Macierz/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Macierz
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1921
Druk Tłoczarnia Wydawnictwa Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów-Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Kałaur był w stodole, gdzie zwożono właśnie ostatnią hreczkę w późny sierpniowy wieczór. Luny czerwone zachodu pół nieba objęły, a on stał w progu patrząc na bydło, wracające z paszy — nad podwórze zapchane stertkami, bo rok był na podziw urodzajny. Dobrobyt i obfitość wyzierała ze wszystkich kątów folwarku, ale chmurna twarz starego nie mówiła o zadowoleniu. Zeszłej wiosny umarła panna Teofila — sam był, zupełnie samotny — dom był cichy jak grób, starość dawała się czuć w kościach — naco mu te dostatki, dla kogo!
Długo szukał Magdy, rozpytywał, jeździł, policyi obiecywał nagrodę — ludzi rozsyłał — potem — czekał jej — i wyglądał — wreszcie stracił nadzieję — sponurzał — do ludzi prawie się nie odzywał — żył i pracował z nawyknienia — bez chęci — ot, byle dzień zbyć — i w domu nie siedzieć — w pustce.
Popatrzał apatycznie na gumno — na słońce, i oto ujrzał przy wrotach obcego człowieka, który pastucha o coś pytał, a potem do ganku podszedł i oparty o słup — czekał. Biedak to był — w chodakach na nogach, w kożuszku starym i zrudziałej czapce, z kijem w ręku.
A pastuch mijając gospodarza, rzekł:
— Jakiś podróżny o was pytał — taj czeka.
Kałaur wierzeje stodoły zamknął i ruszył ku domowi. Tedy obcy czapki uchylił, i stary poznał Szczepańskiego, i coś zadrgało mu w sercu radością, i wyciągnął doń ręką z jakąś otuchą.
— Witajcie! Dzięki Bogu, że was żywym widzę. Spodziewałem się, że zgłosicie się ino trochę później.
Szczepański nie spodziewał się tak życzliwego, serdecznego przyjęcia. Twarz jego ponura, zastygła, jakby umarła, zmieniła się na sekundę, i nic na razie nie odparł, ani ręki do uścisku nie podał, tylko popatrzał z podełba.
— Chodźmy do izby. Odpoczniecie. Dawnoście w drodze zapewne.
— Dziękuję! — odparł głucho. — Zaszedłem o Magdę spytać, gdzie mieszka. Nie będę wam się naprzykrzać. Pójdę zaraz do niej.
— Wystąpcie. Opowiem wam, jak się stało. Niema jej już w domu! Hej — kiedy! Cztery lata, jak przepadła. Niema — pusta moja chata!
Szczepański wszedł machinalnie do izby.
— Jakże? U was to mieszkała?
— A gdzieżby. Moja była jedynaczka.
Zapanowało milczenie. Szczepański poczuł nagle. okropne zmęczenie i wyczerpanie. Miał jeden cel w życiu, cel wyrobiony pięciu latami więzienia — zemstę — bezwzględną — bez żadnych już skrupułów, i nagle — poczuł się do niej bez broni — nie miał dowodów — papierów owych.
Usiadł bezsilny — na zydlu u drzwi, zwiesił głowę — czuł tętnienie krwi w głowie — niemoc z głodu i wycieńczenia — i żadnej myśli.
Kałaur dał mu wódki, odmówił, tedy się stary obruszył.
— Głodniście, zdrożeni — jak syna was przyjmuję — a wy wilkiem patrzycie. Przez was Magda do mnie wróciła, ale przez was i uciekła potem. Myślę — pomożecie mi ją odnaleźć. Wypijcie!
— Nie biorę do ust wódki.
— To co innego. Każę podać wieczerzę i herbatę. Ale was tak nie puszczę. Rozważymy spokojnie, co czynić. O papiery wam chodzi. Ja Magdę znam — jeśli żywa — to pamięta — żeście tu po nie przyjść mieli, i przyniesie — a jeśli zginęła, to jeszcze duchem we śnie wam powie, gdzie je schowała. Jedzcie i spocznijcie!
Zasadził. go gwałtem za stół — nakarmił i napoił.
Potem wnet go do snu namówił, okienice zamknął — i rano nie pozwolił służącej otwierać. Wiedział, że zmęczenie przemoże najgorszy niepokój — a sen w najgorszej męce bywa ulgą.
Jakoż, gdy się Szczepański przecknął około południa, inaczej wyglądał i pierwszy zagadał:
— Już pięć lat przeszło, jakem tak nie spoczął. Dziękuję wam z duszy.
— Co tam! Niema o czem gadać. Teraz poobiadamy. Zaznaliście biedy do syta. — Wiem od Magdy.
— Dlaczego ona od was uciekła? Powiedzieliście, że przezemnie. Nie pojąłem. U mnie nie była.
— Wcale? Myślałem, że może. Ano — jakby to rzec. Gdy tu przyszła — chciałem zabić — o mało co nie zabiłem, w pierwszem zapamiętaniu. I was bym wtedy uśmiercił. Potem mnie żal zdjął — jedno dziecko, i ona pomimo swą hańbę miała hambit. Zresztą — co było robić. Dziecko nie szczenią — trzeba było hodować.
Szczepański oczy podniósł. Nie rozumiał jeszcze.
— Jam jej nie opuścił ze złej woli. Wzięto mnie alem jej zostawił, com miał dobytku i sprzętów.
— Ale ba — zabrali jej wszyskto — wypędzili — potem ścigali i tropili, żeby te papiery wydrzeć. W rok potem dopiero do mnie przyszła — w ostatecznej nędzy — z dzieckiem.
Szczepański drgnął:
— Dziecko miała? — wyrzekł nieswoim głosem. — Czyje?
— Nigdy nie rzekła, czyje — i jam nie pytał — odparł poważnie Kałaur. — Miłowała je nad życie, chcieli ją ludzie w małżeństwo brać — nie zechciała — i tylko mi wciąż mówiła: ojcze — nie żyć mi tutaj między ludźmi — pójdę precz! Myślałem, że przywyknie, oswoi się! Aż raz pijane chłopy w karczmie ją napadli — ledwie im się wyrwała, ale tejże nocy, jak oszalała — zabrała dziecko, papiery wasze — psa, łachmany na siebie — i uciekła. Przeszukałem kraj wokoło, szukali inni dla mnie, obiecywałem tysiąc rubli nagrody, za ślad, za wieść — wszystko na darmo — cztery lata przeszło. Nie wróci tutaj — chyba z tymi papierami do was — i dlatego was nie puszczę stąd. I wy mi to uczynicie, że zaczekacie. Potem — róbcie, co chcecie. Mam prawo od was tego żądać?
— Macie nawet kazać.
Objął głowę rękami, a potem się zerwał, i po stancyi chodził, o ściany się tłukąc jak ślepy.
Chciał mówić, pytać, a nie śmiał, nie znajdywał słów, tak wszystko wirowało, kotłowało w głowie.
Stary podumał chwilę i spytał:
— Chyba was wcześniej puścili? Dawnoście z biedy?
— Już miesiąc. Byłbym odrazu przybył, ale odstawili mnie do tych Oran przeklętych. Zabawiłem dni parę — i poszedłem chleba szukać dalej — z nikim się tam nie chciałem widzieć nawet. Z mojem świadectwem więziennem — wiadomo jak trudno dostać zarobek — ledwiem się na flisy wkręcił — ciągnąłem szleję dwa tygodnie — zarobiłem sześć rubli — zatom się przeżywił w drodze tutaj.
— Teraz ja ludziom powiem, żeście mój krewniak po żonie — ona nie z tych stron była. Nie ujma to wam żadna będzie.
Szczepański zaśmiał się dziko.
— Szydzicie ze mnie! Mnie — ujma! Na mojej doli i życiu niema już miejsca — na żadną plamę — wszystko zohydzone, zhańbione! Możecie powiedzieć, żem rakarz.
— Pacierz zmówcie — i spocznijcie. A jutro pomóżcie mi żyto na siew młócić. Zmęczą się barki — odpocznie głowa — tak ci jest w zgryzocie. Próżnowanie, to robak — co i dąb stoczy. Sam ja został — taki sam! Zczezłbym dawno bez pracy!
— Mało mocy we mnie zostało, i pracować zapomniałem — alem gotów spełnić, co każecie, choć wiem, że mi głowa nie spocznie, i robak toczyć nie przestanie.
— Wszystko można przeżyć. Bywało i mnie w życiu — oj, gorżko. Bywało, żem bluźnił i przeklinał — i kajał się potem. I myślał nie przeżyć hańby i przeżył — i myślał nie zagoić bólu — i zagoił. Wy — młody jeszcze!
— Młody ja nigdy nie był, i starym nie będę. I dobrym nie byłem, ni wesołym, i nikt mnie nie będzie żałować. Kto ze mną się zetknął, niedolą się zaraził. Żebym ja wiedział...
Urwał — niedopowiedziawszy, wzdrygnął się i usiadł zdala od światła w kącie — i już się więcej nie odezwał.
Nazajutrz poszedł z Kałaurem do stodoły.
Zrazu apatycznie przypatrywał się robocie, potem wziął się do niej sam, i wytrwale do obiadu snopy do młocarni podawał. Wieczorem już wiedziano po zaściankach, że do Kałaura przybył jakiś żoniny krewniak, wilkowaty i ubogi — że stary snać go sobie wyszukał na dziedzica. Ciekawość, czy żonaty? — już pytały kobiety, i już nazajutrz znalazły sto interesów, by do dworku się dostać — obejrzeć go — zbadać.
Oględziny wypadły niefortunnie. — „ Brzydki, stary, czarny, z podełba ślepiami łyska — jak wilkołak“.
Obrażone były, że na żadną nie spojrzał, na pozdrowienie mruknięciem odpowiadał. Przestały nim się zajmować. Mężczyźni nie o wiele lepsze wyrazili zdanie, tylko przyznali — że „robotny“.
Jakoż Szczepański od rana do nocy pracował.
Chwilami tylko, gdy go nikt nie widział, stawał zapatrzony w jeden punkt i zapominał o wszystkiem. I była wtedy wściekłość w jego oczach, i tygrysi wyraz drapieżny. Potem wracała mu przytomność, zaciskał zęby i powracał do zajęcia.
Tak, nie wydalając się poza gumno — przebył dwa tygodnie. Kałaur doglądał siewów — był cały dzień na łanie — spotykali się zaledwie wieczorem u wieczerzy — i zmęczeni, zasypiali wnet potem.
