Macierz/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Macierz
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1921
Druk Tłoczarnia Wydawnictwa we Lwowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


M. RODZIEWICZÓWNA
MACIERZ
POWIEŚĆ
WYDANIE TRZECIE
Logo - Wydawnictwo Polskie - Sztuka Walcząca 1923.png
LWÓW-POZNAŃ
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
1921


Z TŁOCZARNI WYDAWNICTWA POLSKIEGO WE LWOWIE.











I.

W głuchą noc ktoś się dobijał gwałtownie do mieszkania „stanowego“ — w miasteczku Oranach.
Długą chwilę urzędnik się nie odzywał, myśląc, że to wicher listopadowy szamoce okienicami, wreszcie zerwał się z posłania.
— Kto tam? Czego? — krzyknął, zapalając światło.
— Wasza wielebność — proszę co rychlej do dworu. Tam ubili człowieka — odparł głos za oknem.
Stanowy rozbudził się w okamgnieniu. Mord nie trafia się codzień, a w Oranach nie trafiał się nawet od lat paru. Po chwili — człowiek z za okna został wpuszczony do pokoju — i podczas gdy się urzędnik ubierał — odpowiadał na żwawe zapytania.
— Kto zabity?... Gdzie?... Kto zabił?
— Kontrolera ubił łowczy, przy kartach, u komisarza.
— Całkiem, na śmierć zabił?
— Juści, bo komisarz wyleciał na ganek, i na nas wszystkich nocnych stróżów „zagwizdał“. Romana posłał po doktora, mnie do waszej wielmożności, a Markizowi kazał w progu stać.
— Idź-że po uradnika — niech weźmie ze sobą setnika i jeszcze dwóch chłopów i niech tam duchem będą.
Chłop wyszedł, a stanowy rozbudził swego pisarza i obadwaj ruszyli szybko w stroną dworu. Rozmawiali naturalnie o wypadku.
— Nasz kniaź nazsyła tu śmiecia z całego świata, co dziwnego, że się zarzynają! — mówił niechętnie pisarz. — Ten łowczy jak zbój wygląda, nigdy w oczy nie patrzy — pije — do człowieka nigdy po ludzku nie zagada, z nikim nie żyje. Ja zawsze myślał, że on się kiedy obwiesi, a ot, inną sztukę uciął — ale nam zawsze kłopot i pisanina.
— Komisarz gładki człowiek. Ten z ludźmi umie żyć. Niemiła mu historya! szkoda!
Miasteczko od dworu oddzielała rzeka. Za nią słały się ogrody, sady, parki — osłaniające pałac, a trochę na uboczu, stały folwarczne zabudowania, a na ich wstępie dom rządcy — zwanego tu „komisarzem“. Był nim od trzech lat pan Józef Bielak.
Dom był oświetlony, wkoło już sporo gapiów. W progu spotkał już „stanowy“ uradnika i chłopską policyę w medalach.
— Zabójca nie uszedł? — spytał.
— Nie — wasza wielmożność!
— Nie puszczać nikogo bez rozkazu. Doktor jest?
— Jest!
W pokoju, gdzie mord się odbył paliło się świec parę i lampa na karcianym stole. Zabity leżał na ziemi — jak się zwalił z krzesła — klęczał nad nim doktor i młoda dziewczyna.
Na stole leżały rozrzucone karty — potłuczony kieliszek — parę filiżanek z herbatą i na rogu flaszeczki i narzędzia lekarskie.
Gospodarz domu, pan Bielak, podawał doktorowi wodę, którą zlewano głowę trupiobladą, z nieznaczna sinością na lewej skroni.
— Jakże? Żyje? Zemdlał — spytał stanowy.
Doktor powstał i skrzywił się.
— Trup! — mruknął, ścierając ręce serwetą.
— A gdzie zabójca?
Zwrócili się wszyscy. Bielak usunął stół i wtedy ujrzano, że na kanapie za nim leżał też człowiek, jakby martwy.
Leżał na wznak, z odrzuconemi ramiony, zęby miał kurczowo zaciśnięte, oczy zamknięte.
Doktor dotknął twarzy, poruszył go, wtedy osunęła się prawa ręka i upadło z niej coś na ziemię.
— Pijany! — śpi! — rzekł doktor, a stanowy podniósł z ziemi żelazny „kąstet“.
— Tem go machnął! — rzekł.
— A, tem! — odparł lekarz. — Trafił w samą skroń. — Jak na pijanego — świetna precyzya!
— No, niech śpi. Nic z niego dziś nie dobędziemy.
— Panie, czy mogę zwłoki stąd zabrać? — spytała młoda dziewczyna, dziwnym jakimś, twardym głosem.
— Jeszcze nie! Po spisaniu protokołu.
Oprzątnięto stół, i pisarz zabrał się do swej czynności. Bielak opowiedział całe zajście.
Wieczorem, o godzinie ósmej przyszedł do niego kontroler Henryk Jasiński na karty — czekali na partnera Sopóckę do dziesiątej — zamiast tegoż, zjawił się nadleśny Wiktor Szczepański, w interesie służbowym, meldując o schwytaniu kłusownika Seredy, którego strzelbę, po uporczywym boju, chciał właśnie odesłać do policyi. Szczepański, jak zwykle ponury i rozdrażniony walką z chłopem, przytem zdał się Bielakowi niezupełnie trzeźwym, więc, załatwiwszy interes rad był go corychiej pożegnać, gdy Jasiński wszczął z nim rozmowę przyjacielską i namówił do winta.
Zdziwił się Bielak, gdy Szczepański przystał, bo wiedział, że ci dwaj przed tygodniem mieli zajście o Pokotynkę, dziewczynę włóczęgę, służącą u Szczepańskiego. Zasiedli, do kart, i czas jakiś grali spokojnie, ale Jasiński począł przegrywać, i dogadywać łowczemu, który istotnie popełniał ciągle omyłki. Od słowa do słowa, Szczepański karty cisnął, i wstał.
— Przegrał pan z mojej racyi, to ja zapłacę za pana, i żegnam! — zawołał.
Począł szukać pieniędzy w kieszeni, dobył kastet, potem dopiero portmonetkę.
Jasiński obraził się — zerwał się także, i powiada:
— Myślałem, że pan tylko źle gra, ale pan w dodatku cham i gbur — z takim się nietylko do kart nie siada, ale go się za drzwi wyrzuca.
Wtedy Szczepański z błyskawiczną szybkością chwycił kastet, i zanim Bielak zdołał przyskoczyć, krzyknąć — uderzył Jasińskiego w głowę. Jasiński się zachwiał ogłuszony, szaleniec rzucił się na niego, i drugim razem obalił — wtedy go Bielak za ramiona chwycił, odepchnął, i już nie zważając co się z nim dzieje, skoczył po wodę, i widząc, że leży bez ruchu, począł sygnałować nocnych stróżów.
— Pili dużo obydwa? — spytał stanowy.
— Pili arak z herbatą, a potem go zapalili i tak gorący pili.
— A w domu oprócz pana kto był więcej?
— Tylko służąca. Zastałem ją drzemiącą w kuchni i posłałem corychlej po pannę Jasińską. Byłem pewien, że to chwilowe ogłuszenie i omdlenie.
— A żony pańskiej niema?
— Wyjechała przed tygodniem do rodziny.
Z kolei zawołano do zeznań służącą.
Ta niewiele umiała powiedzieć. Pan jej kazał nastawić samowar — podała herbatę — panowie byli wtedy dwaj tylko — potem przyszedł z miasteczka Szczepański — spytał czy komisarz w domu; kazał się zameldować i poszedł do kancelaryi.
Potem ją sen zmorzył, bo pranie miała tego dnia i wstała o świcie, więc zasnęła, i dopiero pan ją zbudził, wołając: Leć po pannę Jasińską — powiedz, że brat zachorował.
Teraz stanowy zwrócił się do tejże.
— O której godzinie pani się dowiedziała o wypadku?
Dziewczyna podniosła się była z kolan i stała nad zabitym — wpatrzona weń — bez łez, szlochań — w jakiemś kamiennem osłupieniu.
Urzędnik parę razy zapytanie powtórzył, dopiero zrozumiała, że to do niej mówią.
— Nie patrzałam na godzinę — odpowiedziała, oczu nie podnosząc. — Dano mi znać, pobiegłam i tak go znalazłam. Czy mogę go zabrać?
— Jeszcze nie, pani. Muszą być oględziny lekarskie. Potem zaniosą go do mieszkania.
— Niech pani się usunie! — prosił doktor, a Bielak zbliżył się do niej, i dodał:
— Proszę wrócić do domu. To nie dla pani widok, ja wszystko załatwię, i będę na usługi pani, gdy się te formalności załatwią. Konie gotowe — niech pani wróci do domu!...
Dziewczyna jak automat skierowała się do drzwi Bielak poszedł za nią, i wrócił po chwili.
— Dała się namówić — rzekł do doktora. Co prawda, słodkiego życia z nim nie miała, ale zawsze cios straszny. Oprócz niego niema nikogo na święcie, i żadnego majątku biedactwo.
Doktor ramionami ruszył.
— Tenby jej też w złoto nie oprawił! — mruknął.
— Panie doktorze — ozwał się urzędnik. — Umarłego nie wskrzesimy, ale może moglibyście wytrzeźwić tego pijaka!
Doktor przystąpił do Szczepańskiego. Ten wciąż spał jak drewno. Na potrząsanie i ruszanie jęczał tylko głucho, nie było sposobu zmusić go do przełknięcia czegokolwiek.
— Co za licho! — mruknął doktor. — Delirium, nie delirium, ale ten jest kompletnie niepoczytalny. Zostawić go w spokoju. W tym stanie nie dowiecie się nic od niego, a i jak wytrzeźwieje, niewiele co będzie wiedział.
— Każę go zawieźć do aresztu, i basta! — mruknął znudzony urzędnik.
Po chwili uradnik i setnicy dźwignęli na rękach nieprzytomnego, złożono go na wóz, i wśród gawiedzi wywieziono do miasteczka. Gawiedź pozostałe przed domem, bo trup jest ciekawszem widowiskiem, i tylko za wozem pobiegł pies czarny, pokurcz szpetny, nieodłączny towarzysz łowczego, który nań czekał skulony pod progiem mieszkania komisarza, przez cały ten tragiczny wieczór.
W areszcie policyjnym przeleżał Szczepański aż do następnego południa. Wtedy dopiero zdołano go się dobudzić. Usiadł na pryczy, szklannemi oczami rozejrzał się wokoło, i nagle oprzytomniał. Nad nim stał znajomy uradnik.
— Co ja zrobiłem? pobiłem kogoś?
— Oj gorzej. Jasiński nie żyje. Zdurzeli wy, tak się napijać do bezpamięci. Jego i was zakopią.
— Jasińskiego zabiłem?
— Nie pamiętacie?
Zapytany powoli głową potrząsnął. Nie zapierał się, nie bronił, patrzył w jeden punkt, na kraty okna i trząsł się jak w febrze. Zęby mu szczękały, na czoło wystąpił pot.
Był to człowiek trzydziestoletni, suchy, szczupły, średniego wzrostu. Rysy miał ostre, oczy głęboko osadzone, ciemne włosy na skroniach już siwe. Wyraz twarzy miał coś w sobie z wilczej dzikości i ponurości, i nie uprzedzał dodatnio.
— No, kiedyście wytrzeźwieli, to ruszajmy! — rzekł uradnik.
— Dokąd?
— Sędzia śledczy rano przyjechał! Nagrzeliście dobrze ludzi! No — marsz!
— Poco śledztwo? Zabiłem, no to zabiłem! — zamruczał, powstając. — Mnie coś tak źle, jakbym skonać miał.
— Na dworze mróz ocuci do reszty.
Wyszli na podwórze. Szczepański zataczał się i potykał, blady był, i dyszał ciężko. Uradnik go trochę prowadził, trochę popychał, i tak go zawiódł do dużej izby, gdzie przy stole siedział sędzia śledczy — nad stosem papierów, i zmierzył wchodzącego badawczem spojrzeniem.
Ten się o ścianę oparł, i czekał, wciąż ciężko dysząc.
Pisarz przygotował papiery, i zaczęły się stereotypowe pytania:
— Imię i nazwisko? Wiek? Wyznanie?
— Wiktor Szczepański. Trzydzieści lat. Katolik.
— Imię ojca — szepnął pisarz.
— Imię ojca? — powtórzył sędzia.
Sekunda jakby namysłu.
— Michał!
— Żyją rodzice?
— Nie.
— Skąd rodem? Jakiego stanu?
— Szlachcic, Witebskiej gubernii.
— Żonaty?
— Nie.
Był to zwykły wstęp. Pytania i odpowiedzi następowały szybko i lakonicznie, i w miarę na twarz winowajcy powracał spokój i panowanie nad sobą.
Przestał drżeć, i wyprostował się, patrzał, ponad głowy ludzkie w okno.
— Jesteście oskarżeni o zabicie Henryka Jasińskiego uderzeniem tego oto kastetu w skroń.
Spojrzał na stół, chwilę milczał.
— Może być! Pijany byłem! Nie pamiętam! — rzekł wreszcie.
— Czy Jasiński was obraził?
— Nie pamiętam!
— Jakież były między wami stosunki?
— Żadne prawie.
— Był waszym przełożonym?
— Nie! Zależałem od rządcy, Bielaka. Jasiński przybył zaledwie zeszłej wiosny.
— Nie mieliście ze sobą przedtem żadnego zajścia?
— Nie.
Sędzia przerzucił papiery.
— A tydzień temu na rynku, w sklepie Jojny Mejłacha — nie mieliście zajścia? Nie pamiętacie?
— Nie było to zajście. Byłem w sklepie z kobietą, która u mnie mieszka. Jasiński powiedział mi — dam panu trzy ruble, ustąp mi tę dziewkę! — ja odpowiedziałem — dam panu pięć rubli — ustąp mi siostrę swoją. Podniósł na mnie laskę — wyrwałem mu ją z rąk — połamałem, i rzuciłem precz, a sam wyszedłem z kobietą.
— Kto jest ta kobieta?
— Jest pod moją opieką, póki zechce.
— Dawno tu już służycie?
— Cztery lata.
— A poprzednio gdzieście mieszkali?
— Byłem w wojsku — w dragonach.
— W którym pułku? Gdzie wasz bilet, papiery?
— Służyłem w Jelcu, Niżeński pułk. Papiery są na leśniczówce.
Sędzia zwrócił się do „stanowego“ — zamienili parę słów półgłosem. Po twarzy Szczepańskiego mignął niepokój, strach — gdy stanowy wyszedł.
— Jakim sposobem dostaliście tu posadę?
— Młody kniaź służył w tymże pułku — byłem u niego służącym. Przysłał mnie tu z listem do rządcy.
— Do Bielaka?
— Nie! Bielak w rok po mnie tu przybył.
— A jakież z tym były wasze stosunki?
— Spełniałem jako podwładny rozkazy.
— Bywaliście u niego często w domu? Byliście w zażyłości widocznie?
— Nie! — żywo zaprzeczył. — Bywałem na sesyi co tydzień, za interesem, o ile było potrzeba.
— Dlaczegóż zostaliście wczoraj — na kartach?
— Nie wiem. Zapewne, żeby zginąć! — odparł głucho.
— Więc nie zaprzeczacie czynu zabójstwa?
— Nie! Kastet mój — miałem go w kieszeni. — Cały dzień wczorajszy — byłem na czczo — w lesie — tropiąc kłusownika. Wstąpiłem do Mejłacha o zmroku — i piłem! Przy kartach piłem znowu — i nic nie pamiętam. Bielak przy tem był, on wie — co było — ja nic nie pamiętam! — Przesunął ręką po oczach i twarzy — i dodał: — Mogłem zabić. Stało się. Przepadłem.
Opuścił ramiona, oczy wbił w ziemię, i czekał z biernością zwierzęcą, gdzie go pchną, czem go uderzą.
— Na ten raz dosyć! — rzekł sędzia. — Odczytać protokół! — rozkazał pisarzowi.
Rozpoczęło się monotonne, szybkie czytanie. Winowajca nie zdawał się słyszeć. Byli w połowie, gdy turkot się rozległ pod gankiem, po chwili wszedł „stanowy“ zasapany i gniewny.
— Nie znalazłem żadnych papierów. Zapewne ta wykradła, lub schowała, ta suka, ta ścierka, to bydlę!
W ślad za nim uradnik wepchnął do izby kobietę. Jednym panterzym skokiem rzuciła się do Szczepańskiego, do nóg mu przypadła, z jakimś niedającym się opisać jękiem.
I umilkła, tylko patrzyła nań przepaścistemi czarnemi jak noc oczami, które gorzały jak gwiazdy wśród twarzy smagłej, mizernej, strawionej, zda się, żarem wewnętrznym.
On milczał. Po twarzy mu kurcz przebiegł i ręka spoczęła na jej głowie. Stanowy opowiadał:
— Musiałem odrywać zamki, nie dała kluczów. Znalazłem tylko paszport i bilet wojskowy, resztę gdzieś schowała.
— Jaką resztę? — ozwał się Szczepański.
— Listy, rachunki, jakże, będziecie dowodzić, że oprócz tych dwóch świstków, nic u was nie było!
— Nic. Ani ja, ani do mnie nikt nie pisuje. Zresztą, gdzieżby i poco chowała! Ja nie zaprzeczam, żem Jasińskiego zabił.
— Przez zazdrość o to śmiecie uliczne! — wybuchnął „stanowy“. — Będziecie gnić razem w katordze.
Kobieta na tę groźbę objęła ramionami nogi Szczepańskiego, twarz przytuliła do jego stóp, i roześmiała się.
— Bodaj wasza prawda była! — rzekła.
Sędzia śledczy niewzruszony, przejrzał paszport i bilet wojskowy — odsunął pisarzowi, i rzekł:
— Wyprowadzić ją — przesłucham za chwilę. — Kończyć protokół!
— Idź won! — mruknął uradnik do kobiety.
— Idź! — powtórzył lakonicznie Szczepański.
Spojrzała nań, powstała — i poszła.
Wepchnięto ją do sieni, uradnik pozostał na straży.
— Cóż, PokotynkaL. Dobrze było panować na leśniczówce. Myślała ty, że tak zawsze będzie. No, nie pójdziesz znowu żydom wodę nosić. Objadłaś się, poprawiła, może znowu sołdaty przyjdą. Nie trap się, jeszcze ty bez niego nie zginiesz. Jeszcze ty, niczego dziewka, zarobisz kopiejkę.
Kobieta przykucnęła u drzwi, na skrzyni i nie słyszała jego słów. Cała jej uwaga była zwrócona na głos pisarza za ścianą, czytającego zeznanie Szczepańskiego, nie straciła ani jednego wyrazu. Skończono protokół, obwiniony podpisał i rzekł głośno:
— Byłem pijany, zabiłem Jasińskiego, Bielak świadkiem był, ja nic nie wiem, nic nie pamiętam. Winienem, pokutować będę.
Wyprowadzono go, i po chwili zawołano kobietę.
Weszła już spokojnie, i stanęła u progu.
— Imię wasze i nazwisko?
— Wołają mnie Pokotynka — odparła ponuro.
— A jakże się nazywacie ze chrztu i z rodu?
— Nie pamiętam. Deszcz i śnieg mnie chrzcił, a ród — droga!
— Macie paszport, metrykę, papiery?
— Poco? Pokotynkę policya zna. Z sołdatami przyszła, i tu ją rzucili, bo zdychać miała. A no, nie zdechła — i została na rynku w Oranach. Trzy lata się walała, co psy jadły, to zjadła, gdzie noc zaszła, tam się przespała, jaki łachman kto na śmiecie rzucił, w to się ustroiła. Hulała Pokotynka — oj hulała — a co ludzie z niej uciechy mieli, a jak ją znali. Od pana stanowego i sędziego — do żydowskiego bachora — wszyscy ją znają. Naco Pokotynce papiery. Do poboru nie pójdzie, w kościele nie potrzebna, do ostrogu nie wezmą, bo nie kradnie, podatku z czego płacić nie ma, — mówiła, śmiejąc się. Z za purpurowych warg błyskały zęby śnieżnej białości, na śniadą twarz wystąpił rumieniec, tylko oczy były dzikie, ponure, i błyskały złowieszczo.
— Od jak dawna mieszkasz ze Szczepańskim?
— Od roku.
— Czy Jasiński ciebie od dawna zna?
— Pokotynkę każdy zna.
— Byłaś jego kochanką?
Roześmiała się.
— Przeszłego lata spotkał mnie na drodze z lasu, grzybów koszyk niosłam. Dogonił koniem, pletnią po plecach ściągnął, grzyby odebrał i wyrzucił w błoto, a koszyk cisnął het — w rzekę, a mnie przed sobą gnał aż do miasteczka. Myślał, żem ukradła grzyby, nie wiedział, że mnie posłała sama pani Bielakowa. Potem w same Zaduszki z psami jechał do lasu, a ja w rowie leżałam, w liściach. Psy mnie ostąpiły, on je żartami podjudzał, tom się zwlekła, i poszłam w krzaki, a psy, że mnie znały, nie zechciały szarpać. Pokotynkę by taki panicz brał za kochankę!
— Przecie zaczepił ciebie przed tygodniem w sklepie Mejłacha.
— Ale! — znowu się zaśmiała. — Nawet memu panu trzy ruble za mnie dawał. Takci Pokotynka podrożała przez ten rok.
— I z twojej racyi się pokłócili.
— Ale — chciał mego pana kijem ściągnąć. Łaska Boska, że pijany nie był mocno wtedy mój pan. Tak się rozeszli, ale ja kijem dostałam potem.
— Jakto? Od kogo?
— Ano, od mego pana.
— Bił ciebie?
— Któż miał bić?
— Jeśli się źle z tobą obchodził, dlaczegoś nie odeszła?
Kobieta popatrzyła chwilkę na niego, oczy jej się zmieniły, poruszyła ustami, ale nic nie rzekła, tylko wzruszyła ramionami.
— Opowiedz wczorajszy dzień. Czy Szczepański odgrażał się tymi czasy na Jasińskiego?
— Za co miął się odgrażać? Raniutko poszedł w las tropić Seredę, i tyłem go widziała.
— Mówił co z tobą wychodząc?
— Kazał drew przywieźć i zemleć żyta na chleb. Zaraz też klacz zaprzęgłam i pojechałam w las. Wróciłam nad wieczorem, bo trzeba było susz ściągać i ładować na furę. Wieczorem w żarnach mełłam, jak przykazał, i z wieczerzą czekałam. Tak-ci noc zeszła. Świtaniem pan Bielak konno przyjechał.
— Pan Bielak? — zdziwił się sędzia.
— On sam — i powiada: Szczepański dziś w nocy po pijanemu zabił Jasińskiego, już tu nie wróci. Zabieraj co twoje, i idź precz, bo tu zjedzie zaraz Nowicki, żeby ciebie tu nie było do wieczora. Powiadam, mojego tu nic niema, ale jest mego pana, a ja mu służę, i pilnować będę. Czy on zabił, czy nie, ja jego sługa, a to jego dobro. Wyłajał mnie, i pojechał.
— I nie dowiadywałaś się, co się dzieje z tym twoim panem?
— Co się miałam dowiadywać. Zabił, pójdzie w katorgę.
— Ona wolała okraść go tymczasem! — dorzucił stanowy. — Opustoszyła kwaterę, ni odzieży, ni bielizny już nie było w kufrze, jakem go odbił.
Kobieta milczała chwilę, wreszcie podniosła oczy.
— Czyjaż to odzież? Wasza? Niech on powie, co z jego dobrem zrobić. Pokotynce nic nie trzeba, nie ukradła nigdy nic. Wy sami wiecie. Zajawił kto na mnie do policyi choć raz kradzież?
— Nu, będziesz się ty jeszcze o swój honor ujmować, ty, ścierko!
Krew buchnęła do twarzy kobiety, zadrżała całem ciałem, otuliła się szczelniej chustą, nasunęła ją na twarz.
— Umiesz pisać?
— Nie! — odparła głucho.
— No, to idź!
— Dokąd?
— Gdzie chcesz.
— To mnie nie zamkną z nim?
— Nie! Wynoś się!
— Toć go wam nie wykradnę. Muszę go spytać, co każe robić ze swem dobrem. Ja-ż sługa.
— Nie twoja rzecz! Marsz!
Uradnik ją wypchnął. Znalazła się na uliczce. Ludzi się snuło dosyć, gapiło się, lub czekało na ganku, wezwanych jako świadków. Obstąpili wnet kobietę, znali ją wszyscy i zaczęli rozpytywać.
— Nie zamknęli ciebie? No, co teraz ze sobą zrobisz? Gdzie się podzieniesz? Już Nowicki do leśniczówki pojechał! Siedm fur rzeczy powiózł. No — gdzie ty pójdziesz?
Pokotynka słuchała tego obojętnie, zapatrzona w wysoki parkan, zamykający szczelnie podwórze na którem znajdował się areszt tymczasowy. Potem zwróciła się do uradnika, który rozparty na ławce, ćmił papierosa, i patrzał z góry na tłum. Usiadła obok niego.
— Czy jego tu długo będą trzymać? — spytała.
— Jutro poprowadzą do powiatu.
— To mi dziś trzeba się do niego dostać?
— Spróbuj! — roześmiał się.
— Ot, ktoś się zlituje i puści. Zapłacę! — mruknęła niewyraźnie. — Na moment wpadnę — muszę!
— Zapłacisz! — szydził. — No, drogo będzie kosztować.
— Dam trzy ruble.
— Czy od Jasińskiego dostałaś?
— Juści nie od was. Puścicie? — szepnęła.
— Idź do dyabła!
— Pójdę! Byłam tam nieraz.
Zmieszała się z tłumem. Zaczepił ją żyd o krowy Szczepańskiego — potem chłop o klacz. Poszli we troje na rynek, po chwili zebrało się jeszcze paru żydów i chłopów — i weszli do jednej z karczem. W alkierzu za szynkową izbą, Pokotynka zasiadła z chłopami, żyd dał parę flaszek wódki i piwa, rozpoczął się traktament.
Na dworze szarzało — nadchodziła na świat bezmiernie długa i bezmiernie ciemna noc listopadowa...
Szczepański w areszcie godzin nie liczył. Leżał na pryczy — zimno było i ciemno. Stróż wieczorem zajrzał — rzucił mu kożuch, który ze dworu przyniesiono, spytał czy głodny. Na odmowną odpowiedź oznajmił, że rano go poprowadzą do powiatowego więzienia — i wyszedł. Więźniowi wszystko było obojętne wobec szalonego bólu głowy i nudności. Chwilami jęczał głucho, to zapadał w omdlenie, czuł, że umiera — i odzyskiwał przytomność, z rozpaczą, że jeszcze cierpi. Nareszcie porwały go straszne wymioty, i po nich tak osłabł, że leżał jak martwy. Ocuciło go wrażenie ciepła, i łyk zimnej wody. Poczuł, że już nie deskę ma pod głową, ale futro kożucha, i że z tą wodą połkniętą życie mu wraca. Otworzył oczy.
W latarce na ziemi tlała łojówka — nad nim klęczała Pokotynka.
— Daj jeszcze wody! — szepnął.
— Może wódki? — spytała.
Wzdrygnął się.
— Otruli mnie wódką. Do ust nie wezmę więcej.
— Herbatę mam ciepłą w butelce.
— To daj.
— Podnieście się trochę.
Dźwignął się. Otuliła go swą chustką, podparła ramieniem, i poiła, zapatrzona w niego.
— Jak cię puścili? — spytał.
— Zapłaciłam.
— Skąd miałaś pieniądze? — rzucił ostro.
— Wasze wzięłam ze skrzyni.
— A papiery?
— Schowałam.
— Dobrze?
— Niech znajdą. Czy wam przynieść?
— Po co? Ja już człowiek umarły.
Kobieta zapłakała.
— Czego plączesz? — mruknął. — Sprzedaj, co jest — i weź pieniądze sobie. Mnie nic nie trzeba.
— Pójdą za wami!
— Ani mi się waż! Pocoś tam potrzebna. Psa mi dopilnuj — pamiętaj. Zbierzesz może dwieście rubli — starczy ci na kilka lat.
Patrzyła nań uparcie, z jakąś tępą rozpaczą.
— I grosza nie wezmę! — rzekła wreszcie. — Sprzedam i pieniądze wam do ostrogu przyniosę. Mnie one niepotrzebne.
— Milcz, kiedy, ci mówię, to słuchaj. Nie potrzebne ci pieniądze — co będziesz robić? Znowu się poniewierać! Ubiję i ciebie!
Potrząsnął ją brutalnie za ramię, nie broniła się, schyliła głowę.
— Ubijcie — macie prawo! — szepnęła przez łzy.
Spojrzał na nią, zmieniła mu się twarz.
— Nie płacz-że — mruknął. — Potem się zaniepokoił znowu, i spytał:
— Dobrześ schowała papiery?
— Bądźcie spokojni. A wiecie, że Bielak był dziś o świcie — i chciał je dostać. Mówił, że wyście go po nie przysłali — obces do kufra lazł.
— Powiedziałaś to na śledztwie?
— Nie.
— Czemu?
— Albo ja wiem. Jak Bielak ich chciał, to możeby i sędzia chciał zobaczyć. Wasze dobro chowałam i zataiłam. A słyszałam jakeście rzekli, że do winy się przyznajecie — więc poco plątać Bielaka i papiery, żeby was więcej dręczyli. Powiedziałam, że Bielak był i kazał mi ze straży się wynosić, boć to się nie utai.
Szczepański się zamyślił.
— On cię jeszcze napastować będzie o te papiery.
— Powiesz, żeś mnie oddała, i zejdź mu z oczu.
— On mnie nie ubije, jak Jasińskiego ubił! — wybuchnęła dzikim szeptem.
Zerwał się wściekły.
— Ty głupia, co prawisz! Ja ci zapowiadam, że jeśli słowo piśniesz żywej duszy o tem, co ci po durnym łbie się plącze — to ja ci zaprzysięgam, żp żywa z moich rąk nie wyjdziesz.
Ale Pokotynka nie zlękła się. Patrzała w jego dziko błyskające oczy, i jej źrenice poczęły się złowieszczo palić.
— Ja wasz pies i własność. Chcecie w katorgę iść — to widać tak trzeba. Nie rzekłam nic i nie rzeknę — pójdziecie — i ja precz pójdę — w świat. Dajecie mi psa i papiery — to wam dochowam. Ale co wiem — to wiem — wiele wiem!
— Co wiesz? Gadaj! — warknął.
— To, co i wy.
Rzucił się ku niej, i zdławił za gardło.
— Czytałaś, bestyo, papiery. Ostatnia twoja godzina!
Potrząsnął głową, upadła na wznak. Poczęła się bronić rozpacznie. Dławił ją, oszalały.
Możeby zabił, ale wpadł do aresztu chłop wartownik, i porwał Szczepańskiego za ramiona, odciągnął, szamotał się z nim — rzuciwszy kobiecie:
— Idź won! Zarobiłaś. Bodaj cię choroba!
Towarzysz jego ukazał się z kijem, i wypędził — potem zabrali wódkę, którą przyniosła — zagasili łojówkę — wyszli, i zaryglowali drzwi.
Pokotynka wyrzucona za furtkę na uliczkę, usiadła przy parkanie, skuliła się z niefrasobliwością włóczęgi — czekała świtu. — Noc była tak czarna, że nie było sposobu odnaleźć drogi. Po chwili, coś się zbliżyło do niej — wyciągnęła rękę — namacała łeb psa, i przygarnęła go do siebie — i tak we dwoje pozostali.
Pies zasnął — ona rozmyślała, co ze sobą zrobi — gdy ten jej „pan.“ nie pozwolił iść za sobą.
Poszłaby za nim razem z tym psem, ale gdy zabronił, to już wiedziała, że słowa nie zmieni, odpędzi ją. A jakby chętnie szła, aż do powiatowego więzienia, a potem — po wyroku — na kraj świata — byle z nim! W zatracenie, w śmierć — byle z nim! Taką zapamiętałą była całe życie. Miała szesnaście lat, gdy się rozmiłowała w Hipku Łabędzkim — z Bud Mazurskich — w ich okolicy! Jedynaczką była u ojców — mieli własny folwarczek — ojciec jej honorny szlachcic, był pan Feliks Kałaur — i chował Magdusię dla lepszego jak Hipek Łabędzki, który pracować nie lubił, z fuzyjką po cudzych borach kłusował, upijał się, burdy wszczynał o byle co — i tylko z rozpusty sławny był.
Ale Magda innemi oczami patrzała na chłopaka. Ładny był, wesół, zuchwały, cudnie śpiewał, a jak tańczył, a jak wśród młodzieży rej wodził, a jak za nim latały dziewczęta.
A on ino za Magdusią oczami wodził i za nią chodził, i słodkie słowa gadał, i smętne pieśni śpiewał, aż się rozkochała w nim na umor. Gdy stary Kałaur to spostrzegł, począł strofować, wreszcie bić. Nie było rady.
Dziewczyna oszalała ze szczętem. Stała się pośmiewiskiem okolicy, w domu miała piekło, Hipek nawet wreszcie z niej żartował — nie dbała o nic — miłowała go tak okrutnie. Aż, gdy plotek i gawęd i wstydu przebrała się miara, stary Kałaur skatował ją — i precz z domu wygonił. Dziewczyna nawet nie zapłakała — poszła do Bud Mazurskich, do Hipka. Łabędzcy biedni byli i obarczeni dziećmi — radziby byli posażnej synowej — ale Kałaur zapowiedział, że folwarczek sprzeda — i grosza łajdaczce nieda. Groził procesem, bo i małoletnią jeszcze była.
Więc przyjęli ją niechętnie, i złajali Hipka. Dziewczyna zniosła i to. Żniwa właśnie były — poszła do roboty z sierpem — pracowała im jak wyrobnica — byle być bliżej ukochanego.
Nie czuła, że i jemu poczyna się przykrzeć — ciężyć, zawadzać. Drwili z niego koledzy, drwiły dziewczęta, napastliwe, gwałtowne kochanie — już mu też się sprzykrzyło i spowszechniało.
Do jesieni tak trwało — do rekruckiego poboru, Hipek zły numer wyciągnął — wzięto go. Gdy się stary Kałaur o tem dowiedział — spodziewał się, że Magda wróci — naszykował rzemień, ale gotów był przecież darować i przyjąć napowrót szaloną.
Tymczasem Magda poszła za Hipkiem.
Wtedy stary ją przeklął — i zaprzysiągł, że gdyby konała mu pod progiem, zmiłowania już i litości nie dostanie. Ale o Magdzie wieść przepadła. Wtedy to wojsko stało w Oranach — i za partyą rekrutów ona przyszła.
Jak szła, czem żyła, ile nędzy zniosła — tego nie pamiętała. Dobrze jej było — bo za Hipkiem szła. Była wtedy nadzwyczaj urodziwa, każdy się za nią obejrzał — każdy zaczepił. Oficerowie ofiarowali pieniądze, rzucała je im w oczy — żołnierze napastowali zuchwale, odtrącała ich — miłowała bo swego chłopaka jako duszą — poza nim świat i życie nie istniało.
A Hipek już wcale o nią nie dbał, poniewierał i łajał — chciał pieniędzy na hulankę — pędził ją do roboty, zabierał każdy zarobiony grosz — namawiał ją do kradzieży i rozpusty.
Kraść — możeby i namówił wreszcie — ale w owe czasy przyczepił się do niej feldfebel, łaził za nią, wabił i nęcił:
— Ty, głupia — mówił. — Żydom bieliznę pierzesz, głodem umrzesz, Łabędzkiemu wszystko, co zarobisz, oddajesz, a on przepija z Mereczanką.
— Łżesz!
— Idź do Mejłacha wieczorem, to zobaczysz.
Mereczanka była bogata mieszczanka, wdowa, u Mejłacha za sklepem w alkierzu poiła i ugaszczała ładnych chłopców. Nie wpuszczono tam Magdy, ale zajrzała oknem — ujrzała Hipka — całował i obejmował tamtą — więc oszalała zazdrością, wybiła szybę i ugodziła Mereczankę kamieniem. Powstał popłoch. Żydzi zdarli z niej chustkę i kaftan za rozbitą szybę, a pijany Hipek — skatował ją, w błoto butami wdeptał — zbił, zabiłby może, gdyby go gawiedź nie oderwała od ofiary. Ale razy te, obelgi, błoto — zabiły w Magdzie duszę i czucie. Wpół martwą zabrał feldfebel, a po tygodniu już przyrosło do niej urągliwe przezwisko — rzucone przez ulicznego dowcipnisia — stała się Pokotynką. Z wiosną żołnierze opuścili Orany, i nie wrócili na zimowe leże, bo miejscowość i koszary były niezdrowe — i została po nich tylko ta kobieta włóczęga i rozpustnica — wszystkich własność — i niczyja.
Ulica, rynek, szynk, to był dom Pokotynki, cała jej majętność jaskrawe łachmany i uroda. Żyła tak lat parę, aż ją na samo dno nędzy i niedoli strąciła choroba. Było to owej późnej jesieni, gdy ją w borze Jasiński spotkał i poszczuł psami. Chorą odstąpili wszyscy, nikt jej nie chciał, nie miała siły śmiać się i bawić gości Zelmana szynkarza, u którego mieszkała. Wyrzucili ją tedy do chlewu. Leżała w kącie za drzewem — na kupie śmieci, ale widząc, że już ledwie dysze, zlękli się żydzi, że tam u nich zamrze, napadli z wymysłami i łajaniem, kazali iść precz. — Zwlekła się niewiadomo jaką siłą — i poszła szukać schronienia, po innych znajomych. Wypędzano ją zewsząd. Jesień była późna, deszcz mżył — ruszyła przed siebie — na oślep, bezmyślnie, jak zwierzę, które szuka ustronnego kąta, by zwinąć się i zdechnąć.
Taką — poszczuł psami Jasiński — na skraju lasu, ale dalej nie prześladował, przekonawszy się, że wygląda szpetnie, i jest brudna jak ścierka. Zresztą i psy jej szarpać nie chciały — i zostawiły skuloną pod świerkowym wywrotem. Dalej iść już nie mogła. Czekała apatycznie nocy — i śmierci.
Tam ją zwęszył pies Szczepańskiego, i szczekaniem sprowadził swego pana. Wczesny ranek był — noc minęła — śmierć nie przyszła, ale i życia już mało było w nędzarce. Znał ją Szczepański, chociaż nigdy nie zaczepiał i nawet nie zagadał. Myślał zrazu, że zabłądziła po pijanemu, wracając z jakiejś hulanki, trącił chcąc zbudzić. Ale gdy spojrzał na jej twarz zczerniałą od gorączki, na oczy nieprzytomne, spytał, co jej jest? Nie mogła odpowiedzieć, nie mogła się poruszyć, nie pojmowała nic. Pomyślał chwilę, a potem wziął ją na ręce — i zaniósł do swej leśniczówki. Ciężała mu jak ołów, musiał często odpoczywać, i wątpił, czy żywą doniesie. — Deszcz padał zimny, przenikliwy, wicher przejmował chłodem do kości, a on potem był zlany — i dyszał — tak było ciężko dźwigać to martwiejące ciało. Dobrnął przecie. Położył ją na swem posłaniu, rozebrał ze szmat przemokłych, okrył ciepło, napoił gorącą herbatą, i zostawiwszy pod opieką psa — pojechał do miasteczka po doktora.
Ale lekarz był na imieninach u Bielaka, więc się Szczepański nie ośmielił go wzywać do Pokotynki — i przywiózł ze sobą Icka felczera. Zyd obejrzał chorą, otrzepał ręce, zbladł ze strachu i uciekł do sieni, wymyślając bez ceremonii.
— Co waćpan sobie myślisz! To jest rozbójstwo, wieźć mnie do takiej choroby. Co to? Czy ja doktór. To jest tyfus — taki czarny, śmiertelny! Ona sobie umrze za mały czas! Tu niema żaden ratunek, a ja mam żonę i dziecki! Waćpan chcesz zarazy naprowadzić na całe miasto — przez tę parszywą babę! Ja pana zaskarżę do policyi. Co to! Jakto! Czemu waćpan nie gadał — poco mnie wiezie! To jest gwałt, jaby i za pięć rubli nie pojechał. Ja potrzebuję zaraz wracać, ja tu i moment nie zostanę.
Pomimo słoty uciekł piechotą. Dogonił go Szczepański, odwiózł, opłacił, i uprosił przynajmniej o radę. Żyd go do domu nie wpuścił, ale dał jakieś proszki, i zapewnienie, że nic nie pomogą. Z tem wrócił do leśniczówki. Mieszkał zupełnie sam — nie miał nawet sługi, wychodził co rana na służbę — zostawiał chorą bez żadnej opieki, w zamkniętym na klucz domu, i codzień wracając o zmroku pewny był, że trupa zastanie.
Ale żyła uparcie. Bezprzytomna, spalona gorączką, bez pokarmu i napoju, — żyła dnie, przeżyła tydzień. Całe długie wieczory i noce spędzał nad nią, dziwiąc się niesłychanej tej mocy. Miała żywotność polnego chwastu. Dawał jej proszki Icka, herbatę, mleko, kładł na głowę chusty zmoczone w wodzie, zresztą nic nie wiedział co czynić, i nie śmiał wezwać doktora, po panice i pogróżkach felczera o policyi i zarazie.
Po tygodniu, wróciwszy wieczorem do domu — myślał, że umarła — chłodna była, nieruchoma, bez tchnienia. Usiadł tedy u komina, i rozmyślał, że przecie musi dać wiedzieć do władzy, i zająć się pogrzebem. Wyrzekał w duchu, że ją znalazł i zabrał, że napróżno mordował się tyle nocy, że się przez to narazi na zetknięcie z ludźmi, i policyą.
— Żeby ją tak cichaczem, po nocy w lesie zakopać — pomyślał. — O Pokotynkę nikt się nie upomni — nikt się nie zatroszczy, gdzie przepadła!
Gdy tak rozmyślał, pies zgłodniały węszył po izbie, szukał pożywienia. Potrącił miskę na ławie, spadła na ziemię i rozbiła się z hałasem. Szczepański fuknął na psa, ale gdy zwierzę przypadło mu do nóg, dobył chleb z szafy i począł go karmić.
— Głodnyś, prawda! Zapomniałem! — zamruczał łagodnie. — Na Pokotynkę nie spojrzał, a ona na ten hałas tłuczonej gliny ocknęła się, wzdrygnęła 1 otworzyła oczy. Obejrzała się, nie wiedziała gdzie jest — wpatrzyła się w człowieka — nie znała go.
Płomień ogniska był całem oświetleniem izby, a w głowie jej było jeszcze wiele śmiertelnych mroków i chorobliwych poczwar maligny.
Człowiek karmił psa — i ona poczuła głód.
— Oj — jeść trochę! — szepnęła.
Człowiek się obejrzał i zerwał. Nie rzekł nic, tylko się uśmiechnął, zbliżył się do niej i rękę położył na głowie.
— Może to być! Żyje! — szepnął z radosnem zdumieniem.
— Gdzie ja? Kto wy? — spytała, budząc się eoraz bardziej.
Zakrzątał się, przygrzał mleka i napoił ją.
Zaraz potem zasnęła znowu i obudziła się nazajutrz zdrowa, głodna, słaba, ale przytomna.
Przez tydzień tylko jadła, piła i spała, zupełnie niedołężna. Szczepański karmił ją i poił, jak dziecko, przynosił jej z miasteczka bułki, kupował mięso i wino, spełniał wszelkie posługi. Gdy się zwlekła z posłania, znalazła świeżą bieliznę i odzież — popalił jej łachmany i pościel, wychodząc na służbę zostawiał jej ugotowaną strawę w garnkach, a wracając, uśmiechał się, że wszystko spożyła.
Mało co mówił zresztą. Poznała go, gdy zupełnie oprzytomniała, a na zapytanie, jak się tu znalazła, odpowiedział krótko:
— Pies cię zwęszył w borze. Zabrałem. Tyfus miałaś.
— I pan mnie zabrał! — szepnęła, głową trzęsąc.
— Ładne dziwo! — zamruczał.
— Jasiński psami szczuł. Już teraz wszystko pamiętam! Ja, Pokotynka, pan wie?
— Wiem.
— Ja zaraz sobie pójdę, jak tylko siły zbiorę. Oj, Boże, Boże. Pan się mnie ulitował!
— Chcesz, idź — chcesz, zostań! Pókiś chora i słaba to nie puszczę. Potem, rób swoją wolą. Zima idzie — siedź, dopóki zechcesz!
Kobieta nie umiała nic rzec, tylko zapłakała. Wracała do sił i zdrowia nadzwyczaj prędko. Syta była, spokojna, w cieple i wypoczynku. Po dwóch tygodniach już warzyła, i krzątała się po domu, już doiła krowę i nosiła wodę i drzewo.
Nie mówili do siebie prawie. — Pokotynka, tak ze wszystkimi bezczelna, zuchwała, cyniczna — wobec niego czuła lęk i wstyd — on z natury był małomówny — zdziczony samotnością. Przez cały dzień w borze o tyle się odzywał, o ile miał rozkazy do dawania, lub kwestye z chłopami do załatwienia. Wieczorem mówił do psa, czytał, lub rozmyślał wpatrzony w żar ogniska. Leśniczówka składała się z dwóch izb i kuchni — w całem obejściu, oprócz ich dwojga nie było nikogo — pusto było i cicho — wieczory rozciągały się w nieskończoność, wokoło wicher szumiał po odwiecznych sosnach i sowy piszczały. Teraz co wieczór, wracając ze służby Szczepański spoglądał, czy dymi się z komina — był pewny, że przyjdzie dzień, że zastanie dom pusty. — Pokotynkę natura pociągnie do ludzi.
Ale czas płynął — kobieta nie odchodziła. Zastawał w domu porządek i ład, tylko codzień uważał, że na wstępie przelękniona była, niespokojna, wyczekująca pierwszego słowa.
— Był kto? — pytał, rozbierając się z kożucha.
Tedy z odetchnieniem ulgi opowiadała sprawy dzienne i zaczynała się krzątać, usługiwać mu.
Już się rozgospodarzyła w osadzie. Karmiła krowy i konia, przywoziła siano ze stogu, drwa z lasu, pracowała za parobka i służącą.
Trwało tak przeszło miesiąc. Pewnego dnia Bielak po rewizyi sągów wstąpił do leśniczówki. — Zmarznięci obaj byli i przemokli. Bielak poprosił wódki, i coś do przegryzienia i rozsiadł się w przedniej izbie.
— Ciepło i schludnie u pana, jakbyś się ożenił! — zaśmiał się. — Prawda to, co ludzie gadają, że Pokotynkę trzymasz! Toś niewybredny!
— Chwali pan przecie porządek! — odparł — Szczepański i wyszedł do kuchni.
— Daj wódki, kiełbasy i chleba — rozkazał.
— Może pan sam wyniesie, ja się nie pokażę — odpowiedziała. — Wstyd panu uczynię.
— Jaki? U mnie żyjesz i pracujesz — u siebie jesteś. Ąlem jeszcze nie spytał, jak ci na imię, żebym zawołać mógł.
— Jaż Pokotynka.
— U mnie Pokotynką się zwać nie będziesz. Jakże ci? — prędzej.
— Magda! — szepnęła, drżąc cała.
Nic więcej nie rzekł i wyszedł. A ona krzątając się, dygotała z jakiegoś lęku, czy szczęśliwości i leciały jej gradem łzy z oczu.
Ledwie się opamiętała i pohamowała, ale bez tchu, tak jej waliło serce — Weszła da izby i poczęła usługiwać.
— Jak się masz, Pokotynka! — ozwał się do niej Bielak — niezłą dostałaś zimowlę.
Myślał, że go w rękę pocałuje, ale kobieta nagle zhardziała — czuła się u siebie.
— Dobrze mi, byleby zdrowie! — odparła poważnie i zwróciła się do Szczepańskiego:
— Obiadu pan jeszcze nie jadł. Można podać?
— Potem! Psa nakarm przedewszystkiem.
— Już śpi — syty.
Wyszła i czekała w kuchni owego zawołania, po imieniu, a serce jej się tłukło, aż bolało.
— Magda!
Poskoczyła. Do nóg by mu runęła, ale nie śmiała, tylko patrzała nań przez łzy — jakby tem nazwaniem odkupił ją z niewoli — wrócił człowieczeństwo.
— Herbaty nam podaj! — rozkazał.
Późno w noc Bielak odjechał. Słychać było z kuchni, że się sprzeczali na rozstaniu, i siadając na koń rządca rzekł:
— Pana obowiązek był sągi zrąbać i mnie zdać. Dalej ja nimi dysponuję. Rozumie pan. Ja tu gospodarz — a źle z tem panu — wolna droga do Mohilewa. Tam pana znają!
Roześmiał się szyderczo, a Szczepański zmilkł, zawrócił do izby — i resztę nocy chodził z kąta w kąt, jak zwierz w klatce, a następnych dni parę nie tknął jadła, i nawet do psa nie zagadał.
Kobieta śledziła go — ale nie śmiała zagadnąć.
Wielkie śniegi spadły na ziemię, leśniczówka zasypana była — jeszcze bardziej od świata odcięta; obchód lasu mozolny był, ale Szczepański wychodził o świcie — wracał o zmroku.
Trzeciego dnia odważyła się odezwać:
— Bez strawy pan od środy!
— Co tobie do tego. Psa nakarm! mruknął..
— Ryby nawarzyłam! Chleb świeży! — rzekła.
— Sprzątaj i wynoś się do licha! — krzyknął.
Zgarbiła się, zadygotała, ale nie spełniła rozkazu i po chwili poczęła znowu nieśmiało:
— Pozwoli pan buty ściągnąć. Trzeci dzień ozuty!
Spojrzał na nią ponuro.
— Czegoś się do mnie dziś uczepiła!
— Toć pan zachoruje z głodu i męki. Choć kubek mleka ciepłego proszę wypić! — błagała i łzy jej leciały z oczu.
Patrzał na nią, patrzał, wreszcie rzekł:
— A no — daj mleka!
Wypił pierwszy kubek niechętnie, drugi już przegryzł chlebem, nie bronił jej ściągnąć przemokłe buty i zagadał do niej:
— Pojedziesz jutro do dworu z workami po ordynaryą do prowentu. Nie zapomnij wziąść książki służbowej. Sanie ci rankiem narządzę.
— Jużem narządziła. Może pan pozwoli wstąpić do miasteczka po naftę i sól?
Wstał, otworzył kuferek, wydobył skórzany woreczek i dal jej rubla.
— Dosyć ci będzie?
— Wcale mi nie trzeba. Ryby dziś nałapałam cały kosz w przerębli. Kupię co potrzeba — i jeszcze parę złotych zostanie.
— Ryba twoja, a rubla weź. Wódki mi też przywieź!
Ucieszyła się widocznie.
— To mi wolno rybę sprzedać dla siebie?
— Głupiaś. Jeśli ci co trzeba, toć służysz tutaj. Możesz wziąść pensyą. Ile chcesz?
— Oj, panie, długo mi jeszcze odsługiwać za pana dobro. Co mi trzeba? O Jezu! Żeby mnie pan nie wygonił.
— Głupiaś. Prędzej ty uciekniesz z nudy, jak ja ciebie wygonię. I tak mnie dziwno, że tyle czasu siedzisz.
— Tyle czasu! Żeby tak do śmierci tu być.
— Dur na ciebie napadł! — ruszył ramionami.
— Oj panie — a toć tu jak w raju.
Popatrzał na nią, skuloną u komina. Wycierała tłuszczem buty.
— Dobrze ci?
— Tak dobrze, że i nie wypowiedzieć. Żeby ino pan nie wypędził.
— Póki zechcesz — będziesz. Dajno jeszcze jeść!
I zjadł za trzy dni, a potem spał jak kamień.
Pokotynka zostawiła go śpiącego nazajutrz rano — i ruszyła raz pierwszy od jesieni między ludzi. Jechała saniami — jakby jaka pani — miała rybę na sprzedaż, pieniądze w węzełku, książkę służbową swego pana w zanadrzu, czuła się tak dumną, jak nigdy w życiu.
Zajechała do Mejłacha, dała po gospodarsku torbę z obrokiem klaczy, nakryła ją derką, i rozpoczęła handel i targ. Zbiegło się kilka tuzinów żydziaków i gapiów na takie widowisko, ten i ów zaczepił po dawnemu kobietę i przekonał się, że pięść miała twardą — odmówiła nawet pogardliwie zaprosinom na poczęstunek do Zelmana, i propozycyom znanej faktorki Lejbowej — żeby przyjęła służbę u bogatego mieszczanina Szachny, który przed miesiącem owdowiał. Nie, nie chciała ni wódki, ni zabawy, ni perspektywy zamęźcia lub panowania u Szachny — chciała jak najprędzej wrócić „do siebie“.
We dworze pisarz prowentowy, młody Szymański, począł z nią żarty stroić; zwlekał z wydaniem zboża, ciągnął ją do swej stancyi.
— Jak będzie zboże na furze, to wstąpię! — obiecała.
Ale gdy worki były pełne, zacięła klacz, i uciekła, i gnała z powrotem, śpiewając i śmiejąc się z uciechy.
— Wróciłaś? — rzekł do niej Szczepański — gdy przyszedł o zmroku, i wstąpił wprost do kuchni.
— Zaraz po południu. Byłabym wcześniej, ale we dworze Szymański mitrężył!
— Myślałem, że do jutra nie wrócisz, albo i wcale nie. Co to? Lnu dostałaś? Poco?
— Kupiłam za rybę. Prząść będę! — zaśmiała się raz pierwszy. Na drugą jesień swój będzie. Zagonów dziesięć posieję w ogrodzie. Na okolicę nie bywało lnu i płótna takiego, jak u nas.
— Gdzieto? U was?
— Oj daleko — u ojców. My szlachta w samodziałach tam chodzimy. Umiem i wełnianki tkać wzorzyste i kilimki. Zobaczy pan.
— Toś ze szlachty? Rodzinę masz?
— Jednam była u ojców. Jużci tam nie wrócę! Sposępniała, i dodała ciszej:
— Jak tak daleko się odbijesz — to już nazad nie trafisz. Jużci i nie chcę wracać!
Potrząsnęła głową, jakby odganiała myśli — i poczęła się krzątać u komina, a on się zadumał posępnie.
Miała tedy Pokotynka len, i przędła go w nic jak pajęczyny cienkie i długie, i zrazu cicho i nieśmiało nuciła przy robocie tęskne pieśni stare, przechowane od wieków po zaściankach.
Śpiewała w kuchni wieczorem, urywając ilekroć jej gospodarz się poruszył w swem mieszkaniu.
Ale on sobie tego nie przykrzył, owszem rad słuchał, i do tego doszło, że zachodził do kuchni i kazał jej śpiewać, i siadywał na ławie, paląc papierosy — ukołysany smętną melodyą.
Tak przeżyli zimę. Byłoby szczęście, ino jak zmora przychodziły złe dni na Szczepańskiego.
Ilekroć jechał do dworu, lub Bielak był w lesie, nastawały paroksyzmy choroby.
Poznała to rychło Pokotynka. Ze dworu wracał Szczepański zwykle pijany, po bytności Bielaka jak zwierz dziki się miotał — nie jadł, nie spał — pił wódkę do utraty pamięci. Jednakże nigdy jej nie ukrzywdził, ani złego słowa nie rzekł.
Bardzo ją też zdziwiło, gdy pewnego dnia przyjechała do leśniczówki Bielakowa. Szczepański przyjął ją w swej stancyi — zabawiła godzinę, mówili bardzo cicho — była bez furmana, i pojechała dalej w las na spacer. Powtórzyły się te odwiedziny i Szczepański rzekł pewnego dnia, gdy ją odprowadził — do Pokotynki:
— Wiesz ty, kto to był?
— Nie wiem, panie, czy kto był! — odparła.
— To dobrze. Jak słowo piśniesz, to będzie źle z tobą. Pamiętaj!
Dziwny uśmiech przeleciał po jej twarzy.
— Czego się śmiejesz! — zawołał ostro.
— Śmieję się, że mi pan grozi. Nie może pan nic złego zrobić.
— Myślisz? Nie próbuj!
Zapałały jej oczy i policzki nabiegły krwią.
Odwróciła się, i wyszła prędko. Gdy mu podawała wieczerzę, jeszcze raz rzecz zagaił:
— Słuchaj — ze mną nie żartuj! Nie chcę tobie nic złego zrobić — ale raczej, idź stąd precz — jakbyś miała moją złość poznać.
— Alboż pan zły, dola pańska zła! — odparła. — O mnie niech się pan nie boi, nie zdradzi pana Łyska — ani ja. Jednakie my dwoje!
Nadeszła wiosna. Pokotynka rzuciła się zajadle do roboty. Ogród był duży przy leśniczówce, ale go Szczepański nie uprawiał, bodiakami porósł. Kobieta wydarła go i wykarczowała, skopała i zasiała. Pracowała za dziesięciu, nie ludzkie, a olbrzymie miała siły. Zrywała się do roboty o szarym świcie, nie próżnowała nawet w święto. Szczepański patrzał na nią z podziwem.
— I poco ty się tak zamęczasz? — spytał raz.
— Oj, panie, mnie tak dobrze! — odparła, ocierając pot z czoła. — Nie milej wam teraz spojrzeć po zagrodzie?
Obejrzała się wokoło. Szeroką obręczą osadę las czarny otaczał, droga szła pod chatą w głąb puszczy — a opodal struga się sączyła z gęstwiny w ługi Horyniowe — obrosła gęsto olszyną.
— Cudnie tu — cicho! — Jużem obsiała wszystkie zagony — boć i wiosnę dał Bóg słodką i wesołą — śpiewająco robota szła.
— Jutro niedziela. Pójdź do miasteczka, kup sobie przyodziewek, buty, zabaw się! Toć jak koń harujesz. Zmordowana być musisz do cna.
— Mocy mi przybyło tylko! — zaśmiała się. Zabrała swe narzędzia i poszła do chaty. Wieczór zachodził cichy i wonny — czeremszyny kwitły, słowiki zawodziły po krzakach, z łąk grały żabie kapele i chóry ptaków błotnych. Szczepański pozostał na ławie przed chatą. Kobieta krzątała się po domui słychać było jej śpiew tęskny:

