wreszcie rzekł:
— A no — daj mleka!
Wypił pierwszy kubek niechętnie, drugi już przegryzł chlebem, nie bronił jej ściągnąć przemokłe buty i zagadał do niej:
— Pojedziesz jutro do dworu z workami po ordynaryą do prowentu. Nie zapomnij wziąść książki służbowej. Sanie ci rankiem narządzę.
— Jużem narządziła. Może pan pozwoli wstąpić do miasteczka po naftę i sól?
Wstał, otworzył kuferek, wydobył skórzany woreczek i dal jej rubla.
— Dosyć ci będzie?
— Wcale mi nie trzeba. Ryby dziś nałapałam cały kosz w przerębli. Kupię co potrzeba — i jeszcze parę złotych zostanie.
— Ryba twoja, a rubla weź. Wódki mi też przywieź!
Ucieszyła się widocznie.
— To mi wolno rybę sprzedać dla siebie?
— Głupiaś. Jeśli ci co trzeba, toć służysz tutaj. Możesz wziąść pensyą. Ile chcesz?
— Oj, panie, długo mi jeszcze odsługiwać za pana dobro. Co mi trzeba? O Jezu! Żeby mnie pan nie wygonił.
— Głupiaś. Prędzej ty uciekniesz z nudy, jak ja ciebie wygonię. I tak mnie dziwno, że tyle czasu siedzisz.
— Tyle czasu! Żeby tak do śmierci tu być.
— Dur na ciebie napadł! — ruszył ramionami.
— Oj panie — a toć tu jak w raju.
Popatrzał na nią, skuloną u komina. Wycierała tłuszczem buty.
— Dobrze ci?
— Tak dobrze, że i nie wypowiedzieć. Żeby ino pan nie wypędził.
— Póki zechcesz — będziesz. Dajno jeszcze jeść!
I zjadł za trzy dni, a potem spał jak kamień.
Pokotynka zostawiła go śpiącego nazajutrz rano — i ruszyła raz pierwszy od jesieni między ludzi. Jechała saniami — jakby jaka pani — miała rybę na sprzedaż, pieniądze w węzełku, książkę służbową swego pana w zanadrzu, czuła się tak dumną, jak nigdy w życiu.
Zajechała do Mejłacha, dała po gospodarsku torbę z obrokiem klaczy, nakryła ją derką, i rozpoczęła handel i targ. Zbiegło się kilka tuzinów żydziaków i gapiów na takie widowisko, ten i ów zaczepił po dawnemu kobietę i przekonał się, że pięść miała twardą — odmówiła nawet pogardliwie zaprosinom na poczęstunek do Zelmana, i propozycyom znanej faktorki Lejbowej — żeby przyjęła służbę u bogatego mieszczanina Szachny, który przed miesiącem owdowiał. Nie, nie chciała ni wódki, ni zabawy, ni perspektywy zamęźcia lub panowania u Szachny — chciała jak najprędzej wrócić „do siebie“.
We dworze pisarz prowentowy, młody Szymański, począł z nią żarty stroić; zwlekał z wydaniem zboża, ciągnął ją do swej stancyi.
— Jak będzie zboże na furze, to wstąpię! — obiecała.
Ale gdy worki były pełne, zacięła klacz, i uciekła, i gnała z powrotem, śpiewając i śmiejąc się z uciechy.
— Wróciłaś? — rzekł do niej Szczepański — gdy przyszedł o zmroku, i wstąpił wprost do kuchni.
— Zaraz po południu. Byłabym wcześniej, ale we dworze Szymański mitrężył!
— Myślałem, że do jutra nie wrócisz, albo i wcale nie. Co to? Lnu dostałaś? Poco?
— Kupiłam za rybę. Prząść będę! — zaśmiała się raz pierwszy. Na drugą jesień swój będzie. Zagonów dziesięć posieję w ogrodzie. Na okolicę nie bywało lnu i płótna takiego, jak u nas.
— Gdzieto? U was?
— Oj daleko — u ojców. My szlachta w samodziałach tam chodzimy. Umiem i wełnianki tkać wzorzyste i kilimki. Zobaczy pan.
— Toś ze szlachty? Rodzinę masz?
— Jednam była u ojców. Jużci tam nie wrócę! Sposępniała, i dodała ciszej:
— Jak tak daleko się odbijesz — to już nazad nie trafisz. Jużci i nie chcę wracać!
Potrząsnęła głową, jakby odganiała myśli — i poczęła się krzątać u komina, a on się zadumał posępnie.
Miała tedy Pokotynka len, i przędła go w nic jak pajęczyny cienkie i długie, i zrazu cicho i nieśmiało nuciła przy robocie tęskne pieśni stare, przechowane od wieków po zaściankach.
Śpiewała w kuchni wieczorem, urywając ilekroć jej gospodarz się poruszył w swem mieszkaniu.
Ale on sobie tego nie przykrzył, owszem rad słuchał, i do tego doszło, że zachodził do kuchni i kazał jej śpiewać, i siadywał na ławie, paląc papierosy — ukołysany smętną melodyą.
Tak przeżyli zimę. Byłoby szczęście, ino jak zmora przychodziły złe dni na Szczepańskiego.
Ilekroć jechał do dworu, lub Bielak był w lesie, nastawały paroksyzmy choroby.
Poznała to rychło Pokotynka. Ze dworu wracał Szczepański zwykle pijany, po bytności Bielaka jak zwierz dziki się miotał — nie jadł, nie spał — pił wódkę do utraty pamięci. Jednakże nigdy jej nie ukrzywdził, ani złego słowa nie rzekł.