Szczepański nosił wciąż swe stare łaty, które od roboty rozpadały się w strzępy. Łatał je sam, i zeszywał jako tako — jedyną koszulę prał pokryjomu nocą — co soboty, a Kałaur jakoś nie śmiał ofiarować mu odzieży i bielizny, taką hardość czuł w nim i dzikość.
W przeddzień Narodzenia Matki Boskiej siedzieli tak obadwa przy wieczerzy, gdy drzwi skrzypnęły — i weszła Magda. Stanęła w progu sekundę i skoczyła do Szczepańskiego — do kolan mu przypadła, ramionami objęła.
— Jesteście, panie. O Jezu! — wyjąkała głosem aż łzawym od szczęśliwości.
Jego aż poderwało coś, za głowę ją oburącz objął, do siebie przygarnął i wnet się opamiętał, usunął, jakby przerażony tym wybuchem.
A Kałaur się zerwał.
— Magda, skądeś? Sama? Gdzie Jasiek? Żyw?
— Jakże — toć żywię ja. Byłabym to na święcie bez niego — odparła, podnosząc się z ziemi, i ucałowała ręce ojca.
— Takeś mnie zostawiła — i tyle czasu, bez wieści! Boga ty w sercu nie masz. Sam jestem, samiutki — i ciotki już niema!
— Musiałam odejść, tatusiu — wy wiecie, że musiałam.
— I nie wróciłabyś do mnie — ino do niego! Mówiłem wam, że przyjdzie — zwrócił się do Szczepańskiego.
Ten bez słowa patrzał na kobietę. Ta sama była, urodziwa, smagła — a przecie inna.
Po pierwszym wybuchu, który ją rzucił do jego nóg — stała teraz prosta i niepokorna, z jakąś nieznaną hardością w twarzy i postaci, nie sługa, ani niewolnica. Ubrana była czysto i dostatnio, zdjęła chustę ze siebie, i nagle jakby sobie coś przypomniała — wyszła na chwilę i wróciła z Łyską.
— Jest i on — ino zestarzał. Idź do pana! — rzekła, pokazując psu Szczepańskiego..
Łyska podszedł, obwąchał go, spojrzał w twarz i skoczył na piersi, skomląc, liżąc po licach.
— Ludzką duszę ma to zwierzę! — zawołał Kałaur. — Tyle lat i poznał. Ino w pismach o takich czytałem. No — a teraz o sobie powiadaj. Gdzieś była, skąd idziesz. Głodnaś pewnie! Siadaj za stół i wszystko z porządku opowiedz!
— I nie głodnam, i nie zmęczona. Koleją jechałam, i furą — tu wedle rozstaju odprawiłam, żeby gapiom w oczy nie kłuć, i nikt mnie nie widział, jakem tu przyszła. Siadajcie — usłużę wam.
— Ześ nie w biedzie, to widać. Cóż ty? Służysz?
— Panuję, tatku. Żyję ze starą babą — mamy już porządną osadę, wśród dworskich zagajów — lubo tam, cicho — jako ptakom dzikim. Baba bezdzietna, mądra, lekarka, u pana w łaskach. Jasiek jej jak rodzony, tak go miłuje, i nigdy swarki między nami, nigdy złego słowa. Jakem przyszła — buda była w gąszczu i tyle. Baba na żebry chodziła zimą — teraz osada jest. Mamy krowę — i ogród wydarłam. Latujemy i zimujemy w dobrobycie, a Jasiek rośnie, na dębczaki patrząc — tak chyżo. Pacierz już umie składnie, i już do roboty się bierze, ino złośnik — nie być mu wśród ludzi. Bór go uspokoi!
Opowiadała swobodnie, nie patrząc na Szczepańskiego, który usunął się w kąt, i z dłońmi na łbie psa — milczał, i jakby nie słuchał.
Potem nagle wstał i wyszedł.
— Dawno on tu już jest, ojcze? — spytała Magda.
— Dwa tygodnie, ale się mało co poprawił. Zgodził się na ciebie czekać, i pracuje — ale dusza jego gdzieindziej. Myślę — stracony to człowiek! Może ty go wyrozumiesz.
— Com ja jest, by mi sie zwierzał. Służyłam mu — odparła smutno. — Nie kupić duszy. A jeszcze ja — u niego!
Westchnęła poczęła sprzątać statki, gospodarzyć po domu, jakby wczoraj odeszła.
— Z wami tu on sypia? — spytała.
— Ze mną. Ot, na zydlu. Chciałem mu łóżko wstawić — nie zechciał. „Do pryczy w więzieniu nawykłem — powiedział — nie trzeba się odzwyczajać“.
Magda usłała na zydlu posłanie, wydobyła z tłomoka, który z sobą przyniosła, lnianą nową bieliznę — i odzież samodziałową z czarnej wełny — ułożyła wszystko porządnie obok na stołku — potem usłała ojcowskie łóżko, ucałowała ręce ojca — i poszła do bokówki panny Teofili, i tam usiadłszy u okna, wyglądała w miesięczną noc, dumając. Co teraz on uczyni. Papiery były jeszcze u niej w zanadrzu — gdy mu je odda — skończone będzie wszystko. Po nie tylko przyszedł — nie po nią. Ni słowa dobrego rzekł, ni spojrzał poczciwie.
Bo i czemże mu była. Sługą, ze śmieci ulicznych podjętą — kochanką wziętą z litości.
Toć i ona mu słowa nie rzeknie, jakżeby śmiała.
Nie miał ci dla niej żadnych obowiązków — ulicznicą była, nie krzywdził i nie pohańbił; — gdy go wzięto, zostawił jej wszystko swe dobro za służbę.
I nie miała ona żadnych praw do niego — ino swe miłowanie — a on o nie nie prosił, ani go chciał.
O futrynę okna łokciami się wsparła i głowę na nich złożyła. Dusza ją bolała okrutnie, że aż o Jaśku zapomniała na tę chwilę, jakby sama była na świecie, taki ją żal zmógł.
Do kuchni ktoś wszedł.
— Magdo! — zawołał na nią.
Zerwała się, przemogła.
— Jestem, panie!
Wszedł, u okna stanął, chwilę milczeli.
— Dziękuję ci za ten przyodziewek, ale go niewezmę. Nie trza mi — rzekł wreszcie.
— Nie mówcie, że nie trzeba, boście w łachmanach. Mówcie, że nie chcecie mojej dla was roboty. Nie kupowałam. Len siałam i przędłam dla was — za siemię, wełnę dostałam — i wytkałam dla was. Zaniosłam do turmy, byście mieli już na progu czyste szatki i koszulę białą. Alem was już w turmie nie zastała — więc tu przyniosłam. Nie chcecie, wola wasza.
Głos jej drżał i łamał się — aleć nie będzie się narzucać. Sięgnęła w zanadrze i dobyła papiery.
— To wasze. Weźcie! Jużci waszego nic więcej nie mam.
Wyciągnął dłoń, wziął zwitek, i spytał jakimś nie swoim głosem:
— Mojego nic więcej nie masz? Nic?
Spojrzała nań.
— Nie, panie. Bielak zagrabił wszystko. Tylko trochę bielizny i buty odkradłam — tom schowała w Wieszańcu — w owej chacie przy młynie — wiecie — gdziem się ukryła. To z wiosną, w czasie powodzi wilgoć zepsuła. A pieniądze wasze Markowi rybakowi oddałam — a on dwór podpalił — na zsyłkę poszedł — przepadło. Sobiem nic nie ostawiła — nie — wierzcie mi, że prawdę mówię.
— Za kogo ty mnie masz? Wierzę ci, i nie oto się pytam. Tyś mi tyle uczyniła, że ci się niczem odpłacić nie mogę — i podziękować nie umiem. Mojego więcej nic nie masz — no to i koniec. Myślałem... — urwał i spojrzał na nią. — Myślałem, że żal masz do mnie, i jam ci dłużny. Nie — tom wolny. Jutro już stąd pójdę.
— Pomsty na Bielaku dochodzić?
— Na wszystkich. Zczeznąć w hańbie, ale z nimi!
Zawyło w jego głosie całe piekło. Potem znowu na nią spojrzał, i dodał ponuro:
— Zeby nie oni, i tybyś może wróciła do ojca odemnie — bez dziecka. Nie dałbym ci wrócić na zabawkę pierwszemu lepszemu. Czyje to dziecko?
Kobieta milczała. Krew jej uderzyła do twarzy — potem bladość. Nic nie rzekła.
— Nie chcesz mówić, bo i słusznie. Poco się pytam — rzekł łagodnie. — Radbym co uczynić, za twą taką wierność i pamięć — o tych papierach — a nic nie mogę.
— Możecie panie! — szepnęła nieśmiało.
— Co? Powiedz!
— One szatki odemnie przyjmijcie, com dla was przygotowała. Jam wasze nosiła wtedy — i wasz chleb jadła. Niteczki jednej nie wyciągnęłam z kądzieli, bez pomyślenia o niedoli waszej, i onej radości, że gdy wasz termin ubiegnie, zrzucicie więzienne łaty — i te swoje włożycie. I ot myślenie moje — na co zeszło!
Zdławiły ją łzy i żałość, odwróciła się do okna.
— Bym wiedział, jak myślisz, toćbym cię nie uraził odmową. Dziękuję ci za dar i wezmę. Wybacz! Z takiego ja piekła wracam, że już nic dobrego nie rozumiem nawet. Pięć lat też minęło — inaczej cię zostawiłem — inaczej znalazłem. Kiedyś na mojej opiece byłaś — a teraz ja na twojej. Takiemu jak ja zadłużać się już nie wolno — bo nie wypłacę.
— Na zgubę idziecie, ja to rozumiem. Tak czuję — że gdy przestąpicie tę furtkę naszą — już was moje oczy więcej nie zobaczą. O Jezu! O Jezu! Ostańcie jeszcze krzynę — zabawcie jeszcze trochę!
— Pięć lat ja dnie rachował, wyglądając tej chwili. — Dwa tygodnie tu bawię — czas iść. Ty zostaniesz u ojca?
— Nie.
— Tak go samego porzucisz? Mówił mi, że za mąż wyjść możesz — dla starego i dla dziecka powinnać to zrobić. Toć byt tu masz i żywot spokojny. Zastanowić się powinnaś.
