Macierz/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Macierz
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1921
Druk Tłoczarnia Wydawnictwa Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów-Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Na jesieni był w Oranach doroczny wielki jarmark. Rynek był zatłoczony wozami, ludźmi i bydłem — mrowie huczało, ścisk był okropny i popychanie, bo wszelkie plony lata i jesieni zwieźli chłopi na sprzedaż i targ był bardzo ożywiony. Na wozach były owce i len, drób i grzyby, manna, jagody suszone, grzyby i ryby, żydzi uwijali się gorączkowo.
Po szynkach i po karczmach było pełno, najpełniej jak zwykle u Zelmana. Szynkował on i żona, ogryzały się z chłopami bachory, scisk był, zamęt, śmiechy i przekleństwa.
W tłok ten o zmierzchu już wcisnęła się Pokotynka.
Miała na sobie stary kożuch, chustę na głowie, na plecach spory tobół, w płachcie na ręku dziecko.
Weszła śmiało i swobodnie, jakby wczoraj tu była i onegdaj, dopchała się do żydówki i szarpnęła ją za rękaw.
— Czy, Małka, kupisz suszoną rybę? Same jaźwie.
Zelmanowa, pomimo gorączki jarmarcznej zdumiała.
— Herste, a ty skąd tu się wzięła!
— Rybę na sprzedaż przyniosłam. Bierzesz?
— Czemu nie mam brać! Nu, ale tyskąd? Co to? Dziecke masz? Gdzie ty była! To twoje dziecko?
— Czyjeż-by! Moje.
Ludzie skupili się wokoło niej.
— Dalibóg, Pokotynka! — wołano.
Kobieta ruszyła ramionami.
— No, ja! Co się dziwujecie. Na pogrzebie moim wódkiście nie pili. Żyłam i żyję, Wielkie dziwo.
— Gdzież się podziewałąś?
— W służbie byłam za rzekami.
— I wysłużyłaś bachora! — poczęto się śmiać.
— Czy chociaż dziewczyna? Wyhodujesz dla chłopców zabawę.
— Nie! Wy swoje dziewczęta teraz dla mojego chłopca hodujecie. Nu, co Małka, bierzesz rybę, bo mi cięży na plecach.
Jedna z kobiet zajrzała pod chustę, otulającą dziecko.
— Spory chłopak. Ma już z pół roku. A czarny jak cygan.
Dziecko rozbudzone, przerażone, poczęło płakać.
Pokotynka przygarnęła go do piersi i przecisnęła się do alkierza. Tam odjęła tobół z pleców i rozwiązała. Na widok ryby oczy Zelmanowej zaświeciły.
— Gdzie ty takiej dostała? Wiele masz? Kupię ile jest. Całego rubla ci dam. Przynieś więcej!
Rozpoczął się targ. Pokotynce pilno było, oddała za półtrzecia rubla, dwa śledzie, trzy bułki i kwartę mleka. Zasiadła do posiłku, otoczyły ją znajome baby, ciekawe gdzie była, czyje to dziecko, co myśli dalej robić ze sobą.
Ale Pokotynka jadła chciwie, snać bardzo głodna i zdrożona, oglądała się po ludziach, rozpytywała sama, do zwierzeń wcale nie skora.
Na natarczywe pytania odpowiadała ze śmiechem.
— Czyj chłopak? Mój! Dosyć mu. Mam dla niego w piersi mleko! Co mu więcej potrzeba!
Nie wspomniała Szczepańskiego, ale obecni się rozgadali i dowiedziała się, że z wiosną sąd na niego był, dużo świadków włóczyli — i Bielak jeździł — i on go obronił najlepiej, świadectwem że pijany wówczas był i tylko skazali go na pięć lat więzienia.
— Świat cały strzęśli, szukali ciebie, do sądu. Jeszcze cię teraz pociągną, zobaczysz.
— Bielak panuje? — spytała.
— Wyjechał w zeszłym tygodniu. Gadają, że z żoną się rozwodzi, a będzie Jasińską brać.
— A o Marku nic nie słychać? — zagadnęła.
— Jakże! W katorgi poszedł.
Dokończyła jeść Pokotynka, i poszła na targ. Wróciła już późną nocą — wprosiła się na nocleg do szynku. Zelmanowa przyjęła ją — na rachunek dalszych dostaw suszonej ryby — pozwoliła jej ułożyć się na ławie przy piecu, rozpytała o dalsze projekty. Pokotynka rzekła, że ino parę dni zabawi, i znowu za rzeki pójdzie — na służbę. Ale już nazajutrz dowiedział się o niej uradnik i wezwał ją do „stanowego“. Kobieta, nie okazując żadnej trwogi poszła.
Znalazła się znowu w tej wielkiej bielonej izbie, gdzie zeszłej jesieni stał Szczepański. Rozejrzała się po ścianach, twarz jej na chwilę skurczyła się bólem, oczy osłupiały, zmętniły od łez. Ale w tem wszedł stanowy, i krzyknął:
— Jesteś przecie, hultajko. Jak śmiałaś się wydalać bez dozwolenia. Do turmy pójdziesz za to! Ja cię nauczę!
— Co miałam robić, wasza wielmożność. Wypędzili mnie z leśniczówki — zabrali szmaty, chleb — bosą, głodną i nagą wygnali na zimę. Poszłam drogą przed siebie — do roboty nikt nie chciał, bo zima, żebrałam po wsiach. Het — pod Kijów zaszłam.
— Dziecko czyje?
— Moje.
— A ojciec kto? Jasiński, Szczepański, czy kto inny?
— Tylko moje własne.
— Chrzczone?
— Chrzczone. Jan!
— Gdzie chrzczone — metrykę masz? Toć ty sama bez paszportu.
— Dostałam paszport. Byłam w swoich stronach.
— Gdzież to? Bo jak łżesz, to cię zaraz jako włóczęgę, odeślę do powiatu, a stamtąd, jak nie powiesz, skąd rodem, — to na Sybir pójdziesz. Dość miałem o ciebie kłopotu. Gadaj zaraz, jak się zwiesz i skąd.
— W paszporcie stoi. Porzuciłam go u Zelenana. Zaraz przyniosę!
— No — to marsz — i dawaj papiery natychmiast.
Pokotynka wyszła. Nie było jej długo z powrotem, tymczasem, wpadło dwóch żydów i chłop ze sprawą o kradzież kożucha, potem wezwano stanowego na drugi koniec miasteczka, gdzie się dwóch sąsiadów pokaleczyło śmiertelnie, i dopiero pod wieczór przypomniał sobie urzędnik Pokotynkę. Wpadł we wściekłość, i posłał po nią dwóch stróżów policyjnych. Wrócili z wieścią, że kobieta poszła po swoje papiery, które miała gdzieś w lesie ukryte. Poszła i przepadła.
Dziecko było nie chrzczone — paszportu wcale nie posiadała, ani do turmy, ani na Sybir nie chciała iść — uciekła — zaszyła się w bory i słuch o niej zaginął. Ale nie wróciła do Wieszańca — szła w przeciwną stronę — do ludzi — w swoje okolice.
Siedem lat minęło jak stamtąd wyszła — na poniewierkę — teraz wrócić musiała dla dziecka.
Szła nocami — w słocie i mgle jesiennej, bardzo się kwapiąc, bo ledwie parę rubli miała na życie, a jeść musiała, by dziecku dać mleka.
W zanadrzu miała papiery Szczepańskiego.
Wstępowała po drodze, tylko do dworów, lub samotnych domostw, ludnych wsi się bała.
Po dworach dawano jej czasami jeść — na nocleg nie chciano przyjąć. Odpoczywała najchętniej pod mostami, a trzymała się szerokich gościńców — pytając o drogę do Owrucza, i opowiadając, że wraca z odpustu z Kijowa.
Postoły jej się zdarły, szła bosa, kożuch nigdy nie suchy, ledwie się trzymał na plecach, dziecko piszczało z zimna, ona szła z tępą zawziętością, nawet nie myśląc, jak ją przyjmie ojciec i czy go zastanie, czy jej od progu nie odpędzi. Myślała tylko, że dziecko w parafii musi być zapisane — metrykę mieć — a potem... Dalej nie myślała — i dlatego szła wytrwale — i doszła.
Pewnego dnia — poznała okolicę — poczęło jej się serce tłuc, aż przystanąć musiała. Wiatrak Józefów na wzgórku — sosny na cmentarzu — na rozdrożu krzyż — w prawo droga do dworu, w lewo do wsi — prosto do szlacheckich zaścianków. Stanęła na rozdrożu — spojrzała. Widać już stary — i dach ich dworku, nową strzechą poszyty. Usiadła, by spocząć i ochłonąć.
Dzieciak piszczał, poczęła go karmić, a oczu nie odrywała od tych strzech, i nagich sadów — a serce się tłukło, jak w wielkim umęczeniu.
Od zaścianków na drogę wóz się wynurzył, jechał ktoś do wiatraka. Czy pozna? Zbliżył się, zrównał się z nią — poznała — był to Kazik Sawiski, ich najbliższy sąsiad i powinowaty. Spojrzał na nią obojętnie, jak na żebraczkę, i skręcił do młyną.
Chciała mu „pochwalony“ rzec, ale ją coś dławiło w gardle, i nie wydobyła głosu.
Siedziała jeszcze długą chwilę — wreszcie zerwała się — otuliła dziecko, przygarnęła je do serca, pocałowała, i śmiało ruszyła naprzód.
— Do parafii trza zapisać! — powtarzała w duchu — spotkała po drodze starą Sobolską lekarkę — i Wiktę Józefów — żadna jej nie poznała — i ona ich nie zaczepiała. Otworzyła furtkę na ojcowe podwórze i weszła — i wnet ją opadły psy z wielkiem szczekaniem. Nowe psy były — tylko jeszcze poznała starego Zagraja — napół ślepego i siwego, ten pod ganeczkiem leżał i nie łajał.
Łyska drepcący wiernie za nią, począł się odgryzać i skomleć — powstał wielki hałas, — aż na próg wyjrzał z dworku stary Kałaur, wołając:
— Won — a harap, a do budy. I zaraz fuknął:
— Czego się włóczysz! Co ci potrzeba?
Milcząc stała u furtki. Zrozumiał po łachmanach, że żebraczka, że ją psy obdarły i przestraszyły, więc je odegnał i dodał:
— Idź do kuchni. Dadzą ci jeść! Żebrze to, a psy wodzi za sobą. Chodź-że — poprowadzę cię.
Podeszła bliżej, pochyliła mu się do kolan.
Usunął się, i nie patrząc na nią, poszedł przodem na boczny ganek — wprowadził ją do kuchni. Stara kobieta krajała kapustę nad wielką beczką. Poznała ją Pokotynka, była to ciotka Teofila — uboga krewna, co u nich w domu gospodarzyła od śmierci matki. Ta sama czerstwa, rumiana, ruchliwa i gadatliwa, tylko osiwiała więcej i jakby zmalała i twarz miała jak pieczone jabłko zmarszczoną.
— Uboga przyszła! Daj jej siostra jeść, i jaką spódnicę, bo psy ją starmosiły! — rzekł Kałaur i poszedł do mieszkania.
Ciotka Teofila przestała krajać kapustę.
— Skaranie Boskie z tymi psami. A to znowu jakiś cudzy! Won — wody, wody!
— To mój — ozwała się głucho Pokotynka.
— Twój! Jeszczem ja nie słyszała, żeby po żebrach z psem chodzić. Czyś ty ślepa!
— Ja też po żebrach nie chodzę. Do was przyszłam.
Staruszka przyjrzała się jej uważnie — podniosła rękę i nie mogąc dobyć głosu z podziwu przeżegnała się tylko — jak przed upiorem. Pokotynka. chwyciła ją za rękę i pocałowała.
— Poznaliście mnie, ciotko! — wyjąkała. — Matko cudowna! — odzyskała głos panna.
Teofila. — Skąd ty! Co z tobą! Co ojciec powie Dziecko masz! A mąż? Wygnał cię! Siedem lat!
— Nie mam męża!
— Magda! Jakże śmiesz ojcu się pokazać! Zabije cię! Gdzieś ty wstyd podziała! Jak tyś się ośmieliła tutaj wracać.
— Dziecko ochrzcić trzeba. Musi papiery mieć. Tylkom po to przyszła!
— Oszalałaś. Jakże go zapiszesz — co księdzu powiesz! Obraza Boska, wstyd, hańba. Ojciec jak cię pozna, to albo ciebie zabije, albo jego krew zabije. Coś ty narobiła, nieszczęsna! Do czegoś podobna. O Jezu, Jezu, Taki srom! Załamała ręce i patrzała ze zgrozą.
Pokotynka cofnęła się do drzwi.
— To bywajcie zdrowi. Pójdę do księdza! — rzekła głucho. — Chciałam ino na ojca spojrzeć. Daj mu Boże i wam długie lata w zdrowiu. Wiem, żem tej strzechy nie warta — ino dziecko zapiszę — i już więcej się nie pokażę. Zegnajcie ciotko.
Pocisnęła klamkę, ale panna Teofila porwała ją za ramię.
