Gdyby nie kobiety/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Gdyby nie kobiety
Podtytuł Powieść sensacyjna
Data wydania 1938
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Fruchtmana
Druk Zakł. Graf. „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ 2

Znów nasunął się sezon zimowy. Nadciągała „ofenzywa“. W warszawskim światku przestępczym panował ożywiony ruch. Z zadowoleniem opowiadano sobie o ostatnich wydarzeniach. Ludzie nocy byli zachwyceni męstwem i pomysłowością Krygiera.
Urząd Śledczy, co prawda, trzymał sprawę Wołkowa w jaknajwięktszej tajemnicy. Ale w podziemiach doskonale wiedziano o tym, że Wołkow postradał zmysły i że przebywa w sanatorium pod Warszawą.
Odczuli zresztą zmianę w Urzędzie Śledczym na własnej skórze. Miejsce Wołkowa zajął Szczupak, który dał o sobie znać ludziom nocy. Nazajutrz, po przejęciu urzędu, Szczupak rozpoczął ze światem przestępców za ciekłą walkę. Nie było nocy bez obławy. Areszty policyjne były przepełnione. Również do więzień trafiły setki osób, które zżyły się z myślą, że pozostaną na wolności.
O Janku, Milczku, Antku i Adzie w Warszawie niewiele wiedziano. O zajściu w Zakopanem krążyły wśród ludzi nocy liczne opowieści. Co do jednego szczegółu świat przestępczy był zgodny: nie ulegało dla nich wątpliwości, że uciekli oni wraz z Krygierem zagranicę.
Również Bajgełe i „zimna kokota“ zniknęli bez śladu. Zdali oni sobie w porę sprawę z tego, że najwyższy czas rozstać się z Warszawą.
Karpie głowy światka warszawskiego nie brały udziału w zimowym sezonie. Nastały czasy dla podrzędnych rzezimieszków. Największą sensacją było, że w Warszawie ustały groźne włamania połączone z rozpruwaniem kas ogniotrwałych. Policja jednak nie zrezygnowała z postanowienia zlikwidowania bandy rozpruwaczy.
Banda ta miała na swoim koncie długą listę zbrodni: kilka olbrzymich włamań, zabójstwa (zamordowany policjant w nocy ograbienia hrabiny, zastrzelony Felek, oraz urocza konfidentka, która przebywała w szpitalu bez rąk i nóg).
Szczupak rozesłał po całej Polsce listy gończe z fotografiami uczestników bandy Krygiera. Szczupak poprzysiągł w duchu, że nie odpocznie w pościgu, póki ich nie wytropi.
O Wołkowie miał swoje zdanie. Ale nie umiał rozwiązać zagadki: w jaki sposób to się stało, że Krygier uciekł z celi aresztu, a tam — w celi — znaleziono Wołkowa w stanie obłąkanym...
Szczupak robił sobie wyrzuty, że odrazu nie skierował Krygiera do więzienia, skąd nie mógłby z taką łatwością uciec. Miał jeszcze jeden powód, dla którego nie powinien zbytnio badać tajemnicy: sam miał taki wypadek... Czyż nie przebywał w piwnicy ze związanymi rękami i nogami? Może i Wołkowowi coś takiego się przydarzyło?..

Od Wołkowa nie mógł niczego się dowiedzieć. Od krytycznej nocy zmienił się nie do poznania. Na wszystkie pytania odpowiadał głupkowatym uśmiechem, szepcząc po cichu niezrozumiałe dla nikogo słowa.
Uderzał wszystkich fakt, że Wołkow nikogo nie poznawał i nikt nie potrafił wzbudzić w nim zainteresowania. Nawet żony i dzieci nie poznawał, spoglądając na nich obojętnym wzrokiem. Stał się bogobojny. Dni i noce spędzał na modlitwie. Bywało, że budził się w nocy biegał po osobnej celi. Twarz jego przybierała surowy wyraz. Wydawał ostre rozkazy. Znów grał rolę komisarza. Ale po kilku minutach chował się pod łóżko. Płakał. Groził. Błagał.
