Sonety tatrzańskie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Sonety tatrzańskie
Pochodzenie Poezye Studenta Tom III
Data wydania 1865
Wydawnictwo F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

SONETY TATRZAŃSKIE.

(POŚWIĘCONE RODZINIE GÓRALI.)




WIDOK Z GÓRY MOGILAŃSKIEJ.

Spinam się już ku Tatrom pierwszą wzgórków falą,
Przede mną grzbiet Bezkidów, gruzy Lanckorony,
A za mną niknie Kraków we mgłach ozłocony,
Ostatniemi promieniami, co się w Wiśle palą!...
Świątynie i mogiły! sieroty przeszłości!
Żegnam was! idę, kędy głazy nad otchłanie
Pną się ku chmurom niebios, borami owiane,
A z czoła grzmią pianami po mchów zieloności!
Nikniecie mi wieżyce, we mgłach oddalenia,
Waszych dzwonów wieczorne jeszcze słyszę brzmienia,
Odbite w tęsknej duszy zasłuchanym łonie —
W tatry! żegnaj Krakowie! Za tobą drżą dłonie!
Tak orzeł z gniazda lecąc ciszę w krzyk zamienia —
Witajcie światy ssące wielkość, z chmur sklepienia!



BEZKIDY.

Wzrokiem objąłem łańcuch modry jak niebiosa —
Co wzdyma grzbiet wypukły, ni potopu fale
Zacięte w bryły lodu w dzikim burzy szale,
Nad niemi trzemieli tylko sosna ostrowłosa...

Tam cudna Babia góra! to Bezkidów ksieni!...
Gdy czoło chmur kapturem zakwefi nad siołem![1]
W tatrach, Mnich już pioruny odgrzmiewa swem czołem.
Łamią się jasne blaski słonecznych promieni,
Pędzą chmury, błyskawic ziejące łunami,
Jak gdyby aniołowie ze swemi trąbami
Na sąd ostatni wiejąc, ciskali gromami!...
O modra Babia góro! chrobre serce twoje!
Z pod niego tryska Wisła — i zatacza zdroje
Tam! pod Kraków —
Krakowie! poświęć pieśni moje!



DOLINA RABY (w nocy).

Mrok szary opadł szczyty i otulił mgłami
Biodra sennych olbrzymów co Tatrów strażnicą,
W głośny płacz rozełkaną, z skał bieży dziewicą,
Tęskna Raba, od źródła walcząca z skałami...
Nad górami błękity... bez chmurki — bez końca!
Anioł zapala gwiazdy nad ziemi namiotem,
Księżyc w pełni z za skały wyjrzał licem złotem
Kość ziemię spaloną promieniami słońca!...
Złote strumienie z głazów spadają pianami
Zdrój za źródłem płaczący w gór zakrętach ginie,
Milczą lasy — i skały okwefione mgłami —
A wśród nich jak pomiędzy świata mogiłami
Anioł ciszy siadł dumać w anielskiej dolinie —
Nocy święta! balsamie po nocach cierpienia,
Tu fala walczy z głazem — jako prąd natchnienia!



CMĘTARZ BAŃKÓWKI (pod Szaflarami.)

Gwiazdo młodości ludów! gdzie jesteś?... czy życie
Skarlało już, że smętna nurzasz się w ciemności?
Czy narody posnęły, a snem nikczemności
Że promieni niegodne twych, już, Boże dziecię?!

Dumając o twym locie, potrącam o głazy
O kościołki stawiania Opryszków — o ludu,
Czaszki śnieżne jak serce jego pełne cudu!
Lud — to w pustyni świata, ostatnie oazy...
Z nich młode życie tryska na przestwór tej puszczy
Wonne, jak te mogiły dzikie, smętarzyska —
Jak tu cicho — anielsko!... z dala od ich tłuszczy,
Nad smętarzem tym wzlata jako tchnienie boże,
Wonny powiew wieczoru, co w przedburzy błyska,
A tam jak wieścią gminną, szumi w sosen borze!...



NOWOTARSKA DOLINA.

I.

Między Bezkid a Tatry, w rozległej dolinie
Jak młody góral, co legł nad rodzinnym zdrojem,
Nowy Targ się rozłożył, chat drewnianych strojem,
Ginie już Babia góra, cały Bezkid ginie!...
Biały Dunajec z Czarnym, [2] jak dwie dusze młode
Tu się zlały, i pędzą z zapałem młodości,
Choć odległe ich źródła jeden cel w przyszłości,
A okiem czytam na dnie przez fal modrą wodę...
Dalej! dalej wędrowcze! tam wstaje przed tobą
Nowy świat!... czy świątynia — to z kopuł milionem,
Co w śnieżne piramidy, tęsknią za gwiazd tronem,
I za słońcem, ssąc chmury, kwefią się żałobą?...
Ha! czy to mur Tytanów na Jowisza wroga?...
Polska duszo! to Tatry —
Arcydzieło — Boga!...


II.

Parz ten chaos!... jak wielki pożar całej ziemi
Skamieniały od razu, w granity bez miary,
Pną się czubami szczytów — jak Babelu mary,
Zdrój światła je oblewa, strugi srebrzystemi...

Tam szeregiem za sobą — bieżą lekkie białe,
Jak gdyby się już chciały oderwać od ziemi,
A Łomnica[3] królowa hetmani nad niemi,
W wieńcu chmur i piorunów ma czoło zsiwiałe!...
Tam Murań się wychyla z swych wirchów[4] drużyną,
Na błękitach się śnieżne prześcigają szczyty,
Pierś ich jęczy borami, z serc ich zdroje płyną,
Aż w górze naga skała rozdziera błękity!...
I piorun im koroną — na echa miliony,
Bo na ziemi dla skroni ich — nie ma korony!...



BIAŁY DUNAJEC.

Bądź pozdrowione dziecię gór, zaklęte szałem!
Kiedy burze zatrzęsą Tatrów posadami,
Ty pierwszy srebrnej grzywy powstajesz pianami,
I brył massy porywasz młodzieńczym zapałem!...
A kiedy mgły przywalą sinych turni czoła,
Wśród letargu natury, ty jeden nieśpiący,
W świątyni Tatarów jak głos wieszcza wołający
Do ludów, co zwątpiły o wiary anioła!...
Hej Dunajcu! szaleńcze!... co z młodzieńczą siłą
Marzysz, szarpiesz się naprzód! kędy prąd Cię goni,
Tyś czysty — jak łza Polki poświęcenia siłą,
Spłakana na sprzysięgłej bratnich druhów dłoni!
Tak lud co nad swych dziejów skajdanion mogiłą
Szemrze długo — lecz biada! gdy się dorwie broni!...



DROGA NA GEWONT.
(PRZEZ KONDRATOWĄ.)

Koń mój jak dzika koza po głazach się spina,
Choć kipią pod kopytem górskich zdrojów piany,
Dyszą gardła przepaści, w mchów zielone ściany
Odziane skały rosną, gdzie gromów dziedzina!...

Tu otchłań i tam otchłań! dalej przez wąwozy!...
Z brył na bryły koń stąpa lasów ciemnicami,
Ozwały się szczekania! z owczemi dzwonkami
To szałas — ! spoczniem — tutaj pasą owce, kozy...
Z desek zbity wśród jodeł — tu legniem znużeni!
Tam echo niesie w błękit pasterek piosenki,
Co jak pieśni aniołów po chmurach konają,
To ulatują w dół... po skałach się wieszają
I znów płyną nad dzwonków nieme, głuche dźwięki!...
Echo ich z szumem lasu płynie przez rozdroże,
Tych śpiewów się odsłuchać nie mogłem o Boże!...



