Macierz/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Macierz
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1921
Druk Tłoczarnia Wydawnictwa Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów-Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Chlewce składały się z kilku szałasów i ziemianki. Była to wykopana w piasku jama, nakryta strzechą, bez okien i komina, mieszkanie pastuchów.
Wewnątrz były zbutwiałe posłania po kątach, a pośrodku z błota i gliny ulepiony piec do warzenia strawy. Dym wychodził przez otwór w strzesze, gdy się już wewnątrz nie mieścił. Ziemia usłana była śmieciem i skorupami z raków i jaj, walały się też wszędy stare zdarte łapcie, szmaty, skorupy garnków.
Obejrzała to wszystko Pokotynka i, nie tracąc czasu, wzięła się do gospodarstwa.
Marek jeszcze spał, gdy ona oprzątnęła już ziemiankę, zapaliła w piecu i warzyła kartofle. Dym mieścił się jako tako u góry, zresztą było to zawsze schronienie przed deszczem i chłodem. Pokotynka była rada.
Na śniadanie zjawił się Marek. Nie był to wybredny biesiadnik — jedli kartofle z solą i gwarzyli.
— Latem rzeka żywi — ale teraz ryby ni raka nie złowisz — na głębiach wszystko; ptactwa też niema. Ciekawość, co zjesz jak się kartofle skończą.
— Dopiero się zaczęły. Co mam przed cza’sem głowę łamać. Mnie bardziej troska, co będę robić. Len mi te hycle zagrabiły, bodaj ich Pan Bóg pokarał.
— Dość ci będzie roboty łozy narąbać na opał. Toć dzień i noc trza palić, żeby nie skostnieć, a i światła tyle co z ognia.
Pokotynka spojrzała w około — dym wisiał u strzechy, jak chmury błękitne.
— Żeby kądziel, lubo byłoby siedzieć u ognia i dumać! — rzekła z westchnieniem.
— O chłopcach i muzyce u Zelmana! — zaśmiał się.
— Bodajby! Inna już dumka u mnie. Nić bym snuła i dnie rachowała, aż mój wróci, albo mi wieść da, kiedy go znajdę.
— Ale — myśli o tobie Szczepański! Ślubował ci czy co! Ześlą go pewnie i przepadnie jak kamień w wodzie. Bardzoś mu potrzebna. Co ci się roi w owczej, babskiej głowie.
Pokotynka nic nie rzekła. Nakarmiła psa, usłała mu przy ogniu posłanie i poczęła się ubierać w kożuch i trzewiki. Marek zapalił fajkę i nadsłuchiwał na deszcz.
— Gdzie ty się wybierasz? — spytał zdziwiony.
— A toć po moje pieniądze, schowane w puszczy. Może lada dzień zamarznąć, to się nie dobiorę.
— Jakże dojedziesz teraz, na miasteczko?
— Oho, nie głupiam. Popłynę do Brażek, stamtąd lasem pójdę, pławicę schowawszy w czeroty!
— To trzy mile będzie chodu!
— Będzie. Na noc nie wrócę.
— Kamienna ty aba. Dalibóg;, żeby ciebie policya nie tropiła, cobym ciebie brał.
— Ot, tobyście się dopiero oszukali. Możebym, u was była hultajka i latawica.
— Oho, a bicz od czego! Nauczyłby robić! — zaśmiał się wstając i zbierając się do drogi.
— Pies ci będzie zawadzał w drodze! — rzekł.
— Ostawię go. Nie ruszy się z domu, jak mu kazać!
Wyszli — i po chwili ruszyli każde w swoją, stronę.
Marek, mijając niebezpieczne miejsca, które przebyli w nocy, głową kręcił z podziwu. Cud był, że nie utonęli. Niedaleko miasteczka obejrzał swe kosze na ryby i zabrał jeden na czółno. Mógł teraz spotkać ludzi, miał tłumaczenie skąd wracał. Ale na rzece było o tej porze roku pusto i głucho — mało kto trzymał jeszcze czółno na wodzie, lada dzień spodziewano się lodów.
Rybak wrócił spokojnie do domu i przespał do wieczora. Zbudził go żyd o rybę na szabas.
Marek miał ją w skrzyni na rzece, rozpoczął się targ i gawęda, i żyd rzekł wśród innych nowin:
— Nie widzieliście Pokotynki?
— Skąd? utopiła się?
— Można za nią zarobić dwadzieścia pięć rubli.
— Oho! Od kogo?
— A ot komisarz daje temu, co ją złapie i do policyi przyprowadzi. Ukradła mu jakieś papiery, i pieniądze, wczoraj, kiedy był na pogrzebie. Policya już przetrząsała całe miasteczko, zginęła bez śladu, szelma.
Marek ramionami ruszył.
— Nie widziałem jej i szukać nie będę. Ja nie ogar Bielaka.
— Złapią ją i bez was. Tyle pieniędzy!
Żyd rybę zabrał Marek ciekawy, co słychać, poszedł do Zelmana na piwo Szynk był pełny i opowiadano coraz to nowe historye o morderstwie Jasińskiego i o kradzieży Pokotynki.
Kilku pijaków odgrażało się, że ją odszukają, inni ręczyli, że uciekła za Szczepańskim i tam ją policya weźmie, ogół przecie był życzliwie dla kobiety usposobiony i drwił z Bielaka i pogoni za jedną marną babą.
Że ukradła, nikt się ni dziwił, ani jej miał za złe, bo mówili:
— Jakimże prawem Bielak rzeczy Szczepańskiego i jej szmaty zagrabił. Toć trzy furgony pełne zabrali z leśniczówki i chudobę do dworu zapędzili. Do serca jej doszło! Onaż tam pracowała i harowała, a na zimę nagą i głodną wygonili.
— Bo i prawda! — potwierdził Marek.
— Chce się Bielakowi by baba zdechła z głodu, a przecie najmarniejszemu stworzeniu miło żyć. Albo to jeszcze prawda, że ona pieniędzy wzięła — widział to kto! Bielakowi człowieka żywcem zakopać — to zabawka. A taki pies będzie, kto tę babę wyda, połakomi się na te pieniądze, bo ona nikomu krzywdy, nie zrobiła.