Czy ja w ługu nie kalina była
Czy ja krasnych korali nie nosiła
Wzięli mnie — porąbali
Po gościńcu rozsypali
Czarna dola moja, ciężka dola moja.

Podała mu przed chatą wieczerzę, i stanęła we drzwiach, czekając na rozkazy. Tedy rzekł:
— Siądź i ty — jedz!
— Z panem! Bodajże! Mnie z Łyską dobrze!
— Siadaj! Mam cię prosić może? Królewna!
Krzyknął tak groźnie, że usłuchała. Przyniosła sobie zydelek i łyżkę, i jadła pospołu.
Wtem zaturkotało coś na drodze — porwała się.
— Nie waż się ruszyć — rzekł, oglądając się. — Czego się boisz? U siebie jesteś! Siedź i jedz!
Pod furtkę zajechał dworski dozorca z kartką od Bielaka. Popatrzał na Pokotynkę, ale słowa nie rzekł, bo ze Szczepańskim nikt nie śmiał żartować. Oddał kartkę, nadleśny przeczytał.
— Toki się już kończą. O głuszcach ani mowy — cietrzewi może jeszcze co ubiję! A raki? Skąd? Czy ja rybak pana Bielaka?
— Mejłach zawsze dostaje tu raków setki.
— To ty, Magda, nimi handlujesz?
— A ja. — Tam za naszym hatem pełno jest.
— Masz co złapanych?
— Skąd? Chyba teraz pójdą!
— To na jutrzejsze imieniny panny Jasińskiej taki gwałt — rzekł dozorca ze zjadliwym uśmiechem. — Smaruje ich Bielak miodem, a utopiłby w łyżce wody.
Usiadł na ławce, obejrzał się.
— Aleś pan sobie wypucował obejście! Aź pachnie, tak czysto i aligancko. A jużci warzywa to będą na pokaz, tak się biorą. Zundel rzeźnik gada, że ma pan jałówkę dwumiesięczną, za którą dawał piętnaście rubli. Chyba, łże.
— Dawał ci? — spytał Szczepański Pokotynki.
— Jużci. Jeszcze na Zwiastowanie. Teraz nieboga schudła, bo obsadzona.
— Pokaż jąl Ja od zimy nawet do obory nie zaglądałem.
Pokotynka skoczyła na podwórze i przyprowadziła cielaka, pasąc go po drodze chlebem i głaszcząc. Szło zwierzę za nią jak pies, a było istotnie na pokaz utrzymane.
Prosto lanszaft! — zdecydował zachwycony dozorca, a gdy kobieta zabrała je z powrotem do obórki, rzekł:
— Jednakowoż osobliwość. Toć na żadnej służbie Pokotynka i miesiąca nie wytrwała. Albo ją wygonili, albo sama uciekła. Była ci i u nas dwa tygodnie, ale nie wytrzymała. A ot u pana się trzyma! Co ją pan płaci?
— Nic. Siedzi z ochoty.
Dozorca się roześmiał. Szczepański spojrzaj mu w oczy.
— Nikt jej tu w borze nie sponiewierał, ani się z nią bawił, ani słowem do roboty naganiał. U was hulała — u mnie pracuje.
— Cudotwórca z pana! — niedowierzająco mruknął dozorca i jął oglądać kobietę, sprzątającą statki po wieczerzy.
— Bestya przystojna jak łania. Oj — nie utrzyma jej pan długo — chyba do pierwszego jarmarku. Przezimowała, odpasła się — drapnie w świat. Zobaczy pan:
Szczepański ramionami ruszył.
— Nie niewolę jej. Niech idzie!
Nazajutrz wyprawił ją do miasteczka, kazał odnieść do dworu raki i parę cietrzewi, dał dziesięć rubli na przyodziewek i buty — sam pozostał w domu, i po całonocnem polowaniu — zasnął jak kamień. Obudził się po południu, ubrał się — i poszedł powoli drogą ku miasteczku. Nie spodziewał się jej przed wieczorem, a może wcale. Wiosna bo była.
W powietrzu, w wodzie, na ziemi, wszystko kipiało, dyszało szałem odrodzenia, żądzy życia i użycia. Wściekła siła przyrody pulsowała w drzewie i w trawie — w każdem stworzeniu. Po łąkach wabiły się czajki i kaczki, w powietrzu wabiły się skowronki, źdźbło każde goniło ku słońcu, by zakwitnąć, a każdy śpiew, szmer, brzęk owadu, plusk w wodzie, był akordem, nutą jednej pieśni: „pożądam, pragnę, kocham“. Szczepański szedł ku miasteczku. Widział je w dole nad rzeką — i myślał, że po szynkach teraz pełno — i pełno po wszelkich krzakach, opłotkach, ogródkach. Piją, śpiewają, grają — i szaleją.
Wtem, daleko na drodze ktoś śpiewać począł. Przystanął i słuchał zdumiony — to Pokotynka już wracała. Poznała go z daleka, przyśpieszyła kroku, i powitała radosnym uśmiechem.
— Pan pewnie głodny. Zabawiłam bardzo duży czas.
— Chciałem cię rzemieniem wygnać z szynku do domu.
— Doprawdy! Oj — czemuż ja nie czekałam, głupia.
— Czego?
— Batoga pańskiego. Byłabym bezpieczna, że pan mnie do siebie goni, a nie rad się pozbyć.
— Takci myślisz. Za cóżbym cię precz gonił. Gdzieżeś się włóczyła tyli czas?
— Byłam we dworze. Skręt tam, muzyka, goście, pani Bielakowa swarzyła się z mężem o tę zwierzynę, gadali po francusku — ona potem krzyczała, że mnie psami poszczuje, on mi dał rubla, i kazał nieść raki i cietrzewie do panny Jasińskiej.
— Pocoś brała rubla! — krzyknął.
— Od Bielaka jabym wzięła? — żachnęła się. — I do Jasińskich nie poszłam — oddałam Stefanowi, furmanowi — on poniósł.
— To dobrze!
— W miasteczku, zda się, tylko moment bawiłam, a z dziesięciu rubli, to ot — tylko jedenaście złotych zostało.
— Lejbowa cię nie zaczepiała?
— Kogoby ona nie zaczepiała.
— Do Jasińskiego?
— Skąd pan wie? Ona nie mówiła wyraźnie, tylko chwaliła, że ma służbę lekką i wesołą, i pięćdziesiąt rubli dostać mogę.
— Cóżeś rzekła?
— Ano, że jak pan mnie wygoni, to do niej się zgłoszę.
— To idź choć zaraz! — Czy ja cię gwałtem trzymam? Przezimowałaś — idź do ludzi, na lato.
Spojrzała nań przerażona, tchu jej zabrakło z lęku i zgrozy.
— Panie, sokole, nie wyganiajcie mnie od siebie — wyjąkała rozpacznie.
— Ja ci nie dam ani pięćdziesięciu rubli, ani lekkiej służby, ani wesołości. Kiedy ci się lepiej trafia, to idź! Będziesz mi potem wymawiać, żem ci dolę popsuł! Poco mi to!
— Ja od pana pójdę chyba na stryczek, albo w Horyń pod most.
— Zdurzałaś!
— Nie, panie. Dur mnie odstąpił w borze, wtedy jak mnie pan podjął z ziemi. Pięć lat ja nie człowiek byłam — onucza na żydowskim śmietniku. Pięć lat głodna byłam, bita i pędzona — wtedy tylko szczęśliwa, jak pijana do bezpamięci. Nie było na mnie czystej ni całej szmaty — nie było na jedną noc własnego barłogu — nie mogłam ja rzec nikomu — nie chcę — nie miałam ludzkiego imienia, ni woli — ni słowa, ni obrony. Pięć lat, panie, takiego duru i zapamiętania — takem siebie karała, takci mnie żal i szaleństwo wciągnęło — jak na złych błotach topiel chwyta, ciągnie, pęta, aż połknie — aż usta brej czarny zaleje. A pan mnie z tej topieli, z tego gnoju, śmiecia do chaty swej przyniósł — mnie — Pokotynkę — zarazę, zdychające zwierzę plugawe.
Oj, panie, ja nawet tej szmaty czystej, co mi ją pan dał — nie dam nikomu tknąć — jabym za tego psa pańskiego — oczy by sobie dała wydrzeć — żeby głodny był, serce bym mu swoje wypruła, a ja mam iść do ludzi. Mnie się zda teraz moja ślina nazbyt czysta — by na nich plwać.
— Czyś się upiła, Magda, że tyle gadasz? — rzekł życzliwie, i położył dłoń na jej głowie.
Spojrzała ku niemu, a miała twarz jak w łunie słonecznej jasności.
— Nie ja gadam — dusza mi gada. Takem leciała do dom radośnie — tak mi słodko i wesoło. Niech pan daruje śmiałość. Nie piłam nawet kropli piwa — ot głupiam i prosta baba!
— Dobraś mi taka. Wracaj-że do dom, twój jest.
Szli chwilę w milczeniu.
— Cóżeś tak ścichła? — spytał z uśmiechem.
— Ot myślę — żeby pan na swoje poszedł.
— Jakto? Na swoje?
— Żeby pan nie służył. Nie na pańską naturę takie życie, a jeszcze tutaj, pod Bielakiem. Żeby pan bodaj tysiąc rubli miał, na dzierżawę poszedł — innaby dumka była, inna ochota. A tu co? Nie oduczy pan Bielaka kraść, ani go powstrzyma — ino się pan gryzie, robaka nosi pod sercem! Żeby ino tysiąc rubli!
— Ani ich chcę zbierać. Poco mi!
Machnął ręką i szedł, patrząc w ziemię.
— A ja zbiorę tysiąc rubli. Żeby ino pan pozwolił.
— Zbieraj, kiedy cię to bawi — mruknął, już myślą gdzieindziej, obojętny na wszystko.
Pokotynka zaczęła zbierać, grosze, miedziaki, za jaja, masło, kury, raki, rybę. żydówki poznały drogę do leśniczówki i odwiedzały ją często. Szczepański ruszał ramionami, gdy kobieta opowiadała mu o swych bajecznych dochodach.
— Utopisz się kiedy, łażąc po raki, i tak sie to skończy.
Aż raz około św. Jana, wracając wieczorem, zobaczył Pokotynkę rozmawiającą z Lejbową.
Na jego widok ucichły, i żydówka podreptała na drogę ku miasteczku. Dogonił ją łatwo i chwycił za kark.
— Czegoś ty tutaj, gadzino. Do mojej chaty śmiesz łazić. Poczekaj — ja cię drogi nauczę, że ją dziesiątemu zakażesz.
Żydówka podniosła wrzask przeraźliwy. Pies się rzucił w pomoc panu, i podskoczyła Pokotynka przerażona, że mord będzie.
— Panie — nie ubijcie! — krzyknęła.
Ale on ją odtrącił brutalnie i powlókł żydówkę do błotnistego dołu przy drodze.
Skrzeczała już tylko nawpół zduszona.
Cisnął ją w to rzadkie błoto, nogami zadeptałby, ale Pokotynka porwała go za ręce, oderwała od ofiary, zatrzymała.
Lejbowa przebrnęła bagno i uciekła, a Szczepański po chwili szamotania porwał kobietę za włosy i bić począł.
Nie wydała jęku, ni słowa, na kolanach przed nim zniosła razy cierpliwie, jakby ich nie czuła. On się zaciekł strasznie i bił bez litości. Wreszcie osunęła się na ziemię omdlała z bólu. Wtedy się opamiętał, oprzytomniał, stał chwilę jak skamieniały, i przypadł nad nią. Była jak martwa.
— Magda!
Drgnęła, i otworzyła oczy — odetchnął.
Dźwignęła się z trudem, lecz zamiast narzekać, płakać, skarżyć się lub tłumaczyć, objęła jego nogi ramionami i przygarnęła doń twarz.
— Oj, Bóg łaskaw, żeście jej nie ubili! — szepnęła.
— Magda, wybacz. Pocoś mi na drodze stanęła.
— Mieliście dla tej Żydowicy w katorgę iść! Toć widziałam, że śmierć uczynicie.
— Poco ona tu była? Coś z nią gadała? Namawiała cię na łajdactwo?
— Nie, panie, targowała pierze?
— Kłamiesz!
— Wam, panie!
— To czemuś słowa nie rzekła, dała się bić?
— Wasza jestem, panie! Jeślibyście mnie ubili, nikłby was o mnie nie trwożył. Nikłby i nie troszczył gdziem się podziała! Żyję z waszej łaski — możecie ubić!
— Co ci, kobieto! Za kogo mnie masz! Daruj!
— Co, panie! Albo mnie bolało! Nie mówcie tak, bo mi wstyd!
Wstała, i dysząc ciężko — zgarnęła włosy stargane.
— Zaraz panu wieczerzę podam! — rzekła.
Położył dłoń na jej ramieniu.
— Magda, nie masz żalu do mnie? To nie może być. Toć musisz czuć żem cię ukrzywdził.
— Oj panie — skroś moje miłowanie dla was nijaki żal nie dojdzie. Wszystko od was dobre. Warta ja co lepszego od was, jak razów?
Ogarnął ją ramieniem ku sobie i spotkali się oczami.
— Miłujesz mnie? — spytał głucho.
Na twarz jej rzuciła się cała krew serdeczna.
— Nie wiecie, panie! — wyjąkała, czując, że traci i strach i wstyd, i pamięć kim jest, wobec jego dotknięcia i spojrzenia i zmienionego głosu.
— Waszam, panie, wasza!
Zarzuciła mu ręce na szyję, i poczęła namiętnie całować, a potem wyrwała się, i uciekła przed siebie w las bez pamięci, oszalała.
Gdy teraz przypominała tę chwilę, zakryła twarz rękami i płakała ze szczęścia.
Taką duszę miała miłosną i wdzięczną, takie w kochaniu zapamiętanie, i taką niedolę.
Ale ten umiłowany nie ukrzywdził jej i nie sponiewierał, dobry był — tylko posępny, małomówny, myślą zawsze daleki i obcy.
No, bo czyż mógł — on — Pokotynce się zwierzyć, laskę czynił, że się miłować pozwalał i służyć...
Oj latoż to było, lato! Nadto dobre i słodkie i jasne. Teraz-ci mu koniec. Teraz-ci wraca czarna; niedola i troska. — inna dumka!
Kobieta powstała, ogarnęła się chustą, zawołała psa. Ranek daleki był jeszcze, ale poszła odważnie w tę ciemność — wróciła jej moc na myśl, że temu skazanemu ona jedna została teraz opieką i przyjacielem.
Jeszcze nie świtało, gdy doszła, do leśniczówki.
W domu spał jeszcze Nowicki z rodziną. Pokotynka dostała się do obórki — wdrapała się na strych — do siana — znalazła tam schowany tłomoczek szmat — blaszane pudełko, z zebranymi przez siebie pieniędzmi, i wyniosła to na podwórze. Chwilę myślała, gdzieby ukryć, i wreszcie ruszyła w las, bez drogi, w gąszcze świerkowe i tam przepadła.
Około południa była z powrotem w leśniczówce. Nowicki już się rozlokował, ustawił swe graty. Przed domem — w błocie, na deszczu walały się ich sprzęty, zrzucone bezładnie.
Poczęła swój ukochany len przedewszystkiem zbierać, gdy Nowicki ją spostrzegł, i wyszedł.
— A ty tu czego, złodziejko! — krzyknął.
— Swoje zabieram! — burknęła.
— Twoje to! Czyś ty tego zbója żona, czy siostra! Won! Rzeczy dwór zatrzyma! Nie śmiej ruszyć!
— A dworowi co do jego rzeczy. Zadłużył się wam, czy okradł. Jakiem prawem grabicie!
— Ty milcz suko, bo cię nauczę! I won idź! Masz od niego kartkę, albo od pana Bielaka?
— Nie mam, i nie potrzebuję. A dobra naszego w błocie nie zostawię, i wam nie podaruję.
Na krzyk wyszli dwaj synowie Nowickiego i żoną — wszyscy z kijami.
— Won idź, słyszysz. Idź do dworu z jego kartką, a nam przynieś rozkaz na piśmie od pana Bielaka. Inaczej nie damy ci nic tknąć.
— To pan Bielak kazał wam sprzęty tłuc, i na kupę w błoto walić. Złodzieje wy sami i zbóje?
— Wal ją! — krzyknęli synowie, podskakując.
Wyrwała kół z płotu, oparła się plecami o furtkę — czekała napaści odważnie.
Możeby i ubili ją, ale nadjechał chłop z furą, ten sam, który ją poprzedniego dnia pytał o klacz Szczepańskiego, i wmięszał się do sprawy.
— Za co wy ją bijecie?
Nowicki sapiąc ze złości, wyjaśnił.
— Do ukończenia sprawy, pan Bielak rzeczy i dobytek Szczepańskiego zatrzyma — tak przykazała policya i tak chce prawo — jako on niema nikogo z rodziny — ni krewnych.
— To i klaczy kupić nie można! — spytał obojętnie chłop. — A ta mi ją wczoraj sprzedawała. A ja durny uwierzył!
— Nic nie wolno ruszyć. Ze dworu fury przyjdą po te graty, i tam je przechowają! A ta jakie prawo ma! Chce ukraść i przepić z sołdatami — a policya będzie się do nas czepiać! Won, wywłoko!
— Bo i prawda! — mruknął chłop, zawracając klacz.
Pokotynka popatrzała po gratach, po całem obejściu, i pobiegła na drogę ku miasteczku.
Musiała dostać się do Szczepańskiego, by jej dał upoważnienie do zabrania gratów.
Ptakiem leciała, ale gdy stanęła przed domem stanowego było południe, i stróż ją objaśnił, że więźnia już dawno poprowadzono na stacyę kolei. Chciała za nim lecieć, ale stóż ją zatrzymał:
— Durna ty, toć maszyna już poszła. Piechotą parowóz zgonisz! Idź, proś pana Bielaka — może ci co poradzi. Skończyło się, Pokotynka, twoje panowanie!
Zawahała się chwilę, i pobiegła do dworu.
Zmęczona była, głodna, przemoknięta do nitki — ale nic nie czuła. Równie jak ona głodny i mokry pies dreptał za nią. We dworze nie zastała Bielaka, Towarzyszył pannie Jasińskiej na pogrzebie.
Pokotynka usiadła na progu, i czekała.
Zmierzch padał, gdy wreszcie Bielak się zjawił.
Spojrzał na nią, i stanął.
— Czego chcesz?
— Niech pan będzie łaskaw, pozwoli mi zabrać rzeczy mego pana. Na deszczu leżą — zmarnują się — kazał mi je sprzedać, i pieniądze sobie przynieść. On bez grosza — tam.
Mówiła pokornie, prosząco. Popatrzał na nią z dziwnym uśmiechem.
— No, wejdź — pogadamy! — rzekł.
Byli sami w pokoju. Zajrzał przez drzwi, czy kto nie słucha.
— No, bez grosza nie poszedł Musiały być pieniądze w kuferku, ktoregoś tak broniła.
— Skąd, panie! Toć pensyi kwartalnej nawet jeszcze nie wziął.
— Nie pamiętam! Pokaż służbową książkę.
— Nie mam jej.
— No to przynieś, zobaczę. Przecie nie mogłaś mu oddać tych papierów coś schowała przed policyą. Dobrześ zrobiła!
— Nijakich papierów nie schowałam.
— Nie udawaj. Toć Szczepański mi mówił, że u ciebie są. Widziałem go dziś rano. Prosił żeby ci oddać rzeczy, i pozwolić zabrać krowy i klacz — jak mi wręczysz te papiery Odwiozę mu je — jutro będę u niego w turmie. Znasz jego pismo.
— Nie, panie.
— Bo mi kartkę do ciebie zostawił!
Wyszedł do drugiego pokoju i przyniósł jej kawałek papieru.
Wzięła go do rąk, popatrzała.
— Kiedy ja, panie, czytać nie umiem.
— To ci przeczyłam: „Przykazuję Pokotynce wręczyć panu Bielakowi — moje papiery, które są u niej schowane, a pan Bielak wynagrodzi ją za to. Papierów tych nie powinna nikomu innemu pokazywać. Wiktor Szczepański“.
— No widzisz!
— Widzę, panie, ale nic nie rozumiem. Po pijanemu on chyba tę kartkę pisał, bo u mnie nijakich papierów niema.
— Po co łżesz. Ja wiem, że są. Zresztą, jak chcesz. Nie dasz papierów — nie dostaniesz nic. Idź precz!
Zawróciła do drzwi. Odwołał ją.
— Słuchaj, zastanów się. Możesz mieć dużo — a ci dam za te graty i dobytek trzysta rubli — gotówką dostaniesz — rozumiesz. I wszystko ci to Szczepański darowuje. — Domek i ogród za to kupisz w miasteczku — albo za mąż cię wezmą. A tak co z tobą będzie? Teraz po tej sprawie, policya ci nie da spokojnie tu siedzieć, bez paszportu. Włóczęgi do turmy idą, wiesz?
Kobieta patrzała bezmyślnie na niego, zdawała się nie słyszeć.
— To mi, panie, nie oddacie tych rzeczy jego?
— Oddam — za papiery.
— To wam nie dosyć jego zguby i zatraty, jego żywota nieszczęsnego i męki. Jeszcze chcecie jego krwawy grosz zabrać, jeszcze wam łakome te nędzne graty nieszczęśnika, co za wasz grzech pokutuje i milczy. To je weźcie sobie panie — i trzymajcie.
— Milcz, ty bydlę! — krzyknął.
— Będę milczeć, bo on mi kazał. Wszystko wasze — i sława i pieniądze. Syci bądźcie! I te trzysta rubli sobie weźcie, coście mi dać chcieli — ino papierów tych mieć nie będziecie — żebyście spokojnie nigdy nie zasnęli — i nie poweselili się w duszy, aż po kres żywota waszego!
Rzucił się ku drzwiom, chciał ją zatrzymać — odepchnęła go, wyskoczyła na ganek, i znikła.
— Teraz mi drogami nie chodzić, dnia nie znać, ludzi nie spotykać! — myślała, przemykając się jak cień wśród drzew parku. Będą gonić, będą tropić — ubije on gdy dostanie, policya nie puści na wolę jak złapie. Teraz mnie ludzkie oko nie powinno widzieć. On katorżnik, ja zbieg — dobrze i tak! Uchowam mu te papiery! A teraz nie oglądać się za siebie, ino żyć jakoś trzeba, i skryć się trzeba, a tu zima idzie. Zadumała się. Była w tej chwili tylko zwierzem ściganym, głodnym — rządził nią tylko instynkt zachowawczy, czujność, przebiegłość.
Zaszyła się w łozy nad rzeką i dumała.
Pies się do niej przytulił, i zapiszczał, liżąc po rękach; od dwóch dni nikt go nie karmił.
— Do chaty wołasz — miska ci się roi, pełna — rzekła, głaszęząc. — Niema chaty, ni miski — naści!
Miała w zanadrzu kawał chleba — dała mu — sama nie jadła, nie czuła nawet głodu, ni zmęczenia — bo wiedziała, że czeka ją jeszcze przed spoczynkiem daleka droga.
Wydobyła z zanadrza szmatkę, i przeliczyła ile jej zostało pieniędzy z owych pięciu rubli. Miała jeszcze około dwóch rubli. Odetchnęła z ulgą, spojrzała ku miasteczku.
Zapalały się w niem światełka po oknach. Pokotynka zeszła ku rzece i szła jej brzegiem. Wiedziała, że pierwsza chata będzie Marka rybaka, jedynej istoty ludzkiej, u której spodziewała się dobrego przyjęcia.
Płot zagrodził jej drogę, przeskoczyła, potknęła się o wysunięte na ląd czółno, zajrzała przez malutkie okno do chaty — i weszła.
Rybak rąbał drwa przed piecem — wysoki, suchy, średnich lat drab, patrzący zuchwale z pod konopiastej, rozczochranej czupryny. Roześmiał się krótko na jej widok.
— O czorcie myśl, czort jest! Gadali ludzie żeście we dwoje utłukli tego juchę — a ty wolna chodzisz.
— Jak mnie złowią — to nie puszczą. Tymczasem wolna jestem.
— A Szczepańskiego wzięli. Szkoda człowieka. Zapłacił Jasińskiemu za moją Krystę. Daj mu Boże niebo za to. Doigrał się, bestya! Szczepański zuch — za nas wszystkich się porachował.
— Nie będzie panicz już mołodyc, ni dziewek uwodził, skończyło się panowanie.
Pokotynka usiadła na ławce i milczała. Patrzała po chacie. Ciasna była, okopcona, stara, w ziemię wrosła, i zapchana nędznemi gratami. Wydała jej się pałacem, twierdzą bezpieczną.
— Pozwolicie spocząć? — spytała.
— Spocznij. Głodnaś?
— Sama nie wiem. Z lęku i męki odurzałam. Jego wzięli — mnie wygnali, ot jak stoję.
— Cóż będziesz robić?
— Schowam się.
Popatrzał na nią. Rozebrała się z chusty i kożucha, grzała się i suszyła u ognia.
— Ty nie przepadniesz. Nawet i w turmie źle ci nie będzie! — roześmiał się. — Możesz i u mnie zabawić — nie wygonię cię.
— Wygonisz, bo nie do zabawy mi. A i zostać nie mogę, bo mnie tu policya znajdzie, i ciebie zaplącze. Odetchnę chwilę i pójdę!
— Dokąd? Toć zima — ni zboża, ni liści niema. Zaraz cię złapią — a nie, to z głodu i chłodu zdechniesz.
— No, to co! Zawszeć nie ludzie zamęczą. Jak przyjdzie na lichy koniec, to zdechnę, ale się nie dam ni policyi, ni Bielakowi.
— A cóż Bielak ma do ciebie! — zagadnął ciekawie rybak.
— A cóż! Sukcesyą bierze po moim! Zagrabił dobytek i sprzęty — upomniałam się — zagroził policyą — a wiadomo co ja przeciw niego — robak. A was w turmę nie zapakował już dwa razy.
Drab roześnrał się dziko.
— Myślisz, że ja mu to daruję! Będzie kiedyś i na mojej ulicy kiermasz. Hycel ten! No, ale kiedy ten ciebie zakarbował, to pilnuj się. Gdziesz się schowasz?
— Gdzie? Na błotach.
— Głupiaś! W stogu myślisz? Lada dzień błota zamarzną — i wszędzie chłopy się rozpełzną.
Nie — na zimę nijakiego schowania niema — wszędzie mróz pomuruje drogi — wszędzie ludzie cię znajdą. Na, zjedz tymczasem!
Postawił przed nią misę krupniku, dał chleb, łyżkę, i wziął się znowu do rąbania drew.
Przełknęła nieco strawy, i oddała psu, chleb schowała w zanadrze.
— A gdzież zimował Łomaka, zbiegły? Pamiętasz?
— Oho, Łomaka praktyk był — cztery razy z katorgi zbiegał. Każdy go się bał, i taił, i karmił, byle nie podpalił przez zemstę. Po chatach zimował, wielka sztuka, a jak policya coś zwęszyła i tropiła — siedział w młynie po Wieszańcu! Ty tam nawet nie trafisz.
— Czemu nie. Można popłynąć do Chlewców Brażeckich, a potem po kładkach dojść!
— Głupiaś — połowy kładek już niema. Łoza się tam wzięła jak kołtun — ani szczeliny!
— To co! Ale do Wieszańca nikt nie zagląda. Nie wiecie — stoi co jeszcze z młyna?
— Pale jeszcze są. Okrutne tam się biorą okonie, ale rzadko kiedy dopłynąć można.
Młyn zatonął — dach ino sterczy, a może i nie — nie byłem tam od wiosny. Chałupa stoi — kto ją ruszy — toć tego wisielca tamże i zakopali pod progiem.
Pokotynka zadumała się. Rybak drwa rąbał — pies syty ułożył się do snu.
— Pożyczcie mi waszej pławicy — ozwała się kobieta.
— Weź. Mam trzy!
— To mi ją sprzedajcie. Ile chcecie?
— Za tę starą trzy ruble. Poco ci? Zaraz zamarzną rzeki.
— Kupię u was siekierę, sagan, nożyk, worek kartofli — i popłynę do Chlewców. Tam zimą nikt nie zagląda.
— Śmierć do ciebie zajrzy — nie chybi! — zaśmiał się.
— Ino mi ludzie nie naślijcie. Śmierć — bajki.
— Głupiaś. Mnie co do ludzi! A trafisz do Chlewców po nocy?
— Trzeba trafić!
— Nu, to ja cię przeprowadzę do pół drogi. Zaraz chcesz?
— A cóż, Na co czekać.
Spojrzał na nią!
— Taki — biednaś ty! — mruknął.
Ruszyła ramionami.
— Czego. Jak żyć człowiek chce — to widać nie biedny.
— Mamci kilka rubli, schowane w lesie. Dziś po nie pójdę. Zawierzycie mi na mały czas — dam ile mam teraz.
— Żebym syna miał, tobym ci go nie za*wierzył — ale na pieniądze ty nie złodziej. Odniesiesz — wiem.
— Odniosę, jak trochę ucichnie. Teraz byle się przyczaić!
— No, to się zbierajmy! Na rzece teraz ino topielce hulają. Nikogo nie spotkamy. Bierz z chaty co ci potrzeba.
Poweselała Pokotynka. W dwa stare worki zładowała, co jej się zdało niezbędnem do zimowania i co rybak ocenił na sześć rubli. Oddała mu całą swą kasę — dodał jej jeszcze ogromny bochen chleba i duży pęk włókna konopnego.
— Nici nakręcisz na siatkę — zda ci się wiosną — jeśli nie zdechniesz. Naści też krzesiwo i hubkę, bo zapałki ci zawilgną — no i jazda!
Była nieprzebyta ciemność listopadowej nocy. Trzeba było nie oczu, ale specyalnego instynktu chłopskiego — żeby puszczać się na rzekę.
Marek spuścił na wodę dwie pławice — w jedną złożyli worki i weszła Pokotynka z wiosłem.
— Nie straszno ci? — spytał.
— Czego? Nawet i nie dumam o tem.
— No, to ja przodem ruszę. A widzisz co nieco?
— Lulkę kurzycie — za dymem popłynę. Fala nie wielka — a i oczy nawykną do mraki. Byleście mnie przez „hat* przeprowadzili!
Odbili od brzegu i prąd ich uniósł. Nie mówili nic więcej, zajęci kwestyą życia. Niosła ich pamięć i instynkt — bo ani wody, ani nieba, ani brzegu widać nie było, a stali na łupinie hibkiej, drobnej, którą lada pochylenie, lada trącenie, przewrócić mogło.
Pod nogami bulgotała toń bezdenna.
Pies jakby czuł niebezpieczeństwo, leżał u nóg kobiety nieruchomy, drżąc z chłodu i wilgoci — z czarnych chmur mżył drobny, bezustanny deszczyk.
W dzień znała Pokotynka drogę do tych Chlewców. Były to wśród rzek i moczarów niwy chłopskie, gdzie latem w byle jako skleconych szałasach, trzymali chłopi bydło na paszy. Zimą stały pustką, i nikt ich nie pilnował, bo niktby się nie łakomił tam co ukraść, ani tam zaglądać.
Płynęli długo już. Pokotynka, żałując kożucha i by mieć wolniejsze ramiona do wiosła, była w kaftanie tylko — przemokła już do nitki — ale ciepło jej było — myślała tylko z troską, by jej chleb nie zamókł — ten bochen — może jedyny — na całą zimę.
Słyszała niekiedy przed sobą plusk wiosła rybaka i zalatywał ją dym fajki — tem się kierowała, wreszcie nic już nie słyszała, nie czuła — odezwała się:
— Hop! Żyjecie?
— Hop! — ozwało się głucho w tumanie.
— Nie błądzimy?
— Chyba nie. Gdzieście tu „het“ niedaleko, aby jak w gardło trafić, a nie na płot. Ot — sztuka.
— Pilnujcie dębu z ulem! Od niego „prość“ w lewo.
— Ale — dębu pilnuj! A wiatrak Żurański widziałaś?
— Nie!
— No — to zobaczysz! Jak dziś się nie potopimy — to widać i czort nas nie chce. Ot smoła — nie noc!
— A ot i dąb. Minęliście — zawołała. — Powracajcie.
Skręciła w lewo, w wązkie przejście wodne, szparę wśród łóz olszyny. Tam prąd był mniejszy, więc odetchnęła, przestała wiosłować, otarła pot.
Marek klnąc zawrócił i on przystanął.
— Oczy ty masz kocie. Licho cię nie weźmie! Uf — a tom się zmachał!
— Wracajcie. Jakoś dobiję się i sama. Nadto waszej dobroci — poprosiła.
— Nie — już na miejsce dopłynę. Najgorsze przebyte, nurt i wiry — po prościach bezpieczniej. Za niebym nocą nie wracał pod wodę. Odprowadzę cię, w Chlewicach ranka doczekam. Teraz byle się na płot nie nadziać, to żywi ostaniem.
Ruszyli dalej; blżej było dla ramion i bezpieczniej na płytkich zalewach, tuż przy brzegu łozy i olchy muskały po twarzy, ale i zabłądzić łatwo było w tej siatce „prości“ i „rowców“.
Z daleka Marek krzyknął.
— Pilnuj się — „hat*.
Przestała zupełnie wiosłować, skuliła się na dnie pławicy, zdając się na prąd. Łódka uderzyła o płot, zachybotała się, ale została na wodzie. Tedy Pokotynka się przeżegnała i trzymając się ręką płotu, popychała pławicę, szukając wrót. Łódka wpadła w tę gardziel wolnego prądu, wytrzymała falę.
— Hop! żyjesz! — hukał kędyś Marek.
— Jak szczupak wasza pławica!
— To dziwo! Ale i ty do wody chytra! Nu, teraz pchaj śmiało. Już my jak w domu!
Pokotynkę ogarnęła wielka radość. Poczęła śpiewać.
— Durna ty! Pacierz byś zmówiła! — zgromił Marek.
— Albo to nie pacierz — odparła wesoło. — Pośmiechuje Pan Bóg z uciechy, jak człowiek śpiewa. Mało On się jęków nasłucha, już Mu zbrzydły.
— I czego ty się cieszysz, głupia.
— A cóż! Fala mnie nie pożarła, od ludzi schowanam, wyście mnie poratowali, moc i zdrowie w sobie czuję. Mocniejszam nad Bielaka!
— Przezimuj no, przezimuj, wtedy będziesz śpiewać, zobaczysz.
— Dalibóg, przezimuję. Nijak mi nie straszno!
— No dobili! Cud Boski!... Uf. Popamiętam ja długo tę jazdę!
Wparli czółna na piasek. Chlewce były na wydmie, naniesionej przed wiekami przez wody.