— Czekajże! Jakże tak można! Gdzie pójdziesz! Trzeba się zastanowić! Toć spocznij! Na ten ziąb i deszcz, mokraś, bosa — może i głodna, Jezu! Do czegoś się dopuściła! Co ja nieszczęsna pocznę z tobą! Trzeba ojcu rzec! Dajże mi ochłonąć! Głowę tracę a tu i poradzić się nie można! Siadajże. Stary tu nie przyjdzie i zaraz wyjeżdża do miasteczka na jarmark. Mamy cały dzień spokojny! Co będzie, to będzie! tak cię nie puszczę! Kazał nakarmić — mogę nakarmić, a jutro trzeba rzec prawdę. Nie darowałby, żeby od księdza się dowiedział! Onże ojciec!
Leciało jej wszystko z rąk i bezładnie tłoczyły się słowa. Pokotynka śmiertelnie znużona, usiadła pod ścianą u progu i milczała.
Panna Teofila zaryglowała drzwi od sieni przed najściem jakiej sąsiadki, powoli zbierała myśli.
Przeraziło ją milczenie kobiety, jej bladość i nieruchomość.
— Co tobie? Możeś chora! Mówże co!
— Nic mi, ciociu, tylko nadmiar zmęczona. Dziesięć dni idę — i tak mi do serca doszło — tutaj! Chciałabym spocząć! Co mam rzec! Widzicie i wiecie!
— Rozbierz się, zjedz — potem cię położę u siebie w bokówce! Zaśniesz! Żebyś, uchowaj Boże — nie zachorowała!
Kobieta wstała — spojrzała wokoło.
— Czego ty szukasz?
— Małego gdzieby położyć. Żeby trochę siana i koszyk, byle mu sucho i ciepło. Zziębło — teraz śpi.
Odkryła chustę i panna Teofila z niechęcią, ale z ciekawością zarazem spojrzała raz pierwszy na dziecko.
— I takeś go niosła — dziesięć dni — piechotą — w tę słotę?
— Albo człowiek czuje własną duszę — że ją nosi! Tyle on mi ciężył! — rzekła kobieta, ogarniając ręką tę czarną, maluchną głowinę.
— Chłopak? — spytała staruszka.
— Jasiek mój serdeczny! — skinęła głową Magda.
W starych oczach panny Teofili zakręciły się łzy.
Odwróciła się — otworzyła drzwi od swego pokoiku obok kuchni.
— Tu go połóż — na łóżku! — rzekła. — Co dziecko winne.
Zakrzątała się — dobyła z kuferka pachnącą lawendę, białą koszulę, wełniak i kaftan odświętny, potem po chwili wahania, tkackie dwa cienkie ręczniki.
— Pieluszki będą — weź — a ot, przebierz się, ogarnij.
— Co tam! — wyrwała rękę, którą kobieta całowała.
— Do chrztu cię nosiłam — i taki mi cię żal! Biednaś ty. Żeby już ojciec przebaczył. Ale na to nadziei niema! Jeszcze — by nie dziecko!
Spojrzała nań.
— Do nieboszczki twej matki podobne. Jak to śpi spokojnie! Ile mu?
— Czwarty miesiąc.
W domu ruch się zrobił i głos Kałaura się rozległ.
Podreptała panna Teofila, zamknęła drzwi od bokówki. Magda zrzuciła swe przemokłe szmaty — umyła się, uczesała, z uczuciem rozkoszy włożyła czystą bieliznę i odzież. Od roku nie znała tego zbytku. Zastała ją ciotka krającą kapustę.
— Pojechał. Spytałam go, czy można podróżną na noc zatrzymać — pozwolił. Dajże pokój — spocznij — zaraz ci jedzenie przygrzeję. Powiadaj o sobie. Dalekoś była? Jakże cię ta bieda spotkała? W służbie pewnie.
Magda milczała. W długiej samotności odwykła od mówienia i myśli jej tak innemi drogami chodziły, że obcowanie z ludźmi, ich pojęcia i sądy, stały się jej zupełnie niezrozumiałemi — wstrętnemi prawie. Wróciła tu nie po przebaczenie, nie czuła na sobie hańby, nie chciała pozostać, żyć na łasce ojca — w gromadzie.
Chciała dla dziecka legitymacyi — nic więcej — dla siebie samotności i ciszy pustkowia.
Nie rozumiała, dlaczego ten skarb jej i szczęście — dziecko — ciotka nazywała biedą — dlaczego ma przeklinać Szczepańskiego, czemu się wstydzić i sromać. Stała się wśród zwierząt — zwierzęciem — nie chciała, nie czuła potrzeby ludzkich obyczajów i praw. Chciała swe dziecko do puszczy odnieść — i tam je chować — sama — i dla siebie.
Za nic by nie wyjawiła przed ciotką swego życia więc pochylona nad robotą, odparła:
— Sługiwałam po ludziach. Bywało źle — bywało dobrze. — Moc do pracy mam i ochotę, biedę mogę przetrzymać.
Podała panna Teofila na stół bielony barszcz i tłusto kraszone kartofle, a gdy Magda jeść zaczęła, rzekła z nienacka:
— A wiesz — Hipek się dotąd nie ożenił.
Kobieta podniosła oczy.
— Co za Hipek! — Aa — ten! — dodała, przypomniawszy.
— Już się ustatkował. We dworze ekonomem.
— Ot — może jeszcze co z tego będzie. Byle ojciec przebaczył. Cóż — teraz — to cię odda za niego.
— A mogłaś, głupia, przebierać, i nie byle jakiego obywatela dostać! Aj — tak się samochcąc zmarnować!
Pokiwała głową staruszka, a Magda pomilczała chwilę i rzekła:
— Nie będzie mnie nikt brać, ani ojciec mnie zbywać. Ni ja po spadki tu przyszłam, ni po Hipka, Przebaczy ojciec — łaska jego — wygoni — wola jego. Jakem przyszłą, tak pójdę. Nie będę ślubować nikomu — nie będę żoną nikomu.
— Co? Może ten cię weźmie! No, pewnie — daj to Boże. Ale to rzadko się zdarza i taki mąż to ci oczy wypiecze sto razy — że cię przez litość brał! Zatraciłaś dolę — na zawsze.
Magda nic nie odpowiedziała. Niewiele co zjadła, nakarmiła psa i poczęła swe łachmany suszyć.
— Zmęczonaś niebogo. Trzeba ci się położyć i zasnąć, to jutro i dumka będzie lżejsza. Gryzie cię troska — no, może da Bóg, serce ojcowskie odtaje. Nie desperuj — ja się z nim zaraz rano rozmówię i wyrozumiem: onby może przebaczył, ale przed ludźmi jak oczy pokazać! Żebyż nie dziecko!
Magda się wstrząsnęła. Oczy jej zapałały.
I nagle rzuciły jej się łzy żalu i tęsknoty za chatą w Wieszańcu, przypomniała sobie ów ranek, gdy się zwlekła z posłania i bardzo słaba, tę drobinę dwudniową wyniosła na Boży świat. A świat był w całej letniej krasie — i wszystko, zda się, dziecko pieściło i witało.
Upieścił je ciepły powiew wonny, i powitał promień słoneczny i polizał Łyska, i zaskrzeczały wesoło sroki, i życzliwie osłoniły jego gniazdko — wysłane szuwarem — stare wierzby nad wodą. Nikt nie urągał, nie szydził, nie piętnował, tam, wrócić.
Żeby myśli posłuchała, zaraz by dziecko zabrała i poszła w ten dżdżysty zmierzch powrotną drogą, ale rozważyła, że idzie zima, że ten drobiazg cierpieć będzie w napół rozwalonej chacie i tłumiąc łzy, poczęła słać sobie nocleg na drewnianej kanapce w pokoju panny Teofili i, wymówiwszy się znużeniem, zaraz się położyła — dziecko tuląc do serca.
Bardzo rano wrócił Kałaur — w dobrym humorze, bo zboże sprzedał drożej, niż mu w domu dawano, a że się na wozie przedrzemał, więc do śniadania zasiadł i opowiadał staruszce nowiny z jarmarku.
Panna Teofila wbrew zwyczajom, o nic nie pytała, słuchała obojętnie i wzdychała.
Zauważył to wreszcie Kałaur.
— Co siostra jakaś nieswoja! złego? Zdechło co?
— Uchowaj Boże! Stać się — to się stało. Tylko niech się brat nie alteruje! Wróciła nasza Magda.
Stary jeść przestał. Poczerwieniał i zbladł.
— Co siostra gada? Jakto? Gdzież ona?
— W kuchni.
— Dlaczego ją siostra przyjęła! — wybuchnął, zrywając się. — Jak ona śmiała tu wstąpić!
Drżącemi rękoma odpinał swój pasek rzemienny.
Rzuciła się do niego.
— Niech brat się opamięta — posłucha. Jakże mogłam nie przyjąć. Do ojca wróciła — gdzież pójdzie. Miałam drzwi zamknąć, kiedy brat ją sam przyjął.
— Ja! — tu go coś tknęło — to ta żebraczka — wczoraj — z dzieckiem — to ona!
Odepchnął staruszkę.
— Ubiję! — wrzasnął, wpadając do kuchni.
Magda słyszała wszystko, stała jak skamieniała u pieca. Chwycił, co mu się trafiło pod ręką — był to żelazny pogrzebacz i tem zamachnął.
— Won, ty wyrodku!
Kobieta rażona w głowę — zwaliła się na ziemię ogłuszona — panna Teofila powstrzymała wzniesione powtórnie ramię — krzyknęła:
— Jezus, Maryo! Zabił! Ratunku!
Kałaur się opamiętał — przeze drzwi sieni zajrzał parobek. Panna Teofila lamentując przypadła nad kobietą, zlewała ją wodą.
— Nie żyje! O ja nieszczęśliwa! Nie ma już duchu! O Jezu, Maryo!
Stary przetarł czoło, trząsł się cały. Odwrócił oczy, wyszedł prędko, i drzwi za sobą zaryglował. W stancyi swej upadł ciężko na zydel, objął głowę rękami — czekał najścia policyi.
Słyszał w kuchni ruch, suwanie sprzętów — i powtarzał bezustannie w duchu.
— Zabiłem! Zabiłem! Ot i koniec.
Ile tak minęło czasu — nie wiedział. Wzdrygał się na płacz i kwilenie dziecka za ścianą, ale nie szedł, nie dowiadywał się. Po co? Będzie tu zaraz pełno ludzi!
Nareszcie zapukano do drzwi. Wstał i otworzył. Stała w progu panna Teofila.
— Nie żyje! — rzekł głucho.
— Jeszcze dysze. Trzeba po doktora posłać i po księdza! — odparła przez łzy.
Stłumione stęknięcie, prawie jęk wydał z siebie.
Sięgnął po czapkę, poszedł do stajni, założył sam klacz do wózka i wyjechał za wrota.
Doktor mieszkał w miasteczku o pięć wiorst. Kałaur przebył tę przestrzeń w kwadrans — przez drogę zebrał zmysły.
Lekarz dawno osiadły, znał go doskonale.
— A co tam, panie Kałaur, panna Teofila pewnie się przeziębiła — stróżując nad węgierkami w sadzie! Powitał go wesoło.
— Nie, panie doktorze. To ja sam, zdaje się na śmierć ubiłem córkę — odparł ponuro.
— Co pan mówisz! Jaką córkę?
— Miałem jedną. Siedm lat temu z domu uciekła. Przekląłem. Zakała mego życia! Myślałem, przepadła! Ludzie nawet już zapomnieli.— Wczoraj wraca — z dzieckiem! Zapamiętałem się — uderzyłem — trafiłem w głowę. Upadła — i ot — dochodzi — powiadają! Ja nie widziałem — ot nieszczęście.
Lekarz już się na wózek sadowił. Ruszyli. Kałaur klacz popędzał, biała była od szumu, zresztą się nie odzywał — twarz miał zastygłą — poruszał czasami, bez głosu — ustami.
— Mógł ją cios ogłuszyć. Młoda — może wytrzyma — pocieszał go lekarz.
— Młoda. Dwadzieścia cztery lat skończyła na Wniebowzięcie! — zamruczał stary.
— Więcej pan nie miał dzieci?
— Tylko ta jedna! I taka się udała. Zanadtośmy kochali, dogadzali, pieścili — z nieboszczką.
— Przystojna była, gładka, urodziwa, że nikt jej nie minął, żeby się nie obejrzał. Pycha nasza była — zazdrościli ludzie. Ot — co się stało. Bóg łaskaw, że matka tego nie dożyła! Na moją głową spadło — a teraz...
Wstrząsnął się — patrzał ponuro na drogę.
Zwrócili między osądy szlacheckie. Ludzie już wiedzieli, bo spoglądano za nimi i szeptano.
Na ganku spotkała ich panna Teofila.
— No i co? — spytał Kałaur.
Nie słuchał odpowiedzi, nie rozumiał. Rzucił lejce parobkowi i wszedł za lekarzem.