Psychiatrzy, którzy mieli Wołkowa pod obserwacją, jednogłośnie orzekli, że jest nieuleczalnie chory. Ustalili, że trapią go wyrzuty sumienia, prześladują go różne wizje, ale odcyfrowanie tego, co się rozgrywało w jego umyśle, było niemożliwością.
Jedynego człowieka którego umiał rozpoznać był Szczupak. Na jego widok, Wołkow odzyskiwał jakby przytomność umysłu. Lekarze nie mogli sobie tego wytłumaczyć. Wołkow, na widok Szczupaka zbliżał się do niego, zatapiał w nim wzrok, jakby mu czynił ostre zarzuty. Szczupakowi robiło się nieswojo. Postanowił wreszcie zaniechać dalszych odwiedzin Wołkowa w sanatorium.
Po wypadku w Zakopanem, Szczupak postanowił trzymać się na baczności i zachowywać się z większą ostrożnością. Jedynie przypadkowi miał do zawdzięczenia, że jego pian nie powiódł się. Samochód, którym Szczupak mknął wraz z towarzyszami do Zakopanego, by na daną wiadomość przez konfidentkę, za jednym zamachem zlikwidować całą bandę, uległ uszkodzeniu. Gdyby nie dwugodzinne opóźnienie z powodu defektu w aucie, Janek z kompanami byliby już za kratami. Na myśl mu nie przyszło, że chytry Bajgełe zawczasu dowiedział się o tym i uprzedził swoich towarzyszy.
Bajgełe, który również był zaproszony przez Adę na uroczystość, nie odpoczął, póki nie skontrolował podejrzeń, powziętych pod jej adresem. Od pierwszej chwili nie wierzył, że jest artystką filmową, za którą się podawała.
Szczupak wybierał się zagranicę, gdzie, wedle otrzymanych przezeń wiadomości, miała przebywać ścigana banda.
Pewnej nocy, gdy wrócił późno zmęczony do domu, zabrzęczał na nocnym stoliku telefon.
— Czy to pan komisarz? — pytał głos kobiecy.
— Tak jest. Kto mówi?
— Dobry wieczór panu komisarzowi. Tu mówi kobieta, która ma panu do zakomunikowania bardzo ważnych rzeczy.
Słowo „ważne“ zelektryzowało komisarza.
— Czy mogłaby mi pani podać swoje nazwisko lub inne szczegóły dotyczące pani osoby?
— Telefonicznie, niestety, nie mogłabym. Musielibyśmy się spotkać osobiście.
— Proszę mi wyznaczyć spotkanie — rzekł komisarz Szczupak.
— Mogę przyjść tylko do takiego lokalu, gdzie uczciwej kobiecie wypada spotkać się z mężczyzną — oświadczyła kobieta z uśmiechem.
Szczupak chciał sobie przypomnieć skąd zna ten głos. ale nadaremnie.
— Proszę bardzo. Zgadzam się na wszystko, tylko czy mogę wiedzieć, jakiej to sprawy dotyczy?
— Zapewniam pana, że moje wyjaśnienia przyczynią się do wykrycia afery, którą pan się tak przejmuje. Ale telefonicznie nie mogę udzielić panu tych wyjaśnień.
— Jestem do pani dyspozycji — rzekł Szczupak zdecydowanym tonem.
— W takim razie będę pana oczekiwała jutro o dziesiątej na Placu Teatralnym przed Operą.
— Jak panią poznam?
— Mężczyźni twierdzą, że jestem piękna. Zapewne i pan mnie wyróżni swoją męską spostrzegawczością. — zawołał kobiecy głos w tubie telefonicznej. — Panie komisarzu, pan napewno nie pożałuje tego spotkania ze mną.
Szczupak przez dłuższy czas nie mógł zasnąć po rozmowie z tajemniczą damą.