Wyszli na brzeg i ruszyli ku czerniejącym szałasom. Drzwi były wywalone, strzechy obdarte, wewnątrz pustka i zapach pleśni, ale po tej podróży rozkoszowali się, ze ich deszcz nie smagał, chłód nie przejmował. Pokotynka zniosła zapasy swe, namacali w kącie jakąś gromadę stęchłego szuwaru i zmęczeni bezmiernie, zmokli, zziębnięci, zakopali się weń, nakryli kożuchem, i ząsnęli po chwili, jak zegnane śmiertelnie zwierzęta.


II.

Chlewce składały się z kilku szałasów i ziemianki. Była to wykopana w piasku jama, nakryta strzechą, bez okien i komina, mieszkanie pastuchów.
Wewnątrz były zbutwiałe posłania po kątach, a pośrodku z błota i gliny ulepiony piec do warzenia strawy. Dym wychodził przez otwór w strzesze, gdy się już wewnątrz nie mieścił. Ziemia usłana była śmieciem i skorupami z raków i jaj, walały się też wszędy stare zdarte łapcie, szmaty, skorupy garnków.
Obejrzała to wszystko Pokotynka i, nie tracąc czasu, wzięła się do gospodarstwa.
Marek jeszcze spał, gdy ona oprzątnęła już ziemiankę, zapaliła w piecu i warzyła kartofle. Dym mieścił się jako tako u góry, zresztą było to zawsze schronienie przed deszczem i chłodem. Pokotynka była rada.
Na śniadanie zjawił się Marek. Nie był to wybredny biesiadnik — jedli kartofle z solą i gwarzyli.
— Latem rzeka żywi — ale teraz ryby ni raka nie złowisz — na głębiach wszystko; ptactwa też niema. Ciekawość, co zjesz jak się kartofle skończą.
— Dopiero się zaczęły. Co mam przed cza’sem głowę łamać. Mnie bardziej troska, co będę robić. Len mi te hycle zagrabiły, bodaj ich Pan Bóg pokarał.
— Dość ci będzie roboty łozy narąbać na opał. Toć dzień i noc trza palić, żeby nie skostnieć, a i światła tyle co z ognia.
Pokotynka spojrzała w około — dym wisiał u strzechy, jak chmury błękitne.
— Żeby kądziel, lubo byłoby siedzieć u ognia i dumać! — rzekła z westchnieniem.
— O chłopcach i muzyce u Zelmana! — zaśmiał się.
— Bodajby! Inna już dumka u mnie. Nić bym snuła i dnie rachowała, aż mój wróci, albo mi wieść da, kiedy go znajdę.
— Ale — myśli o tobie Szczepański! Ślubował ci czy co! Ześlą go pewnie i przepadnie jak kamień w wodzie. Bardzoś mu potrzebna. Co ci się roi w owczej, babskiej głowie.
Pokotynka nic nie rzekła. Nakarmiła psa, usłała mu przy ogniu posłanie i poczęła się ubierać w kożuch i trzewiki. Marek zapalił fajkę i nadsłuchiwał na deszcz.
— Gdzie ty się wybierasz? — spytał zdziwiony.
— A toć po moje pieniądze, schowane w puszczy. Może lada dzień zamarznąć, to się nie dobiorę.
— Jakże dojedziesz teraz, na miasteczko?
— Oho, nie głupiam. Popłynę do Brażek, stamtąd lasem pójdę, pławicę schowawszy w czeroty!
— To trzy mile będzie chodu!
— Będzie. Na noc nie wrócę.
— Kamienna ty aba. Dalibóg;, żeby ciebie policya nie tropiła, cobym ciebie brał.
— Ot, tobyście się dopiero oszukali. Możebym, u was była hultajka i latawica.
— Oho, a bicz od czego! Nauczyłby robić! — zaśmiał się wstając i zbierając się do drogi.
— Pies ci będzie zawadzał w drodze! — rzekł.
— Ostawię go. Nie ruszy się z domu, jak mu kazać!
Wyszli — i po chwili ruszyli każde w swoją, stronę.
Marek, mijając niebezpieczne miejsca, które przebyli w nocy, głową kręcił z podziwu. Cud był, że nie utonęli. Niedaleko miasteczka obejrzał swe kosze na ryby i zabrał jeden na czółno. Mógł teraz spotkać ludzi, miał tłumaczenie skąd wracał. Ale na rzece było o tej porze roku pusto i głucho — mało kto trzymał jeszcze czółno na wodzie, lada dzień spodziewano się lodów.
Rybak wrócił spokojnie do domu i przespał do wieczora. Zbudził go żyd o rybę na szabas.
Marek miał ją w skrzyni na rzece, rozpoczął się targ i gawęda, i żyd rzekł wśród innych nowin:
— Nie widzieliście Pokotynki?
— Skąd? utopiła się?
— Można za nią zarobić dwadzieścia pięć rubli.
— Oho! Od kogo?
— A ot komisarz daje temu, co ją złapie i do policyi przyprowadzi. Ukradła mu jakieś papiery, i pieniądze, wczoraj, kiedy był na pogrzebie. Policya już przetrząsała całe miasteczko, zginęła bez śladu, szelma.
Marek ramionami ruszył.
— Nie widziałem jej i szukać nie będę. Ja nie ogar Bielaka.
— Złapią ją i bez was. Tyle pieniędzy!
Żyd rybę zabrał Marek ciekawy, co słychać, poszedł do Zelmana na piwo Szynk był pełny i opowiadano coraz to nowe historye o morderstwie Jasińskiego i o kradzieży Pokotynki.
Kilku pijaków odgrażało się, że ją odszukają, inni ręczyli, że uciekła za Szczepańskim i tam ją policya weźmie, ogół przecie był życzliwie dla kobiety usposobiony i drwił z Bielaka i pogoni za jedną marną babą.
Że ukradła, nikt się ni dziwił, ani jej miał za złe, bo mówili:
— Jakimże prawem Bielak rzeczy Szczepańskiego i jej szmaty zagrabił. Toć trzy furgony pełne zabrali z leśniczówki i chudobę do dworu zapędzili. Do serca jej doszło! Onaż tam pracowała i harowała, a na zimę nagą i głodną wygonili.
— Bo i prawda! — potwierdził Marek.
— Chce się Bielakowi by baba zdechła z głodu, a przecie najmarniejszemu stworzeniu miło żyć. Albo to jeszcze prawda, że ona pieniędzy wzięła — widział to kto! Bielakowi człowieka żywcem zakopać — to zabawka. A taki pies będzie, kto tę babę wyda, połakomi się na te pieniądze, bo ona nikomu krzywdy, nie zrobiła.
Ktoś wszedł do szynku i zawołał:
— Gadają, że już ją pojmali. U Lejbowej uradnik znalazł w alkierzu pod ławką. Ot, ma szczęście,, dostanie dwadzieścia pięć rubli.
Marek wstał i splunął.
— Bydło wy! Smoły piekielnej wam!
Poszedł do Lejbowej — i odetchnął, bo wieść okazała się fałszywą. Tedy zawrócił uspokojony do domu.
Cieszył się, nie przez życzliwość dla Pokotynki, ale przez nienawiść do Bielaka, który go za kradzieże i rozbój już dwa razy zapakował do więzienia. Marek zaś kradł siano, drzewo i wypasał swe krowy na dworskich łąkach, a w razie zajęcia w szkodzie, bił dozorców i krowy wykradał z aresztu dworskiego. Nie miał tego za przestępstwo, odsiedział karę jako bezprawie i krzywdę i zaprzysiągł Bielakowi zemstę.
Wiedział, że gdy raz jeszcze zasłuży na sąd, kara będzie bardzo ciężką, więc nie kradł już i krowy sprzedał, ale o odwecie nie zapomniał. Czekał tylko stosownej chwili.
Pokotynka bardzo sprytnie wyszukała sobie powiernika i opiekuna.
Była już głucha noc, gdy wrócił do chaty.
Zapalił kganek i wtedy z podziwem zobaczył na stole gromadę srebra, obliczył, było właśnie tyle, ile Pokotynka została dłużną — pokręcił głową.
— Kamienna baba. Ile ona drogi dziś obleciała. I w miasteczku snać była i pewnie już podsłuchała, co się dzieje! Teraz się przyczai. Zuch baba!
Pokotynka istotnie była w miasteczku.
Gdy z Brażek dostała się do swej kryjówki w lesie, pokusa ją zdjęła zobaczyć raz jeszcze leśniczówkę. Podkradła się tam o zmroku, doczekała zupełnej ciemności, schowana w łozach, a gdy Nowiccy zebrali się w chacie i zapalono światło, wślizgnęła się do szopki z sianem, zabrała wiszący tam u pułabu worek suszonej ryby i małą siatkę, potem znalazła schowane w starym ulu kiełbasy i ukryła tę zdobycz w puszczy. Jeszcze wróciła po len, ale na podwórzu nie było już gratów, odwieziono je do dworu, więc się kobieta rozejrzała po ukochanej osadzie, pożegnała ją westchnieniem, i korzystając z ciemności, postanowiła odnieść Markowi dług.
Opłotkami obeszła miasteczko, spotkała tylko parę bab, ukryła się nasłuchując — mówiły naturalnie o niej — dowiedziała się wszystkiego. Tedy gnana trwogą, wpadła do chaty rybaka, zostawiła pieniądze i uciekła z powrotem do puszczy. Nie myślała o spoczynku.
Obładowana była ciężko. W kryjówce oprócz owych papierów, owiniętych w ceratę i chustę, jak je trzymał Szczepański, było jeszcze trochę bielizny i odzieży, ich obojga, ciężki tłumok. Wraz z tem, co odkradła w leśniczówce, dźwigała na sobie parę pudów. Puściła się z tem odważnie w noc, w deszcz, w ciemność, trzy mile, do Brażek. Deszcz był coraz zimniejszy, mieszały się z nim ostre igły lodu, wicher zwrócił się ku północy; zima szła wielkimi krokami i wicher wył, urągając kobiecie, która zdyszana, potem zlana, kostniejąca, parła się naprzód — precz od ludzi, od ciepła, od osad, w haszcze i pustkowia, skąd nawet na zimą zwierz uchodzi, nie znajdując pożywienia i schroniska.
Pokotynkę trapił w tej chwili tylko strach po ścigu i myśl ukrycia. Teraz nie wystarczały jej Chlewce. Bała się, że ją Marek zdradzi, chcąc dostać dwadzieścia piąć rubli, że chłopi jeżdżąc zimą po siano, dym zobaczą, i odkryją jej schronienie. Nie lękała się więzienia, tylko, gdy ją uwiężą, wywiozą, jakże ją odszuka Szczepański, jakże dostanie papiery, i co on o niej pomyśli! Szła, szła, borykając się z wichurą, smagana kolącemi igłami lodu, zgięta pod ciężarem tłomoków, czasami błądziła, zapadała w trzęsawiska, i nie czuła swej nędzy, tylko uparte postanowienie żyć, nie dać się w niewolę, i czekać na niego, i ustrzedz psa i papiery, jak jej przykazał.
Dobrnęła do Brażek, dopłynęła do Chlewców, ale tam nie miała już sił ognia rozpalić, ani przełknąć kawałka chleba; nakarmiła tylko psa i legła jak drzewo na stęchłym szuwarze, w czarnej tej wilgotnej norze. We śnie jęczała z bólu członków, a rozbudziło ją uczucie dojmujące chłodu. To deszcz przez zmurszałą strzechę zalał ziemiankę — leżała w wodzie.
Zerwała się, dzwoniąc zębami. Chciała uciekać, szukać zaraz lepszego przytułku, ale gdy wyjrzała na świat, cofnęła się. Deszcz zmienił się w śnieżną zamieć, wicher tłukł się po łozach, wył i szalał.
— Nie sposób w taką porę iśc, ale i ludzie tu nie przyjdą.
Mogę spokojnie czas mały przebyć, odpocząć. Strach, jakem się zmachała. Żeby choć febry nie dostać! Oj, jak zimno!
Wyskoczyła do szałasów, przydźwigała jakieś polano drew, zawarła o ile mogła najszczelniej koślawe drzwi ziemianki i zajęła się rozpalaniem ognia. Ciężkie to było zadanie, ale po godzinie już rozdmuchała parę szczypek i rozgrzała się rąbaniem. Uczuła też głód, więc poweselała, że przecie niezachorzeje. Przy świetle obejrzała swą norę i zdecydowała, że zimować tu nie sposób, wiązanie dachu ledwie wisiało, dziur było pełno, piec podmyty runie lada dzień, na ziemi stały kałuże wody i błota bez ujścia.
— Muszę przenieść się do Wieszańca. Tam mnie nikt szukać nie będzie i zawszeć chałupa. Żeby ino zjeść ciepłej strawy i przespać się do woli na suchej pościeli, to moc zbiorę i pójdę. Ludzie nie chodzą, bo wisielec tam zakopany, głupie ludzie, kiedy umarły kogo ukrzywdził, a kładki, gadają — popsute! Pewnie komu wolna droga gościńcem, to temu kładki złe, a mnie muszą być dobre, bo trzeba dojść, to i dojdę!
Suszyła swą odzież przy ogniu i grzała się.
Pies siedział przy niej, patrząc pożądliwym wzrokiem na garnek. Gotowały się kartofle z suszoną rybą, prawdziwa uczta.
Gdy ją spożyli, pies się zwinął u ognia i zasnął, kobieta uporządkowała swe szmaty, obrachowała zapasy, złożyła wszystko w najsuchszym kącie, i poczęła pleść sobie łapcie z łyka, którego pęk spory dostała u Marka. Przy tej robocie układała plan dobrnięcia do Wieszańca.
Gdy się nieco na świecie uspokoi, pójdzie z psem na kładki. Weźmie ze sobą tylko siekierę i drąg, będzie szukać owego przejścia, powoli, krok za krokiem, jeśli gdzie zagrzęźnie, to się przecie uratuje i będzie te przerwy łozą wyścielać. Znała mniej więcej kierunek kładek, zresztą, jakoś trafi, bo musi. Może tydzień błądzić i brnąć będzie, może dwa, ale przecie dobrnie, i drogę sobie upewni, żeby potem z ciężarem mogła dojść.
Gdy wszystko zniesie do tej chałupy, to potem ślad swój zatrze, łozę z nad topieli pościąga i już wtedy bezpiecznie będzie zimować.
Skąpo miała zapasów, ale rachowała, że przecie zimą ryby pod lodem upatrzy, a zresztą trzeba tyle ino jeść, żeby nie zamrzeć.
Najciężej będzie pławicę przeciągnąć przez trzęsawiska, a jużci jej tu nie zostawi, bo koło Wieszańca są wśród łoz tonie i zalewy ciche, kędy wiosną ryby z wielką wodą przychodzą ikrę kłaść.
Rybacy opowiadają, że tam rybi raj, tylko dobrać się tak ciężko, że ino bajki o tych wertepach plotą, a łowić wolą po dostępnych wodach.
Kiedyś przed laty, rzeka tamtędy szła, i młyn dworski stał, aż jednej wiosny nurt się odwrócił, popruł sobie nowe łożysko, aż tu około Chlewców, i cały ten szmat łąk zbagniał, łozą porósł, poszedł w dzicz i pustkowie.
Młynarz biadał, biegał do dworu po pomoc i ratunek, wreszcie z rozpaczy powiesił się w chałupie na belce, od tej pory nikt nie myślał wojować z rzeką, i tak te setki morgów ziemi były wyrajem dla ptactwa i ryby tylko!
Kładki niegdyś młynarz rzucił przez topiele, od jego śmierci nikt tam nie chodził, ani poprawiał, co woda psuła każdej wiosny. Pokotynce opowiadał o nich Szczepański. Latem zapłynął tam z Brażek, do Szyjacza, stamtąd szedł, zapadał często, ale że było to w lipcu i sucho, więc dobrnął do młyna. Mówił, że ptactwo się tam lęgło, nietrwożne, i że w chałupie tylko szyb brakło. Jakby przeczuł, że jego dobro ona tam ukryje.
Gdzie on teraz nieborak! Łacniej jej swobody bronić i nawet przez topiele brnąć, jak jemu gnić w niewoli. Niewinny był, przysięgła by na to, żeby jej mówić dał, w sądzie świadczyć, ale nie dał, taka wola jego była, tak chciał, nie jej myśleć dlaczego? — było snać tak sprawiedliwie i prawdziwie, kiedy on chciał!
Skończyła robotę i zapatrzona w ogień dumała dalej. Na dworze szalał huragan wichru i śniegu, który się wciskał do nory przez szpary drzwi i dachu i dym ogniska słał po ziemi, a Pokotynka myślała, jakby rada szła w tę wichurę, żeby był rzekł: „chodź za mną“.
Objęła rękami kolana, złożyła na nich głowę i zapłakała nie nad swoją dolą, ale nad jego nędzą i tak ją wreszcie sen zmorzył.
Było już około Gromnic i mrozy tęgie ścisnęły ziemię. Marek rybak spał na piecu kożuchem przykryty, gdy go zbudziło lekkie stukanie w szybę. Wśród nocy to było. Przecknął się i nastawił uszu, znowu skrobanie w okienko. Wstał tedy, zapalił kaganek i wyjrzał w sień, stukano do drzwi.
— Czego tam! — zamruczał niechętnie.
— Otwórzcie! — z cicha ktoś odparł.
Przekręcił skobel i aż zaklął z podziwu.
— A ty tu skąd? Żyjesz!
Pokotynka wśliznęła się do chaty. Usta miała sine i tak przeziębła, że na razie nic mówić nie mogła. Przytuliła się do ciepłego pieca i dzwoniła zębami.
Postawił kaganek na okapie komina, okienko chaty zasunął deską — dobył z półki flaszkę i podał jej.
— Na — wypij!
Potrząsnęła głową.
— Dajcie krzynę przełknąć barszczu. Bardzom głodna — wyjąkała.
Odsunął piec, wydobył garnek i dał jej.
— Masz krupnik. Gdzie ty przeżywasz? Byłem w Chlewcach, tom cię nie zastał.
Jadła chwilę w milczeniu.
— A pocoście mnie szukali? — spytała.
— Jest na poczcie list do ciebie od Szczepańskiego.
— Nie może być! — zawołała i poruszyła się jakby lecieć chciała po tę wieść, ale wnet się zastanowiła.
— Łgarstwo! — >rzekła. — Wywabić mnie Bielak chce. Nie będzie on do mnie pisać, bo wie, że nie odczytam.
— Może być! A wiesz, że dwadzieścia pięć rubli dostanie, kto cię odszuka.
— Wiem. Przyniosłam je wam, żebyście stratni nie byli, a — przyjść musiałam.
Mówiła z trudnością, tak była zdrożona i zziębła.
— Głupiaś — nie wezmę twoich pieniędzy, ani ciebie wydam. Aleś zmarniała i „zhydła“. Głodnaś od dawna?
— Nie — tylko brzemienna! Zesłabłam!
Rzekła to z cicha i blady uśmiech przemknął jej po twarzy. Marek głową pokręcił.
— Tego ci tylko brakowało! I czego ty się, głupia, śmiejesz jeszcze — uciecha ci będzie!
— Myślicie, że nie! Boga nad sobą czuję! Jużci teraz pewna jestem życia i wytrwania. Nie zagubił mnie chce Pan Bóg, kiedy mi człowieczą duszę zawierzył na chowanie. Jużem nie Pokotynka, nie poniewieranie i pośmiewisko.
— Ale — wielmożna pani, małżonka pana Szczepańskiego! — drwił chłop, spluwając.
— Memu dziecku — starczy macierz. Takie ci będzie miłowane i szkodowane i chronione, jakby najwielmożniejsze. W borowych i pustynnych lęgach, ino matki są, a przecie żyją i nie marnieją nawet wilczęta na kępie wśród błot, choćby i wilka ubito. Nic trwożnam wcale, inom szczęśliwa!
— Jak ci tam tak dobrze i bezpiecznie, pocoś tu przyszła, do ludzi. Było z wilkami siedzieć. Ale cię głód przypędził, co? Pewnieś chleba dawno nie widziała, a z kartofli już i łupiny zjadła. Gdzież ty się schowała? No, rozdziej się ze szmat — pojadaj krupnik i gadaj!
Udobruchał się chłop. Zdjęła go litość dla kobiety i uznanie, że tak dzielnie znosiła to, co mu się zdało nową niedolą.
— Jednakże ty nie szelma! — dodał. — Będzie ci z dzieckiem jak z kamieniem u szyi — a ty go szkodujesz. Nie szelmaś ty!
Kobiecie nabiegly łzami oczy i ubarwiły się krwią policzki zapadłe i rozwiązał się jej język i dusza cała, pełna szczęśliwości, wybiegła na usta.
— Nie wiem ci ja — jako innym jest! Mnie się zda, że mi to dziecko będzie jako złota na głowie korona i jako śpiewanie niebieskie i wiecie, by mi dali królową być miast matką — tobym ino się zaśmiała, jako z drwin. Nie biednam ja, ani głodna, ani smutek niema do mnie przystępu, ani zajrzę komu. Dają ludzie chwałę i złoto, pierścienie ślubne i nazwę — i poważanie małżonkom, a macierzy nic nie trzeba, taką ma w sobie moc i szanowanie! Samam w gnieździe, a przecie będzie moje dziecko i silne i zdrowe i nie dostąpią doń żądze złe i niedola, chyba przez mego trupa.
— Moja Krysta brzemienna zmarła! — zamruczał chłop ponuro.
— Bo wśród ludzi była. Szydzili z niej i drwili, wyście karali, sromała się i gryzła. Zeby miast was matkę miała żyjącą, ostałaby przy życiu. Niema ci miłowania, jako matczyne, ni politowania, jako macierzyńskie wnętrzności, i nie sierota, kto macierz ma.
Marek siedział z głową pochyloną.
— Bielak ją Jasińskiemu naraił! — warknął.
Zatrząsł się na wspomnienie, pięści zacisnął, coś niezrozumiale zamruczał, potem wstał, wyszedł przed chatę i wrócił po chwili.
— Pusto, ludzie śpią. Bezpieczniej ci tutaj. Spoczniesz, na dzień zaprę cię w komorze, jutro nocą wrócisz. Trzeba ci czego?
— Ja tu do was z wielką prośbą przyszłam.
— Przyniosłam, ile mam pieniędzy, żebyście do niego pojechali i odwieźli. On ci tam bez grosza! Chciałam już dawno, ale się bałam pokazać, a ledwiem przed kolendą pewne schowanie dostała.
— Gdzież to?
— W Wieszańcu!
— Nie może być! Dobrnęłaś!
— Trzeba było. Ziemianka się zawaliła.
— Nie straszno ci tam samej?
— Jaż nie sama już teraz! Ale trzy tygodnie się przebierałam zanim wszystko zniosłam. Oj — jak było ciężko! Najgorzej z pławicą!
— Przewlokłaś? — toś ty silna jak koń. A dawno chleb się skończył?
— Już z miesiąc.
— Cóż jadłaś?
— Kosz na ryby mam. Czasem się co znajdzie, sidła też stawiam na sroki, pełno ich tam w łozach. Najnudniej było bez soli, a już najciężej bez roboty. Żebyście mi przędzy dali konopnej, sieci bym wam nawiązała dużo przez zimę.
Zadumała się chwilę i spytała:
— Gadają co ludzie o moim? Gdzie ci jest?
— Pewnie jeszcze w turmie, bo jeszcze świadków na sąd nie wzięli. Chyba z wiosną sąd będzie. Oni się tam nie kwapią. To ty chcesz, żeby mu pieniądze zawieźć? Dużo masz?
— Czterdzieści siedm rubli, jeśli owych za mnie nie chcecie. Nie chciał on ich brać i będzie pewnie pytał skąd je macie. To powiedźcie, żem ja poszła na dobrą służbę, że mi lekko i wygodnie, warzone i pieczone mam i w cieple pościel moja, że mi nic nie potrzeba i przeto odsyłam. Nie moje to pieniądze, a jego. A już uchowaj Boże nie mówcie, żem brzemienna!
— No, a pocóż tyle łgać mam?
— Bo inaczej nie zechce pieniędzy wziąść i będzie się troskał o mnie, a troski mu dosyć własnej. Powiedźcie mu tak: Pokotynka ręce wasze całuje i pozdrawia z duszy — i odsyła wasze pieniądze, bo pomyślnie jej jest i wygodnie. Ino zachowała waszą odzież odświętną, a resztą dobytku i rzeczy Bielak zagrabił. Tę ci odzież schowała w wierzbie, co ma trzy rosochy i stoi za zwaloną tamą w Wieszańcu, a jeślibyście kazali, toby wam dostarczyła, kędy rozkażecie.
— Tyle ino mu powiedzcie, zapamiętacie?
— Nie trudno! A czemuż mu owej odzieży nie odsyłasz?
— Bo mu jej nosić nie dadzą, a jak kiedy wróci, to choćby mnie już nie było, to znajdzie.
— Ja zamrzeć mogę i zgnić, a odzież przeleży. w suchej dziupli lata — i zda mu się!
— Ale, nie wróci on, nie spodziewaj się!
Kobieta ukryła twarz w dłonie i siedziała długi czas w milczeniu. Świerszcze tylko zgrzytały w szczelinach pieca, rybak sumował.
— Kiedy się spodziewasz? — zagadnął.
— W żytnie żniwa! — odparła.
— Dobrze, że chociaż nie w mrozy. To ci trzeba soli, chleba, okrasy też pewnie nie masz?
— Jeszczeby! — zdziwiła się.
— Jakże to wszystko zawleczesz?
— Na plecach. Lody trzymają krzepko, nawet na oparzelach mało co się człowiek wali.
— A pilnuj się dymu. Chłopy dojrzą i znajdą cię.
— Ino w nocy palę. Jakże? Weźmiecie dla niego pieniądze?
— Trzeba ci to uczynić. No, jeszcze pogadamy jutro wieczór. Podjadłaś, ogrzałaś się, idźże spać do komory, tu kto w dzień wleźć może! Nie zmarzniesz bo to bez pieca komora?
— Daj wam Boże zdrowie. Dobrze mi będzie! U mnie w chacie woda zamarza, a śpię!
— No, to kładź się i bądź cicho, cały dzień. Wieczorem cię wypuszczę i nadprowadzę krzynę lodami.
Zaprowadził ją do komory. Zmęczona bezmiernie ułożyła się na ławie, okryła kożuchem i zaraz zasnęła, od bardzo dawna syta i spokojna. On drzwi na kłódkę zamknął i wrócił na ciepły piec. Wieczorem zawarłszy chatę i zasłoniwszy okienko, wypuścił ją.
— Bardzoś zmarzła?
— Czego! Przywykłam — odparła wesoło.
— No, to się najedz i zbierać się trzeba. Masz tu dwa garnce soli, bochen chleba i woreczek mąki hreczanej — zaniesiesz?
— I nie poczuję. Jeszcze mi dajcie jakiego włókna. Bez kądzieli jak bez duszy.
— Jest w „bodni“ len jeszcze po Kryście! Weź, mnie on na nic! Ale jakże udźwigniesz tyle. Dałbym ci jeszcze i szmat nieco po niej, ale nie doniesiesz i jeszcze się przerwiesz z tej łapczywości! No, posil się na drogę i dajże te pieniądze dla Szczepańskiego.
Pokotynka dobyła szmatkę z zanadrza, zapłaciła za zapasy, odliczyła resztę.
— Potrącicie waszą drogę i koszta, a oddacie mu zresztą wszystko. Będzie biedak miał choć na lepszą strawę i tytoń. Rychło pojedziecie?
— Nie zwlekając — pojutrze.
— To za tydzień ja tu do was się dowiem!
— Jużci — wrócę — jeśli wrócę!
— Ino, zlitujcie się — nie powiadajcie mu nic innego.
— Będziesz mnie, głupia, uczyć.
Schował pieniądze, obejrzał się po chacie.
— Może ci co jeszcze potrzeba! Gadaj, póki czas.
— Zda się co oczy widzą — wszystko potrzebne — a jak nie widzą — to się obędą.
Zebrała w płachtę zapasy i obejrzała się za lnem. Poszli do komory — otworzył „bodnię“, pełną przędzy.
— Bierz, ile uniesiesz.
Nabrała tyle, że aż począł protestować.
— Zdurzałaś. Toć końby miał co ciągnąć. Kiedyś taka mocna, to raczej weź drugi bochen chleba.
— Łacniej głodna będę — byle nić snuć. Nie żałujcie, odniosę wam wiosną przędziwo mnie byle robota.
— Ja nie żałuję. No, zresztą do szopki Ułasowej ci pomogę nieść, a stamtąd sobie zabierzesz!
Otworzył skrzynię z odzieżą zmarłej córki — popatrzał, głową pokiwał, wyjął kilka spodnic i jaskrawo naszywanych koszul, dołożył do lnu, okręcił w płachtę i wyszli do izby.
Chciała mu dziękować — ofuknął.
— Żydom nie sprzedam, nosić nie będę. Co ma zbutwieć, to niech ty zedrzesz. W cóż dziecko okręcisz — kiedyś sama tyle że nie naga. U mnie W chacie nic już nigdy nie zapiszczy! No jedzmy i ruszajmy, mróz zelżał, może na śnieg się zebrać, to i zabłądzić można.
Siedli nad misą, rozpytywał ją o ów młyn i jak się urządziła, opowiadała spokojnie.
— Okna tom zabiła drzewem i upchałam szuwarem, zresztą dobrze. Izba cała, ino sień zawalona. Drew nie brakuje na brzegu, ale ciepło za dzień całkiem wyjdzie. Są ławy i różne sprzęty z młyna, a na brzegu jeszcze zagony znać, ogród był.
— A nie straszy w chałupie?
— Nie. Znać jeszcze na ziemi w progu, gdzie onego zakopali, pies ciągle tam węszył i wył z początku, teraz już nie dba. Co ma straszyć, codzień od niej pacierz ma i nie ukrzywdziła go przecie! Nawet i myśli nie ma! Rano zaraz do kosza idzie, musi lód obrąbać, a jak ryby niema, trzeba się starać innej żywności — na sroki sidła stawiać, albo pod lodem ryby upatrywać, czasem cały dzień nic się nie uda. Pies ją ratuje. Nauczył się polować na swoją rękę i przynosi jej często zająca, albo kuropatwy. Pewnie aż o parę mil chodzi za tem, a taki mądry, że gdy wieczorem garnka u ognia nie widzi, to zaraz na całą noc rusza. Raz przyszedł cały okrwawiony, musiał z wilkami się spotkać.
— I wcale ci nigdy nie straszno?
— Nie. Czego? Ludzie nie dojdą!
Pokręcił głową Marek. Coraz to więcej żałował kobiety i serce do niej czuł. Więc, skończywszy jeść, począł szukać po półkach i dał jej kilka doskonałych włosianych wędek i włosienia na sidła i oścień do bicia ryb i iglicę do wiązania sieci.
Poczęli się zbierać do drogi. Pokotynka zarzuciła na plecy ciężko ładowną płachtę, rybak zatlił fajkę, zgasił kaganek, dźwignął na ramię swój tłomok, wziął pałkę, żelazem okutą do lodu i wyszli. Miasteczko już spało, noc była ciemna, zeszli na rzekę i rozpłynęli się w mroku. Śnieg polatywał, ale bez wichru, mieli dobrą drogę. Gdy się znaleźli w pustce, zaczęli gawędzić. Pokotynka szła przodem, prowadząc, on jej opowiadał nowiny z miasteczka i dworu.
— Mereczanka onegdaj zmarła. Hulała w Święta, mróz objął, mało co poleżała i doszła. A we dworze był kniaź na polowaniu i gadają, że Bielak je szcze urósł.
— A żona jego wróciła?
— Niema. U Jasińskiej on ciągle tobie siedzi. Wygodnie teraz mają! Lepiej jak tobie i Szczepańskiemu.
— Niech mają, może o mnie zapomni.
— Takaś mu sprzyjająca!
— Nie nasza siła z takiemi wojować.
— Ale — dać się dusić i deptać! — mruknął.
Szli chwilę milcząc — ozwała się kobieta.
— Chciałam was o jeszcze jedno prosić z miasta, kupcie mi jaką książkę.
— Książkę! Toć czytać nie umiesz.
— Matka mnie „pokazywała“ litery, inom całkiem zapomniała. Potem, jakże dziecko nauczę.
— Ot, wymyśliła! Potrzebne!
— Jużci, żebym uczona była, napisałabym do mego — i od niego wieść miała.
— Głupiaś. Tyle on myśli o tobie, co o tanych postołach. Rzeknę mu, że książki chcesz, nauczy mnie gdzie ją kupić, bo ja niewiem. No, a teraz się wrócę — boć i Ułasowa szopa, a zadymka ani chybi będzie nad ranem. Nie zabłądzisz?
— Dziękuję wam za wszystko. Za tydzień przyjdę.
Rozstali się. Gdy rybak odszedł z powrotem Pokotynka, lękając się o len, wzięła na siebie i drugi tłomok i zgięta pod ciężarem puściła się już wolniej w dalszą drogę. Zadymka nad ranem wcale jej nie straszyła, przeciwnie, była bezpieczniejszą, że nikogo na błotach nie spotka.
W Szyjaczu zastała psa. Wybiegł na jej spotkanie i czekał i powitał radośnie. Kazała mu przodem iść, bo śnieg zasypał ślad i mogła łatwo wpaść w oparzeliska. Tak we dwoje, o szarym świcie zapadli w gęstwiny łozy i dążyli do kryjówki, już niewidzialni dla ludzkiego oka.
Nowe schronienie Pokotynki było pałacem w porównaniu do ziemianki w Chlewcach. Miało pułap i całą strzechę, komin i piec. Gdy ujrzała tę chatę po męczącej wędrówce, zygzakiem w śród łóz, gdy ją powitały skrzeczeniem sroki, uśmiechnęła się radośnie i pies poszczekiwał z uciechy.
Wewnątrz panował wieczny mrok i dawno ogień wygasł, ale już się kobieta zagospodarowała i bezpieczna z powodu zadymki rozpaliła prędko ognisko. Nie chciała nawet wypoczywać, nastawiła garnek z wodą i poczęła sporządzać sobie prząśnicę. Rupiecia drewnianego pełno było po kątach, siekierą i nożem umiała robić, wnet skleciła niezgrabny pałąk, uwiązała doń lnu, zaczęła strugać wrzeciona. Zakipiała woda, rzuciła w nią mąki i soli i dalej pracowała. Ani się obejrzała, jak zmierzchło, mało co zjadła, nakarmiła psa i poczęła prząść.
Z nicią biegły myśli i urojenia. Samotność była pełna i żywa i dźwięczna, nie ciążyła kobiecie. Pies się wyciągnął w cieple ogniska, a ona dumała, że już ich troje jest w tej pustce.
Za ścianą wicher wył i rozlegały się jakieś ponure szumy, chichoty, poświsty, nie słyszała. Nagle pies głowę podniósł, zawęszył, zerwał się, począł do drzwi się dobijać.
Wstała, otworzyła mu i ujrzała na niebie wielką czerwoną łunę. Gdzieś daleko była wielka pożoga. Stanęła w progu i oryentowała się w polożeniu. Wskazywało na Orany właśnie.
— Pali się ludzkie dobro i dobytek! — pomyślała obojętnie i zawołała na psa.
Zwierzę zawyło żałośnie, węsząc dym.
— Nie lamentuj, nasze się nie spalił — rzekła mu i wróciła do izby.
Rano nie było śladu łuny, ni dymu i zapomniała o tem. Poczęła rachować godziny i dnie, do powrotu Marka, długim jej się wydał tydzień, chociaż nie głodny, ledwie go przeczekała.
O zmroku siódmego dnia, zostawiwszy psa na straży swej chaty, ruszyła ku miasteczku.
Jak na skrzydłach leciała, żądna wieści!
Dobrze po północku dopadła Markowej zagrody. Zakołatała raz i drugi — nikt nie otwierał, zastukała w szybę, ani śladu życia.
Tedy zauważyła, że u drzwi był nowy skobel i wisiała ciężka kłódka, i to ją zaniepokoiło.
Czyżby Marek jeszcze nie wrócił.
Stała bezradna — co czynić, gdy usłyszała głosy ludzkie i kroki, i przerażona przypadła do ziemi pod płotem.
Dwóch ludzi szło, paliło fajki i gadało.
— Wartować po pożarze, to czyste „nakazanie!“ — mówił jeden. — Durne, myślą, że codzień ogień będzie! Skąd?
— Obejść trzeba Markową chałupę. Dobierze się kto i okradnie, a my będziemy cierpieć!
— Nagnał ci Bielakowi strachu — ledwie w koszuli oknem wyskoczył.
— Ale, nagnał, a sam zgłupiał! Dał się złapać i jeszcze się przechwalał, że spalił. Żeby się zaparł, — toby go puścili!
— Napity pewnie był, to i durny!
Obeszli w koło chałupę — spróbowali kłódki i poszli dalej gwiżdżąc. Pokotynka dała im się oddalić — wtedy wstała i zawróciła pędem na lody — w łozy — i pustkę.
Zrozumiała, że Marek przepadł — pieniądze Szczepańskiego zginęły — wieści już nie może przesłać — a ona została już teraz zupełnie sama — odcięta od ludzi i świata — zostawiona tylko swej sile i przemyślności.
Uczuła strach i rozpacz — i zapłakała.
— Teraz on o mnie pomyśli, żem złodziejka i zdrajca. Dobytek przepadł, ostatni grosz przepadł. Papiery zginą. Ani mi go szukać teraz, ani on mnie odnajdzie. A jak zamrę!
Wstrząsnął nią dreszcz zgrozy. Pożywienia miała na miesiąc, a potem do wiosny, tak jeszcze daleko.
Szła machinalnie — słaba, znękana — nie zważając na drogę. Opamiętała się, gdy zapadła raptem w trzęsawisko. Wydobyła się, rozejrzała i zbudził się zwierzęcy zmysł zachowawczy. Poczęła szukać przejścia w łozach i przestała myśleć.
Błądziła parę godzin, grzęzła, ratowała się, sto razy wracała na jedno miejsce, tak się zmęczyła wreszcie, że niezdolna kroku postąpić, ni tchu złapać, skuliła się pod krzakiem łozy i czekała śmierci.
Senność ją ogarniała i nieznośna niemoc — już nawet chłodu nie czuła. Wicher hulający po błotach nanosił śniegu coraz więcej.
W tem z martwoty śmiertelnej senności, zbudziło ją szczekanie. To pies znalazł jej trop i szedł za nim, radosny. Dopadł i lizać ją począł po twarzy — skomlał i piszczał z uciechy.
Rozbudziła się i dźwignęła z trudem. Pies pobiegł naprzód — ona ledwie żywa wlekła się za nim.
Tak ją doprowadził do Wieszańca. Nie miała siły rozpalić ognia, położyła się jak drewno.
Ale po godzinie zerwała się.
— Niedoczekanie twoje! — zamruczała zuchwale, wyciągając pięść do tej niewidzialnej, a strasznej doli. Udławisz się ty mną i zczezniesz, a nie zeżresz mnie, a ja cię zadławię — jędzo!
Rozebrała się ze szmat przemarzłych, zzuła postoły, rzuciła się z zawziętości drwa rąbać, rozpaliła ogień. Tedy się wyprostowała i wciąż mówiąc z tą jedyną towarzyszką i panią swoją — zaczęła jej urągać.
— Zabrałaś mi jego, myślałaś mnie podeptać — oto stoję — i nawet nie słyszałaś mego wycia po nim. Wygnałaś mnie nagą i głodną i bosą w te czabary, chodź, zobacz, jako stoję. Chodź zaśpiewam ci — nie zaszlocham! Plwam na ciebie, a nie dygocę ze strachu. Mocnaś — powiadają — ale nie dla mnie. Idź won, bo ja cię tu zakopię obok tego nieszczęśnika — coś zamęczyła.
Ja się twoich pazurów nie boję! Won idź!
Byłam w twoich pazurach i pod twemi nogami wówczas, w borze, kiedy on mnie podniósł, teraz drwię z ciebie, dwoje nas jest. — Nie zaczepiaj.
Roześmiała się.
— Z Bogiem zadzierasz, wiedźmo dyabelska!
Przystawiła garnek do ognia — usiadła u kądzieli.
— Myślisz płacz posłyszeć i przekleństwa. Uciecha wtedy twoja. Słuchaj sobie, słuchaj!
Puściła w wir wrzeciono i zaśpiewała:

