Mazepa (Byron, 1924)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Mazepa
Pochodzenie Powieści poetyckie
Redaktor Andrzej Tretiak
Data wydania 1924
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Druk W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Dzierżykraj Morawski
Tytuł orygin. Mazeppa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MAZEPA
W PRZEKŁADZIE
FRANCISZKA D. MORAWSKIEGO
»Miejsce to zajmował wtedy szlachcic polski, nazwiskiem Mazepa, pochodzący z województwa podolskiego; wychowywał się jako paź na dworze Jana Kazimierza i nabył tam nieco ogłady literackiej. Kiedyś miał jakiś stosunek miłosny z pewną szlachcianką; kiedy się ten stosunek wykrył, mąż tej szlachcianki kazał go, zupełnie nagiego, przywiązać do narowistego konia, i tak go puścił w świat. Koń, który pochodził z Ukrainy, powrócił tam i zaniósł Mazepę, napół żywego z głodu i zmęczenia. Kilku włościan użyczyło mu pomocy; zabawił tam u nich dłuższy czas i odznaczył się w wycieczkach przeciw Turkom. Wyższość jego oświaty nadała mu wielkie poważanie między Kozakami; ciągle, z dnia na dzień wzrastające jego znaczenie skłoniło cara do mianowania go księciem Ukrainy« (str. 205).

»Król, ścigany w ucieczce, stracił konia, trafionego kulą; pułkownik Gieta, raniony, broczący krwią, dał mu swojego. W ten sposób dwa razy w czasie ucieczki przełożono na konia tego zdobywcę, który nie mógł wsiąść na konia w czasie bitwy« (str. 223).
»Król jechał inną drogą z kilkoma towarzyszami. Ale kareta, w której jechał, zepsuła się w drodze; wsadzono króla na konia. Ku większemu nieszczęściu zabłąkał się w lesie w nocy; tam, nie mogąc już odwagą sprostać swoim wyczerpanym siłom, kiedy boleść z ran stała się nieznośniejszą jeszcze przez zmęczenie, a koń padł wskutek trudów, położył się na kilka godzin u stóp drzewa, mimo niebezpieczeństwa, że każdej chwili mógł być schwytany przez swoich zwycięzców, którzy go wszędzie szukali« (str. 224).[1]



I

Minął był właśnie straszny dzień Pułtawy,[2]
Gdzie od mocarza Szwedów szczęście zbiegło,
I już do krwawej niezdolne rozprawy
Szerokim mordem całe wojsko legło.

Chwała, potęga i laury wojenne,

Czczone przez ludzi i jak ludzie zmienne,
Przeszły na cara zwycięskiego stronę,
I mury Moskwy znowu ocalone
Aż do dnia, roku krwawszego wspomnienia,[3]

10 
Gdzie większej mocy, wyższego imienia,

Z całem swem wojskiem i sławą zwycięską
Sroższy wróg nagle cięższą runął klęską,
Cięższym upadem i większym ogromem,
Zgubą dla siebie, a dla wszystkich gromem.

II
15 
Taka kość padła w grze tej dla Karola;

Musiał uciekać przez wody, przez pola,
I dniem i nocą, mimo ciężkiej rany,
Swoją i swego ludu krwią oblany.
Tysiące padły w ucieczki obronie,

20 
Nikt przecież nie śmiał w jego sarknąć gronie

W tej strasznej chwili dumy poniżenia,
Gdzie prawda może ozwać się bez drżenia.

Koń pod nim poległ... Gieta pędzi, zsiada,[4]
Daje mu swego, i sam trupem pada.

25 
Koń ten pod królem kilka mil przesunął,

Lecz i on wreszcie z przesilenia runął,
A Karol w lasach, słoniących ogniska,[5]
Co zdala z wrogów tlały koczowiska,
Wpośród snujące się podjazdów roje

30 
Musiał na ziemi złożyć członki swoje.

O takież łoże, takie wieńce chwały,
Dwa mężne ludy tyle krwi przelały! —
Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą,
Z gasnącem życiem i duszą rozdartą;

35 
Rany mu skrzepły, a znękane ciało

Zimnem mu nocy i bólem stężało.
Wrzący po żyłach ogień gorączkowy
Spędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;
Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,

40 
Król po królewsku swoje znosił losy,

I choć pod gromem tak strasznej niedoli,
Wszystkie boleści podbił mocą woli,
Do tak niemego zmusił je poddaństwa,
Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.

III
45 
Orszak z nim wodzów, — niestety, jak mało

Z tej strasznej rzezi przy nim pozostało!
Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,
Wre honor, wierność, — wszyscy w niemem gronie,
Smutni, posępni i trudem wybledli,

50 
Króla i jego rumaka obsiedli,

Bo tam, gdzie równa grozi im zatrata,
Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.

W bliskości przy nich, spokojny i mężny,
Hetman i równie towarzysz monarszy,

55 
Zasiadł Mazepa, gdzie stał dąb potężny,[6]

Dąb jak on twardy i mało co starszy.
Lecz pierwszą jego troską koń zziajany.
Kozacki hetman oczyszcza go z piany,
Mnogi i suchy liść pod nim gromadzi,

60 
Głaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,

Zwalnia popręgu i uzdę odkłada,[7]
I rad się patrzy, jak mu smacznie zjada;
Bał on się bowiem, że po takim pędzie
Zroszonej nocą trawy jeść nie będzie.

65 
Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach,

Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;
Zmyślny, uczony i potulny razem,
Wszystko za danym wypełniał rozkazem,
Śmiały i silny, długogrzywy, dziarski,

70 
Tak się dał wodzić, jakby koń tatarski.

Posłuszny panu, przyszedł, gdy zawołał,
I wpośród wszystkich rozpoznać go zdołał.

On wśród tysiączne koczujące wrogi
W bezgwiezdnych nocach nie pomylił drogi,

75 
A jak za matką swoją sarnię małe,

Gotów był za nim latać przez dni całe.

IV

Hetman na ziemi płaszcz swój rozpościera
Odkłada szablę, o drzewo opiera,
Patrzy, czy w skutku tak długiej pogoni

80 
Jaka część jego nie popsuta broni,

Czyli z panewki proch mu nie wypada,
Czy dość sprężysto zamek odpowiada, —
Wszystko obziera po pułtawskim mordzie:
Temblak, rękojeść i szczerby na kordzie;[8]

85 
Wreszcie się do swych juk, manierki bierze,

Skromną i prostą rozkłada wieczerzę,
Wszystkich przekąską, napitkiem uracza,
Co najlepszego królowi przeznacza,
Z mniejszą obawą, niźli w świetnem kole

90 
Pochlebny dworak przy monarszym siole.

Karol z uśmiechem i twarzą łaskawą
Na chwilę skromną posila się strawą,
Wreszcie, w zmuszoną wesołość przybrany
I jakby wyższy na boleść i rany,

95 
Tak się odzywa: — »Z wszystkich nas zarazem,

Choć mężnych sercem i dzielnych żelazem,
Nikt tak nie wytrwał, nie podszedł, nie pobił
Nikt mniej nie mówił, a więcej nie zrobił,
Jak ty, Mazepo. W całym kręgu świata,

100 
Od Aleksandra aż po nasze lata,[9]

Nigdy dobrańszej nie widziano pary,
Jak twój bucefał i ty, wodzu stary![10]

Ty wszystkie Scyty twą chwałą przechodzisz,[11]
Gdy jak grom pędzisz, lub przez rzeki brodzisz«.