Bardzo ją też zdziwiło, gdy pewnego dnia przyjechała do leśniczówki Bielakowa. Szczepański przyjął ją w swej stancyi — zabawiła godzinę, mówili bardzo cicho — była bez furmana, i pojechała dalej w las na spacer. Powtórzyły się te odwiedziny i Szczepański rzekł pewnego dnia, gdy ją odprowadził — do Pokotynki:
— Wiesz ty, kto to był?
— Nie wiem, panie, czy kto był! — odparła.
— To dobrze. Jak słowo piśniesz, to będzie źle z tobą. Pamiętaj!
Dziwny uśmiech przeleciał po jej twarzy.
— Czego się śmiejesz! — zawołał ostro.
— Śmieję się, że mi pan grozi. Nie może pan nic złego zrobić.
— Myślisz? Nie próbuj!
Zapałały jej oczy i policzki nabiegły krwią.
Odwróciła się, i wyszła prędko. Gdy mu podawała wieczerzę, jeszcze raz rzecz zagaił:
— Słuchaj — ze mną nie żartuj! Nie chcę tobie nic złego zrobić — ale raczej, idź stąd precz — jakbyś miała moją złość poznać.
— Alboż pan zły, dola pańska zła! — odparła. — O mnie niech się pan nie boi, nie zdradzi pana Łyska — ani ja. Jednakie my dwoje!
Nadeszła wiosna. Pokotynka rzuciła się zajadle do roboty. Ogród był duży przy leśniczówce, ale go Szczepański nie uprawiał, bodiakami porósł. Kobieta wydarła go i wykarczowała, skopała i zasiała. Pracowała za dziesięciu, nie ludzkie, a olbrzymie miała siły. Zrywała się do roboty o szarym świcie, nie próżnowała nawet w święto. Szczepański patrzał na nią z podziwem.
— I poco ty się tak zamęczasz? — spytał raz.
— Oj, panie, mnie tak dobrze! — odparła, ocierając pot z czoła. — Nie milej wam teraz spojrzeć po zagrodzie?
Obejrzała się wokoło. Szeroką obręczą osadę las czarny otaczał, droga szła pod chatą w głąb puszczy — a opodal struga się sączyła z gęstwiny w ługi Horyniowe — obrosła gęsto olszyną.
— Cudnie tu — cicho! — Jużem obsiała wszystkie zagony — boć i wiosnę dał Bóg słodką i wesołą — śpiewająco robota szła.
— Jutro niedziela. Pójdź do miasteczka, kup sobie przyodziewek, buty, zabaw się! Toć jak koń harujesz. Zmordowana być musisz do cna.
— Mocy mi przybyło tylko! — zaśmiała się. Zabrała swe narzędzia i poszła do chaty. Wieczór zachodził cichy i wonny — czeremszyny kwitły, słowiki zawodziły po krzakach, z łąk grały żabie kapele i chóry ptaków błotnych. Szczepański pozostał na ławie przed chatą. Kobieta krzątała się po domui słychać było jej śpiew tęskny:

Czy ja w ługu nie kalina była
Czy ja krasnych korali nie nosiła
Wzięli mnie — porąbali
Po gościńcu rozsypali
Czarna dola moja, ciężka dola moja.

Podała mu przed chatą wieczerzę, i stanęła we drzwiach, czekając na rozkazy. Tedy rzekł:
— Siądź i ty — jedz!
— Z panem! Bodajże! Mnie z Łyską dobrze!
— Siadaj! Mam cię prosić może? Królewna!
Krzyknął tak groźnie, że usłuchała. Przyniosła sobie zydelek i łyżkę, i jadła pospołu.
Wtem zaturkotało coś na drodze — porwała się.
— Nie waż się ruszyć — rzekł, oglądając się. — Czego się boisz? U siebie jesteś! Siedź i jedz!
Pod furtkę zajechał dworski dozorca z kartką od Bielaka. Popatrzał na Pokotynkę, ale słowa nie rzekł, bo ze Szczepańskim nikt nie śmiał żartować. Oddał kartkę, nadleśny przeczytał.
— Toki się już kończą. O głuszcach ani mowy — cietrzewi może jeszcze co ubiję! A raki? Skąd? Czy ja rybak pana Bielaka?
— Mejłach zawsze dostaje tu raków setki.
— To ty, Magda, nimi handlujesz?
— A ja. — Tam za naszym hatem pełno jest.
— Masz co złapanych?
— Skąd? Chyba teraz pójdą!
— To na jutrzejsze imieniny panny Jasińskiej taki gwałt — rzekł dozorca ze zjadliwym uśmiechem. — Smaruje ich Bielak miodem, a utopiłby w łyżce wody.
Usiadł na ławce, obejrzał się.
— Aleś pan sobie wypucował obejście! Aź pachnie, tak czysto i aligancko. A jużci warzywa to będą na pokaz, tak się biorą. Zundel rzeźnik gada, że ma pan jałówkę dwumiesięczną, za którą dawał piętnaście rubli. Chyba, łże.
— Dawał ci? — spytał Szczepański Pokotynki.
— Jużci. Jeszcze na Zwiastowanie. Teraz nieboga schudła, bo obsadzona.
— Pokaż jąl Ja od zimy nawet do obory nie zaglądałem.
Pokotynka skoczyła na podwórze i przyprowadziła cielaka, pasąc go po drodze chlebem i głaszcząc. Szło zwierzę za nią jak pies, a było istotnie na pokaz utrzymane.