W pokoju panny Teofili, na łóżku, leżała Magda nieruchoma — nad nią stała stara Sobolska z gromnicą — kilka jeszcze kobiet patrzało ciekawie i frasobliwie — rozstąpiły się przed doktorem. Ten przechodząc, bez ceremonii gromnicę zdmuchnął i rzekł ostro:
— Proszę się usunąć — wszyscy obcy!
I pochylił się nad leżącą.
Kobiety wyniosły się prędko. Kałaur stanął pod ścianą — bez tchu patrzał w twarz doktora.
— Lodu! — Ten krótko rozkazał.
Stary wyszedł do kuchni — zawołał parobka.
— Duchem do dworu. Masz rubla! Lodu kubeł przynieś. Żywo!
Gdy wrócił, doktor odchodził od łóżka.
— Zabiłem? — spytał go ponuro.
— Jeszcze żyje. Nie trzeba tracić nadzieji! Ale uderzenie ciężkie — mózg wstrząśnięty. — Skrzywił się.
— Papieru i pióra proszę — i natychmiast do apteki niech pan pośle.
Przyniesiono mu żądane przedmioty — napisał.
Potem rozejrzał się po izbie i spostrzegł dziecko. Leżało cichutko przy piecu, obudzone — cierpliwe — jakby czuło, że mu tutaj odzywać się nie wolno. Obejrzał je doktor.
— Tęgi chłopak! — rzekł do panny Teofili.
Pokiwała głową.
— Było mu lepiej nie rodzić się. Ona nie wytrzyma. Prawda — panie doktorze?
— Kto może wiedzieć! Organizm ma wyczerpany, ale młode siły — cuda czynią. Jeśli przenocuje, to będzie nadzieja. Gdzież ten lód!
Niósł go sam Kałaur. W tej chwili dziecko zapiszczało, zakwiliło żałośnie — i jednocześnie jęknęła Magda. I jęczała już ciągle, a jęk ten szedł w duszę Kałaura i rozdzierał mu serce. Obłożono głowę chorej lodem — ucichła — poczęła dyszeć i drgać. Dzieciak płakał.
— Wynieście go stąd! — rzekł doktor. — Matka słyszy, i to ją nęka. Głodny jest. Dajcie mu mleka grzanego — byle nie tłuste!
Panna Teofila była przy chorej zajęta.
Kałaur się zawahał — wreszcie wziął dziecko z poduszką i wyniósł. W kuchni, zawsze gotowa do usług, czatowała Sobolska i już grzała mleko.
— Zaraz ja robaczka nakarmię! Ofiarowała się. — A może państwu przy chorej zawadza — to go do siebie odniosę. Sama mieszkam!
— Dziękuję — mruknął Kalaur — tutaj będzie.
Zaniósł dziecko do swego pokoju i wróciwszy, rzekł do panny Teofili:
— Niech siostra nakarmi małego. Ja tu zostanę.


∗             ∗

Gdy Magda otworzyła oczy przytomne, ujrzała naprzeciw siebie pod ścianą siedzącego ojca.
Drzemał, wyczerpany długiem czuwaniem. Ona poszukała oczami dziecka i poruszyła się niespokojnie.
Stary się ocknął, wstał, zbliżył się do niej.
— No, jakże ci? — spytał z cicha.
— Gdzie Janek?
— Zdrów, śpi. Może co zjesz?
— Jaśka mi mego dajcie!
Kałaur sam przyniósł dziecko, weszła też panna Teofila, uradowana, poczęła gawędzić.
— Widzisz, zdrów i cały. Już tydzień mlekiem karmię i służy mu.
— Już tydzień. Nic nie pamiętam. Zaraz się zwlekę.
— Poleź jeszcze. Tóć w domu jesteś — nikt cię nie wygania. Zostaniesz, wola Boska! — mruknął Kałaur. — Ludzie już wiedzą, stało się! Potem pogadamy!
Dopiero trzeciego dnia potem wstała Magda, zrazu tak słaba, że tylko ścian się trzymając przechodziła na zydel pod piecem i głosu ledwie wydobyć mogła z gardła, potem słabość codzień ustępowała i wreszcie został na skroni szram czerwony, a na twarzy bladość. Ale już pracowała. Wyręczała pannę Teofilę, warzyła strawę, czesała len, obierała śliwy w sadzie, piekła chleb, wieczorem przędła. Dawni znajomi już wszyscy ją odwiedzili i obejrzeli i znaleźli, że Magda do niepoznaki zmieniona. Milcząca się stała, dzika, nigdy nie wesoła. Nie wychodziła nigdy poza furtę ojcowskiego podwórza, nie przestąpiła progu sąsiadów, nie dała się namówić w odwiedziny na wieczór, ani na niedzielę.
A była to jesień — pora wczasów, zabawy, swatów i miłostek. Roboty rolne pokończone, zbiory były pomyślne, wieczory długie. Od dworku do dworku wydeptano ścieżki przez ogołocone z owoców sady i zbierano się na gawędy, na przędzenie, na śpiewy, na muzykę. Panna Teofila skoro zmierzch, wynajdywała pilny interes do sąsiadki, przebierała się i z kołowrotkiem pod pachą ulatniała się z domu. Stary Kałaur zwykle dawniej szedł na gawędkę do Syrwida lub Józefa Rojskiego — tej jesieni wynalazł sobie robotę stolarską — robił ramowe ule do swej pasieki i miał wymówkę przed sąsiadami, że bywać przestał. Naprawdę, z powodu Magdy nie chciał ludziom się pokazywać.
W kuchni sama spędzała wieczory Magda.
Gdy uwarzyła kolacyę dla parobka i pastucha i wyprawiła ich spać do stajni — zasiadała do przędzenia. Świerszcze w szczelinach zgrzytały monotonnie, psy czasem zaszczekały, w głębi domu stukał Kałaur przy robocie, ona wyciągała cienkie jak pajęczyna nici, tylko już nie śpiewała, jak ongi w leśniczówce.
Gdy stary zegar wagowy wyjęczał ósmą godzinę wstawała i podawała ojcu wieczerzę.
Nakrywała stół, stawiała na nim salaterkę i talerz, kładła chleb i łyżkę i słowa nie rzekłszy, wysuwała się do kuchni.
Stary też do niej się nie odzywał, czekając, by pierwsza zaczęła, upokorzyła się. W niej był ból i żal, i uraza — i tak oboje zawzięcie milczeli.
Pewnego rana Magda okrzątnęła się z robotami o szarym jeszcze świcie, a gdy panna Teofila wstała, rzekła:
— Nie będzie mnie dziś, ciociu, do samego wieczora.
— A gdzież ty się wybierasz?
— Do kościoła pójdę z małym. Ino nie wiem, czy ksiądz ochrzci za trzy złote. Tyle mam!
— Jakże, tak pójdziesz, piechotą! Toć trzy mile. A gdzież kumy? Gadałaś z ojcem? Może z tobą pojedzie.
— Nie gadałam i nie będę. Jemu to wstyd i despekt, a mnie trzeba odbyć. Pójdę! A kumy! Prędzej ktoś obcy się zlituje — uproszę!
I poszła. Odmówiła nawet, gdy jej panna Teofila chciała dać parę rubli i ofiarowywała się sama z ojcem rozmówić. Uparła się, zacięła i poszła. Nie spotykając jej nigdzie na podwórzu, spytał Kałaur.
— Magda zasłabła, czy znowu uciekła?
— Poniosła dziecko do chrztu.
— Po co ją siostra puściła, było do mnie odesłać.
— Gadałam — nie chciała.
— Szelma, na hambit jeszcze choruje, fanaberye stroi. Niech próbuje, niech się zlata na darmo! Przyjmie ją proboszcz, jak się należy.
W nocy już wróciła Magda. Była śmiertelnie blada i dziko paliły jej się oczy, a usta były zacięte i surowe.
— No, jakże ci się udało? — spytała ciotka.
— Wiadomo, jak! — warknęła ze wściekłością w głosie. — Wypędzili mnie jak parszywą. Ksiądz kazał dwóch świadków przyprowadzić, świadectwo z policyi i dziesięć rubli. Za ślub kary — powiada — i za wywód kary i za dziecko nieślubne kary. Zbeształ mnie, od spowiedzi odpędził, ludziom na pośmiewisko podał. Takci wróciłam.
— A czegoś się lepszego spodziewała. Miał cię pochwalić, podziękować — za przykład podać. Któż cię poszanuje, kiedyś sama się nie poszanowała, na grzech i srom poszła. Jakby za to kary nie było od Boga i ludzi, to wnetby świat cały piekłem się stał.
— A komużem ja krzywdę uczyniła, albo to dziecko? Ano — niech będzie nie chrzczone, a ja przeklęta. Dziesięciu rubli nie mam i świadków wodzić nie będę.
— Od złegoś ducha opętana, czy co? Idź, proś ojca, ukorz się, poproś o ratunek. Slusznieś wstyd i karę miała. Możeś ty i u spowiedzi w tym roku jeszcze nie była?
Magda nic nie odpowiedziała i od tego dnia stała się bardziej ponura, ale do ojca nie poszła, a gderań, morałów i nauk ciotki zdawała się nie słyszeć. Opętana była oczywiście.
I przyszło do tego, że wieść o niej i dziecku dostała się do policyi i pewnego dnia uradnik zajechał do Kałaura i napadł nań, że przechowuje dziecko — chłopca, nigdzie nie zapisanego.
Stary zaraz po jego odjeździe, wszedł do kuchni i rozdrażniony krzyknął:
— Zabieraj swego bękarta do chrztu. Na to mi zeszło, że muszę swój wstyd obwozić, ludziom na pośmiewisko i imię swoje honorowe dawać ulicznemu śmieciu! Ubieraj się zaraz, jedziemy.
Magda bez słowa otuliła dziecko i stanęła na ganku, czekając aż konie założą. Kałaur sam powoził, usiadła pokornie na brzeżku wózka i ruszyli. Stary sapał ze złości i coś do siebie mruczał — tak zajechali na plebanię. Kazał jej czekać w sieni, sam poszedł do proboszcza.
Zawołano ją po długiem oczekiwaniu. Księdza snać Kałaur ułagodził, bo spytał jej tylko:
— A ojciec dziecka żyje? Możeby można wpłynąć na niego, by się z tobą ożenił. Obrazy Boskiej by nie było. Chcesz, napiszę za ciebie list do niego.
— Nie wiem gdzie on jest i czy żyje — i dokuczać mu nie będę! — odparła spokojnie.
— Następnej niedzieli przyjdziesz do wywodu i do spowiedzi. Dla twego ojca to czynię, że cię srożej nie ukarzę. Zycie swe całe powinnaś poświęcić pokucie.
Obejrzał się na Kałaura.
— Któż będzie kumem?
— Ja, proszę! — ozwał się wesoło stary mieszczanin, który wszedł przed chwilą i witał się z Kałaurem. I dodał żartobliwie: — Ot, niech pan się tyle nie trapi. Ja mam czterech zięciów — same łajdaki. A pan z chłopaka doczeka się wyręki i pociechy — wspomni pan moje słowo.
— Milczałbyś i nie gadał takich głupst i herezyi — oburknął go proboszcz.
Ale stary niepoprawny, wziął chłopaka na ręce i dodał:
— Będą mi się konie wiodły za to kumostwo!
— Jan się nazywa! — rzekła Magda.
Ksiądz pośpiesznie ceremonię odbył. Dzieciak leżał spokojnie, ciekawie patrzał, ani się skrzywił, wreszcie począł się uśmiechać i sięgać rączkami do wąsów starego. Ten ubawiony ucałował go i oddał matce.
— Niech się zdrowo chowa. Ładna bestya, jako zwykle takie bywają — samosiejki. Może wstąpicie do mojej chaty, panie Kałaur. Jakby to nie. było, warto przy takiej okazyi gardło popłukać.
— Dziękuję, panie Kozłowski, za waszą usługę chrześcijańską, ale z takiej okazyi nie ochota się weselić, Innego dnia wstąpię!
Kozłowski za chrzest zapłacił i pogadawszy chwilę, wyszedł. Magda tymczasem zbliżyła się do zakrystyana i szeptała z nim.
Wziął trzy złote, cały jej majątek, obiecał metrykę spisać — i w niedzielę jej doręczyć, tedy uspokojona cofnęła się do sieni.
Wracali do domu, jak przedtem, milczący.
Cały dzień nic nie jadła. W karczmie za miasteczkiem stary wysiadł, by popasać, a znajomych nie spotkać.
— Chodź, głodnaś! Jest kobiałka w wozie. Daj ją do izby. Zjemy kęs.
Wypił kieliszek wódki. Był rad, że to się odbyło. Przegryzł kiełbasą z chlebem, wypił drugi, zapalił fajkę i rzekł:
— Och, żebym ja tego łajdaka, co mi dziecko jedyne pohańbił, dostał w ręce, żebym ja go dostał. Ostatnia by jego była godzina. Nie chodził by on po świecie, gałgan! Ubiłbym kanalię! Feliks Kałaur bękarty hoduje, wozi, chrzci. Do tegoś mnie ty doprowadziła!
Splunął. Ona nie mogła już przełknąć chleba, dławił ją. Odłożyła skibkę do kobiałki i siedziała nieruchoma. Boże. Boże, daj wiosny doczekać — myślała z rozpaczą.