Ktoś wszedł do szynku i zawołał:
— Gadają, że już ją pojmali. U Lejbowej uradnik znalazł w alkierzu pod ławką. Ot, ma szczęście,, dostanie dwadzieścia pięć rubli.
Marek wstał i splunął.
— Bydło wy! Smoły piekielnej wam!
Poszedł do Lejbowej — i odetchnął, bo wieść okazała się fałszywą. Tedy zawrócił uspokojony do domu.
Cieszył się, nie przez życzliwość dla Pokotynki, ale przez nienawiść do Bielaka, który go za kradzieże i rozbój już dwa razy zapakował do więzienia. Marek zaś kradł siano, drzewo i wypasał swe krowy na dworskich łąkach, a w razie zajęcia w szkodzie, bił dozorców i krowy wykradał z aresztu dworskiego. Nie miał tego za przestępstwo, odsiedział karę jako bezprawie i krzywdę i zaprzysiągł Bielakowi zemstę.
Wiedział, że gdy raz jeszcze zasłuży na sąd, kara będzie bardzo ciężką, więc nie kradł już i krowy sprzedał, ale o odwecie nie zapomniał. Czekał tylko stosownej chwili.
Pokotynka bardzo sprytnie wyszukała sobie powiernika i opiekuna.
Była już głucha noc, gdy wrócił do chaty.
Zapalił kganek i wtedy z podziwem zobaczył na stole gromadę srebra, obliczył, było właśnie tyle, ile Pokotynka została dłużną — pokręcił głową.
— Kamienna baba. Ile ona drogi dziś obleciała. I w miasteczku snać była i pewnie już podsłuchała, co się dzieje! Teraz się przyczai. Zuch baba!
Pokotynka istotnie była w miasteczku.
Gdy z Brażek dostała się do swej kryjówki w lesie, pokusa ją zdjęła zobaczyć raz jeszcze leśniczówkę. Podkradła się tam o zmroku, doczekała zupełnej ciemności, schowana w łozach, a gdy Nowiccy zebrali się w chacie i zapalono światło, wślizgnęła się do szopki z sianem, zabrała wiszący tam u pułabu worek suszonej ryby i małą siatkę, potem znalazła schowane w starym ulu kiełbasy i ukryła tę zdobycz w puszczy. Jeszcze wróciła po len, ale na podwórzu nie było już gratów, odwieziono je do dworu, więc się kobieta rozejrzała po ukochanej osadzie, pożegnała ją westchnieniem, i korzystając z ciemności, postanowiła odnieść Markowi dług.
Opłotkami obeszła miasteczko, spotkała tylko parę bab, ukryła się nasłuchując — mówiły naturalnie o niej — dowiedziała się wszystkiego. Tedy gnana trwogą, wpadła do chaty rybaka, zostawiła pieniądze i uciekła z powrotem do puszczy. Nie myślała o spoczynku.
Obładowana była ciężko. W kryjówce oprócz owych papierów, owiniętych w ceratę i chustę, jak je trzymał Szczepański, było jeszcze trochę bielizny i odzieży, ich obojga, ciężki tłumok. Wraz z tem, co odkradła w leśniczówce, dźwigała na sobie parę pudów. Puściła się z tem odważnie w noc, w deszcz, w ciemność, trzy mile, do Brażek. Deszcz był coraz zimniejszy, mieszały się z nim ostre igły lodu, wicher zwrócił się ku północy; zima szła wielkimi krokami i wicher wył, urągając kobiecie, która zdyszana, potem zlana, kostniejąca, parła się naprzód — precz od ludzi, od ciepła, od osad, w haszcze i pustkowia, skąd nawet na zimą zwierz uchodzi, nie znajdując pożywienia i schroniska.
Pokotynkę trapił w tej chwili tylko strach po ścigu i myśl ukrycia. Teraz nie wystarczały jej Chlewce. Bała się, że ją Marek zdradzi, chcąc dostać dwadzieścia piąć rubli, że chłopi jeżdżąc zimą po siano, dym zobaczą, i odkryją jej schronienie. Nie lękała się więzienia, tylko, gdy ją uwiężą, wywiozą, jakże ją odszuka Szczepański, jakże dostanie papiery, i co on o niej pomyśli! Szła, szła, borykając się z wichurą, smagana kolącemi igłami lodu, zgięta pod ciężarem tłomoków, czasami błądziła, zapadała w trzęsawiska, i nie czuła swej nędzy, tylko uparte postanowienie żyć, nie dać się w niewolę, i czekać na niego, i ustrzedz psa i papiery, jak jej przykazał.
Dobrnęła do Brażek, dopłynęła do Chlewców, ale tam nie miała już sił ognia rozpalić, ani przełknąć kawałka chleba; nakarmiła tylko psa i legła jak drzewo na stęchłym szuwarze, w czarnej tej wilgotnej norze. We śnie jęczała z bólu członków, a rozbudziło ją uczucie dojmujące chłodu. To deszcz przez zmurszałą strzechę zalał ziemiankę — leżała w wodzie.
Zerwała się, dzwoniąc zębami. Chciała uciekać, szukać zaraz lepszego przytułku, ale gdy wyjrzała na świat, cofnęła się. Deszcz zmienił się w śnieżną zamieć, wicher tłukł się po łozach, wył i szalał.
— Nie sposób w taką porę iśc, ale i ludzie tu nie przyjdą.
Mogę spokojnie czas mały przebyć, odpocząć. Strach, jakem się zmachała. Żeby choć febry nie dostać! Oj, jak zimno!
Wyskoczyła do szałasów, przydźwigała jakieś polano drew, zawarła o ile mogła najszczelniej koślawe drzwi ziemianki i zajęła się rozpalaniem ognia. Ciężkie to było zadanie, ale po godzinie już rozdmuchała parę szczypek i rozgrzała się rąbaniem. Uczuła też głód, więc poweselała, że przecie niezachorzeje. Przy świetle obejrzała swą norę i zdecydowała, że zimować tu nie sposób, wiązanie dachu ledwie wisiało, dziur było pełno, piec podmyty runie lada dzień, na ziemi stały kałuże wody i błota bez ujścia.