Prosto lanszaft! — zdecydował zachwycony dozorca, a gdy kobieta zabrała je z powrotem do obórki, rzekł:
— Jednakowoż osobliwość. Toć na żadnej służbie Pokotynka i miesiąca nie wytrwała. Albo ją wygonili, albo sama uciekła. Była ci i u nas dwa tygodnie, ale nie wytrzymała. A ot u pana się trzyma! Co ją pan płaci?
— Nic. Siedzi z ochoty.
Dozorca się roześmiał. Szczepański spojrzaj mu w oczy.
— Nikt jej tu w borze nie sponiewierał, ani się z nią bawił, ani słowem do roboty naganiał. U was hulała — u mnie pracuje.
— Cudotwórca z pana! — niedowierzająco mruknął dozorca i jął oglądać kobietę, sprzątającą statki po wieczerzy.
— Bestya przystojna jak łania. Oj — nie utrzyma jej pan długo — chyba do pierwszego jarmarku. Przezimowała, odpasła się — drapnie w świat. Zobaczy pan:
Szczepański ramionami ruszył.
— Nie niewolę jej. Niech idzie!
Nazajutrz wyprawił ją do miasteczka, kazał odnieść do dworu raki i parę cietrzewi, dał dziesięć rubli na przyodziewek i buty — sam pozostał w domu, i po całonocnem polowaniu — zasnął jak kamień. Obudził się po południu, ubrał się — i poszedł powoli drogą ku miasteczku. Nie spodziewał się jej przed wieczorem, a może wcale. Wiosna bo była.
W powietrzu, w wodzie, na ziemi, wszystko kipiało, dyszało szałem odrodzenia, żądzy życia i użycia. Wściekła siła przyrody pulsowała w drzewie i w trawie — w każdem stworzeniu. Po łąkach wabiły się czajki i kaczki, w powietrzu wabiły się skowronki, źdźbło każde goniło ku słońcu, by zakwitnąć, a każdy śpiew, szmer, brzęk owadu, plusk w wodzie, był akordem, nutą jednej pieśni: „pożądam, pragnę, kocham“. Szczepański szedł ku miasteczku. Widział je w dole nad rzeką — i myślał, że po szynkach teraz pełno — i pełno po wszelkich krzakach, opłotkach, ogródkach. Piją, śpiewają, grają — i szaleją.
Wtem, daleko na drodze ktoś śpiewać począł. Przystanął i słuchał zdumiony — to Pokotynka już wracała. Poznała go z daleka, przyśpieszyła kroku, i powitała radosnym uśmiechem.
— Pan pewnie głodny. Zabawiłam bardzo duży czas.
— Chciałem cię rzemieniem wygnać z szynku do domu.
— Doprawdy! Oj — czemuż ja nie czekałam, głupia.
— Czego?
— Batoga pańskiego. Byłabym bezpieczna, że pan mnie do siebie goni, a nie rad się pozbyć.
— Takci myślisz. Za cóżbym cię precz gonił. Gdzieżeś się włóczyła tyli czas?
— Byłam we dworze. Skręt tam, muzyka, goście, pani Bielakowa swarzyła się z mężem o tę zwierzynę, gadali po francusku — ona potem krzyczała, że mnie psami poszczuje, on mi dał rubla, i kazał nieść raki i cietrzewie do panny Jasińskiej.
— Pocoś brała rubla! — krzyknął.
— Od Bielaka jabym wzięła? — żachnęła się. — I do Jasińskich nie poszłam — oddałam Stefanowi, furmanowi — on poniósł.
— To dobrze!
— W miasteczku, zda się, tylko moment bawiłam, a z dziesięciu rubli, to ot — tylko jedenaście złotych zostało.
— Lejbowa cię nie zaczepiała?
— Kogoby ona nie zaczepiała.
— Do Jasińskiego?
— Skąd pan wie? Ona nie mówiła wyraźnie, tylko chwaliła, że ma służbę lekką i wesołą, i pięćdziesiąt rubli dostać mogę.
— Cóżeś rzekła?
— Ano, że jak pan mnie wygoni, to do niej się zgłoszę.
— To idź choć zaraz! — Czy ja cię gwałtem trzymam? Przezimowałaś — idź do ludzi, na lato.
Spojrzała nań przerażona, tchu jej zabrakło z lęku i zgrozy.
— Panie, sokole, nie wyganiajcie mnie od siebie — wyjąkała rozpacznie.
— Ja ci nie dam ani pięćdziesięciu rubli, ani lekkiej służby, ani wesołości. Kiedy ci się lepiej trafia, to idź! Będziesz mi potem wymawiać, żem ci dolę popsuł! Poco mi to!
— Ja od pana pójdę chyba na stryczek, albo w Horyń pod most.
— Zdurzałaś!
— Nie, panie. Dur mnie odstąpił w borze, wtedy jak mnie pan podjął z ziemi. Pięć lat ja nie człowiek byłam — onucza na żydowskim śmietniku. Pięć lat głodna byłam, bita i pędzona — wtedy tylko szczęśliwa, jak pijana do bezpamięci. Nie było na mnie czystej ni całej szmaty — nie było na jedną noc własnego barłogu — nie mogłam ja rzec nikomu — nie chcę — nie miałam ludzkiego imienia, ni woli — ni słowa, ni obrony. Pięć lat, panie, takiego duru i zapamiętania — takem siebie karała, takci mnie żal i szaleństwo wciągnęło — jak na złych błotach topiel chwyta, ciągnie, pęta, aż połknie — aż usta brej czarny zaleje. A pan mnie z tej topieli, z tego gnoju, śmiecia do chaty swej przyniósł — mnie — Pokotynkę — zarazę, zdychające zwierzę plugawe.