GEWONT PRZED BURZĄ.

Chmury u stóp twych płyną o pielgrzymie młody,
Za chwilę trysną gromy błyskawic gromadą —
Gewont rozwarł swą paszczę [5] przed dziką biesiadą,
Już chmury pędzą, tłumiąc się dziko jak trzody...
Za chwilę wstanie burza ziejąca łunami
Gewont dziko zaryczy z paszcz swych głębokości,
Zgraja wichrów zatrzęsie wiankiem zieloności
Co mu u stóp natura oplotła lasami...
Lecz przeleci ptak burzy, dziki, czarno chmury,
Modry Gewont wyjaśni w niebie sine czoło,
Wróci muzyka źródeł co grają w około...
I będzie cicho w Tatrach, i orłom wesoło —
Kiedzyż minie pielgrzymie dziki i ponury,
Burza, co skrzydeł ducha twego miota piory...



GEWONT PO BURZY.

Cisza — cudna i boska! słońce ze skał szczytu
Słania głowę konając — łamie swe promienie —
Zgasło!... zdrój purpurowy rozlał się w przestrzenie
Pierwsza gwiazda wieczorna zadrżała z błękitu...

Milczą lasy — i skały mchem wieków brodate,
Lecz Gewont niesyt jak lew skamieniały,
Zada się ryczeć o pomstę choć gromy przebrzmiały —
Szeroko rozwarł turnie[6] wiekami garbate...
Tylko zdroje w dolinach ... i fujarki płaczą,
Tylko orły za słońcem po urwiskach kraczą,
Noc podnosi ku gwiazdom mglisty płaszcz w żałobie...
Pielgrzymie! taka cisza kędyż będzie tobie...
Co życie błogosławisz przekleństwa rozpaczą?...


ORZEŁ (przelatując).

Życie snem — cisza zbudzeń — w grobie! w grobie! w grobie!



DROGA Z GEWONTU (przez małą łąkę ku Zakopanemu).

I.

Z góry stąpam śladami w głazach żłobionemi,
Śmiertelnemi jak progi śnieżnego Zawratu,
Już rosną Kozodrzewy, różowego kwiatu
Moc kwitnie pod perłami, rosy srebrzystemi...
Nagle pojrzę... las uschły!... to szkieletów państwo!...
Podarte, popruchniałe stoją dzikie drzewa,
Tu wśród śmiertelnej ciszy smutne ptaszę śpiewa...
Tu dałbym cmętarz sercom co życia kapłaństwo
Straciły, tracąc miłość którą się otruły...
Chociaż kochać umiały — i za wielu czuły!
W dali Pyszna!... Smereczyn stawek w świerków tłumie,
I już w zachodzie słońca widzę kościelisko,
Jak miło się zadumać przy Dunajca szumie...
Chodźmy bo idzie burza — a szałas nieblizko!...


II.

Krok tylko do otchłani!... pojrzę w dół oczyma,
Mijamy małej łączki cudze aksamity...
Znowu w górę ... małego[7] Gewontu to szczyty,
Co ma Ojca swojego, pogląda olbrzyma!

Pchnijmy bryłę!... co drzymie tu od lat tysiąca!...
Rusza się... w dół rozpędza... chyżej! coraz chyżej!...
Grzmi po skalach, obrywa bryły... coraz wyżej
Podskakuje szalona!... co spotka — roztrąca!
Jak idea z przemocy gwałtem się rodząca!..
Pędzi! grzmi jak urragan — ale już pęka w sobie —
Szaleje — i w kawały bryzga już piana...
Szczątki jej w szczątki lecą — rwą głazy po sobie,
I grzmią w dół jak szatanów spadła karawana...
Tak wielkie serce w odmęt świata rozpędzone
Pęka — kiedy natrafia — natury spodlone...



ZAKOPANE.

Jak Tatrów pierś rozległa w tej dzikiej dolinie!
Nad nią zwiesił się Gewont olbrzymim snem wieków,
Z nad niego błyskawice ogniem swych powieków
Gonią w przestrzeń, gdzie Biały Dunajec z skał płynie!
Brzegiem jego gdy idę, witam ten kościołek
Drewniany[8] — pełen śpiewu jak ul brzęku pszczółek,
Wonny wonią modlitwy, wzniósł pokorne czoło!...
Dalej gwiazdy po skałach chaty pną się w koło,
Tam na wzgórzu Krzeptówka!... o fujarki grajcie!...
Trąbacz[9] szczeka!... powracam! kochani witajcie!
O dolino urocza! z drzew i zdrojów szumem
Zaludniłem twą przestrzeń wspomnień moich tłumem!
Jak odzew leśny, który nad kwiaty przewiewa,
Dokąd im serce wtórą zwrotką nieodśpiewa!...



JUCHASY.[10]

I.

A czy znasz — ty Juchasa, to dziecko natury,
Piękne lica jak senne widzenie malarza,

Z chmurą włosów i orlem okiem co odtwarza
Swobodę młodej duszy, dziką jak te góry...[11]
W szałasie stary Baca[12] gajduje,[13] króluje,
A juchasy śpiewają, skaczą i słuchają.
W koło Bace wieczorem przy ogniu siadają,
A pieśniom ich zdrój dziki trzód dzwonek wtóruje —
«Tak pędzi dobry Jezus swe trzódki do nieba!»
Śpiewa młode pachole, z swobodą na czole
I gna przed sobą owce, bo skał jemu trzeba!...
Im gdy smutny fujarki swej głosem wypłacze
Duszę!... a kiedy wesół, to po wirchach skacze,
Kędy drży dzika koza — i sam orzeł kracze!...


II.

Patrzcie! płonie ognisko... Juchasy do koła
Siedzą, leżą i ostrzą kosy, w koło skały...
A przy nich drzymie duży pies jak mleko biały...
Przechodzi górska burza, jaśnieją skał czoła,
Tam już szumią potoki wezbrane przez hole [14]
Oj! tak z gór pędzi Juchas, ptaszę nieuczone
Bez nich uśnie, jak wody rybki pozbawione —
Wolę go — jak czarowne Indyjskie pacholę...
I patrząc na tę garstkę przy bratniej wieczerzy,
Zdało mi się, że widzę Betleem pasterzy —
Którym anioł zwiastował, że już słowo ciałem!...
O! i wam kiedyś może ludu mój ubogi
Błyśnie anioł zwiastować skrzydłem swojem białem,
Że wyostrzył pioruny Pan na swoje drogi!...


III.

W rozpędzie dzika koza na wodospad sadzi,
Gdy otchłań przeskakuje — tuż nad nią się waży

By spaść Karpacki orzeł — !
A Juhas na straży
Zmierzył — palnął! krzyknęli Juhasowie radzi!
Od jednej kuli orzeł zwinął się — i runął
Bijąc skrzydłami, jako gwiazda spadająca,
A od drugiej — już koza zdrój przeskakująca
Padła... i zfarbowany potok na nią lunął...
«A któż was tak wyuczył mój bracie Juhasie?»
«Ojciec co na Wiśniczu hen! chudzina dysze!»
«Z Chochołowa[15] go wzięli!»
«A gdyby też w czasie
«Stanęło Polskie wojsko?... szlibyście na wroga?»
«Z ciupagi[16] i flintami!... Jak dla Pana Boga!»
«Dajże mi pióro z orła!»
«Ja to krwią zapiszę...»



JUCHASOWA PIOSENKA.