Tymczasem pracowała w ojcowskim domu jak sługa. Panna Teofila przestała wyrzekać na ciężar lat i roboty, wywczasowywała się z rana, a w dzień gderała tylko lub prowadziła długie rozhowory z kumoszkami, wszystkie ciężkie roboty gospodarskie spełniała Magda.
Zaścianki przegadały jej powrót, wreszcie oswoiły się z jej obecnością, temat się wyczerpał.
Patrzano na jej pracowitość i powagę, na jej zachowanie bez zarzutu, lękano się obrazić bogatego Kałaura, poczęto się liczyć z nią jako z dziedziczką folwarku i nawet pochlebiać i przechwalać, zaczepiać troskliwie o dziecko, pieścić je i całować.
Doszła wieść i do Bud Mazurskich — i zaraz matka przybiegła do Hipka.
— Dostaniesz teraz Magdę i folwarek! — cieszyła się.
— Juźci, że dostanę. Będą mnie prosić.
— Głupiś, nie czekaj. Połakomi się kto i weźmie.
— Ot! Wróciła ona dla mnie i wygląda! Będzie czas. Co mam pokazywać wielką ochotę. Jeszcze sami przyślą!
W tej pewności czekał do Adwentu, ale się nikt nie zgłaszał, więc wstąpił raz sam do dworku, niby za interesem dworskim.
Stary go przyjął na podwórzu pod oborą i wcale do domu nie prosił. Gdy mówili ze sobą, z obory wyszła Magda z wiadrem mleka — ani spojrzała, ani pozdrowiła, minęła, jakby nie istniał. Bardzo obrażony odjechał i przed ludźmi na nią wygadywał szpetnie. Zbeształa go za to matka, kazała po formie swaty słać, prosić na swata Józefa Rojskiego.
— Co ty sobie lekceważysz taką fortunę. Sto dziesięcin, trzydzieścioro bydła, a dostatki wszelakie.Ani chybi ktoś cię uprzedził!
Pojechał Hipek trochę zaniepokojony do Rojskiego, ale ledwie rzecz zagaił, stary mu przerwał.
— Wybaczcie, swatem wam nie będą, mój Kazik spodobał sobie Magdusię i oto właśnie Syrwid za nim do Kałaura pojechał.
— Szkoda waszej fatygi — zaśmiał się Hipek. — Ja ją wcześniej zatargowałem i lepsze prawo mam.
— Wolna droga! — oburzył się szlachcic. — Ale mnie się widzi, że Kałaur nie słodko was wspomina! A no — próbujcie.
Gdy Syrwid, po długich wstępach i ogródkach* interes swój wypowiedział, Kałaur zdumiał.
— Magdę Kazik chce brać?
— Upodobanie ma do niej. A chyba mu hańby nie dacie. Chłopak pracowity i stateczny, familii porządnej, fortuny nie bylejakiej.
— Toć ja mu nic nie zarzucam — ale właśnie nie pasuje mu Magda, i nie myślałem jej komu dać.
— To się pan mylisz. Urodziwa jest córka pańska i pracowita i radna — a, że pobłądziła w młodości, to tembardziej będzie mężowi posłuszna i pokorna, i wdzięczna, że jej winę darowuje, i powagą swą mężowską okryje.
— Dziękuję wam za dobre słowo i polityczność, i za honor sobie mam waszą propozycyę. Jednakże z nią się rozmówić muszę, i przeto odpowiedź do jutra odkładam.
Odszedł Syrwid, pewny pomyślnego rezultatu, a Kałaur dumał chwilę — i wreszcie zawołał Magdę. Stanęła u progu. Popatrzał na nią. Zmizerowanie jej już ustąpiło. Urodziwa była — prawda — smagła twarz dostawała znowu rumieńca, przepaściste oczy świeciły młodością, kruczy warkocz, jak u mężatki oplatał głowę. Smukła była, gibka, zgrabna.
— Chodźno tu bliżej! Czego się boisz. Nie zjem cię. Masz ty jakieś niesłychane szczęście! Wiesz ty — Kazik Józefów chce cię za żonę brać. Spodziewałaś się ty — takiego losu — po tem wszystkiem. — No — co milczysz.
— Ja ta niechcę innego losu — jak mój — na poniewierkę do obcych nie pójdę. Służyć wam będę, albo sobie samej — nikomu więcej.
— Co ty pleciesz! Nie chcesz iść. Zwaryowałaś.
— Nie chcę — i nie pójdę. Ani mi ten Kazik miły, ani własny. Ślubować mu nie będę — ani pracować w jego domu, bobym łgała ślubując, a przeklinała, pracując. Wy nazywacie Jaśka bękartem, a mnie szelmą — to wy ojciec macie prawo — ale żebym ja, ze swej woli dała takie prawo obcemu człowiekowi, i dla pustej sławy dziecko rzuciła na poniewierkę, a siebie na niewolę — za nic! Coby mi rzekł chłopak — jak dorośnie i zrozumie, a coby mi rzekł jego ojciec!
Zająkała się, i umilkła na to wspomnienie.
Rzuciły się jej łzy do oczu, odwróciła się i wyszła.
A Kałaur się zadumał — wreszcie zamruczał.
— Słuszność ma. Niech siedzi w domu. Nie dam jej nikomu. Hambitna — i rozum ma!
Zaścianki nie mogły wyjść z podziwu, gdy wieść się rozeszła, że Magda odmówiła Kazikowi.
Panna Teofila była oburzona, pokłóciła się z Kałaurem — przestała gadać z Magdą.
W domu zapanował chłód — z Rojskimi zerwano stosunki, zawrzało znowu — plotki, obmowy, złośliwe docinki, cała złość ludzka, zawiedziona w rachubach, na fortunę jedynaczki.
Kałaur od tego dnia począł mówić do córki.
Dawał jej rozkazy, pytał o robotę, wołał, gdy potrzebował usługi, ani razu nie wypomniał dziecka. Ona zdradzona i nieufna, trzymała się z daleka — jak sługa.
Pewnego wieczora siedziała jak zwykle sama w kuchni, a że niedziela była, nie przędła, — ale rozłożyła na stole modlitewnik ciotki, i przypominała sobie litery — mozolnie po liniach palec wodząc i sylabizując. Zdało się jej, że ktoś do okna pukał, ale pomyślała, że to sowy się tłuką, i nawet głowy nie podniosła.
Aż drzwi skrzypnęły. Obejrzała się. Na progu stał Hipek. Żachnęła się, ale trwało to sekundę, i ozwała się:
— A czego chcecie. Przez ganek droga gościom.
— Magduś! — nie poznajesz mnie! — szepnął, uśmiechając się.
— Czemu nie. Hipolit Łabędzki jesteście! Czego chcecie?
— Do ciebiem, Magduś, się wykradł. Powitać bez świadków, pozdrowić, przypomnieć! Czekałem ciebie i doczekałem się. Pamiętasz nasze kochanie!
Kobieta wstała — stanęła w drzwiach bokówki, założyła ręce na piersiach.
— Pamiętam wasze sołdackie obcasy na plecach i pięści na głowie!
— Oj Magduś, a buziaków już nie pamiętasz? — zbliżył się uśmiechnięty. — Jeszcześ wypiękniała’ Jagododo!
— Won! — przez zaciśnięte zęby syknęła kobieta.
— Takaś rozgniewana i pamiętna głupstwa. Już mi wybacz. Pijany byłem, głupi! W kochaniu różnie bywa. Powiadają: kochaj jak duszę, a trzęś jak gruszę. No, daj rękę, Magduś — na zapomnienie. Widzisz — wiernym ci pozostał. Myślałem, że wrócisz do mnie. Ja ci gorsze wybaczę i żenić się gotów — pomimo dziecka!
— Won! — powtórzyła kobieta.
— Takto moje dobre słowo przyjmujesz! A jaż mam prawo do ciebie, i sumienny obowiązek. Mojaś była — i moja będziesz — dalibóg — nie bój się — gotowem jutro na zapowiedzi dać. Dziecko przyjmę, żebyś wiedziała jakem ci dobry! Przywitajże swego Hipka, Magduś!
Zbliżył się tuż do niej — tedy się uchyliła i plunęła mu w twarz.
— Ty, gadzino! — krzyknął i porwał ją brutalnie za ramię. — Ja ci pokażę, kto twój pan.
Chciał ją obezwładnić, wyrwała prawą rękę — i uderzyła go pięścią w twarz — tedy wściekły począł się z nią szamotać, dławić, do ziemi cisnąć. Wywrócili ławkę i ceber, zmagali się w milczeniu, dysząc — ani przypuszczał by miała tyle siły, czuł, że nie da łatwo rady. Wtem krzyknął przeraźliwie, puścił kobietę, chwycił się za kark ze zgrozą. Zęby Łyski wpiły się weń — pies skoczył jak tygrys, milczkiem na obronę swej karmicielki, gryzł go i szarpał.
A jednocześnie otworzyły się drzwi, i ukazał się Kałaur, za nim dwa jeszcze psy, i z wściekłem ujadaniem rzuciły się w pomoc koledze.
Hipek upadł, bronił się nogami, pięściami, wreszcie począł przeraźliwie wołać ratunku.
Kałaur porwał za kij, wołał wody, rozpędzał psy; Magda ani się poruszyła ku obronie. Założyła ręce na piersi, dysząc zmęczeniem, i patrzała z dziką zawziętością w oczach, jak ten jej kat tarzał się po brudnej podłodze kuchni, w rozlanych pomyjach, jak mu psy darły odzież, kaleczyły ciało. Zdało się jej — że przed chwilą było — jak na rynku w Oranach — on pijany i rozbestwiony — ją w błoto deptał, kutymi sołdackimi obcasami, piersi jej pruł — pięściami miażdżył, za włosy suwał po śmieciu i nawozie! Jeszcze ta kuchnia za czysta — jeszcze te psy za łaskawe!
Kałaur jednego psa za kark uchwycił, drugiemu kijem nogę przetrącił, Hipek się zerwał — rzucił się do drzwi — za nim puścił się Łyska.
— Trzymaj psa — drzwi zamknij! — wołał stary.
Hipek wypadł na podwórze, przesadził płot — posłyszał głos Magdy:
— Łyska — hycel, hycel! Bierz go! — i zajadłe ujadanie tuż za sobą. Dopadł klaczy, jeszcze poczuł na udzie zęby psa — wskoczył na siodło i jak nieprzytomny zmykał.
Kałaur tymczasem napadł na Magdę.
— Toćby go zajadły — nie wiele brakło — a ty stoisz i patrzysz jak na teatr i szczujesz jeszcze. Czyś zwaryowała... Skąd on się tu wziął? Czego chciał? Hołubisz go znowu?
— Widzieliście, jakem hołubiła — odparła, biorąc się do sprzątania. — Przyszedł na rachunek — dałam mu. Gadał, że prawo do mnie ma — pokazałam mu. Porachowaliśmy się — skończyli!
Stary stał jeszcze chwilę, spojrzał na książkę, którą czytała i rzekł:
— Ciotki niema?
— Wieczorami nigdy nie bywa.
— To co tu sama siedzisz i naftę palisz. Chodź do izby. Nie sługaś, byś się po kuchniach walała i draby cię napadały. Chodź, zgaś światło.
Udawał przed samym sobą, że czyni ustępstwo kwoli oszczędności. Magda nic nie odrzekła, poszła za nim do stancyi, usiadła na boku, czytała dalej mozolnie sylabizując.
Stary zapalił fajkę, u komina siedział i sumował.
— Jutro do Jenty trza wełnę zawieźć i zczesać — ozwał się. Weźmiesz ze sobą Sobolską do pomocy.
— Dobrze.
Znowu upłynęło długie milczenie. Stary się po izbie przeszedł, poprawił na kominie, wreszcie zagadnął:
— Dziecko śpi?
— Pewnie śpi.
— Nie słychać go nigdy.
— Rozumie, że musi być cicho. Jak nie śpi, to go Łyska zabawia, a tak psa zna, jak niańkę.
— Dobry pies. Gdzieś go dostała?
— Mój pan mi go podarował.
— Ten — ojciec małego?
— Tak.
— A on gdzie się podział?
— Za morze go mus powlókł, służba i bieda.
— A ciebie sponiewierał i rzucił!
— Biedniejszy on odemnie! Ani poniewierał, ani rzucił. Nie płakałam ja przez niego, ale po nim. Da Bóg wróci — może sobie służyć pozwoli.
— Kto on taki. Jak się zwał?
— Dla mnie mój pan był i panem go zwałam.
— Jednaka waryacya w tobie zawsze siedzi! — mruknął niechętnie stary.
W parę dni potem przechodząc przez kuchnię, nie zastał Magdy — wyszła na chwilę do spiżarni, zawołana przez ciotkę, zostawiła dziecko na łasce Łyska — siedział przy niem i lizał po twarzy, a chłopak, rozbudzony, kudłaty łeb psa głaskał rączkami. Spojrzał stary i zatrzymał się, a wtem weszła Magdą z misą kapusty w ręku.
— Spadnie z ławki dziecko i rozbije głowę.