— Muszę przenieść się do Wieszańca. Tam mnie nikt szukać nie będzie i zawszeć chałupa. Żeby ino zjeść ciepłej strawy i przespać się do woli na suchej pościeli, to moc zbiorę i pójdę. Ludzie nie chodzą, bo wisielec tam zakopany, głupie ludzie, kiedy umarły kogo ukrzywdził, a kładki, gadają — popsute! Pewnie komu wolna droga gościńcem, to temu kładki złe, a mnie muszą być dobre, bo trzeba dojść, to i dojdę!
Suszyła swą odzież przy ogniu i grzała się.
Pies siedział przy niej, patrząc pożądliwym wzrokiem na garnek. Gotowały się kartofle z suszoną rybą, prawdziwa uczta.
Gdy ją spożyli, pies się zwinął u ognia i zasnął, kobieta uporządkowała swe szmaty, obrachowała zapasy, złożyła wszystko w najsuchszym kącie, i poczęła pleść sobie łapcie z łyka, którego pęk spory dostała u Marka. Przy tej robocie układała plan dobrnięcia do Wieszańca.
Gdy się nieco na świecie uspokoi, pójdzie z psem na kładki. Weźmie ze sobą tylko siekierę i drąg, będzie szukać owego przejścia, powoli, krok za krokiem, jeśli gdzie zagrzęźnie, to się przecie uratuje i będzie te przerwy łozą wyścielać. Znała mniej więcej kierunek kładek, zresztą, jakoś trafi, bo musi. Może tydzień błądzić i brnąć będzie, może dwa, ale przecie dobrnie, i drogę sobie upewni, żeby potem z ciężarem mogła dojść.
Gdy wszystko zniesie do tej chałupy, to potem ślad swój zatrze, łozę z nad topieli pościąga i już wtedy bezpiecznie będzie zimować.
Skąpo miała zapasów, ale rachowała, że przecie zimą ryby pod lodem upatrzy, a zresztą trzeba tyle ino jeść, żeby nie zamrzeć.
Najciężej będzie pławicę przeciągnąć przez trzęsawiska, a jużci jej tu nie zostawi, bo koło Wieszańca są wśród łoz tonie i zalewy ciche, kędy wiosną ryby z wielką wodą przychodzą ikrę kłaść.
Rybacy opowiadają, że tam rybi raj, tylko dobrać się tak ciężko, że ino bajki o tych wertepach plotą, a łowić wolą po dostępnych wodach.
Kiedyś przed laty, rzeka tamtędy szła, i młyn dworski stał, aż jednej wiosny nurt się odwrócił, popruł sobie nowe łożysko, aż tu około Chlewców, i cały ten szmat łąk zbagniał, łozą porósł, poszedł w dzicz i pustkowie.
Młynarz biadał, biegał do dworu po pomoc i ratunek, wreszcie z rozpaczy powiesił się w chałupie na belce, od tej pory nikt nie myślał wojować z rzeką, i tak te setki morgów ziemi były wyrajem dla ptactwa i ryby tylko!
Kładki niegdyś młynarz rzucił przez topiele, od jego śmierci nikt tam nie chodził, ani poprawiał, co woda psuła każdej wiosny. Pokotynce opowiadał o nich Szczepański. Latem zapłynął tam z Brażek, do Szyjacza, stamtąd szedł, zapadał często, ale że było to w lipcu i sucho, więc dobrnął do młyna. Mówił, że ptactwo się tam lęgło, nietrwożne, i że w chałupie tylko szyb brakło. Jakby przeczuł, że jego dobro ona tam ukryje.
Gdzie on teraz nieborak! Łacniej jej swobody bronić i nawet przez topiele brnąć, jak jemu gnić w niewoli. Niewinny był, przysięgła by na to, żeby jej mówić dał, w sądzie świadczyć, ale nie dał, taka wola jego była, tak chciał, nie jej myśleć dlaczego? — było snać tak sprawiedliwie i prawdziwie, kiedy on chciał!
Skończyła robotę i zapatrzona w ogień dumała dalej. Na dworze szalał huragan wichru i śniegu, który się wciskał do nory przez szpary drzwi i dachu i dym ogniska słał po ziemi, a Pokotynka myślała, jakby rada szła w tę wichurę, żeby był rzekł: „chodź za mną“.
Objęła rękami kolana, złożyła na nich głowę i zapłakała nie nad swoją dolą, ale nad jego nędzą i tak ją wreszcie sen zmorzył.
Było już około Gromnic i mrozy tęgie ścisnęły ziemię. Marek rybak spał na piecu kożuchem przykryty, gdy go zbudziło lekkie stukanie w szybę. Wśród nocy to było. Przecknął się i nastawił uszu, znowu skrobanie w okienko. Wstał tedy, zapalił kaganek i wyjrzał w sień, stukano do drzwi.
— Czego tam! — zamruczał niechętnie.
— Otwórzcie! — z cicha ktoś odparł.
Przekręcił skobel i aż zaklął z podziwu.
— A ty tu skąd? Żyjesz!
Pokotynka wśliznęła się do chaty. Usta miała sine i tak przeziębła, że na razie nic mówić nie mogła. Przytuliła się do ciepłego pieca i dzwoniła zębami.
Postawił kaganek na okapie komina, okienko chaty zasunął deską — dobył z półki flaszkę i podał jej.
— Na — wypij!
Potrząsnęła głową.
— Dajcie krzynę przełknąć barszczu. Bardzom głodna — wyjąkała.
Odsunął piec, wydobył garnek i dał jej.
— Masz krupnik. Gdzie ty przeżywasz? Byłem w Chlewcach, tom cię nie zastał.
Jadła chwilę w milczeniu.
— A pocoście mnie szukali? — spytała.
— Jest na poczcie list do ciebie od Szczepańskiego.
— Nie może być! — zawołała i poruszyła się jakby lecieć chciała po tę wieść, ale wnet się zastanowiła.
— Łgarstwo! — >rzekła. — Wywabić mnie Bielak chce. Nie będzie on do mnie pisać, bo wie, że nie odczytam.