Oj, panie, ja nawet tej szmaty czystej, co mi ją pan dał — nie dam nikomu tknąć — jabym za tego psa pańskiego — oczy by sobie dała wydrzeć — żeby głodny był, serce bym mu swoje wypruła, a ja mam iść do ludzi. Mnie się zda teraz moja ślina nazbyt czysta — by na nich plwać.
— Czyś się upiła, Magda, że tyle gadasz? — rzekł życzliwie, i położył dłoń na jej głowie.
Spojrzała ku niemu, a miała twarz jak w łunie słonecznej jasności.
— Nie ja gadam — dusza mi gada. Takem leciała do dom radośnie — tak mi słodko i wesoło. Niech pan daruje śmiałość. Nie piłam nawet kropli piwa — ot głupiam i prosta baba!
— Dobraś mi taka. Wracaj-że do dom, twój jest.
Szli chwilę w milczeniu.
— Cóżeś tak ścichła? — spytał z uśmiechem.
— Ot myślę — żeby pan na swoje poszedł.
— Jakto? Na swoje?
— Żeby pan nie służył. Nie na pańską naturę takie życie, a jeszcze tutaj, pod Bielakiem. Żeby pan bodaj tysiąc rubli miał, na dzierżawę poszedł — innaby dumka była, inna ochota. A tu co? Nie oduczy pan Bielaka kraść, ani go powstrzyma — ino się pan gryzie, robaka nosi pod sercem! Żeby ino tysiąc rubli!
— Ani ich chcę zbierać. Poco mi!
Machnął ręką i szedł, patrząc w ziemię.
— A ja zbiorę tysiąc rubli. Żeby ino pan pozwolił.
— Zbieraj, kiedy cię to bawi — mruknął, już myślą gdzieindziej, obojętny na wszystko.
Pokotynka zaczęła zbierać, grosze, miedziaki, za jaja, masło, kury, raki, rybę. żydówki poznały drogę do leśniczówki i odwiedzały ją często. Szczepański ruszał ramionami, gdy kobieta opowiadała mu o swych bajecznych dochodach.
— Utopisz się kiedy, łażąc po raki, i tak sie to skończy.
Aż raz około św. Jana, wracając wieczorem, zobaczył Pokotynkę rozmawiającą z Lejbową.
Na jego widok ucichły, i żydówka podreptała na drogę ku miasteczku. Dogonił ją łatwo i chwycił za kark.
— Czegoś ty tutaj, gadzino. Do mojej chaty śmiesz łazić. Poczekaj — ja cię drogi nauczę, że ją dziesiątemu zakażesz.
Żydówka podniosła wrzask przeraźliwy. Pies się rzucił w pomoc panu, i podskoczyła Pokotynka przerażona, że mord będzie.
— Panie — nie ubijcie! — krzyknęła.
Ale on ją odtrącił brutalnie i powlókł żydówkę do błotnistego dołu przy drodze.
Skrzeczała już tylko nawpół zduszona.
Cisnął ją w to rzadkie błoto, nogami zadeptałby, ale Pokotynka porwała go za ręce, oderwała od ofiary, zatrzymała.
Lejbowa przebrnęła bagno i uciekła, a Szczepański po chwili szamotania porwał kobietę za włosy i bić począł.
Nie wydała jęku, ni słowa, na kolanach przed nim zniosła razy cierpliwie, jakby ich nie czuła. On się zaciekł strasznie i bił bez litości. Wreszcie osunęła się na ziemię omdlała z bólu. Wtedy się opamiętał, oprzytomniał, stał chwilę jak skamieniały, i przypadł nad nią. Była jak martwa.
— Magda!
Drgnęła, i otworzyła oczy — odetchnął.
Dźwignęła się z trudem, lecz zamiast narzekać, płakać, skarżyć się lub tłumaczyć, objęła jego nogi ramionami i przygarnęła doń twarz.
— Oj, Bóg łaskaw, żeście jej nie ubili! — szepnęła.
— Magda, wybacz. Pocoś mi na drodze stanęła.
— Mieliście dla tej Żydowicy w katorgę iść! Toć widziałam, że śmierć uczynicie.
— Poco ona tu była? Coś z nią gadała? Namawiała cię na łajdactwo?
— Nie, panie, targowała pierze?
— Kłamiesz!
— Wam, panie!
— To czemuś słowa nie rzekła, dała się bić?
— Wasza jestem, panie! Jeślibyście mnie ubili, nikłby was o mnie nie trwożył. Nikłby i nie troszczył gdziem się podziała! Żyję z waszej łaski — możecie ubić!
— Co ci, kobieto! Za kogo mnie masz! Daruj!
— Co, panie! Albo mnie bolało! Nie mówcie tak, bo mi wstyd!
Wstała, i dysząc ciężko — zgarnęła włosy stargane.
— Zaraz panu wieczerzę podam! — rzekła.
Położył dłoń na jej ramieniu.
— Magda, nie masz żalu do mnie? To nie może być. Toć musisz czuć żem cię ukrzywdził.
— Oj panie — skroś moje miłowanie dla was nijaki żal nie dojdzie. Wszystko od was dobre. Warta ja co lepszego od was, jak razów?
Ogarnął ją ramieniem ku sobie i spotkali się oczami.
— Miłujesz mnie? — spytał głucho.
Na twarz jej rzuciła się cała krew serdeczna.
— Nie wiecie, panie! — wyjąkała, czując, że traci i strach i wstyd, i pamięć kim jest, wobec jego dotknięcia i spojrzenia i zmienionego głosu.
— Waszam, panie, wasza!
Zarzuciła mu ręce na szyję, i poczęła namiętnie całować, a potem wyrwała się, i uciekła przed siebie w las bez pamięci, oszalała.