— Wy idziecie na zgubę — nie mówię wam — nie idźcie, nie raję wam bytu, ni ożenku. Także i moja dola przedemną prosta — choć ludziom dziwna. Jak ojciec mówi — dla was przyszłam tu tylko. Nie chcę dostatków — ni ślubować będę komu kłamliwie, a dziecku memu dam zdrową duszę i moc do pracy — to mu więcej nic nie trzeba.
Tu ją nagle znowu żal ogarnął, rzucił się łzami do oczu, prośbą nieśmiałą na usta.
— Jeszczebym was o coś prosiła — ino nie śmiem, ino się boję. Łaskę mi już ostatnią uczyńcie!
— Mów śmiało. Nic ci nie odmówię — odparł, kładąc jej rękę na głowie, tak poruszony, że aż mu głos się zmienił.
A ona, prędko dysząc i jąkając się, wyszeptała:
— Wstąpcie po drodze, do mojej budy, choć na godzinkę — usiądźcie na ławie, kęs chleba weźcie i Jaśkowi na głowie rękę połóżcie — ot, jako mnie.
Szczepański żachnął się.
— Magda — czyj ten Jasiek? Musisz mi wyznać!
Zdało się przez sekundę, że powie, ale wnet zacięła się — usunęła o krok i rzekła twardo:
— Mój ci jest. Pokotynki!
— To dobrze. Pójdę z tobą! — odparł z głębokiem odetchnieniem. Więcej nic nie chcesz?
— Nic, panie. Nadto i tak łaski waszej.
— Nie mów tak. Dłużny ci zostanę i zapłacić nie zdołam.
— Tak wam się widzi, a mnie się zda, żeście mi tyle dali, że świat cały by tego nie zdzierżał.
Ruszył ramionami i ręką machnął.
— Jutro pójdę! — rzucił — i wyszedł.
A Magda wysunęła się cichutko do sadu, i tam skulona pod ścianą domu, z głową w dłoniach przesiedziała długie godziny, wstrząsana dreszczem i rozpacznem łkaniem.
Kałaur mało spał tej nocy. Słyszał, jak Szczepański wrócił i położył się — słyszał, że i on nie spał — ledwie doczekał się świtu i poszedł do Magdy. Już ją zastał w kuchni przy robocie i spytał niecierpliwie:
— No, i coście gadali do północka? Zostaje? Bierze cię?
— Dziś już całkiem odejdzie! — odparła bezdźwięcznie.
— Jakże to? Nie chce się z tobą ożenić?
— Ja nie chcę.
— No to ja ci każę teraz. Cóż to! Cierpiałem dosyć. Przebaczyłem ci wszystko, ale teraz basta. Ja się z nim sam rozmówię stanowczo.
— I co mu ojciec powie? Ze dziecko jego — a ja powiem, że nie. Bo go więzić i niewolić nie chcę — bom nie żona dla niego, bo on żyć nie chce, ani z jednej turmy w drugą iść. Pytał mnie, czyje dziecko, z lękiem, że mu odpowiem, że jego. Wtedyby gwałt sobie zadał, i mnie i sobie jak łańcuch u szyi zaciągnął — albo jak stryczek. Niech idzie, niech go oczy moje nie widzą żywym, ale niech nie patrzą na jego mękę. Chce pomsty — niech ją bierze — temci żyje. Ojciec jak słowo rzeknie, to ja, ot poprzysięgnę, że Jaśkowy ojciec był karczemny pijak — a on mi uwierzy, bo zna jakem żyła i czem byłam. Milczcie tedy, tatku, jako ja milczę.
— Ale ty do mnie wrócisz?
— Nie.
— Tedy milczeć nie będę — warknął stary zawzięcie.
— Chcecie wy, Feliks Kałaur, o łaskę obcego prosić, by waszą rozpustną córką brał? Taka ci w was hambicya!
— Tedy wróć do domu!
— Żeby mnie draby napadły bezkarnie w szynku!
— Więc co robić? — szepnął stary.
— Milczeć, tatku. On dzisiaj odejść chce, i obiecał mi wstąpić po drodze do mnie. Dajcie wóz i siądźcie z nami. Zawiodę was do siebie. To mil ośm stąd. Bądąędo was przychodzić, ile razy zechcecie — i wy do mnie przyjeżdżać. Ale jak mu słowo powiecie, to już mnie nie ujrzycie więcej.
Stary się zerwał i poczerwieniał złością, ale mu do rąk przypadła — poczęła błagać.
— Tatusiu — nie może być inaczej. Miejcie zastanowienie — nie czyńcie nieszczęścia. Już we mnie łez niema — ale i nie zmienie duszy. Na dolę się zdajcie — nie odrobić. Zlitujcie się — milczcie!
W tej chwili do kuchni wszedł Szczepański, już w nowej odzieży, zmieniony tem i jakby odmłodzony, bo i zarost przystrzygł, że go ledwie Kałaur poznał.
— Ubyło wam dziesięć lat! — rzekł. — Co to mi Magda prawi, że dziś już odejść chcecie. Zostańcie jeszcze, pomożecie siewy skończyć.
— Pilno mi. Nie wielka ze mnie wam wysługa, a i kompania nie zaszczytna. Trzeba iść swoje sprawy kończyć. Daj wam Boże wszystko dobre, z serca wam dziękują za gościną.
— Dobrego już niema na mojej drodze. Magda też odchodzi, szalona. Idźcie zresztą wszyscy do siebie, kiedyście tacy.
Zaklął i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, bo czuł, że nie zmilczy, gdy zostanie.
Obszedł gumno, złajał służbę, psy kijem od siebie odpędził — wreszcie kazał parobkowi wasąg nasmarować, klaczy dać podwójny obrok, wóz koniczyną wypchać, siedzenie usłać — i wrócił do domu.
— Jak mi do reszty zmierznie, podpalę folwark i na żebry pójdę. Po co mi pracować! — myślał.
Przy śniadaniu nie otworzył ust i nie patrzał na nich. Mało co wszyscy tknęli jadła i posiłek ten na stypę wyglądał. Zaraz też stary znowu wyszedł do sąsiada — z prośbą o nadzór nad folwarkiem przez parę dni.
— Magda na parę godzin wpadła — służy na Wołyniu — trzeba ją odwieźć! — tłumaczył — a i krewniak żoniny do domu się chce dowiedzieć, to i jego zarazem podwiozę.
Sąsiad mocno się zaciekawił, chciał rozpytywać, ale Kałaur byle czem go zbył, obiecując za powrotem na gawędę przyjść — i tak się rozstali.
A tymczasem Magda sam a zostawszy ze Szczepańskim, rzekła nieśmiało:
— Jeszczem ja jednego grzechu wam nie wyznała, aleć muszę, choć wiem, że srodze was rozgniewam.
— Mówże. Za nic się na ciebie nie rozgniewam.
— Jakem wtedy od ojca wyszła i do owej baby przystała — rzekłam, żem rekrutka — mąż w wojsku. Ot złe mnie skusiło skłamać i potem nie zmogłam się odwołać, i tak się zostało. Darujcie, na ten moment co tam będziecie, zważać na gadanie baby — niech wam to nie ubliża.
— Co? Będzie mnie miała za twego męża. W czemże mnie ujma. Dajże pokój!
— Wiecie, com jest. Znaliście Pokotynkę.
— Czym cię kiedy tak nazwał? Zapomniałaś ty znać mnie całkiem.
Pod dworkiem zaturkotało i wszedł Kałaur.
— Pilno wam odemnie, no to jazda! — rzekł ponuro. — Co ma być niech będzie. Zbierajcie się.
Począł się do drogi sposobić, mruczał i stękał — otwierał kuferki — coś w kobiałkę pakował — wreszcie zawoła na Magdę.
— A gdzieżto popasać będziemy? — Wzięłaś co do zjedzenia? A tam — nic ci nie brak. Idź do świnorka nabierz czego chcesz. Toć nie pojadę do wnuka z gołemi rękami. Skaranie boskie na mnie! Toć wasze tu wszystko — bierz!
— Tatusiu, was ino nam brak. Wszystko mamy, zobaczycie. Strawy na popas wzięłam, a więcej nic nie trzeba.
Stary spojrzał na Szczepańskiego, zawahał się i wybuchnął:
— A wy tak — z kijem ruszacie tylko na owe sprawy wasze. Myślicie mi łaskę czynić, darmoście u mnie pracowali — co?
Szczepański poczerwieniał.
— Nie darmo. Nazwaliście rmnie krewniakiem, traktowaliście jak syna — zbrodniarza. — Nie ubliżycie teraz kilku rublami. Odchodzę w tej nazwie krewniaka.
Starvy popatrzył nań i zmiękł.
— Boście krewniak — zamruczał i głową desperacko pokręcił, ale milczął — jak Magda chciała.
Gdy siadali na wóz rzekł:
— Weźcie lejce i siadajcie na przedzie. Tak wypada, by ludzie nas widzieli. Ty Magda obok mnie.
Z zaścianków gapiono się na nich, różne prawiąc przypuszczenia, potem wyjechali na pustą drogą — i Magda poczęła wskazywać kierunek.
Nazajutrz około południa rzucili szlak utarty, przedzierali się ledwie widocznemi dróżkami i przesmykami kędy nikt nie jeździł i wnurzali się coraz głębiej w borowe pustki. Miejscami trzeba było wóz przenosić, klacz wyprzęgać.
— Toś się zaszyła, niecnoto! — mówił stary.
— Wytrzecie drogę! — odpowiadała, siląc się na uśmiech.
Szczepański milczał, rozglądał się, powietrze leśne chciwie w nozdrza i płuca wciągał.
Las był coraz dzikszy i cichszy — w jednem miejscu przypomniał mu żywcem ostęp w Oranach, że aż się odezwał mimowoli:
— Brażeckie, zda się, olszyny.
— Gdzieście to znaleźli owe nurki osobliwe przelotne, jesienią! — dodała żywo.
— To już niedaleko do twojej budy? — spytał Kałaur.
— Ino parę wiorst — już w zagaje wjeżdżamy. Pójdę przodem, bo tu wnet znajdę naszą ścieżkę.
Szczepański zeskoczył też, i szli razem, rozchylając gąszcza — kołując i zawracając — aż rzekł:
— Błądzisz.
Potrząsnęła głową.
— Nie — ślad mój taki, i ścieżka — jako wilczyczy do wilcząt — ot jesteśmy na dróżce baby. Teraz bym po swojemu huknęła. — Jasiek by mi odpowiedział — niedaleko gniazdo nasze!