Przybieżeli do Betleem pasterze, pasterze
Grają mile dzieciąteczku na lirze, na lirze.

Pies podniósł głową i poruszył ogonem, spojrzała nań, pochyliła i pogłaskała.
— Nie damy się tej — Łyska — przetrwamy do lata, a latem zaśpiewa nam dziecina! To co że my biedne i głodne, wyżywimy je i uchowamy. Będzie malutkie i słabe, a zawsze z nami! Hej będzie radości, będzie!...
Zadumała się chwilę.
— Juści pacierze trzeba gładko umieć, żeby go nauczyć i o co spyta, trzeba potrafić odpowiedzieć i pomyślenie trzeba mieć przystojne i mowę dobrą, żeby złego słowa nigdy nie posłyszało! To ci jest do rozważenia, a nie żale próżne.
Przędła i przypominała pacierze, słowo po słowie, powoli, jakby już dziecko uczyła i zapatrzona w ogień, niepamiętna obecnej doli, widziała już u swych kolan drobinę, zasłuchaną, ciekawą i uśmiechała się doń, oczami pełnemi łez i radości. Po łozach i czerotach wyła wygnana tą pieśnią i myślami — jędza — niedola...
W marcu wyczerpały się wszystkie zapasy.
Nie było ni chleba, ni soli, ni mąki. Śniegi ogromne zawaliły lody i łozy i zima trwała jak w Zapusty. Nastały ciężkie dni. Sroki nawet gdzieś się wyniosły, ryby się nie brały i bywały dnie, gdzie za całe pożywienie rzucała Pokotynka do wrzątku garście przemarzłych jagód kaliny i oszukiwała głód, pijąc tę ciepłą, kwaśną wodę.
I ona i pies wychudli strasznie i osłabli.
Zwierzę towarzyszyło jej co rana do koszów rybnych, jeśli kosz był pusty, wlókł się w łozy na dzień cały, lub ogryzał skrzydła srok, dawniej zjedzonych, do zupy z kaliny nie dał się nigdy skusić.
Kobieta o ile sił czuła, rąbała lód i czatowała nad przeręblą, nie szła po ratunek do ludzi, choć głód był większy od bojaźni, ale czuła, że nie dojdzie i zginie w śniegu. Przesypiała często głód, wstając tylko, by ogień utrzymać, paliła teraz i w dzień — obojętna czy kto dym ujrzy.
Nareszcie pewnego dnia znalazła kosz pełen, a gdy go wyjęła, otwór w lodzie napełnił się znowu masą ryb. Była to cała ławica szczupaków, szukających powietrza i oddechu.
Pełnemi garściami brała je i wyrzucała na lód, na stos, jak polana, nie ubywało w przeręli, nie umykały, na wpół zduszone, pies je chwytał zębami, odsuwał łapami — oboje pracowali zażarcie. Widmo głodu było zażegnane.
Teraz codzień mieli połów obfity i łatwy, odżyli.
Pokotynka robiła zapasy, suszyła, dymiła popłatane sztuki, zawieszała je na żerdziach u pułapu, zajęta była po całych dniach.
Raz w nocy zbudziło ją złowrogie skrzypienie i wycie Zerwała się. Chata, zda się, waliła, na dworze szalał wicher, taki co druzgoce lody, zjada śniegi jak tabun rozhukany, miażdży zimę.
Sień i komora chaty, zawaliła się z trzaskiem, kobieta, bojąc się o resztę domostwa wydostała się oknem na świat i spędziła resztę nocy pod wierzbą.
Huragan trwał trzy doby, podruzgotał lody, powalił stuletnie drzewa, zmiótł zimę i śniegi, tylko nie dał rady łozom gibkim, szuwarom nizkim i kobiecie.
Gdy wyczerpany legł, ona wypełzła z pod zwalonego dachu młyna, rozejrzała się i odetchnęła. Chata jeszcze stała, krzywa, pochylona ze zwichrzoną strzechą, ale stała. Łozy poczerniały, śnieg zrudział, na lód wystąpiła woda, zima była pokonana.
I zaraz noce stały się gwarne. Na te pustkowia od zachodu do wschodu słońca napływały z szumem, furkotem, wrzaskiem roje wędrownego ptactwa, opadały na nocleg, daleką drogą zmęczone, rozhoworem swoim niosąc otuchę, nadzieję wiosny.
Zrywały się o świtaniu i niosły dalej, dalej, hymn życia i każdy, słysząc w chmurach chrapliwe ich wołanie, oczy wznosił, gonił wzrokiem klucze i gromady i cieszył się.
Ptactwo bywało tak zmęczone i tak pewne pustkowia, że Łyska mógł je dusić. Ale gdy raz przyniósł dziką gęś jeszcze żywą, Pokotynka odebrała mu ją i chociaż radaby była skosztować mięsnej strawy, odpędzała psa i puściła ptaka na swobodę. Zerwał się i ukrył w łozach.
Pies patrzał na nią zdziwiony i urażony.
— Nie godzi się, Łysku. Biedne jest, chude, głodne jak my! Z wyrajów wraca, ledwie żywe! Niech leci, gniazdo ściele, niech je inni ludzie biją, nie my! Namby grzech był. Mamy co jeść.
Ogarnęła ją żałość i smutek. W chmurach wysoko, chrapliwie odzywały się żórawie.
— Hej, weselniki! — zawołała ku nim, płyńcie, wołajcie! Mój sokół w niewoli! Bym ja go choć posłyszeć mogła, jako was! By mi nad głową przeleciał i słowo uronił, że wolny! Daj wam Bóg — gniazdo bezpieczne! Wiosną śpiewacie.
Wody wezbrały ogromne. Oprócz tej łatki ziemi, na której młyn stał i wierzb kilka, reszta pustkowia, jak okiem sięgnąć była morzem, nad którem gdzie niegdzie czuby łóz widać było, wreszcie zajęła woda i rozwaloną chałupę.
Pokotynka brodząc po izbie wyżej kolan, uratowała swe mienie między wierzbowe rosochy i sama z psem przesiedziała tam dwa dni.
Przytuleni do siebie trwali cierpliwi, patrząc na nurt pod drzewem i na bezbrzeżną toń wokoło.
Gdy głód dokuczał, gryźli suchą jak drzazga rybę, a gdy niewygodne położenie stawało się męczarnią członków, kobieta zsuwała się w wodę lodowatą, przeciągała się, prostowała i wracała napowrót na wierzbę.
Trzeciego dnia woda spadła i słońce wyjrzało z za gęstych chmur i ciepły wiatr powiał z południa.
Zaledwie wyjrzały z nurtu kiście łóz, wnet zakwitły miodowe niosąc wonie i wnet na nie spadły lecące z dalekich borów, przez topiele, pszczoły, radośnie mruczące, pracowite, szczęśliwe.
Brzegami złoto zakwitło „lotoć“, powietrzem leciało drobne śpiewające ptactwo i obsiadało wierzby na chwilowy odpoczynek, opowiadając świergotem o zbożowych niwach i sadach i gajach, kędy spieszyły z południa — z wyrajów.

Pokotynka wzięła się do pracy, bezpieczna, że teraz nikt do niej nie dotrze, nikt jej nie wyśledzi. Chałupę podparła jak umiała, pozatykała szuwarem dziury w strzesze, wiązała siatki, plotła więcierze, pławicę swą spuściła na wodę.
Co rano płynęła na połów, poznawała codzień nowe tonie i zakąty, szukała gniazd lub raków po pieczarach u brzegu, robiła zapas łyka na postoły, a po południu, siedząc w słońcu, na progu, łatała swe szmaty, szyła koszuliny malutkie i spoglądając raz wraz na koszyk z wierzbowych prętów, uwieszony na sznurach pod dachem jak gniazdo wilgi, dumała o dziecku.


III.

Na jesieni był w Oranach doroczny wielki jarmark. Rynek był zatłoczony wozami, ludźmi i bydłem — mrowie huczało, ścisk był okropny i popychanie, bo wszelkie plony lata i jesieni zwieźli chłopi na sprzedaż i targ był bardzo ożywiony. Na wozach były owce i len, drób i grzyby, manna, jagody suszone, grzyby i ryby, żydzi uwijali się gorączkowo.
Po szynkach i po karczmach było pełno, najpełniej jak zwykle u Zelmana. Szynkował on i żona, ogryzały się z chłopami bachory, scisk był, zamęt, śmiechy i przekleństwa.
W tłok ten o zmierzchu już wcisnęła się Pokotynka.
Miała na sobie stary kożuch, chustę na głowie, na plecach spory tobół, w płachcie na ręku dziecko.
Weszła śmiało i swobodnie, jakby wczoraj tu była i onegdaj, dopchała się do żydówki i szarpnęła ją za rękaw.
— Czy, Małka, kupisz suszoną rybę? Same jaźwie.
Zelmanowa, pomimo gorączki jarmarcznej zdumiała.
— Herste, a ty skąd tu się wzięła!
— Rybę na sprzedaż przyniosłam. Bierzesz?
— Czemu nie mam brać! Nu, ale tyskąd? Co to? Dziecke masz? Gdzie ty była! To twoje dziecko?
— Czyjeż-by! Moje.
Ludzie skupili się wokoło niej.
— Dalibóg, Pokotynka! — wołano.
Kobieta ruszyła ramionami.
— No, ja! Co się dziwujecie. Na pogrzebie moim wódkiście nie pili. Żyłam i żyję, Wielkie dziwo.
— Gdzież się podziewałąś?
— W służbie byłam za rzekami.
— I wysłużyłaś bachora! — poczęto się śmiać.
— Czy chociaż dziewczyna? Wyhodujesz dla chłopców zabawę.
— Nie! Wy swoje dziewczęta teraz dla mojego chłopca hodujecie. Nu, co Małka, bierzesz rybę, bo mi cięży na plecach.
Jedna z kobiet zajrzała pod chustę, otulającą dziecko.
— Spory chłopak. Ma już z pół roku. A czarny jak cygan.
Dziecko rozbudzone, przerażone, poczęło płakać.
Pokotynka przygarnęła go do piersi i przecisnęła się do alkierza. Tam odjęła tobół z pleców i rozwiązała. Na widok ryby oczy Zelmanowej zaświeciły.
— Gdzie ty takiej dostała? Wiele masz? Kupię ile jest. Całego rubla ci dam. Przynieś więcej!
Rozpoczął się targ. Pokotynce pilno było, oddała za półtrzecia rubla, dwa śledzie, trzy bułki i kwartę mleka. Zasiadła do posiłku, otoczyły ją znajome baby, ciekawe gdzie była, czyje to dziecko, co myśli dalej robić ze sobą.
Ale Pokotynka jadła chciwie, snać bardzo głodna i zdrożona, oglądała się po ludziach, rozpytywała sama, do zwierzeń wcale nie skora.
Na natarczywe pytania odpowiadała ze śmiechem.
— Czyj chłopak? Mój! Dosyć mu. Mam dla niego w piersi mleko! Co mu więcej potrzeba!
Nie wspomniała Szczepańskiego, ale obecni się rozgadali i dowiedziała się, że z wiosną sąd na niego był, dużo świadków włóczyli — i Bielak jeździł — i on go obronił najlepiej, świadectwem że pijany wówczas był i tylko skazali go na pięć lat więzienia.
— Świat cały strzęśli, szukali ciebie, do sądu. Jeszcze cię teraz pociągną, zobaczysz.
— Bielak panuje? — spytała.
— Wyjechał w zeszłym tygodniu. Gadają, że z żoną się rozwodzi, a będzie Jasińską brać.
— A o Marku nic nie słychać? — zagadnęła.
— Jakże! W katorgi poszedł.
Dokończyła jeść Pokotynka, i poszła na targ. Wróciła już późną nocą — wprosiła się na nocleg do szynku. Zelmanowa przyjęła ją — na rachunek dalszych dostaw suszonej ryby — pozwoliła jej ułożyć się na ławie przy piecu, rozpytała o dalsze projekty. Pokotynka rzekła, że ino parę dni zabawi, i znowu za rzeki pójdzie — na służbę. Ale już nazajutrz dowiedział się o niej uradnik i wezwał ją do „stanowego“. Kobieta, nie okazując żadnej trwogi poszła.
Znalazła się znowu w tej wielkiej bielonej izbie, gdzie zeszłej jesieni stał Szczepański. Rozejrzała się po ścianach, twarz jej na chwilę skurczyła się bólem, oczy osłupiały, zmętniły od łez. Ale w tem wszedł stanowy, i krzyknął:
— Jesteś przecie, hultajko. Jak śmiałaś się wydalać bez dozwolenia. Do turmy pójdziesz za to! Ja cię nauczę!
— Co miałam robić, wasza wielmożność. Wypędzili mnie z leśniczówki — zabrali szmaty, chleb — bosą, głodną i nagą wygnali na zimę. Poszłam drogą przed siebie — do roboty nikt nie chciał, bo zima, żebrałam po wsiach. Het — pod Kijów zaszłam.
— Dziecko czyje?
— Moje.
— A ojciec kto? Jasiński, Szczepański, czy kto inny?
— Tylko moje własne.
— Chrzczone?
— Chrzczone. Jan!
— Gdzie chrzczone — metrykę masz? Toć ty sama bez paszportu.
— Dostałam paszport. Byłam w swoich stronach.
— Gdzież to? Bo jak łżesz, to cię zaraz jako włóczęgę, odeślę do powiatu, a stamtąd, jak nie powiesz, skąd rodem, — to na Sybir pójdziesz. Dość miałem o ciebie kłopotu. Gadaj zaraz, jak się zwiesz i skąd.
— W paszporcie stoi. Porzuciłam go u Zelenana. Zaraz przyniosę!
— No — to marsz — i dawaj papiery natychmiast.
Pokotynka wyszła. Nie było jej długo z powrotem, tymczasem, wpadło dwóch żydów i chłop ze sprawą o kradzież kożucha, potem wezwano stanowego na drugi koniec miasteczka, gdzie się dwóch sąsiadów pokaleczyło śmiertelnie, i dopiero pod wieczór przypomniał sobie urzędnik Pokotynkę. Wpadł we wściekłość, i posłał po nią dwóch stróżów policyjnych. Wrócili z wieścią, że kobieta poszła po swoje papiery, które miała gdzieś w lesie ukryte. Poszła i przepadła.
Dziecko było nie chrzczone — paszportu wcale nie posiadała, ani do turmy, ani na Sybir nie chciała iść — uciekła — zaszyła się w bory i słuch o niej zaginął. Ale nie wróciła do Wieszańca — szła w przeciwną stronę — do ludzi — w swoje okolice.
Siedem lat minęło jak stamtąd wyszła — na poniewierkę — teraz wrócić musiała dla dziecka.
Szła nocami — w słocie i mgle jesiennej, bardzo się kwapiąc, bo ledwie parę rubli miała na życie, a jeść musiała, by dziecku dać mleka.
W zanadrzu miała papiery Szczepańskiego.
Wstępowała po drodze, tylko do dworów, lub samotnych domostw, ludnych wsi się bała.
Po dworach dawano jej czasami jeść — na nocleg nie chciano przyjąć. Odpoczywała najchętniej pod mostami, a trzymała się szerokich gościńców — pytając o drogę do Owrucza, i opowiadając, że wraca z odpustu z Kijowa.
Postoły jej się zdarły, szła bosa, kożuch nigdy nie suchy, ledwie się trzymał na plecach, dziecko piszczało z zimna, ona szła z tępą zawziętością, nawet nie myśląc, jak ją przyjmie ojciec i czy go zastanie, czy jej od progu nie odpędzi. Myślała tylko, że dziecko w parafii musi być zapisane — metrykę mieć — a potem... Dalej nie myślała — i dlatego szła wytrwale — i doszła.
Pewnego dnia — poznała okolicę — poczęło jej się serce tłuc, aż przystanąć musiała. Wiatrak Józefów na wzgórku — sosny na cmentarzu — na rozdrożu krzyż — w prawo droga do dworu, w lewo do wsi — prosto do szlacheckich zaścianków. Stanęła na rozdrożu — spojrzała. Widać już stary — i dach ich dworku, nową strzechą poszyty. Usiadła, by spocząć i ochłonąć.
Dzieciak piszczał, poczęła go karmić, a oczu nie odrywała od tych strzech, i nagich sadów — a serce się tłukło, jak w wielkim umęczeniu.
Od zaścianków na drogę wóz się wynurzył, jechał ktoś do wiatraka. Czy pozna? Zbliżył się, zrównał się z nią — poznała — był to Kazik Sawiski, ich najbliższy sąsiad i powinowaty. Spojrzał na nią obojętnie, jak na żebraczkę, i skręcił do młyną.
Chciała mu „pochwalony“ rzec, ale ją coś dławiło w gardle, i nie wydobyła głosu.
Siedziała jeszcze długą chwilę — wreszcie zerwała się — otuliła dziecko, przygarnęła je do serca, pocałowała, i śmiało ruszyła naprzód.
— Do parafii trza zapisać! — powtarzała w duchu — spotkała po drodze starą Sobolską lekarkę — i Wiktę Józefów — żadna jej nie poznała — i ona ich nie zaczepiała. Otworzyła furtkę na ojcowe podwórze i weszła — i wnet ją opadły psy z wielkiem szczekaniem. Nowe psy były — tylko jeszcze poznała starego Zagraja — napół ślepego i siwego, ten pod ganeczkiem leżał i nie łajał.
Łyska drepcący wiernie za nią, począł się odgryzać i skomleć — powstał wielki hałas, — aż na próg wyjrzał z dworku stary Kałaur, wołając:
— Won — a harap, a do budy. I zaraz fuknął:
— Czego się włóczysz! Co ci potrzeba?
Milcząc stała u furtki. Zrozumiał po łachmanach, że żebraczka, że ją psy obdarły i przestraszyły, więc je odegnał i dodał:
— Idź do kuchni. Dadzą ci jeść! Żebrze to, a psy wodzi za sobą. Chodź-że — poprowadzę cię.
Podeszła bliżej, pochyliła mu się do kolan.
Usunął się, i nie patrząc na nią, poszedł przodem na boczny ganek — wprowadził ją do kuchni. Stara kobieta krajała kapustę nad wielką beczką. Poznała ją Pokotynka, była to ciotka Teofila — uboga krewna, co u nich w domu gospodarzyła od śmierci matki. Ta sama czerstwa, rumiana, ruchliwa i gadatliwa, tylko osiwiała więcej i jakby zmalała i twarz miała jak pieczone jabłko zmarszczoną.
— Uboga przyszła! Daj jej siostra jeść, i jaką spódnicę, bo psy ją starmosiły! — rzekł Kałaur i poszedł do mieszkania.
Ciotka Teofila przestała krajać kapustę.
— Skaranie Boskie z tymi psami. A to znowu jakiś cudzy! Won — wody, wody!
— To mój — ozwała się głucho Pokotynka.
— Twój! Jeszczem ja nie słyszała, żeby po żebrach z psem chodzić. Czyś ty ślepa!
— Ja też po żebrach nie chodzę. Do was przyszłam.
Staruszka przyjrzała się jej uważnie — podniosła rękę i nie mogąc dobyć głosu z podziwu przeżegnała się tylko — jak przed upiorem. Pokotynka. chwyciła ją za rękę i pocałowała.
— Poznaliście mnie, ciotko! — wyjąkała. — Matko cudowna! — odzyskała głos panna.
Teofila. — Skąd ty! Co z tobą! Co ojciec powie Dziecko masz! A mąż? Wygnał cię! Siedem lat!
— Nie mam męża!
— Magda! Jakże śmiesz ojcu się pokazać! Zabije cię! Gdzieś ty wstyd podziała! Jak tyś się ośmieliła tutaj wracać.
— Dziecko ochrzcić trzeba. Musi papiery mieć. Tylkom po to przyszła!
— Oszalałaś. Jakże go zapiszesz — co księdzu powiesz! Obraza Boska, wstyd, hańba. Ojciec jak cię pozna, to albo ciebie zabije, albo jego krew zabije. Coś ty narobiła, nieszczęsna! Do czegoś podobna. O Jezu, Jezu, Taki srom! Załamała ręce i patrzała ze zgrozą.
Pokotynka cofnęła się do drzwi.
— To bywajcie zdrowi. Pójdę do księdza! — rzekła głucho. — Chciałam ino na ojca spojrzeć. Daj mu Boże i wam długie lata w zdrowiu. Wiem, żem tej strzechy nie warta — ino dziecko zapiszę — i już więcej się nie pokażę. Zegnajcie ciotko.
Pocisnęła klamkę, ale panna Teofila porwała ją za ramię.
— Czekajże! Jakże tak można! Gdzie pójdziesz! Trzeba się zastanowić! Toć spocznij! Na ten ziąb i deszcz, mokraś, bosa — może i głodna, Jezu! Do czegoś się dopuściła! Co ja nieszczęsna pocznę z tobą! Trzeba ojcu rzec! Dajże mi ochłonąć! Głowę tracę a tu i poradzić się nie można! Siadajże. Stary tu nie przyjdzie i zaraz wyjeżdża do miasteczka na jarmark. Mamy cały dzień spokojny! Co będzie, to będzie! tak cię nie puszczę! Kazał nakarmić — mogę nakarmić, a jutro trzeba rzec prawdę. Nie darowałby, żeby od księdza się dowiedział! Onże ojciec!
Leciało jej wszystko z rąk i bezładnie tłoczyły się słowa. Pokotynka śmiertelnie znużona, usiadła pod ścianą u progu i milczała.
Panna Teofila zaryglowała drzwi od sieni przed najściem jakiej sąsiadki, powoli zbierała myśli.
Przeraziło ją milczenie kobiety, jej bladość i nieruchomość.
— Co tobie? Możeś chora! Mówże co!
— Nic mi, ciociu, tylko nadmiar zmęczona. Dziesięć dni idę — i tak mi do serca doszło — tutaj! Chciałabym spocząć! Co mam rzec! Widzicie i wiecie!
— Rozbierz się, zjedz — potem cię położę u siebie w bokówce! Zaśniesz! Żebyś, uchowaj Boże — nie zachorowała!
Kobieta wstała — spojrzała wokoło.
— Czego ty szukasz?
— Małego gdzieby położyć. Żeby trochę siana i koszyk, byle mu sucho i ciepło. Zziębło — teraz śpi.
Odkryła chustę i panna Teofila z niechęcią, ale z ciekawością zarazem spojrzała raz pierwszy na dziecko.
— I takeś go niosła — dziesięć dni — piechotą — w tę słotę?
— Albo człowiek czuje własną duszę — że ją nosi! Tyle on mi ciężył! — rzekła kobieta, ogarniając ręką tę czarną, maluchną głowinę.
— Chłopak? — spytała staruszka.
— Jasiek mój serdeczny! — skinęła głową Magda.
W starych oczach panny Teofili zakręciły się łzy.
Odwróciła się — otworzyła drzwi od swego pokoiku obok kuchni.
— Tu go połóż — na łóżku! — rzekła. — Co dziecko winne.
Zakrzątała się — dobyła z kuferka pachnącą lawendę, białą koszulę, wełniak i kaftan odświętny, potem po chwili wahania, tkackie dwa cienkie ręczniki.
— Pieluszki będą — weź — a ot, przebierz się, ogarnij.
— Co tam! — wyrwała rękę, którą kobieta całowała.
— Do chrztu cię nosiłam — i taki mi cię żal! Biednaś ty. Żeby już ojciec przebaczył. Ale na to nadziei niema! Jeszcze — by nie dziecko!
Spojrzała nań.
— Do nieboszczki twej matki podobne. Jak to śpi spokojnie! Ile mu?
— Czwarty miesiąc.
W domu ruch się zrobił i głos Kałaura się rozległ.
Podreptała panna Teofila, zamknęła drzwi od bokówki. Magda zrzuciła swe przemokłe szmaty — umyła się, uczesała, z uczuciem rozkoszy włożyła czystą bieliznę i odzież. Od roku nie znała tego zbytku. Zastała ją ciotka krającą kapustę.
— Pojechał. Spytałam go, czy można podróżną na noc zatrzymać — pozwolił. Dajże pokój — spocznij — zaraz ci jedzenie przygrzeję. Powiadaj o sobie. Dalekoś była? Jakże cię ta bieda spotkała? W służbie pewnie.
Magda milczała. W długiej samotności odwykła od mówienia i myśli jej tak innemi drogami chodziły, że obcowanie z ludźmi, ich pojęcia i sądy, stały się jej zupełnie niezrozumiałemi — wstrętnemi prawie. Wróciła tu nie po przebaczenie, nie czuła na sobie hańby, nie chciała pozostać, żyć na łasce ojca — w gromadzie.
Chciała dla dziecka legitymacyi — nic więcej — dla siebie samotności i ciszy pustkowia.
Nie rozumiała, dlaczego ten skarb jej i szczęście — dziecko — ciotka nazywała biedą — dlaczego ma przeklinać Szczepańskiego, czemu się wstydzić i sromać. Stała się wśród zwierząt — zwierzęciem — nie chciała, nie czuła potrzeby ludzkich obyczajów i praw. Chciała swe dziecko do puszczy odnieść — i tam je chować — sama — i dla siebie.
Za nic by nie wyjawiła przed ciotką swego życia więc pochylona nad robotą, odparła:
— Sługiwałam po ludziach. Bywało źle — bywało dobrze. — Moc do pracy mam i ochotę, biedę mogę przetrzymać.
Podała panna Teofila na stół bielony barszcz i tłusto kraszone kartofle, a gdy Magda jeść zaczęła, rzekła z nienacka:
— A wiesz — Hipek się dotąd nie ożenił.
Kobieta podniosła oczy.
— Co za Hipek! — Aa — ten! — dodała, przypomniawszy.
— Już się ustatkował. We dworze ekonomem.
— Ot — może jeszcze co z tego będzie. Byle ojciec przebaczył. Cóż — teraz — to cię odda za niego.
— A mogłaś, głupia, przebierać, i nie byle jakiego obywatela dostać! Aj — tak się samochcąc zmarnować!
Pokiwała głową staruszka, a Magda pomilczała chwilę i rzekła:
— Nie będzie mnie nikt brać, ani ojciec mnie zbywać. Ni ja po spadki tu przyszłam, ni po Hipka, Przebaczy ojciec — łaska jego — wygoni — wola jego. Jakem przyszłą, tak pójdę. Nie będę ślubować nikomu — nie będę żoną nikomu.
— Co? Może ten cię weźmie! No, pewnie — daj to Boże. Ale to rzadko się zdarza i taki mąż to ci oczy wypiecze sto razy — że cię przez litość brał! Zatraciłaś dolę — na zawsze.
Magda nic nie odpowiedziała. Niewiele co zjadła, nakarmiła psa i poczęła swe łachmany suszyć.
— Zmęczonaś niebogo. Trzeba ci się położyć i zasnąć, to jutro i dumka będzie lżejsza. Gryzie cię troska — no, może da Bóg, serce ojcowskie odtaje. Nie desperuj — ja się z nim zaraz rano rozmówię i wyrozumiem: onby może przebaczył, ale przed ludźmi jak oczy pokazać! Żebyż nie dziecko!
Magda się wstrząsnęła. Oczy jej zapałały.
I nagle rzuciły jej się łzy żalu i tęsknoty za chatą w Wieszańcu, przypomniała sobie ów ranek, gdy się zwlekła z posłania i bardzo słaba, tę drobinę dwudniową wyniosła na Boży świat. A świat był w całej letniej krasie — i wszystko, zda się, dziecko pieściło i witało.
Upieścił je ciepły powiew wonny, i powitał promień słoneczny i polizał Łyska, i zaskrzeczały wesoło sroki, i życzliwie osłoniły jego gniazdko — wysłane szuwarem — stare wierzby nad wodą. Nikt nie urągał, nie szydził, nie piętnował, tam, wrócić.
Żeby myśli posłuchała, zaraz by dziecko zabrała i poszła w ten dżdżysty zmierzch powrotną drogą, ale rozważyła, że idzie zima, że ten drobiazg cierpieć będzie w napół rozwalonej chacie i tłumiąc łzy, poczęła słać sobie nocleg na drewnianej kanapce w pokoju panny Teofili i, wymówiwszy się znużeniem, zaraz się położyła — dziecko tuląc do serca.
Bardzo rano wrócił Kałaur — w dobrym humorze, bo zboże sprzedał drożej, niż mu w domu dawano, a że się na wozie przedrzemał, więc do śniadania zasiadł i opowiadał staruszce nowiny z jarmarku.
Panna Teofila wbrew zwyczajom, o nic nie pytała, słuchała obojętnie i wzdychała.
Zauważył to wreszcie Kałaur.
— Co siostra jakaś nieswoja! złego? Zdechło co?
— Uchowaj Boże! Stać się — to się stało. Tylko niech się brat nie alteruje! Wróciła nasza Magda.
Stary jeść przestał. Poczerwieniał i zbladł.
— Co siostra gada? Jakto? Gdzież ona?
— W kuchni.
— Dlaczego ją siostra przyjęła! — wybuchnął, zrywając się. — Jak ona śmiała tu wstąpić!
Drżącemi rękoma odpinał swój pasek rzemienny.
Rzuciła się do niego.
— Niech brat się opamięta — posłucha. Jakże mogłam nie przyjąć. Do ojca wróciła — gdzież pójdzie. Miałam drzwi zamknąć, kiedy brat ją sam przyjął.
— Ja! — tu go coś tknęło — to ta żebraczka — wczoraj — z dzieckiem — to ona!
Odepchnął staruszkę.
— Ubiję! — wrzasnął, wpadając do kuchni.
Magda słyszała wszystko, stała jak skamieniała u pieca. Chwycił, co mu się trafiło pod ręką — był to żelazny pogrzebacz i tem zamachnął.
— Won, ty wyrodku!
Kobieta rażona w głowę — zwaliła się na ziemię ogłuszona — panna Teofila powstrzymała wzniesione powtórnie ramię — krzyknęła:
— Jezus, Maryo! Zabił! Ratunku!
Kałaur się opamiętał — przeze drzwi sieni zajrzał parobek. Panna Teofila lamentując przypadła nad kobietą, zlewała ją wodą.
— Nie żyje! O ja nieszczęśliwa! Nie ma już duchu! O Jezu, Maryo!
Stary przetarł czoło, trząsł się cały. Odwrócił oczy, wyszedł prędko, i drzwi za sobą zaryglował. W stancyi swej upadł ciężko na zydel, objął głowę rękami — czekał najścia policyi.
Słyszał w kuchni ruch, suwanie sprzętów — i powtarzał bezustannie w duchu.
— Zabiłem! Zabiłem! Ot i koniec.
Ile tak minęło czasu — nie wiedział. Wzdrygał się na płacz i kwilenie dziecka za ścianą, ale nie szedł, nie dowiadywał się. Po co? Będzie tu zaraz pełno ludzi!
Nareszcie zapukano do drzwi. Wstał i otworzył. Stała w progu panna Teofila.
— Nie żyje! — rzekł głucho.
— Jeszcze dysze. Trzeba po doktora posłać i po księdza! — odparła przez łzy.
Stłumione stęknięcie, prawie jęk wydał z siebie.
Sięgnął po czapkę, poszedł do stajni, założył sam klacz do wózka i wyjechał za wrota.
Doktor mieszkał w miasteczku o pięć wiorst. Kałaur przebył tę przestrzeń w kwadrans — przez drogę zebrał zmysły.
Lekarz dawno osiadły, znał go doskonale.
— A co tam, panie Kałaur, panna Teofila pewnie się przeziębiła — stróżując nad węgierkami w sadzie! Powitał go wesoło.
— Nie, panie doktorze. To ja sam, zdaje się na śmierć ubiłem córkę — odparł ponuro.
— Co pan mówisz! Jaką córkę?
— Miałem jedną. Siedm lat temu z domu uciekła. Przekląłem. Zakała mego życia! Myślałem, przepadła! Ludzie nawet już zapomnieli.— Wczoraj wraca — z dzieckiem! Zapamiętałem się — uderzyłem — trafiłem w głowę. Upadła — i ot — dochodzi — powiadają! Ja nie widziałem — ot nieszczęście.
Lekarz już się na wózek sadowił. Ruszyli. Kałaur klacz popędzał, biała była od szumu, zresztą się nie odzywał — twarz miał zastygłą — poruszał czasami, bez głosu — ustami.
— Mógł ją cios ogłuszyć. Młoda — może wytrzyma — pocieszał go lekarz.
— Młoda. Dwadzieścia cztery lat skończyła na Wniebowzięcie! — zamruczał stary.
— Więcej pan nie miał dzieci?
— Tylko ta jedna! I taka się udała. Zanadtośmy kochali, dogadzali, pieścili — z nieboszczką.
— Przystojna była, gładka, urodziwa, że nikt jej nie minął, żeby się nie obejrzał. Pycha nasza była — zazdrościli ludzie. Ot — co się stało. Bóg łaskaw, że matka tego nie dożyła! Na moją głową spadło — a teraz...
Wstrząsnął się — patrzał ponuro na drogę.
Zwrócili między osądy szlacheckie. Ludzie już wiedzieli, bo spoglądano za nimi i szeptano.
Na ganku spotkała ich panna Teofila.
— No i co? — spytał Kałaur.
Nie słuchał odpowiedzi, nie rozumiał. Rzucił lejce parobkowi i wszedł za lekarzem.
W pokoju panny Teofili, na łóżku, leżała Magda nieruchoma — nad nią stała stara Sobolska z gromnicą — kilka jeszcze kobiet patrzało ciekawie i frasobliwie — rozstąpiły się przed doktorem. Ten przechodząc, bez ceremonii gromnicę zdmuchnął i rzekł ostro:
— Proszę się usunąć — wszyscy obcy!
I pochylił się nad leżącą.
Kobiety wyniosły się prędko. Kałaur stanął pod ścianą — bez tchu patrzał w twarz doktora.
— Lodu! — Ten krótko rozkazał.
Stary wyszedł do kuchni — zawołał parobka.
— Duchem do dworu. Masz rubla! Lodu kubeł przynieś. Żywo!
Gdy wrócił, doktor odchodził od łóżka.
— Zabiłem? — spytał go ponuro.
— Jeszcze żyje. Nie trzeba tracić nadzieji! Ale uderzenie ciężkie — mózg wstrząśnięty. — Skrzywił się.
— Papieru i pióra proszę — i natychmiast do apteki niech pan pośle.
Przyniesiono mu żądane przedmioty — napisał.
Potem rozejrzał się po izbie i spostrzegł dziecko. Leżało cichutko przy piecu, obudzone — cierpliwe — jakby czuło, że mu tutaj odzywać się nie wolno. Obejrzał je doktor.
— Tęgi chłopak! — rzekł do panny Teofili.
Pokiwała głową.
— Było mu lepiej nie rodzić się. Ona nie wytrzyma. Prawda — panie doktorze?
— Kto może wiedzieć! Organizm ma wyczerpany, ale młode siły — cuda czynią. Jeśli przenocuje, to będzie nadzieja. Gdzież ten lód!
Niósł go sam Kałaur. W tej chwili dziecko zapiszczało, zakwiliło żałośnie — i jednocześnie jęknęła Magda. I jęczała już ciągle, a jęk ten szedł w duszę Kałaura i rozdzierał mu serce. Obłożono głowę chorej lodem — ucichła — poczęła dyszeć i drgać. Dzieciak płakał.
— Wynieście go stąd! — rzekł doktor. — Matka słyszy, i to ją nęka. Głodny jest. Dajcie mu mleka grzanego — byle nie tłuste!
Panna Teofila była przy chorej zajęta.
Kałaur się zawahał — wreszcie wziął dziecko z poduszką i wyniósł. W kuchni, zawsze gotowa do usług, czatowała Sobolska i już grzała mleko.
— Zaraz ja robaczka nakarmię! Ofiarowała się. — A może państwu przy chorej zawadza — to go do siebie odniosę. Sama mieszkam!
— Dziękuję — mruknął Kalaur — tutaj będzie.
Zaniósł dziecko do swego pokoju i wróciwszy, rzekł do panny Teofili:
— Niech siostra nakarmi małego. Ja tu zostanę.