Gdy teraz przypominała tę chwilę, zakryła twarz rękami i płakała ze szczęścia.
Taką duszę miała miłosną i wdzięczną, takie w kochaniu zapamiętanie, i taką niedolę.
Ale ten umiłowany nie ukrzywdził jej i nie sponiewierał, dobry był — tylko posępny, małomówny, myślą zawsze daleki i obcy.
No, bo czyż mógł — on — Pokotynce się zwierzyć, laskę czynił, że się miłować pozwalał i służyć...
Oj latoż to było, lato! Nadto dobre i słodkie i jasne. Teraz-ci mu koniec. Teraz-ci wraca czarna; niedola i troska. — inna dumka!
Kobieta powstała, ogarnęła się chustą, zawołała psa. Ranek daleki był jeszcze, ale poszła odważnie w tę ciemność — wróciła jej moc na myśl, że temu skazanemu ona jedna została teraz opieką i przyjacielem.
Jeszcze nie świtało, gdy doszła, do leśniczówki.
W domu spał jeszcze Nowicki z rodziną. Pokotynka dostała się do obórki — wdrapała się na strych — do siana — znalazła tam schowany tłomoczek szmat — blaszane pudełko, z zebranymi przez siebie pieniędzmi, i wyniosła to na podwórze. Chwilę myślała, gdzieby ukryć, i wreszcie ruszyła w las, bez drogi, w gąszcze świerkowe i tam przepadła.
Około południa była z powrotem w leśniczówce. Nowicki już się rozlokował, ustawił swe graty. Przed domem — w błocie, na deszczu walały się ich sprzęty, zrzucone bezładnie.
Poczęła swój ukochany len przedewszystkiem zbierać, gdy Nowicki ją spostrzegł, i wyszedł.
— A ty tu czego, złodziejko! — krzyknął.
— Swoje zabieram! — burknęła.
— Twoje to! Czyś ty tego zbója żona, czy siostra! Won! Rzeczy dwór zatrzyma! Nie śmiej ruszyć!
— A dworowi co do jego rzeczy. Zadłużył się wam, czy okradł. Jakiem prawem grabicie!
— Ty milcz suko, bo cię nauczę! I won idź! Masz od niego kartkę, albo od pana Bielaka?
— Nie mam, i nie potrzebuję. A dobra naszego w błocie nie zostawię, i wam nie podaruję.
Na krzyk wyszli dwaj synowie Nowickiego i żoną — wszyscy z kijami.
— Won idź, słyszysz. Idź do dworu z jego kartką, a nam przynieś rozkaz na piśmie od pana Bielaka. Inaczej nie damy ci nic tknąć.
— To pan Bielak kazał wam sprzęty tłuc, i na kupę w błoto walić. Złodzieje wy sami i zbóje?
— Wal ją! — krzyknęli synowie, podskakując.
Wyrwała kół z płotu, oparła się plecami o furtkę — czekała napaści odważnie.
Możeby i ubili ją, ale nadjechał chłop z furą, ten sam, który ją poprzedniego dnia pytał o klacz Szczepańskiego, i wmięszał się do sprawy.
— Za co wy ją bijecie?
Nowicki sapiąc ze złości, wyjaśnił.
— Do ukończenia sprawy, pan Bielak rzeczy i dobytek Szczepańskiego zatrzyma — tak przykazała policya i tak chce prawo — jako on niema nikogo z rodziny — ni krewnych.
— To i klaczy kupić nie można! — spytał obojętnie chłop. — A ta mi ją wczoraj sprzedawała. A ja durny uwierzył!
— Nic nie wolno ruszyć. Ze dworu fury przyjdą po te graty, i tam je przechowają! A ta jakie prawo ma! Chce ukraść i przepić z sołdatami — a policya będzie się do nas czepiać! Won, wywłoko!
— Bo i prawda! — mruknął chłop, zawracając klacz.
Pokotynka popatrzała po gratach, po całem obejściu, i pobiegła na drogę ku miasteczku.
Musiała dostać się do Szczepańskiego, by jej dał upoważnienie do zabrania gratów.
Ptakiem leciała, ale gdy stanęła przed domem stanowego było południe, i stróż ją objaśnił, że więźnia już dawno poprowadzono na stacyę kolei. Chciała za nim lecieć, ale stóż ją zatrzymał:
— Durna ty, toć maszyna już poszła. Piechotą parowóz zgonisz! Idź, proś pana Bielaka — może ci co poradzi. Skończyło się, Pokotynka, twoje panowanie!
Zawahała się chwilę, i pobiegła do dworu.
Zmęczona była, głodna, przemoknięta do nitki — ale nic nie czuła. Równie jak ona głodny i mokry pies dreptał za nią. We dworze nie zastała Bielaka, Towarzyszył pannie Jasińskiej na pogrzebie.
Pokotynka usiadła na progu, i czekała.
Zmierzch padał, gdy wreszcie Bielak się zjawił.
Spojrzał na nią, i stanął.
— Czego chcesz?
— Niech pan będzie łaskaw, pozwoli mi zabrać rzeczy mego pana. Na deszczu leżą — zmarnują się — kazał mi je sprzedać, i pieniądze sobie przynieść. On bez grosza — tam.
Mówiła pokornie, prosząco. Popatrzał na nią z dziwnym uśmiechem.
— No, wejdź — pogadamy! — rzekł.
Byli sami w pokoju. Zajrzał przez drzwi, czy kto nie słucha.
— No, bez grosza nie poszedł Musiały być pieniądze w kuferku, ktoregoś tak broniła.