105 
— »Straszna, szatańska — tak hetman zawoła —[12]

Do takiej jazdy wprawiła mię szkoła«.
— »Jakto? — król rzecze — jeśliś z jej nauki
Tak dzielnie twojej wyuczył się sztuki?«
— »Długa to powieść — starzec mu odrzeka, —

110 
A na nas tyle mil i bójek czeka,

Gdzie nieraz jeszcze trzeba w kord uderzyć,
Nieraz jednemu z dziesięciu się zmierzyć,
Nim tam gdzieś nasze już bezpieczne konie
Bujne Zadnieprza będą spasać błonie,

115 
Lepiej snem, panie, pokrzep siły twoje,

A ja noc całą na straży przestoję«.
— »Nie, nie — król rzeknie, — proszę cię, hetmanie;
Może, iż nieco ulży mi słuchanie,[13]
I z łaski twojej dar ten zyskać zdołam,

120 
Którego dotąd nadaremnie wołam«.

»Kiedy tak, panie; a więc z całą chęcią
Siedmdziesiątletnią cofnę się pamięcią:
Dwudziesty-m pono rok miał w owej porze,
Gdym, zdawna bawiąc na warszawskim dworze,

125 
Już od lat sześciu służył w paziów gronie;

Król Jan Kazimierz był wówczas na tronie.
Nie był on, panie, podobny ci w niczem,[14]
Męstwem ci tylko zrównał wojowniczem, —

Lecz chociaż wiele przewojował czasów,

130 
Przecież prócz sławnych na sejmie hałasów

Nie byłby innej pewno zaznał wojny,
Tak był z natury słodki i spokojny;
Z musu on tylko, lecz dzielnie wojował,
I nie tak łatwo kord dobyty schował.

135 
»Miał on i inne licznych trosk podniety,

Lubił poetów i lubił kobiety,
A te tak gryzły go przez zawiść swoję,
Że i najsroższe byłby wolał boje.
Szczęściem miał zawsze pociechę gotową:

140 
Wziął nową książkę lub kochankę nową.

Król często uczty wyprawiał wspaniałe,
Do bram się zamku cisło miasto całe,
By się przypatrzyć pięknościom Warszawy
I groźnym panom książęcej postawy.

145 
Z łaski on wieszczów wielkim mędrcem został, —

Oprócz jednego, który nic nie dostał,
Palnął satyrę i wciąż się przechwalał,
Że nigdy dzieł swych pochlebstwem nie skalał.

Dwór ów naówczas świetnością celował,

150 
Grami, teatrem, — a kto żył, rymował;

Ja sam skleciłem jakiś wierszyk tkliwy
Z smętnym podpisem: Tyrsys nieszczęśliwy.[15]
»I był tam pewien magnat nad magnaty,
Jak pokład soli lub srebra bogaty,[16]

155 
Miał tytuł hrabi, godność wojewody[17]

I wszystkie rodem swym przewyższał rody;
Tak też był dumnym, jakby jego plemię
Prosto z niebiosów zstąpiło na ziemię;
A że był z wszystkich przy tronie monarszym

160 
I najbogatszym i ze krwi najstarszym,

Tak w swe rodowe drzewo oczy wlepił,
Tak się bogactwy, tak złotem oślepił,
Że skutkiem dziwnej w głowie mieszaniny
Sobie przywłaszczał świetne przodków czyny.

165 
»Nie tego zdania jego żona była,

Co lat trzydzieści mniej niż on liczyła,
I stąd po różnych przykrościach codziennych,
Nudach, dumaniach i nocach bezsennych,
Kilku spojrzeniach na młodzież Warszawy,

170 
Kilku nadziejach i nieco obawy,

Po kilku tańcach i śpiewach rzewniących,
Kilku łzach wreszcie, cnotę żegnających,
Czekała tylko na owe szczęśliwe
Chwile — wypadki, — które najmniej tkliwe

175 
Serca dam miękczą — by, jak czuła żonka,

Drogę do nieba złatwić dla małżonka,[18]

A z której przecież w takiej mężów rzeszy[19]
Najnabożniejszy nawet się nie cieszy.

V

»Byłem ja wówczas w samym lat mych kwiecie.

180 
Siódmy już krzyżyk przeżywszy na świecie,

Mogę otwarcie pochwalić się, panie,
Że czyto w wyższym, czy też niższym stanie,
W tem, co tu młodych czyni tak dumnemi,
Nikt się z zalety nie mógł równać memi:

185 
Siłę ja, młodość i wesołość miałem,

I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;
Tak niegdyś gładkiem było czoło moje,
Jak dziś jest zrytem przez czas, troski, boje,
Co tak pierwotny z niego wyraz zdarły

190 
I tak dawnego Mazepę zatarły,

Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braci
Jużby nie poznał w dzisiejszej postaci.
Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,
Kiedym tej strasznej w sobie doznał zmiany;

195 
Lecz choć mię liczne lata przywaliły,

Nie zmogły przecież ni męstwa, ni siły;
Inaczej, bez tej dzielnej, twardej mocy,
Nie byłbym dzisiaj wśród tej czarnej nocy,
Pod gołem niebem, w głębi dzikich lasów,

200 
Powieść wam starych opowiadał czasów.

»Postać Teresy — ach! widzę ją jeszcze...
W tej chwili nawet z jej widmem się pieszczę,[20]
Zda się, że w mroku owych drzew przepływa...
Tak-to pamiątka serca żywą bywa!

205 
A przecież nie wiem, czyli w ludzkiej mowie

I ludzkim głosem piękność jej wysłowię.
Urocze oko Azyjanki miała[21]
(Nieraz się bowiem krew polska zmieszała[22]
Z bliskiemi granic sarmackich Turkami);

210 
Tak czarnem było, jak niebo nad nami:

Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny,
Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.
Oko to płynnym promieniem się zdało
I niby w własnem swem świetle topniało,

215 
Całe miłością — pół ognia, pół mdlenia,

Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,
Które ku niebu z takiem czuciem wznoszą,
Jakgdyby dla nich śmierć była rozkoszą.
Czoło, jak w lecie jezior kryształ czysty,

220 
Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,

Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,
A niebo w całem odbijają łonie.
Lecz nacóż tego wdzięków jej wywodu?
Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu.