Na nowym odpowiedzialnym stanowisku Szczupak czuł się nie bardzo pewny siebie. Władze przełożone spodziewały się z jego strony nadzwyczajnych sukcesów. Z natury był człowiekiem małomównym i skroninym. Nie lubiał chwalić siebie i opowiadać o swoich nad zwyczajnych sukcesach, co tak charakteryzuje detektywów.
Jego zdaniem zrobił wiele w ciągu swego urzędowania. Dzięki odrębnemu sposobowi urządzania obław udało mu się zlikwidować najważniejsze „meliny“, w których zbierali się czołowi przedstawiciele świata podziemnego dla omówienia planów działalności na najbliższą przyszłość. Niejedną poszukiwaną „osobistość“ udało mu się w ten sposób wyłowić i osadzić w więzieniu. Również zmniejszyła się liczba kradzieży.. Przy pomocy konfidentów Szczupak zawczasu demaskował plany światka przestępczego. Nic nie pomogły tricki włamywaczy, którzy wynajmowali uczciwych ludzi do przenoszenia narzędzi zbrodni. W podziemiach panowała panika. Groziła im kompletna utrata zarobków.
Bajgełe na ten okres odgrywał wybitną rolę wśród ludzi nocy. Wybrany przez, komitet trzynastu na miejsce garbatego, opuścił Warszawę i przeniósł się do małej mieściny na Polesiu, skąd wysyłał swoje instrukcje. Ale jego zalecenia nie nadawały się do nowowytworzonej sytuacji. Ludzie nocy buntowali się i żądali „detronizacji“ Bajgełe i przywrócenia do byłej godności przykutego do łoża garbatego. Ten „rebe“ złodziei powoli wycofywał się ze świata przestępczego. Nieliczni tylko zwolennicy jeszcze przesiadywali w jego norze, przysłuchując się jego wywodom i naukom.
Garbaty wiedział o wyczynach Krygiera i o klęsce Wołkowa. Nie chciał tylko słyszeć imienia Klawego Janka. Nie mógł mu wybaczyć, że upatrzył sobie córkę złodzieja i jego dawnego przyjaciela Staśka Lipy za narzeczonę. Ale dużo przyjemności sprawiło mu opowiadanie o odważnej ucieczce Klawego Janka z kompanami w Zakopanem.
„Garbaty“ sam wskazał na Bajgełe jako na swego godnego następcę. Miał dość tej ferajny. Wolał cały czas spędzać na modłach i bogobojnych rozmyślaniach.
Ale oto pewnej nocy, kiedy garbaty prawił zebranym zwolennikom morały, naraz drzwi jego pokoju rozwarły się i wtargnęła policja. Na czele wywiadowców stał Szczupak. Nałożyli oni momentalnie zwolennikom „rebego“ kajdanki na ręce, a z pod poduszki garbatego zabrali portfel, wypchany pieniędzmi, notes z uwagami; paczkę różnych dokumentów. Szczupak zlikwidował „rezydencję“ garbatego, założyciela zakonu „Rozpruwaczy“.
Fakt ten wstrząsnął światem ludzi nocy, którzy powzięli zamiar pozbycia się Szczupaka. W tym celu odbyła się wielka na rada „trzynastu“, w wyniku której Bajgełe wydelegował „Zimną Kokotę“ dla wykończenia Szczupaka. Ona chętnie podjęła się tej misji.
„Zimna kokota“ chciała się zrehabilitować w oczach ludzi nocy, którzy pamiętali że utrzymywała bliskie stosunki z komisarzem Wołkowem...
Obudziła ona w nocy Szczupaka, telefonując doń, że ma mu coś ważnego do zakomunikowania.

Punktualnie o godzinie 10 ran o Szczupak przybył na umówione miejsce spotkania. „Zimna kokota“ zbliżyła się doń pewnym krokiem, witając go dobrze wypróbowanym uśmiechem, który działał na mężczyzn zabójczo...
Szczupak musiał przyznać w duchu, że jest urocza.
— Czym mogę pani służyć? — zapytał Szczupak służbowo niemal.