∗             ∗

Gdy Magda otworzyła oczy przytomne, ujrzała naprzeciw siebie pod ścianą siedzącego ojca.
Drzemał, wyczerpany długiem czuwaniem. Ona poszukała oczami dziecka i poruszyła się niespokojnie.
Stary się ocknął, wstał, zbliżył się do niej.
— No, jakże ci? — spytał z cicha.
— Gdzie Janek?
— Zdrów, śpi. Może co zjesz?
— Jaśka mi mego dajcie!
Kałaur sam przyniósł dziecko, weszła też panna Teofila, uradowana, poczęła gawędzić.
— Widzisz, zdrów i cały. Już tydzień mlekiem karmię i służy mu.
— Już tydzień. Nic nie pamiętam. Zaraz się zwlekę.
— Poleź jeszcze. Tóć w domu jesteś — nikt cię nie wygania. Zostaniesz, wola Boska! — mruknął Kałaur. — Ludzie już wiedzą, stało się! Potem pogadamy!
Dopiero trzeciego dnia potem wstała Magda, zrazu tak słaba, że tylko ścian się trzymając przechodziła na zydel pod piecem i głosu ledwie wydobyć mogła z gardła, potem słabość codzień ustępowała i wreszcie został na skroni szram czerwony, a na twarzy bladość. Ale już pracowała. Wyręczała pannę Teofilę, warzyła strawę, czesała len, obierała śliwy w sadzie, piekła chleb, wieczorem przędła. Dawni znajomi już wszyscy ją odwiedzili i obejrzeli i znaleźli, że Magda do niepoznaki zmieniona. Milcząca się stała, dzika, nigdy nie wesoła. Nie wychodziła nigdy poza furtę ojcowskiego podwórza, nie przestąpiła progu sąsiadów, nie dała się namówić w odwiedziny na wieczór, ani na niedzielę.
A była to jesień — pora wczasów, zabawy, swatów i miłostek. Roboty rolne pokończone, zbiory były pomyślne, wieczory długie. Od dworku do dworku wydeptano ścieżki przez ogołocone z owoców sady i zbierano się na gawędy, na przędzenie, na śpiewy, na muzykę. Panna Teofila skoro zmierzch, wynajdywała pilny interes do sąsiadki, przebierała się i z kołowrotkiem pod pachą ulatniała się z domu. Stary Kałaur zwykle dawniej szedł na gawędkę do Syrwida lub Józefa Rojskiego — tej jesieni wynalazł sobie robotę stolarską — robił ramowe ule do swej pasieki i miał wymówkę przed sąsiadami, że bywać przestał. Naprawdę, z powodu Magdy nie chciał ludziom się pokazywać.
W kuchni sama spędzała wieczory Magda.
Gdy uwarzyła kolacyę dla parobka i pastucha i wyprawiła ich spać do stajni — zasiadała do przędzenia. Świerszcze w szczelinach zgrzytały monotonnie, psy czasem zaszczekały, w głębi domu stukał Kałaur przy robocie, ona wyciągała cienkie jak pajęczyna nici, tylko już nie śpiewała, jak ongi w leśniczówce.
Gdy stary zegar wagowy wyjęczał ósmą godzinę wstawała i podawała ojcu wieczerzę.
Nakrywała stół, stawiała na nim salaterkę i talerz, kładła chleb i łyżkę i słowa nie rzekłszy, wysuwała się do kuchni.
Stary też do niej się nie odzywał, czekając, by pierwsza zaczęła, upokorzyła się. W niej był ból i żal, i uraza — i tak oboje zawzięcie milczeli.
Pewnego rana Magda okrzątnęła się z robotami o szarym jeszcze świcie, a gdy panna Teofila wstała, rzekła:
— Nie będzie mnie dziś, ciociu, do samego wieczora.
— A gdzież ty się wybierasz?
— Do kościoła pójdę z małym. Ino nie wiem, czy ksiądz ochrzci za trzy złote. Tyle mam!
— Jakże, tak pójdziesz, piechotą! Toć trzy mile. A gdzież kumy? Gadałaś z ojcem? Może z tobą pojedzie.
— Nie gadałam i nie będę. Jemu to wstyd i despekt, a mnie trzeba odbyć. Pójdę! A kumy! Prędzej ktoś obcy się zlituje — uproszę!
I poszła. Odmówiła nawet, gdy jej panna Teofila chciała dać parę rubli i ofiarowywała się sama z ojcem rozmówić. Uparła się, zacięła i poszła. Nie spotykając jej nigdzie na podwórzu, spytał Kałaur.
— Magda zasłabła, czy znowu uciekła?
— Poniosła dziecko do chrztu.
— Po co ją siostra puściła, było do mnie odesłać.
— Gadałam — nie chciała.
— Szelma, na hambit jeszcze choruje, fanaberye stroi. Niech próbuje, niech się zlata na darmo! Przyjmie ją proboszcz, jak się należy.
W nocy już wróciła Magda. Była śmiertelnie blada i dziko paliły jej się oczy, a usta były zacięte i surowe.
— No, jakże ci się udało? — spytała ciotka.
— Wiadomo, jak! — warknęła ze wściekłością w głosie. — Wypędzili mnie jak parszywą. Ksiądz kazał dwóch świadków przyprowadzić, świadectwo z policyi i dziesięć rubli. Za ślub kary — powiada — i za wywód kary i za dziecko nieślubne kary. Zbeształ mnie, od spowiedzi odpędził, ludziom na pośmiewisko podał. Takci wróciłam.
— A czegoś się lepszego spodziewała. Miał cię pochwalić, podziękować — za przykład podać. Któż cię poszanuje, kiedyś sama się nie poszanowała, na grzech i srom poszła. Jakby za to kary nie było od Boga i ludzi, to wnetby świat cały piekłem się stał.
— A komużem ja krzywdę uczyniła, albo to dziecko? Ano — niech będzie nie chrzczone, a ja przeklęta. Dziesięciu rubli nie mam i świadków wodzić nie będę.
— Od złegoś ducha opętana, czy co? Idź, proś ojca, ukorz się, poproś o ratunek. Slusznieś wstyd i karę miała. Możeś ty i u spowiedzi w tym roku jeszcze nie była?
Magda nic nie odpowiedziała i od tego dnia stała się bardziej ponura, ale do ojca nie poszła, a gderań, morałów i nauk ciotki zdawała się nie słyszeć. Opętana była oczywiście.
I przyszło do tego, że wieść o niej i dziecku dostała się do policyi i pewnego dnia uradnik zajechał do Kałaura i napadł nań, że przechowuje dziecko — chłopca, nigdzie nie zapisanego.
Stary zaraz po jego odjeździe, wszedł do kuchni i rozdrażniony krzyknął:
— Zabieraj swego bękarta do chrztu. Na to mi zeszło, że muszę swój wstyd obwozić, ludziom na pośmiewisko i imię swoje honorowe dawać ulicznemu śmieciu! Ubieraj się zaraz, jedziemy.
Magda bez słowa otuliła dziecko i stanęła na ganku, czekając aż konie założą. Kałaur sam powoził, usiadła pokornie na brzeżku wózka i ruszyli. Stary sapał ze złości i coś do siebie mruczał — tak zajechali na plebanię. Kazał jej czekać w sieni, sam poszedł do proboszcza.
Zawołano ją po długiem oczekiwaniu. Księdza snać Kałaur ułagodził, bo spytał jej tylko:
— A ojciec dziecka żyje? Możeby można wpłynąć na niego, by się z tobą ożenił. Obrazy Boskiej by nie było. Chcesz, napiszę za ciebie list do niego.
— Nie wiem gdzie on jest i czy żyje — i dokuczać mu nie będę! — odparła spokojnie.
— Następnej niedzieli przyjdziesz do wywodu i do spowiedzi. Dla twego ojca to czynię, że cię srożej nie ukarzę. Zycie swe całe powinnaś poświęcić pokucie.
Obejrzał się na Kałaura.
— Któż będzie kumem?
— Ja, proszę! — ozwał się wesoło stary mieszczanin, który wszedł przed chwilą i witał się z Kałaurem. I dodał żartobliwie: — Ot, niech pan się tyle nie trapi. Ja mam czterech zięciów — same łajdaki. A pan z chłopaka doczeka się wyręki i pociechy — wspomni pan moje słowo.
— Milczałbyś i nie gadał takich głupst i herezyi — oburknął go proboszcz.
Ale stary niepoprawny, wziął chłopaka na ręce i dodał:
— Będą mi się konie wiodły za to kumostwo!
— Jan się nazywa! — rzekła Magda.
Ksiądz pośpiesznie ceremonię odbył. Dzieciak leżał spokojnie, ciekawie patrzał, ani się skrzywił, wreszcie począł się uśmiechać i sięgać rączkami do wąsów starego. Ten ubawiony ucałował go i oddał matce.
— Niech się zdrowo chowa. Ładna bestya, jako zwykle takie bywają — samosiejki. Może wstąpicie do mojej chaty, panie Kałaur. Jakby to nie. było, warto przy takiej okazyi gardło popłukać.
— Dziękuję, panie Kozłowski, za waszą usługę chrześcijańską, ale z takiej okazyi nie ochota się weselić, Innego dnia wstąpię!
Kozłowski za chrzest zapłacił i pogadawszy chwilę, wyszedł. Magda tymczasem zbliżyła się do zakrystyana i szeptała z nim.
Wziął trzy złote, cały jej majątek, obiecał metrykę spisać — i w niedzielę jej doręczyć, tedy uspokojona cofnęła się do sieni.
Wracali do domu, jak przedtem, milczący.
Cały dzień nic nie jadła. W karczmie za miasteczkiem stary wysiadł, by popasać, a znajomych nie spotkać.
— Chodź, głodnaś! Jest kobiałka w wozie. Daj ją do izby. Zjemy kęs.
Wypił kieliszek wódki. Był rad, że to się odbyło. Przegryzł kiełbasą z chlebem, wypił drugi, zapalił fajkę i rzekł:
— Och, żebym ja tego łajdaka, co mi dziecko jedyne pohańbił, dostał w ręce, żebym ja go dostał. Ostatnia by jego była godzina. Nie chodził by on po świecie, gałgan! Ubiłbym kanalię! Feliks Kałaur bękarty hoduje, wozi, chrzci. Do tegoś mnie ty doprowadziła!
Splunął. Ona nie mogła już przełknąć chleba, dławił ją. Odłożyła skibkę do kobiałki i siedziała nieruchoma. Boże. Boże, daj wiosny doczekać — myślała z rozpaczą.
Tymczasem pracowała w ojcowskim domu jak sługa. Panna Teofila przestała wyrzekać na ciężar lat i roboty, wywczasowywała się z rana, a w dzień gderała tylko lub prowadziła długie rozhowory z kumoszkami, wszystkie ciężkie roboty gospodarskie spełniała Magda.
Zaścianki przegadały jej powrót, wreszcie oswoiły się z jej obecnością, temat się wyczerpał.
Patrzano na jej pracowitość i powagę, na jej zachowanie bez zarzutu, lękano się obrazić bogatego Kałaura, poczęto się liczyć z nią jako z dziedziczką folwarku i nawet pochlebiać i przechwalać, zaczepiać troskliwie o dziecko, pieścić je i całować.
Doszła wieść i do Bud Mazurskich — i zaraz matka przybiegła do Hipka.
— Dostaniesz teraz Magdę i folwarek! — cieszyła się.
— Juźci, że dostanę. Będą mnie prosić.
— Głupiś, nie czekaj. Połakomi się kto i weźmie.
— Ot! Wróciła ona dla mnie i wygląda! Będzie czas. Co mam pokazywać wielką ochotę. Jeszcze sami przyślą!
W tej pewności czekał do Adwentu, ale się nikt nie zgłaszał, więc wstąpił raz sam do dworku, niby za interesem dworskim.
Stary go przyjął na podwórzu pod oborą i wcale do domu nie prosił. Gdy mówili ze sobą, z obory wyszła Magda z wiadrem mleka — ani spojrzała, ani pozdrowiła, minęła, jakby nie istniał. Bardzo obrażony odjechał i przed ludźmi na nią wygadywał szpetnie. Zbeształa go za to matka, kazała po formie swaty słać, prosić na swata Józefa Rojskiego.
— Co ty sobie lekceważysz taką fortunę. Sto dziesięcin, trzydzieścioro bydła, a dostatki wszelakie.Ani chybi ktoś cię uprzedził!
Pojechał Hipek trochę zaniepokojony do Rojskiego, ale ledwie rzecz zagaił, stary mu przerwał.
— Wybaczcie, swatem wam nie będą, mój Kazik spodobał sobie Magdusię i oto właśnie Syrwid za nim do Kałaura pojechał.
— Szkoda waszej fatygi — zaśmiał się Hipek. — Ja ją wcześniej zatargowałem i lepsze prawo mam.
— Wolna droga! — oburzył się szlachcic. — Ale mnie się widzi, że Kałaur nie słodko was wspomina! A no — próbujcie.
Gdy Syrwid, po długich wstępach i ogródkach* interes swój wypowiedział, Kałaur zdumiał.
— Magdę Kazik chce brać?
— Upodobanie ma do niej. A chyba mu hańby nie dacie. Chłopak pracowity i stateczny, familii porządnej, fortuny nie bylejakiej.
— Toć ja mu nic nie zarzucam — ale właśnie nie pasuje mu Magda, i nie myślałem jej komu dać.
— To się pan mylisz. Urodziwa jest córka pańska i pracowita i radna — a, że pobłądziła w młodości, to tembardziej będzie mężowi posłuszna i pokorna, i wdzięczna, że jej winę darowuje, i powagą swą mężowską okryje.
— Dziękuję wam za dobre słowo i polityczność, i za honor sobie mam waszą propozycyę. Jednakże z nią się rozmówić muszę, i przeto odpowiedź do jutra odkładam.
Odszedł Syrwid, pewny pomyślnego rezultatu, a Kałaur dumał chwilę — i wreszcie zawołał Magdę. Stanęła u progu. Popatrzał na nią. Zmizerowanie jej już ustąpiło. Urodziwa była — prawda — smagła twarz dostawała znowu rumieńca, przepaściste oczy świeciły młodością, kruczy warkocz, jak u mężatki oplatał głowę. Smukła była, gibka, zgrabna.
— Chodźno tu bliżej! Czego się boisz. Nie zjem cię. Masz ty jakieś niesłychane szczęście! Wiesz ty — Kazik Józefów chce cię za żonę brać. Spodziewałaś się ty — takiego losu — po tem wszystkiem. — No — co milczysz.
— Ja ta niechcę innego losu — jak mój — na poniewierkę do obcych nie pójdę. Służyć wam będę, albo sobie samej — nikomu więcej.
— Co ty pleciesz! Nie chcesz iść. Zwaryowałaś.
— Nie chcę — i nie pójdę. Ani mi ten Kazik miły, ani własny. Ślubować mu nie będę — ani pracować w jego domu, bobym łgała ślubując, a przeklinała, pracując. Wy nazywacie Jaśka bękartem, a mnie szelmą — to wy ojciec macie prawo — ale żebym ja, ze swej woli dała takie prawo obcemu człowiekowi, i dla pustej sławy dziecko rzuciła na poniewierkę, a siebie na niewolę — za nic! Coby mi rzekł chłopak — jak dorośnie i zrozumie, a coby mi rzekł jego ojciec!
Zająkała się, i umilkła na to wspomnienie.
Rzuciły się jej łzy do oczu, odwróciła się i wyszła.
A Kałaur się zadumał — wreszcie zamruczał.
— Słuszność ma. Niech siedzi w domu. Nie dam jej nikomu. Hambitna — i rozum ma!
Zaścianki nie mogły wyjść z podziwu, gdy wieść się rozeszła, że Magda odmówiła Kazikowi.
Panna Teofila była oburzona, pokłóciła się z Kałaurem — przestała gadać z Magdą.
W domu zapanował chłód — z Rojskimi zerwano stosunki, zawrzało znowu — plotki, obmowy, złośliwe docinki, cała złość ludzka, zawiedziona w rachubach, na fortunę jedynaczki.
Kałaur od tego dnia począł mówić do córki.
Dawał jej rozkazy, pytał o robotę, wołał, gdy potrzebował usługi, ani razu nie wypomniał dziecka. Ona zdradzona i nieufna, trzymała się z daleka — jak sługa.
Pewnego wieczora siedziała jak zwykle sama w kuchni, a że niedziela była, nie przędła, — ale rozłożyła na stole modlitewnik ciotki, i przypominała sobie litery — mozolnie po liniach palec wodząc i sylabizując. Zdało się jej, że ktoś do okna pukał, ale pomyślała, że to sowy się tłuką, i nawet głowy nie podniosła.
Aż drzwi skrzypnęły. Obejrzała się. Na progu stał Hipek. Żachnęła się, ale trwało to sekundę, i ozwała się:
— A czego chcecie. Przez ganek droga gościom.
— Magduś! — nie poznajesz mnie! — szepnął, uśmiechając się.
— Czemu nie. Hipolit Łabędzki jesteście! Czego chcecie?
— Do ciebiem, Magduś, się wykradł. Powitać bez świadków, pozdrowić, przypomnieć! Czekałem ciebie i doczekałem się. Pamiętasz nasze kochanie!
Kobieta wstała — stanęła w drzwiach bokówki, założyła ręce na piersiach.
— Pamiętam wasze sołdackie obcasy na plecach i pięści na głowie!
— Oj Magduś, a buziaków już nie pamiętasz? — zbliżył się uśmiechnięty. — Jeszcześ wypiękniała’ Jagododo!
— Won! — przez zaciśnięte zęby syknęła kobieta.
— Takaś rozgniewana i pamiętna głupstwa. Już mi wybacz. Pijany byłem, głupi! W kochaniu różnie bywa. Powiadają: kochaj jak duszę, a trzęś jak gruszę. No, daj rękę, Magduś — na zapomnienie. Widzisz — wiernym ci pozostał. Myślałem, że wrócisz do mnie. Ja ci gorsze wybaczę i żenić się gotów — pomimo dziecka!
— Won! — powtórzyła kobieta.
— Takto moje dobre słowo przyjmujesz! A jaż mam prawo do ciebie, i sumienny obowiązek. Mojaś była — i moja będziesz — dalibóg — nie bój się — gotowem jutro na zapowiedzi dać. Dziecko przyjmę, żebyś wiedziała jakem ci dobry! Przywitajże swego Hipka, Magduś!
Zbliżył się tuż do niej — tedy się uchyliła i plunęła mu w twarz.
— Ty, gadzino! — krzyknął i porwał ją brutalnie za ramię. — Ja ci pokażę, kto twój pan.
Chciał ją obezwładnić, wyrwała prawą rękę — i uderzyła go pięścią w twarz — tedy wściekły począł się z nią szamotać, dławić, do ziemi cisnąć. Wywrócili ławkę i ceber, zmagali się w milczeniu, dysząc — ani przypuszczał by miała tyle siły, czuł, że nie da łatwo rady. Wtem krzyknął przeraźliwie, puścił kobietę, chwycił się za kark ze zgrozą. Zęby Łyski wpiły się weń — pies skoczył jak tygrys, milczkiem na obronę swej karmicielki, gryzł go i szarpał.
A jednocześnie otworzyły się drzwi, i ukazał się Kałaur, za nim dwa jeszcze psy, i z wściekłem ujadaniem rzuciły się w pomoc koledze.
Hipek upadł, bronił się nogami, pięściami, wreszcie począł przeraźliwie wołać ratunku.
Kałaur porwał za kij, wołał wody, rozpędzał psy; Magda ani się poruszyła ku obronie. Założyła ręce na piersi, dysząc zmęczeniem, i patrzała z dziką zawziętością w oczach, jak ten jej kat tarzał się po brudnej podłodze kuchni, w rozlanych pomyjach, jak mu psy darły odzież, kaleczyły ciało. Zdało się jej — że przed chwilą było — jak na rynku w Oranach — on pijany i rozbestwiony — ją w błoto deptał, kutymi sołdackimi obcasami, piersi jej pruł — pięściami miażdżył, za włosy suwał po śmieciu i nawozie! Jeszcze ta kuchnia za czysta — jeszcze te psy za łaskawe!
Kałaur jednego psa za kark uchwycił, drugiemu kijem nogę przetrącił, Hipek się zerwał — rzucił się do drzwi — za nim puścił się Łyska.
— Trzymaj psa — drzwi zamknij! — wołał stary.
Hipek wypadł na podwórze, przesadził płot — posłyszał głos Magdy:
— Łyska — hycel, hycel! Bierz go! — i zajadłe ujadanie tuż za sobą. Dopadł klaczy, jeszcze poczuł na udzie zęby psa — wskoczył na siodło i jak nieprzytomny zmykał.
Kałaur tymczasem napadł na Magdę.
— Toćby go zajadły — nie wiele brakło — a ty stoisz i patrzysz jak na teatr i szczujesz jeszcze. Czyś zwaryowała... Skąd on się tu wziął? Czego chciał? Hołubisz go znowu?
— Widzieliście, jakem hołubiła — odparła, biorąc się do sprzątania. — Przyszedł na rachunek — dałam mu. Gadał, że prawo do mnie ma — pokazałam mu. Porachowaliśmy się — skończyli!
Stary stał jeszcze chwilę, spojrzał na książkę, którą czytała i rzekł:
— Ciotki niema?
— Wieczorami nigdy nie bywa.
— To co tu sama siedzisz i naftę palisz. Chodź do izby. Nie sługaś, byś się po kuchniach walała i draby cię napadały. Chodź, zgaś światło.
Udawał przed samym sobą, że czyni ustępstwo kwoli oszczędności. Magda nic nie odrzekła, poszła za nim do stancyi, usiadła na boku, czytała dalej mozolnie sylabizując.
Stary zapalił fajkę, u komina siedział i sumował.
— Jutro do Jenty trza wełnę zawieźć i zczesać — ozwał się. Weźmiesz ze sobą Sobolską do pomocy.
— Dobrze.
Znowu upłynęło długie milczenie. Stary się po izbie przeszedł, poprawił na kominie, wreszcie zagadnął:
— Dziecko śpi?
— Pewnie śpi.
— Nie słychać go nigdy.
— Rozumie, że musi być cicho. Jak nie śpi, to go Łyska zabawia, a tak psa zna, jak niańkę.
— Dobry pies. Gdzieś go dostała?
— Mój pan mi go podarował.
— Ten — ojciec małego?
— Tak.
— A on gdzie się podział?
— Za morze go mus powlókł, służba i bieda.
— A ciebie sponiewierał i rzucił!
— Biedniejszy on odemnie! Ani poniewierał, ani rzucił. Nie płakałam ja przez niego, ale po nim. Da Bóg wróci — może sobie służyć pozwoli.
— Kto on taki. Jak się zwał?
— Dla mnie mój pan był i panem go zwałam.
— Jednaka waryacya w tobie zawsze siedzi! — mruknął niechętnie stary.
W parę dni potem przechodząc przez kuchnię, nie zastał Magdy — wyszła na chwilę do spiżarni, zawołana przez ciotkę, zostawiła dziecko na łasce Łyska — siedział przy niem i lizał po twarzy, a chłopak, rozbudzony, kudłaty łeb psa głaskał rączkami. Spojrzał stary i zatrzymał się, a wtem weszła Magdą z misą kapusty w ręku.
— Spadnie z ławki dziecko i rozbije głowę.
— Toć Łyska jest przy niem! — odparła spokojnie. — Nie da mu upaść, ani komu tknąć.
Wmięszała się panna Teofila.
— To jest osobliwość! Nie do uwierzenia. Ten pies ludzki ma rozum, a do dziecka przywiązany, że wprost komedya. Jak ona mu rzeknie: Łyska — masz Jaśka! to już krokiem nie ruszy, a niechby kto spróbował małego dotknąć...
— Ot, gadanie! — rzekł Kałaur i sięgnął do ławy. Pies spojrzał na niego i zawarczał, a gdy to nie pomogło, i stary dotknął dziecka, rzucił mu się do piersi ze wściekłem ujadaniem.
— A widzi brat! Toć mnie lepiej zna, a także nie da dostąpić. A żeby trzy dni nie jadł, to nie weźmie strawy od nikogo, tylko od niej. Nie widziałam w życiu takiego psa. Hipek zaprzysiągł, że go zastrzeli, albo struje. Szkoda będzie sobaki.
— Hipek! — huknął Kałaur. — A jakież on prawo ma do moich psów! To nie mazurskie, ani dworskie pokurcze. Komu on to gadał, to niech mu odpowie że Kałaur psów nie truje, ani strzela, ale hyclom skóry garbuje. Patrzajno, świniopasa, wywłoką!
Istotnie Hipek odgrażał się strasznie i wygadywał na Magdę bezecne rzeczy. Krążyło to po zaściankach, dochodziło przez pannę Teofilę do niej samej. Nie broniła się, ale i nie desperowała, tylko jeszcze bardziej stała się dziką i jak wilk patrzała na ludzi. Przestała wcale wychodzić poza furtę folwarku, ledwie odpowiadała sąsiadkom odwiedzającym pannę Teofilę. Kałaur już się zupełnie z nią pogodził, podziwiał jej pracowitość i rządność i nawet w głębi serca czuł już nie wstręt, lecz litość dla dziecka.
— Co ono winne! — powtarzał, a gdy przed Bożem Narodzeniem kupował do domu zapasy i gościńce, znalazł się w tych darach barchan jaskrawy na sukienkę.
Do Wigilii siedli już we troje, przy opłatku pocałował córkę w głowę.
— Odpuścił już brat rankor z serca, dzięki Bogu — rzekła panna Teofila.
— Co mam robić! — mruknął.
Magda pracowała, gospodarzyła, nie mówiła nic, tylko czasem gdy była sama z psem, jemu się zwierzała.
— Z żórawiami pociągniem, Łyska, we troje. Juści trafimy do swej chaty — prawda? Byle wiosna! I żyła tylko tą myślą.
Pewnego dnia w styczniu Kałaur szukając czegoś w świronku, znalazł na spodzie beczki jakiś tłomoczek porządnie zwinięty. Wydobył go i rozwinął. Poznał łachmany, w których przyszła Magda — połatane i uprane, a w nich okręconą w szmatę ceratową torbeczkę. Zaciekawiony otworzył ją — była pełna papierów, listów, dokumentów i gazet. Pierwsza co mu wpadła w ręce, była w czerwony papier oprawna książeczka, na której wyczytał „Dominium Orany — książka służbowa leśniczego Wiktora Szczepańskiego“, niżej data z przed sześciu lat. Pomyślał chwilę stary, potem szmaty napowrót zgarnął i do beczki włożył, a papiery wsunął za kożuch — świronek zamknął i wrócił do domu.
Wbrew zwyczajom domowym, przez parę nocy, długo świeciła lampa w stancyi Kałaura, a pewnego wieczora, gdy był sam z Magdą, rzekł stary:
— Toś ty służyła u Szczepańskiego Wiktora, leśniczego w Oranach.
Skamieniała, pobladła, ledwie wyjąkała:
— Kto wam mówił?
— Wiem! To on ojciec małego?
Milczała już, przerażona, bez tchu.
— Słuchaj. Prawdę mi powiedz! Okradłaś go i uciekłaś.
— Jego — okraść? ja? Toćbym z ołtarza prędzej wzięła. — Zełgał ów, co wam mówił.
— No, to jakimże sposobem są u ciebie jego papiery?
Porwała się z miejsca.
— A wyście je wzięli z mojej skrytki. Jakeście śmieli ruszyć — możeście i czytali! o Jezu!
— Ty mi tu do oczu nie skacz, ale odpowiadaj! Dlaczego są u ciebie!
— Bo mi je schować kazał, kiedy go te katy wzięli.
— Jakie katy! Gadałaś, że po służbie odjechał. Łżesz.
Kobieta się stropiła.
— Oddajcie mi te papiery. Ni moja sprawa, ni wasza. Grzech jest cudze rzeczy tykać! A o nim nic nie rzeknę więcej. Niema go i koniec.
— Wartoby cię paskiem zmierzyć za zuchwalstwo, ale wiemci, że rozumu, ni pokory nie będziesz już miała. Papiery wziąłem i przeczytałem, bo musiałem się dowiedzieć gdzieś to broiła i z kim. jeśli ty rozumu nie masz, to ja mam — i ja o dziecku myślę. Wiesz, co w papierach jest?
— Anim ich kiedy tknęła. Zabronił. Powiedział psa mi dopilnuj i papierów. Dawali mi za nie trzysta rubli, ścigali mnie za nie jak zwierzę — dopilnowałam! Alem nawet torby nie otwierała.
— A on gdzie się podział! Okradł pana na współkę z Bielakiem, kochankiem jego matki — i uciekł.
Magda słuchała. W głowie czynił się jej chaos.
— Jakiej matki? Czyj kochanek! O Jezu! Co wy powiadacie! On kradł! To Bielak kradł, a żonę mu podsyłał — dla niej on milczał. A potem Jasiński gałgaństwa Bielaka odkrył — to wtedy jego spoili — i podstawili jakoby on Jasińskiego zabił — i przepadł nieszczęsny.
— Gadasz jak w malignie! Powiedz mi po porządku wszystko. Nie kat ja ci, ani wróg. Zawierz mi szczerze, wyznaj. Tociem ojciec. Sromu twego i hańby nie rozniosę, a może co — wyrozumiem!
Zawahała się, milczała, pasując się.
— Nie dacie mu złego słowa? — spytała nieufnie.
— Głupiaś. Kiedy on ci święty — to co mam gadać! Hipka psami szczujesz, a tego co cię pohańbił stokroć gorzej — ochraniasz! Owcza, babska głowa! No, gadaj. Długoś z nim była?
— Rok. W lesie mnie znalazł konającą. Do domu swego przyniósł — śmierci odebrał z pazurów. Jegom jest — mógł czynić co chciał!
— A tu tak było. We dworze rządził Bielak...
— Ile mu lat mogło być?
— Bielakowi? Ze czterdzieści.
— Żonę miał młodą, piękną?
— Młodą, przystojną.
— Bielak bogaty był?
— Co nie miał być — taki złodziej. Ludzie gadali, że z książęcego dobra sto tysięcy zebrał. Aż tu najechał Jasiński z siostrą — taki kontroler od księcia. Stało się ciasno Bielakowi — zaczął chwytać się różnych sposobów Jasińskiemu podstawiał różne kochanki, sam — tę jego siostrę bałamucił — aż wreszcie żona go rzuciła i musiała przed Jasińskim odkryć jego gałgaństwa. Tedy Bielak wciągnął mego pana do siebie — i upoił — i tejże nocy zamordowali tamże Jasińskiego.
A o świcie już — do naszej chaty przyjeżdża Bielak. Nie wiedziałam nic, anim trwożna była, bo się często zdarzało, że pan mój i dwa dni nie wracał.
Bielak do kuchni wszedł i powiada mi: klucze daj od kuferka, Szczepański prosił, żebym papiery jego schował, zanim sąd nie weźmie! A ja mówię: jak trza schować, to i ja potrafię, a wy mu nie brat, nie druh — on ci też nic nie ukradł — żeby sąd mu rył po kuferkach. A on po mnie pletnią — i krzyczy — klucze dawaj — ty taka — bo ja tu nie przyszedł z tobą się targować — Szczepański Jasińskiego ubił — w katorgi pójdzie — a ty — won stąd! Tedym zrozumiała, że papierów dać nie można — aż z życiem. On mnie pchnął — do izby wszedł — do kuferka, trzęsie — próbuje zamka — za siekierę porwał, rąbać chciał. A ja strzelbę ze ściany — nabita była, i powiadam: nie rusz — bo palnę, i poczęłam wołać: Makar, Makar — choć nikogo nie było. Zbielał, zaklął — oknem wyjrzał — czy coś mignęło, czy lęk go opadł — ale siekierą we mnie cisnął — i wyskoczył do sieni.
Siadł na koń i poleciał czwałem, a ja owe papiery wyjęłam z kuferka i szmat co lepszych trochę, bo czuję, że bieda jakaś straszna nadchodzi na niego — i precz uniosłam to w bór — w takie schowanie, że i pies nie wytropi. Ukryłam i wracam. Chciałam bierzeć do niego, ale myślę — jużci nie docisnę się — i co rzekę — trza się zastanowić. Dusza mi też zamierała z bólu — siedzę jako martwa — sama niewiem, ile czasu — aż tu policya — sam stanowy. Dawaj klucz! Daję. Przetrząsnęli i kuferek i dom cały — a mnie już moc wróciła. Każą na wóz siadać — zawieźli do miasteczka. Myślę, powiem wszystko — o Bielaku. Aż to przezedrzwi słyszę — jako on sędziemu powiada. Zabiłem Jasińskiego — Bielak wie i widział — prawda jego. Popatrzał na mnie kiedy mnie wprowadzili — a jak posłyszał, że nijakich papierów nie znaleźli — to mnie po głowie pogładził — i już wiedziałam, że mi milczeć każe! Więc milczałam — taka jego wola była.
— Głupiaś. I przez to go skazali. Głupiaś.
— Możem głupia, ale on mi za to hańby nie dał. Docisnęłam się do aresztu, stróżów przekupiwszy — opowiedziałam jak było — powiada — ja już człowiek zgubiony — jaka jest chudoba i statki sprzedaj — pieniądze twoje — psa mi dopilnuj i papierów — może kiedy wrócę po nie! Żałość mnie poderwała. „Pójdę za wami! zabronił — tedy mówię: wiem, że Bielak Jasińskiego ubił — wiem jako i wy wiecie! A on powiada — jeśli wiesz i słowo piśniesz, to cię ubiję, milcz — ja tak chcę.
— A wiesz ty dlaczego chciał tak? Czytałaś te papiery?
Potrząsnęła głową.
— By o Jaśkowe życie chodziło — nie tknę — tych papierów i nie spojrzę — co w nich stoi. Cobym warta była. Zawierzył mi, a ja go nie zdradzę. Uchowałam i papiery i psa — tyle mi kazał — teraz mi ino czekać — aż się po nie zgłosi. Nie prędko — jeszcze cztery lata. Na pięć go zasądzili.
Przeszła ręką po oczach i umiikła, bo ją ból za gardło zdławił, a po chwili głucho dodała.
— Za te papiery Bielak mnie tropił i ścigał, nagrodę obiecał, kto mnie znajdzie. Jako zwierz się kryłam, w łozach zimowałam. Zagrabili chudobę i sprzęty i statki. Nic to. Przetrzymałam! Ino mi żal, że i one pieniądze pewnie przepadły, com mu posłała, i myśli on może, żem je sobie użyła — jego nędzy nie pomna. A teraz ino ten zwitek został — już mu i posłać co niemam.
— Wiesz gdzie on jest?
— Nie wiem! Bym wiedziała, co poradzę? Nie pozwolił za sobą iść.
— O dziecku wie?
— Nie.
— Toś ty mu sługą była, a Bielakowa kochanką.
Krew jej trysnęła do skroni, wzdrygnęła się — milczała zmagając się z duszą, i wreszcie rzekła:
— Ale Jasiek to ino mój. A sługam ja była, to mi nie żal. Jak wróci — to mu papiery oddam.
— Jak wróci, to ja się z nim rozmówię! — mruknął Kałaur.
— Oj nie ujrzą go wasze oczy. Tu on nie przyjdzie.
— No, a gdzieżby?
— Będzie mnie szukać w Oranach, kędy mnie zostawił.
— I ty myślisz tam się wlec do niego?
— Ja ino do wiosny zakałą i wstydem wam tu będę. Toć mi tu zostać nie sposób!
— Co? — krzyknął groźnie. — To natom cię przygarnął i przebaczył, żebyś znowu na poniewierkę w świat szła!
— A jakże mi tu zostać! — rzekła podnosząc nań smutne oczy. — Insza duma moja i inna ścieżka. Gościńcem ludziom chodzić, a mnie łozami.
— Ot gadanie! — burknął. — Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Przegadają ludzie i zapomną. Zawszeć ty dziedziczka moja — ścichną, nie bój się.
Kobiecie łzy się rzuciły do oczu, pochyliła się do kolan ojcowskich, objęła je ramionami.
— Radam wam, tatusiu, życie dać, żeście mi darowali wstyd i hańbę, com naniosła — niegdyś — gdym za tym drabem rozum utraciła. Nie wartam waszego zmiłowania. Radam wam służyć i pracować — nie dla dziedzictwa, ale z duszy ochotnej. Bym jedna była, tyleby mi było z ludzkiego szczekania — jako z wiatru co szumi. Ale Jasiek ino mnie ma!
— Toć go nie krzywdzę, ani ci go wypominam. Źle ci. Niech się zdrowo chowa i rośnie.
Potrząsnęła głową.
— Nie między ludźmi mu się chować i rosnąć.
— Tyś niespełna rozumu. Gdzież go ukryjesz? I po co?
— Nie gniewajcie się, tatusiu. I mnie i jemu trza stąd iść. Znam ci miejsce, gdzie ino ptaki i zwierz się gnieździ — tam dla nas życie i dola. Posłużę wam póki on malutki i bez rozumu, a potem precz pójdę — muszę. Nie rzeknie mu tam nikt na matkę, że łajdaczka, nie nazwie go nikt bękartem — nie nauczą go przekleństwa i kłamstwa i bezeceństw wszelkich jako tutejsze dzieci umieją. Żeby Hipkowy syn był — niechby na draba rósł, ale jego ojciec nie drab był, i jemu nie drabem zostać. A jakże go wśród ludzi od nieszczęścia upilnuję — jaż jemu za ojca i matkę — sama.