— Może być! A wiesz, że dwadzieścia pięć rubli dostanie, kto cię odszuka.
— Wiem. Przyniosłam je wam, żebyście stratni nie byli, a — przyjść musiałam.
Mówiła z trudnością, tak była zdrożona i zziębła.
— Głupiaś — nie wezmę twoich pieniędzy, ani ciebie wydam. Aleś zmarniała i „zhydła“. Głodnaś od dawna?
— Nie — tylko brzemienna! Zesłabłam!
Rzekła to z cicha i blady uśmiech przemknął jej po twarzy. Marek głową pokręcił.
— Tego ci tylko brakowało! I czego ty się, głupia, śmiejesz jeszcze — uciecha ci będzie!
— Myślicie, że nie! Boga nad sobą czuję! Jużci teraz pewna jestem życia i wytrwania. Nie zagubił mnie chce Pan Bóg, kiedy mi człowieczą duszę zawierzył na chowanie. Jużem nie Pokotynka, nie poniewieranie i pośmiewisko.
— Ale — wielmożna pani, małżonka pana Szczepańskiego! — drwił chłop, spluwając.
— Memu dziecku — starczy macierz. Takie ci będzie miłowane i szkodowane i chronione, jakby najwielmożniejsze. W borowych i pustynnych lęgach, ino matki są, a przecie żyją i nie marnieją nawet wilczęta na kępie wśród błot, choćby i wilka ubito. Nic trwożnam wcale, inom szczęśliwa!
— Jak ci tam tak dobrze i bezpiecznie, pocoś tu przyszła, do ludzi. Było z wilkami siedzieć. Ale cię głód przypędził, co? Pewnieś chleba dawno nie widziała, a z kartofli już i łupiny zjadła. Gdzież ty się schowała? No, rozdziej się ze szmat — pojadaj krupnik i gadaj!
Udobruchał się chłop. Zdjęła go litość dla kobiety i uznanie, że tak dzielnie znosiła to, co mu się zdało nową niedolą.
— Jednakże ty nie szelma! — dodał. — Będzie ci z dzieckiem jak z kamieniem u szyi — a ty go szkodujesz. Nie szelmaś ty!
Kobiecie nabiegly łzami oczy i ubarwiły się krwią policzki zapadłe i rozwiązał się jej język i dusza cała, pełna szczęśliwości, wybiegła na usta.
— Nie wiem ci ja — jako innym jest! Mnie się zda, że mi to dziecko będzie jako złota na głowie korona i jako śpiewanie niebieskie i wiecie, by mi dali królową być miast matką — tobym ino się zaśmiała, jako z drwin. Nie biednam ja, ani głodna, ani smutek niema do mnie przystępu, ani zajrzę komu. Dają ludzie chwałę i złoto, pierścienie ślubne i nazwę — i poważanie małżonkom, a macierzy nic nie trzeba, taką ma w sobie moc i szanowanie! Samam w gnieździe, a przecie będzie moje dziecko i silne i zdrowe i nie dostąpią doń żądze złe i niedola, chyba przez mego trupa.
— Moja Krysta brzemienna zmarła! — zamruczał chłop ponuro.
— Bo wśród ludzi była. Szydzili z niej i drwili, wyście karali, sromała się i gryzła. Zeby miast was matkę miała żyjącą, ostałaby przy życiu. Niema ci miłowania, jako matczyne, ni politowania, jako macierzyńskie wnętrzności, i nie sierota, kto macierz ma.
Marek siedział z głową pochyloną.
— Bielak ją Jasińskiemu naraił! — warknął.
Zatrząsł się na wspomnienie, pięści zacisnął, coś niezrozumiale zamruczał, potem wstał, wyszedł przed chatę i wrócił po chwili.
— Pusto, ludzie śpią. Bezpieczniej ci tutaj. Spoczniesz, na dzień zaprę cię w komorze, jutro nocą wrócisz. Trzeba ci czego?
— Ja tu do was z wielką prośbą przyszłam.
— Przyniosłam, ile mam pieniędzy, żebyście do niego pojechali i odwieźli. On ci tam bez grosza! Chciałam już dawno, ale się bałam pokazać, a ledwiem przed kolendą pewne schowanie dostała.
— Gdzież to?
— W Wieszańcu!
— Nie może być! Dobrnęłaś!
— Trzeba było. Ziemianka się zawaliła.
— Nie straszno ci tam samej?
— Jaż nie sama już teraz! Ale trzy tygodnie się przebierałam zanim wszystko zniosłam. Oj — jak było ciężko! Najgorzej z pławicą!
— Przewlokłaś? — toś ty silna jak koń. A dawno chleb się skończył?
— Już z miesiąc.
— Cóż jadłaś?
— Kosz na ryby mam. Czasem się co znajdzie, sidła też stawiam na sroki, pełno ich tam w łozach. Najnudniej było bez soli, a już najciężej bez roboty. Żebyście mi przędzy dali konopnej, sieci bym wam nawiązała dużo przez zimę.
Zadumała się chwilę i spytała:
— Gadają co ludzie o moim? Gdzie ci jest?
— Pewnie jeszcze w turmie, bo jeszcze świadków na sąd nie wzięli. Chyba z wiosną sąd będzie. Oni się tam nie kwapią. To ty chcesz, żeby mu pieniądze zawieźć? Dużo masz?
— Czterdzieści siedm rubli, jeśli owych za mnie nie chcecie. Nie chciał on ich brać i będzie pewnie pytał skąd je macie. To powiedźcie, żem ja poszła na dobrą służbę, że mi lekko i wygodnie, warzone i pieczone mam i w cieple pościel moja, że mi nic nie potrzeba i przeto odsyłam. Nie moje to pieniądze, a jego. A już uchowaj Boże nie mówcie, żem brzemienna!
— No, a pocóż tyle łgać mam?