„Zimna kokota“ wybuchnęła śmiechem:
— Tylko nie tak ostro, panie komisarzu. Musi pan na chwile zapomnieć o swoim mundurze. Nie lubię mężczyzn brutalnych.
— Po co pani mnie tu wzywała? By czynić mnie uwagi?. — zaczął się Szczupak denerwować.
— Jeżeli pan zamierza do mnie przemawiać takim tonem, rozstańmy się natychmiast. Inaczej sobie wyobrażałam nasze zetknięcie się i osobiste poznanie. Przedstawiłam sobie pana, piastującego tak wysoka godność, jako człowieka cierpliwego kulturalnego, taktownego, conajmniej uprzejmego wobec kobiety...

Szczupak nie wierzył własnym uszom. Jak śmiała ta nieznajoma wzywać go tutaj po to, by go strofować? Ta zuchwałość intrygowała Szczupaka.
— Więc czym mogę pani służyć? — ponowił Szczupak pytanie, starając się te słowa wypowiedzieć łagodnie.
— Na wstępie zaproszeniem na kawę z ciastkami — odrzekła, uśmiechając się zalotnie.
Szczupak przyglądał się jej z rosnącym zainteresowaniem.
Pięknie skrojony kostium angielski leżał na jej zgrabnej figurze, niby ulany. Srebrny lis, który zdobił jej kostium, dodawał wiele gracji.
„Zimna kokota“ stwierdziła z zadowoleniem, że od pierwszego wejrzenia wywarła na Szczupaku dobre wrażenie. Intuicją kobiecą wyczuła, że jej plan uda się całkowicie. Postanowiła nie dać mu ani czasu, ani możności uwolnienia się od czaru, jak na nim wywierała. Bez ceremonialnie ujęła go za ramię i skierowała się w stronę Wierzbowej.
Szczupakowi jej zachowanie wydawało się podejrzanym. Pozwolił siebie prowadzić dokąd chciała, ale w duchu postanowił zachować ostrożność. Wiedział coś nie coś o tym, że jego poprzednicy, zarówno Żarski jak i Wołkow dlatego skończyli tak marnie, że zadawali się z kobietami, które doprowadziły ich do upadku.
„Zimna kokota“ zaprowadziła Żarskiego do jednej z cukierni w tej okolicy, które o tej porze były puste. Zamówiła dla siebie i dla Szczupaka dwie pół czarne. Usiadła w takiej pozie, by Szczupak mógł podziwiać jej piękną linię ciała. Zarzuciła szarmancko nóżkę na nóżkę. Szczupak poczuł po grzbiecie dziwny, lekki dreszcz rozkoszy.
Szczupak czuł, że ta kobieta wywiera nań coraz silniejszy wpływ. Postanowił temu przeciwdziałać.
— Ciekaw jestem, co mi pani ma tak zajmującego do opowiedzenia, że uważała nawet za wskazane dzwonić do mnie w nocy.
„Zimna kokota“ przysunęła się bliżej do komisarza tak, że kolana jej oparły się o jego nogi.
Szczupak bał się dziwnie kuszącego aromatu, który bił od „zimnej kokoty“.
— Jak widzę — ciągnął dalej Szczupak — pragnie mnie pani zainteresować raczej swoją osobą, a nie rewelacyjnymi doniesieniami na pewien temat... Tu nie miejsce na flirt.
„Zimna kokota“ odpowiedziała na słowa Szczupaka śmiechem.
— Ten śmiech jest mi znany. Również gdzieś musiałem panią widzieć. Ale szkoda czasu na tego rodzaju rozpamiętywania. Jestem, niestety, bardzo zajęty. Musimy przystąpić do sprawy.. Jeżeli ma mnie pani coś do zakomunikowania...
„Zimna kokota“ naraz spoważniała. Dokończyła palenie papierosa i przyjąwszy poważny wyraz twarzy, rzekła:
— Panie komisarzu, jeżeli dziś pan piastuje tak wysoką godność, niemała moja w tym zasługa.
— Nie rozumiem pani.