Tak klęcząc u ojcowskich kolan — mówiła mu wszystko — co przedumała w samotności, a Kałaur zrazu zagniewany — słuchał i rozważał. Głupia, szalona Magda — skąd jej taki rozum przyszedł. Będzie tak i musi być — niema rady. Ale też i nie można puścić ją w świat — na zmarnowanie. Szalona jest i głupia — nie można zginąć dać.
Nawet sobie nie zdawał sprawy stary, jak mu pomimo wszystko — w sercu była, jak ją miłował.
Twardą dłoń na głowie jej położył.
— Biednaś ty — zamruczał. — Masz — zabierz te papiery. Nie rzeknę ci już nic na owego człowieka. A owe gadanie twoje rozważę — nie lękaj się mnie, jużci krew moja jesteś — ochronię cię.
Sumował stary i sumował, a w parę tygodni potem, począł się do drogi zbierać. Dokąd? nikomu nie powiadał — tylko na wyjezdnem, Magdzie roboty gospodarskie zadysponował — na wózek siadł i kazał parobkowi jechać do miasteczka — stamtąd konie odesłał — i nie było go dni dziesięć. Zachodzjli w głowę wszyscy, gawęd i przypuszczeń było bez liku, gdy wrócił pewnego wieczora żydowską furą z miasteczka, kumoszki opadły pannę Teofilę.
Ale stara była obrażona i zła.
— Co się mnie pytacie. Przedemną sekreta i potajności się tu knują. Magda może i wie, ale nie raczy słowa rzec. Jej pytajcie!
Ale i Magda nic nie wiedziała. Zawołał ją Kałaur, gdy przyjechał, ale tylko o gospodarstwo i bydło się spytał — potem o dziecko — wreszcie jeść zażądał — i zdrożony — spać legł.
Po kilku dniach dopiero, gdy sam był z córką, znienacka rzekł:
— Żyje Szczepański.
Zachwiała się, jakby ją piorun ogłuszył, i patrzała nań — tchu pozbawiona.
— Byliście w Oranach! — wyjąkała wreszcie.
— Pocom tam miał jeździć. W powiecie się dowiedziałem, gdzie on siedzi.
— I widzieliście go? O Jezu!
Nie śmiała pytać, tylko wpatrywała się w niego.
— Widziałem. Żyje — jako tam żyć można.
— Powiedzieliście o Jaśku?
— Nie. Poco? Napraszać mu się, czy wymawiać! Powiedziałem ino: Magda, co u was służyła, przysyła wam sto rubli — za ową chudobę waszą — i kazała wam powiedzieć, byście o papiery byli spokojni, przechowała je wam i trzyma u siebie, aż się po nie zgłosicie.
— Słuchał mnie — jakby nie rozumiał — a potem rzecze: Dziw, że ludzka dusza może być mnie jeszcze pamiętna — oddajcie jej pieniądze — nieboga, została bez opieki — nie zmarniała — to dobrze. — Ma ona służbę — a może zamąż poszła?
— Do ojców wróciła — powiadam. — Jużci opiekę ma. Jak was uwolnią, po papiery przyjdźcie, prosiła.
— Jak żyw zostanę — przyjdę! — rzekł, a potem pyta: — Wy z jej okolicy? Swojak?
— Znajomy — powiadam — za interesem tu jechałem, to prosiła o was się dowiedzieć.
Podumał i mówi:
— Nie pomyśleli o mnie nawet ci, dla których ja straszny będę, gdy żyw ostanę — ona jedna pamięta — podziękujcie jej! Jeszcze mi cztery lata pokuty.
Powiedziałem mu, gdzie ciebie znajdzie.
— Zapiszcie — mówię.
— Po co? — odpowiada — nie zapomnę do śmierci! Jakbym zmarł — dadzą jej znać — przekażę, wtedy niech papiery spali.
Magda słuchała bez słowa, drżąc cała, wreszcie zdobyła się na pytanie:
— Bardzo marny on?
— Jak upiór, ino oczy się palą. Mówił mi dozorca, że miesiącami zębów nie rozszczepi, żeby słowo rzec. Żal patrzeć, jak go coś żre we wnętrzu. Nie przetrzyma tych czterech lat.
Magda zakryła twarz dłońmi i płakała.
Kałaur podumał trochę i rzekł:
— Nie płacz — co to pomoże. Jużci ja go nie porzucę! Nieszczęsny jest — nie łajdak. Chciałem się przekonać — teraz wiem! Ty nikomu nic nie gadaj — gdziem był i po co.
Przestroga była zbyteczna. Magda tylko Łysce powiedziała: żyje nasz pan — do ludzi nie miała zaufania — schodziła im z drogi — kryła przed nimi dziecko i swoje myśli.
Tylko im bliżej wiosny, tem ją dręczyła coraz srożej tęsknota za pustką Wieszańca. Kusił ją wiatr bujny, lecący z dalekich przestrzeni — i ptaszę sznury — hejnały powrotne, i dręczyło ją zajęcie monotonne — w błocie podwórka, i plotki kumoszek, i spory o drób i prosięta, i zaczepki mężczyzn, spotykanych na drodze i gderliwe namowy ciotki.
Ta ją gwałtem pchała między ludzi, rezonując z bezmyślnem okrucieństwem:
— Co ci się zdaje! Skromności nie udawaj! Śmiech ludzki tylko. Sroma się, jakby panienka. Do karczmy boi się wstąpić — oczy spuszcza! Tfu — jest komu świat gubić. Kogo ty myślisz oszukać! Palcami cię każdy wytyka — i drwi! Myślałby kto — królewna, na królewicza czeka. Kazika byś w rękę pocałowała i poszła za niego, kiedy raczy orać. Obrazy Boskiej i wstydu byłby raz koniec.
Magda słuchała zwykle w milczeniu, aż kiedyś rozjątrzona, wybuchnęła:
— Jaż tu nie wieczna! Pójdę ludziom z oczu i ciotce zawadzać nie będę. Nie tyle mi świata — co tutaj — ani wytrzymam długo.
Zastanowiło to pannę Teofilę — wnet powtórzyła to Kałaurowi: Magda znowu uciekać zamyśla.
Spodziewała się oburzenia, ale stary odparł:
— Wiem o tem. Z wiosną jej tu nie będzie.
I więcej się nie tłumacząc — poszedł do roboty.
A wiosna się zbliżała — śniegi zlazły, drogi były błotniste, pola pleśnią pokryte, lasy czarne.
Pewnej niedzieli wysłała panna Teofila Magdę po olej i śledzie. Ku wieczorowi było, do karczmy dobre pół wiorsty, kobieta ruszyła niechętnie, otuliwszy się chusta, zostawiwszy dziecko pod opieką Łyski.
Gdy weszła do szynkownej izby, chciała się cofnąć — ale się przemogła, tylko chustę nasunęła głębie| na oczy. W karczmie było pełno mężczyzn i Hipek wśród nich, i wszyscy byli podchmieleni. Spojrzeli na nią — poczęli szeptać i śmiać się i Hipek krzyknął:
— Uha — Pokotynka do nas przyszła! Dobrzeć trafiła — dostaniesz od każdego po złotówce wódki ile strzymasz! Icek, alkierz nam opróżnić Ilu nas? Dziesięciu! W sam raz dla Pokotynki — już ja ją znam.
Reszta wybuchnęła śmiechem pijackim, i któryś poskoczył do kobiety i w pól ją porwał.
Odepchnęła go, ale w tej chwili wszyscy się na nią rzucili, gwiżdżąc, krzycząc, szarpiąc — wśród gradu ohydnych żartów i propozycyi.
Uczynił się w izbie kłąb rozognionych twarzy, śmiejących się ust, dławiących ramion, pisku, gwizdu, ryhotu rozbestwionego tłumu, wśród którego walczyła wściekle jedna kobieta.
Żydzi sprzątnęli butelki i zaparli się w alkierzu, młodzież bawiła się bezkarnie.
Magda duszona, szarpana, popychana, czuła, że lada chwila straci moc i przytomność, już krwią jej zachodziły oczy, już mdlały ramiona — już gryźć nawet nie mogła, głosu wydobyć z gardła — upadła — ktoś ją zdławił uściskiem.
— Jasiek! — mignęło jej w mózgu i z jakąś nieludzką mocą zdławiła napastnika za gardło, gryzła go jak zwierzę. Ten zachrapał, puścił ją, chwycił jej ręce, bronić się począł — inni rzucili się mu z pomocą. Kobieta krzyczała teraz przeraźliwie ratunku.
Drzwi od sieni szarpnięto gwałtownie — ukazał się policyant. Przejeżdżał wypadkiem drogą — posłyszał krzyk.
— Co to za szum! panowie! — zawołał gromko. — Gdzie gospodarz! Protokół napiszę!
Oprzytomnieli, rozstąpili się — zerwała się też, Magda — i oparłszy się o ścianę, dyszała ciężko.
A Hipek zuchwale rzekł, śmieiąc się.
— Ot! — z dziewką swawolim, co do nas przyszła.
— Nu, nie trzeba krzyku robić. Co za dziewka — tutejsza? Może jaka włóczęga.
Zajrzał w twarz kobiety i roześmiał się.
— Aha — wasza dziewka. Krasawica. Czegóż się drzesz, że aż na gościńcu słychać. Już ci te chłopcy wianka nie ukradną. Chcą pohulać — to mają prawo. Nu, dajcie i mnie czarkę — na kawalerskiem weselu!
Magda rzuciła się do drzwi — pchnęła je — wyskoczyła w sień!
— Łapaj, trzymaj! — wrzasnął Hipek.
Rzuciło się za nią kilku, gonili, nawołując jak na obławie, ale im gdzieś w ciemności przepadła, tylko zaalarmowali zatścianki, opowiadając, że z Magdą hulali, aż ich policyant rozpędził.
Magda na przełaj — łąkami, rowami, po błocie, dotarła bez tchu do domu. Nie było nikogo w kuchni — upadła na ławkę, odetchnęła, a potem siedziała zgarbiona — z głową w dłoniach, rozmyślając ponuro.
Słychać było w domu stuk siekiery Kałaura, panna Teofila uwolniła się na całą noc do sąsiadki położnicy.
O ósmej, jak zwykle, Magda podała ojcu wieczerzą — sama nic nie jadła, i pocałowawszy go w ręką, odeszła. Nie zastanowiło Kałaura, że wzięła klucz od swironka, bo często tam chodziła po słoniną — odniosła go też po chwili, jeszcze raz ucałowała jego ręce — usłała mu posłanie — i wróciła do kuchni.
Tam — zdjęła codzienną odzież — włożyła na się łachmany, w których przyszła — w płachtę upakowała parę koszul, kawał chleba, papiery Szczepańskiego — stary modlitewnik domowy, w którym chowała metryką Jaśka, w zanadrze schowała pięć złotych, które jej był dał ojciee — ozuła postoły na nogi, zarzuciła płachtę na plecy, na ręce wzięła dziecko śpiące, otuliła je chustą.
Łyska wodził za nią oczami, obwąchał odzież, strzepnął się, przeciągnął i usiadł u drzwi sieni — czekając — gotów do drogi. Potem, jakby sobie coś przypomniał, dojadł swą strawę w misie i zapiszczał radośnie.
Kobieta obejrzała się raz jeszcze wokoło — przeżegnała się — wyszli w sień — na podwórze — na drogę. Objął ich bujny wiatr, ciemność — przepadli. Kobieta nie wybierała kierunku, nie miała obmyślanego celu, chciała zginąć w oddali — chciała się ukryć w pustce.
Szła za psem — bardzo prędko — by skorzystać z nocy — jak największą przestrzeń rzucić między siebie, a prawdopodobnym pościgiem ojca.
Pies ją prowadził, a że nie lubił szerokich dróg, gdzie go prześladowali przejeżdżający — skręcił wnet drożyną w las, i tam wpadłszy — węszył — i szedł — jak go uczył instynkt łowiecki i wprawa włóczęgi.
Tak szli niefrasobliwie do rana. O świcie byli w borze gęstym — bez drogi — usiadła Magda pod zwałem świerkowym, nakarmiła dziecko i ułożyła je na mchu suchym — zdjęła z pleców płachtę — dała psu chleba i sama zjadła, a potem zasnęli wszystko troje przytuleni do siebie, osłonięci potężnym pniem, jak namiotem. Łachmanami okryci, nieruchomi — nie różnili się od spleśniałej ziemi borowej — i niktby ich o parę kroków nie odkrył. Pod wieczór ocknęli się, zjedli znowu po skibce chleba, popili wodą z kałuży — Jasiek się bawił szyszkami, Łyska węszył pod krzakami, Magda przezuwała naddeptane postoły i skoro zmierzchło ruszyli dalej — radzi, że deszcz nie pada, wicher nie gnębi w gęstwinie — ludzie ich nie napastują.
Tej drugiej nocy napotkali jakąś wieś i minęli po za gumnami, bór się też skończył — i o świcie — rozejrzawszy się, gdzieby się ukryć — skręcili na grzązkie łąki, gdzie wody było Magdzie wyżej koian, i zaszyli się w stóg. Kobieta wygrzebała w sianie pieczarą, gdzie się we troje wsunęli — i odpoczęli, radzi, że ciepło i sucho. Chleba mieli jeszcze na dzień jeden — ale Jasiek był głodny i popłakiwał u matczynej piersi — nie syty. Dała mu tedy skibkę czarnego razowca — i jadło maleństwo!
Rano deszcz począł padać, zimny zmięszany z łodowemi igłami — przechodził w marcową szarugę — ale w stogu było zacisznie — o więcej się nie troskali. Wieczorem wyiskrzyło się niebo — mróz zciął zalane łąki — przebrnęli mozolnie do drogi i ruszyli dalej.
Magda słuchała zgrzytu żurawi i gęsi, ciągnących — i myślała, że dobrze idzie, bo i ptactwo dążyło w jedną z nią stronę — a wiedziało kędy są pustki i obszary odludne. Może do Wieszańca za nimi trafi — albo do podobnych cichych wyrajów. Daleko już była od zaścianka, kraj był nizki — pełen olszyny, strug czarnych, wyboistych grobelek. Postoły jej się zdarły — szła boso — czuła, że dużo mil przebyła.
Wśród nocy napotkała przydrożną karczemkę. Świeciło się w niej jeszcze, podeszła do okienka. Kopcąca lampka stała na okapie komina — dwóch żydów gadało u stołu, kredą cyfry kreśląc i ścierając — pod piecem drzemała baba. Nabrała odwagi Magda i weszła.
Na skrzyp drzwi, z alkierza wyjrzała żydówka zaspana i baba ocknęła się — i spojrzała na uchodzącą — żydzi ani obejrzeli się.
— Na, czego ty? — zagadnęła mrukliwie żydówka.
— Po drodze wstąpiłam. Dajcie co zjeść!
— A pieniądze masz?
— Jałmużny nie proszę. Dajcie bułkę, mleka, śledzia i wódki kieliszek i weźcie pieniądze.
Usiadła na ławce przy babie, dobyła szmatkę z miedziakami.
Tedy stara przemówiła:
— Daj, potrzymam ci dziecko. Z daleka idziesz?
— Z daleka. Trochę zbłądziłem i zapóźniłam się.
— A dokądże idziesz?
— Za służbą. Z dzieckiem przyjąć nie chcą.
— A mąż gdzie?
— Do wojska wzięli. My batraki. Ziemi ani chaty niema — służyli.
Baba wzięła dziecko na ręce wpatrzyła się weń — i poczęły jej z oczu padać łzy. Stara była, obdarta, chuda, sakwami obwieszona, snać żebraczka.
Jasiek się rozbudził, rozglądał się, rad z ciepła, wydobył się ze szmat, coś bełgotał i uśmiechał się.
Stara huśtała go, dobyła z sakwy kawałek cukru, dała w rączkę, po twarzy latami i troską zoranej biegły łzy rozczulenia.
Magda grzała mleko na piecu i sama jadła.
Kieliszek wódki rozgrzał ją i dodał mocy — z wilczym apetytem gryzła śledzie i chleb, dzieląc się każdą skibką z psem.
Potem nakarmiła dziecko i zajęła się swem obuwiem. Chciała je jako tako powiązać, ale przekonała się, że były zdarte zupełnie.
— Nie masz zapaśnych? — spytała baba.
Potrząsnęła głową.
— Pójdę boso! Podeszwy się nie zedrą! — odparła.
— Juści, że nie, ale się pokrwawią na grudzie. Mam trzy pary — dam ci jedną. Mnie już niedaleka droga.
— Ty tutejsza?
— Byłam tutejsza. Teraz cały świat mój! Zimą starcuję. Latem w swoje strony wracam. Z Kijowa idę. Na wieczór będę już w swej budzie. Chcesz? Pójdziemy razem.
— Sama mieszkasz?
— Sama — w dworskiei budzie po smolarni. Pan mi pozwolił tam wieku dożyć — i zimować wolno, ale nie mam mocy drew się postarać — więc ino tam latuję i pni pszczelich doglądam — pańskich, jesienią miód i wosk odniosę — i na żebry idę. Już tak lat dziesięć, jak mnie mężowscy bracia z chaty i gospodarstwa wygnali Wiek zbyłam na swojem, ano, dziad pomarł, a dzieci Bóg nie dał, trza było ustąpić! Oj dolo, dolo!
Pokiwała głową, stęknęła i zapadła w rozmyślanie, w rękach kołysząc usypiające dziecko.
Potem nagle głowę podniosła i szepnęła prosząco:
— Chodź ze mną! Boją się mnie ludzie, ale nie będzie ci krzywda.
— Pójdę! — odparła Magda.
— To i chodźmy. We dwie bezpiecznie, a prędko świt wstanie. Ozuj się — taj ruszamy.
Lękała się, by kobiecie rozmysł nie przyszedł, by kto nie wszedł rano i rzekł słowo. Naganiała do drogi i po chwili wyszły. Stara nie oddała dziecka, a Magda zmęczona, nie bardzo nalegała, widząc, z jaką starannością je piastuje.
Szły do rana, spoczęły trochę przy drodze i szły do południa. Wsie i domostwa wymijała widocznie stara — szły ścieżkami, miedzami, łąkami czasem zupełnie bez drogi, aż dotarły do lasów grzązkich, przeciętych wielką ilością błót, strumieni, wśród których na pamięć oryentowała się baba, wynajdując to kładkę, to zwalony pień, to przesmyk prawie suchy. Lasy brzmiały od toków cietrzewi i szumu różnego ptactwa, potem grunt się podniósł, stary bór się skończył, rozesłał się zagajnik bardzo gęsty, podszyty wrzosowiskiem rudem, i oto nagle w tej gęstwinie ukazała się czarna, nizka buda, parę starych sosen, doły czarne, szkielet rozwalonej smolarni i rozrzucone wokoło tej polany kilkanaście szarych pni z pszczołami, pokrytych szmatami brzozowej kory.
— Sława Bogu! Doszli! — rzekła baba.
Rozejrzała się bacznie wokoło i dodała;
— Nikt nie był, niczego nie czepił.
Poszła do budy. Drzwi były bez kłódki, tylko skobel okręcony jakąś ciemną nicią i zatknięty kością — podobnież obmotane były dwa malutkie okienka o jednej szybce.
Baba zerwała nitkę i weszły do środka.
Jedna izba była — z wielkim piecem pośrodku, z ławami wokoło ścian. Chłód i wilgoć objęła dreszczem — pleśń i stęchlizna dławiła.
Baba przedewszyslkiem zdjęła z żerdzi dwie owcze skórki, otuliła w nie dziecko i ułożyła na ławie, Magda bez rozkazu poczęła napychać w piec gałęzi — i spytała baby o zapałki.
— Zaraz wszystko będzie! — odparła stara, zdejmując sakwy, torby, płachty, któremi objuczona była. Potem z za pieca wyjęła kilka cegieł, odkryła spore schowanko i poczęła zeń wydobywać tysiąc rzeczy: hubkę, krzesiwo, garnek, siekierę, szpadel, miskę, łyżkę, nóż, całe swe gospodarstwo. Po chwili ogień buchnął, kipiała woda w garnku, w sakwach była sól, słonina, krupy — chleb — nawet tytoń i wódka.
Gdy się posiliły — i izba się ogrzała, baba zapaliła fajkę, wygramoliła się z dzieckiem na ciepły piec, dobyła Jaśka z powijaków i szmat i poczęła gderać Magdę:
— Matka ty, matka — a dziecko może już tydzień nie kąpane, nie przemieniane. Wam młodym jeszcze ino mąż w głowie. Nastaw no wody na kąpiel — niecułki znajdziesz na strychu, ot, drabina w kącie. Serdeńkoż ty mileńkie — złoto ty malusieńkie. Toć to takie niebożątko zbiedzone i nie płacze. Będziesz ty u baby królować, będęż ja ciebie hodować, taj szkodować!
Nie dała Magdzie niczem się przy dziecku zająć, wykąpała go, w czyste, cienkie szmaty otuliła, ukołysała do snu na rękach.
Od lat już nie zasnęła Magda tak spokojnie i bezpiecznie, jak tej nocy — na posłaniu z suchego wrzosu, i do nikogo nie uczuła tyle serca, jak do tej żebraczki, nieznanej wczoraj.
Przez kilka dni następnych zajęcia było wiele, około uporządkowania budy i izby, bo dach przeciekał i piec potrzebował naprawy.
Na strzechę trzeba było ścinać szuwary i przynosić je z daleka, po glinę do pieca trzeba było chodzić o parę wiorst, i nosić ją na plecach w płachcie, przytem przyszły parodniowe szarugi i słoty.
Ale po tygodniu błysnęło słońce, i wiatr powiat południowy, i zapachniały nabrzękłe brzozowe pąki, i zabielały zarośla od pierwszego kwiecia — i z szarych pni wyległy raz pierwszy szare ćmy pszczół na wiosenny oblot.
Baba uzbrojona w próchno tlące — obejrzała wszystkie ule, Magda rąbała dzień cały drwa i układała z nich porządny stos.
— Poco tyle! — jęła ją stara gderać.
— Zapas nie szkodzi. Przyjdzie inna robota, nie będzie czasu o opale myśleć.
— Robota! Poco robić! — ruszyła ramionami baba.
— Jakże żyć bez roboty. Toć jeść trzeba!
— Uzbierałam sporo na zimę. Jak sakwy się wypróżnią — przyniosę co trzeba — albo i ludzie sami do mnie przyniosą. Oj, nie głupia ja już harować — ludzie nauczyli inaczej żyć.
Zaśmiała się dziwnie, i Magda raz pierwszy zauważyła, jakie miała zacięte, złe usta, jakie kolące, zimne spojrzenie i jakiś niewytłómaczony lęk ją ogarnął.
Nieśmiało zauważyła:
— Nie godzi mi się młodej wam ciężarem być. Jeśli zostanę, to choć kęs tej dobrej ziemi za smolarnią skopię — posadzę trochę kartofli — zasieję nieco lnu. Próżnować nie potrafię — raczej do ludzi na służbę pójdę — za chleb tylko.
— Już ci nie bronię robić ani sadzić. Kartofli i lnu przyniosę! Wiadomo, troje nas teraz. Ja też myślę — że dla dziecka mleko będzie potrzebne — o krowę trzeba się będzie postarać.
— Co wam się roi? Takie zbytki! — zaśmiała się Magda.
— Nie twój kłopot — mruknęła stara.
Magda skopała kawał ziemi i zasadziła kartofle. Baba je w worku przyniosła — potem i lnu woreczek. Wogóle wałęsała się gdzieś po całych dniach — przychodziła obładowana, i resztę czasu bawiła się z dzieckiem. — Czuć było, że je kocha, że przepada za niem — o Magdę wcale nie dbała. Pewnego dnia, gdy baby nie było jak zwykle — przyszła do budy kobieta wiejska, i na widok Magdy przeraziła się, zdumiała, ledwie po chwili odzyskała swobodę.
— Co wy tu robicie? — spytała.
— Z babą żyję!
— I dziecko macie! — kobieta pokręciła głową. — To wy z daleka! Jakże wy do Złydni przystali?
— Do jakiej Złydni?
— Ano — do tej wiedźmy. Toć jej zły służy, jak pies. Jak na dziecko spojrzy, to już mu nie długo żyć. Co ona narodu już wygubiła, to nie zliczyć.
— A zaczemże wy do niej przyszli?
— Z biedy. Onegdaj szła ulicą — chłopak mój maleńki się bawił, zaczepiła go, pogłaskała, i poszła. A dziecko już o swoich siłach nie wróciło do chaty — przynieśli ludzie — i ot — dochodzi. Przyszłam — może wykupię. Jedno mam! Bylo wam lepiej u cygana służyć — jak u takiej. Zobaczycie!
I rozgadawszy się, kobieta prawiła straszne rzeczy — szeptem, oglądając się trwożnie, zaklinając by nie zdradziła jej przed wiedźmą.
Złydni ojciec wielkim znachorem był, ale ona taiła długi czas, że praktyk swych ją nauczył. Dopóki we wsi z mężem żyła — nic słychać nie było — dopiero jak stary umarł, a bracia ją odsądzili od pola — pokazała, co umie. Ci bracia jużby radzi teraz do niej z pokłonem iść. Zgubiła ich do cna.
Pokaleczeli wszyscy, pokręciło im ręce i nogi — dzieci wszystkie padaczkę cierpią, bydło zdycha — zboże nie rodzi — robactwa i myszy nasiane po budynkach. Dnia i nocy nie mają spokojnej.
Przychodzili prosić — oddawali połowę pola — nie zechciała ich słuchać. Po sto lat żyć będziecie — zapowiedziała — sto lat przepadać. Albo to oni jedni! Kto złe słowo jej rzeki — przepada — kto jej czego odmówił — przepada. Aż taki lęk po okolicy poszedł — że teraz każdy przed nią drży. Sam pan jej tę smolarnię dał, kiedy ino poprosiła — same naczelniki ją obchodzą. — Tyle spokoju co zimą — jak w świat idzie. A nie w świat — ale pod ziemię wtedy idzie — do złego w gościnę. Powiadają — że nie umrze — aż za sto lat! Ot — komu służycie!
Magda słuchała w milczeniu, szmaty piorąc u studni. Strach ją ogarniał, a zarazem poczucie, że tutaj od ludzi najbezpieczniejsza. A zresztą — Jasiek chrzczony był — i medalik Częstochowski miał na sobie, baba mu go nie zdjęła, sama wieczorem pacierze odmawiała. Bajki o czarcie! — Kobieta przesiedziała parę godzin, dziwy prawiąc, wreszcie widząc, że się wiedźmy nie doczeka, lamentując odeszła, a Magda poczęła wieczerzę warzyć, i tak ją baba zastała o zmroku.
— Był tu ktoś! — rzekła zaraz w progu.
— Była kobieta, czekała na was — o leki dla dziecka.
— Taka niewielka — okrągłej twarzy, z rozciętą wargą.
— Taka.
— To i dobrze! — zaśmiała się dziwnie baba,, poszła do Jaśka, za piec, i poczęła go pieścić.
Aż nagle spytała:
— Nagadała ci na mnie? Co?
— Nagadała! — odparła lakonicznie Magda.
— No, i cóż ty? Zlękłaś się? Uciekniesz?
— Nie. Znałam ja takich, co ludzie zbójcami osądzili — a czyści byli — i w chwalbie ludzkiej będących — a czartu zaprzedanych. Jeśliście źli — gorze wam — nie mnie. Jaśka mego miłujecie — matką was zwać będę — nie Złydnią.
Stara wyszła ku niej, patrzała jej bystro w oczy.
— Rzeknij mi — matko! — ozwała się głucho.
Magda postawiła na ławie miskę krupniku, położyła obok łyżkę.
— Powieczerzajcie, matko! — rzekła.
Stara się trzęsła, drgała jej cała twarz.
— Co wam takiego?
— Nic! — wyjąkała. — Nie słyszała ja tego słowa — jak żywot długi. Lubo mi stało!
Usiadła na ławie.
— Mówili mi, doniu i gołąbko, mówili młodyco — i żono — a potem babo, a wreszcie wiedźmo — Hanka ja była krasawica, i Symonieha bohatyrka, i Złydnia straszna. Ot, doczekała się, że mi matko — rzekli. Oj, długo czekała! Skąd tobie to słowo przyszło?
— Za moje dziecko, coście jak rodzone przygarnęli!
— Nu — ja tobie za to oddam. Ja pamiętna! Gadała ci pewnie ta drzewerycha, co tu była — że ja mór na ludzi nasyłam — i czartu służę. Mór oni sami sobie czynią, bo durne są — a czarta niema na świecie — coby tu robił, kiedy ludzie od niego gorsi. Nie u niego — a u nich ja w nauce byłam — dlategom Złydnia. Deptali mnie — póki się nie lękali. Kąsali, jakem dobra była — niechże teraz skomlą!
Zakończyła niewyrnźnem mruczeniem, i siedziała — długo ponura, zacięta, przetrawiając jakieś ciężkie pamiątki, aż Magda rzekła:
— Zostawcie dumki gorzkie — a jeśli umiecie, poratujcie dziecko onej kobiecie. Matka on!
— Niech poskomli! — zamruczała baba mścłwie! — Chciałam u niej dla Jaśka mleka kupić — nie dała — zełgała, że niema. Ja pamiętna!
Nazajutrz o świcie poszła. Nie było jej trzy dni — wróciła — z krową. Bydlę było zdrożone, chude i małe — ale uradowała się okrutnie Magda Jasiek miał mleko — ona zajęcie. W ruinie smolarni urządziła obórkę, a bojąc się, żeby krowa nie zginęła w borze, karmiła ją z rąk, daleko chodząc po trawy i chwasty.
W wyprawach tych nikogo nie spotykała, bo dworskie grunta szeroko sięgały i moczarami wielkiemi były od siół odcięte. Zakątek to był wymarzony dla jej życia i doli. — Bytowała w nim jak w Wieszańcu, silniejsza jeszcze baby opieką, spokojniejsza o los swój — patrząca w przyszłość niefrasobliwie.
Latem — gniazdo to ludzkie utaiło się zcałe w gąszczu młodych zagajów — wokoło budy zioła leśne porosły pod strzechę, brzozy warkoczami okryły ule — z wrzosów dywany się siały — ledwie śladem ścieżyny przecięte, którędy baba chadzała po żer — Magda po trawę, Łyska na łowy. Gdy kto obcy przyszedł — można się było skryć przednim — o kilka kroków za budę. Czyniła to zawsze Magda, nice rada spotkania z ludźmi, od mówienia i słuchania spraw gromadzkich odwykła. Wtedy to przybysz zastawał zwykle przed budę na piasku dzieciaka z psem. Pies warczał złowrogo — dzieciak czarnowłosy, śniady, zdrowy, rumiany — w śnieżnej koszulinie uczył się pełzać, a na widok obcego podnosił oczy czarne jak tarki, bez strachu i zbytniego zaciekawienia, przypatrywał się człowiekowi. Pszczoły nuuczały, ptactwo szczebiotało w gąszczach — woniały brzozy i macierzanki. Przybysz wołał baby — czasami wychodziła — od ulów — zwykle jednak odchodził z niczem — i choć buda stała otworem — nikt nie śmiał wejść do środka, tak się bano czarów Złydni, nawet gajowy, gdy niekiedy w te strony zabłądził, z daleka, trwożnie z babę rozmawiał. Raz się ośmielił spytać o dziecko, i aż się zatrząsł, gdy odparła.
— Moje jest — co tobie do niego? Ja twoich nie rachowałam jeszcze. Chcesz — policzę! Ciekawy ty mojego — no — to ja o twoje się dowiem!
Od tej pory więcej się nie pokazał.
Ku jesieni w połowie sierpnia, pewnego południa Łyska wściekle ujadać począł. Z gęstwiny wybiegł łaciasty wyiżeł — za nim myśliwy z pękiem młodych cietrzewi u torby. Baba na jego widok odłożyła fajkę, i wstała z przyzby, na której drzemała po obiedzie.
— Jak się macie, Symonicho! — rzekł przybysz wesoło. — Zapędziłem się za cietrzewiami, głodnym, pić chcę — wstąpiłem do was w gościnę. Cóż — zdrowiście, i zawsze straszni?
— I wam daj Boże, panie, strasznym być do śmierci — was ludzie nie zagryzą — odparła spokojnie baba. — Żyję zdrowo, i siedzę spokojnie — z waszej łaski!
— Nie z łaski, babo! Nie zapomnę ja wam, jakeście mi żonę i dzieci moich matkę uratowali. Może wam budę poprawić — może co więcej trzeba?
Usiadł na przyzbie, i rozejrzał się.
— Psa macie! Co? A tam co to we wrzosach? Dalibóg — dziecko! A toście skąd dostali?
— Ot, na stare lata przywiodłam sobie z Kijowa rekrutkę z dzieckiem. Już nas tu cała siemia w pańskiej budzie. Ja zemrę, a las podskoczy, trzeba będzie panu leśnika. Teraz mnie się boją, to tu nie grasują, a potem człowiek mojej młodyczy z wojska wróci — to się panu zda. Takem wydumała. Ale ja tu baję — a o gościnie ani myślę. Doniu, ho, Doniu!
Magda oderwała się od zagonów, i ukazała się wnet, niosąc kosz kartofli.
— Pokłoń się panu! Jego my sługi. I wynieś tu ławkę przed budę, i chłodnego mleka, i chleba i miodu, daj żywo!
— Oho, wybraliście sobie babo młodycę, jak łanię — uśmiechnął się pan. — A cóż zimą będzie? Poprowadzisz swą siemię na wędrówkę?
— Nie — już się zagospodarować trzeba tutaj.
— To już i krowę macie, i len i kartofle.
— Ale — dostatki i dzieci jak kamienie u szyi. Trzymają człowieka na miejscu. Krowę na zimę sprzedam, bo niema czem żywić, ale od lnu żadna baba nie odejdzie — to wiadomo!
Magda wyniosła mleko i chleb, stawiając na ławce, czystem płótnem zasłanej. Pan pił wprost z dzbanka, rozpytywał babę o pszczoły — i rad, uśmiechem podziękował, gdy Magda przyniosła dla zmęczonego wyżła misę mleka z chlebem.
— Tu blizko cietrzewi nie spotykacie? — spytał.
— W łogu, het, codzień żerują trzy stada, w jagodnikach! — odparła Magda. — Jest sztuk trzydzieści.
— Doprawdy — a ja ledwie od rana jedno stado spotkałem. Dawnoście te widzieli?
— Dziś rano — i codzień.
— Hm — to może ja tu u was zanocuję, a jutro po rosie tamtędy pójdę. Zaprowadzicie mnie, młodyco.
— To może pan i kozy chce zobaczyć. Jest pięć sztuk w gromadce. Dwie stare, kozioł, i małych troje.
— Oho — to wy lepiej od gajowego zwierzynę znacie.
I kozy obiecujecie pokazać? Cóż one — na sznurku?
Zaśmiała się Magda.
— Na sól przyhołubiłam.
— Skądże to umiecie robić?
Kobieta poczerwieniała.
Mój leśniczym był, i zwierza miłował! — odparła.
W borze żylim — borowe ludzie!
— Kiedyż on wróci? Wy nie tutejsi?
— Z daleka.
— Chłopi? Z gospodarstwa?
— Szlachta. Bez roli.
— Jak wróci — niech się do mnie zgłosi. Dla kóz lizawki robi — snać amator zwierzyny. Takiegom rad mieć.
Baba przyniosła plaster miodu na misie.
— Jasiek śpi w trawie, muchy go tną. Zabierz go do izby — a potem dla pana wyściel na strychu posłanie, i wieczerzę uwarz — komenderowała.
— Wygodę macie, Symonicho — z waszej rekrutki.
— Co tam, panoczku, wygoda. Miała ja w życiu sługi i najmity, a teraz ze strachu każdy Złydni słucha. Ale to ja sobie dziw wtedy na drodze spotkała. Szła nędzna i bosa, po grudzie wiosennej — głód do karczmy ją zapędził. Za służbą szła, taka sama na świecie, bez rodu, bez męża, cudza, nieznana. Przyszła ze mną. Dziwuję się. Młoda, gładka, a od ludzi ucieka, jak ta pszczoła pracuje — a jak ryba milczy. Powiedzą ludzie, takie czartowskie Złydnia ma szczęście. Nigdym ja od niej nie posłyszała lisznego słowa, nigdy mi nawet babo nie rzekła — ino matko. I takież dziecko osobliwe; żeby kiedy zapłakało, żeby w nocy się odezwało, żeby się czego napierało. Ani chybi w borze tylko takie ludzie ciche i takie dzieci się lęgną. To panie nie wygoda — a dola moja dobra stanie na starość. Już mi gdzieś i zawziętość ginie — z tą moją siemią żyjąc.
Magda szła ku nim z dzieckiem, przystanęła i rzekła:
— Co każecie, matko, zwarzyć na wieczerzę dla pana? Skoczę do kosza w ruczaju — może rybę znajdę!
— A ja obejrzę zagajniki ku rzece, bom tu już dawno nie był — rzekł pan, biorąc za strzelbę.
W parę tygodni po tej gościnie, ze dworu przysłano dla baby trzy fury siana na zimę dla krowy, i dwóch ludzi, którzy z ruin smolarni urządzili obórkę, a budę zrestaurowali, że stała krzepko w oczekiwaniu słot jesieni i zimowych mrozów.
— Daj Boże doczekać wiosny. Bezpieczne my! — rzekła baba, a Magda dodała, obejmując odludzie to wzrokiem radosnym:

— Daj Boże — już wiek tu zbyć i kości położyć!


IV.