— Skąd, panie! Toć pensyi kwartalnej nawet jeszcze nie wziął.
— Nie pamiętam! Pokaż służbową książkę.
— Nie mam jej.
— No to przynieś, zobaczę. Przecie nie mogłaś mu oddać tych papierów coś schowała przed policyą. Dobrześ zrobiła!
— Nijakich papierów nie schowałam.
— Nie udawaj. Toć Szczepański mi mówił, że u ciebie są. Widziałem go dziś rano. Prosił żeby ci oddać rzeczy, i pozwolić zabrać krowy i klacz — jak mi wręczysz te papiery Odwiozę mu je — jutro będę u niego w turmie. Znasz jego pismo.
— Nie, panie.
— Bo mi kartkę do ciebie zostawił!
Wyszedł do drugiego pokoju i przyniósł jej kawałek papieru.
Wzięła go do rąk, popatrzała.
— Kiedy ja, panie, czytać nie umiem.
— To ci przeczyłam: „Przykazuję Pokotynce wręczyć panu Bielakowi — moje papiery, które są u niej schowane, a pan Bielak wynagrodzi ją za to. Papierów tych nie powinna nikomu innemu pokazywać. Wiktor Szczepański“.
— No widzisz!
— Widzę, panie, ale nic nie rozumiem. Po pijanemu on chyba tę kartkę pisał, bo u mnie nijakich papierów niema.
— Po co łżesz. Ja wiem, że są. Zresztą, jak chcesz. Nie dasz papierów — nie dostaniesz nic. Idź precz!
Zawróciła do drzwi. Odwołał ją.
— Słuchaj, zastanów się. Możesz mieć dużo — a ci dam za te graty i dobytek trzysta rubli — gotówką dostaniesz — rozumiesz. I wszystko ci to Szczepański darowuje. — Domek i ogród za to kupisz w miasteczku — albo za mąż cię wezmą. A tak co z tobą będzie? Teraz po tej sprawie, policya ci nie da spokojnie tu siedzieć, bez paszportu. Włóczęgi do turmy idą, wiesz?
Kobieta patrzała bezmyślnie na niego, zdawała się nie słyszeć.
— To mi, panie, nie oddacie tych rzeczy jego?
— Oddam — za papiery.
— To wam nie dosyć jego zguby i zatraty, jego żywota nieszczęsnego i męki. Jeszcze chcecie jego krwawy grosz zabrać, jeszcze wam łakome te nędzne graty nieszczęśnika, co za wasz grzech pokutuje i milczy. To je weźcie sobie panie — i trzymajcie.
— Milcz, ty bydlę! — krzyknął.
— Będę milczeć, bo on mi kazał. Wszystko wasze — i sława i pieniądze. Syci bądźcie! I te trzysta rubli sobie weźcie, coście mi dać chcieli — ino papierów tych mieć nie będziecie — żebyście spokojnie nigdy nie zasnęli — i nie poweselili się w duszy, aż po kres żywota waszego!
Rzucił się ku drzwiom, chciał ją zatrzymać — odepchnęła go, wyskoczyła na ganek, i znikła.
— Teraz mi drogami nie chodzić, dnia nie znać, ludzi nie spotykać! — myślała, przemykając się jak cień wśród drzew parku. Będą gonić, będą tropić — ubije on gdy dostanie, policya nie puści na wolę jak złapie. Teraz mnie ludzkie oko nie powinno widzieć. On katorżnik, ja zbieg — dobrze i tak! Uchowam mu te papiery! A teraz nie oglądać się za siebie, ino żyć jakoś trzeba, i skryć się trzeba, a tu zima idzie. Zadumała się. Była w tej chwili tylko zwierzem ściganym, głodnym — rządził nią tylko instynkt zachowawczy, czujność, przebiegłość.
Zaszyła się w łozy nad rzeką i dumała.
Pies się do niej przytulił, i zapiszczał, liżąc po rękach; od dwóch dni nikt go nie karmił.
— Do chaty wołasz — miska ci się roi, pełna — rzekła, głaszęząc. — Niema chaty, ni miski — naści!
Miała w zanadrzu kawał chleba — dała mu — sama nie jadła, nie czuła nawet głodu, ni zmęczenia — bo wiedziała, że czeka ją jeszcze przed spoczynkiem daleka droga.
Wydobyła z zanadrza szmatkę, i przeliczyła ile jej zostało pieniędzy z owych pięciu rubli. Miała jeszcze około dwóch rubli. Odetchnęła z ulgą, spojrzała ku miasteczku.
Zapalały się w niem światełka po oknach. Pokotynka zeszła ku rzece i szła jej brzegiem. Wiedziała, że pierwsza chata będzie Marka rybaka, jedynej istoty ludzkiej, u której spodziewała się dobrego przyjęcia.
Płot zagrodził jej drogę, przeskoczyła, potknęła się o wysunięte na ląd czółno, zajrzała przez malutkie okno do chaty — i weszła.
Rybak rąbał drwa przed piecem — wysoki, suchy, średnich lat drab, patrzący zuchwale z pod konopiastej, rozczochranej czupryny. Roześmiał się krótko na jej widok.
— O czorcie myśl, czort jest! Gadali ludzie żeście we dwoje utłukli tego juchę — a ty wolna chodzisz.
— Jak mnie złowią — to nie puszczą. Tymczasem wolna jestem.
— A Szczepańskiego wzięli. Szkoda człowieka. Zapłacił Jasińskiemu za moją Krystę. Daj mu Boże niebo za to. Doigrał się, bestya! Szczepański zuch — za nas wszystkich się porachował.
— Nie będzie panicz już mołodyc, ni dziewek uwodził, skończyło się panowanie.