— Bo inaczej nie zechce pieniędzy wziąść i będzie się troskał o mnie, a troski mu dosyć własnej. Powiedźcie mu tak: Pokotynka ręce wasze całuje i pozdrawia z duszy — i odsyła wasze pieniądze, bo pomyślnie jej jest i wygodnie. Ino zachowała waszą odzież odświętną, a resztą dobytku i rzeczy Bielak zagrabił. Tę ci odzież schowała w wierzbie, co ma trzy rosochy i stoi za zwaloną tamą w Wieszańcu, a jeślibyście kazali, toby wam dostarczyła, kędy rozkażecie.
— Tyle ino mu powiedzcie, zapamiętacie?
— Nie trudno! A czemuż mu owej odzieży nie odsyłasz?
— Bo mu jej nosić nie dadzą, a jak kiedy wróci, to choćby mnie już nie było, to znajdzie.
— Ja zamrzeć mogę i zgnić, a odzież przeleży. w suchej dziupli lata — i zda mu się!
— Ale, nie wróci on, nie spodziewaj się!
Kobieta ukryła twarz w dłonie i siedziała długi czas w milczeniu. Świerszcze tylko zgrzytały w szczelinach pieca, rybak sumował.
— Kiedy się spodziewasz? — zagadnął.
— W żytnie żniwa! — odparła.
— Dobrze, że chociaż nie w mrozy. To ci trzeba soli, chleba, okrasy też pewnie nie masz?
— Jeszczeby! — zdziwiła się.
— Jakże to wszystko zawleczesz?
— Na plecach. Lody trzymają krzepko, nawet na oparzelach mało co się człowiek wali.
— A pilnuj się dymu. Chłopy dojrzą i znajdą cię.
— Ino w nocy palę. Jakże? Weźmiecie dla niego pieniądze?
— Trzeba ci to uczynić. No, jeszcze pogadamy jutro wieczór. Podjadłaś, ogrzałaś się, idźże spać do komory, tu kto w dzień wleźć może! Nie zmarzniesz bo to bez pieca komora?
— Daj wam Boże zdrowie. Dobrze mi będzie! U mnie w chacie woda zamarza, a śpię!
— No, to kładź się i bądź cicho, cały dzień. Wieczorem cię wypuszczę i nadprowadzę krzynę lodami.
Zaprowadził ją do komory. Zmęczona bezmiernie ułożyła się na ławie, okryła kożuchem i zaraz zasnęła, od bardzo dawna syta i spokojna. On drzwi na kłódkę zamknął i wrócił na ciepły piec. Wieczorem zawarłszy chatę i zasłoniwszy okienko, wypuścił ją.
— Bardzoś zmarzła?
— Czego! Przywykłam — odparła wesoło.
— No, to się najedz i zbierać się trzeba. Masz tu dwa garnce soli, bochen chleba i woreczek mąki hreczanej — zaniesiesz?
— I nie poczuję. Jeszcze mi dajcie jakiego włókna. Bez kądzieli jak bez duszy.
— Jest w „bodni“ len jeszcze po Kryście! Weź, mnie on na nic! Ale jakże udźwigniesz tyle. Dałbym ci jeszcze i szmat nieco po niej, ale nie doniesiesz i jeszcze się przerwiesz z tej łapczywości! No, posil się na drogę i dajże te pieniądze dla Szczepańskiego.
Pokotynka dobyła szmatkę z zanadrza, zapłaciła za zapasy, odliczyła resztę.
— Potrącicie waszą drogę i koszta, a oddacie mu zresztą wszystko. Będzie biedak miał choć na lepszą strawę i tytoń. Rychło pojedziecie?
— Nie zwlekając — pojutrze.
— To za tydzień ja tu do was się dowiem!
— Jużci — wrócę — jeśli wrócę!
— Ino, zlitujcie się — nie powiadajcie mu nic innego.
— Będziesz mnie, głupia, uczyć.
Schował pieniądze, obejrzał się po chacie.
— Może ci co jeszcze potrzeba! Gadaj, póki czas.
— Zda się co oczy widzą — wszystko potrzebne — a jak nie widzą — to się obędą.
Zebrała w płachtę zapasy i obejrzała się za lnem. Poszli do komory — otworzył „bodnię“, pełną przędzy.
— Bierz, ile uniesiesz.
Nabrała tyle, że aż począł protestować.
— Zdurzałaś. Toć końby miał co ciągnąć. Kiedyś taka mocna, to raczej weź drugi bochen chleba.
— Łacniej głodna będę — byle nić snuć. Nie żałujcie, odniosę wam wiosną przędziwo mnie byle robota.
— Ja nie żałuję. No, zresztą do szopki Ułasowej ci pomogę nieść, a stamtąd sobie zabierzesz!
Otworzył skrzynię z odzieżą zmarłej córki — popatrzał, głową pokiwał, wyjął kilka spodnic i jaskrawo naszywanych koszul, dołożył do lnu, okręcił w płachtę i wyszli do izby.
Chciała mu dziękować — ofuknął.
— Żydom nie sprzedam, nosić nie będę. Co ma zbutwieć, to niech ty zedrzesz. W cóż dziecko okręcisz — kiedyś sama tyle że nie naga. U mnie W chacie nic już nigdy nie zapiszczy! No jedzmy i ruszajmy, mróz zelżał, może na śnieg się zebrać, to i zabłądzić można.
Siedli nad misą, rozpytywał ją o ów młyn i jak się urządziła, opowiadała spokojnie.
— Okna tom zabiła drzewem i upchałam szuwarem, zresztą dobrze. Izba cała, ino sień zawalona. Drew nie brakuje na brzegu, ale ciepło za dzień całkiem wyjdzie. Są ławy i różne sprzęty z młyna, a na brzegu jeszcze zagony znać, ogród był.
— A nie straszy w chałupie?
— Nie. Znać jeszcze na ziemi w progu, gdzie onego zakopali, pies ciągle tam węszył i wył z początku, teraz już nie dba. Co ma straszyć, codzień od niej pacierz ma i nie ukrzywdziła go przecie! Nawet i myśli nie ma! Rano zaraz do kosza idzie, musi lód obrąbać, a jak ryby niema, trzeba się starać innej żywności — na sroki sidła stawiać, albo pod lodem ryby upatrywać, czasem cały dzień nic się nie uda. Pies ją ratuje. Nauczył się polować na swoją rękę i przynosi jej często zająca, albo kuropatwy. Pewnie aż o parę mil chodzi za tem, a taki mądry, że gdy wieczorem garnka u ognia nie widzi, to zaraz na całą noc rusza. Raz przyszedł cały okrwawiony, musiał z wilkami się spotkać.