Kałaur był w stodole, gdzie zwożono właśnie ostatnią hreczkę w późny sierpniowy wieczór. Luny czerwone zachodu pół nieba objęły, a on stał w progu patrząc na bydło, wracające z paszy — nad podwórze zapchane stertkami, bo rok był na podziw urodzajny. Dobrobyt i obfitość wyzierała ze wszystkich kątów folwarku, ale chmurna twarz starego nie mówiła o zadowoleniu. Zeszłej wiosny umarła panna Teofila — sam był, zupełnie samotny — dom był cichy jak grób, starość dawała się czuć w kościach — naco mu te dostatki, dla kogo!
Długo szukał Magdy, rozpytywał, jeździł, policyi obiecywał nagrodę — ludzi rozsyłał — potem — czekał jej — i wyglądał — wreszcie stracił nadzieję — sponurzał — do ludzi prawie się nie odzywał — żył i pracował z nawyknienia — bez chęci — ot, byle dzień zbyć — i w domu nie siedzieć — w pustce.
Popatrzał apatycznie na gumno — na słońce, i oto ujrzał przy wrotach obcego człowieka, który pastucha o coś pytał, a potem do ganku podszedł i oparty o słup — czekał. Biedak to był — w chodakach na nogach, w kożuszku starym i zrudziałej czapce, z kijem w ręku.
A pastuch mijając gospodarza, rzekł:
— Jakiś podróżny o was pytał — taj czeka.
Kałaur wierzeje stodoły zamknął i ruszył ku domowi. Tedy obcy czapki uchylił, i stary poznał Szczepańskiego, i coś zadrgało mu w sercu radością, i wyciągnął doń ręką z jakąś otuchą.
— Witajcie! Dzięki Bogu, że was żywym widzę. Spodziewałem się, że zgłosicie się ino trochę później.
Szczepański nie spodziewał się tak życzliwego, serdecznego przyjęcia. Twarz jego ponura, zastygła, jakby umarła, zmieniła się na sekundę, i nic na razie nie odparł, ani ręki do uścisku nie podał, tylko popatrzał z podełba.
— Chodźmy do izby. Odpoczniecie. Dawnoście w drodze zapewne.
— Dziękuję! — odparł głucho. — Zaszedłem o Magdę spytać, gdzie mieszka. Nie będę wam się naprzykrzać. Pójdę zaraz do niej.
— Wystąpcie. Opowiem wam, jak się stało. Niema jej już w domu! Hej — kiedy! Cztery lata, jak przepadła. Niema — pusta moja chata!
Szczepański wszedł machinalnie do izby.
— Jakże? U was to mieszkała?
— A gdzieżby. Moja była jedynaczka.
Zapanowało milczenie. Szczepański poczuł nagle. okropne zmęczenie i wyczerpanie. Miał jeden cel w życiu, cel wyrobiony pięciu latami więzienia — zemstę — bezwzględną — bez żadnych już skrupułów, i nagle — poczuł się do niej bez broni — nie miał dowodów — papierów owych.
Usiadł bezsilny — na zydlu u drzwi, zwiesił głowę — czuł tętnienie krwi w głowie — niemoc z głodu i wycieńczenia — i żadnej myśli.
Kałaur dał mu wódki, odmówił, tedy się stary obruszył.
— Głodniście, zdrożeni — jak syna was przyjmuję — a wy wilkiem patrzycie. Przez was Magda do mnie wróciła, ale przez was i uciekła potem. Myślę — pomożecie mi ją odnaleźć. Wypijcie!
— Nie biorę do ust wódki.
— To co innego. Każę podać wieczerzę i herbatę. Ale was tak nie puszczę. Rozważymy spokojnie, co czynić. O papiery wam chodzi. Ja Magdę znam — jeśli żywa — to pamięta — żeście tu po nie przyjść mieli, i przyniesie — a jeśli zginęła, to jeszcze duchem we śnie wam powie, gdzie je schowała. Jedzcie i spocznijcie!
Zasadził. go gwałtem za stół — nakarmił i napoił.
Potem wnet go do snu namówił, okienice zamknął — i rano nie pozwolił służącej otwierać. Wiedział, że zmęczenie przemoże najgorszy niepokój — a sen w najgorszej męce bywa ulgą.
Jakoż, gdy się Szczepański przecknął około południa, inaczej wyglądał i pierwszy zagadał:
— Już pięć lat przeszło, jakem tak nie spoczął. Dziękuję wam z duszy.
— Co tam! Niema o czem gadać. Teraz poobiadamy. Zaznaliście biedy do syta. — Wiem od Magdy.
— Dlaczego ona od was uciekła? Powiedzieliście, że przezemnie. Nie pojąłem. U mnie nie była.
— Wcale? Myślałem, że może. Ano — jakby to rzec. Gdy tu przyszła — chciałem zabić — o mało co nie zabiłem, w pierwszem zapamiętaniu. I was bym wtedy uśmiercił. Potem mnie żal zdjął — jedno dziecko, i ona pomimo swą hańbę miała hambit. Zresztą — co było robić. Dziecko nie szczenią — trzeba było hodować.
Szczepański oczy podniósł. Nie rozumiał jeszcze.
— Jam jej nie opuścił ze złej woli. Wzięto mnie alem jej zostawił, com miał dobytku i sprzętów.
— Ale ba — zabrali jej wszyskto — wypędzili — potem ścigali i tropili, żeby te papiery wydrzeć. W rok potem dopiero do mnie przyszła — w ostatecznej nędzy — z dzieckiem.
Szczepański drgnął:
— Dziecko miała? — wyrzekł nieswoim głosem. — Czyje?
— Nigdy nie rzekła, czyje — i jam nie pytał — odparł poważnie Kałaur. — Miłowała je nad życie, chcieli ją ludzie w małżeństwo brać — nie zechciała — i tylko mi wciąż mówiła: ojcze — nie żyć mi tutaj między ludźmi — pójdę precz! Myślałem, że przywyknie, oswoi się! Aż raz pijane chłopy w karczmie ją napadli — ledwie im się wyrwała, ale tejże nocy, jak oszalała — zabrała dziecko, papiery wasze — psa, łachmany na siebie — i uciekła. Przeszukałem kraj wokoło, szukali inni dla mnie, obiecywałem tysiąc rubli nagrody, za ślad, za wieść — wszystko na darmo — cztery lata przeszło. Nie wróci tutaj — chyba z tymi papierami do was — i dlatego was nie puszczę stąd. I wy mi to uczynicie, że zaczekacie. Potem — róbcie, co chcecie. Mam prawo od was tego żądać?
— Macie nawet kazać.
Objął głowę rękami, a potem się zerwał, i po stancyi chodził, o ściany się tłukąc jak ślepy.
Chciał mówić, pytać, a nie śmiał, nie znajdywał słów, tak wszystko wirowało, kotłowało w głowie.
Stary podumał chwilę i spytał:
— Chyba was wcześniej puścili? Dawnoście z biedy?
— Już miesiąc. Byłbym odrazu przybył, ale odstawili mnie do tych Oran przeklętych. Zabawiłem dni parę — i poszedłem chleba szukać dalej — z nikim się tam nie chciałem widzieć nawet. Z mojem świadectwem więziennem — wiadomo jak trudno dostać zarobek — ledwiem się na flisy wkręcił — ciągnąłem szleję dwa tygodnie — zarobiłem sześć rubli — zatom się przeżywił w drodze tutaj.
— Teraz ja ludziom powiem, żeście mój krewniak po żonie — ona nie z tych stron była. Nie ujma to wam żadna będzie.
Szczepański zaśmiał się dziko.
— Szydzicie ze mnie! Mnie — ujma! Na mojej doli i życiu niema już miejsca — na żadną plamę — wszystko zohydzone, zhańbione! Możecie powiedzieć, żem rakarz.
— Pacierz zmówcie — i spocznijcie. A jutro pomóżcie mi żyto na siew młócić. Zmęczą się barki — odpocznie głowa — tak ci jest w zgryzocie. Próżnowanie, to robak — co i dąb stoczy. Sam ja został — taki sam! Zczezłbym dawno bez pracy!
— Mało mocy we mnie zostało, i pracować zapomniałem — alem gotów spełnić, co każecie, choć wiem, że mi głowa nie spocznie, i robak toczyć nie przestanie.
— Wszystko można przeżyć. Bywało i mnie w życiu — oj, gorżko. Bywało, żem bluźnił i przeklinał — i kajał się potem. I myślał nie przeżyć hańby i przeżył — i myślał nie zagoić bólu — i zagoił. Wy — młody jeszcze!
— Młody ja nigdy nie był, i starym nie będę. I dobrym nie byłem, ni wesołym, i nikt mnie nie będzie żałować. Kto ze mną się zetknął, niedolą się zaraził. Żebym ja wiedział...
Urwał — niedopowiedziawszy, wzdrygnął się i usiadł zdala od światła w kącie — i już się więcej nie odezwał.
Nazajutrz poszedł z Kałaurem do stodoły.
Zrazu apatycznie przypatrywał się robocie, potem wziął się do niej sam, i wytrwale do obiadu snopy do młocarni podawał. Wieczorem już wiedziano po zaściankach, że do Kałaura przybył jakiś żoniny krewniak, wilkowaty i ubogi — że stary snać go sobie wyszukał na dziedzica. Ciekawość, czy żonaty? — już pytały kobiety, i już nazajutrz znalazły sto interesów, by do dworku się dostać — obejrzeć go — zbadać.
Oględziny wypadły niefortunnie. — „ Brzydki, stary, czarny, z podełba ślepiami łyska — jak wilkołak“.
Obrażone były, że na żadną nie spojrzał, na pozdrowienie mruknięciem odpowiadał. Przestały nim się zajmować. Mężczyźni nie o wiele lepsze wyrazili zdanie, tylko przyznali — że „robotny“.
Jakoż Szczepański od rana do nocy pracował.
Chwilami tylko, gdy go nikt nie widział, stawał zapatrzony w jeden punkt i zapominał o wszystkiem. I była wtedy wściekłość w jego oczach, i tygrysi wyraz drapieżny. Potem wracała mu przytomność, zaciskał zęby i powracał do zajęcia.
Tak, nie wydalając się poza gumno — przebył dwa tygodnie. Kałaur doglądał siewów — był cały dzień na łanie — spotykali się zaledwie wieczorem u wieczerzy — i zmęczeni, zasypiali wnet potem.
Szczepański nosił wciąż swe stare łaty, które od roboty rozpadały się w strzępy. Łatał je sam, i zeszywał jako tako — jedyną koszulę prał pokryjomu nocą — co soboty, a Kałaur jakoś nie śmiał ofiarować mu odzieży i bielizny, taką hardość czuł w nim i dzikość.
W przeddzień Narodzenia Matki Boskiej siedzieli tak obadwa przy wieczerzy, gdy drzwi skrzypnęły — i weszła Magda. Stanęła w progu sekundę i skoczyła do Szczepańskiego — do kolan mu przypadła, ramionami objęła.
— Jesteście, panie. O Jezu! — wyjąkała głosem aż łzawym od szczęśliwości.
Jego aż poderwało coś, za głowę ją oburącz objął, do siebie przygarnął i wnet się opamiętał, usunął, jakby przerażony tym wybuchem.
A Kałaur się zerwał.
— Magda, skądeś? Sama? Gdzie Jasiek? Żyw?
— Jakże — toć żywię ja. Byłabym to na święcie bez niego — odparła, podnosząc się z ziemi, i ucałowała ręce ojca.
— Takeś mnie zostawiła — i tyle czasu, bez wieści! Boga ty w sercu nie masz. Sam jestem, samiutki — i ciotki już niema!
— Musiałam odejść, tatusiu — wy wiecie, że musiałam.
— I nie wróciłabyś do mnie — ino do niego! Mówiłem wam, że przyjdzie — zwrócił się do Szczepańskiego.
Ten bez słowa patrzał na kobietę. Ta sama była, urodziwa, smagła — a przecie inna.
Po pierwszym wybuchu, który ją rzucił do jego nóg — stała teraz prosta i niepokorna, z jakąś nieznaną hardością w twarzy i postaci, nie sługa, ani niewolnica. Ubrana była czysto i dostatnio, zdjęła chustę ze siebie, i nagle jakby sobie coś przypomniała — wyszła na chwilę i wróciła z Łyską.
— Jest i on — ino zestarzał. Idź do pana! — rzekła, pokazując psu Szczepańskiego..
Łyska podszedł, obwąchał go, spojrzał w twarz i skoczył na piersi, skomląc, liżąc po licach.
— Ludzką duszę ma to zwierzę! — zawołał Kałaur. — Tyle lat i poznał. Ino w pismach o takich czytałem. No — a teraz o sobie powiadaj. Gdzieś była, skąd idziesz. Głodnaś pewnie! Siadaj za stół i wszystko z porządku opowiedz!
— I nie głodnam, i nie zmęczona. Koleją jechałam, i furą — tu wedle rozstaju odprawiłam, żeby gapiom w oczy nie kłuć, i nikt mnie nie widział, jakem tu przyszła. Siadajcie — usłużę wam.
— Ześ nie w biedzie, to widać. Cóż ty? Służysz?
— Panuję, tatku. Żyję ze starą babą — mamy już porządną osadę, wśród dworskich zagajów — lubo tam, cicho — jako ptakom dzikim. Baba bezdzietna, mądra, lekarka, u pana w łaskach. Jasiek jej jak rodzony, tak go miłuje, i nigdy swarki między nami, nigdy złego słowa. Jakem przyszła — buda była w gąszczu i tyle. Baba na żebry chodziła zimą — teraz osada jest. Mamy krowę — i ogród wydarłam. Latujemy i zimujemy w dobrobycie, a Jasiek rośnie, na dębczaki patrząc — tak chyżo. Pacierz już umie składnie, i już do roboty się bierze, ino złośnik — nie być mu wśród ludzi. Bór go uspokoi!
Opowiadała swobodnie, nie patrząc na Szczepańskiego, który usunął się w kąt, i z dłońmi na łbie psa — milczał, i jakby nie słuchał.
Potem nagle wstał i wyszedł.
— Dawno on tu już jest, ojcze? — spytała Magda.
— Dwa tygodnie, ale się mało co poprawił. Zgodził się na ciebie czekać, i pracuje — ale dusza jego gdzieindziej. Myślę — stracony to człowiek! Może ty go wyrozumiesz.
— Com ja jest, by mi sie zwierzał. Służyłam mu — odparła smutno. — Nie kupić duszy. A jeszcze ja — u niego!
Westchnęła poczęła sprzątać statki, gospodarzyć po domu, jakby wczoraj odeszła.
— Z wami tu on sypia? — spytała.
— Ze mną. Ot, na zydlu. Chciałem mu łóżko wstawić — nie zechciał. „Do pryczy w więzieniu nawykłem — powiedział — nie trzeba się odzwyczajać“.
Magda usłała na zydlu posłanie, wydobyła z tłomoka, który z sobą przyniosła, lnianą nową bieliznę — i odzież samodziałową z czarnej wełny — ułożyła wszystko porządnie obok na stołku — potem usłała ojcowskie łóżko, ucałowała ręce ojca — i poszła do bokówki panny Teofili, i tam usiadłszy u okna, wyglądała w miesięczną noc, dumając. Co teraz on uczyni. Papiery były jeszcze u niej w zanadrzu — gdy mu je odda — skończone będzie wszystko. Po nie tylko przyszedł — nie po nią. Ni słowa dobrego rzekł, ni spojrzał poczciwie.
Bo i czemże mu była. Sługą, ze śmieci ulicznych podjętą — kochanką wziętą z litości.
Toć i ona mu słowa nie rzeknie, jakżeby śmiała.
Nie miał ci dla niej żadnych obowiązków — ulicznicą była, nie krzywdził i nie pohańbił; — gdy go wzięto, zostawił jej wszystko swe dobro za służbę.
I nie miała ona żadnych praw do niego — ino swe miłowanie — a on o nie nie prosił, ani go chciał.
O futrynę okna łokciami się wsparła i głowę na nich złożyła. Dusza ją bolała okrutnie, że aż o Jaśku zapomniała na tę chwilę, jakby sama była na świecie, taki ją żal zmógł.
Do kuchni ktoś wszedł.
— Magdo! — zawołał na nią.
Zerwała się, przemogła.
— Jestem, panie!
Wszedł, u okna stanął, chwilę milczeli.
— Dziękuję ci za ten przyodziewek, ale go niewezmę. Nie trza mi — rzekł wreszcie.
— Nie mówcie, że nie trzeba, boście w łachmanach. Mówcie, że nie chcecie mojej dla was roboty. Nie kupowałam. Len siałam i przędłam dla was — za siemię, wełnę dostałam — i wytkałam dla was. Zaniosłam do turmy, byście mieli już na progu czyste szatki i koszulę białą. Alem was już w turmie nie zastała — więc tu przyniosłam. Nie chcecie, wola wasza.
Głos jej drżał i łamał się — aleć nie będzie się narzucać. Sięgnęła w zanadrze i dobyła papiery.
— To wasze. Weźcie! Jużci waszego nic więcej nie mam.
Wyciągnął dłoń, wziął zwitek, i spytał jakimś nie swoim głosem:
— Mojego nic więcej nie masz? Nic?
Spojrzała nań.
— Nie, panie. Bielak zagrabił wszystko. Tylko trochę bielizny i buty odkradłam — tom schowała w Wieszańcu — w owej chacie przy młynie — wiecie — gdziem się ukryła. To z wiosną, w czasie powodzi wilgoć zepsuła. A pieniądze wasze Markowi rybakowi oddałam — a on dwór podpalił — na zsyłkę poszedł — przepadło. Sobiem nic nie ostawiła — nie — wierzcie mi, że prawdę mówię.
— Za kogo ty mnie masz? Wierzę ci, i nie oto się pytam. Tyś mi tyle uczyniła, że ci się niczem odpłacić nie mogę — i podziękować nie umiem. Mojego więcej nic nie masz — no to i koniec. Myślałem... — urwał i spojrzał na nią. — Myślałem, że żal masz do mnie, i jam ci dłużny. Nie — tom wolny. Jutro już stąd pójdę.
— Pomsty na Bielaku dochodzić?
— Na wszystkich. Zczeznąć w hańbie, ale z nimi!
Zawyło w jego głosie całe piekło. Potem znowu na nią spojrzał, i dodał ponuro:
— Zeby nie oni, i tybyś może wróciła do ojca odemnie — bez dziecka. Nie dałbym ci wrócić na zabawkę pierwszemu lepszemu. Czyje to dziecko?
Kobieta milczała. Krew jej uderzyła do twarzy — potem bladość. Nic nie rzekła.
— Nie chcesz mówić, bo i słusznie. Poco się pytam — rzekł łagodnie. — Radbym co uczynić, za twą taką wierność i pamięć — o tych papierach — a nic nie mogę.
— Możecie panie! — szepnęła nieśmiało.
— Co? Powiedz!
— One szatki odemnie przyjmijcie, com dla was przygotowała. Jam wasze nosiła wtedy — i wasz chleb jadła. Niteczki jednej nie wyciągnęłam z kądzieli, bez pomyślenia o niedoli waszej, i onej radości, że gdy wasz termin ubiegnie, zrzucicie więzienne łaty — i te swoje włożycie. I ot myślenie moje — na co zeszło!
Zdławiły ją łzy i żałość, odwróciła się do okna.
— Bym wiedział, jak myślisz, toćbym cię nie uraził odmową. Dziękuję ci za dar i wezmę. Wybacz! Z takiego ja piekła wracam, że już nic dobrego nie rozumiem nawet. Pięć lat też minęło — inaczej cię zostawiłem — inaczej znalazłem. Kiedyś na mojej opiece byłaś — a teraz ja na twojej. Takiemu jak ja zadłużać się już nie wolno — bo nie wypłacę.
— Na zgubę idziecie, ja to rozumiem. Tak czuję — że gdy przestąpicie tę furtkę naszą — już was moje oczy więcej nie zobaczą. O Jezu! O Jezu! Ostańcie jeszcze krzynę — zabawcie jeszcze trochę!
— Pięć lat ja dnie rachował, wyglądając tej chwili. — Dwa tygodnie tu bawię — czas iść. Ty zostaniesz u ojca?
— Nie.
— Tak go samego porzucisz? Mówił mi, że za mąż wyjść możesz — dla starego i dla dziecka powinnać to zrobić. Toć byt tu masz i żywot spokojny. Zastanowić się powinnaś.
— Wy idziecie na zgubę — nie mówię wam — nie idźcie, nie raję wam bytu, ni ożenku. Także i moja dola przedemną prosta — choć ludziom dziwna. Jak ojciec mówi — dla was przyszłam tu tylko. Nie chcę dostatków — ni ślubować będę komu kłamliwie, a dziecku memu dam zdrową duszę i moc do pracy — to mu więcej nic nie trzeba.
Tu ją nagle znowu żal ogarnął, rzucił się łzami do oczu, prośbą nieśmiałą na usta.
— Jeszczebym was o coś prosiła — ino nie śmiem, ino się boję. Łaskę mi już ostatnią uczyńcie!
— Mów śmiało. Nic ci nie odmówię — odparł, kładąc jej rękę na głowie, tak poruszony, że aż mu głos się zmienił.
A ona, prędko dysząc i jąkając się, wyszeptała:
— Wstąpcie po drodze, do mojej budy, choć na godzinkę — usiądźcie na ławie, kęs chleba weźcie i Jaśkowi na głowie rękę połóżcie — ot, jako mnie.
Szczepański żachnął się.
— Magda — czyj ten Jasiek? Musisz mi wyznać!
Zdało się przez sekundę, że powie, ale wnet zacięła się — usunęła o krok i rzekła twardo:
— Mój ci jest. Pokotynki!
— To dobrze. Pójdę z tobą! — odparł z głębokiem odetchnieniem. Więcej nic nie chcesz?
— Nic, panie. Nadto i tak łaski waszej.
— Nie mów tak. Dłużny ci zostanę i zapłacić nie zdołam.
— Tak wam się widzi, a mnie się zda, żeście mi tyle dali, że świat cały by tego nie zdzierżał.
Ruszył ramionami i ręką machnął.
— Jutro pójdę! — rzucił — i wyszedł.
A Magda wysunęła się cichutko do sadu, i tam skulona pod ścianą domu, z głową w dłoniach przesiedziała długie godziny, wstrząsana dreszczem i rozpacznem łkaniem.
Kałaur mało spał tej nocy. Słyszał, jak Szczepański wrócił i położył się — słyszał, że i on nie spał — ledwie doczekał się świtu i poszedł do Magdy. Już ją zastał w kuchni przy robocie i spytał niecierpliwie:
— No, i coście gadali do północka? Zostaje? Bierze cię?
— Dziś już całkiem odejdzie! — odparła bezdźwięcznie.
— Jakże to? Nie chce się z tobą ożenić?
— Ja nie chcę.
— No to ja ci każę teraz. Cóż to! Cierpiałem dosyć. Przebaczyłem ci wszystko, ale teraz basta. Ja się z nim sam rozmówię stanowczo.
— I co mu ojciec powie? Ze dziecko jego — a ja powiem, że nie. Bo go więzić i niewolić nie chcę — bom nie żona dla niego, bo on żyć nie chce, ani z jednej turmy w drugą iść. Pytał mnie, czyje dziecko, z lękiem, że mu odpowiem, że jego. Wtedyby gwałt sobie zadał, i mnie i sobie jak łańcuch u szyi zaciągnął — albo jak stryczek. Niech idzie, niech go oczy moje nie widzą żywym, ale niech nie patrzą na jego mękę. Chce pomsty — niech ją bierze — temci żyje. Ojciec jak słowo rzeknie, to ja, ot poprzysięgnę, że Jaśkowy ojciec był karczemny pijak — a on mi uwierzy, bo zna jakem żyła i czem byłam. Milczcie tedy, tatku, jako ja milczę.
— Ale ty do mnie wrócisz?
— Nie.
— Tedy milczeć nie będę — warknął stary zawzięcie.
— Chcecie wy, Feliks Kałaur, o łaskę obcego prosić, by waszą rozpustną córką brał? Taka ci w was hambicya!
— Tedy wróć do domu!
— Żeby mnie draby napadły bezkarnie w szynku!
— Więc co robić? — szepnął stary.
— Milczeć, tatku. On dzisiaj odejść chce, i obiecał mi wstąpić po drodze do mnie. Dajcie wóz i siądźcie z nami. Zawiodę was do siebie. To mil ośm stąd. Bądąędo was przychodzić, ile razy zechcecie — i wy do mnie przyjeżdżać. Ale jak mu słowo powiecie, to już mnie nie ujrzycie więcej.
Stary się zerwał i poczerwieniał złością, ale mu do rąk przypadła — poczęła błagać.
— Tatusiu — nie może być inaczej. Miejcie zastanowienie — nie czyńcie nieszczęścia. Już we mnie łez niema — ale i nie zmienie duszy. Na dolę się zdajcie — nie odrobić. Zlitujcie się — milczcie!
W tej chwili do kuchni wszedł Szczepański, już w nowej odzieży, zmieniony tem i jakby odmłodzony, bo i zarost przystrzygł, że go ledwie Kałaur poznał.
— Ubyło wam dziesięć lat! — rzekł. — Co to mi Magda prawi, że dziś już odejść chcecie. Zostańcie jeszcze, pomożecie siewy skończyć.
— Pilno mi. Nie wielka ze mnie wam wysługa, a i kompania nie zaszczytna. Trzeba iść swoje sprawy kończyć. Daj wam Boże wszystko dobre, z serca wam dziękują za gościną.
— Dobrego już niema na mojej drodze. Magda też odchodzi, szalona. Idźcie zresztą wszyscy do siebie, kiedyście tacy.
Zaklął i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, bo czuł, że nie zmilczy, gdy zostanie.
Obszedł gumno, złajał służbę, psy kijem od siebie odpędził — wreszcie kazał parobkowi wasąg nasmarować, klaczy dać podwójny obrok, wóz koniczyną wypchać, siedzenie usłać — i wrócił do domu.
— Jak mi do reszty zmierznie, podpalę folwark i na żebry pójdę. Po co mi pracować! — myślał.
Przy śniadaniu nie otworzył ust i nie patrzał na nich. Mało co wszyscy tknęli jadła i posiłek ten na stypę wyglądał. Zaraz też stary znowu wyszedł do sąsiada — z prośbą o nadzór nad folwarkiem przez parę dni.
— Magda na parę godzin wpadła — służy na Wołyniu — trzeba ją odwieźć! — tłumaczył — a i krewniak żoniny do domu się chce dowiedzieć, to i jego zarazem podwiozę.
Sąsiad mocno się zaciekawił, chciał rozpytywać, ale Kałaur byle czem go zbył, obiecując za powrotem na gawędę przyjść — i tak się rozstali.
A tymczasem Magda sam a zostawszy ze Szczepańskim, rzekła nieśmiało:
— Jeszczem ja jednego grzechu wam nie wyznała, aleć muszę, choć wiem, że srodze was rozgniewam.
— Mówże. Za nic się na ciebie nie rozgniewam.
— Jakem wtedy od ojca wyszła i do owej baby przystała — rzekłam, żem rekrutka — mąż w wojsku. Ot złe mnie skusiło skłamać i potem nie zmogłam się odwołać, i tak się zostało. Darujcie, na ten moment co tam będziecie, zważać na gadanie baby — niech wam to nie ubliża.
— Co? Będzie mnie miała za twego męża. W czemże mnie ujma. Dajże pokój!
— Wiecie, com jest. Znaliście Pokotynkę.
— Czym cię kiedy tak nazwał? Zapomniałaś ty znać mnie całkiem.
Pod dworkiem zaturkotało i wszedł Kałaur.
— Pilno wam odemnie, no to jazda! — rzekł ponuro. — Co ma być niech będzie. Zbierajcie się.
Począł się do drogi sposobić, mruczał i stękał — otwierał kuferki — coś w kobiałkę pakował — wreszcie zawoła na Magdę.
— A gdzieżto popasać będziemy? — Wzięłaś co do zjedzenia? A tam — nic ci nie brak. Idź do świnorka nabierz czego chcesz. Toć nie pojadę do wnuka z gołemi rękami. Skaranie boskie na mnie! Toć wasze tu wszystko — bierz!
— Tatusiu, was ino nam brak. Wszystko mamy, zobaczycie. Strawy na popas wzięłam, a więcej nic nie trzeba.
Stary spojrzał na Szczepańskiego, zawahał się i wybuchnął:
— A wy tak — z kijem ruszacie tylko na owe sprawy wasze. Myślicie mi łaskę czynić, darmoście u mnie pracowali — co?
Szczepański poczerwieniał.
— Nie darmo. Nazwaliście rmnie krewniakiem, traktowaliście jak syna — zbrodniarza. — Nie ubliżycie teraz kilku rublami. Odchodzę w tej nazwie krewniaka.
Starvy popatrzył nań i zmiękł.
— Boście krewniak — zamruczał i głową desperacko pokręcił, ale milczął — jak Magda chciała.
Gdy siadali na wóz rzekł:
— Weźcie lejce i siadajcie na przedzie. Tak wypada, by ludzie nas widzieli. Ty Magda obok mnie.
Z zaścianków gapiono się na nich, różne prawiąc przypuszczenia, potem wyjechali na pustą drogą — i Magda poczęła wskazywać kierunek.
Nazajutrz około południa rzucili szlak utarty, przedzierali się ledwie widocznemi dróżkami i przesmykami kędy nikt nie jeździł i wnurzali się coraz głębiej w borowe pustki. Miejscami trzeba było wóz przenosić, klacz wyprzęgać.
— Toś się zaszyła, niecnoto! — mówił stary.
— Wytrzecie drogę! — odpowiadała, siląc się na uśmiech.
Szczepański milczał, rozglądał się, powietrze leśne chciwie w nozdrza i płuca wciągał.
Las był coraz dzikszy i cichszy — w jednem miejscu przypomniał mu żywcem ostęp w Oranach, że aż się odezwał mimowoli:
— Brażeckie, zda się, olszyny.
— Gdzieście to znaleźli owe nurki osobliwe przelotne, jesienią! — dodała żywo.
— To już niedaleko do twojej budy? — spytał Kałaur.
— Ino parę wiorst — już w zagaje wjeżdżamy. Pójdę przodem, bo tu wnet znajdę naszą ścieżkę.
Szczepański zeskoczył też, i szli razem, rozchylając gąszcza — kołując i zawracając — aż rzekł:
— Błądzisz.
Potrząsnęła głową.
— Nie — ślad mój taki, i ścieżka — jako wilczyczy do wilcząt — ot jesteśmy na dróżce baby. Teraz bym po swojemu huknęła. — Jasiek by mi odpowiedział — niedaleko gniazdo nasze!
— To zawołaj.
Kobieta wydała przeciągły okrzyk — powtórzyła go po chwili jeszcze dłużej — nadsłuchiwali.
Taki sam, stłumiony oddaleniem, odpowiedziął.
Tedy Magdę poderwało do pośpiechu, ledwie jej nadążyć mógł, a Kałaur daleko pozostał z wozem. Ścieżka się rozszerzyła i nagle w głębi jej ukazał się chłopak mały i biegł ku nim owe wołanie odpowiadając, aż wyraźne się stało.
— Matko — ho — matko!
Dopadł do kolan jej, jak mógł najwyżej ramionami ją objął, zdyszany, czerwony, wzniósł ku niej roziskrzone oczy — i śmiejące usta, aż mu spadł kapelusz o szerokich kresach — odsłonił czarną, krótko obciętą czuprynę i twarzyczkę opaloną, tryskającą zdrowiem i życiem.
Wzięła go na ręce, przygarnęła do piersi — całował ją, obejmował za szyję — nic nie mówiąc, tylko pieszcząc i pokrzykując z radości.
Spostrzegła przedewszystkiem, że miał szyję spuchniętą, i rzekła:
— Pszczoły cię ścięły, nieboże.
— Ścięły. Baba miód podbiera. Pomagałem! Nic to! Posłyszałem, że wołacie — i lecę — lecę! Wiecie — są małe króliki — czworo. A gdzie Łyska?
Obejrzał się i dopiero spostrzegł Szczepańskiego.
— Pan jakiś, mamo! — szepnął.
— Ze mną przyszedł. Pocałuj go w rękę. Idź!
Postawiła go na ziemi. Wahał się sekundę — a ona bez tchu patrzała na obu.
Szczepański był bardzo blady, oczu z dziecka nie spuszczał, potem pochylił się doń bez słowa i wgłowę pocałował. A chłopak spostrzegł wreszcie Łyskę i rzekł:
— Że też on pana nie kąsa i nie szczeka. Dlaczego, mamo?
— Bo rozumniejszy od ciebie — odparła. — Dlaczegoś pana w rękę nie pocałował?
— O — zapomniałem! — zawołał żywo i pogarnął się serdecznie do rąk Szczepańskiego, i znowu do matki się zwrócił i przytulił. — Chodźcie prędzej. Zobaczycie króliki. Dwoje białych — i czerwone mają oczy.
— Poczekaj. Jeszcze jeden pan przyjedzie.
— Z koniem! O! to ja na konia siądę! Gdzie ten pan? Taki jak ten?
— Zobaczysz. Tamtego też w rękę pocałuj. Ot — idź przodem z Łyską — spotkamy go w gąszczu.
— Ale — tom ja i Łyski nie przywitał. I on jeszcze królików nie widział tych, małych.
I rzucił się psa obejmować, pieścić, a zwierzę lizało go po twarzy, witało po swojemu, aż obadwa wpadli w okropną uciechę i popędzili naprzód. A tuż wynurzył się łeb siwej i rozległ się głos Kałaura:
— Jasiek!
I już był chłopak w objęciach starego.
Ale się wydzierał do konia, nieprzytomny z tego mnóstwa wrażeń.
— Pojadę na prawdziwym koniu. Niech mnie pan wsadzi — nie spadnę. Koń się nie będzie na mnie gniewać!
Kałaur wsadził go na grzbiet siwej, ramieniem przytrzymywał, a twarz miał rozpromienioną, i tak szli i jechali, aż ścieżka wbiegła na polanę szeroką i ujrzeli przed sobą gniazdo Magdy.
Dobrze było ukryte, od ludzi dalekie — i niepodobne już do owej pustki z przed pięciu lat.
Chata była osadzona malwami i pnącą fasolą — otoczona ogrodem — zamiast ruin smolarni była porządna obórka, tylko szare pnie z pszczołami były te same, i jak stróże otaczały osadę i Złydnia nic się nie zmieniła — tylko nauczyła się uśmiechać.
Na progu ich spotkała, ciekawie oglądając przybyszów i z prostotą mówiąc, co czuła.
— Wy, gospodarzu, pewnie tatko Magdusin. Oj jeszcze proste plecy macie — żyjcie sto lat — żeby my jeszcze na Jaśkowem weselu chulali. Witajcie — na chleb i sól prosim. Miodu dziś pełna komora — nam starym chleb i sól, a im młodym miód. „Człowiek“ Magdusin — też niczego — ino czarny i suchy jak ziemia. Lepiej ja wam mołodycy dopilnowała — jak was żołnierka. Nu — bór wam krasę wróci. Kobieta odchucha miłowaniem!
Magda zdjęła prędko Jaśka z klaczy i, by nie słyszeć, odprowadziła wóz pod obórkę.
Dzieciak za nią pobiegł, a mężczyzn wprowadziła baba do izby, gwarząc i krzątając się.
Izb było już dwie, sień i komora, wszystko bielone, czyste — pachnące ulem pszczelim.
Kałaur począł rozpytywać babę o okolicę, o dwór, o drogi — o ludzi — o ich byt, zajął ją, że nie zwróciła uwagi na Szczepańskiego, który słowa nie wymówił, i usiadłszy swoim zwyczajem w kącie — co raz to na drzwi spozierał.
Po chwili rozległ się tupot bosych nóg, poszczekiwanie Łyski, i wpadł do izby Jasiek, wprost na babę, która stół zaścielała obrusem.
Omal jej nie obalił, aż krzyknęła, ole wnet pochyliła się czule do niego, po głowie gładząc.
— Co, rybko, co mileńki, co dziecino serdeczna!
— Babo, widzicie, co mnie mama dała. W to się dmucha, to gra, podmuchajcie!
I podał jej harmonikę ustną.
— Gdzież ja! Nie umiem, jagódko! Ot, tatka poproś, to ci zagra.
— A któryż tatko? zagadnął dzieciak, patrząc po nich kolejno.
— Daj mnie! — odezwał się Szczepański.
Jasiek bez wahania na kolana mu się wgramolił, harmonikę podał, rozsiadł się wygodnie do słuchania, o piersi jego wsparty.
A Szczepański „dmuchał“, a co przestał, Jasiek się mocniej do niego przytulał i zachwycony prosił:
— Jeszcze trochę, tatku, jeszcze grajcie.
Kałanr babę zabawiał i zerkał na nich z pod brwi.
Aż wreszcie baba obejrzała się za Magdą — i nie widząc jej, poczęła wołać.
— Doniu, gdzie ty się bawisz. Takich gości przywiodłaś, a o posiłku i nie myślisz! A tu i pieczone i warzone być powinno. A i ja baję jak to stara — z tej wielkiej uciechy.

Magda już dawno z za ściany przez okno — patrzała na Jaśka i Szczepańskiego — ni oczu oderwać nie mogła — ni się poruszyć. Na wołanie weszła do chaty, ale nic nie rozumiała, co ma czynić, ani słyszała, co mówią. Słyszała tylko granie na harmonice i powtarzała w duszy:

Weź mnie Jasiu z sobą
Rada pójdą z tobą
Na woinkę daleką.