225 
Taka, jak moja, miłość dzika, wrząca,

Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca,
W wściekłości nawet bojów nie ostyga,[23]
I cień przeszłości aż w starość nas ściga.

VI

»Spotykam, — wzdycham. Spojrzała, — spojrzałem;

230 
Nic nie wyrzekła, — przecież zrozumiałem.

Ach! bo są znaków i dźwięków tysiące,
Widzim je, — słyszym — lecz któż je określi?

Są to te iskry mimowolnej myśli,
Z nagiej serc młodych burzy pryskające,

235 
Co tworzą jakąś mowę dziwną, ciemną,

Mowę ognistą, wszechmocną, tajemną,
Łańcuch płomienny, co aż duszy sięga,
I bez ich woli serce z sercem sprzęga;
Rzekłbyś, że iskry elektrycznej siła

240 
Nagle w dwie dusze razem uderzyła.

Długom i długom z łzawem wzdychał okiem,
Jednym się nawet nie śmiał zbliżyć krokiem, —
Ażem się wreszcie dał poznać, przedstawił,
I odtąd nieraz z nią rozmawiał, bawił.

245 
Trudne mi było miłości wyznanie,

Raz przecie chciałem odważyć się na nie;
Ale zaledwie żem usta otwierał,
Już mój trwożliwy głos na nich zamierał.
Szczęściem, że wówczas pewna gra tam była,

250 
Co wszystkich nieraz całe dni bawiła, —

Stara już pamięć nazwać jej nie zdoła,
Lecz wiem, że była pusta i wesoła.
Do niej to, trafem, czy przez szczęście moje,
Razem przy sobie siedliśmy oboje.

255 
Żadną się ja tam przegraną nie smucił,

Ni ku wygranej oczy moje zwrócił;
Dość miałem szczęścia, żem jej głosu dźwiękiem
I jej oblicza mógł się poić wdziękiem;
Byłem jak czata przy niej przez czas cały

260 
(O, gdyby nasze dziś tak czuwać chciały!),

Gdym wreszcie spostrzegł jakieś zamyślanie,
Ciągłość roztargnień, obojętne granie,
Równą na zyski jak straty niedbałość,
A przecież dziwną przy tej grze wytrwałość,

265 
Jakby ją jakaś myśl skryta i czuła

Całą potęgą do tej gry przykuła.
Jak błysk piorunu, tak myśl nagła, śmiała,
W tym ciemnym dla mnie mroku zajaśniała,

Że się w jej twarzy coś takiego mieści,

270 
Co mię nie skaże na wieczność boleści...

Szczęsny tą szczęścia mego przepowiednią,
Cały-m war uczuć moich wylał przed nią,
Wszystko wyznałem, — Bóg wie, co prawiłem,
Słowa się w trwożnym plątały obłędzie,

275 
Lecz że słuchała, a więc pewny byłem, —

Bo kto raz słuchał, dalej słuchać będzie:
Serce jej czułe, a pierwsza odmowa
Nie znaczy jeszcze ostatniego słowa.

VII

»Kochałem, panie, i byłem kochany.

280 
Mówią, że nigdy nie bywał ci znany

Ten szał tak luby, — jeśli tak jest, panie,
Próżnobym z mojem szczęściem się rozwodził:
Z śmiechem-byś tylko wzgardy patrzył na nie;
Ale nie każdy na króla się zrodził,

285 
Nie każdy twojej duszy hart posiadał,

Coś tak sam sobą, jak ludami władał.
Jestem, lub raczej niegdyś księciem byłem,
Tysiącznym w bojach szykom hetmaniłem,
Wszystkom zgniótł, złamał; z sercem tylko mojem

290 
Ciągle daremnym ścierałem się bojem.

Kochałem, panie, kochano mnie wzajem, —
O! każda miłość byłaby tu rajem,
Gdyby jej koniec mniej bolesnym bywał...
Skrycie-m się tylko z Teresą widywał,

295 
Lecz jeśli szczęściem było to spotkanie,

Szczęściem już dla mnie było czekać na nie.
Za nic dni, noce. — W tej jednej godzinie
Czułem, myślałem — i żyłem jedynie;
Nigdym podobnej nie zaznał godziny,

300 
I gdybym znów był panem Ukrainy,[24]

Chętniebym na jej oddanie się zgodził,
Bym tylko dawnym paziem się odrodził,
Tym szczęsnym paziem, co wszystko posiadał,
Gdy miał kochankę i kordem swym władał,

305 
A w darach swoich natura wspaniała

Zdrowie mu, męstwo, moc i młodość dała.
»Zejścia się nasze bywały skrytemi:
Mówią, że milej jest się kochać skrycie...
Nie wiem — lecz setne byłbym oddał życie,

310 
Gdybym raz usty mógł ją nazwać memi

Moją, w obliczu i nieba i ziemi.
Myśl ta mi bowiem ciągle truła duszę,
Że ją ukradkiem tylko kochać muszę.

VIII

»Mnóstwo ócz patrzy na kochanków dwoje,

315 
Mnóstwo i na nas patrzyło oboje;

Niegrzeczny djabeł zdrajcę naprowadził...[25]
Lecz krzywdzę djabła, — nie djabeł nas zdradził!
Pewno tam na ten związek cudzołożny
Jakiś świętoszek wylał jad pobożny.

320 
Czujne nas szpiegi nocną zeszły dobą,

Zeszły, napadły i porwały z sobą.
Wściekał się hrabia, — ja byłem bez broni,
Lecz choćbym nawet i miecz trzymał w dłoni,
Cały się wreszcie uzbroił żelazem,

325 
Cóż mogłem począć przeciw tylu razem?

Blisko to zamku pańskiego się działo,
Zdala od miasta, — i ledwo że dniało;
Znikąd ratunku — w tak straszliwej dobie,
Kilka chwil tylko jeszcze licząc sobie,

330 
Boga za grzeszne przepraszałem życie,

Kilku się świętym polecałem skrycie,
Pewny, że zginę, — gdy mię tłuszcza podła
Z krzykiem przed bramę zamkową przywiodła.

Wieczny z Teresą rozłączył nas przedział,

335 
I jużem odtąd nic o niej nie wiedział.

Okropną była wściekłość wojewody.
I — prawdę mówiąc — miał do niej powody;
Najbardziej przecież złościł się z obawy,
By po nim jakiś tam owoc nieprawy

340 
Imienia jego potomka nie zyskał.

Nie mniej i na tę myśl się wzdrygał, ciskał,
Że mu ta plama zbrudzi tarcz herbową
Rodu, którego on właśnie jest głową. —
W rzędzie on szczytnych sam się mieścił ludzi,

345 
Myśląc, że wszystkich swoim blaskiem złudzi,

Mnie zwłaszcza swoją wielkością omami, —
A ta, o zgrozo! dla pazia się plami!
Gdyby przynajmniej z królem przewiniła,
Zbrodnia ta jakoś mniej-by straszną była,

350 
Lecz z paziem! z paziem! — nie, nikt w ludzkiej mowie

Tak okropnego gniewu nie wypowie.