Goni Juhas goni,
Strzyżki[17] starą pyrcią[18]
Tylko dzwonki zbyrczą,[19]
Goni juhas goni!...
Do strzyżek się biały
Baranek nawinął,
Gdzieś z chmurki wypłynął
Baranek on biały!...
I stado za sobą
Wodzi gdzie z żałobą
Już chmury na turniach się kładły o zorzy!
A Juhas się trwoży,
Świat widzi pod sobą —
Już w niebie!... a był to baranek o! boży!...



GROTY MAGÓRY.
(NAD ZAKOPANEM.)

To świątynia, gdzie Bóg dał plan architektury —
Wyżej! wyżej pochodznie!... przed nami załomy
Sklepień stalaktytowych i ciemnic pogromy
A w głębi odgłos kroków gubi się ponury!
Państwo głazów!... jak widma szkieletów bez końca,
Stojących w katakumbie — a łzy ich w ciemności
Z wilgotnych sklepień dzwonią w śmiertelnej cichości!...
Płaczą — bo niewidziany nigdy twarzy słońca —
Tu dla zbrodni tyranów szatan stworzył nory!...
Tutaj ssą piersi Furyi, nim wyjdą z ciemnicy
Takie zapewne serce Cara! kiedy chory
Oddaje czarną duszę pomiędzy potwory!...
Tutaj kiedy zabłądzi promień błyskawicy
Drga… łamie się… i kona w przestworzach ciemnicy!...



ŻELAZNE BRONY[20]
(PRZY ZAKOPANEM.)

Witaj mi mój najmilszy wąwozie wspaniały!
Prawnuczę Kościeliska! bramo do Tatr świata —
Jak wież gotyckich igły — bluszcz tarnie oplata,
Na skałach świat potworów w locie skamieniały!
Środkiem poobrywane bryły nad bryłami,
Po mchów ich aksamicie pędzi zdrój spieniony,
Spada z stopnia na stopień cały zbłękitniony,
Grając ciągłą harmonią szklanych fal dźwiękami…
Tam! w dali widzę tęczy nad lasami lśnienie,
Którejby niezaklęta Ruisdala źrenica!
Tęczo, ty mi wspominasz moich lasów cienie,
I dolinę, gdzie cicha nuciła dziewica!...
Serce jej było czystsze niż górska krynica
A dusza jak ty tęczo!... o płyńcie strumienie!...



LIST DO MIECZ.  R*.

Błogosławione ptaszę, co się budząc z rana
Przed słońcem, już zroszoną powita jutrzenkę,
I jaskółczą wesoło poczyna piosenkę,
Ale nie wie o pieśni, choć śpiewa: Hoznana!...
I nie wiem, co Ci więcej o mem życiu powiem:
Żyję w chacie gdzie gazda, dzieci i gaździna
Są mi czem przenajświętsza malarzom rodzina
W prostocie, której skrzydła nie ciężą ołowiem!...
Od trzech dni słota… turnie mgłami przywalone
Z psem moim towarzyszem błądzę godzinami,
I spoczywam w szałasach miedzy Juchasami —
Wkrótce obaczę Morskie oko rozjaśnione!...
Przy chacie słyszę owiec jednostajne dzwonki
Którem polubił… w oknie przędą mi pająki...[21]


LIST DO  M. T*.

Gdybym mógł, moja droga, biedne moje pióro
Zmienić w pędzel Calama, przesłałbym Ci — Tatry!
A tak, tylko Sonety — z skał na cztery wiatry
Jak garść liści z lecącą posyłam Ci chmurą!...
O! nieraz ze łzą w oku, gdy wśród tych ogromów
Myślę, jak twój ołówek zakreśla kontury,
Żal mi, ze znasz przeczuciem tylko nasze góry,
Żeś nie ze mną, wśród Boga myśli, tych odłomów…
(Tu o mnie wspomniej kiedyś... w ranek chmurny, mglisty)
Tu prawdę nam jedynie Głowacki skopiował,
I pędzel jego, Tatry tęgo slabizował,[22]
Choć nie czytał. Jak przyszły kiedyś mistrz ojczysty —
Z głazów, którymi walą u nas w piersi artysty,
Wstanie kościół piękności — wielki — jasny — czysty...



DROGA DO MORSKIEGO OKA.
PRZEZ BUKOWINĘ.
I.

Za mną Gewont skał książę w swoich chmur koronie
Znika we mgłach oddali otoczon skałami,
Jak lwia paszcza rozdarta Samsona pięściami,
Tam wstają nowe szczyty nad błękitów tonie!...
Piętrzy się wielki Murań dziki i ponury —
Nad nim schyla się słońce spadając za góry —
A on rośnie w ogromy — straszny i wspaniały
Cały błękitem niebios odziany w płaszcz chwały…
Muraniu! modra góro! skąd ponurość tobie?...
Zdroje grają Ci u stóp — słońce szczyt wspaniały
Całuje promieniami — i karleją skały...
Czy tęsknisz za Łomnicą kochanką w żałobie!
Żeś ostrą skronią szat swych poszarpał obłoki?...
Nie! ty pragniesz piorunu wśród ciszy głębokiej!...


II.

Tam po turniach się pasą w słońcu owce białe,
I w górnych mgłach zaleją jak motyle drżące,
W tem dziad! dziad[23]
Wrzasnął Juhas i owce dzwoniące
Jak kropelki kaskady bryznęły na skałę…
Górale jak pająki drapią się ku górze,
Białe psy się ozwały głośnem ujadaniem,
I umknął bury niedźwiedź.
A tam pod Krywaniem
Czy to się gniazdo orła czerni między zorze?
Tam — wysoko! to szałas przewodnika mego —
Młoda góralka dziecię tuli tam śmiejące,
Góral wiotki jak sokół, rumiany jak słońce
Gniazdo swoje umieścił wyżej od orlego —
Choć nędza nieraz zajrzy ślepiami sowiemi,
Jeźli gdzie, to tam jeszcze jest szczęście na ziemi...



MORSKIE OKO.
I.

Coraz to więcej skały ścieśniają ścian biodra,
Czarna dzicz, naga — i ponura coraz bardziej,
Ciasno, duszno — pod górę, góry coraz bardziej
Leżą na drodze — nagle —
Błysła szyba modra!...
Rozsunęły się skały, w około granity —
Czy to kształty szatanów, co z niebios leciały
Strącone, i tu w bryły modre skamieniały?...
O nie! bo niebo cichych fal pieści błękity —
Jest chwila, gdzie w naturze święto — jak w kościele,
Grają zdroje i drzewa, milkną burzy szały,
A cisza po niebiesiech gwiazdy swoje ściele...
Morskie oko, to Tatrów dusza zwierciadlana —
Patrzcie! teraz jest taka chwila!...
Na kolana!...


II.

Polsko! kto twych piękności niezaznał przed grobem,
A inny świat zachwytu młodem wciągnął tchnieniem,
Jest jak poganin dumny swej siły istnieniem,
Co nieczuł gwiazdy świata wstającej nad globem…
Bo piękność reszty ziemi — a ty śpiąca jeszcze
To Wenus marmurowa, przy boskiej Madonnie,
Co stoi matką wieków nad światy obronnie,
W szaty nieśmiertelności strojąc duchy wieszcze!
Tam — akkordy chaosu — piękny kształt bez treści,
A ty cicha, dziewicza, jeszcze niepoznana,
Budzisz się w grotach ojców wołając Hozanna!
Jak słowo, co się w ciało przetwarza w boleści —
Zdrowaś! wstająca z martwych Polsko Chrystusowa!
U czoła z Duchem Świętym — Ery — Polsko nowa!...


III.