— Zdurzała kobieta do cna ! — zaśmiała się baba, potrącając ją żartobliwie. — Wieczerzę gotuj, toć goście głodni być muszą jak wilki, a ty się piszczałce przysłuchujesz jakby Jasiek.
Oprzytomniała, poczęła ogień rozpalać, krzątać się w sieni i spiżarni — zastawiać stół.
A Szczepański grać przestał i rzekł do Jaśka.
— A gdzież króliki twoje?
— Prawda, króliki! — zerwał się chłopak. — Toć ich jeszcze na noc nie karmiłem. Chodźcie, w loszku są. Może chcecie jednego, albo i dwa — dam wam. Zresztą i wszystkie dam — tylko sobie jednego zostawię.
— Nie pożałujesz mi?
— Nie! Tak cudnie gracie. Ach żeby ja umiał!
Wyszli trzymając się za ręce, i dzieciak poprowadził między grzędy kapusty i począł liście rwać, szczebiocąc.
— Wy nie rwijcie, bo nie wiecie które, mnie mama nauczyła — bo ze środka niewolno, bo to kapustę boli — ino te odchylone można brać. Już dosyć. Chodźmy do loszku. Mama go wykopała, a potem zrobiła dach i drzwiczki. Ja już potrafię też zrobić, ale jeszcze siły nie mam.
— Bardzo matkę kochasz? — spytał Szczepański.
— Tak okrutnie, okrutnie, że już niewiem! i babę też i Łyskę! Widzicie króliki!
Otworzył drzwi loszku i stanął wśród gromady pstrej i długouchej, tak oswojonej, że mu się do rąk wspinały.
Szczepański usiadł na progu, a malec mu dał na kolana owe cztery najmniejsze, a za nimi usiadł Łyska i obwąchiwał dobrodusznie zwierzątka.
I tak bawili się we troje — jak dzieci.
Potem Jasiek poprowadził Szczepańskiego po całej osadzie. Pokazał mu krowę, i grzędy warzywa, i huśtawkę swoją na dębie, w krzakach gniazda, skąd pisklęta już wyfrunęły, i opowiadał swe uciechy i zajęcia, i wędrówki z matką do koszów rybnych, o sarnach, jak się ich nie bały — i o masie jagód latem. Szczepański dawał się prowadzić, słuchał, pytał, aż wreszcie Jasiek harmonikę mu dał znowu i rzekł:
— Tatku, zagrajcie tu — nie w izbie. Bo widzicie z izby to ani króliki nie słyszą, ani krowa, ani drzewa — tu wszyscy się ucieszą. Pewnie i sarny posłyszą. Grajcie głośno, głośno.
Usiedli u studni — i szło granie — „dla wszystkich“, aż we drzwiach baba stanęła, wołając na wieczerzę.
Wieczór bo już zapadł, pogodny ale chłodny. Poszli ku chacie — gdzie już stół był zastawiony — i rozchodził się zapach świeżego chleba, miodu i palonego z korzeniami „krupniku“.
Stała pękata flaszka tego napitku wśród mis jedzenia, a nad stołem paliła się lampa — oświetlając ich dostatnio i ściany białe — obrazami obwieszone.
Baba usadowiła Kałaura na najwyższem miejscu w rogu — i obejrzała się na wchodzących.
— Siadajcie na ławie — jakże was zwać mam żołnierzyku — ot po prawej ręce teścia.
Jasiek — usuń się — matce miejsce zostaw przy ojcu. Taj zaczynaimy!
— Ja posłużę wam! — rzekła Magda. — Nie siędę.
— Jasiek — chodź tutaj — co się pchasz miedzy starszych.
— Niech siedzi! — rzekł Kałaur, gdy się malec między nim i Szczepańskim ulokował, i pogłaskał go po głowinie.
Baba nalała kieliszek i obyczajem chłopskim poczęła błogosławić.
— Dajże nam Boże zdrowie, taj przeżywanie razem szczęśliwe — jak nas Bóg po tylu latach sprowadził. W wasze ręce, panie ojcze — donia wasza — matką mnie nazwała, i tak jako rodzona mnie droga i miła. Daj im panie Boże dolę — i nam z nimi!
— Daj Boże! — odparł poważnie Kałaur.
Baba wypiła, podała mu pełny kieliszek, wychylił — mówiąc Szczepańskiemu — w wasze ręce.
— Ja nie piję!
— Jakże to! — obruszyła się baba. — Mojego krupniku nie chcecie — i do żony nie przypijecie. Tak nie wolno.
— Nie muście, matko, on nie pije! — wtrąciła Magda.
— Nie pije. To dobrze — ale przy takiej okazyi — trzeba choć kroplę wypić. Jakże to! Nie godzi się.
Szczepański nalał kieliszek i usta umoczył, potem podał go Magdzie.
— Wypij za mnie. Wiesz, że nie mogę.
Wzięła czarkę i wypiła, nie mówiąc słowa.
Zaczęli jeść, i Kałaur rzekł do Jaśka.
— A wiesz ty, że ja po ciebie przyjechał. Jutro ciebie ze sobą zabiorę. Na koniu pojedziesz.
— A mama?
— Mama tu zostanie.
— Oho — to i ja nie pojadę.
— Będę się to ciebie pytał. Zabiorę i basta.
Chłopak przestał jeść, ku matce zerknął, zamyślił się.
— No, co? Niema rady. Musisz jechać! Śmiał się stary. Dostaniesz tam u mnie prawdziwego konia i nożyk, i kaletkę, i wóz — będziesz ciągle jeździć.
Jasiek odsunął się od niego, przytulił do Szczepańskiego, ten go ramieniem objął. Kałaur dalej się droczył.
— Dam ci na zimę czapkę z siwym barankiem i buty i kożuszek, i czerwony pasek. Zobaczysz, jak ci tam u mnie dobrze będzie i wesoło.
— Nie chcę — nie pojadę! — już z rozpaczą zawołał.
Szczepański pochylił się do niego i coś szepnął.
Chłopak ku niemu oczy podniósł łez pełne, i przywarł mu do piersi — szukając obrony.
— Ot, jakie to głupie jeszcze — wszystkiemu wierzy! — zaśmiała się baba. — Jedz, dziecino, jedz — nie bój się. Żartuje dziadunio. Jak pojedziesz w gościnę do dziada, to z mamą — i nie jutro — a kiedyś później. Jedz — nie frasuj się.
Ale chłopak nie dał się przekonać, ani namówić do jedzenia — zerkał nieufnie na dziada. Potem zmorzył go sen, rozmarzyło ciepło, wrażenie dnia, tak niezwykłego, i podczas, gdy starzy rozochoceni krupnikiem bajali o dawnych czasach, a Magda krzątała się, zmywając statki, ścieląc posłania, sprzątając stół, dzieciak na rękach Szczepańskiego spał już — mocno, uśmiechając się do swych marzeń.
Wreszcie Kałaur przypomniał sobie, że klaczy nie napoił, baba, że jej patoka może wierzchem niecek się przelała, i wyszli oboje.
— Magdo! — zawołał Szczepański.
Podniosła głowę od roboty i zbliżyła się.
— Zasnął. Oj wybaczcie, nie uważałam, jako wam cięży.
Sięgnęła po dziecko, ale on się nie ruszał i rzekł, patrząc bystro na nią.
— Magdo — mój jest?
— Czyjżeby — panie! — wyrwało się jej z duszy, że sama nie wiedziała jak rzekła, i przeraziła się, i patrzała ze zgrozą — jak to przyjmie.
A on milczał, oczami dziecko ogarnął, pochylił się, ucałował i podał jej.
— Ułoż go powoli, by się nie rozbudził! — szepnął i wyszedł z izby.
Kałaur wrócił i począł się do spoczynku zbierać, baba poszła do alkierza — w chacie uczyniło się cicho, tylko rozlegał się szept odmawianych pacierzy i świerszczów monotonne cykanie, Magda krzątała się w sieni, dygocąc ze strachu — co uczyniła, nie pojmując jak śmiała wyznać.
Szczepański nie wrócił, pewnie z racyi jej bezczelności takiej — teraz ze sobą bojował, męczył się — przeklinał jeszcze bardziej dolę. Teraz jej trzeba za nim iść, do nóg się rzucić, przeprosić, wyłożyć — jako nic jej nie dłużny, wolny — i niech idzie swoją drogą — na nią się nie oglądając.
Wyjrzała przed chatę — miesięcznie było, więc go wnet dostrzegła, siedzącego pod ścianą.
Zawahała się — wolałaby pod ziemię się skryć, ale się przymusiła i podeszła.
— Spocznjcie, panie, po drodze. W komorze usłano! — Podniósł głowę, chwilę patrzał w księżyc, myśli zbierał i rzekł:
— Chciałem cię właśnie wołać. Czy ojciec jutro wraca, nie mówił ci?
— Pewnie jutro. Do siewów mu pilno!
— To i nam trzeba z nim wrócić.
— Poco, panie. Idźcie swoją drogą. Ja tu ostanę.
— Jak zechcesz, ale wpierw musisz ze mną u ojca być — i wiedzieć kto ja taki.
— Wedle tego, com wam, głupia, rzekła. Nie prawda to jest — zełgałam, panie. Pluńcie na to gadanie. Będziecie wierzyć Pokotynce — warta ona waszego myślenia. Zapomnieliście — jaką wzięliście!
— Milcz, Magdo. Będziesz mówić jak mnie wysłuchasz — teraz nie pora. I nie okłamuj na darmo i nie przypominaj ktoś była. Tyś mi dziecka mojego matka, i bym ciebie wart był — w tej chwili do ojca bym poszedł i prosił, by mi cię dał — ale wpierw wiedzieć powinniście kto ja, i dlatego wracam z wami. Idź, ja tu zostanę jeszcze trochę — potem na wozie spocznę. Nie mogę mówić!
— Panie mój — ostawcie mnie tutaj! — jęknęła.
— Nie niewolę cię, ale prawo do dziecka mam, i ojciec twój musi mnie wysłuchać. Czego się boisz, zły byłem dla ciebie i ze słabości twej korzystał. Teraz drogą mi jesteś — nie bój się.
— Com ja uczyniła, nieszczęsna, com rzekła! Nie mówcie do mnie tak — bo zdurzeję, bo mi się serce rozpęknie. O Jezu!
Zerwała się i, słaniając się jak pijana, poszła przed siebie, i w gąszczach przepadła.
Szczepański głowę rękami objął i pozostał tak długie godziny.
O świcie Kałaur wstał i, pacierze odmawiając, poszedł się myć do studni. Ranek był rośny i pogodny, ino cichy jak bywa w jesieni.
Stary pomyślał o swej roli, i westchnął na wspomnienie, że sam wróci do domu, i jął odmawiać żarliwie koronkę do Przemienienia Pańskiego.
Skrzypnęły wrota obórki — wyszedł Szczepański.
Oczy miał zaognione bezsennością, i żarem wewnętrznym spalone usta. Zbliżył się i rzekł:
— Dzisiaj wracacie do domu?
— A cóż, wracam! — stęknął stary. — Wy też dalej ruszacie.
— Nie — z wami pójdę1 Nie rzekliście mi złego słowa żem wam córkę pohańbił — przyjęliście jak syna — przyjęliście jak syna katorżnika, zabójcę. Ale w duszy za podleca i gałgana mnie macie — i słusznie. Ale co myślicie, to niczem nie jest jeszcze — do prawdy żywota mego, którą wam całą rzec teraz trzeba. Pójdę z wami i Magda być musi, i wysłuchać. Nie zataję nic — a wy postanowicie, co czynić mam. Na waszą wolę się zdaję — i spełnię jako się mną rozporządzicie!
Stary popatrzał nań uważnie, twardą dłoń wyciągnął.
— Słusznie jest. Co się stało nie odstanie. Wzięliście mi córkę — a ona was nie przeklina — nie godzi się i mnie. Co nam powiecie — z chaty nie wyjdzie — bo ta chata — waszego syna chata — a wy w niej — syn.
Szczepański bez słowa pochylił się, i kolana starego objął, a ten go za głowę uścisnął.
Słońce wyjrzało z za gąszczów — w chacie ruch się uczynił, i dym buchnął z komina, i Magda wyszła ze skopkiem do doju, a za nią Jasiek dreptał, a ujrzawszy gości u studni, do nich poskoczył.
— Magda! — zawołał Kałaur. — Żywo nam śniadanie szykuj, i sama się ogarnij, bo z południa do dom pojedziemy.
— Hospody! — wrzasnęła baba, słuchająca w progu. — Wszyscy się zabieracie. Jakż ja się ostanę. Toć pan przykazał, żeby Magdusin „człowiek“ jak tylko wróci, do dworu się stawił — służba na niego czeka. Dosyta było wołokity — a jaby rada na piecu siedzieć i bajki gadać, a nie straszyć głupi naród po siołach. Magduś, doniu, rzucisz ty tak babę!
— Nie rzucę, matko, ino na dni parę z nimi pójdę — taj wrócę już na wiek do was.
— Jaśko ze mną ostanie?
— Ostanie, matko. Będę do was wracać jako ptak. Nie trapcie się!
Uspokoiła się nieco baba, ale gdy mężczyźni przyszli na śniadanie, napadła na Szczepańskiego.
— Jużci ja czuję, że insze dumki macie. Ciągnie was kędyś — może do miasta ludnego, do białego chleba i skrzypek w gospodzie. Porzućcie — nie godzi się. — Ostańcie tutaj.
— I u mnie jest dach i chleb dla nich! — mrukną Kałaur.
— Jest! — odcięła baba. — A gdzież był — jakem ja kobietę przygarnęła, za służbą idącą — boso po grudzie, że trop jej był krwawy, jako tego zwierza szczutego. A gdzieście wtedy byli — ojcze.
— Matko — upomniała ją Magda. — Toć zostanę z wami.
— Ale — jak oni pozwolą! — zawarczała baba ponuro.
— Oho — zaśmiał się Kałaur — słuchała to ona mnie kiedy. Zrobi jak zechce.
— Ja też nie tyle do was mówię, jak do tamtego.
— I to bez racyi! — odparł Szczepański — bo ja uczynię, jak ona zechce.
— Chytrość taka! Bo to nie wiecie — jako za wami ginie i przepada. To wam tylko rzekę, że Jaśkam chodowała, i póki oczy moje patrzą, na niego będą patrzeć i póki nogi mnie noszą — za nim mnie poniosą.
— Takci będzie! — rzekł uroczyście Kałaur.
Skończyli śniadanie i jęli się do drogi zbierać — gdy wtem wpadł konny posłaniec ze dworu po babę. Panicz z huśtawki spadł, rękę wywichnął — kazano babę duchem dostawić, bo sławna była na okolicę z nastawiania kości. W parę minut stara się ustroiła, wzięła maście i zioła w fartuch i poszła, obiecując wrócić nad ranem.
A odchodząc jeszcze wołała do Magdy:
— A skończno, doniu, pszczoły podbierać, bo wielki czas. Jasiek ci powie, które jeszcze nieruszane.
Do roboty tej nadzwyczaj zamiłowany Kałaur ofiarował się z pomocą, i poszli oboje, a Szczepańskiego Jasiek wyciągnął w bór, obiecując cuda pokazać, i wnet w gąszczu przepadli, i pod wieczór się miało, gdy wrócili, obładowani różną zdobyczą.
Znaleźli w koszu, w ruczaju sporego szczupaka i grzybów pełne kapelusze przynieśli, a dzieciak umorusany był sokiem jerzyn i tak zmęczony, że go Szczepański na rękach przyniósł sennego, i ledwie się do matki uśmiechnął, i już powieki opadły, i zaczął coś mówić o harmonice i nie skończył. Magda go rozebrała i ułożyła na noc, a następnie podała Szczepańskiemu obiad. Parę łyżek przełknął i przestał.
— Nie smakuje wam, panie! — szepnęła nieśmiało. — Może do czego ochotę macie lepszą — powiedzcie.
— Nie głodnym — odparł, opierając głowę o ścianę.
Izba już mroczna była, dzień się kończył, Kałaur poszedł do klaczy, Magda do krowy — o Jaśkowych królikach przypomniał Szczepański i zaniósł im liści, a potem wrócił i czekał, siedząc na ławie, aż tamci się zbiorą — mówić im miał, co całe życie w sobie taił, jak kamień ciężkie, jak nieuleczalną chorobę rozpaczne.
Wrócili i, spojrzawszy nań, zrozumieli co z nim się dzieje i każde, jak umiało, starało się mu pokazać, jako im drogi jest.
Magda podała mu tytoń, Kałaur zagadał o borze — ale on, już zdecydowany, nie zwlekał i rzekł:
— Dziś trzeba skończyć. Już mi dość męki. Trza wszystko rzec. Myślałem, że moja tylko będzie hańba, nikt się nie dowie, ani z moją dolą się nie połączy. Panie Kałaur, ukrzywdziłem Magę, zmarnowałem jej życie, na wasze nazwisko rzuciłem wstyd. Niczem wynagrodzić nie mogę — ani nazwiskiem, bo na niem ohyda jest stokroć gorsza, ani sobą, bom zabójca wprost z kryminału wypuszczony, ani bytem, bom żebrak. Nie mam nic — straceniec! Chcecie wiedzieć jako drogą przeszedłem to posłuchajcie.
Sięgnął w zanadrze, dobył ów ceratowy pugilares, który Magda mu przyniosła, otworzył — wyjął zżółkły stary, drukowany arkusz — numer gazety i, rozwinąwszy go, jął czytać:
„Strąszna zbrodnia. Dziś rano, w mieszkaniu swem przy ulicy Rzecznej zmarł nagle rejent S. Przywołany lekarz stwierdził, że zgon nastąpił już przed paru godzinami, a badana służba zeznała, że poprzedniego wieczora rejent był zdrów zupełnie, na nic się nie uskarżał, i po spożyciu wieczerzy — jak zwykle pracował w swym gabinecie. Kiedy się udał na spoczynek niewiadomo. W mieszkaniu prócz nieboszczyka i żony jego znajdował się jeszcze syn, uczeń piątej klasy gimnazyum, zajmujący pokój wraz z korepetytorem swym — zarazem sekretarzem rejenta. Obydwa wyszli rano, nic o wypadku nie wiedząc. Najdziwniejsze jednak jest zniknięcie samej pani domu. Służba zaręcza, że wieczorem nie mówiła o zamiarze wyjazdu, a rano nie znaleziono jej w domu. Badany stróż uliczny zeznał, że widział ją około drugiej po północy — wychodzącą na ulicę; dokąd się udała nie śledził. Wskutek zagadkowych tych okoliczności, władze sądowe rozkazały zarządzić autopsyą zwłok i śledztwo, oraz odszukać żonę denata“.
Szczepański skończył, sięgnął znowu do papierów i wziął w drżące ręce jeszcze druk — urywek arkusza i tym samym głuchym głosem odczytał:
„Dramat w hotelu. Piszą do nas z Wilna:
Przed kilku dniami zamieszkała w hotelu Europejskim młoda kobieta, podająca się za Maryę Sucką. Z mieszkania nie wychodziła wcale i widocznie oczekiwała kogoś, gdyż rozpytywała służbę o godziny pociągów kolejowych i o listy. Nikt się jednak nie zgłaszał, aż we wtorek rano zaszła do hotelu policya. Na widok komisarza cyrkułowego kobieta wydala przeraźliwy okrzyk, rzuciła się do okna i wyskoczyła. Podniesiono ją z ulicy, słabe tylko dającą znaki życia — w drodze do szpitala zmarła. Okazało się, że była to Marya S., żona rejenta z Witebska, która przed tygodniem otruła swego męża i tejże nocy zbiegła. Jakie były pobudki zbrodniczego czynu, śledztwo wyjaśni“.
— To była moja matka! — rzekł Szczepański.
Zapanowało milczenie, w którym tylko było słychać dyszenie ciężkie jego piersi, a potem z kąta, gdzie siedziała Magda, rozległ się cichy, gorący szept:
— Wiekuisty spokój daj jej Boże miłosierny, przez Twe na krzyżu konanie i mękę, o Jezu. Ulituj się nad nią — o Matko Bolesna. Amen.
Szczepański wstrząsnął się cały, jęknął, i głową mu opadła na stół, rękami ją objął, i jak martwy był, tylko nim czasem dreszcz wstrząsał.
— Daj mu wody! — szepnął Kałaur.
Zaprzeczyła głową. Szeptała wciąż pacierz za tę umarłą — pierwszy, który niebo słyszało.
Stary odkrząknął, przysunął się, rękę na ramieniu nieszczęsnego położył i rzekł poważnie:
— Toć nie winniście, tylko gorzej sieroty. Mocy nabierzcie, my wam swoi. Rodzi się człowiek na mękę, każdy zgryzotę nosi. Co robić. Boże sądzenie.
Szczepański głowę podniósł.
— Ale każdego matka rodzi i miłuje — a kto ją straci, wspomina żałośnie, a słodko — a moja klątwą żywota mi jest i katem. Nie wiecie jeszcze wszystkiego. Miałem wtedy szesnaście lat, ojciec był ogólnie szanowany, zamożny — dom nasz gromadził najlepsze towarzystwo. Chowany byłem w wygodach i dostatku, uczyłem się dobrze, miałem przed sobą drogą odkrytą do wysokiego stanowiska, fundusz — imię nieskalane.
I tego dnia wróciłem do domu, i już nic nie zostało. Byłem oddany na pastwę ludzi — na zatracenie, na wstyd — rękami matki rodzonej oddany. Trup ojca walał się po sądowych stołach, życie domowe roztrząsła gawiedź, nazwisko zapisano w kryminalnej kronice, opiętnowanej podwójnym ohydnym mordem i samobójstwem, na fundusz wreszcie zwaliła się ćma kruków lichwiarzy — z wekslami ojca, sfałszowanemi tak niezdarnie, że nikt w nie nie wierzył, ale i nikt nie zaprotestował — i oto po dniach niewielu, gdym oprzytomniał — byłem jak ten szkielet z mrowiska dobyty — albo jak upiór — postrach dla ludzi — dla siebie samego ohyda!
Chciałem się zabić, ale gdym pomyślał, że z nią się spotkam na tamtym świecie — wolałem żyć.
I odtąd życie moje stało się bezustanną ucieczką przed ludźmi, przed sobą. I szła za mną klątwa — doganiała zawsze. Kryłem się przed nią, na samo dno nędzy — na sam spód głodu — odnajdywała — byłem napiętnowany — zresztą gdym się od ludzi ukrył — od siebie nie mogłem, a to, com w duszy nosił, może gorzej piekło, srożej dręczyło.
Uciekłem w świat, tułałem się po świecie z wyrzutkami takimi, jak sam obcując — cztery lata. Tedy musiałem wrócić do Witebska do poboru — i poszedłem w proste sołdaty, do kawaleryi, na pięć lat — daleko. I te lata były w mem życiu jedyną ulgą. Nikt mnie tam nie znał, mękę wewnętrzną zagłuszyła praca obowiązkowa i poczułem nad sobą życzliwość. W drugim roku służby — wziął mnie z szeregu do posług osobistych — rotmistrz — kniaź Orański.
Wyczerpany mówieniem umilkł na chwilę, a Magda wstała cichutko i podała mu kubek wody, i szepnęła, obejmując go łzawem spojrzeniem.
— Spocznijcie. Dopowiecie jutro, jeśli wasza wola. Albo i nie mówcie. Wam mąka — a nam cobyście nie rzekli — jednakoście drodzy. Spocznijcie!
Wypił wodą i głową potrząsnął.
— Odżyłem przez te lat piąć, i gdy mój kniaź dał służbę w swych dobrach, po wyjściu z wojska, myślałem, że w tym kącie dalekim już wieku dobędę — pokochałem bór i zwierza, ludzi wcale nie widywałem, pracowałem z serca i duszy. Aż oto pewnej wiosny rozeszła się wieść, że przyjechał nowy administrator — wezwano mnie do raportu — zobaczyłem Bielaka.
— Znaliście go przedtem? — spytał Kałaur.
— Prawie nie — nie bywał u nas — alem go spotykał na ulicy, znany był w mieście, jako adwokat i bywalec klubowy. Gdym go ujrzał, pociemniało mi w oczach — klątwa mnie dogoniła znowu. Myślałem przecie tyle lat, zapomniał, zmieniłem się — nie pozna. Stary administrator mnie przedstawił:
— Nadleśny Szczepański, oficyalista bardzo sumienny, tego panu polecam, i oprócz pochwał nic nie mam do powiedzenia.
Bielak na mnie popatrzał, ale obojętnie, bez wrażenia żadnego — i odszedłem w nadziei, że będę bezpieczny. W jakiś czas potem kazał mi wycechować tysiąc sztuk dębów na klepki, żyd je kupił, zabrał, tedy w raporcie kazał mi Bielak postawić 750 sztuk. Oparłem się — a on popatrzał na mnie, zaśmiał się i począł mruczeć pod nosem:
— Stała się nam nowina.
Zrozumiałem, że jestem w mocy jego. Trzeba było rzucić wszystko — znowu w świat iść — spodlił mnie tak ból i rozpacz, żem się poddał nieszczęsny. Wtedy zacząłem się rozpijać — byłem już złodziejem ! Gdym raz podpisał fałszywy raport leśny, Bielak już był o mnie spokojny — miał na mnie broń. Kradł tedy, a jam milczał, męczarnię sumienia głusząc wódką. Trwało tak dwa lata. Czy doszły do kniazia oskarżenia, nie wiem, ale zjechał do Oran kontroler Jasiński z siostrą i począł we wszystkie kupna, sprzedaże, kontrakta i rachunki szczegółowo wglądać. Uczciwy to był człowiek, ale miał jedną słabość, rozpustnik był i hulaka. Bielak słabość tę wnet poznał i wyzyskał. Rozpoczęła się swawola i rozpusta we dworze, hulali we dwóch, Jasiński do zapamiętania, zaczął się też w pilności opuszczać — o to Bielakowi chodziło na razie.
Było to tej zimy, gdy Magda już była u mnie w chacie. Chorą ją przygarnąłem — nie postało mi w myśli, by pozdrowiawszy, w tej pustce, ze mną jak wilk ponurym i złym zostać miała. Gdy nie odchodziła, rad byłem, że przecie komuś na świecie nie wstrętny jestem — w duszy mi jakby mróz tajał.
Z niedolą moją była druga niedola, z poniewierką moją była druga poniewierka — mogłem ja — być komuś opieką. Co się działo we dworze, małom wiedział, Bielak przestał kraść, przyczaił się, jam chwilami zapominał o przeszłości. Wtem pewnego dnia weszła do chaty Bielakowa. Nie pamiętałem, czym ją widział parę razy — zdumiałem! Była jakby nieprzytomna.
— U pana Jasińska z moim mężem schadzki miewają! — powiada. — Pan im służy — więc pan nie wie, kto Bielak, albo pan potwór gorszy od niego. Kochanka swojej matki pan osłania — jej kata i mordercę. A więc ja się za nią zemszczę i za siebie. Mam dowody na wszystko — do sądu je zaniosę — niech ginie — ja już milczeć nie będę.
Jak oszalała dobyła z za stanika te listy i rzuciła mi je.
— Czytaj pan, będziesz wiedział, komu służysz! Odkradłam je dla pana — odkradłam i dla Jasińskiego dowody złodziejskie, bierzcie go — niech ginie, niech przepada, jakem ja za nim zginęła i przepadła.
Gadała coś jeszcze — była, czy nie była — już nie wiem — jam listy tylko widział — mojej matki były — mojej matki! Dla niego poświęciła duszę i ciało, ojca, mnie, wreszcie życie. A on żyje i ja żyję — i może tak być!
Zerwał się i ramiona przed siebie wyciągnął, aż zatrzeszczały stawy, a potem za głowę się porwał i zwalił na ławę — wyjąc jak zwierz.
Kałaur się też zerwał i krzyknął:
— Coście za człowiek, żeście mu wnętrzności nie wypruli; kijem nie ubili — jak psa!
— Bo nie mógł — wskroś matki nie mógł! — rzekła Magda.
Szczepański poderwał głowę — spojrzał na nią.
— Czytałaś ty w duszy mojej, kobieto?
— Ino ją miłuję, panie! — odparła cicho. — I tak ufam, że i Jasiek by mnie poszkodował po śmierci jeszcze w kał wdeptać.
— Rzekła ona! — z ciężkiem odetchnieniem zwrócił się Szczepański do Kałaura. — Schowałem listy — nie rzekłem słowa — nie mogłem, w kilka dni potem spotkałem jego i zrozumiałem, że wszystko wiedział, że mnie badał — co myślę czynić, że się mnie — on — lękał. Musiała mu ona wszystko rzec — na rozstaniu — bo wyjechała nagle. Zrozumiał, że milczeć będę, ale postanowił moją zgubę — i uczynił. Teraz wszystko rozumiem, wtedy za wiele mnie naraz opadło — ale przez te pięć lat więzienia wszystko pojąłem — jasno mi teraz — jak to się stało. Staliśmy mu na drodze — Jasiński i ja. Obu sprzątnął.
— Tego nie wiem — może ta krew i na moich rękach. Przyszedłem tam pijany — on mnie wezwał, spotkawszy poprzedniego dnia. Wszystko było przygotowane. Przyszedłem tedy — Jasiński począł mnie pytać o sprawy leśne, przeprosił za ową scenę w kramie na rynku, poprosił do stołu, stały nalane kieliszki, trącił, bym z nim na zgodę wypił. Wypiłem — wydał mi się smak dziwny — splunąłem — wtedy on powiada ze śmiechem:
— Czy się pan trucizny boi? To tylko mężów trują, a nam dosyć będzie, jak się pan tu prześpi parę godzin, zanim ja się zabawię w gospodarza u pana w domu.
Tak to było niespodziewanie powiedziane, żem na sekundę osłupiał, a potem czując, że mnie istotnie jakaś straszna niemoc chwyta, rzuciłem się na niego. Uderzyłem, czem, gdzie — nie wiem — i już więcej nic nie pamiętam — aż trupa jego zobaczyłem. Tak było. Możem go i zabił — a zresztą — sądzonym za mord. — Za życia i po śmierci — mordercą u ludzi będę. I będę — bo po Bielaka teraz ja pójdę — teraz on mi zapłaci!
Wszystkom rzekł i nie powiecie mi oboje nic innego — tylko zabij, bo rozumiecie, że teraz muszę to zrobić — zanim umrę. Nie byłoby na świecie sprawiedliwości, by on ludzką śmiercią umarł, a nie z moich rąk.
I mogęż ja, to sobie zaprzysiągłszy — pacierz to mój był przez pięć więziennych lat, mogęż ja sobie ośmielić kobietę tę żoną nazwać — to dziecko synem i rzucić, by tam iść, pomstę brać, i zostawić im po sobie nazwisko mordercy, wstyd i hańbę, za całe wspomnienie. Tego ani wy nie zechcecie, ani ja nie uczynię — ale słowo wasze mieć chcę — na koniec tych dziejów moich. Wiecie już wszystko.
Milczeli oboje, a on czekał z oczami wbitemi w ziemię — wyczerpany, dysząc ciężko. Świerszcze cykaty monotonnie, a po chwili na strychu kur zapiał — Szczepański drgnął, oczy podniósł:
— Mówcie, panie Kałaur! — rzekł.
Stary się poruszył, ramiona wzniósł — spojrzał na córkę.
— Tobie bliższa sprawa. Ty pierwsza mów!
Magda siedziała opodal na ławie, z rękami skrzyżowanemi na piersi i głową pochyloną.
— Mnie się nie godzi takiej sprawy sądzić. Mnie milczeć trzeba, jakobyście mnie sądzili.
— Dlaczego? — spytał Szczepański.
— Bom ja niegdyś, draba umiłowawszy, ojca i matkę, i duszę mu zaprzedała, a potem zdradzona, jakbym się zabiła — nie ciało, a duszę! Przeto za matkę waszą modlić się będę tylko — a przeciw niej nie mogę nic rzec — i błogosławiona mi, pomimo wszystko jest — jako wasza rodzicielka. I sama matką jestem, przeto rzec nie mogę zabij — łonu, co życie dało człowiecze — nie każcie takiego słowa wydać — zostawił w niem Bóg ino miłosierdzie — i ból i litość nad każdym żywotem. Nie rzeknę ja: zabij — nie mogę!
— Tedy twoja litość przy Bielaku, nie przy mnie! I ty mu darować gotowa — moją dolę! — wybuchnął Szczepański. Pocoś tedy owe papiery chowała, do mnie szła. Com rzekł — mało ci! Nie rozumiesz, co we mnie wyje!
Kobieta zerwała się i, cisnąc dyszące piersi, wybuchnęła także:
— Czego wy chcecie odemnie, panie? Czego wy chcecie? Żebym wiedziała, co w tych papierach jest, nie chowałabym ich, ale w wir rzeczny cisnęła — na głębię, jak się gady ciska. Nie niosłabym ich do was, byście się jadem ich nanowo otruli. — Czego wy chcecie? Gdy was mnie wydarto wtedy — nie daliście siebie bronić — milczałam — zabroniliście za sobą iść — zostałam — czego wy więcej chcecie? Nad ludzką moc żądacie odemnie! Chcecie po śmierć i pomstę iść, idźcie, wasza wola. Ni żoną waszą nie chcę być — ni was powstrzymywać. Ale mi nie każcie rzec: idź — giń — umieraj — ale mi pozwólcie nad nikim — ino nad sobą samą litość mieć. Słyszę — co w was wyje — aleć takiego jęku, jaki we mnie jest — nie wiem już, jak dusza strzyma. Czego wy chcecie odernnie — o Jezu!
Zawróciła się i wyszła prędko do alkierza.
— Bo i prawda! — mruknął Kałaur. — Nikt swego miłowania na rzeź nie da. Kobieta ino miłowanie czuje. Dajcie jej pokój. I ja też nie sędzia dla was stosowny — ja też niby strona. Dziecka mi żal, i was żal. Krzywda straszna nad wami, słusznie pomsty chcecie, słusznie się wam należy. Alem ja już stary, długom żył — na wielem patrzał — i wiarę chowam w naukę świętą. Zdajcie sprawę na Boski trybunał!
— Widzieliście często na świecie sprawiedliwość? — rzekł gorzko Szczepański.
— Zawsze — gdy sprawę kto czystą miał — co rzadko jest — bo zwykle obie strony winne. Ale kto prawy, ma najprzód w sobie spokój — i dusza jego nigdy nie bywa samotna. Choćby i tutaj. — Miałci Bielak w Oranach żonę i dostatki — miał kochankę — i wrogów poniszczył. Wiodło mu się w każdym zamyśle. Pięć lat minęło — wam kaźni — jemu swobody i dobrobytu. Widzieliście go za powrotem?
— Nie widziałem — wyjechał był do miasta!
— Tedy ja wam rzekę — idźcie znowu do Oran, i zanim sięgniecie po pomstę, uznajcie jako mu jest. Czy zdrów i kochany, czy przyjaciela ma — ot choćby takiego, jak ja — starego szaraka, co mu „synu" z serca mówi, czy choć prosta kobieta głupia — za duszę jego i życie — swojeby dała — czy dziecko rodzone — na rękach mu uśnie — jak kociak. To wszystko uznajcie — i jeśli to ma — bierzcie pomstę — bo snać niema sprawiedliwości na świecie!
— To mój wyrok! A teraz spocznijcie.
Wstał stary, wyszedł przed chatę i rzekł powróciwszy:
— Miesięczno i ciepło. Cudnie się zboża zarunią. Już drugie kury, trzeba spocząć starym kościom.
Rozebrał się, pacierze szepcąc, i legł na ławie.
Szczepański nieporuszony siedział. Uciszało się w nim, ustępowało drżenie, oddech stawał się wolniejszym, rysy się rozprężały — w półsen zapadł, w rozmarzenie, w spokój.
Wtem w alkierzu Jasiek się snać przebudził, bo senny, cienki głosik zawołał:
— Mamo!
Szczepański oczy na te drzwi podniósł i słuchał.
Coś się poruszyło, dzieciak o coś pytał, szept mu odpowiedział, potem szmer pocałunku i znowu cisza, przerywana skrzypieniem świerszczów...
Lampa poczęła dogasać i pryskać — cienie się kładły na izbę. Cichutko rozwarły się drzwi alkierza. Magda weszła, zbliżyła się do siedzącego i, jak niegdyś w orańskiej leśniczówce, u kolan jego przyklękła, mówiąc cicho:
— Rozzuję was, panie, spocznijcie, zaśnijcie. A możeście spragnieni? Kwas jest świeży!
— Daj pić! — odparł.
Przyniosła dzbanek z komory. Pił chciwie, długo.
— Może wam lampę dolać? — spytała znowu.
— Nie. Miesiąc świeci. Siądź tu — na ławie.
Usłuchała i miesiąc na lica jej padł pobladłe, smutne, ale już spokojne.
— Dzieciak nie śpi. Rozbudził się?
— Już zasnął. Zbudził się — bo sobie króliki przypomniał. Uspokoiłam, żeście nakarmili.
— Cóż rzekł?
— Daj Boże zdrowie, tatce — pójdę mu podziękować.
— Nie puściłaś? Czemu?
— Poco ma do was przywykać? Potem, jak go pocieszę? Zasnął, niech zapomni!
— Magdo! — rzekł, spojrzał na nią i urwał.
A potem znowu:
— Pocom ja tobie — wam. Ja już nie żywy, nie człowiek. — Ja jak spróchniałe drzewo, w którem tylko gady i robactwo żyje i mnoży się. Nie może być — bym komu miły mógł być, komu potrzebny — dobry. Litujecie się nademną — a i tego nie warto.
Kobieta milczała, tylko jej usta drżały.
— Teraz, gdy wiecie wszystko, a chcecie pomimo to — bym ślub z tobą wziął — dla dziecka to rzeknij! Co wolisz — samotny wstyd — czy hańbę mego nazwiska?
— Lekko nie obiecujcie, panie. Byście to uczynili — łańcuch ukujecie. Zali myślicie, że ja wtedy zostanę, gdy wy na śmierć i zagubę pójdziecie?
— Magdo — miłujesz ty mnie jeszcze, po wszystkiem coś słyszała? — rzekł głucho, rękę kładąc na jej głowie.
Podniosła nań swe głębokie źrenice, łez i ognia pełne, bólem rozszerzone.
— Nie wiem, panie, nie rozeznaję — co wy, a co ja! — odparła.
— Tyle co Jaśka mnie miłujesz?
— Czy wy nie jedno?
— Prawda. Jam też taki słaby — taki słaby.
Położył głowę na jej ramieniu, śmiertelnie znużony. Milczeli tak, głowa przy głowie.
— Powiedz co? — szepnął.
A ona, cicho, łagodnym szeptem poczęła mówić:
— Pomnę — w Wieszańcu, gdziem bytowała — sama zrazu, a potem z Jaśkiem maluśkim — była około zwalonego młyna wierzba stara.
Gruba była, krzywa, i wewnątrz spróchniała. Odzież waszą, com uchowała — w to dziupło wetknęłam, spokojna, że suche schronienie. Ale na wiosnę — wody ogromne się rozlały i zajęły moją kryjówkę i chatę i młyn — myślałam, że się potopimy z Łyską — bośmy we dwoje w konarach tej wierzby przesiedzieli dni i nocy parę, z nurtem szumiącym pod sobą, a deszcz nas prażył bez ustanku! To gdy wody spadły, i ziemia obeschła a zajrzałam do swej dziupli — pełna była szlamu i zgnilizny — i odzież wasza w rękach się rozłaziła i przepadła. A potem to w te szmaty i błoto naściągało się rozmaitego robactwa, żab, plugastwo takie, co się boi dnia i słońca, i zdrowego wiatru, a człowiek ręką nie dotknie i, spojrzawszy, splunie i cofnie. I poczęło to wewnątrz wierzbę toczyć i żreć, że po listkach znać było, że jeszcze rok, a zwali się w rzekę — same próchno i susz — martwa. Szkoda mi drzewa było, bo Jaśkowa kołyska na niem bywała uwieszona, i dzieciaka liście bawiły, i gałęzie jak wiatr kołysał, to one jego usypiały.
I myślę: dał ci Bóg ludziom i zwierzu zioła na poratowanie w chorobie, a ot — o drzewie zapomniał — daje mu ginąć — szkaradę taką swem życiem karmić. Aż tu pewnego gorącego południa, szmer jakiś słyszę — coś szarego, jak szmatka nad ziemię przeleciało, na wierzbę spadło. Skoczyłam kołyskę zdjąć — rój pszczeli był. Nijakiej krzywdy dziecku nie czyniły, ni mnie. Zdrożone były — het — z daleka bo szły — z borów, przez bagna i topiele — aż do Wieszańca — może dwa dni były w drodze, i weszły w ową norę plugastwa pełną — takie małe naprzeciw ropuch i gadów, co się tam rozwielmożniły. Myślałam — przepadną, albo umkną dalej — aleć ich kto przyprowadził — wierzbie na poratowanie, tenci ich utrzymał i nad gady ukrzepił. Żyliśmy razem, i tak ich chatę znałam — jak własną, i robotę tak widziałam — jak swoją. W wierzbinie pałace pobudowały, rany i próchno kitem pogoiły, i napełniły serce drzewa słodyczą i wonią — a kędy się gady podziały, którym i człowiek radyby nie dał! Hej — stoi pewnie i teraz wierzbina zdrowa i cała — Jaśkowej kołyski niema, ale gniazd ma pewnie pełno po rosochach — i pisklęta ochrania — jako moje niegdyś.
Szczepański ciężej na jej ramieniu głowę oparł i z cicha rzekł:
— Żeby Bóg o mnie pomyślał — a może już myśli — spocząć mi się chce — i tak cicho. Zasnę — tylko ty nie odchodź. Takim zmordowany!
Ogarnęła go ramieniem, ułożyła wygodniej.
Teraz w chacie zapanowała cisza. Świerszcze ucichły, lampa zgasła, miesiąc tylko wnętrze srebrem zalał — i szedł po niebie ku zorzy porannej. Magda siedziała nieporuszona, ino jej oczy przez okienko w tę jasność szły i coś mówiły — ino jej usta poruszały się czasem, słowem — odetchnieniem — gdy się w duszy nie mieściło dumanie, ale ją sen nie brał, ni czuła zmęczenia.
Aż srebrne światło poczęło różowieć i złocieć, i za oknem szmer przeszedł, jak drżenie rosy opadającej, i zaświergotały wróble, świtem zbudzone. Ale świat się jeszcze nie budził, bo na niebiosach tylko smugi bursztynowe znaczyły wschód. Aż po chwili w okienko chaty uderzyła jak łuna purpurowa — w oczy Szczepańskiego, że się przecknął i spytał:
— Co się pali?
— To świt, panie. Dzień się czyni. Śpijcie — zaledwie wschód — odpowiedziała cicho.
Ale on w tę jasność oczy utkwił — i patrzał i słuchał, zdziwiony, że mu tak lekko, że siebie nie czuje, że w sobie ma taką ciszę i że go nic nie boli.
Nie ruszał się, jakby się lękał, że coś spłoszy.
Za oknem świat się budził, w rosie się kąpał, ku słońcu się zrywał. Rozgadały się wróble, sikory, wielkie malwy pootwierały kielichy, i na pogodny dzień był ten świt złoty, bo niedbałe o rosę — do ziół rosnących pod chatą zleciały pszczoły i słychać je było w ciszy.
— Takie są, co próchno i robactwo zniszczą — owad mały, szary — jak Bóg je pośle — rzekł półgłosem.
A potem zupełnie się ocknął, wstał, wyprostował się i dodał:
— Żeś mnie doprowadziła do takiego świtu — po takiej nocy, błogosławionaś, Magdo. Co chcesz — teraz bym czynił — dobrze mi będzie.
— Bo to nie wiecie, panie, co ja głupia — chcę. Ino tego boru, ciszy i Jaśkowego zdrowia i służenia wam do śmierci.
— Będziesz miała! Juści nas chyba śmierć rozłączy!
— Da Bóg i ona nie! — rzekła uroczyście, znak krzyża na piersi kreśląc.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.