IX

»Konia tu dajcie« — i przywodzą konia.
O! wprawdzie takich rumaków niewiele!
Ukraińskiego wychowaniec błonia,

355 
Jakaś myśl w całem rozdrżała mu ciele.

Dziki własnego obawiał się cienia,
Dziki dzikością młodego jelenia;
Nigdy ni uzdą, ni ostrogą tknięty,
I przed dniem jednym dopiero ujęty.

360 
Z zjeżoną grzywą i opornym krokiem,

Z chrapiącem nozdrzem, zapienionym bokiem,
Strachał się, złościł, wspinał, rzucał dumnie
Groźny syn stepu, prowadzony ku mnie.
Tłum mię sług porwał, na grzbiet konia cisnął,

365 
Na dłuż rozciągnął, rzemionami ścisnął,

I puścił nagle. — Lecim gromem, strzałą...
Potok z tak nagłą nie spada nawałą.

X

Lecim i lecim, — dech się we mnie ścinał;
Dzień wówczas ledwie bielić się zaczynał,

370 
Poznać nie mogłem, w jakie pędzę strony;

On leciał, leciał, pianą ubielony.
Ostatnim dla mnie już głosem człowieka,
Com go naówczas zasłyszał zdaleka,
Był ten sług podłych śmiech dziki, nieznośny,

375 
Co jeszcze z wiatrem doleciał mię głośny.

Wścieklem się rzucał, twarz ku nim skierował,
Gryzłem ten rzemień, co mi kark krępował,
I choć ból straszny całą krew mi ścinał,
Wzniosłem się napół i lżąc ich przeklinał.

380 
Nie wiem, czy koń mój, takim pędząc lotem.

Klątw mych nie zgłuszył kopyt swoim grzmotem.
Myśl ta mię trapi, gdyż się zemścić chciałem, —
Zemściłem później całym zemsty szałem.
Niema tam, niema i jednego złamku

385 
Mostów, bram, zapór, baszt i murów zamku:

Wszystkom rozorał, wszystko zburzył, skrwawił,
Na polach jednej trawki nie zostawił,
Chyba, że gdzieś tam z gruzów się wyciska,
W miejscu głównego murów tych ogniska.

390 
Stokroć przejść można plac tej rzezi sławnej,[26]

A nie zamarzyć nawet twierdzy dawnej!
Gmach się ten w oczach mych z wieżami palił,
Z grzmotem rozpękły mur po murze walił,
Z czarnych, gorzących dachów miedź stopniała

395 
Naokół deszczem parzącym się lała;

Największą siłę z najgrubszym ogromem
Starłem silniejszym zemsty mojej gromem.
Nie, — nie myśleli oprawce zuchwali,
Gdy mię, jak błyskiem, na tę śmierć posłali,

400 
Abym tam kiedyś, niepojętym cudem,

Z dziesięćtysięcznym miał powrócić ludem,
I tak w sowitej odpłacił nagrodzie
Przejażdżkę moję panu wojewodzie.
»Srogo mękami bawili się memi,

405 
Ale ja srożej poigrałem z niemi.

Czas wszystkie krzywdy spłaca nieomylnie:
Potrzeba tylko ciągle czuwać pilnie,
A żadna zręczność, żadna moc człowieka
Nie ujdzie zemsty, co cierpliwie czeka,

410 
W krzywdzie skarb widzi i codzień doń zcicha

Dolicza lichwę — a na porę czyha.

XI

»Pędzim i pędzim, jakby wichry, gromy, —[27]
Znikły za nami wszystkie ludzkie domy;
Pędzim i pędzim, jakby szturmy, burze,

415 
Krwawy meteor na niebios lazurze.[28]

Nigdzie ni miasta, ni nędznej wioszczyny,
Niezmierne tylko dzikich step równiny,
Czarnemi wkoło opasane lasy, —
I prócz tych gmachów, co się w dawne czasy

420 
Przeciw Tatarom w groźnych wzniosły murach,

A których ledwiem mógł dojrzeć po górach,
Ni śladu ludzi. — Rok właśnie przed nami
Turek z licznemi przeszedł tam wojskami,
A gdzie koń spahów ziemię nogą zryje,

425 
Grunt się skrwawiony trawą nie okryje.

Pochmurno było. — Wietrzyk smętnym głosem[29]
Zdawał nad moim użalać się losem.
A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,
Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.

430 
Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,

Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał;
On zaś naoślep, bez celu, bez drogi,
Pędził i chrapał ze złości i trwogi.
Nieraz myślałem, że za krótką chwilę

435 
Musi nakoniec już upaść na sile:

Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciało
Gniewnej jędrności igraszką się zdało.
Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,
Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.

440 
Na głos mój, z trudem z piersi wyciśnięty,

Tak w bok uskoczył, jakby prętem cięty;
Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie,
Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.
Strumień krwi czarnej, co się z ran mych toczył,

445 
Spływał po ciele i pęta mi broczył, —

A jak piekielnym gorzący płomieniem,
Język ognistem palił się pragnieniem.

XII

Lecim do lasów, — czernią się dokoła,
Dzikie, rozległe, okiem nieobjęte;

450 
Sterczą potężne groźnych dębów czoła,

Najsroższym nawet wichrem nieugięte,
Co, wyjąc, stepy Sybiru przelata
I grzmiącym szturmem całe bory zmiata.
Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,

455 
Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy,

Przybrany w liście uroczej zieleni,
Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni,
Nim je po lasach i borach rozwieje,
W przykrą i trupią czerwoność odzieje,

460 
Co tak wygląda, jakby krew stężała

Na placu bitwy leżącego ciała,
Którego żadna ręka nie pochowa,
A tak niejedna stwardzi noc zimowa,

Że i dziób nawet żarłocznego kruka

465 
Po zmarzłem licu jak po lodzie stuka.

Puszczę tę zarósł gąszcz młody, zielony, —
Gdzieniegdzie stały dęby, sosny, klony;
Szczęściem, że zrzadka, — gdyż w takim rozgonie
Stokroć-bym pewno roztrzaskał się o nie.