— Toć Łyska jest przy niem! — odparła spokojnie. — Nie da mu upaść, ani komu tknąć.
Wmięszała się panna Teofila.
— To jest osobliwość! Nie do uwierzenia. Ten pies ludzki ma rozum, a do dziecka przywiązany, że wprost komedya. Jak ona mu rzeknie: Łyska — masz Jaśka! to już krokiem nie ruszy, a niechby kto spróbował małego dotknąć...
— Ot, gadanie! — rzekł Kałaur i sięgnął do ławy. Pies spojrzał na niego i zawarczał, a gdy to nie pomogło, i stary dotknął dziecka, rzucił mu się do piersi ze wściekłem ujadaniem.
— A widzi brat! Toć mnie lepiej zna, a także nie da dostąpić. A żeby trzy dni nie jadł, to nie weźmie strawy od nikogo, tylko od niej. Nie widziałam w życiu takiego psa. Hipek zaprzysiągł, że go zastrzeli, albo struje. Szkoda będzie sobaki.
— Hipek! — huknął Kałaur. — A jakież on prawo ma do moich psów! To nie mazurskie, ani dworskie pokurcze. Komu on to gadał, to niech mu odpowie że Kałaur psów nie truje, ani strzela, ale hyclom skóry garbuje. Patrzajno, świniopasa, wywłoką!
Istotnie Hipek odgrażał się strasznie i wygadywał na Magdę bezecne rzeczy. Krążyło to po zaściankach, dochodziło przez pannę Teofilę do niej samej. Nie broniła się, ale i nie desperowała, tylko jeszcze bardziej stała się dziką i jak wilk patrzała na ludzi. Przestała wcale wychodzić poza furtę folwarku, ledwie odpowiadała sąsiadkom odwiedzającym pannę Teofilę. Kałaur już się zupełnie z nią pogodził, podziwiał jej pracowitość i rządność i nawet w głębi serca czuł już nie wstręt, lecz litość dla dziecka.
— Co ono winne! — powtarzał, a gdy przed Bożem Narodzeniem kupował do domu zapasy i gościńce, znalazł się w tych darach barchan jaskrawy na sukienkę.
Do Wigilii siedli już we troje, przy opłatku pocałował córkę w głowę.
— Odpuścił już brat rankor z serca, dzięki Bogu — rzekła panna Teofila.
— Co mam robić! — mruknął.
Magda pracowała, gospodarzyła, nie mówiła nic, tylko czasem gdy była sama z psem, jemu się zwierzała.
— Z żórawiami pociągniem, Łyska, we troje. Juści trafimy do swej chaty — prawda? Byle wiosna! I żyła tylko tą myślą.
Pewnego dnia w styczniu Kałaur szukając czegoś w świronku, znalazł na spodzie beczki jakiś tłomoczek porządnie zwinięty. Wydobył go i rozwinął. Poznał łachmany, w których przyszła Magda — połatane i uprane, a w nich okręconą w szmatę ceratową torbeczkę. Zaciekawiony otworzył ją — była pełna papierów, listów, dokumentów i gazet. Pierwsza co mu wpadła w ręce, była w czerwony papier oprawna książeczka, na której wyczytał „Dominium Orany — książka służbowa leśniczego Wiktora Szczepańskiego“, niżej data z przed sześciu lat. Pomyślał chwilę stary, potem szmaty napowrót zgarnął i do beczki włożył, a papiery wsunął za kożuch — świronek zamknął i wrócił do domu.
Wbrew zwyczajom domowym, przez parę nocy, długo świeciła lampa w stancyi Kałaura, a pewnego wieczora, gdy był sam z Magdą, rzekł stary:
— Toś ty służyła u Szczepańskiego Wiktora, leśniczego w Oranach.
Skamieniała, pobladła, ledwie wyjąkała:
— Kto wam mówił?
— Wiem! To on ojciec małego?
Milczała już, przerażona, bez tchu.
— Słuchaj. Prawdę mi powiedz! Okradłaś go i uciekłaś.
— Jego — okraść? ja? Toćbym z ołtarza prędzej wzięła. — Zełgał ów, co wam mówił.
— No, to jakimże sposobem są u ciebie jego papiery?
Porwała się z miejsca.
— A wyście je wzięli z mojej skrytki. Jakeście śmieli ruszyć — możeście i czytali! o Jezu!
— Ty mi tu do oczu nie skacz, ale odpowiadaj! Dlaczego są u ciebie!
— Bo mi je schować kazał, kiedy go te katy wzięli.
— Jakie katy! Gadałaś, że po służbie odjechał. Łżesz.
Kobieta się stropiła.
— Oddajcie mi te papiery. Ni moja sprawa, ni wasza. Grzech jest cudze rzeczy tykać! A o nim nic nie rzeknę więcej. Niema go i koniec.
— Wartoby cię paskiem zmierzyć za zuchwalstwo, ale wiemci, że rozumu, ni pokory nie będziesz już miała. Papiery wziąłem i przeczytałem, bo musiałem się dowiedzieć gdzieś to broiła i z kim. jeśli ty rozumu nie masz, to ja mam — i ja o dziecku myślę. Wiesz, co w papierach jest?
— Anim ich kiedy tknęła. Zabronił. Powiedział psa mi dopilnuj i papierów. Dawali mi za nie trzysta rubli, ścigali mnie za nie jak zwierzę — dopilnowałam! Alem nawet torby nie otwierała.
— A on gdzie się podział! Okradł pana na współkę z Bielakiem, kochankiem jego matki — i uciekł.
Magda słuchała. W głowie czynił się jej chaos.
— Jakiej matki? Czyj kochanek! O Jezu! Co wy powiadacie! On kradł! To Bielak kradł, a żonę mu podsyłał — dla niej on milczał. A potem Jasiński gałgaństwa Bielaka odkrył — to wtedy jego spoili — i podstawili jakoby on Jasińskiego zabił — i przepadł nieszczęsny.
— Gadasz jak w malignie! Powiedz mi po porządku wszystko. Nie kat ja ci, ani wróg. Zawierz mi szczerze, wyznaj. Tociem ojciec. Sromu twego i hańby nie rozniosę, a może co — wyrozumiem!
Zawahała się, milczała, pasując się.
— Nie dacie mu złego słowa? — spytała nieufnie.
— Głupiaś. Kiedy on ci święty — to co mam gadać! Hipka psami szczujesz, a tego co cię pohańbił stokroć gorzej — ochraniasz! Owcza, babska głowa! No, gadaj. Długoś z nim była?
— Rok. W lesie mnie znalazł konającą. Do domu swego przyniósł — śmierci odebrał z pazurów. Jegom jest — mógł czynić co chciał!
— A tu tak było. We dworze rządził Bielak...
— Ile mu lat mogło być?
— Bielakowi? Ze czterdzieści.
— Żonę miał młodą, piękną?
— Młodą, przystojną.
— Bielak bogaty był?
— Co nie miał być — taki złodziej. Ludzie gadali, że z książęcego dobra sto tysięcy zebrał. Aż tu najechał Jasiński z siostrą — taki kontroler od księcia. Stało się ciasno Bielakowi — zaczął chwytać się różnych sposobów Jasińskiemu podstawiał różne kochanki, sam — tę jego siostrę bałamucił — aż wreszcie żona go rzuciła i musiała przed Jasińskim odkryć jego gałgaństwa. Tedy Bielak wciągnął mego pana do siebie — i upoił — i tejże nocy zamordowali tamże Jasińskiego.
A o świcie już — do naszej chaty przyjeżdża Bielak. Nie wiedziałam nic, anim trwożna była, bo się często zdarzało, że pan mój i dwa dni nie wracał.
Bielak do kuchni wszedł i powiada mi: klucze daj od kuferka, Szczepański prosił, żebym papiery jego schował, zanim sąd nie weźmie! A ja mówię: jak trza schować, to i ja potrafię, a wy mu nie brat, nie druh — on ci też nic nie ukradł — żeby sąd mu rył po kuferkach. A on po mnie pletnią — i krzyczy — klucze dawaj — ty taka — bo ja tu nie przyszedł z tobą się targować — Szczepański Jasińskiego ubił — w katorgi pójdzie — a ty — won stąd! Tedym zrozumiała, że papierów dać nie można — aż z życiem. On mnie pchnął — do izby wszedł — do kuferka, trzęsie — próbuje zamka — za siekierę porwał, rąbać chciał. A ja strzelbę ze ściany — nabita była, i powiadam: nie rusz — bo palnę, i poczęłam wołać: Makar, Makar — choć nikogo nie było. Zbielał, zaklął — oknem wyjrzał — czy coś mignęło, czy lęk go opadł — ale siekierą we mnie cisnął — i wyskoczył do sieni.
Siadł na koń i poleciał czwałem, a ja owe papiery wyjęłam z kuferka i szmat co lepszych trochę, bo czuję, że bieda jakaś straszna nadchodzi na niego — i precz uniosłam to w bór — w takie schowanie, że i pies nie wytropi. Ukryłam i wracam. Chciałam bierzeć do niego, ale myślę — jużci nie docisnę się — i co rzekę — trza się zastanowić. Dusza mi też zamierała z bólu — siedzę jako martwa — sama niewiem, ile czasu — aż tu policya — sam stanowy. Dawaj klucz! Daję. Przetrząsnęli i kuferek i dom cały — a mnie już moc wróciła. Każą na wóz siadać — zawieźli do miasteczka. Myślę, powiem wszystko — o Bielaku. Aż to przezedrzwi słyszę — jako on sędziemu powiada. Zabiłem Jasińskiego — Bielak wie i widział — prawda jego. Popatrzał na mnie kiedy mnie wprowadzili — a jak posłyszał, że nijakich papierów nie znaleźli — to mnie po głowie pogładził — i już wiedziałam, że mi milczeć każe! Więc milczałam — taka jego wola była.
— Głupiaś. I przez to go skazali. Głupiaś.
— Możem głupia, ale on mi za to hańby nie dał. Docisnęłam się do aresztu, stróżów przekupiwszy — opowiedziałam jak było — powiada — ja już człowiek zgubiony — jaka jest chudoba i statki sprzedaj — pieniądze twoje — psa mi dopilnuj i papierów — może kiedy wrócę po nie! Żałość mnie poderwała. „Pójdę za wami! zabronił — tedy mówię: wiem, że Bielak Jasińskiego ubił — wiem jako i wy wiecie! A on powiada — jeśli wiesz i słowo piśniesz, to cię ubiję, milcz — ja tak chcę.
— A wiesz ty dlaczego chciał tak? Czytałaś te papiery?
Potrząsnęła głową.
— By o Jaśkowe życie chodziło — nie tknę — tych papierów i nie spojrzę — co w nich stoi. Cobym warta była. Zawierzył mi, a ja go nie zdradzę. Uchowałam i papiery i psa — tyle mi kazał — teraz mi ino czekać — aż się po nie zgłosi. Nie prędko — jeszcze cztery lata. Na pięć go zasądzili.
Przeszła ręką po oczach i umiikła, bo ją ból za gardło zdławił, a po chwili głucho dodała.
— Za te papiery Bielak mnie tropił i ścigał, nagrodę obiecał, kto mnie znajdzie. Jako zwierz się kryłam, w łozach zimowałam. Zagrabili chudobę i sprzęty i statki. Nic to. Przetrzymałam! Ino mi żal, że i one pieniądze pewnie przepadły, com mu posłała, i myśli on może, żem je sobie użyła — jego nędzy nie pomna. A teraz ino ten zwitek został — już mu i posłać co niemam.
— Wiesz gdzie on jest?
— Nie wiem! Bym wiedziała, co poradzę? Nie pozwolił za sobą iść.
— O dziecku wie?
— Nie.
— Toś ty mu sługą była, a Bielakowa kochanką.
Krew jej trysnęła do skroni, wzdrygnęła się — milczała zmagając się z duszą, i wreszcie rzekła:
— Ale Jasiek to ino mój. A sługam ja była, to mi nie żal. Jak wróci — to mu papiery oddam.
— Jak wróci, to ja się z nim rozmówię! — mruknął Kałaur.
— Oj nie ujrzą go wasze oczy. Tu on nie przyjdzie.
— No, a gdzieżby?
— Będzie mnie szukać w Oranach, kędy mnie zostawił.
— I ty myślisz tam się wlec do niego?
— Ja ino do wiosny zakałą i wstydem wam tu będę. Toć mi tu zostać nie sposób!
— Co? — krzyknął groźnie. — To natom cię przygarnął i przebaczył, żebyś znowu na poniewierkę w świat szła!
— A jakże mi tu zostać! — rzekła podnosząc nań smutne oczy. — Insza duma moja i inna ścieżka. Gościńcem ludziom chodzić, a mnie łozami.
— Ot gadanie! — burknął. — Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Przegadają ludzie i zapomną. Zawszeć ty dziedziczka moja — ścichną, nie bój się.
Kobiecie łzy się rzuciły do oczu, pochyliła się do kolan ojcowskich, objęła je ramionami.