Z nad skał błękit jak Boga pierś rozwarta światu,
Morskie oko w anielstwa zatonęło ciszę,

A nad niem w niebiosach orzeł się kołysze,
I natura w ogromie swego majestatu!...
Przeciw słońcu, Granitów mur! gruzy Babelu!...
Rosną tęsknotą w błękit bez końca, i końca,
A po nich całowane promieniami słońca
Jak lud co nad otchłanie bez steru i celu,
Piany czarnego stawu w przepaść lecą grzmiące
A w środku Modre oko — ciche tęczujące
To zwierciadło aniołów, gwiazd i słońca twarzy!
Lecz kiedy rykną chmury na tych szczytach śpiące,
I piorun czoło Mnicha[24] swym wieńcem rozżarzy:
Trąba anioła!... światy na sąd powstające!...


IV.

Płyńmy! płyńmy! już stoim na przejrzystej toni —
Za nami brzeg skalisty chmurą błękitnieje,
Cicho pomyka tratwa — a głębia czernieje,
I ogromy kołyszą się cieniem tych błoni…
O świątynio natury, kto myślą młodości
Niezaduma się w tobie, ma tylko pół duszy!
Duch szaleje pięknością! i piekło niezgłuszy
Głosu, co śpiewa w piersi — o nieśmiertelności!...
Stójmy!... o ciszo wielka! wśród olbrzymich tworów —
Tonę źrenicą w świat ten bez słów, i bez wzorów,
Morze światła trysnęło z eterów bez chmury,
Czarne skały na lila zmieniają swe czoła,
W falach zagrał promienia blask, odstrzelon z góry,
To wschód słońca!... jak promień w ciemnicy kościoła!...


V.
MORSKIE OKO  (w nocy).

Czy to słowa Jehowy, pomście poświęcone
Śpią w bryłach, aż je świata burzyciel ożywi?
Nad ich ścianami błękit światło nowiu żywi,
I milionami gwiazd sklepienia zawieszone!...

Skały na fale w ciszy rzuciły swe cienie,
Jezioro jak miłości głębia niezmierzona
Nad niem w cieniach postacie grozy Laokoona,
Prometeuszów kształty zaklęte w kamienie…
Lampą grobów piramid zawisł księżyc blady,
Tam! tam! pod czarnym stawem kiedyś w skałach kute
Będą groby dla wieszczów Polski Zmartwychwstałej, —
Kaskada zamknie otwór tej groty wspaniałej,
W której zawiśnie arfa nad lutnie Hellady,
A Polska strun jej dotknie... na znajomą nutę!...


VI.

I w milczeniu północnym … co rok w te ciemności
Jasny anioł z obłoków ku tym skalom spłynie,
Uchyliwszy zasłony wód, co ścianą płynie,
Trąci arfę, by śpiewać hymn męczeństw ludzkości!...
I staną zasłuchane planet kołowroty,
A dziejów głos odpowie, że drgną skał posady,
I znowu ścianą spadnie zasłona kaskady
Grzmotem sprawiedliwości i Boga tęsknoty!...
I Nemea wśród afer wszech świata się ozowie,
A w ciemność runą starzy, przeklęci bogowie,
Na gruzach pagód fałszu, po szkieletów stosach
Polonez duchów świata zabrzmi w ludów głosach,
I zatrzęsą się kości tych, co rozpaczają,
Czując, że wszystkie ludy w Bogu zmartwychwstają!...


VII.
BURZA W MORSKIEM OKU.

Ha! ten ryk! czy szatanów starły się plemiona
I w wściekłości na siebie miotają skałami?...
Wichry rozczochranymi szarpią sosn grzywami,
Co przeciw nim podniosły konarów ramiona…
Grzmot rodzi tysiąc grzmotów, co rozgrzmiane w górze,
Rozdarte po otchłaniach głucho się staczają,
Jak gdyby wszystkie działa — dzwony ziemi, zgrają
Wrzasły — o jednej chwili w spiekielnionym chórze!

Fale wstają górami i taranią w skały
Bryły toczą ze szczytów piorunowem echem —
Chmury rozplotły warkocz — dwa światy związały…
W tem — z burzy trysnęła tęcza! —
Chmury z toń oddechem
Grzmiąc dziko uciekają... już cisza dokoła —
Milknie groza szatańska — kolej na anioła!...


VIII.

Coraz rzadziej grzmot ryknie, rozgrzmiany po górach,
Po turniach huczą piany wezbrane potoku...
O! kto raz widział lica burzy w Morskiem oku,
Nic więcej nieobaczy — chyba Boga w chmurach!...
To głosy Jehowiczne, co z Sinaju grzmiały —
Bo gdy piorun roztrzaska i oberwie skałę,
Co wali się z swych szczytów w bezdni piany białe
Człowiek — przeczuwa Boga — wieczności gmach cały!...
Po chwili — znowu jasno — cichy szafir toni
Odbił w swem licu niebo... przez niknące chmury
Słońce wyjrzało złote, i na ziół milionach
Złoci brylanty rosy, z hojnej burzy dłoni —
Tajemnie znowu milczą turnie na swych tronach
Poglądając w otchłanie i fal świat ponury...



PIĘĆ STAWÓW.
(ZE SZCZYTÓW SKAŁ ROZTOKI NAD SIKLAWĄ.)

I.

Po gruzach gruzów skalnych stąpam od Roztoki —
U stóp mych się rozsiały wszystkie czary ziemi,
Bory — w dolinach nitki zdrojów, z skały swemi —
W dali niebieski Bezkid kryje się w obłoki...
Tu acz droga nużąca jak droga żywota
Masz widok, jakim szatan kusił zbawiciela
Cudem cudów — arcydzieł — harmonii wesela!
A w tem pojrzysz za siebie — tam? Tatrów Golgota!
Staje ci przed oczyma szereg wirchów dziki,

Jak amfiteatr świata[25] bez życia, bez śpiewu,
Środkiem przestrzeń martwoty — świat głazów — świat dziwu!
A nad głazami krążą orły pustelniki —
To przestwór pięciu stawów — Stygijskie chodniki!...


II.

Dzicz! i bryły na bryłach chaosem ciśnione
Wzdłuż i w szerz się rozlega — a środkiem przestrzeni,
Pięć stawów w głazach szklą się zwierciadły ciemnemi,
Milczą — tajemnie — w koło życia pozbawione!...
Tu mgieł wielkie królestwo! świat przerażający!
Jeden staw z drugim fale mimo głazów łączy
Aż wraz grzmią w otchłań, z szczytów Siklawy strącone!...
O Siklawo! w twe piany huczące, szalone
Milcząc pogląda pielgrzym — i rozmyśla — życie!...
Ono przegrzmi i runie — jak mgły rozpędzone —
Pielgrzym u piersi matki natury jak dziecię
Zmysły utopił w obraz jej — odbieżał ciała,
I duchem się rozemdlał w wszech świata rozkwicie!...
Słucha górala — niemy wśród twych skał — jak skała!...



GŁOS PRZEWODNIKA.

I.

Oj — dawne temu dzieje ja zbójniki tłumem
Napadły — i gór książę dał gardło wśród boju,
A odtąd mu pięć córek z matką w czarnym stroju
Wypłakały swe oczy — wody skarżą szumem!...
I wdowa poszła płakać między dzikie skały
I wypłakała oczy — toć tam: Morskie oko!
Siadła — gdzie dziś staw czarny szumi hen! wysoko,
Z łez jej wody — co w piany szumią warkocz biały!...
A pięć córek usiadło — ot tu — w tej dolinie
I każda skamieniała wypłakawszy oczy,

I stąd pięć stawów z których Siklawa się toczy,
I zbudzą się i wstaną — aż Siklawa spłynie!
A ten stawek najmniejszy — gdzie woda zczerniała
To najmłodsza siostra oczy wypłakała...