— I wcale ci nigdy nie straszno?
— Nie. Czego? Ludzie nie dojdą!
Pokręcił głową Marek. Coraz to więcej żałował kobiety i serce do niej czuł. Więc, skończywszy jeść, począł szukać po półkach i dał jej kilka doskonałych włosianych wędek i włosienia na sidła i oścień do bicia ryb i iglicę do wiązania sieci.
Poczęli się zbierać do drogi. Pokotynka zarzuciła na plecy ciężko ładowną płachtę, rybak zatlił fajkę, zgasił kaganek, dźwignął na ramię swój tłomok, wziął pałkę, żelazem okutą do lodu i wyszli. Miasteczko już spało, noc była ciemna, zeszli na rzekę i rozpłynęli się w mroku. Śnieg polatywał, ale bez wichru, mieli dobrą drogę. Gdy się znaleźli w pustce, zaczęli gawędzić. Pokotynka szła przodem, prowadząc, on jej opowiadał nowiny z miasteczka i dworu.
— Mereczanka onegdaj zmarła. Hulała w Święta, mróz objął, mało co poleżała i doszła. A we dworze był kniaź na polowaniu i gadają, że Bielak je szcze urósł.
— A żona jego wróciła?
— Niema. U Jasińskiej on ciągle tobie siedzi. Wygodnie teraz mają! Lepiej jak tobie i Szczepańskiemu.
— Niech mają, może o mnie zapomni.
— Takaś mu sprzyjająca!
— Nie nasza siła z takiemi wojować.
— Ale — dać się dusić i deptać! — mruknął.
Szli chwilę milcząc — ozwała się kobieta.
— Chciałam was o jeszcze jedno prosić z miasta, kupcie mi jaką książkę.
— Książkę! Toć czytać nie umiesz.
— Matka mnie „pokazywała“ litery, inom całkiem zapomniała. Potem, jakże dziecko nauczę.
— Ot, wymyśliła! Potrzebne!
— Jużci, żebym uczona była, napisałabym do mego — i od niego wieść miała.
— Głupiaś. Tyle on myśli o tobie, co o tanych postołach. Rzeknę mu, że książki chcesz, nauczy mnie gdzie ją kupić, bo ja niewiem. No, a teraz się wrócę — boć i Ułasowa szopa, a zadymka ani chybi będzie nad ranem. Nie zabłądzisz?
— Dziękuję wam za wszystko. Za tydzień przyjdę.
Rozstali się. Gdy rybak odszedł z powrotem Pokotynka, lękając się o len, wzięła na siebie i drugi tłomok i zgięta pod ciężarem puściła się już wolniej w dalszą drogę. Zadymka nad ranem wcale jej nie straszyła, przeciwnie, była bezpieczniejszą, że nikogo na błotach nie spotka.
W Szyjaczu zastała psa. Wybiegł na jej spotkanie i czekał i powitał radośnie. Kazała mu przodem iść, bo śnieg zasypał ślad i mogła łatwo wpaść w oparzeliska. Tak we dwoje, o szarym świcie zapadli w gęstwiny łozy i dążyli do kryjówki, już niewidzialni dla ludzkiego oka.
Nowe schronienie Pokotynki było pałacem w porównaniu do ziemianki w Chlewcach. Miało pułap i całą strzechę, komin i piec. Gdy ujrzała tę chatę po męczącej wędrówce, zygzakiem w śród łóz, gdy ją powitały skrzeczeniem sroki, uśmiechnęła się radośnie i pies poszczekiwał z uciechy.
Wewnątrz panował wieczny mrok i dawno ogień wygasł, ale już się kobieta zagospodarowała i bezpieczna z powodu zadymki rozpaliła prędko ognisko. Nie chciała nawet wypoczywać, nastawiła garnek z wodą i poczęła sporządzać sobie prząśnicę. Rupiecia drewnianego pełno było po kątach, siekierą i nożem umiała robić, wnet skleciła niezgrabny pałąk, uwiązała doń lnu, zaczęła strugać wrzeciona. Zakipiała woda, rzuciła w nią mąki i soli i dalej pracowała. Ani się obejrzała, jak zmierzchło, mało co zjadła, nakarmiła psa i poczęła prząść.
Z nicią biegły myśli i urojenia. Samotność była pełna i żywa i dźwięczna, nie ciążyła kobiecie. Pies się wyciągnął w cieple ogniska, a ona dumała, że już ich troje jest w tej pustce.
Za ścianą wicher wył i rozlegały się jakieś ponure szumy, chichoty, poświsty, nie słyszała. Nagle pies głowę podniósł, zawęszył, zerwał się, począł do drzwi się dobijać.
Wstała, otworzyła mu i ujrzała na niebie wielką czerwoną łunę. Gdzieś daleko była wielka pożoga. Stanęła w progu i oryentowała się w polożeniu. Wskazywało na Orany właśnie.
— Pali się ludzkie dobro i dobytek! — pomyślała obojętnie i zawołała na psa.
Zwierzę zawyło żałośnie, węsząc dym.
— Nie lamentuj, nasze się nie spalił — rzekła mu i wróciła do izby.
Rano nie było śladu łuny, ni dymu i zapomniała o tem. Poczęła rachować godziny i dnie, do powrotu Marka, długim jej się wydał tydzień, chociaż nie głodny, ledwie go przeczekała.
O zmroku siódmego dnia, zostawiwszy psa na straży swej chaty, ruszyła ku miasteczku.
Jak na skrzydłach leciała, żądna wieści!
Dobrze po północku dopadła Markowej zagrody. Zakołatała raz i drugi — nikt nie otwierał, zastukała w szybę, ani śladu życia.
Tedy zauważyła, że u drzwi był nowy skobel i wisiała ciężka kłódka, i to ją zaniepokoiło.
Czyżby Marek jeszcze nie wrócił.