— Radam wam, tatusiu, życie dać, żeście mi darowali wstyd i hańbę, com naniosła — niegdyś — gdym za tym drabem rozum utraciła. Nie wartam waszego zmiłowania. Radam wam służyć i pracować — nie dla dziedzictwa, ale z duszy ochotnej. Bym jedna była, tyleby mi było z ludzkiego szczekania — jako z wiatru co szumi. Ale Jasiek ino mnie ma!
— Toć go nie krzywdzę, ani ci go wypominam. Źle ci. Niech się zdrowo chowa i rośnie.
Potrząsnęła głową.
— Nie między ludźmi mu się chować i rosnąć.
— Tyś niespełna rozumu. Gdzież go ukryjesz? I po co?
— Nie gniewajcie się, tatusiu. I mnie i jemu trza stąd iść. Znam ci miejsce, gdzie ino ptaki i zwierz się gnieździ — tam dla nas życie i dola. Posłużę wam póki on malutki i bez rozumu, a potem precz pójdę — muszę. Nie rzeknie mu tam nikt na matkę, że łajdaczka, nie nazwie go nikt bękartem — nie nauczą go przekleństwa i kłamstwa i bezeceństw wszelkich jako tutejsze dzieci umieją. Żeby Hipkowy syn był — niechby na draba rósł, ale jego ojciec nie drab był, i jemu nie drabem zostać. A jakże go wśród ludzi od nieszczęścia upilnuję — jaż jemu za ojca i matkę — sama.
Tak klęcząc u ojcowskich kolan — mówiła mu wszystko — co przedumała w samotności, a Kałaur zrazu zagniewany — słuchał i rozważał. Głupia, szalona Magda — skąd jej taki rozum przyszedł. Będzie tak i musi być — niema rady. Ale też i nie można puścić ją w świat — na zmarnowanie. Szalona jest i głupia — nie można zginąć dać.
Nawet sobie nie zdawał sprawy stary, jak mu pomimo wszystko — w sercu była, jak ją miłował.
Twardą dłoń na głowie jej położył.
— Biednaś ty — zamruczał. — Masz — zabierz te papiery. Nie rzeknę ci już nic na owego człowieka. A owe gadanie twoje rozważę — nie lękaj się mnie, jużci krew moja jesteś — ochronię cię.
Sumował stary i sumował, a w parę tygodni potem, począł się do drogi zbierać. Dokąd? nikomu nie powiadał — tylko na wyjezdnem, Magdzie roboty gospodarskie zadysponował — na wózek siadł i kazał parobkowi jechać do miasteczka — stamtąd konie odesłał — i nie było go dni dziesięć. Zachodzjli w głowę wszyscy, gawęd i przypuszczeń było bez liku, gdy wrócił pewnego wieczora żydowską furą z miasteczka, kumoszki opadły pannę Teofilę.
Ale stara była obrażona i zła.
— Co się mnie pytacie. Przedemną sekreta i potajności się tu knują. Magda może i wie, ale nie raczy słowa rzec. Jej pytajcie!
Ale i Magda nic nie wiedziała. Zawołał ją Kałaur, gdy przyjechał, ale tylko o gospodarstwo i bydło się spytał — potem o dziecko — wreszcie jeść zażądał — i zdrożony — spać legł.
Po kilku dniach dopiero, gdy sam był z córką, znienacka rzekł:
— Żyje Szczepański.
Zachwiała się, jakby ją piorun ogłuszył, i patrzała nań — tchu pozbawiona.
— Byliście w Oranach! — wyjąkała wreszcie.
— Pocom tam miał jeździć. W powiecie się dowiedziałem, gdzie on siedzi.
— I widzieliście go? O Jezu!
Nie śmiała pytać, tylko wpatrywała się w niego.
— Widziałem. Żyje — jako tam żyć można.
— Powiedzieliście o Jaśku?
— Nie. Poco? Napraszać mu się, czy wymawiać! Powiedziałem ino: Magda, co u was służyła, przysyła wam sto rubli — za ową chudobę waszą — i kazała wam powiedzieć, byście o papiery byli spokojni, przechowała je wam i trzyma u siebie, aż się po nie zgłosicie.
— Słuchał mnie — jakby nie rozumiał — a potem rzecze: Dziw, że ludzka dusza może być mnie jeszcze pamiętna — oddajcie jej pieniądze — nieboga, została bez opieki — nie zmarniała — to dobrze. — Ma ona służbę — a może zamąż poszła?
— Do ojców wróciła — powiadam. — Jużci opiekę ma. Jak was uwolnią, po papiery przyjdźcie, prosiła.
— Jak żyw zostanę — przyjdę! — rzekł, a potem pyta: — Wy z jej okolicy? Swojak?
— Znajomy — powiadam — za interesem tu jechałem, to prosiła o was się dowiedzieć.
Podumał i mówi:
— Nie pomyśleli o mnie nawet ci, dla których ja straszny będę, gdy żyw ostanę — ona jedna pamięta — podziękujcie jej! Jeszcze mi cztery lata pokuty.
Powiedziałem mu, gdzie ciebie znajdzie.
— Zapiszcie — mówię.
— Po co? — odpowiada — nie zapomnę do śmierci! Jakbym zmarł — dadzą jej znać — przekażę, wtedy niech papiery spali.
Magda słuchała bez słowa, drżąc cała, wreszcie zdobyła się na pytanie:
— Bardzo marny on?
— Jak upiór, ino oczy się palą. Mówił mi dozorca, że miesiącami zębów nie rozszczepi, żeby słowo rzec. Żal patrzeć, jak go coś żre we wnętrzu. Nie przetrzyma tych czterech lat.
Magda zakryła twarz dłońmi i płakała.
Kałaur podumał trochę i rzekł:
— Nie płacz — co to pomoże. Jużci ja go nie porzucę! Nieszczęsny jest — nie łajdak. Chciałem się przekonać — teraz wiem! Ty nikomu nic nie gadaj — gdziem był i po co.
Przestroga była zbyteczna. Magda tylko Łysce powiedziała: żyje nasz pan — do ludzi nie miała zaufania — schodziła im z drogi — kryła przed nimi dziecko i swoje myśli.
Tylko im bliżej wiosny, tem ją dręczyła coraz srożej tęsknota za pustką Wieszańca. Kusił ją wiatr bujny, lecący z dalekich przestrzeni — i ptaszę sznury — hejnały powrotne, i dręczyło ją zajęcie monotonne — w błocie podwórka, i plotki kumoszek, i spory o drób i prosięta, i zaczepki mężczyzn, spotykanych na drodze i gderliwe namowy ciotki.
Ta ją gwałtem pchała między ludzi, rezonując z bezmyślnem okrucieństwem:
— Co ci się zdaje! Skromności nie udawaj! Śmiech ludzki tylko. Sroma się, jakby panienka. Do karczmy boi się wstąpić — oczy spuszcza! Tfu — jest komu świat gubić. Kogo ty myślisz oszukać! Palcami cię każdy wytyka — i drwi! Myślałby kto — królewna, na królewicza czeka. Kazika byś w rękę pocałowała i poszła za niego, kiedy raczy orać. Obrazy Boskiej i wstydu byłby raz koniec.
Magda słuchała zwykle w milczeniu, aż kiedyś rozjątrzona, wybuchnęła:
— Jaż tu nie wieczna! Pójdę ludziom z oczu i ciotce zawadzać nie będę. Nie tyle mi świata — co tutaj — ani wytrzymam długo.
Zastanowiło to pannę Teofilę — wnet powtórzyła to Kałaurowi: Magda znowu uciekać zamyśla.
Spodziewała się oburzenia, ale stary odparł:
— Wiem o tem. Z wiosną jej tu nie będzie.
I więcej się nie tłumacząc — poszedł do roboty.
A wiosna się zbliżała — śniegi zlazły, drogi były błotniste, pola pleśnią pokryte, lasy czarne.
Pewnej niedzieli wysłała panna Teofila Magdę po olej i śledzie. Ku wieczorowi było, do karczmy dobre pół wiorsty, kobieta ruszyła niechętnie, otuliwszy się chusta, zostawiwszy dziecko pod opieką Łyski.
Gdy weszła do szynkownej izby, chciała się cofnąć — ale się przemogła, tylko chustę nasunęła głębie| na oczy. W karczmie było pełno mężczyzn i Hipek wśród nich, i wszyscy byli podchmieleni. Spojrzeli na nią — poczęli szeptać i śmiać się i Hipek krzyknął:
— Uha — Pokotynka do nas przyszła! Dobrzeć trafiła — dostaniesz od każdego po złotówce wódki ile strzymasz! Icek, alkierz nam opróżnić Ilu nas? Dziesięciu! W sam raz dla Pokotynki — już ja ją znam.
Reszta wybuchnęła śmiechem pijackim, i któryś poskoczył do kobiety i w pól ją porwał.
Odepchnęła go, ale w tej chwili wszyscy się na nią rzucili, gwiżdżąc, krzycząc, szarpiąc — wśród gradu ohydnych żartów i propozycyi.
Uczynił się w izbie kłąb rozognionych twarzy, śmiejących się ust, dławiących ramion, pisku, gwizdu, ryhotu rozbestwionego tłumu, wśród którego walczyła wściekle jedna kobieta.
Żydzi sprzątnęli butelki i zaparli się w alkierzu, młodzież bawiła się bezkarnie.
Magda duszona, szarpana, popychana, czuła, że lada chwila straci moc i przytomność, już krwią jej zachodziły oczy, już mdlały ramiona — już gryźć nawet nie mogła, głosu wydobyć z gardła — upadła — ktoś ją zdławił uściskiem.
— Jasiek! — mignęło jej w mózgu i z jakąś nieludzką mocą zdławiła napastnika za gardło, gryzła go jak zwierzę. Ten zachrapał, puścił ją, chwycił jej ręce, bronić się począł — inni rzucili się mu z pomocą. Kobieta krzyczała teraz przeraźliwie ratunku.
Drzwi od sieni szarpnięto gwałtownie — ukazał się policyant. Przejeżdżał wypadkiem drogą — posłyszał krzyk.
— Co to za szum! panowie! — zawołał gromko. — Gdzie gospodarz! Protokół napiszę!
Oprzytomnieli, rozstąpili się — zerwała się też, Magda — i oparłszy się o ścianę, dyszała ciężko.
A Hipek zuchwale rzekł, śmieiąc się.
— Ot! — z dziewką swawolim, co do nas przyszła.
— Nu, nie trzeba krzyku robić. Co za dziewka — tutejsza? Może jaka włóczęga.
Zajrzał w twarz kobiety i roześmiał się.
— Aha — wasza dziewka. Krasawica. Czegóż się drzesz, że aż na gościńcu słychać. Już ci te chłopcy wianka nie ukradną. Chcą pohulać — to mają prawo. Nu, dajcie i mnie czarkę — na kawalerskiem weselu!
Magda rzuciła się do drzwi — pchnęła je — wyskoczyła w sień!
— Łapaj, trzymaj! — wrzasnął Hipek.
Rzuciło się za nią kilku, gonili, nawołując jak na obławie, ale im gdzieś w ciemności przepadła, tylko zaalarmowali zatścianki, opowiadając, że z Magdą hulali, aż ich policyant rozpędził.
Magda na przełaj — łąkami, rowami, po błocie, dotarła bez tchu do domu. Nie było nikogo w kuchni — upadła na ławkę, odetchnęła, a potem siedziała zgarbiona — z głową w dłoniach, rozmyślając ponuro.
Słychać było w domu stuk siekiery Kałaura, panna Teofila uwolniła się na całą noc do sąsiadki położnicy.
O ósmej, jak zwykle, Magda podała ojcu wieczerzą — sama nic nie jadła, i pocałowawszy go w ręką, odeszła. Nie zastanowiło Kałaura, że wzięła klucz od swironka, bo często tam chodziła po słoniną — odniosła go też po chwili, jeszcze raz ucałowała jego ręce — usłała mu posłanie — i wróciła do kuchni.
Tam — zdjęła codzienną odzież — włożyła na się łachmany, w których przyszła — w płachtę upakowała parę koszul, kawał chleba, papiery Szczepańskiego — stary modlitewnik domowy, w którym chowała metryką Jaśka, w zanadrze schowała pięć złotych, które jej był dał ojciee — ozuła postoły na nogi, zarzuciła płachtę na plecy, na ręce wzięła dziecko śpiące, otuliła je chustą.
Łyska wodził za nią oczami, obwąchał odzież, strzepnął się, przeciągnął i usiadł u drzwi sieni — czekając — gotów do drogi. Potem, jakby sobie coś przypomniał, dojadł swą strawę w misie i zapiszczał radośnie.
Kobieta obejrzała się raz jeszcze wokoło — przeżegnała się — wyszli w sień — na podwórze — na drogę. Objął ich bujny wiatr, ciemność — przepadli. Kobieta nie wybierała kierunku, nie miała obmyślanego celu, chciała zginąć w oddali — chciała się ukryć w pustce.
Szła za psem — bardzo prędko — by skorzystać z nocy — jak największą przestrzeń rzucić między siebie, a prawdopodobnym pościgiem ojca.