— Zaraz panu to przypomnę. Czy pamięta pan, jak to było przed kilkoma tygodniami, że leżał związany w piwnicy?
Szczupak chwycił ją za rękę:
— Skąd pani o tym wie? Kim pani jest? I kto pani opowiadał o tym wydarzeniu?
„Zimna Kokota“ flegmatycznie zapaliła drugiego papierosa i rzekła spokojnie:
— Mnie pan zawdzięcza swoje życie. Ja pana wówczas uratowałam.
— Pani? — spytał zdziwiony Szczupak.
— Tak, mnie pan ma do zawdzięczenia swoje ocalenie. Jak pan się domyśla, należę do ludzi nocy... Nazywają mnie „zimna kokota“ — roześmiała się cynicznie. — Tak „zimna kokota“. Czy pan, panie komisarzu, już słyszał o podobnym pseudonimie kobiecym?
Szczupak przypatrywał się jej z rosnącym zainteresowaniem. Teraz zrozumiał dlaczego jej dziwny śmiech był mu „skądinąd“ znany. Zaimponowała mu szczerym przyznaniem się z przynależności do światka przestępczego.
Szczupak przemówił do niej łagodniejszym tonem:
A więc to pani na nich wpłynęła, by mnie nie skrzywdzono. Ale może mi pani wytłumaczy, co za związek z tamtym wypadkiem miał pani cyniczny śmiech, który kilkakrotnie podchwytywałem? Z kogo pani wówczas szydziła, czy czasem nie ze mnie?
— Panie komisarzu, z tymi ludźmi można wszystko zrobić, ale w pogodnym i wesołym nastroju. Miałam trudną przeprawę z ukochanym, od którego decyzji zależało wówczas pańskie życie.

— W imię czego pani to uczyniła?
— We własnym interesie.
— Jak to mam rozumieć?
— Gdy zobaczyłam pana związanego i bezradnego w piwnicy, litość we mnie wezbrała postanowiłam pana uratować. Po drugie, wiedziałam, że przyjdzie czas. kiedy będę potrzebowała pańskiej pomocy... Wiele słyszałam o pańskich talentach. Wiedziałam, że prędzej czy później będzie pan następcą Wołkowa. Takie stosunki zawsze mogą się przydać.
— Pani znała Wołkowa? — zapytał Szczupak.
— Oho!...
Szczupak zastanowił się przez chwilę, po czym za pytał:
— Skąd pani znała Wołkowa i w jaki sposób zbliżyła się pani do niego, o czym wolno mi przypuszczać, sądząc z pani odpowiedzi.
— Pan staje się zazdrosny?.. — znów roześmiała się „zimna kokota“ — Wołkow miał być moim kochankiem — rzuciła bez żenady.
— Wołkow?
— Co w tym dziwnego? Alboż jestem brzydką kobietą?...
— O, nie! Tego bym nie powiedział. Przeciwnie, pani uroda jest odurzająca, ale pani rozumie: on — komisarz policji, a pani — no, przecież, pani sama przyznała tu, że należy do innego świata.
— Czy mogę z panem mówić otwarcie i bez ogródek, panie komisarzu?
— To jest moim najgorętszym życzeniem. Proszę być ze mną szczera. Wszak pand mi uratowała życie.
Komisarz Szczupak uśmiechnął się i przysunął bliżej do rozmówczyni.
— Wołkow — cedziła teraz „zimna kokota“ każde słowo — chciał uczynić ze mnie swoją nałożnicę. No, podkochiwał się we mnie.
— A pani była względem niego obojętna?
— Gdy się kocha złodzieja, nie można jednocześnie być kochanką komisarza policji. Pan komisarz przecież mówił teraz o innym świece...

— Czy wolno panią zapytać o to, kto był pani przyjacielem z pośród ludzi nocy?
— Klawy Janek. Jego prawdziwie kochałam!
— A teraz?
— Teraz — „zimna kokota“ zacisnęła ze złością swoje piąstki — jestem zaciętszym jego wrogiem od was, wszystkich policjantów. Najpiękniejszym dniem w moim życiu będzie ten, kiedy Janek zawiśnie na szubienicy.