Pokotynka usiadła na ławce i milczała. Patrzała po chacie. Ciasna była, okopcona, stara, w ziemię wrosła, i zapchana nędznemi gratami. Wydała jej się pałacem, twierdzą bezpieczną.
— Pozwolicie spocząć? — spytała.
— Spocznij. Głodnaś?
— Sama nie wiem. Z lęku i męki odurzałam. Jego wzięli — mnie wygnali, ot jak stoję.
— Cóż będziesz robić?
— Schowam się.
Popatrzał na nią. Rozebrała się z chusty i kożucha, grzała się i suszyła u ognia.
— Ty nie przepadniesz. Nawet i w turmie źle ci nie będzie! — roześmiał się. — Możesz i u mnie zabawić — nie wygonię cię.
— Wygonisz, bo nie do zabawy mi. A i zostać nie mogę, bo mnie tu policya znajdzie, i ciebie zaplącze. Odetchnę chwilę i pójdę!
— Dokąd? Toć zima — ni zboża, ni liści niema. Zaraz cię złapią — a nie, to z głodu i chłodu zdechniesz.
— No, to co! Zawszeć nie ludzie zamęczą. Jak przyjdzie na lichy koniec, to zdechnę, ale się nie dam ni policyi, ni Bielakowi.
— A cóż Bielak ma do ciebie! — zagadnął ciekawie rybak.
— A cóż! Sukcesyą bierze po moim! Zagrabił dobytek i sprzęty — upomniałam się — zagroził policyą — a wiadomo co ja przeciw niego — robak. A was w turmę nie zapakował już dwa razy.
Drab roześnrał się dziko.
— Myślisz, że ja mu to daruję! Będzie kiedyś i na mojej ulicy kiermasz. Hycel ten! No, ale kiedy ten ciebie zakarbował, to pilnuj się. Gdziesz się schowasz?
— Gdzie? Na błotach.
— Głupiaś! W stogu myślisz? Lada dzień błota zamarzną — i wszędzie chłopy się rozpełzną.
Nie — na zimę nijakiego schowania niema — wszędzie mróz pomuruje drogi — wszędzie ludzie cię znajdą. Na, zjedz tymczasem!
Postawił przed nią misę krupniku, dał chleb, łyżkę, i wziął się znowu do rąbania drew.
Przełknęła nieco strawy, i oddała psu, chleb schowała w zanadrze.
— A gdzież zimował Łomaka, zbiegły? Pamiętasz?
— Oho, Łomaka praktyk był — cztery razy z katorgi zbiegał. Każdy go się bał, i taił, i karmił, byle nie podpalił przez zemstę. Po chatach zimował, wielka sztuka, a jak policya coś zwęszyła i tropiła — siedział w młynie po Wieszańcu! Ty tam nawet nie trafisz.
— Czemu nie. Można popłynąć do Chlewców Brażeckich, a potem po kładkach dojść!
— Głupiaś — połowy kładek już niema. Łoza się tam wzięła jak kołtun — ani szczeliny!
— To co! Ale do Wieszańca nikt nie zagląda. Nie wiecie — stoi co jeszcze z młyna?
— Pale jeszcze są. Okrutne tam się biorą okonie, ale rzadko kiedy dopłynąć można.
Młyn zatonął — dach ino sterczy, a może i nie — nie byłem tam od wiosny. Chałupa stoi — kto ją ruszy — toć tego wisielca tamże i zakopali pod progiem.
Pokotynka zadumała się. Rybak drwa rąbał — pies syty ułożył się do snu.
— Pożyczcie mi waszej pławicy — ozwała się kobieta.
— Weź. Mam trzy!
— To mi ją sprzedajcie. Ile chcecie?
— Za tę starą trzy ruble. Poco ci? Zaraz zamarzną rzeki.
— Kupię u was siekierę, sagan, nożyk, worek kartofli — i popłynę do Chlewców. Tam zimą nikt nie zagląda.
— Śmierć do ciebie zajrzy — nie chybi! — zaśmiał się.
— Ino mi ludzie nie naślijcie. Śmierć — bajki.
— Głupiaś. Mnie co do ludzi! A trafisz do Chlewców po nocy?
— Trzeba trafić!
— Nu, to ja cię przeprowadzę do pół drogi. Zaraz chcesz?
— A cóż, Na co czekać.
Spojrzał na nią!
— Taki — biednaś ty! — mruknął.
Ruszyła ramionami.
— Czego. Jak żyć człowiek chce — to widać nie biedny.
— Mamci kilka rubli, schowane w lesie. Dziś po nie pójdę. Zawierzycie mi na mały czas — dam ile mam teraz.
— Żebym syna miał, tobym ci go nie za*wierzył — ale na pieniądze ty nie złodziej. Odniesiesz — wiem.
— Odniosę, jak trochę ucichnie. Teraz byle się przyczaić!
— No, to się zbierajmy! Na rzece teraz ino topielce hulają. Nikogo nie spotkamy. Bierz z chaty co ci potrzeba.
Poweselała Pokotynka. W dwa stare worki zładowała, co jej się zdało niezbędnem do zimowania i co rybak ocenił na sześć rubli. Oddała mu całą swą kasę — dodał jej jeszcze ogromny bochen chleba i duży pęk włókna konopnego.
— Nici nakręcisz na siatkę — zda ci się wiosną — jeśli nie zdechniesz. Naści też krzesiwo i hubkę, bo zapałki ci zawilgną — no i jazda!
Była nieprzebyta ciemność listopadowej nocy. Trzeba było nie oczu, ale specyalnego instynktu chłopskiego — żeby puszczać się na rzekę.