II.

A nieraz kiedy burza zahuczy rozgłosów,
Toć wstają po północy cienie nad wodami
I w koło białe siostry targane wichrami
Po głębinach pląsają z piosenką żałośną...
I hen![26] na Morskiem oku wieńcem białe koło
Zwija się — w falach dziopy[27] śpiewają sokole,
A każda ma gwiazdeczkę na bieluchnem czole
A kosy ich wiatr niesie jak chmury nad czoło!...
I wtenczas strach Juchasom, bo ciężka godzina,
W głąb porwie gdy rozkocha Juhasa dziewczyna,
Dziad[28] tuli się do jamy, pod kamień gadzina...
Aż Mnich[29] ciśnie kamieniem co pada z wysoka!
Wtenczas w głąb zapadają, cichnie toń głęboka,
Wchodzi miesiąc... i cicho u morskiego oka…



DROGA OD SIKLAWY ROZTOKĄ.

Tu — czy wpadła natura chwilą w obłąkanie?
Oberwanych skał sterczą z obu stron krawędzie,
We mchy, zioła, i puchy porosłe łabędzie!
Środkiem Białka roztacza zdrój między otchłanie. —
Tu tłumem trzmielą sosny prastare, zgrzybiałe,
Inne nad pian grzywami leżą powalone,
Pnie strzaskane piorunem, rozdarte, stoczone,
Dalej ostre opoki — i ziół lasy całe...
Kto was tak rzucił głazy zwieszone po Sobie?...
Czy Kyklopy z gór pchnęły po nich srebrne piany?

Dalej! tą drogą cudów! świat zaczarowany!
Las paproci — kraina duchów śni się tobie!
Giną grzmoty Siklawy, cud po cudzie wstaje,
I oku pijanemu odpocząć nie daje! — —



I.
MONOLOG PIELGRZYMA.

Wśród bez granic piękności na pierś spada głowa —
I świat się oka chmurzy, myśli w sobie giną,
Porwane prądem szału, jak kwiaty co płyną,
Rzucane niegdyś w strumień, gdzie cicha dąbrowa —
Za cóż wziąć tę tęsknotę co piekła iskrami
Wypaliła w sercu i pamięci rany?
Czy to jest piętno, którem duch napiętnowany
Wzbija się wśród piorunów boleści skrzydłami!...
Dziś z tęczami twych marzeń jeśliś marzyć zdolny,
Stąpasz po bujnej ziemi, choć smutny, lecz młody,
Swoboda pierś uskrzydla — i jak orzeł wolny
Niedbasz, że życie twoje leci prądem wody!...
Jutro — szkielet — i gruda ziemi na posłanie
Prócz czaski zgasłej lampy — co z Ciebie zostanie?...


II.

Niosę w sobie niepokój co mnie żre i pali,
Duch kulą u swej nogi, wlecze ciężar ciała,
Ciągłą walką zacięty, i trawiony, pała,
Choć dumny tylko matce naturze się żali!...
Przeczuciem oka duszy wśród ciemności kroczy,
Do jakiejś tajemniczej gwiazdy, co z daleka,
Świeci blaskiem wulkanu — i w ciemności ucieka,
I trawi młode serce, i żre ducha oczy!...
Czyż tęsknota za celem wielkim niewidomym
Wśród nędzy życia mrowisk, i letargów ducha
Pędzi ku nieśmiertelnym krainom wyśnionym?
Czyż w ciszy co wkoło mnie, tajemnicza, głucha,
Walki, klątwy, męczarnie — to krzyk w drodze życia
Orlicy, niewolnicy, duszy z ciał spowicia!...



KOŚCIELISKO.

I.

Wstąpiłem w świat zaklęty cudów i ogromu —
Wąwozy jak miast ruin kręcą się ulice
Górą masy piramid — przy których karlice
Tumy ziemi i gniazda człowieczego domu…
Środkiem pędzi Dunajec w pianach, rozhukany
Z brył na bryły się targa, wściekły i szalony,
A nad nim się z olbrzymów zwiesza świat złożony
W dwie arcydzieł, natury niebotyczne ściany!...
Tu, gdy duch twój znużony po zapasach świata,
Siądź, i dumaj w milczeniu chwile i godziny,
Tubyś chwilą przemarzył godzinami — lata,
I wstał siwy, choć siadłeś młody w zachwyceniu!
Tak drze się życie nasze przez głazów szczeliny,
Aż się stwórca odnowi — w stęsknionem stworzeniu!...


II.

Zrazu łąka falista jak morskie przestrzenie
Po jej kwiatach pod Upłaz[30] pędzą chyże fale,
Jaszczurzy się powierzchnia w przejrzystym krysztale,
Słońce zmienia w klejnoty podwodne kamienie!
O dolino anielska! najcudniejsza w świecie!
Kiedy okiem po tobie błądzi pielgrzym ziemi,
Ty mu kraje odtwarzasz obrazy rajskiemi,
Jakich już nienapotyka w tym świata szkielecie!...
Dalej idąc wstępuje w ciaśniejsze przestworza
Skał — co jako posady całych światów stoją,
To jak tumy z wieżami, to zamki co stroją
Korony baszt swych wieńce lasów, co z nad łoża
Muzyki fal Dunaja, szum swój łączą społem
Jak szatan co swe głosy chce łączyć z aniołem!


III.

O mówcie mi wy skały, wy zamczyska stare,
Szumem wichrów i chórem rozgrzmianych piorunów.

O naturze co siostrą ducha z pól piołunów,
I anielstwie niebosów co krwi dają czarę...
Czytam w tobie z zachwytem o natury księgo!..
W górze Zbójeckie[31] izby — Stoły — a tam — Sowa
Jak szatan skamieniały — dalej Trupia głowa
I Organy, grające milczenia potęgą!...
Kościelisko — to kościół najpierwszy na ziemi,
Co Bóg sobie zbudował wśród dzikiej natury,
A tu go chwalą lilie — orły, lasy, góry —
Fale — burza — i cisza z piosnki pastuszemi...
A kiedy burza zbudzi las do wichrów skory,
To w kościelisko Boże — prawią się nieszpory...


IV.

Grody całe zaklęte w głazy Tytaniczne,
Ogrom pod ogromniejszym Zina się ogromem
I tak w niebo się piętrzą kolosów rozłomem
Stolice duchów — burzy szczyty błyskawiczne...
O potęgo natury! tyś przerażająca!
Kiedy okiem potoczę po licach tej ziemi
Rozumiem Cię człowieczą łzą, tchnieńmi niememi,
Lecz i ty mnie rozumiesz wtedy — ty milcząca!
W tobie jest świat proroczy, co nieraz pytanie
Rozwiąże mękom ducha, bóstwa ideałem!...
Jak gruzy wielkich myśli głazy twe w zaranie
Śpiewają tu przez wieki milczeniem wspaniałem
Nad wszelkie głosy, wieczność! której tu niestanie
Pieśni śpiewać — lecz ją dośpiewa — Zmartwychwstanie!


V.

Kiedy w świecie twych urwisk stoję jak zaklęty,
Straszno mi przed ogromem twoim o naturo,
Lecz kiedy zgaśnie słońce — a księżyc nad górą
Jak łza twórcy zawiśnie, w ciemnościach poczęty...