Pies ją prowadził, a że nie lubił szerokich dróg, gdzie go prześladowali przejeżdżający — skręcił wnet drożyną w las, i tam wpadłszy — węszył — i szedł — jak go uczył instynkt łowiecki i wprawa włóczęgi.
Tak szli niefrasobliwie do rana. O świcie byli w borze gęstym — bez drogi — usiadła Magda pod zwałem świerkowym, nakarmiła dziecko i ułożyła je na mchu suchym — zdjęła z pleców płachtę — dała psu chleba i sama zjadła, a potem zasnęli wszystko troje przytuleni do siebie, osłonięci potężnym pniem, jak namiotem. Łachmanami okryci, nieruchomi — nie różnili się od spleśniałej ziemi borowej — i niktby ich o parę kroków nie odkrył. Pod wieczór ocknęli się, zjedli znowu po skibce chleba, popili wodą z kałuży — Jasiek się bawił szyszkami, Łyska węszył pod krzakami, Magda przezuwała naddeptane postoły i skoro zmierzchło ruszyli dalej — radzi, że deszcz nie pada, wicher nie gnębi w gęstwinie — ludzie ich nie napastują.
Tej drugiej nocy napotkali jakąś wieś i minęli po za gumnami, bór się też skończył — i o świcie — rozejrzawszy się, gdzieby się ukryć — skręcili na grzązkie łąki, gdzie wody było Magdzie wyżej koian, i zaszyli się w stóg. Kobieta wygrzebała w sianie pieczarą, gdzie się we troje wsunęli — i odpoczęli, radzi, że ciepło i sucho. Chleba mieli jeszcze na dzień jeden — ale Jasiek był głodny i popłakiwał u matczynej piersi — nie syty. Dała mu tedy skibkę czarnego razowca — i jadło maleństwo!
Rano deszcz począł padać, zimny zmięszany z łodowemi igłami — przechodził w marcową szarugę — ale w stogu było zacisznie — o więcej się nie troskali. Wieczorem wyiskrzyło się niebo — mróz zciął zalane łąki — przebrnęli mozolnie do drogi i ruszyli dalej.
Magda słuchała zgrzytu żurawi i gęsi, ciągnących — i myślała, że dobrze idzie, bo i ptactwo dążyło w jedną z nią stronę — a wiedziało kędy są pustki i obszary odludne. Może do Wieszańca za nimi trafi — albo do podobnych cichych wyrajów. Daleko już była od zaścianka, kraj był nizki — pełen olszyny, strug czarnych, wyboistych grobelek. Postoły jej się zdarły — szła boso — czuła, że dużo mil przebyła.
Wśród nocy napotkała przydrożną karczemkę. Świeciło się w niej jeszcze, podeszła do okienka. Kopcąca lampka stała na okapie komina — dwóch żydów gadało u stołu, kredą cyfry kreśląc i ścierając — pod piecem drzemała baba. Nabrała odwagi Magda i weszła.
Na skrzyp drzwi, z alkierza wyjrzała żydówka zaspana i baba ocknęła się — i spojrzała na uchodzącą — żydzi ani obejrzeli się.
— Na, czego ty? — zagadnęła mrukliwie żydówka.
— Po drodze wstąpiłam. Dajcie co zjeść!
— A pieniądze masz?
— Jałmużny nie proszę. Dajcie bułkę, mleka, śledzia i wódki kieliszek i weźcie pieniądze.
Usiadła na ławce przy babie, dobyła szmatkę z miedziakami.
Tedy stara przemówiła:
— Daj, potrzymam ci dziecko. Z daleka idziesz?
— Z daleka. Trochę zbłądziłem i zapóźniłam się.
— A dokądże idziesz?
— Za służbą. Z dzieckiem przyjąć nie chcą.
— A mąż gdzie?
— Do wojska wzięli. My batraki. Ziemi ani chaty niema — służyli.
Baba wzięła dziecko na ręce wpatrzyła się weń — i poczęły jej z oczu padać łzy. Stara była, obdarta, chuda, sakwami obwieszona, snać żebraczka.
Jasiek się rozbudził, rozglądał się, rad z ciepła, wydobył się ze szmat, coś bełgotał i uśmiechał się.
Stara huśtała go, dobyła z sakwy kawałek cukru, dała w rączkę, po twarzy latami i troską zoranej biegły łzy rozczulenia.
Magda grzała mleko na piecu i sama jadła.
Kieliszek wódki rozgrzał ją i dodał mocy — z wilczym apetytem gryzła śledzie i chleb, dzieląc się każdą skibką z psem.
Potem nakarmiła dziecko i zajęła się swem obuwiem. Chciała je jako tako powiązać, ale przekonała się, że były zdarte zupełnie.
— Nie masz zapaśnych? — spytała baba.
Potrząsnęła głową.
— Pójdę boso! Podeszwy się nie zedrą! — odparła.
— Juści, że nie, ale się pokrwawią na grudzie. Mam trzy pary — dam ci jedną. Mnie już niedaleka droga.
— Ty tutejsza?
— Byłam tutejsza. Teraz cały świat mój! Zimą starcuję. Latem w swoje strony wracam. Z Kijowa idę. Na wieczór będę już w swej budzie. Chcesz? Pójdziemy razem.
— Sama mieszkasz?
— Sama — w dworskiei budzie po smolarni. Pan mi pozwolił tam wieku dożyć — i zimować wolno, ale nie mam mocy drew się postarać — więc ino tam latuję i pni pszczelich doglądam — pańskich, jesienią miód i wosk odniosę — i na żebry idę. Już tak lat dziesięć, jak mnie mężowscy bracia z chaty i gospodarstwa wygnali Wiek zbyłam na swojem, ano, dziad pomarł, a dzieci Bóg nie dał, trza było ustąpić! Oj dolo, dolo!
Pokiwała głową, stęknęła i zapadła w rozmyślanie, w rękach kołysząc usypiające dziecko.
Potem nagle głowę podniosła i szepnęła prosząco:
— Chodź ze mną! Boją się mnie ludzie, ale nie będzie ci krzywda.
— Pójdę! — odparła Magda.
— To i chodźmy. We dwie bezpiecznie, a prędko świt wstanie. Ozuj się — taj ruszamy.
Lękała się, by kobiecie rozmysł nie przyszedł, by kto nie wszedł rano i rzekł słowo. Naganiała do drogi i po chwili wyszły. Stara nie oddała dziecka, a Magda zmęczona, nie bardzo nalegała, widząc, z jaką starannością je piastuje.
Szły do rana, spoczęły trochę przy drodze i szły do południa. Wsie i domostwa wymijała widocznie stara — szły ścieżkami, miedzami, łąkami czasem zupełnie bez drogi, aż dotarły do lasów grzązkich, przeciętych wielką ilością błót, strumieni, wśród których na pamięć oryentowała się baba, wynajdując to kładkę, to zwalony pień, to przesmyk prawie suchy. Lasy brzmiały od toków cietrzewi i szumu różnego ptactwa, potem grunt się podniósł, stary bór się skończył, rozesłał się zagajnik bardzo gęsty, podszyty wrzosowiskiem rudem, i oto nagle w tej gęstwinie ukazała się czarna, nizka buda, parę starych sosen, doły czarne, szkielet rozwalonej smolarni i rozrzucone wokoło tej polany kilkanaście szarych pni z pszczołami, pokrytych szmatami brzozowej kory.
— Sława Bogu! Doszli! — rzekła baba.
Rozejrzała się bacznie wokoło i dodała;
— Nikt nie był, niczego nie czepił.
Poszła do budy. Drzwi były bez kłódki, tylko skobel okręcony jakąś ciemną nicią i zatknięty kością — podobnież obmotane były dwa malutkie okienka o jednej szybce.
Baba zerwała nitkę i weszły do środka.
Jedna izba była — z wielkim piecem pośrodku, z ławami wokoło ścian. Chłód i wilgoć objęła dreszczem — pleśń i stęchlizna dławiła.
Baba przedewszyslkiem zdjęła z żerdzi dwie owcze skórki, otuliła w nie dziecko i ułożyła na ławie, Magda bez rozkazu poczęła napychać w piec gałęzi — i spytała baby o zapałki.
— Zaraz wszystko będzie! — odparła stara, zdejmując sakwy, torby, płachty, któremi objuczona była. Potem z za pieca wyjęła kilka cegieł, odkryła spore schowanko i poczęła zeń wydobywać tysiąc rzeczy: hubkę, krzesiwo, garnek, siekierę, szpadel, miskę, łyżkę, nóż, całe swe gospodarstwo. Po chwili ogień buchnął, kipiała woda w garnku, w sakwach była sól, słonina, krupy — chleb — nawet tytoń i wódka.
Gdy się posiliły — i izba się ogrzała, baba zapaliła fajkę, wygramoliła się z dzieckiem na ciepły piec, dobyła Jaśka z powijaków i szmat i poczęła gderać Magdę:
— Matka ty, matka — a dziecko może już tydzień nie kąpane, nie przemieniane. Wam młodym jeszcze ino mąż w głowie. Nastaw no wody na kąpiel — niecułki znajdziesz na strychu, ot, drabina w kącie. Serdeńkoż ty mileńkie — złoto ty malusieńkie. Toć to takie niebożątko zbiedzone i nie płacze. Będziesz ty u baby królować, będęż ja ciebie hodować, taj szkodować!
Nie dała Magdzie niczem się przy dziecku zająć, wykąpała go, w czyste, cienkie szmaty otuliła, ukołysała do snu na rękach.
Od lat już nie zasnęła Magda tak spokojnie i bezpiecznie, jak tej nocy — na posłaniu z suchego wrzosu, i do nikogo nie uczuła tyle serca, jak do tej żebraczki, nieznanej wczoraj.
Przez kilka dni następnych zajęcia było wiele, około uporządkowania budy i izby, bo dach przeciekał i piec potrzebował naprawy.
Na strzechę trzeba było ścinać szuwary i przynosić je z daleka, po glinę do pieca trzeba było chodzić o parę wiorst, i nosić ją na plecach w płachcie, przytem przyszły parodniowe szarugi i słoty.
Ale po tygodniu błysnęło słońce, i wiatr powiat południowy, i zapachniały nabrzękłe brzozowe pąki, i zabielały zarośla od pierwszego kwiecia — i z szarych pni wyległy raz pierwszy szare ćmy pszczół na wiosenny oblot.
Baba uzbrojona w próchno tlące — obejrzała wszystkie ule, Magda rąbała dzień cały drwa i układała z nich porządny stos.
— Poco tyle! — jęła ją stara gderać.
— Zapas nie szkodzi. Przyjdzie inna robota, nie będzie czasu o opale myśleć.
— Robota! Poco robić! — ruszyła ramionami baba.
— Jakże żyć bez roboty. Toć jeść trzeba!
— Uzbierałam sporo na zimę. Jak sakwy się wypróżnią — przyniosę co trzeba — albo i ludzie sami do mnie przyniosą. Oj, nie głupia ja już harować — ludzie nauczyli inaczej żyć.
Zaśmiała się dziwnie, i Magda raz pierwszy zauważyła, jakie miała zacięte, złe usta, jakie kolące, zimne spojrzenie i jakiś niewytłómaczony lęk ją ogarnął.
Nieśmiało zauważyła:
— Nie godzi mi się młodej wam ciężarem być. Jeśli zostanę, to choć kęs tej dobrej ziemi za smolarnią skopię — posadzę trochę kartofli — zasieję nieco lnu. Próżnować nie potrafię — raczej do ludzi na służbę pójdę — za chleb tylko.
— Już ci nie bronię robić ani sadzić. Kartofli i lnu przyniosę! Wiadomo, troje nas teraz. Ja też myślę — że dla dziecka mleko będzie potrzebne — o krowę trzeba się będzie postarać.
— Co wam się roi? Takie zbytki! — zaśmiała się Magda.
— Nie twój kłopot — mruknęła stara.
Magda skopała kawał ziemi i zasadziła kartofle. Baba je w worku przyniosła — potem i lnu woreczek. Wogóle wałęsała się gdzieś po całych dniach — przychodziła obładowana, i resztę czasu bawiła się z dzieckiem. — Czuć było, że je kocha, że przepada za niem — o Magdę wcale nie dbała. Pewnego dnia, gdy baby nie było jak zwykle — przyszła do budy kobieta wiejska, i na widok Magdy przeraziła się, zdumiała, ledwie po chwili odzyskała swobodę.
— Co wy tu robicie? — spytała.
— Z babą żyję!
— I dziecko macie! — kobieta pokręciła głową. — To wy z daleka! Jakże wy do Złydni przystali?
— Do jakiej Złydni?
— Ano — do tej wiedźmy. Toć jej zły służy, jak pies. Jak na dziecko spojrzy, to już mu nie długo żyć. Co ona narodu już wygubiła, to nie zliczyć.
— A zaczemże wy do niej przyszli?
— Z biedy. Onegdaj szła ulicą — chłopak mój maleńki się bawił, zaczepiła go, pogłaskała, i poszła. A dziecko już o swoich siłach nie wróciło do chaty — przynieśli ludzie — i ot — dochodzi. Przyszłam — może wykupię. Jedno mam! Bylo wam lepiej u cygana służyć — jak u takiej. Zobaczycie!