470 
Gnące się krzewy ciała mi nie darły,

A chociaż wszystkie rany się zawarły,
Zimnem okrzepłe, — przecież ból przemogłem,
A żem był w pętach, z konia spaść nie mogłem.
»Szumiąc po liściach, z całej pędził siły

475 
Wśród drzew, wśród wilków, co za nim goniły,

A które ciągle tuż za naszym śladem,
Mordem dyszące, całem biegły stadem, —
Tym długim cwałem, co nieraz w manowcach
I gniew i zapał znuży w psach i łowcach;[30]

480 
O kilka kroków, w dzień już prawie biały,

Widziałem, jak się przez gąszcz przewijały,
A w nocy-m słyszał, jak chrzęszcząc liściami,
Zdradnym poskokiem suwały za nami.
O, jakbym chętnie z niemi bój był toczył,

485 
Rąbał, mordował, miecz mój krwią ich broczył,

I gdym koniecznie już miał paść ich łupem,
Przynajmniej licznym otoczył się trupem!
Zrazu, gdy koń mój z takim pędził szałem,
Chciałem, by ustał, — a teraz się bałem,

490 
Czy ujdzie wilkom; — lecz próżnom się lękał;

Dziki syn stepu twardych sił nie znękał,
Pędził sążnistym lotnej sarny biegiem: —
Ziemia tak szybkim nie ściele się śniegiem,
Gdy zbłąkanego na polu wieśniaka

495 
Nagle osypie, oćmi zawiej taka,

Że już do chaty swej nie znajdzie drogi; —
Tak pędził, chrapał, dziczał z gniewu, trwogi,

Dziczał, jak zwyknie krnąbrne dziecko dziczeć.
Gdy chce swą fraszkę na matce wykrzyczeć,

500 
Lub jak kobieta z silnej woli znana,

Gdzie znajdzie opór i poczuje pana.

XIII

»Z południa było, gdym już przebył bory.
Drżałem od zimna choć wśród letniej pory —
Może, iż skryty w żyłach dreszcz mię ziębił,

505 
Bo kogóż długi ból-by nie przygnębił;

A jam zupełnie wówczas był odmienny:[31]
Silny, gwałtowny jak potok wiosenny;
Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,
A już te czucia zmieniały się w czyny;

510 
Cóż więc dopiero, gdy się zlały w duszę

Gniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,
Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,
I straszne pęta, i nagość sromotna.
Byłem ja przytem z takiego plemienia,

515 
Którego krew się łatwo rozpłomienia,

A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje,
Jakby grzechotnik w chwili, kiedy kłuje.
Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle,
Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę...

520 
Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,

Chmury mi wstecznym uciekały lotem, —
Zdało się, żem miał już na ziemię runąć,
Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć.
Serce pękało, — skroń głazem ciężyła,

525 
Krew w niej chwilami biła, — znów nie biła;

Nieba się wielkiem kołem obracały,
I, jak pijane, drzewa taczać zdały.
Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek,
I znów ciemniało; konający człowiek

530 
Bardziej nie kona, niźli ja konałem.

Bity, miotany konia mego szałem,

Czułem, jak czarna już mię noc pokrywa,
I znów czasami z oczu moich spływa.
Chciałem się mocą duszy mojej cucić,

535 
Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.

Byłem ja w stanie morskiego rozbita,
Co się ostatniej w burzy deszczki chwyta,
To się z nią wznosi, to znów w wałach ginie,
A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.

540 
Drżące mu życie było jak te liczne,

W głęboką północ światła fantastyczne,
Które w malignach wzlatają przed nami,
A z zamkniętemi widzim je oczami.
Lekka to boleść, w krótkiej przeszła dobie:

545 
Lecz sroższy po niej czułem zamęt w sobie.

Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwej
Męki, boleści, przy śmierci prawdziwej,
A przecież myślę, że człowiek przy zgonie
Więcej wycierpi, nim duszę wyzionie;

550 
Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czoła

Nadstawił śmierci, ten zadrżeć nie zdoła.

XIV

»Wracam do zmysłów... Cóż to? skądżem cały
Tak odurzony, — tak zimny, — skościały?
Słabe, leniwe serca mego bicie

555 
Powolne w ciele mem rozbudza życie, —

Gdy wtem ból straszny nagle krew mi całą
Na wstecz odlunął, choć zimną, stężałą.
Dziwny szum, szelest bije mi o uszy
I jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.

560 
Widzę nakoniec... lecz cóż mi to oczy

Jakąś powłoką grubą, szklaną mroczy?
Może ja marzę jaką wód nawałę?...
W głębi pod sobą widzę niebo całe,
Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!

565 
Dziki mój rumak w dzikszych walach brodzi.

Szerokiej rzeki lśniące się bałwany
Szumią, białemi warzące się piany.
Pół ja dopiero byłem przebrnął rzeki,
Od nieznanego brzegu tak daleki.

570 
Czuję, żem ożył, że silniejszy jestem,

Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzęstem.
Dzielny mój rumak, śmiało i zuchwale,
Piersią rosnące wciąż przecinał fale,
Płynął, — aż wreszcie całą szerz ich przebył;

575 
Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,

Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,[32]
A noc i przestrach czerniły przedemną.
Nie wiem, jak długo, i czy w nocy, we dnie,
Te między życiem i śmiercią pośrednie

580 
Trwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,

Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.

XV

»Z ciekącą grzywą, lśniąc się, kurząc cały,
Silił się, parskał rumak zadyszały;
Chwiał się, a przecież potężnemi kroki

585 
Wdzierał się na brzeg stromy i wysoki.

Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzana
Szerzy się, grozą i nocą zalana,
I tak wciąż naprzód szerzy się bezkreśnie,
Jak czarna otchłań wymarzona we śnie.

590 
Gdzieniegdzie tylko jakieś rozrzucone

Place, to białe, to ciemno-zielone,
A które wszystkie oświecał bladawo
Księżyc, co właśnie wówczas wszedł na prawo;
Lecz nigdzie żadnej wróżby, ni oznaki,

595 
By gdzieś w pobliżu mieszkał wieśniak jaki;

Żaden nam płomyk z siedziby człowieka
Gościnną gwiazdą nie błysnął zdaleka.

Błędny się nawet ognik nie pojawił,
Któryby z mojem nieszczęściem się bawił.

600 
Zwodnem on wprawdzie światłem-by mię łudził,

Miłeby przecież zawsze czucie wzbudził, —
Byłbym przynajmniej doznał tej pociechy,
Iżby mi ludzkie przypominał strzechy.

XVI

»Koń mój biegł ciągle, — lecz ta dzika siła

605 
Z którą tak pędził, już złamaną była:

Słaby, dyszący i z spienionem bokiem,
Cięższym, leniwszym posuwał się krokiem;
Każdy mu wówczas byłby mógł poradzić,
Dziecięciu nawet dałby się prowadzić;

610 
Lecz nic to mojej nie ulżyło męce:

Miałem związane i nogi i ręce,
A choćbym nawet i od pęt był wolny,
Nie byłbym może sobą władać zdolny.
Chciałem raz jeszcze z memi walczyć pęty,

615 
Któremi byłem tak silnie ujęty,

Lecz tyle-m mojem miotaniem się zyskał,
Żem jeszcze mocniej węzły moje ściskał.
Płonne więc odtąd porzuciłem boje,
Co rozjątrzały tylko rany moje.