Szczupak przeniknął ją spojrzeniem, jakby chciał sprawdzać, czy czasem nie gra komedii.
— Rozumiem teraz dlaczego pani do mnie dzwoniła. Kierowało panią uczucie zemsty. Ale dlaczego naraz chce się pani na nim mścić?
— Zdradził mnie, podły! I nadomiar złego nakazał, bym była Wołkowowi uległa...
— I Wołkow, komisarz policji, pozwolił sobie na to?...
„Zimna kokota“ zmierzyła go ironicznym spojrzeniem od stóp do głowy i rzekła:
— Czy komisarz policji nie jest samcem?
Szczupak w duchu rozmyślał nad wyznaniem przybyłej. Niejednokrotnie przekonywał się w czasie długiej praktyki policyjnej, ile usług kobiety oddały policji w walce ze zbrodnią i przestępstwem. Małoż to razy wysłuchiwał zeznań żon czy kochanek przestępców, które ujawniały kryjówki poszukiwanych zbrodniarzy? Dlaczegóżby „Zimna kokota“, która, jak twierdzi, była kochanką herszta bandy, miała nie przysłużyć się w wytropieniu tej szajki? Taka może więcej potrafi od całej brygady konfidentek.
Po klęsce z Adą w Zakopanem, komisarz Szczupak zrezygnował z usług konfidentek. Bolał nad losem Ady, wobec której nie był obojętny.
Obserwując „Zimną kokotę“ Szczupak w duchu przyznał, że Wołkow miał gust...
„Zimna kokota“ była w okresie najbujniejszego pokwitania kobiecego.. Po smutnych przeżyciach od zyskała równowagę duchową i fizyczną. Bajgełe opiekował się nią, jak rodzoną córką. Czarowała wszystkich swoją urodą i kobiecością. Znała swoją wartość i nie ulękła się decyzji ludzi nocy, którzy powierzyli jej misję uczynienia Szczupaka powolnym narzędziem.
Nie trzeba było jej udzielać pouczeń, jak winna zabrać się do roboty. Złodziejką nigdy nie była. Natomiast niejednokrotnie wypadało jej w życiu wypróbowywać na opornych mężczyznach swojej siły kusicielskiej. Ten proceder stał się u niej z czasem grą hazardową. Im obojętniejszy był wobec niej mężczyzna, tym silniej dążyła do jego zdobycia. Wyczuła, że ze Szczupakiem sprawa nie pójdzie tak gładko.. Widziała w nim twardy orzech do zgryzienia. Szukała jego słabej strony... I dlatego rozpoczęła od sprawy, którą można było go, jako komisarza policji, zainteresować.
— A więc, mam rozumieć pani słowa, jako chęć oddania nam swoich usług? — zapytał Szczupak po pewnym namyśle, nie spuszczając przy tych słowach oka z twarzy „Zimnej kokoty“, jakby nie chciał uronić najmniejszego drgnięcia. — jakie pani stawia warunki zapłaty?
Szczupak, znając ludzi nocy, wiedział, że bez zapłaty niczego nie zrobią, nawet okiem nie mrugną. Nie ufał zbytnio jej pragnieniu zemsty. Był pewny, że „Zimna kokota“ ma w tym także interes materialny.
— Nie mam zamiaru być pańską płatną konfidentką — odparła „Zimna kokota“.
— Proponuję panu interes na wzajemnych zasadach, któryby się nam jednakowo opłacał.
Jej zbyt szczera propozycja dotknęła Szczupaka, jego uszy policyjne nie mogły obojętnie wysłuchać propozycji, trącącej zbyt przejrzyście przekupstwem. Szczupak był bardzo daleki od łapówek w jakiejkolwiek formie byłyby mu one uczynione.
— Ze mną — uśmiechnął się Szczupak — niestety trudno jest zawierać tranzakcje handlowe. — A jednak gotów jestem wysłuchać, na czym polega pani propozycja. Mam wrażenie, że pani jest więcej człowiekiem interesu, niż kobietą...