I rozgadawszy się, kobieta prawiła straszne rzeczy — szeptem, oglądając się trwożnie, zaklinając by nie zdradziła jej przed wiedźmą.
Złydni ojciec wielkim znachorem był, ale ona taiła długi czas, że praktyk swych ją nauczył. Dopóki we wsi z mężem żyła — nic słychać nie było — dopiero jak stary umarł, a bracia ją odsądzili od pola — pokazała, co umie. Ci bracia jużby radzi teraz do niej z pokłonem iść. Zgubiła ich do cna.
Pokaleczeli wszyscy, pokręciło im ręce i nogi — dzieci wszystkie padaczkę cierpią, bydło zdycha — zboże nie rodzi — robactwa i myszy nasiane po budynkach. Dnia i nocy nie mają spokojnej.
Przychodzili prosić — oddawali połowę pola — nie zechciała ich słuchać. Po sto lat żyć będziecie — zapowiedziała — sto lat przepadać. Albo to oni jedni! Kto złe słowo jej rzeki — przepada — kto jej czego odmówił — przepada. Aż taki lęk po okolicy poszedł — że teraz każdy przed nią drży. Sam pan jej tę smolarnię dał, kiedy ino poprosiła — same naczelniki ją obchodzą. — Tyle spokoju co zimą — jak w świat idzie. A nie w świat — ale pod ziemię wtedy idzie — do złego w gościnę. Powiadają — że nie umrze — aż za sto lat! Ot — komu służycie!
Magda słuchała w milczeniu, szmaty piorąc u studni. Strach ją ogarniał, a zarazem poczucie, że tutaj od ludzi najbezpieczniejsza. A zresztą — Jasiek chrzczony był — i medalik Częstochowski miał na sobie, baba mu go nie zdjęła, sama wieczorem pacierze odmawiała. Bajki o czarcie! — Kobieta przesiedziała parę godzin, dziwy prawiąc, wreszcie widząc, że się wiedźmy nie doczeka, lamentując odeszła, a Magda poczęła wieczerzę warzyć, i tak ją baba zastała o zmroku.
— Był tu ktoś! — rzekła zaraz w progu.
— Była kobieta, czekała na was — o leki dla dziecka.
— Taka niewielka — okrągłej twarzy, z rozciętą wargą.
— Taka.
— To i dobrze! — zaśmiała się dziwnie baba,, poszła do Jaśka, za piec, i poczęła go pieścić.
Aż nagle spytała:
— Nagadała ci na mnie? Co?
— Nagadała! — odparła lakonicznie Magda.
— No, i cóż ty? Zlękłaś się? Uciekniesz?
— Nie. Znałam ja takich, co ludzie zbójcami osądzili — a czyści byli — i w chwalbie ludzkiej będących — a czartu zaprzedanych. Jeśliście źli — gorze wam — nie mnie. Jaśka mego miłujecie — matką was zwać będę — nie Złydnią.
Stara wyszła ku niej, patrzała jej bystro w oczy.
— Rzeknij mi — matko! — ozwała się głucho.
Magda postawiła na ławie miskę krupniku, położyła obok łyżkę.
— Powieczerzajcie, matko! — rzekła.
Stara się trzęsła, drgała jej cała twarz.
— Co wam takiego?
— Nic! — wyjąkała. — Nie słyszała ja tego słowa — jak żywot długi. Lubo mi stało!
Usiadła na ławie.
— Mówili mi, doniu i gołąbko, mówili młodyco — i żono — a potem babo, a wreszcie wiedźmo — Hanka ja była krasawica, i Symonieha bohatyrka, i Złydnia straszna. Ot, doczekała się, że mi matko — rzekli. Oj, długo czekała! Skąd tobie to słowo przyszło?
— Za moje dziecko, coście jak rodzone przygarnęli!
— Nu — ja tobie za to oddam. Ja pamiętna! Gadała ci pewnie ta drzewerycha, co tu była — że ja mór na ludzi nasyłam — i czartu służę. Mór oni sami sobie czynią, bo durne są — a czarta niema na świecie — coby tu robił, kiedy ludzie od niego gorsi. Nie u niego — a u nich ja w nauce byłam — dlategom Złydnia. Deptali mnie — póki się nie lękali. Kąsali, jakem dobra była — niechże teraz skomlą!
Zakończyła niewyrnźnem mruczeniem, i siedziała — długo ponura, zacięta, przetrawiając jakieś ciężkie pamiątki, aż Magda rzekła:
— Zostawcie dumki gorzkie — a jeśli umiecie, poratujcie dziecko onej kobiecie. Matka on!
— Niech poskomli! — zamruczała baba mścłwie! — Chciałam u niej dla Jaśka mleka kupić — nie dała — zełgała, że niema. Ja pamiętna!
Nazajutrz o świcie poszła. Nie było jej trzy dni — wróciła — z krową. Bydlę było zdrożone, chude i małe — ale uradowała się okrutnie Magda Jasiek miał mleko — ona zajęcie. W ruinie smolarni urządziła obórkę, a bojąc się, żeby krowa nie zginęła w borze, karmiła ją z rąk, daleko chodząc po trawy i chwasty.
W wyprawach tych nikogo nie spotykała, bo dworskie grunta szeroko sięgały i moczarami wielkiemi były od siół odcięte. Zakątek to był wymarzony dla jej życia i doli. — Bytowała w nim jak w Wieszańcu, silniejsza jeszcze baby opieką, spokojniejsza o los swój — patrząca w przyszłość niefrasobliwie.
Latem — gniazdo to ludzkie utaiło się zcałe w gąszczu młodych zagajów — wokoło budy zioła leśne porosły pod strzechę, brzozy warkoczami okryły ule — z wrzosów dywany się siały — ledwie śladem ścieżyny przecięte, którędy baba chadzała po żer — Magda po trawę, Łyska na łowy. Gdy kto obcy przyszedł — można się było skryć przednim — o kilka kroków za budę. Czyniła to zawsze Magda, nice rada spotkania z ludźmi, od mówienia i słuchania spraw gromadzkich odwykła. Wtedy to przybysz zastawał zwykle przed budę na piasku dzieciaka z psem. Pies warczał złowrogo — dzieciak czarnowłosy, śniady, zdrowy, rumiany — w śnieżnej koszulinie uczył się pełzać, a na widok obcego podnosił oczy czarne jak tarki, bez strachu i zbytniego zaciekawienia, przypatrywał się człowiekowi. Pszczoły nuuczały, ptactwo szczebiotało w gąszczach — woniały brzozy i macierzanki. Przybysz wołał baby — czasami wychodziła — od ulów — zwykle jednak odchodził z niczem — i choć buda stała otworem — nikt nie śmiał wejść do środka, tak się bano czarów Złydni, nawet gajowy, gdy niekiedy w te strony zabłądził, z daleka, trwożnie z babę rozmawiał. Raz się ośmielił spytać o dziecko, i aż się zatrząsł, gdy odparła.
— Moje jest — co tobie do niego? Ja twoich nie rachowałam jeszcze. Chcesz — policzę! Ciekawy ty mojego — no — to ja o twoje się dowiem!
Od tej pory więcej się nie pokazał.
Ku jesieni w połowie sierpnia, pewnego południa Łyska wściekle ujadać począł. Z gęstwiny wybiegł łaciasty wyiżeł — za nim myśliwy z pękiem młodych cietrzewi u torby. Baba na jego widok odłożyła fajkę, i wstała z przyzby, na której drzemała po obiedzie.
— Jak się macie, Symonicho! — rzekł przybysz wesoło. — Zapędziłem się za cietrzewiami, głodnym, pić chcę — wstąpiłem do was w gościnę. Cóż — zdrowiście, i zawsze straszni?
— I wam daj Boże, panie, strasznym być do śmierci — was ludzie nie zagryzą — odparła spokojnie baba. — Żyję zdrowo, i siedzę spokojnie — z waszej łaski!
— Nie z łaski, babo! Nie zapomnę ja wam, jakeście mi żonę i dzieci moich matkę uratowali. Może wam budę poprawić — może co więcej trzeba?
Usiadł na przyzbie, i rozejrzał się.
— Psa macie! Co? A tam co to we wrzosach? Dalibóg — dziecko! A toście skąd dostali?
— Ot, na stare lata przywiodłam sobie z Kijowa rekrutkę z dzieckiem. Już nas tu cała siemia w pańskiej budzie. Ja zemrę, a las podskoczy, trzeba będzie panu leśnika. Teraz mnie się boją, to tu nie grasują, a potem człowiek mojej młodyczy z wojska wróci — to się panu zda. Takem wydumała. Ale ja tu baję — a o gościnie ani myślę. Doniu, ho, Doniu!
Magda oderwała się od zagonów, i ukazała się wnet, niosąc kosz kartofli.
— Pokłoń się panu! Jego my sługi. I wynieś tu ławkę przed budę, i chłodnego mleka, i chleba i miodu, daj żywo!
— Oho, wybraliście sobie babo młodycę, jak łanię — uśmiechnął się pan. — A cóż zimą będzie? Poprowadzisz swą siemię na wędrówkę?
— Nie — już się zagospodarować trzeba tutaj.
— To już i krowę macie, i len i kartofle.
— Ale — dostatki i dzieci jak kamienie u szyi. Trzymają człowieka na miejscu. Krowę na zimę sprzedam, bo niema czem żywić, ale od lnu żadna baba nie odejdzie — to wiadomo!
Magda wyniosła mleko i chleb, stawiając na ławce, czystem płótnem zasłanej. Pan pił wprost z dzbanka, rozpytywał babę o pszczoły — i rad, uśmiechem podziękował, gdy Magda przyniosła dla zmęczonego wyżła misę mleka z chlebem.
— Tu blizko cietrzewi nie spotykacie? — spytał.
— W łogu, het, codzień żerują trzy stada, w jagodnikach! — odparła Magda. — Jest sztuk trzydzieści.
— Doprawdy — a ja ledwie od rana jedno stado spotkałem. Dawnoście te widzieli?
— Dziś rano — i codzień.
— Hm — to może ja tu u was zanocuję, a jutro po rosie tamtędy pójdę. Zaprowadzicie mnie, młodyco.
— To może pan i kozy chce zobaczyć. Jest pięć sztuk w gromadce. Dwie stare, kozioł, i małych troje.
— Oho — to wy lepiej od gajowego zwierzynę znacie.
I kozy obiecujecie pokazać? Cóż one — na sznurku?
Zaśmiała się Magda.
— Na sól przyhołubiłam.
— Skądże to umiecie robić?
Kobieta poczerwieniała.
Mój leśniczym był, i zwierza miłował! — odparła.
W borze żylim — borowe ludzie!
— Kiedyż on wróci? Wy nie tutejsi?
— Z daleka.
— Chłopi? Z gospodarstwa?
— Szlachta. Bez roli.
— Jak wróci — niech się do mnie zgłosi. Dla kóz lizawki robi — snać amator zwierzyny. Takiegom rad mieć.
Baba przyniosła plaster miodu na misie.
— Jasiek śpi w trawie, muchy go tną. Zabierz go do izby — a potem dla pana wyściel na strychu posłanie, i wieczerzę uwarz — komenderowała.
— Wygodę macie, Symonicho — z waszej rekrutki.
— Co tam, panoczku, wygoda. Miała ja w życiu sługi i najmity, a teraz ze strachu każdy Złydni słucha. Ale to ja sobie dziw wtedy na drodze spotkała. Szła nędzna i bosa, po grudzie wiosennej — głód do karczmy ją zapędził. Za służbą szła, taka sama na świecie, bez rodu, bez męża, cudza, nieznana. Przyszła ze mną. Dziwuję się. Młoda, gładka, a od ludzi ucieka, jak ta pszczoła pracuje — a jak ryba milczy. Powiedzą ludzie, takie czartowskie Złydnia ma szczęście. Nigdym ja od niej nie posłyszała lisznego słowa, nigdy mi nawet babo nie rzekła — ino matko. I takież dziecko osobliwe; żeby kiedy zapłakało, żeby w nocy się odezwało, żeby się czego napierało. Ani chybi w borze tylko takie ludzie ciche i takie dzieci się lęgną. To panie nie wygoda — a dola moja dobra stanie na starość. Już mi gdzieś i zawziętość ginie — z tą moją siemią żyjąc.
Magda szła ku nim z dzieckiem, przystanęła i rzekła:
— Co każecie, matko, zwarzyć na wieczerzę dla pana? Skoczę do kosza w ruczaju — może rybę znajdę!
— A ja obejrzę zagajniki ku rzece, bom tu już dawno nie był — rzekł pan, biorąc za strzelbę.
W parę tygodni po tej gościnie, ze dworu przysłano dla baby trzy fury siana na zimę dla krowy, i dwóch ludzi, którzy z ruin smolarni urządzili obórkę, a budę zrestaurowali, że stała krzepko w oczekiwaniu słot jesieni i zimowych mrozów.
— Daj Boże doczekać wiosny. Bezpieczne my! — rzekła baba, a Magda dodała, obejmując odludzie to wzrokiem radosnym:
— Daj Boże — już wiek tu zbyć i kości położyć!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.