— To zawołaj.
Kobieta wydała przeciągły okrzyk — powtórzyła go po chwili jeszcze dłużej — nadsłuchiwali.
Taki sam, stłumiony oddaleniem, odpowiedziął.
Tedy Magdę poderwało do pośpiechu, ledwie jej nadążyć mógł, a Kałaur daleko pozostał z wozem. Ścieżka się rozszerzyła i nagle w głębi jej ukazał się chłopak mały i biegł ku nim owe wołanie odpowiadając, aż wyraźne się stało.
— Matko — ho — matko!
Dopadł do kolan jej, jak mógł najwyżej ramionami ją objął, zdyszany, czerwony, wzniósł ku niej roziskrzone oczy — i śmiejące usta, aż mu spadł kapelusz o szerokich kresach — odsłonił czarną, krótko obciętą czuprynę i twarzyczkę opaloną, tryskającą zdrowiem i życiem.
Wzięła go na ręce, przygarnęła do piersi — całował ją, obejmował za szyję — nic nie mówiąc, tylko pieszcząc i pokrzykując z radości.
Spostrzegła przedewszystkiem, że miał szyję spuchniętą, i rzekła:
— Pszczoły cię ścięły, nieboże.
— Ścięły. Baba miód podbiera. Pomagałem! Nic to! Posłyszałem, że wołacie — i lecę — lecę! Wiecie — są małe króliki — czworo. A gdzie Łyska?
Obejrzał się i dopiero spostrzegł Szczepańskiego.
— Pan jakiś, mamo! — szepnął.
— Ze mną przyszedł. Pocałuj go w rękę. Idź!
Postawiła go na ziemi. Wahał się sekundę — a ona bez tchu patrzała na obu.
Szczepański był bardzo blady, oczu z dziecka nie spuszczał, potem pochylił się doń bez słowa i wgłowę pocałował. A chłopak spostrzegł wreszcie Łyskę i rzekł:
— Że też on pana nie kąsa i nie szczeka. Dlaczego, mamo?
— Bo rozumniejszy od ciebie — odparła. — Dlaczegoś pana w rękę nie pocałował?
— O — zapomniałem! — zawołał żywo i pogarnął się serdecznie do rąk Szczepańskiego, i znowu do matki się zwrócił i przytulił. — Chodźcie prędzej. Zobaczycie króliki. Dwoje białych — i czerwone mają oczy.
— Poczekaj. Jeszcze jeden pan przyjedzie.
— Z koniem! O! to ja na konia siądę! Gdzie ten pan? Taki jak ten?
— Zobaczysz. Tamtego też w rękę pocałuj. Ot — idź przodem z Łyską — spotkamy go w gąszczu.
— Ale — tom ja i Łyski nie przywitał. I on jeszcze królików nie widział tych, małych.
I rzucił się psa obejmować, pieścić, a zwierzę lizało go po twarzy, witało po swojemu, aż obadwa wpadli w okropną uciechę i popędzili naprzód. A tuż wynurzył się łeb siwej i rozległ się głos Kałaura:
— Jasiek!
I już był chłopak w objęciach starego.
Ale się wydzierał do konia, nieprzytomny z tego mnóstwa wrażeń.
— Pojadę na prawdziwym koniu. Niech mnie pan wsadzi — nie spadnę. Koń się nie będzie na mnie gniewać!
Kałaur wsadził go na grzbiet siwej, ramieniem przytrzymywał, a twarz miał rozpromienioną, i tak szli i jechali, aż ścieżka wbiegła na polanę szeroką i ujrzeli przed sobą gniazdo Magdy.
Dobrze było ukryte, od ludzi dalekie — i niepodobne już do owej pustki z przed pięciu lat.
Chata była osadzona malwami i pnącą fasolą — otoczona ogrodem — zamiast ruin smolarni była porządna obórka, tylko szare pnie z pszczołami były te same, i jak stróże otaczały osadę i Złydnia nic się nie zmieniła — tylko nauczyła się uśmiechać.
Na progu ich spotkała, ciekawie oglądając przybyszów i z prostotą mówiąc, co czuła.
— Wy, gospodarzu, pewnie tatko Magdusin. Oj jeszcze proste plecy macie — żyjcie sto lat — żeby my jeszcze na Jaśkowem weselu chulali. Witajcie — na chleb i sól prosim. Miodu dziś pełna komora — nam starym chleb i sól, a im młodym miód. „Człowiek“ Magdusin — też niczego — ino czarny i suchy jak ziemia. Lepiej ja wam mołodycy dopilnowała — jak was żołnierka. Nu — bór wam krasę wróci. Kobieta odchucha miłowaniem!
Magda zdjęła prędko Jaśka z klaczy i, by nie słyszeć, odprowadziła wóz pod obórkę.
Dzieciak za nią pobiegł, a mężczyzn wprowadziła baba do izby, gwarząc i krzątając się.
Izb było już dwie, sień i komora, wszystko bielone, czyste — pachnące ulem pszczelim.
Kałaur począł rozpytywać babę o okolicę, o dwór, o drogi — o ludzi — o ich byt, zajął ją, że nie zwróciła uwagi na Szczepańskiego, który słowa nie wymówił, i usiadłszy swoim zwyczajem w kącie — co raz to na drzwi spozierał.
Po chwili rozległ się tupot bosych nóg, poszczekiwanie Łyski, i wpadł do izby Jasiek, wprost na babę, która stół zaścielała obrusem.
Omal jej nie obalił, aż krzyknęła, ole wnet pochyliła się czule do niego, po głowie gładząc.
— Co, rybko, co mileńki, co dziecino serdeczna!
— Babo, widzicie, co mnie mama dała. W to się dmucha, to gra, podmuchajcie!
I podał jej harmonikę ustną.
— Gdzież ja! Nie umiem, jagódko! Ot, tatka poproś, to ci zagra.
— A któryż tatko? zagadnął dzieciak, patrząc po nich kolejno.
— Daj mnie! — odezwał się Szczepański.
Jasiek bez wahania na kolana mu się wgramolił, harmonikę podał, rozsiadł się wygodnie do słuchania, o piersi jego wsparty.
A Szczepański „dmuchał“, a co przestał, Jasiek się mocniej do niego przytulał i zachwycony prosił:
— Jeszcze trochę, tatku, jeszcze grajcie.
Kałanr babę zabawiał i zerkał na nich z pod brwi.
Aż wreszcie baba obejrzała się za Magdą — i nie widząc jej, poczęła wołać.
— Doniu, gdzie ty się bawisz. Takich gości przywiodłaś, a o posiłku i nie myślisz! A tu i pieczone i warzone być powinno. A i ja baję jak to stara — z tej wielkiej uciechy.

Magda już dawno z za ściany przez okno — patrzała na Jaśka i Szczepańskiego — ni oczu oderwać nie mogła — ni się poruszyć. Na wołanie weszła do chaty, ale nic nie rozumiała, co ma czynić, ani słyszała, co mówią. Słyszała tylko granie na harmonice i powtarzała w duszy:

Weź mnie Jasiu z sobą
Rada pójdą z tobą
Na woinkę daleką.

— Zdurzała kobieta do cna ! — zaśmiała się baba, potrącając ją żartobliwie. — Wieczerzę gotuj, toć goście głodni być muszą jak wilki, a ty się piszczałce przysłuchujesz jakby Jasiek.
Oprzytomniała, poczęła ogień rozpalać, krzątać się w sieni i spiżarni — zastawiać stół.
A Szczepański grać przestał i rzekł do Jaśka.
— A gdzież króliki twoje?
— Prawda, króliki! — zerwał się chłopak. — Toć ich jeszcze na noc nie karmiłem. Chodźcie, w loszku są. Może chcecie jednego, albo i dwa — dam wam. Zresztą i wszystkie dam — tylko sobie jednego zostawię.
— Nie pożałujesz mi?
— Nie! Tak cudnie gracie. Ach żeby ja umiał!
Wyszli trzymając się za ręce, i dzieciak poprowadził między grzędy kapusty i począł liście rwać, szczebiocąc.
— Wy nie rwijcie, bo nie wiecie które, mnie mama nauczyła — bo ze środka niewolno, bo to kapustę boli — ino te odchylone można brać. Już dosyć. Chodźmy do loszku. Mama go wykopała, a potem zrobiła dach i drzwiczki. Ja już potrafię też zrobić, ale jeszcze siły nie mam.
— Bardzo matkę kochasz? — spytał Szczepański.
— Tak okrutnie, okrutnie, że już niewiem! i babę też i Łyskę! Widzicie króliki!
Otworzył drzwi loszku i stanął wśród gromady pstrej i długouchej, tak oswojonej, że mu się do rąk wspinały.
Szczepański usiadł na progu, a malec mu dał na kolana owe cztery najmniejsze, a za nimi usiadł Łyska i obwąchiwał dobrodusznie zwierzątka.
I tak bawili się we troje — jak dzieci.
Potem Jasiek poprowadził Szczepańskiego po całej osadzie. Pokazał mu krowę, i grzędy warzywa, i huśtawkę swoją na dębie, w krzakach gniazda, skąd pisklęta już wyfrunęły, i opowiadał swe uciechy i zajęcia, i wędrówki z matką do koszów rybnych, o sarnach, jak się ich nie bały — i o masie jagód latem. Szczepański dawał się prowadzić, słuchał, pytał, aż wreszcie Jasiek harmonikę mu dał znowu i rzekł:
— Tatku, zagrajcie tu — nie w izbie. Bo widzicie z izby to ani króliki nie słyszą, ani krowa, ani drzewa — tu wszyscy się ucieszą. Pewnie i sarny posłyszą. Grajcie głośno, głośno.
Usiedli u studni — i szło granie — „dla wszystkich“, aż we drzwiach baba stanęła, wołając na wieczerzę.
Wieczór bo już zapadł, pogodny ale chłodny. Poszli ku chacie — gdzie już stół był zastawiony — i rozchodził się zapach świeżego chleba, miodu i palonego z korzeniami „krupniku“.
Stała pękata flaszka tego napitku wśród mis jedzenia, a nad stołem paliła się lampa — oświetlając ich dostatnio i ściany białe — obrazami obwieszone.
Baba usadowiła Kałaura na najwyższem miejscu w rogu — i obejrzała się na wchodzących.