620 
Zdało się, że koń mój już wkrótce legnie,

Choć nie wiedziałem, gdzie jeszcze zabiegnie. —
Pierwszy brzask ranny wschód słońca zwiastował,
Lecz jakże długo z nocą się pasował!
Zdało się, że mgła, ciężąca na zorzy,

625 
Nigdy przed młodym dniem się nie roztworzy.

Długo i ciężko dźwigała się w górę,
Nim wschód w płomienną przybrał się purpurę,
Nim wszystkie gwiazdy pogasił na niebie,
Wszelką ich jasność przyciągnął do siebie,

630 
I z tronu swojej potęgi i chwały

Własnem swem światłem zalał okrąg cały.

XVII

»Błysnął dzień jasny, — mgłę rozproszył ciemną:
Leży świat blaskiem rozświecony słońca,
Tak pusty wkoło — za mną — i przedemną..

635 
I pocóż pędzę przez ten step bez końca,

Przez lasy, rzeki? Nikt tu stopy swemi
Śladu w tej bujnej nie wytłacza ziemi,
Ni zwierz, ni człowiek. W żadnej roku porze
Nikt tu nie przejdzie, nikt nigdy nie orze;

640 
W całem powietrzu cisza tak straszliwa:

Ptaszek się ranną piosnką nie odzywa,
Nie słychać nawet ni z trawy, ni z krzaczka
Cichego brzęku drobnego robaczka.
Koń mój werst kilka biegł tak zadyszały,

645 
Jakby w nim wszystkie żyły pęknąć miały,

Widocznie przecież w każdej słabiał chwili.
Samiśmy tylko — ciągle sami byli...
Aż gdy tak coraz bardziej słabiał, dyszał,
Naglem gdzieś zdala rżenie konia słyszał.

650 
Lecz nie! — z błędnego sądziłem pozoru:

Wiatr to zapewne tak świszczał po boru...
Nie! nie! — z tych puszczy całe stado tłumnie
Sypie się, — zwiększa, — tętni, — pędzi ku mnie,
Wielkim, rozległym pułkiem rozwinięte!

655 
Chcę krzyknąć, — próżno: usta na śmierć ścięte.

Pędzą w swej całej wolności i pysze, —
Lecz cóż to? — ludzi ni widzę, ni słyszę;
Któż je prowadzi? — bez jeźdźca, tysiące!
Rozwiane grzywy, kity pływające,

660 
Nozdrza nawalnym oddechem rozwarte,

Pyski ni uzdą, ni kiełznem nie darte,
Boki kolcami nie kłute ostrogi,
I nigdy podków nie znające nogi.
Tysiączny hufiec, dziki. wolny, śmiały,

665 
Pędzi jak morza goniące się wały;

Pędzi, grzmi, tętni, cały step przelata,
Jakby chciał witać nieznanego brata.
Widok ten chwilę krzepi go i cieszy,
Zrywa się niby i, choć słabo, śpieszy, —

670 
Sili się, cichem rżeniem odpowiada,

Chwieje się — plącze — i nakoniec pada.
»Leży i dyszy, z okiem już zmartwiałem,
Z stęgłem, bezwładnem, kurzącem się ciałem.[33]
Skończył już bieg swój, pierwszy i ostatni.

675 
Przybiegłe stada patrzą na zgon bratni:

Dziwi je moja postać rozciągnięta
I krwawe, z koniem wiążące mię pęta,
Patrzą się, — stoją, — trwożnem mierzą okiem,[34]
Wietrzą — strachliwym przebiegają krokiem,

680 
To się przybliżą, to znów pierzchną społem,

To wkońcu wielkiem oblatują kołem,
Aż wreszcie nagły na nie postrach pada:
Pędzą za jednym, jakby królem stada,
Który tak kruczą maścią lśni się cały,

685 
Że jej nie plami i jeden włos biały.

Pienią się — chrapią — rżą — od trupa stronią,
Płoszą — pierzchają — i po lasach chronią.
»Sam odtąd, z wszelkiej nadziei wyzuty
Zostałem w stepie — do trupa przykuty.

690 
Leżał podemną, zimnem, martwem ciałem,

Któremu wreszcie już ciężyć przestałem.
Długom się z wspólnych nam więzów wydzierał,
Teraz z nim leżał, — na zmarłym umierał.
Nigdym nie myślał, że w tak strasznej doli

695 
Bóg jeszcze jutra dożyć mi dozwoli.

Tak przez dzień cały z memi leżąc pęty,
Każdą godziną jak głazem ciśnięty,

Tylem żył jeszcze, abym widział słońce
Już raz ostatni dla mnie zachodzące.

700 
W strasznej pewności, że już umrzeć trzeba,

Zimnom się poddał był pod wyrok nieba,
Pod tę śmierć, co nam rok za rokiem grozi
I serca trwogą już ostatnią mrozi;
Co niezawodna — czasem darem bywa,

705 
Nawet gdy nieco zbyt wcześnie przybywa,

Od której przecież jak od sidła stronim,
Myśląc, że naszą troską się obronim;
Czasem naszemi wzywamy ją łzami,
Czasem też sobie zadajem ją sami;

710 
Lecz jakąkolwiek bywa tu śmierć nasza,

W każdej postaci razi nas, przestrasza,
I choć nam męki przerywa najkrwawsze,
Zawsze jest groźną i okropną zawsze.
Dziwna rzecz! — ludzie, co w rozkoszach żyli,

715 
Nad miarę z pięknem pieścili się łonem,

Ucztami, złotem i władzą opili,
Spokojnym często umierają zgonem,
Spokojniej, niźli ciągłych nędz ofiary:
Gdyż ten, co wszystko wypił z życia czary,

720 
Wszelki wdzięk, nowość, — czegóż już przy grobie

Może żałować, może życzyć sobie?[35]
Nędzarz nadzieją lepszej żyje doli,
A choć śmierć sama z nędzy go wyzwoli,
On na nią zwiędłem okiem się użala,

725 
Że mu przyszłego raju drzewo zwala.

Jutro-by może było dniem nagrody
Za wszystkie wzgardy, nędze i przygody,
Jutroby pierwszy dzień mu życia błysnął,
Któryby krwawych łez mu nie wycisnął,

730 
Nie słyszał przekleństw: — dzień szczęściem brzemienny,

Wróżbą lat długich tak jasny, promienny,
Przez łzy niedoli oddawna widziany,
Dzień, coby wszystkie mógł zagoić rany,
Dzień, w którym naraz odzyskałby tyle

735 
W władzy, świetności, chwale, szczęściu, sile...

I dzień ten jego przyświeci mogile!