Stała bezradna — co czynić, gdy usłyszała głosy ludzkie i kroki, i przerażona przypadła do ziemi pod płotem.
Dwóch ludzi szło, paliło fajki i gadało.
— Wartować po pożarze, to czyste „nakazanie!“ — mówił jeden. — Durne, myślą, że codzień ogień będzie! Skąd?
— Obejść trzeba Markową chałupę. Dobierze się kto i okradnie, a my będziemy cierpieć!
— Nagnał ci Bielakowi strachu — ledwie w koszuli oknem wyskoczył.
— Ale, nagnał, a sam zgłupiał! Dał się złapać i jeszcze się przechwalał, że spalił. Żeby się zaparł, — toby go puścili!
— Napity pewnie był, to i durny!
Obeszli w koło chałupę — spróbowali kłódki i poszli dalej gwiżdżąc. Pokotynka dała im się oddalić — wtedy wstała i zawróciła pędem na lody — w łozy — i pustkę.
Zrozumiała, że Marek przepadł — pieniądze Szczepańskiego zginęły — wieści już nie może przesłać — a ona została już teraz zupełnie sama — odcięta od ludzi i świata — zostawiona tylko swej sile i przemyślności.
Uczuła strach i rozpacz — i zapłakała.
— Teraz on o mnie pomyśli, żem złodziejka i zdrajca. Dobytek przepadł, ostatni grosz przepadł. Papiery zginą. Ani mi go szukać teraz, ani on mnie odnajdzie. A jak zamrę!
Wstrząsnął nią dreszcz zgrozy. Pożywienia miała na miesiąc, a potem do wiosny, tak jeszcze daleko.
Szła machinalnie — słaba, znękana — nie zważając na drogę. Opamiętała się, gdy zapadła raptem w trzęsawisko. Wydobyła się, rozejrzała i zbudził się zwierzęcy zmysł zachowawczy. Poczęła szukać przejścia w łozach i przestała myśleć.
Błądziła parę godzin, grzęzła, ratowała się, sto razy wracała na jedno miejsce, tak się zmęczyła wreszcie, że niezdolna kroku postąpić, ni tchu złapać, skuliła się pod krzakiem łozy i czekała śmierci.
Senność ją ogarniała i nieznośna niemoc — już nawet chłodu nie czuła. Wicher hulający po błotach nanosił śniegu coraz więcej.
W tem z martwoty śmiertelnej senności, zbudziło ją szczekanie. To pies znalazł jej trop i szedł za nim, radosny. Dopadł i lizać ją począł po twarzy — skomlał i piszczał z uciechy.
Rozbudziła się i dźwignęła z trudem. Pies pobiegł naprzód — ona ledwie żywa wlekła się za nim.
Tak ją doprowadził do Wieszańca. Nie miała siły rozpalić ognia, położyła się jak drewno.
Ale po godzinie zerwała się.
— Niedoczekanie twoje! — zamruczała zuchwale, wyciągając pięść do tej niewidzialnej, a strasznej doli. Udławisz się ty mną i zczezniesz, a nie zeżresz mnie, a ja cię zadławię — jędzo!
Rozebrała się ze szmat przemarzłych, zzuła postoły, rzuciła się z zawziętości drwa rąbać, rozpaliła ogień. Tedy się wyprostowała i wciąż mówiąc z tą jedyną towarzyszką i panią swoją — zaczęła jej urągać.
— Zabrałaś mi jego, myślałaś mnie podeptać — oto stoję — i nawet nie słyszałaś mego wycia po nim. Wygnałaś mnie nagą i głodną i bosą w te czabary, chodź, zobacz, jako stoję. Chodź zaśpiewam ci — nie zaszlocham! Plwam na ciebie, a nie dygocę ze strachu. Mocnaś — powiadają — ale nie dla mnie. Idź won, bo ja cię tu zakopię obok tego nieszczęśnika — coś zamęczyła.
Ja się twoich pazurów nie boję! Won idź!
Byłam w twoich pazurach i pod twemi nogami wówczas, w borze, kiedy on mnie podniósł, teraz drwię z ciebie, dwoje nas jest. — Nie zaczepiaj.
Roześmiała się.
— Z Bogiem zadzierasz, wiedźmo dyabelska!
Przystawiła garnek do ognia — usiadła u kądzieli.
— Myślisz płacz posłyszeć i przekleństwa. Uciecha wtedy twoja. Słuchaj sobie, słuchaj!
Puściła w wir wrzeciono i zaśpiewała:

Przybieżeli do Betleem pasterze, pasterze
Grają mile dzieciąteczku na lirze, na lirze.

Pies podniósł głową i poruszył ogonem, spojrzała nań, pochyliła i pogłaskała.
— Nie damy się tej — Łyska — przetrwamy do lata, a latem zaśpiewa nam dziecina! To co że my biedne i głodne, wyżywimy je i uchowamy. Będzie malutkie i słabe, a zawsze z nami! Hej będzie radości, będzie!...
Zadumała się chwilę.
— Juści pacierze trzeba gładko umieć, żeby go nauczyć i o co spyta, trzeba potrafić odpowiedzieć i pomyślenie trzeba mieć przystojne i mowę dobrą, żeby złego słowa nigdy nie posłyszało! To ci jest do rozważenia, a nie żale próżne.
Przędła i przypominała pacierze, słowo po słowie, powoli, jakby już dziecko uczyła i zapatrzona w ogień, niepamiętna obecnej doli, widziała już u swych kolan drobinę, zasłuchaną, ciekawą i uśmiechała się doń, oczami pełnemi łez i radości. Po łozach i czerotach wyła wygnana tą pieśnią i myślami — jędza — niedola...
W marcu wyczerpały się wszystkie zapasy.
Nie było ni chleba, ni soli, ni mąki. Śniegi ogromne zawaliły lody i łozy i zima trwała jak w Zapusty. Nastały ciężkie dni. Sroki nawet gdzieś się wyniosły, ryby się nie brały i bywały dnie, gdzie za całe pożywienie rzucała Pokotynka do wrzątku garście przemarzłych jagód kaliny i oszukiwała głód, pijąc tę ciepłą, kwaśną wodę.