— Siadajcie na ławie — jakże was zwać mam żołnierzyku — ot po prawej ręce teścia.
Jasiek — usuń się — matce miejsce zostaw przy ojcu. Taj zaczynaimy!
— Ja posłużę wam! — rzekła Magda. — Nie siędę.
— Jasiek — chodź tutaj — co się pchasz miedzy starszych.
— Niech siedzi! — rzekł Kałaur, gdy się malec między nim i Szczepańskim ulokował, i pogłaskał go po głowinie.
Baba nalała kieliszek i obyczajem chłopskim poczęła błogosławić.
— Dajże nam Boże zdrowie, taj przeżywanie razem szczęśliwe — jak nas Bóg po tylu latach sprowadził. W wasze ręce, panie ojcze — donia wasza — matką mnie nazwała, i tak jako rodzona mnie droga i miła. Daj im panie Boże dolę — i nam z nimi!
— Daj Boże! — odparł poważnie Kałaur.
Baba wypiła, podała mu pełny kieliszek, wychylił — mówiąc Szczepańskiemu — w wasze ręce.
— Ja nie piję!
— Jakże to! — obruszyła się baba. — Mojego krupniku nie chcecie — i do żony nie przypijecie. Tak nie wolno.
— Nie muście, matko, on nie pije! — wtrąciła Magda.
— Nie pije. To dobrze — ale przy takiej okazyi — trzeba choć kroplę wypić. Jakże to! Nie godzi się.
Szczepański nalał kieliszek i usta umoczył, potem podał go Magdzie.
— Wypij za mnie. Wiesz, że nie mogę.
Wzięła czarkę i wypiła, nie mówiąc słowa.
Zaczęli jeść, i Kałaur rzekł do Jaśka.
— A wiesz ty, że ja po ciebie przyjechał. Jutro ciebie ze sobą zabiorę. Na koniu pojedziesz.
— A mama?
— Mama tu zostanie.
— Oho — to i ja nie pojadę.
— Będę się to ciebie pytał. Zabiorę i basta.
Chłopak przestał jeść, ku matce zerknął, zamyślił się.
— No, co? Niema rady. Musisz jechać! Śmiał się stary. Dostaniesz tam u mnie prawdziwego konia i nożyk, i kaletkę, i wóz — będziesz ciągle jeździć.
Jasiek odsunął się od niego, przytulił do Szczepańskiego, ten go ramieniem objął. Kałaur dalej się droczył.
— Dam ci na zimę czapkę z siwym barankiem i buty i kożuszek, i czerwony pasek. Zobaczysz, jak ci tam u mnie dobrze będzie i wesoło.
— Nie chcę — nie pojadę! — już z rozpaczą zawołał.
Szczepański pochylił się do niego i coś szepnął.
Chłopak ku niemu oczy podniósł łez pełne, i przywarł mu do piersi — szukając obrony.
— Ot, jakie to głupie jeszcze — wszystkiemu wierzy! — zaśmiała się baba. — Jedz, dziecino, jedz — nie bój się. Żartuje dziadunio. Jak pojedziesz w gościnę do dziada, to z mamą — i nie jutro — a kiedyś później. Jedz — nie frasuj się.
Ale chłopak nie dał się przekonać, ani namówić do jedzenia — zerkał nieufnie na dziada. Potem zmorzył go sen, rozmarzyło ciepło, wrażenie dnia, tak niezwykłego, i podczas, gdy starzy rozochoceni krupnikiem bajali o dawnych czasach, a Magda krzątała się, zmywając statki, ścieląc posłania, sprzątając stół, dzieciak na rękach Szczepańskiego spał już — mocno, uśmiechając się do swych marzeń.
Wreszcie Kałaur przypomniał sobie, że klaczy nie napoił, baba, że jej patoka może wierzchem niecek się przelała, i wyszli oboje.
— Magdo! — zawołał Szczepański.
Podniosła głowę od roboty i zbliżyła się.
— Zasnął. Oj wybaczcie, nie uważałam, jako wam cięży.
Sięgnęła po dziecko, ale on się nie ruszał i rzekł, patrząc bystro na nią.
— Magdo — mój jest?
— Czyjżeby — panie! — wyrwało się jej z duszy, że sama nie wiedziała jak rzekła, i przeraziła się, i patrzała ze zgrozą — jak to przyjmie.
A on milczał, oczami dziecko ogarnął, pochylił się, ucałował i podał jej.
— Ułoż go powoli, by się nie rozbudził! — szepnął i wyszedł z izby.
Kałaur wrócił i począł się do spoczynku zbierać, baba poszła do alkierza — w chacie uczyniło się cicho, tylko rozlegał się szept odmawianych pacierzy i świerszczów monotonne cykanie, Magda krzątała się w sieni, dygocąc ze strachu — co uczyniła, nie pojmując jak śmiała wyznać.
Szczepański nie wrócił, pewnie z racyi jej bezczelności takiej — teraz ze sobą bojował, męczył się — przeklinał jeszcze bardziej dolę. Teraz jej trzeba za nim iść, do nóg się rzucić, przeprosić, wyłożyć — jako nic jej nie dłużny, wolny — i niech idzie swoją drogą — na nią się nie oglądając.
Wyjrzała przed chatę — miesięcznie było, więc go wnet dostrzegła, siedzącego pod ścianą.
Zawahała się — wolałaby pod ziemię się skryć, ale się przymusiła i podeszła.
— Spocznjcie, panie, po drodze. W komorze usłano! — Podniósł głowę, chwilę patrzał w księżyc, myśli zbierał i rzekł:
— Chciałem cię właśnie wołać. Czy ojciec jutro wraca, nie mówił ci?
— Pewnie jutro. Do siewów mu pilno!
— To i nam trzeba z nim wrócić.
— Poco, panie. Idźcie swoją drogą. Ja tu ostanę.
— Jak zechcesz, ale wpierw musisz ze mną u ojca być — i wiedzieć kto ja taki.
— Wedle tego, com wam, głupia, rzekła. Nie prawda to jest — zełgałam, panie. Pluńcie na to gadanie. Będziecie wierzyć Pokotynce — warta ona waszego myślenia. Zapomnieliście — jaką wzięliście!
— Milcz, Magdo. Będziesz mówić jak mnie wysłuchasz — teraz nie pora. I nie okłamuj na darmo i nie przypominaj ktoś była. Tyś mi dziecka mojego matka, i bym ciebie wart był — w tej chwili do ojca bym poszedł i prosił, by mi cię dał — ale wpierw wiedzieć powinniście kto ja, i dlatego wracam z wami. Idź, ja tu zostanę jeszcze trochę — potem na wozie spocznę. Nie mogę mówić!
— Panie mój — ostawcie mnie tutaj! — jęknęła.
— Nie niewolę cię, ale prawo do dziecka mam, i ojciec twój musi mnie wysłuchać. Czego się boisz, zły byłem dla ciebie i ze słabości twej korzystał. Teraz drogą mi jesteś — nie bój się.
— Com ja uczyniła, nieszczęsna, com rzekła! Nie mówcie do mnie tak — bo zdurzeję, bo mi się serce rozpęknie. O Jezu!
Zerwała się i, słaniając się jak pijana, poszła przed siebie, i w gąszczach przepadła.
Szczepański głowę rękami objął i pozostał tak długie godziny.
O świcie Kałaur wstał i, pacierze odmawiając, poszedł się myć do studni. Ranek był rośny i pogodny, ino cichy jak bywa w jesieni.
Stary pomyślał o swej roli, i westchnął na wspomnienie, że sam wróci do domu, i jął odmawiać żarliwie koronkę do Przemienienia Pańskiego.
Skrzypnęły wrota obórki — wyszedł Szczepański.
Oczy miał zaognione bezsennością, i żarem wewnętrznym spalone usta. Zbliżył się i rzekł:
— Dzisiaj wracacie do domu?
— A cóż, wracam! — stęknął stary. — Wy też dalej ruszacie.
— Nie — z wami pójdę1 Nie rzekliście mi złego słowa żem wam córkę pohańbił — przyjęliście jak syna — przyjęliście jak syna katorżnika, zabójcę. Ale w duszy za podleca i gałgana mnie macie — i słusznie. Ale co myślicie, to niczem nie jest jeszcze — do prawdy żywota mego, którą wam całą rzec teraz trzeba. Pójdę z wami i Magda być musi, i wysłuchać. Nie zataję nic — a wy postanowicie, co czynić mam. Na waszą wolę się zdaję — i spełnię jako się mną rozporządzicie!
Stary popatrzał nań uważnie, twardą dłoń wyciągnął.
— Słusznie jest. Co się stało nie odstanie. Wzięliście mi córkę — a ona was nie przeklina — nie godzi się i mnie. Co nam powiecie — z chaty nie wyjdzie — bo ta chata — waszego syna chata — a wy w niej — syn.
Szczepański bez słowa pochylił się, i kolana starego objął, a ten go za głowę uścisnął.
Słońce wyjrzało z za gąszczów — w chacie ruch się uczynił, i dym buchnął z komina, i Magda wyszła ze skopkiem do doju, a za nią Jasiek dreptał, a ujrzawszy gości u studni, do nich poskoczył.
— Magda! — zawołał Kałaur. — Żywo nam śniadanie szykuj, i sama się ogarnij, bo z południa do dom pojedziemy.
— Hospody! — wrzasnęła baba, słuchająca w progu. — Wszyscy się zabieracie. Jakż ja się ostanę. Toć pan przykazał, żeby Magdusin „człowiek“ jak tylko wróci, do dworu się stawił — służba na niego czeka. Dosyta było wołokity — a jaby rada na piecu siedzieć i bajki gadać, a nie straszyć głupi naród po siołach. Magduś, doniu, rzucisz ty tak babę!
— Nie rzucę, matko, ino na dni parę z nimi pójdę — taj wrócę już na wiek do was.
— Jaśko ze mną ostanie?
— Ostanie, matko. Będę do was wracać jako ptak. Nie trapcie się!
Uspokoiła się nieco baba, ale gdy mężczyźni przyszli na śniadanie, napadła na Szczepańskiego.
— Jużci ja czuję, że insze dumki macie. Ciągnie was kędyś — może do miasta ludnego, do białego chleba i skrzypek w gospodzie. Porzućcie — nie godzi się. — Ostańcie tutaj.
— I u mnie jest dach i chleb dla nich! — mrukną Kałaur.