XVIII

»Słońce w zachodnich już gasło obłokach,
A ja na zimnych wciąż leżałem zwłokach,
Pewny, że nasze tam pogniją ciała;

740 
Wzrok mój się ściemnił, — śmierć potrzebą stała.

Bez tchu, ratunku, bez nadziei cienia,
Ostatnie w niebo wznosiłem spojrzenia.
Lecz gdym tak patrzył okiem już gasnącem,
Kruk mi przeleciał między mną i słońcem,

745 
Co pewno na śmierć nie zaczeka moję,

Ażeby na nas zacząć ucztę swoję.
Latał, i siadał, i znowu się zrywał,
I coraz, coraz bliżej oblatywał.
Wciąż mi on lecąc czernił się na niebie,

750 
A raz tak blisko ujrzałem go siebie,

Żem mógł z łatwością silny raz mu zadać,
Gdybym choć najmniej mógł był sobą władać.
Słaba jednakże walka z pęty memi,
Lekki ruch ręki, skrzyp drapanej ziemi,

755 
Krzyk mój ochrzypły, z trudem wydzierany,

Co nawet nie wart głosem być nazwany —
Spłoszyły kruka: trwożnym pierzchnął lotem...
Odtąd już nie wiem, co się działo potem.
Sen mój ostatni był jak gwiazda lśniąca,

760 
Co wdzięcznie zdala, znów bliżej krążąca,

Wciąż mi się wolnem przemykała snuciem.
Żyłem tem zimnem, płynnem, stęgłem czuciem,
Co nas przy zmysłów ożywia powrocie: —
Znów głębiej w śmierci tonąłem ciemnocie,

765 
I znów na chwilę życie-m czuł na nowo,

Chwilowo boleść i ulgę chwilowo,
Znów zimna niemoc serce lodem ścisła,
Raz po raz jakaś iskra z mózgu trysła, —
Tchu mi zabrakło — dreszczem bólu drżałem,

770 
Jeden puls, — oddech — i już czuć przestałem.
XIX

»Budzę się — gdzieżem? — cóż to za źrenice
Tak silnie w moje wpatrują się lice?
Istotnież ja to pod dachem przebywam?
Istotnież w izbie — na łożu spoczywam?

775 
Ludzkież to oko? w ziemskim-że to wzroku

Tyle jasności i tyle uroku?
Zamykam oczy i jeszcze się boję,
Czy w męcie myśli dawnych widm nie roję?
Z długiemi włosy, hoża, wdzięczno-lica,

780 
Czuwa siedząca przy ścianie dziewica;

Już w pierwszej chwili mojego ocknienia,
Silniem był uczuł iskrę jej spojrzenia.
Dzikiem i czarnem we mnie wryta okiem,
Rzewnym, litośnym zda się błagać wzrokiem.

785 
Patrzę się — patrzę — i widzę nareszcie

I twarz istotną i rysy niewieście.
Czuję, że żyję, i że już na puszczy
Pastwą żarłocznej nie zostanę tłuszczy.
Młode kozackie dziewczę, ledwie zoczy,

790 
Że z trudem chore znów roztwieram oczy,

Wdzięcznym swą radość objawia uśmiechem, —
A gdy chcę mówić, zbliża się z pośpiechem
Z palcem na ustach, daje znak milczenia,
Abym wszelkiego strzegł się wysilenia,

795 
Na słaby nawet ruch się nie zdobywał

I do sił zwrotu w milczeniu spoczywał.
Bierze mię za puls, szuka go i bada,
Podgłówki moje dokładniej układa,

Z izby się kroki wymyka cichemi,

800 
I drzwi odchyla i szepce za niemi.

Żaden głos w życiu nie brzmiał mi tak miło;
W jej chodzie nawet coś dźwięcznego było!
Ale że wszyscy jeszcze w chacie spali,
Wyszła więc z izby, i jeszcze raz z dali

805 
Troskliwem na mnie okiem się spojrzała

I jeszcze drugi niemy znak mi dała,
Bym się nie lękał, gdyż ludzie są bliscy,
A wszyscy pewni i chętni mi wszyscy,
Każdy z nich zaraz na mój głos się stawi,

810 
I ona także niedługo zabawi.

Wyszła, a wtenczas, gdy ją z ócz straciłem,
Czułem dopiero, jak samotny byłem.

XX

»Przyszła, rodzice przywodząc mi swoje...
Ale już dłużej nudzić się was boję;

815 
A jeszcze prawić byłoby nie mało,

Co się tam ze mną wśród kozaków działo.
W dzikiem mię, pustem znaleźli bezdrożu,
W najbliższej chacie złożyli na łożu,
Do zmysłów, życia, powrócili z trudem,

820 
Nato, bym kiedyś ich zarządzał ludem.

Dumny mnie głupiec i przemyślny w karze
Pognał w głąb dziczy w całym zemsty żarze,
Bym w pętach, nagi, we krwi, bliski zgonu,
Pędząc przez stepy, dobiegł aż do tronu!

825 
Któż przejrzy w świecie, co mu los przeznacza?

Niech więc nikt z naszych nie słabnie, rozpacza:
Jutrzejszy ranek może nasze konie
Ujrzeć za rzeką, na tureckiej stronie.
Nigdym tak żadnych nie uwielbiał fali,

830 
Jak Dniepr uwielbię, gdy nas już ocali.

Dobra noc, bracia!« — I wraz z słowy temi
Starzec, jak długi, kładzie się na ziemi,

Naprędce liściem zasłanej dębowym, —
Łożu dla niego ni twardem, ni nowem;

835 
Na sen mu bowiem miły i swobodny

Każdy był zakąt, każdy czas dogodny.
Tak spał i teraz. — Król się nie odwrócił,
By mu choć jedno grzeczne słówko rzucił.
Lecz się nie dziwcie! — Z zbyt prostej przyczyny