Wtedy się kocham w tobie — i z miłością syna
Rzucam się na twe łono!... a twe czarne bryły —
Dumają we łzach cichych —
Wodospadów siły
Ciszej grają — ty mówisz do mnie — o! jedyna!...
Wtedy płaczę przed tobą — i piersi rozdzieram,
I najtajniejsze tajnie serca ci roztwieram,
A ty harmonią życia i gwiazd promieniami
Zapełniasz jedną duszę — wielkimi duchami
Co wstają we mgle dziejów — na szczyty je wzywasz —
Że się zrywam i w arfę biję! —
A ty śpiewasz!...


VI.

Pytam ludu — skał pytam, o tej chwili dzieje,
Kiedy górskie orlęta, broniące swą ziemię,
Spadły za swoich turni na Mongolskie plemię
Jak piorun co śpi długo w chmurach, aż zaśmieje
Się w pomsty śmiech!...
O — trwoga — !
Tam nad ogniskami
Mrowie czarnych potworów z małemi ślepiami
Wrzasku ciche doliny napełniły grzechem,
Co śmiech szatana, w sercach ludu brzmiał echem —
I z swych turni górale, z nożami, toporem
Rzucili się jak ślepi w przebój na tłum dziki,
I bój wrzał od południa — w noc — aż hordy krzyki
Jękły — a lud wziął górę nad szarańczym tworem
I drzewa z turni pchnięte, gniotły najezdniki
A na stosa trupów księżyc przeląkł się wieczorem!...


VII.

Czy to jeszcze wre bitwa! noc opadła skały —
Nie, to huczy Dunajec — po trupach wezbrany,
Po stosach ciał i kości krwawe pędzą piany,
Tu śpią hordy co w strasznej bitwie gardło dały...

Noc jasna rozwidniała skał ponure czoła
A łożysko Dunajca trupami zasłane
Wezbrało — i swym rykiem, dzikie, rozhukane
Urąga im — i chwali krwawych pomst anioła!...
Tak długo po ich trupach płyną mętne fale,
Później kości ich w słońcu nad śniegi zbielały
I Trupie głowy w słońce wzrok powyszczerzały,
A nad niemi krzyk orłów gubi się na skale
Po szkieletach kaskady szumią w wściekłym szale
Po wiekach — w Kościelisko — kości skamieniały!...


VIII.
KRAKÓW.[32]

Obyś tak kiedyś ... Amen! dokończ ty narodzie!...
Gdy w miedź czoła ich strzaskasz twe pęta w swobodzie!
Lecz idźmy dalej!... dziki wąwóz tuż przed nami
Tu skamieniały myśli — Boga przed wiekami!...
Czy to droga ku piekieł bramom chaotycznym?
Czy to Olimp strącony potęgami krzyża
Hardy ogromem swoim czoła nie uniża?
Czy sen potworów, przed dniem Apokaliptycznym?...
Tam w górze co za olbrzym wśród mgły rannej wstaje?
Te wieże? te kopuły?... dzicz! zaklęte światy!...


PRZEWODNIK.

To Wawel![33] to Maryacka wieża niebo kraje,
Łzy ciche z śniegów tutaj rosną skalne kwiaty —
Tu — kleniem! bo w tym świecie gasnących promieni
Bóg mówi do człowieka — przez usta — kamieni!...


IX.
POD SMYTNIĄ.

Tu na olbrzymim głazie lubię paść znużony
I okiem tonąć w cuda rozlane bez miary —

Z skał ciskać w grzmiące fale kwiaty, i mech szary,
Co płyną jak wspomnienia w swych tajemnic światy!...
Za mną skał piramidy — a w lasach ich skronie
Bez końca rosną, łamią się — ssą błękity,
A tam w morzu promieni słońca, złote szczyty
Pysznej!... co w śnieżnych szatach zbłękitniona tonie...
Nade mną Smytnia tu od wieków się schyliła!...
Nad basztami skał wielkie zamczysko natury —
Zdobywać go szatanom — a z słonecznej chmury
Bronić ... aniołom — wielkiej — jak chaosu siła!...
Ona chce słońce wstrzymać — stawi harde czoło,
Dumna, że skał olbrzymy karleją w około...


X.

Smutnaś duszo człowiecza z pieśniami twojemi
Wśród słów Boga zaklętych w wody i kamienie,
Na czole kamienieje chmur myślą zwątpienie,
Skrzydła jak zwiędłe kwiaty chylą się ku ziemi...
I tęsknisz przywalona ogromów chaosem —
Ale gdy spojrzysz w głębie twoich głębokości,
To się zrywasz — i w orli krzyk nieśmiertelności
Wstajesz większa nad skały, gromów piejąc głosem...
I wśród walk płyniesz w błękit milczącym sokołem,
Depcząc podłych mrowiska — ciasnych czasek światy,
Po nad świętych mogiły rzucasz tęcze kwiaty,
I gwiazdy trącasz śnieżnem, acz skrwawionem czołem!...
Bo wiesz — choć runą skały — ty będziesz do końca
Piękna nieśmiertelnością nad gwiazdy i słońca!...


XI.
PYSZNA.

PIELGRZYM.

Tu koniec Kościelisku — Dunajcu początek —
Pyszna jak wielki ołtarz stoi basztą gromów,
A nad nią o północy księżyc z skał załomów
Wstaje hostią natury — kapłanki pamiątek...

Tu arfę strzaskać tobie o biodra tej skały,
Co w słońcu mówi cudów słowy promiennemi,
Jaką była myśl pierwsza Boga o tej ziemi
Zanim jej niezczłowieczył człowiek z bóztwa chwały. —


ORZEŁ (przelatując.)

O! strzaskaj ją i piersi roztrąć krwawe, młode,
Szczęśliwy, czyje usta piersi matki ssały,
Będę targał twe trzewia, twą młodość, swobodę
Jak trzewia Prometeja, by się odradzały...
O sieroto natury! znam żar co cię trawi!...


PIELGRZYM.

Orle mój! iskra spali — ale płomień zbawi!...



PIONINY (na łódce.)

I.

Mniejsze co do rozmiaru — nie co do uroku,
Każą równie jak Tatry wielbić mistrza swego,
Po bokach wstają ściany rozmiaru dzikiego
A łożyskiem granitów leci toń potoku...
Strzałą pomyka łódka — jak koń rozkiełznany —
Cuda wstają po cudach!... oto Sokolica[34]
Szczyty w Girlandach lasów wieją — a gromnica
Świata — nów spłynął blady nad różowe[35] ściany —
Z wałów na wały pędzi łódź — rzuca się — biada!...
Przez skał krawędzie sadzi... aż na głąb wypłynie,
I już sunie jak dusza po życia głębinie —
Z daleka głos anielski w skałach gdzieś przepada,
To dzwon Szczawnic wieczorny — co jak dusza rada
Z więzów ciała już wolna — wśród błękitów ginie...


II.

Owy dzikie Pioniny!... boskie Tatr wnuczęta,
Słońce wam ozłociło czoła koronami,
Skronie wasze się lasów oplotły wieńcami,
U stóp gra wodospadów — z chmur kraczą orlęta —

A jak tam chrobre Tatry — tak i wy w niebiosy,
Tęskniąc jedne nad drugie, w chmury pniecie czoła,
Tak jak gdybyście zemsty wołały anioła
Piramidy natury! milczącemi głosy —
Gdy łódź sunie jaskółką — góral co wiosłuje,
Dzikie pieśni mi silną piersią wyśpiewuje:
O dziejach, co przewiały jako sen na ziemi,
O hordach zbójów wzrosłych między skały temi —
Dzika pieśń — głos człowieczy — jak te fale płyną —
Wyście tylko ostały nad wieków drużyną!...