— Jest! — odcięła baba. — A gdzież był — jakem ja kobietę przygarnęła, za służbą idącą — boso po grudzie, że trop jej był krwawy, jako tego zwierza szczutego. A gdzieście wtedy byli — ojcze.
— Matko — upomniała ją Magda. — Toć zostanę z wami.
— Ale — jak oni pozwolą! — zawarczała baba ponuro.
— Oho — zaśmiał się Kałaur — słuchała to ona mnie kiedy. Zrobi jak zechce.
— Ja też nie tyle do was mówię, jak do tamtego.
— I to bez racyi! — odparł Szczepański — bo ja uczynię, jak ona zechce.
— Chytrość taka! Bo to nie wiecie — jako za wami ginie i przepada. To wam tylko rzekę, że Jaśkam chodowała, i póki oczy moje patrzą, na niego będą patrzeć i póki nogi mnie noszą — za nim mnie poniosą.
— Takci będzie! — rzekł uroczyście Kałaur.
Skończyli śniadanie i jęli się do drogi zbierać — gdy wtem wpadł konny posłaniec ze dworu po babę. Panicz z huśtawki spadł, rękę wywichnął — kazano babę duchem dostawić, bo sławna była na okolicę z nastawiania kości. W parę minut stara się ustroiła, wzięła maście i zioła w fartuch i poszła, obiecując wrócić nad ranem.
A odchodząc jeszcze wołała do Magdy:
— A skończno, doniu, pszczoły podbierać, bo wielki czas. Jasiek ci powie, które jeszcze nieruszane.
Do roboty tej nadzwyczaj zamiłowany Kałaur ofiarował się z pomocą, i poszli oboje, a Szczepańskiego Jasiek wyciągnął w bór, obiecując cuda pokazać, i wnet w gąszczu przepadli, i pod wieczór się miało, gdy wrócili, obładowani różną zdobyczą.
Znaleźli w koszu, w ruczaju sporego szczupaka i grzybów pełne kapelusze przynieśli, a dzieciak umorusany był sokiem jerzyn i tak zmęczony, że go Szczepański na rękach przyniósł sennego, i ledwie się do matki uśmiechnął, i już powieki opadły, i zaczął coś mówić o harmonice i nie skończył. Magda go rozebrała i ułożyła na noc, a następnie podała Szczepańskiemu obiad. Parę łyżek przełknął i przestał.
— Nie smakuje wam, panie! — szepnęła nieśmiało. — Może do czego ochotę macie lepszą — powiedzcie.
— Nie głodnym — odparł, opierając głowę o ścianę.
Izba już mroczna była, dzień się kończył, Kałaur poszedł do klaczy, Magda do krowy — o Jaśkowych królikach przypomniał Szczepański i zaniósł im liści, a potem wrócił i czekał, siedząc na ławie, aż tamci się zbiorą — mówić im miał, co całe życie w sobie taił, jak kamień ciężkie, jak nieuleczalną chorobę rozpaczne.
Wrócili i, spojrzawszy nań, zrozumieli co z nim się dzieje i każde, jak umiało, starało się mu pokazać, jako im drogi jest.
Magda podała mu tytoń, Kałaur zagadał o borze — ale on, już zdecydowany, nie zwlekał i rzekł:
— Dziś trzeba skończyć. Już mi dość męki. Trza wszystko rzec. Myślałem, że moja tylko będzie hańba, nikt się nie dowie, ani z moją dolą się nie połączy. Panie Kałaur, ukrzywdziłem Magę, zmarnowałem jej życie, na wasze nazwisko rzuciłem wstyd. Niczem wynagrodzić nie mogę — ani nazwiskiem, bo na niem ohyda jest stokroć gorsza, ani sobą, bom zabójca wprost z kryminału wypuszczony, ani bytem, bom żebrak. Nie mam nic — straceniec! Chcecie wiedzieć jako drogą przeszedłem to posłuchajcie.
Sięgnął w zanadrze, dobył ów ceratowy pugilares, który Magda mu przyniosła, otworzył — wyjął zżółkły stary, drukowany arkusz — numer gazety i, rozwinąwszy go, jął czytać:
„Strąszna zbrodnia. Dziś rano, w mieszkaniu swem przy ulicy Rzecznej zmarł nagle rejent S. Przywołany lekarz stwierdził, że zgon nastąpił już przed paru godzinami, a badana służba zeznała, że poprzedniego wieczora rejent był zdrów zupełnie, na nic się nie uskarżał, i po spożyciu wieczerzy — jak zwykle pracował w swym gabinecie. Kiedy się udał na spoczynek niewiadomo. W mieszkaniu prócz nieboszczyka i żony jego znajdował się jeszcze syn, uczeń piątej klasy gimnazyum, zajmujący pokój wraz z korepetytorem swym — zarazem sekretarzem rejenta. Obydwa wyszli rano, nic o wypadku nie wiedząc. Najdziwniejsze jednak jest zniknięcie samej pani domu. Służba zaręcza, że wieczorem nie mówiła o zamiarze wyjazdu, a rano nie znaleziono jej w domu. Badany stróż uliczny zeznał, że widział ją około drugiej po północy — wychodzącą na ulicę; dokąd się udała nie śledził. Wskutek zagadkowych tych okoliczności, władze sądowe rozkazały zarządzić autopsyą zwłok i śledztwo, oraz odszukać żonę denata“.
Szczepański skończył, sięgnął znowu do papierów i wziął w drżące ręce jeszcze druk — urywek arkusza i tym samym głuchym głosem odczytał:
„Dramat w hotelu. Piszą do nas z Wilna:
Przed kilku dniami zamieszkała w hotelu Europejskim młoda kobieta, podająca się za Maryę Sucką. Z mieszkania nie wychodziła wcale i widocznie oczekiwała kogoś, gdyż rozpytywała służbę o godziny pociągów kolejowych i o listy. Nikt się jednak nie zgłaszał, aż we wtorek rano zaszła do hotelu policya. Na widok komisarza cyrkułowego kobieta wydala przeraźliwy okrzyk, rzuciła się do okna i wyskoczyła. Podniesiono ją z ulicy, słabe tylko dającą znaki życia — w drodze do szpitala zmarła. Okazało się, że była to Marya S., żona rejenta z Witebska, która przed tygodniem otruła swego męża i tejże nocy zbiegła. Jakie były pobudki zbrodniczego czynu, śledztwo wyjaśni“.
— To była moja matka! — rzekł Szczepański.
Zapanowało milczenie, w którym tylko było słychać dyszenie ciężkie jego piersi, a potem z kąta, gdzie siedziała Magda, rozległ się cichy, gorący szept:
— Wiekuisty spokój daj jej Boże miłosierny, przez Twe na krzyżu konanie i mękę, o Jezu. Ulituj się nad nią — o Matko Bolesna. Amen.
Szczepański wstrząsnął się cały, jęknął, i głową mu opadła na stół, rękami ją objął, i jak martwy był, tylko nim czasem dreszcz wstrząsał.
— Daj mu wody! — szepnął Kałaur.
Zaprzeczyła głową. Szeptała wciąż pacierz za tę umarłą — pierwszy, który niebo słyszało.
Stary odkrząknął, przysunął się, rękę na ramieniu nieszczęsnego położył i rzekł poważnie:
— Toć nie winniście, tylko gorzej sieroty. Mocy nabierzcie, my wam swoi. Rodzi się człowiek na mękę, każdy zgryzotę nosi. Co robić. Boże sądzenie.
Szczepański głowę podniósł.
— Ale każdego matka rodzi i miłuje — a kto ją straci, wspomina żałośnie, a słodko — a moja klątwą żywota mi jest i katem. Nie wiecie jeszcze wszystkiego. Miałem wtedy szesnaście lat, ojciec był ogólnie szanowany, zamożny — dom nasz gromadził najlepsze towarzystwo. Chowany byłem w wygodach i dostatku, uczyłem się dobrze, miałem przed sobą drogą odkrytą do wysokiego stanowiska, fundusz — imię nieskalane.
I tego dnia wróciłem do domu, i już nic nie zostało. Byłem oddany na pastwę ludzi — na zatracenie, na wstyd — rękami matki rodzonej oddany. Trup ojca walał się po sądowych stołach, życie domowe roztrząsła gawiedź, nazwisko zapisano w kryminalnej kronice, opiętnowanej podwójnym ohydnym mordem i samobójstwem, na fundusz wreszcie zwaliła się ćma kruków lichwiarzy — z wekslami ojca, sfałszowanemi tak niezdarnie, że nikt w nie nie wierzył, ale i nikt nie zaprotestował — i oto po dniach niewielu, gdym oprzytomniał — byłem jak ten szkielet z mrowiska dobyty — albo jak upiór — postrach dla ludzi — dla siebie samego ohyda!
Chciałem się zabić, ale gdym pomyślał, że z nią się spotkam na tamtym świecie — wolałem żyć.
I odtąd życie moje stało się bezustanną ucieczką przed ludźmi, przed sobą. I szła za mną klątwa — doganiała zawsze. Kryłem się przed nią, na samo dno nędzy — na sam spód głodu — odnajdywała — byłem napiętnowany — zresztą gdym się od ludzi ukrył — od siebie nie mogłem, a to, com w duszy nosił, może gorzej piekło, srożej dręczyło.
Uciekłem w świat, tułałem się po świecie z wyrzutkami takimi, jak sam obcując — cztery lata. Tedy musiałem wrócić do Witebska do poboru — i poszedłem w proste sołdaty, do kawaleryi, na pięć lat — daleko. I te lata były w mem życiu jedyną ulgą. Nikt mnie tam nie znał, mękę wewnętrzną zagłuszyła praca obowiązkowa i poczułem nad sobą życzliwość. W drugim roku służby — wziął mnie z szeregu do posług osobistych — rotmistrz — kniaź Orański.
Wyczerpany mówieniem umilkł na chwilę, a Magda wstała cichutko i podała mu kubek wody, i szepnęła, obejmując go łzawem spojrzeniem.
— Spocznijcie. Dopowiecie jutro, jeśli wasza wola. Albo i nie mówcie. Wam mąka — a nam cobyście nie rzekli — jednakoście drodzy. Spocznijcie!
Wypił wodą i głową potrząsnął.
— Odżyłem przez te lat piąć, i gdy mój kniaź dał służbę w swych dobrach, po wyjściu z wojska, myślałem, że w tym kącie dalekim już wieku dobędę — pokochałem bór i zwierza, ludzi wcale nie widywałem, pracowałem z serca i duszy. Aż oto pewnej wiosny rozeszła się wieść, że przyjechał nowy administrator — wezwano mnie do raportu — zobaczyłem Bielaka.