840 
Karol tak milczał: — zasnął od godziny.





Przypisy

  1. Cytaty z Voltaire’a Dzieje Karola XII (1772), które podaję w przekładzie. U Byrona cytowane po francusku.
  2. w. 1. straszny dzień Pułtawy — Bitwa pod Połtawą, która przyniosła ostateczną przegraną Karolowi XII i zakończyła t. zw. Wojnę Północną między Szwecją a Rosją, odbyła się w dniu 8 lipca 1709 r.
  3. w. 9. aż do dnia roku — aż do r. 1812, w którym w dniu 15 października rozpoczął Napoleon swój odwrót.
  4. w. 23. Gieta — jeden z jenerałów szwedzkich, który dostał się w tej bitwie do niewoli rosyjskiej i w niej później umarł.
  5. w. 27. w lasach słoniących — zasłaniających przed ścigającemi wrogami blask ognisk.
  6. w. 55. Mazepa — Iwan Stiepanowicz Mazepa (1629—1709), wychowany na dworze Jana Kazimierza, został później hetmanem zaporoskim, i przeszedłszy na służbę cara Piotra Wielkiego, był mu nadzwyczaj pomocny w wyprawach na południe od Rosji. Otrzymał od niego order św. Andrzeja, a za jego wstawieniem się do Augusta II także order Orła Białego, co było wtedy wielką dekoracją. W czasie wojny północnej został poniekąd zmuszony zawczesnem odkryciem swojej gry dyplomatycznej do przejścia na stronę króla szwedzkiego, Karola XII. Wyklęcie i spalenie go in effigie w Kijowie wywołało bunty w jego wojskach. Powagę jego uszczupliło niezmiernie spalenie najsilniejszej jego fortecy, Baturyna, niemal w oczach szwedzkiej armji. Po bitwie pod Połtawą (1709) w 1500 koni schronił się do Turcji, gdzie był przyjęty gościnnie. Umarł wkrótce potem (1709), w Benderze. Sułtan turecki nie wydał go carowi Piotrowi, mimo ofiarowanej ceny 300 000 dukatów.
  7. w. 61. popręg — pas przytrzymujący siodło na koniu.
  8. w. 84. temblak — pasek skórzany, na którym przywiązana była szabla do ręki, aby w razie potrzeby wypuszczenia szabli z dłoni a niemożności wsunięcia jej do pochwy nie upadła na ziemię.
  9. w. 100. Aleksandra Wielkiego.
  10. w. 102. Bucefał — sławny koń Aleksandra W. Tu: koń o ciężkiej, »wolej« głowie, o silnie wygiętej ku górze kości nosowej.
  11. w. 103. Scyty — Scytowie, według starożytnych opowieści najlepsi jeźdźcy starożytności; historycznie: lud koczowniczy na wybrzeżu północnem i zachodniem Morza Czarnego.
  12. w. 105 i n. Straszna, szatańska... szkoła — W oryg.: »źle się dzieje uczniowi w takiej szkole«.
  13. w. 118—20. Oryg.: »opowiesz mi swoją przygodę, a mnie uda się może chwycić ten dobry dar snu, bo w tej chwili z oczu moich odlatuje nadzieja natychmiastowego zaśnięcia«.
  14. w. 127—141. Charakterystyka króla Jana Kazimierza według Byrona jest w oryg. następująca: »Zaprawdę, był to uczony monarcha i zupełnie niepodobny do Waszej Królewskiej Mości (Karola XII). Nie prowadził żadnych wojen i nie zyskiwał żadnych królestw, aby je na nowo tracić; i (oprócz dysput w czasie sejmów w Warszawie) prowadził panowanie w zupełnie nieprzystojnym spokoju; przecież nie obyło się i bez trosk, które go nękały: Król lubił Muzy i lubił płeć piękną; a te czasem tak były zawzięte, że wolałby był być raczej na wojnie; ale kiedy gniew jego przechodził (a działo się to prędko), brał nową kochankę albo nową książkę, i wtedy wydawał wielkie uczty« i t. d. Byron nie miał naturalnie pojęcia o czasach Jana Kazimierza, może najgroźniejszych w Polsce właśnie pod względem wojen. Portret Jana Kazimierza wzorował Byron, zdaje się, na portrecie współczesnego Janowi Kazimierzowi króla angielskiego, Karola II Stuarta. Morawski zmianę charakterystyki zaznaczył uwagą: »Tłumacz uznał za potrzebne sprostowanie kilku rysów w obrazie Jana Kazimierza«.
  15. w. 152. Tyrsys — imię pasterza z sielanek greckich, często używane w utworach pseudo-klasycznych z końca XVII i w XVIII w.
  16. w. 154. jak pokład soli — »To porównanie do pokładu soli może czytelnik wybaczy w ustach Polaka, gdyż główną część bogactw tego kraju stanowi właśnie sól« (B).
  17. w. 155. tytuł hrabi — W Polsce w owym czasie tytułów hrabiowskich polskich w zasadzie nie było.
  18. w. 176. złatwić — ułatwić. Powiedzenie angielskie o mężach zdradzanych, że »uzyskują paszport do nieba«.
  19. w. 177—8. W oryg.: »...dziwnie to brzmi, ale ci się najmniej chełpią tym zaszczytem, którzy nań najwięcej zasłużyli«.
  20. w. 202. W oryg.: »zdaje mi się, że przedemną w tej chwili się snuje«. Morawski przetłumaczył to zanadto trywjalnie, tylko dla rymu.
  21. w. 207. Azjanki — mieszkanki Azji.
  22. w. 208—9. Uwaga Mazepy (wzgl. Byrona) jest naturalnie historycznym nonsensem.
  23. w. 227 jest dodatkiem tłumacza, wzgl. ma być odpowiednikiem na powiedzenie oryg.: »kochamy nawet w szaleństwie wściekłości«; odnosi się to jednak do rodzaju uczucia względem osoby kochanej.
  24. w. 300. i gdybym znów był panem Ukrainy — w oryg.: »i oddałbym napowrót całą Ukrainę«. Mazepa w oryg. nie traci wiary, że przejściowo tylko opuszcza swoje państwo.
  25. w. 316. Oryg.: »djabeł w tych okazjach powinien być życzliwy. Djabeł! lecz nie chcę mu wyrządzać krzywdy«.
  26. w. 390. plac tej rzezi sławnej — Tego określenia niema u Byrona, i rzeczywiście takie określenie nie byłoby stosowne w ustach opowiadającego Mazepy.
  27. w. 412. Oryg.: »Przed siebie i przed siebie! Mój rumak i ja, niesiemy się na skrzydłach wiatru!«
  28. po w. 415 opuszczone w przekładzie dwa wiersze: »Meteor, kiedy w odgłosach jego trzasku noc mieni się jego północnem światłem«.
  29. w. 426—7. W oryg.; »i wiatr ponury prześlizgiwał się, jęcząc«.
  30. po w. 479 opuszczone w przekładzie dwa wiersze: »gdzieśmy tylko biegli, one szły za nami, i nie opuściły nas nawet ze wschodem słońca«.
  31. w. 506. odmienny — inny.
  32. w. 576—7. Oryg.: »bo wszystko za mną było ciemne i okropne, a wszystko przedemną było nocą i lękiem«.
  33. w. 673. stęgłem — tężejącem, martwiejącem.
  34. w. 678—9. W oryg.: »stają, zrywają się, wietrzą w powietrzu, przebiegają galopem tu i tam«. Ani słowa niema o obawie, i Byron, który był wielkim wielbicielem koni, nie napisałby ani jednego słowa o bojaźliwości konia.
  35. po w. 721 opuszczone w przekładzie cztery wiersze: »i prócz przyszłości (co do której są różne poglądy, nie według tego, czy ludzie są źli czy dobrzy, ale jakie mają nerwy) nie mając niczego innego do obawy«.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Franciszek Dzierżykraj Morawski.