I.
CZORSZTYN.

Złotodźwięki Dunajec w cudownej dolinie
Gra mu u stóp od Pionin bieżąc zapieniony
A Niedzica[36] kochanka z swej piersi omszonej
Tęskni ku niemu — milcząc we mgłach swoich ginie...
Dziś tak Węgier i Polski wolność podeptana
Wielką kształtów przeszłości zachwyca postacią,
O gdybyście umiały — narody! być bracią,
Dawnoby wasza wolność była odzyskana...
O! tu płacz Polskie orle i ostrz swoje Szpony
I wyleć chrobre w górę duchem uniesiony,
A potrafisz ty jeden — być — roztysiączniony!
Tutaj wzniósł tłum rycerzy piersią mur szeroki
Gdy wrzasła trąba boju z nad stromej opoki —
I — o te ściany brzmiały Zawiszowe kroki!


II.

Słońce krwawo się chyli w morzu rubinowem,
Między olbrzymie szczytów szkielety zapada,
Zgasło!... a duch swą boleść samotnie spowiada
Gwiazdom, co już się na tle schodzą lazurowem...

W chmurach odległych wieków o Czarna postaci
Stoisz — i milcząc mierzysz przepaście, któremi
Oddzieliły cię wieki od dziejów tej ziemi —
Oko twoje jak piorun spogląda w swych braci!
Oni zawsze Ci sami! tylko dumne czoła
Cierń mają — których owoc — jak słońce u wschodu — —
O cieniu! kiedyś wrócę tu — arfa zawoła
Ciebie może przed oczy smutnego narodu...
O! lecz duch twój łzę dużą w ten kielich porzucił,
Którego od ust naszych stwórca nieodwrócił!...



I.
ŁOMNICA.

Żegnam już Szmeks[37] uroczy kij pielgrzymi w dłonie
A lutnia towarzyszkę na ramię — i w drogę!
Lasami coraz wyżej — naprzód! — w ciszę błogę —
Czy to droga do nieba? jak szeroko w łonie!...
Coraz wyżej się spinam — i z góry na górę
Idąc tracę Szmeks z oczu — a tam nowe światy
Wstają — coraz to inne natura ma szaty
Iglice na iglicach strome i ponure — !...
Nowe cudów siedlisko! czarów światy złudne!...
Tysiące wodospadów szumi z skał tysiąca,
A każden się w brylantów miliardy roztrąca,
Mgłą opada nad otchłań i róże odludne...
A po nad wodospadów muzyką szumiąca
Wstaje słońce, twarzą je całuje śmiejącą —
Gierlandy tęcz nad niemi wstają!... a w błękitach
To Łomnica, dziewica! wstaje na mgieł szczytach!...


II.

PRZEWODNIK.

Tu przeżegnać młodzieńcze nam się niezawadzi,
Bo nie każden ze szczytów gdzie idziem powraca.


PIELGRZYM.

Droga — jak droga życia ciężka!... naprzód!... praca
Lekka — gdy orzeł dumny głodny lot prowadzi!...
Już las świerków karleje kozodrzewu krzakiem,
Głuchnie szum wodospadów... jak modlitwy głosy,
Co z ziemi ulatują w błękitne niebiosy...
Coraz straszniej i trudniej!... trzeba być półptakiem...
Otchłań rozwarła wszędzie paszcze swej nicości
A do skał bioder stromych ścieżka przylepiona,
W lód rozmarłym, stopniałym śniegiem posrebrzona
W niej góral swą ciupagą rąbie ślad dla gości,
Gdy w ślad ten nogę wstawisz... wygrałeś pielgrzymie!
Jeźli nie... matka we łzach zawoła twe imię!...


III.

Życie tu jak w dzień bitwy... ale dusza łanią!...
Tu skok nad otchłań!
Tu rąk górala jak długi
Trzymasz się wisząc w górze — spadasz — góral drugi
Porywa Cię w ramiona choć sam nad otchłanią!...
Jeszcze parę śmiertelnych tylko, naprzód, kroków,
Jeszcze w górę... przez białe łachmany obłoków
I będzie — szczyt Łomnicy!... śmiało!... chwyć się skały,
Oberwała się... dudni... przepaście zaśmiały
Się dziko!... to nic — naprzód!... tu mchy zliszajały,
Na nagich bryłach siedzą we słońcu pająki,
Nad przepaściami wiszą w pajęczyn obsłonki...
Chmury już popod nami!... patrz!... gniazdo orlicy
Z głodnemi pisklętami — a tu — szczyt Łomnicy!


IV.
(MODLITWA PIELGRZYMA.)

Modlić się tobie pieśnią, wyciągać ramiona,
Z tych szczytów do gniazd twoich i twoich niebiosów,
Czy pierś strzaskać o skały i anielskich głosów
Słuchać, gdy kona pierś zwątpieniem zszataniona?...

Modlić się tobie stwórco, trącać arfy struny
Kiedy biją do koła twej arfy pioruny,
Odgrzmiane stotysięcznem echem w skał sklepienia,
Jak głos twój «stań się!» wśród chaosów przedstworzenia...
Ha! milcząc usta drgają — lecz pierś szarpią pieśni,
Bo pieśń wstaje wulkanem wśród ogromu tego,
Ryczy kaskadą lawy coraz to boleśniej —
Więc modlitwą niech jedno — jedno będzie słowo —
Co będzie ciałem — góry uderzą mu głową:
A tą modlitwą:
Polska!...
Dziecię ducha Twego!...


V.

Modlić się tobie Ojcze! w modlitwie powtórzę,
Co duch widzi z skał szczytu na którym stanąłem,
Tam — naród krzyżowany z poranionem czołem —
Tam kości męczenników bieleją stosami —
Płyną zdroje z wygnańców łez, co od ojczyzny
Daleko gdzieś skonali — dalej — młode blizny
Gwieżdżą jasnemi słońcami i gwiazd promieniami...
Tam na dole ból wielki!... o! bolą ich rany!!!...
Młodzież smutna — i żywe trupy — dusz zwątpienie
Jeden grób mego ludu — co dźwiga kajdany!...
A po tej wielkiej trupów, świętych piramidzie
Ha!... to On!... na tę ziemię na sąd straszny idzie!...
I krwawo — czarno — w tem —
Zabłysnął grom na grobie
Grób pękł —
I światłość stała się po całym globie!


VI.
SONET OSTATNI.

Ciszo! błogosławiona królowo żywiołów!...
Tutaj schodzą zapewne postacie aniołów
Brać do nieba uśpionych dusze wzlatujące...

Z takiego szczytu runął szatan... w skały grzmiące —
Tu Polska — ! a tam Węgry! rozłożone leżą
Szeroko — miłościwie — lasami — rzekami —
Lecz błękitem się chmury jak orlice gonią...


PRZEWODNIK.

Schodźmy!... bo idzie burza!... już grzmi popod nami!


PIELGRZYM.

Pozdrawiam Cię naturo wolnem ducha tchnieniem
Za chwile, które dałaś samotnej podróży,
Miłuję Cię w twej ciszy — a kocham w twej burzy
Ducha i ciała źrenic ty będziesz wspomnieniem!...
Już trzysta stóp pode mną tam biją pioruny...
Nie widzę błysku — lecz grzmot — już mi głuszy struny...[38]





PARAFRAZA.