— Znaliście go przedtem? — spytał Kałaur.
— Prawie nie — nie bywał u nas — alem go spotykał na ulicy, znany był w mieście, jako adwokat i bywalec klubowy. Gdym go ujrzał, pociemniało mi w oczach — klątwa mnie dogoniła znowu. Myślałem przecie tyle lat, zapomniał, zmieniłem się — nie pozna. Stary administrator mnie przedstawił:
— Nadleśny Szczepański, oficyalista bardzo sumienny, tego panu polecam, i oprócz pochwał nic nie mam do powiedzenia.
Bielak na mnie popatrzał, ale obojętnie, bez wrażenia żadnego — i odszedłem w nadziei, że będę bezpieczny. W jakiś czas potem kazał mi wycechować tysiąc sztuk dębów na klepki, żyd je kupił, zabrał, tedy w raporcie kazał mi Bielak postawić 750 sztuk. Oparłem się — a on popatrzał na mnie, zaśmiał się i począł mruczeć pod nosem:
— Stała się nam nowina.
Zrozumiałem, że jestem w mocy jego. Trzeba było rzucić wszystko — znowu w świat iść — spodlił mnie tak ból i rozpacz, żem się poddał nieszczęsny. Wtedy zacząłem się rozpijać — byłem już złodziejem ! Gdym raz podpisał fałszywy raport leśny, Bielak już był o mnie spokojny — miał na mnie broń. Kradł tedy, a jam milczał, męczarnię sumienia głusząc wódką. Trwało tak dwa lata. Czy doszły do kniazia oskarżenia, nie wiem, ale zjechał do Oran kontroler Jasiński z siostrą i począł we wszystkie kupna, sprzedaże, kontrakta i rachunki szczegółowo wglądać. Uczciwy to był człowiek, ale miał jedną słabość, rozpustnik był i hulaka. Bielak słabość tę wnet poznał i wyzyskał. Rozpoczęła się swawola i rozpusta we dworze, hulali we dwóch, Jasiński do zapamiętania, zaczął się też w pilności opuszczać — o to Bielakowi chodziło na razie.
Było to tej zimy, gdy Magda już była u mnie w chacie. Chorą ją przygarnąłem — nie postało mi w myśli, by pozdrowiawszy, w tej pustce, ze mną jak wilk ponurym i złym zostać miała. Gdy nie odchodziła, rad byłem, że przecie komuś na świecie nie wstrętny jestem — w duszy mi jakby mróz tajał.
Z niedolą moją była druga niedola, z poniewierką moją była druga poniewierka — mogłem ja — być komuś opieką. Co się działo we dworze, małom wiedział, Bielak przestał kraść, przyczaił się, jam chwilami zapominał o przeszłości. Wtem pewnego dnia weszła do chaty Bielakowa. Nie pamiętałem, czym ją widział parę razy — zdumiałem! Była jakby nieprzytomna.
— U pana Jasińska z moim mężem schadzki miewają! — powiada. — Pan im służy — więc pan nie wie, kto Bielak, albo pan potwór gorszy od niego. Kochanka swojej matki pan osłania — jej kata i mordercę. A więc ja się za nią zemszczę i za siebie. Mam dowody na wszystko — do sądu je zaniosę — niech ginie — ja już milczeć nie będę.
Jak oszalała dobyła z za stanika te listy i rzuciła mi je.
— Czytaj pan, będziesz wiedział, komu służysz! Odkradłam je dla pana — odkradłam i dla Jasińskiego dowody złodziejskie, bierzcie go — niech ginie, niech przepada, jakem ja za nim zginęła i przepadła.
Gadała coś jeszcze — była, czy nie była — już nie wiem — jam listy tylko widział — mojej matki były — mojej matki! Dla niego poświęciła duszę i ciało, ojca, mnie, wreszcie życie. A on żyje i ja żyję — i może tak być!
Zerwał się i ramiona przed siebie wyciągnął, aż zatrzeszczały stawy, a potem za głowę się porwał i zwalił na ławę — wyjąc jak zwierz.
Kałaur się też zerwał i krzyknął:
— Coście za człowiek, żeście mu wnętrzności nie wypruli; kijem nie ubili — jak psa!
— Bo nie mógł — wskroś matki nie mógł! — rzekła Magda.
Szczepański poderwał głowę — spojrzał na nią.
— Czytałaś ty w duszy mojej, kobieto?
— Ino ją miłuję, panie! — odparła cicho. — I tak ufam, że i Jasiek by mnie poszkodował po śmierci jeszcze w kał wdeptać.
— Rzekła ona! — z ciężkiem odetchnieniem zwrócił się Szczepański do Kałaura. — Schowałem listy — nie rzekłem słowa — nie mogłem, w kilka dni potem spotkałem jego i zrozumiałem, że wszystko wiedział, że mnie badał — co myślę czynić, że się mnie — on — lękał. Musiała mu ona wszystko rzec — na rozstaniu — bo wyjechała nagle. Zrozumiał, że milczeć będę, ale postanowił moją zgubę — i uczynił. Teraz wszystko rozumiem, wtedy za wiele mnie naraz opadło — ale przez te pięć lat więzienia wszystko pojąłem — jasno mi teraz — jak to się stało. Staliśmy mu na drodze — Jasiński i ja. Obu sprzątnął.
— Tego nie wiem — może ta krew i na moich rękach. Przyszedłem tam pijany — on mnie wezwał, spotkawszy poprzedniego dnia. Wszystko było przygotowane. Przyszedłem tedy — Jasiński począł mnie pytać o sprawy leśne, przeprosił za ową scenę w kramie na rynku, poprosił do stołu, stały nalane kieliszki, trącił, bym z nim na zgodę wypił. Wypiłem — wydał mi się smak dziwny — splunąłem — wtedy on powiada ze śmiechem:
— Czy się pan trucizny boi? To tylko mężów trują, a nam dosyć będzie, jak się pan tu prześpi parę godzin, zanim ja się zabawię w gospodarza u pana w domu.
Tak to było niespodziewanie powiedziane, żem na sekundę osłupiał, a potem czując, że mnie istotnie jakaś straszna niemoc chwyta, rzuciłem się na niego. Uderzyłem, czem, gdzie — nie wiem — i już więcej nic nie pamiętam — aż trupa jego zobaczyłem. Tak było. Możem go i zabił — a zresztą — sądzonym za mord. — Za życia i po śmierci — mordercą u ludzi będę. I będę — bo po Bielaka teraz ja pójdę — teraz on mi zapłaci!
Wszystkom rzekł i nie powiecie mi oboje nic innego — tylko zabij, bo rozumiecie, że teraz muszę to zrobić — zanim umrę. Nie byłoby na świecie sprawiedliwości, by on ludzką śmiercią umarł, a nie z moich rąk.
I mogęż ja, to sobie zaprzysiągłszy — pacierz to mój był przez pięć więziennych lat, mogęż ja sobie ośmielić kobietę tę żoną nazwać — to dziecko synem i rzucić, by tam iść, pomstę brać, i zostawić im po sobie nazwisko mordercy, wstyd i hańbę, za całe wspomnienie. Tego ani wy nie zechcecie, ani ja nie uczynię — ale słowo wasze mieć chcę — na koniec tych dziejów moich. Wiecie już wszystko.
Milczeli oboje, a on czekał z oczami wbitemi w ziemię — wyczerpany, dysząc ciężko. Świerszcze cykaty monotonnie, a po chwili na strychu kur zapiał — Szczepański drgnął, oczy podniósł:
— Mówcie, panie Kałaur! — rzekł.
Stary się poruszył, ramiona wzniósł — spojrzał na córkę.
— Tobie bliższa sprawa. Ty pierwsza mów!
Magda siedziała opodal na ławie, z rękami skrzyżowanemi na piersi i głową pochyloną.
— Mnie się nie godzi takiej sprawy sądzić. Mnie milczeć trzeba, jakobyście mnie sądzili.
— Dlaczego? — spytał Szczepański.
— Bom ja niegdyś, draba umiłowawszy, ojca i matkę, i duszę mu zaprzedała, a potem zdradzona, jakbym się zabiła — nie ciało, a duszę! Przeto za matkę waszą modlić się będę tylko — a przeciw niej nie mogę nic rzec — i błogosławiona mi, pomimo wszystko jest — jako wasza rodzicielka. I sama matką jestem, przeto rzec nie mogę zabij — łonu, co życie dało człowiecze — nie każcie takiego słowa wydać — zostawił w niem Bóg ino miłosierdzie — i ból i litość nad każdym żywotem. Nie rzeknę ja: zabij — nie mogę!
— Tedy twoja litość przy Bielaku, nie przy mnie! I ty mu darować gotowa — moją dolę! — wybuchnął Szczepański. Pocoś tedy owe papiery chowała, do mnie szła. Com rzekł — mało ci! Nie rozumiesz, co we mnie wyje!
Kobieta zerwała się i, cisnąc dyszące piersi, wybuchnęła także:
— Czego wy chcecie odemnie, panie? Czego wy chcecie? Żebym wiedziała, co w tych papierach jest, nie chowałabym ich, ale w wir rzeczny cisnęła — na głębię, jak się gady ciska. Nie niosłabym ich do was, byście się jadem ich nanowo otruli. — Czego wy chcecie? Gdy was mnie wydarto wtedy — nie daliście siebie bronić — milczałam — zabroniliście za sobą iść — zostałam — czego wy więcej chcecie? Nad ludzką moc żądacie odemnie! Chcecie po śmierć i pomstę iść, idźcie, wasza wola. Ni żoną waszą nie chcę być — ni was powstrzymywać. Ale mi nie każcie rzec: idź — giń — umieraj — ale mi pozwólcie nad nikim — ino nad sobą samą litość mieć. Słyszę — co w was wyje — aleć takiego jęku, jaki we mnie jest — nie wiem już, jak dusza strzyma. Czego wy chcecie odernnie — o Jezu!
Zawróciła się i wyszła prędko do alkierza.
— Bo i prawda! — mruknął Kałaur. — Nikt swego miłowania na rzeź nie da. Kobieta ino miłowanie czuje. Dajcie jej pokój. I ja też nie sędzia dla was stosowny — ja też niby strona. Dziecka mi żal, i was żal. Krzywda straszna nad wami, słusznie pomsty chcecie, słusznie się wam należy. Alem ja już stary, długom żył — na wielem patrzał — i wiarę chowam w naukę świętą. Zdajcie sprawę na Boski trybunał!