I ona i pies wychudli strasznie i osłabli.
Zwierzę towarzyszyło jej co rana do koszów rybnych, jeśli kosz był pusty, wlókł się w łozy na dzień cały, lub ogryzał skrzydła srok, dawniej zjedzonych, do zupy z kaliny nie dał się nigdy skusić.
Kobieta o ile sił czuła, rąbała lód i czatowała nad przeręblą, nie szła po ratunek do ludzi, choć głód był większy od bojaźni, ale czuła, że nie dojdzie i zginie w śniegu. Przesypiała często głód, wstając tylko, by ogień utrzymać, paliła teraz i w dzień — obojętna czy kto dym ujrzy.
Nareszcie pewnego dnia znalazła kosz pełen, a gdy go wyjęła, otwór w lodzie napełnił się znowu masą ryb. Była to cała ławica szczupaków, szukających powietrza i oddechu.
Pełnemi garściami brała je i wyrzucała na lód, na stos, jak polana, nie ubywało w przeręli, nie umykały, na wpół zduszone, pies je chwytał zębami, odsuwał łapami — oboje pracowali zażarcie. Widmo głodu było zażegnane.
Teraz codzień mieli połów obfity i łatwy, odżyli.
Pokotynka robiła zapasy, suszyła, dymiła popłatane sztuki, zawieszała je na żerdziach u pułapu, zajęta była po całych dniach.
Raz w nocy zbudziło ją złowrogie skrzypienie i wycie Zerwała się. Chata, zda się, waliła, na dworze szalał wicher, taki co druzgoce lody, zjada śniegi jak tabun rozhukany, miażdży zimę.
Sień i komora chaty, zawaliła się z trzaskiem, kobieta, bojąc się o resztę domostwa wydostała się oknem na świat i spędziła resztę nocy pod wierzbą.
Huragan trwał trzy doby, podruzgotał lody, powalił stuletnie drzewa, zmiótł zimę i śniegi, tylko nie dał rady łozom gibkim, szuwarom nizkim i kobiecie.
Gdy wyczerpany legł, ona wypełzła z pod zwalonego dachu młyna, rozejrzała się i odetchnęła. Chata jeszcze stała, krzywa, pochylona ze zwichrzoną strzechą, ale stała. Łozy poczerniały, śnieg zrudział, na lód wystąpiła woda, zima była pokonana.
I zaraz noce stały się gwarne. Na te pustkowia od zachodu do wschodu słońca napływały z szumem, furkotem, wrzaskiem roje wędrownego ptactwa, opadały na nocleg, daleką drogą zmęczone, rozhoworem swoim niosąc otuchę, nadzieję wiosny.
Zrywały się o świtaniu i niosły dalej, dalej, hymn życia i każdy, słysząc w chmurach chrapliwe ich wołanie, oczy wznosił, gonił wzrokiem klucze i gromady i cieszył się.
Ptactwo bywało tak zmęczone i tak pewne pustkowia, że Łyska mógł je dusić. Ale gdy raz przyniósł dziką gęś jeszcze żywą, Pokotynka odebrała mu ją i chociaż radaby była skosztować mięsnej strawy, odpędzała psa i puściła ptaka na swobodę. Zerwał się i ukrył w łozach.
Pies patrzał na nią zdziwiony i urażony.
— Nie godzi się, Łysku. Biedne jest, chude, głodne jak my! Z wyrajów wraca, ledwie żywe! Niech leci, gniazdo ściele, niech je inni ludzie biją, nie my! Namby grzech był. Mamy co jeść.
Ogarnęła ją żałość i smutek. W chmurach wysoko, chrapliwie odzywały się żórawie.
— Hej, weselniki! — zawołała ku nim, płyńcie, wołajcie! Mój sokół w niewoli! Bym ja go choć posłyszeć mogła, jako was! By mi nad głową przeleciał i słowo uronił, że wolny! Daj wam Bóg — gniazdo bezpieczne! Wiosną śpiewacie.
Wody wezbrały ogromne. Oprócz tej łatki ziemi, na której młyn stał i wierzb kilka, reszta pustkowia, jak okiem sięgnąć była morzem, nad którem gdzie niegdzie czuby łóz widać było, wreszcie zajęła woda i rozwaloną chałupę.
Pokotynka brodząc po izbie wyżej kolan, uratowała swe mienie między wierzbowe rosochy i sama z psem przesiedziała tam dwa dni.
Przytuleni do siebie trwali cierpliwi, patrząc na nurt pod drzewem i na bezbrzeżną toń wokoło.
Gdy głód dokuczał, gryźli suchą jak drzazga rybę, a gdy niewygodne położenie stawało się męczarnią członków, kobieta zsuwała się w wodę lodowatą, przeciągała się, prostowała i wracała napowrót na wierzbę.
Trzeciego dnia woda spadła i słońce wyjrzało z za gęstych chmur i ciepły wiatr powiał z południa.
Zaledwie wyjrzały z nurtu kiście łóz, wnet zakwitły miodowe niosąc wonie i wnet na nie spadły lecące z dalekich borów, przez topiele, pszczoły, radośnie mruczące, pracowite, szczęśliwe.
Brzegami złoto zakwitło „lotoć“, powietrzem leciało drobne śpiewające ptactwo i obsiadało wierzby na chwilowy odpoczynek, opowiadając świergotem o zbożowych niwach i sadach i gajach, kędy spieszyły z południa — z wyrajów.
Pokotynka wzięła się do pracy, bezpieczna, że teraz nikt do niej nie dotrze, nikt jej nie wyśledzi. Chałupę podparła jak umiała, pozatykała szuwarem dziury w strzesze, wiązała siatki, plotła więcierze, pławicę swą spuściła na wodę.
Co rano płynęła na połów, poznawała codzień nowe tonie i zakąty, szukała gniazd lub raków po pieczarach u brzegu, robiła zapas łyka na postoły, a po południu, siedząc w słońcu, na progu, łatała swe szmaty, szyła koszuliny malutkie i spoglądając raz wraz na koszyk z wierzbowych prętów, uwieszony na sznurach pod dachem jak gniazdo wilgi, dumała o dziecku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.