Śniło się co tu na urwisku skały,
Że spał — spał snem kamienia — wszystkie gwiazdy drżały,
Noc była — pełna grozy w harmonię ujętej
Jako śmiertelność wobec wieczności już świętej —
Noc głucha — pełna szału w drzemiącej naturze,
W której piorun śpi jeszcze w nadchodzącej chmurze...
I była wielka cisza królowa żywiołów,
W której spoczęły liście i skrzydła aniołów —
Chór drzew westchnie modlitwy szmerem — i spoczywa
Na mogile woń z kwiatu kielicha wypływa,
A dusza tęsknych ofiar wygnana kapłanka
Dalekich ideałów fatalna kochanka,
Jeżeli dzień wśród zgiełku przemilczy znużona,
Tej nocy pierś odsłoni — wyciągnie ramiona
Jak dwa tęskne, namiętne, drgające promienie,
Co lecą w nieskończoność przez czasu przestrzenie,

I puszcza wodze myśli, co w różnej postaci
Ciska się w świat — i smutnej błogosławi braci...
Powiewowi wieczoru, co igra z włosami,
Ciska sny, perły, kwiaty, tęczy girlandami...
Takiej nocy, gdy ziemia cicha i grobowa
Była jako po słońcu we łzach rosy wdowa,
A księżyc uniesiony nad Tatrów szczytami
Świecił jak lampa po nad olbrzymów grobami,
W taką tedy noc śniło się orłu śpiącemu,
Że jakiś wąż mu skrzydła opętał w pierścienie
I pierś ścisnął okropnie — i oku orlemu
W oko podłe — szydercze utopił spojrzenie...
Silnie — silniej! — gadzina pierś opierścieniła,
Próżno targał się, szarpał, próżna orla siła,
Chciał i nie mógł rozłożyć skajdanione skrzydła —
Szponami wgryzł się w skalę — tak niewola zbrzydła!...
I rwał się — jęczał wściekle — w krzyk rozdzierający
Lecz wąż ściskał namiętnie — urągał spojrzeniem,
A w górze wieniec orłów w ciszy wirujący
Druha wołał i wołał jednakiem imieniem...
Aż orły uleciały przekląwszy współbrata,
Co się w pętach gadziny miotał w niemym szale
I znikły gdzieś na drogach słonecznego świata,
Bijąc szumem swych skrzydeł dumnie i zuchwale —


W tem burza od północy wozem wichrów pchnięta
Nadpędziła — chmur krucze warkocze rozplotła,
Pierwszy grom z niebios strącił płynące orlęta,
Z obłoków je w ciemności nawałnica zmiotła —
I jak piorun z piorunów blaskiem nadleciała
Gołębica w lot cichy słoneczna i biała
Skrzydłem musnęła tylko łeb sinej gadziny,
A odpadła na skały roztargana — krwawa...
A orzeł za gołąbką w czarne burz krainy
Pożeglował... lecz burza już konała łzawa,
Łzawa rosą na listkach bladej, polnej róży,
Straszna strzaskanym dębem co runął na wieki,

Tęskna grzmotem, co jeszcze z za gór się powtórzy,
I kona — ... mrużąc złote błyskawic powieki...
Chmury już uciekały jak pędzone trzody,
A tęcza łez modlitwa — objęła świat młody. —

A wtedy orzeł krzyknął głosy zdziczałymi:
Hej! bracia orły, gdzieżto spadliście w żałobie!
Czy powiędły wam skrzydła z loty wichrowemi?
Ha! wyście tylko śpiewać umieli o Sobie!...
Pierś mam krwawą lecz milczę — bo snów dzikie wieści
Zlały się u mnie tylko — w jeden krzyk boleści...
Co się z czasem przebudzi, zatarga trzewiami,
Lecz nim lot mój silniejszy pieści się z burzami!
Hej orły w górę! w górę! krzykiem słońce witać,
Hej do lotu oddechem w pierś promienie chwytać,
Przeto nam uorlono loty bez wędzideł,
Byśmy czuli i za tych, co nie mają skrzydeł!...

I po chmurach uderzył piór chyżemi wiosły
A słońce mu gorzało — i wichry go niosły!





DRUKIEM F. A. BROCKHAUSA W LIPSKU.



Bezkidy 
 402
 403
 405
 405
 406
 407
 408
Juchasy 
 408
 411
 411
 412
 414
 417
 421
Pioniny 
 426
 427
 428
 431




Przypisy

  1. Kiedy szczyt Babiej góry w chmurach, górale wróżą burzę — kiedy czysty, pogodę.
  2. Czarny i Biały Dunajec zlewają się pod nowym Targiem. —
  3. Łomnica, Najwyższy szczyt Tatrów — 8500 stóp wysoki.
  4. Wirchy, po góralsku wierszchy, szczyty. —
  5. Gewont góra nad Zakopanem około 5000 stóp wysoka, ma kształt rozwartej w niebo lwiej paszczy.
  6. Turnie, skaliste szczyty.
  7. Górale rozróżniają większy i mały Gewont przy sobie leżące. —
  8. Górale są dziś podobno najwykształceńszą częścią ludu naszego, choć za górami osiedli — w kościółku każden prawie modli się z książką, a matka uczy czytać swe dzieci.
  9. Trąbacz — nazwisko psa góralskiego.
  10. Juchasy — pastuchy górskie, które lato na górach w szałasach spędzają.
  11. W danym razie niepospolite korzyści mógłby sprawie naszej oddać zaimprowizowany pułk strzelców góralskich — ich odwaga, celność, zwinność i przytomność są tego rękojmią. —
  12. Baca, najstarszy pasterz patryarcha szałasu.
  13. Gajduje — gra na skrzypcach. —
  14. Hole — czyli hale, łąki, połoniny. —
  15. Pod Chochołowem przez zdradę pojmali Austryacy r. 1846 hufiec gotowych do powstania górali — tradycja narodowa cudownie żyje w tym ludzie!
  16. Ciupaga, siekierka.
  17. Strzyżki, owce.
  18. Perć, ścieżka. —
  19. Zbyrczą — dzwonią.
  20. Brony, bramy.
  21. Górale nie niszczą pająków; mają je za prognostyk pomyślności.
  22. Mimo pewnych niedostatków w obrazach Głowackiego, niedostatków, które nie naszą rozbierać rzeczą, zdaje nam się, że on jeden zrozumiał prawdę Tatrzańskiej natury — i utorował drogę przyszłemu ojczystemu mistrzowi, który kiedyś dopełni wielkiego zadania. —
  23. Dziadem górale zwą niedźwiedzia.
  24. Mnich skała nad Mor. okiem.
  25. Dolina pięciu stawów ma coś przerażającego swoją martwotą — kształt jej kolosalnego niby amfiteatru, w którym miliony widzów skamieniały. —
  26. Hen! — tam.
  27. Dziopa — dziewczyna.
  28. Dziad, Niedźwiedź.
  29. Mnich — skała nad M. okiem.
  30. Upłaz — jedna z najpierwszych skał rozpoczynających kościeliska.
  31. Zbójeckie izby, i t. d. imiona skał. —
  32. Kraków — tak zwany wąwóz przy kościelisku dla podobieństwa jego do wież zamczyska.
  33. Górale każdą ze skał nazywają imieniem wieżyc Krakowa w tym wąwozie. —
  34. Sokolica — skała.
  35. Różowe. Pioniny mają kolor różowy.
  36. Niedzica. Nedic, zamek Węgierski na drugim brzegu Dunajca naprzeciw Czorsztyna.
  37. Szmeks; kąpiele w cudnem położeniu, tuż nad Łomnicą, gdzie podróżni Polacy bardzo gościnie od Węgrów przyjmowani.
  38. Sonety te są odłamem poematu: Lica mej ziemi — mającym na celu opisać kraj nasz od morza do morza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.