— Widzieliście często na świecie sprawiedliwość? — rzekł gorzko Szczepański.
— Zawsze — gdy sprawę kto czystą miał — co rzadko jest — bo zwykle obie strony winne. Ale kto prawy, ma najprzód w sobie spokój — i dusza jego nigdy nie bywa samotna. Choćby i tutaj. — Miałci Bielak w Oranach żonę i dostatki — miał kochankę — i wrogów poniszczył. Wiodło mu się w każdym zamyśle. Pięć lat minęło — wam kaźni — jemu swobody i dobrobytu. Widzieliście go za powrotem?
— Nie widziałem — wyjechał był do miasta!
— Tedy ja wam rzekę — idźcie znowu do Oran, i zanim sięgniecie po pomstę, uznajcie jako mu jest. Czy zdrów i kochany, czy przyjaciela ma — ot choćby takiego, jak ja — starego szaraka, co mu „synu" z serca mówi, czy choć prosta kobieta głupia — za duszę jego i życie — swojeby dała — czy dziecko rodzone — na rękach mu uśnie — jak kociak. To wszystko uznajcie — i jeśli to ma — bierzcie pomstę — bo snać niema sprawiedliwości na świecie!
— To mój wyrok! A teraz spocznijcie.
Wstał stary, wyszedł przed chatę i rzekł powróciwszy:
— Miesięczno i ciepło. Cudnie się zboża zarunią. Już drugie kury, trzeba spocząć starym kościom.
Rozebrał się, pacierze szepcąc, i legł na ławie.
Szczepański nieporuszony siedział. Uciszało się w nim, ustępowało drżenie, oddech stawał się wolniejszym, rysy się rozprężały — w półsen zapadł, w rozmarzenie, w spokój.
Wtem w alkierzu Jasiek się snać przebudził, bo senny, cienki głosik zawołał:
— Mamo!
Szczepański oczy na te drzwi podniósł i słuchał.
Coś się poruszyło, dzieciak o coś pytał, szept mu odpowiedział, potem szmer pocałunku i znowu cisza, przerywana skrzypieniem świerszczów...
Lampa poczęła dogasać i pryskać — cienie się kładły na izbę. Cichutko rozwarły się drzwi alkierza. Magda weszła, zbliżyła się do siedzącego i, jak niegdyś w orańskiej leśniczówce, u kolan jego przyklękła, mówiąc cicho:
— Rozzuję was, panie, spocznijcie, zaśnijcie. A możeście spragnieni? Kwas jest świeży!
— Daj pić! — odparł.
Przyniosła dzbanek z komory. Pił chciwie, długo.
— Może wam lampę dolać? — spytała znowu.
— Nie. Miesiąc świeci. Siądź tu — na ławie.
Usłuchała i miesiąc na lica jej padł pobladłe, smutne, ale już spokojne.
— Dzieciak nie śpi. Rozbudził się?
— Już zasnął. Zbudził się — bo sobie króliki przypomniał. Uspokoiłam, żeście nakarmili.
— Cóż rzekł?
— Daj Boże zdrowie, tatce — pójdę mu podziękować.
— Nie puściłaś? Czemu?
— Poco ma do was przywykać? Potem, jak go pocieszę? Zasnął, niech zapomni!
— Magdo! — rzekł, spojrzał na nią i urwał.
A potem znowu:
— Pocom ja tobie — wam. Ja już nie żywy, nie człowiek. — Ja jak spróchniałe drzewo, w którem tylko gady i robactwo żyje i mnoży się. Nie może być — bym komu miły mógł być, komu potrzebny — dobry. Litujecie się nademną — a i tego nie warto.
Kobieta milczała, tylko jej usta drżały.
— Teraz, gdy wiecie wszystko, a chcecie pomimo to — bym ślub z tobą wziął — dla dziecka to rzeknij! Co wolisz — samotny wstyd — czy hańbę mego nazwiska?
— Lekko nie obiecujcie, panie. Byście to uczynili — łańcuch ukujecie. Zali myślicie, że ja wtedy zostanę, gdy wy na śmierć i zagubę pójdziecie?
— Magdo — miłujesz ty mnie jeszcze, po wszystkiem coś słyszała? — rzekł głucho, rękę kładąc na jej głowie.
Podniosła nań swe głębokie źrenice, łez i ognia pełne, bólem rozszerzone.
— Nie wiem, panie, nie rozeznaję — co wy, a co ja! — odparła.
— Tyle co Jaśka mnie miłujesz?
— Czy wy nie jedno?
— Prawda. Jam też taki słaby — taki słaby.
Położył głowę na jej ramieniu, śmiertelnie znużony. Milczeli tak, głowa przy głowie.
— Powiedz co? — szepnął.
A ona, cicho, łagodnym szeptem poczęła mówić:
— Pomnę — w Wieszańcu, gdziem bytowała — sama zrazu, a potem z Jaśkiem maluśkim — była około zwalonego młyna wierzba stara.
Gruba była, krzywa, i wewnątrz spróchniała. Odzież waszą, com uchowała — w to dziupło wetknęłam, spokojna, że suche schronienie. Ale na wiosnę — wody ogromne się rozlały i zajęły moją kryjówkę i chatę i młyn — myślałam, że się potopimy z Łyską — bośmy we dwoje w konarach tej wierzby przesiedzieli dni i nocy parę, z nurtem szumiącym pod sobą, a deszcz nas prażył bez ustanku! To gdy wody spadły, i ziemia obeschła a zajrzałam do swej dziupli — pełna była szlamu i zgnilizny — i odzież wasza w rękach się rozłaziła i przepadła. A potem to w te szmaty i błoto naściągało się rozmaitego robactwa, żab, plugastwo takie, co się boi dnia i słońca, i zdrowego wiatru, a człowiek ręką nie dotknie i, spojrzawszy, splunie i cofnie. I poczęło to wewnątrz wierzbę toczyć i żreć, że po listkach znać było, że jeszcze rok, a zwali się w rzekę — same próchno i susz — martwa. Szkoda mi drzewa było, bo Jaśkowa kołyska na niem bywała uwieszona, i dzieciaka liście bawiły, i gałęzie jak wiatr kołysał, to one jego usypiały.
I myślę: dał ci Bóg ludziom i zwierzu zioła na poratowanie w chorobie, a ot — o drzewie zapomniał — daje mu ginąć — szkaradę taką swem życiem karmić. Aż tu pewnego gorącego południa, szmer jakiś słyszę — coś szarego, jak szmatka nad ziemię przeleciało, na wierzbę spadło. Skoczyłam kołyskę zdjąć — rój pszczeli był. Nijakiej krzywdy dziecku nie czyniły, ni mnie. Zdrożone były — het — z daleka bo szły — z borów, przez bagna i topiele — aż do Wieszańca — może dwa dni były w drodze, i weszły w ową norę plugastwa pełną — takie małe naprzeciw ropuch i gadów, co się tam rozwielmożniły. Myślałam — przepadną, albo umkną dalej — aleć ich kto przyprowadził — wierzbie na poratowanie, tenci ich utrzymał i nad gady ukrzepił. Żyliśmy razem, i tak ich chatę znałam — jak własną, i robotę tak widziałam — jak swoją. W wierzbinie pałace pobudowały, rany i próchno kitem pogoiły, i napełniły serce drzewa słodyczą i wonią — a kędy się gady podziały, którym i człowiek radyby nie dał! Hej — stoi pewnie i teraz wierzbina zdrowa i cała — Jaśkowej kołyski niema, ale gniazd ma pewnie pełno po rosochach — i pisklęta ochrania — jako moje niegdyś.
Szczepański ciężej na jej ramieniu głowę oparł i z cicha rzekł:
— Żeby Bóg o mnie pomyślał — a może już myśli — spocząć mi się chce — i tak cicho. Zasnę — tylko ty nie odchodź. Takim zmordowany!
Ogarnęła go ramieniem, ułożyła wygodniej.
Teraz w chacie zapanowała cisza. Świerszcze ucichły, lampa zgasła, miesiąc tylko wnętrze srebrem zalał — i szedł po niebie ku zorzy porannej. Magda siedziała nieporuszona, ino jej oczy przez okienko w tę jasność szły i coś mówiły — ino jej usta poruszały się czasem, słowem — odetchnieniem — gdy się w duszy nie mieściło dumanie, ale ją sen nie brał, ni czuła zmęczenia.
Aż srebrne światło poczęło różowieć i złocieć, i za oknem szmer przeszedł, jak drżenie rosy opadającej, i zaświergotały wróble, świtem zbudzone. Ale świat się jeszcze nie budził, bo na niebiosach tylko smugi bursztynowe znaczyły wschód. Aż po chwili w okienko chaty uderzyła jak łuna purpurowa — w oczy Szczepańskiego, że się przecknął i spytał:
— Co się pali?
— To świt, panie. Dzień się czyni. Śpijcie — zaledwie wschód — odpowiedziała cicho.
Ale on w tę jasność oczy utkwił — i patrzał i słuchał, zdziwiony, że mu tak lekko, że siebie nie czuje, że w sobie ma taką ciszę i że go nic nie boli.
Nie ruszał się, jakby się lękał, że coś spłoszy.
Za oknem świat się budził, w rosie się kąpał, ku słońcu się zrywał. Rozgadały się wróble, sikory, wielkie malwy pootwierały kielichy, i na pogodny dzień był ten świt złoty, bo niedbałe o rosę — do ziół rosnących pod chatą zleciały pszczoły i słychać je było w ciszy.
— Takie są, co próchno i robactwo zniszczą — owad mały, szary — jak Bóg je pośle — rzekł półgłosem.
A potem zupełnie się ocknął, wstał, wyprostował się i dodał:
— Żeś mnie doprowadziła do takiego świtu — po takiej nocy, błogosławionaś, Magdo. Co chcesz — teraz bym czynił — dobrze mi będzie.
— Bo to nie wiecie, panie, co ja głupia — chcę. Ino tego boru, ciszy i Jaśkowego zdrowia i służenia wam do śmierci.
— Będziesz miała! Juści nas chyba śmierć rozłączy!
— Da Bóg i ona nie! — rzekła uroczyście, znak krzyża na piersi kreśląc.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.