Marek spuścił na wodę dwie pławice — w jedną złożyli worki i weszła Pokotynka z wiosłem.
— Nie straszno ci? — spytał.
— Czego? Nawet i nie dumam o tem.
— No, to ja przodem ruszę. A widzisz co nieco?
— Lulkę kurzycie — za dymem popłynę. Fala nie wielka — a i oczy nawykną do mraki. Byleście mnie przez „hat* przeprowadzili!
Odbili od brzegu i prąd ich uniósł. Nie mówili nic więcej, zajęci kwestyą życia. Niosła ich pamięć i instynkt — bo ani wody, ani nieba, ani brzegu widać nie było, a stali na łupinie hibkiej, drobnej, którą lada pochylenie, lada trącenie, przewrócić mogło.
Pod nogami bulgotała toń bezdenna.
Pies jakby czuł niebezpieczeństwo, leżał u nóg kobiety nieruchomy, drżąc z chłodu i wilgoci — z czarnych chmur mżył drobny, bezustanny deszczyk.
W dzień znała Pokotynka drogę do tych Chlewców. Były to wśród rzek i moczarów niwy chłopskie, gdzie latem w byle jako skleconych szałasach, trzymali chłopi bydło na paszy. Zimą stały pustką, i nikt ich nie pilnował, bo niktby się nie łakomił tam co ukraść, ani tam zaglądać.
Płynęli długo już. Pokotynka, żałując kożucha i by mieć wolniejsze ramiona do wiosła, była w kaftanie tylko — przemokła już do nitki — ale ciepło jej było — myślała tylko z troską, by jej chleb nie zamókł — ten bochen — może jedyny — na całą zimę.
Słyszała niekiedy przed sobą plusk wiosła rybaka i zalatywał ją dym fajki — tem się kierowała, wreszcie nic już nie słyszała, nie czuła — odezwała się:
— Hop! Żyjecie?
— Hop! — ozwało się głucho w tumanie.
— Nie błądzimy?
— Chyba nie. Gdzieście tu „het“ niedaleko, aby jak w gardło trafić, a nie na płot. Ot — sztuka.
— Pilnujcie dębu z ulem! Od niego „prość“ w lewo.
— Ale — dębu pilnuj! A wiatrak Żurański widziałaś?
— Nie!
— No — to zobaczysz! Jak dziś się nie potopimy — to widać i czort nas nie chce. Ot smoła — nie noc!
— A ot i dąb. Minęliście — zawołała. — Powracajcie.
Skręciła w lewo, w wązkie przejście wodne, szparę wśród łóz olszyny. Tam prąd był mniejszy, więc odetchnęła, przestała wiosłować, otarła pot.
Marek klnąc zawrócił i on przystanął.
— Oczy ty masz kocie. Licho cię nie weźmie! Uf — a tom się zmachał!
— Wracajcie. Jakoś dobiję się i sama. Nadto waszej dobroci — poprosiła.
— Nie — już na miejsce dopłynę. Najgorsze przebyte, nurt i wiry — po prościach bezpieczniej. Za niebym nocą nie wracał pod wodę. Odprowadzę cię, w Chlewicach ranka doczekam. Teraz byle się na płot nie nadziać, to żywi ostaniem.
Ruszyli dalej; blżej było dla ramion i bezpieczniej na płytkich zalewach, tuż przy brzegu łozy i olchy muskały po twarzy, ale i zabłądzić łatwo było w tej siatce „prości“ i „rowców“.
Z daleka Marek krzyknął.
— Pilnuj się — „hat*.
Przestała zupełnie wiosłować, skuliła się na dnie pławicy, zdając się na prąd. Łódka uderzyła o płot, zachybotała się, ale została na wodzie. Tedy Pokotynka się przeżegnała i trzymając się ręką płotu, popychała pławicę, szukając wrót. Łódka wpadła w tę gardziel wolnego prądu, wytrzymała falę.
— Hop! żyjesz! — hukał kędyś Marek.
— Jak szczupak wasza pławica!
— To dziwo! Ale i ty do wody chytra! Nu, teraz pchaj śmiało. Już my jak w domu!
Pokotynkę ogarnęła wielka radość. Poczęła śpiewać.
— Durna ty! Pacierz byś zmówiła! — zgromił Marek.
— Albo to nie pacierz — odparła wesoło. — Pośmiechuje Pan Bóg z uciechy, jak człowiek śpiewa. Mało On się jęków nasłucha, już Mu zbrzydły.
— I czego ty się cieszysz, głupia.
— A cóż! Fala mnie nie pożarła, od ludzi schowanam, wyście mnie poratowali, moc i zdrowie w sobie czuję. Mocniejszam nad Bielaka!
— Przezimuj no, przezimuj, wtedy będziesz śpiewać, zobaczysz.
— Dalibóg, przezimuję. Nijak mi nie straszno!
— No dobili! Cud Boski!... Uf. Popamiętam ja długo tę jazdę!
Wparli czółna na piasek. Chlewce były na wydmie, naniesionej przed wiekami przez wody.
Wyszli na brzeg i ruszyli ku czerniejącym szałasom. Drzwi były wywalone, strzechy obdarte, wewnątrz pustka i zapach pleśni, ale po tej podróży rozkoszowali się, ze ich deszcz nie smagał, chłód nie przejmował. Pokotynka zniosła zapasy swe, namacali w kącie jakąś gromadę stęchłego szuwaru i zmęczeni bezmiernie, zmokli, zziębnięci, zakopali się weń, nakryli kożuchem, i ząsnęli po chwili, jak zegnane śmiertelnie zwierzęta.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.