— A czyż być urodziwą kobietą, to zły interes? Ale zaznaczam na wstępie, że nie przybyłam tu, by pana przekupić, jestem także daleka od tego, by usidlić pana jako kobieta i w ten sposób ułatwić sobie wykonanie planu. Moją ambicję stawiam ponad wszystko. Pragnę zemsty!
„Zimnej kokoty“ nie trzeba było pouczać, jak ma postępować. Znała wszechstronnie arkana sztuki dyplomacji kobiecej. Wiedziała z doświadczenia, że im silniej atakować będzie mężczyznę, tym będzie oporniejszy.
— Na kim chce się pani zemścić i w jaki sposób?
— Jeszcze nie mam dokładnie opracowanego plami. Naci tym musiałabym się zastanowić. Oni są zbyt przebiegli i chytrzy, by ich łatwo można było przyłapać. Mam wrażenie, że pan, panie komisarzu, niejednokrotnie mógł się o tym przekonać. I pan zapewne był pewny, że w Zakopanem wszystko pójdzie, jak po maśle, a jednak...
Roześmiała się. Komisarz wyczuł z jej śmiechu zadowolenie. Odezwał się:
— Jak widzę, pani jest o wszystkim dobrze poinformowana.
— Oho!...
— O czym pani jeszcze jest tak świetnie poinformowana? — zapytał komisarz Szczupak.
— Jestem tego bardzo ciekaw — dodał poufnym tonem.
— Sądzę, że na dziś starczy, innym razem znów panu coś powiem. Niech mi pan lepiej powie, czy chce pan skorzystać z mojej słabości i żądzy zemsty nad tym, którego kochałam, oraz z mojej przyjaźni?
— Czy Dani to mówi poważnie?
— Dziwi mnie pańskie pytanie.
— Bo my jesteśmy z zasady w takich wypadkach powściągliwi i ostrożni — wyjaśnił Szczupak.
— Pewnie — uśmiechnęła się „Zimna kokota“.
— Co oznacza pani tajemniczy uśmiech? — poczuł się Szczupak dotknięty.
— Pan chce za jednym razem więcej dowiedzieć się, niż można.
— Musze wiedzieć o wszystkim, do czego obowiązuje mnie stanowisko urzędowe.
— I o niczym więcej? — uśmiechała się teraz do niego kokieteryjnie.
— Pani od pierwszej chwili przemawia do mnie dwuznacznikami.
— A pan do mnie — nie?
— Już od dawna zdecydowałem, że z kobietami nie prowadzę dyskusyj.
— Nawet z takimi kobietami, jak ja?
— Pani jeszcze nie znam dobrze.
— Ale pan chciałby mnie lepiej poznać?
— Zależy — wyprostował się, jakby chciał być wyższym, niż jest w rzeczywistości.
— Od czego? — podchwyciła „Zimna kokota“.
— Od tego, czy można mieć do pani zaufanie — odparł Szczupak.
— A czy do parna, panie komisarzu, można odnieść się z ufnością?
— Pani mnie obraża... Pani zapomina, że rozmawia z komisarzem policji.
— Przeciwnie, pamiętam, że przede mną stoi wszechpotężny komisarz policji — rzekła nie bez ironii.
— I dlatego zachowuję ostrożność.
— Więc, używając pani stylu, czy zawrzemy „interes“?
— Na dziś wystarczy — rzekła „Zimna kokota“, dając jednocześnie znak kelnerowi, że chce uiścić należność za konsumpcję.
Szczupak wyprzedził ją z zapłatą należności.
— A więc pan? chce jeszcze raz ze mną się spotkać? — spytał komisarz.
— A pan niby nie chce?... — roześmiała się.
— Przybyłam tu, by z panem zawrzeć znajomość, a nie ją zrywać... Pan, panie komisarzu, spodobał mi się jako mądry człowiek, a nie jako mężczyzna.

Szczupaka ta uwaga zabolała. Odezwał się:
— Byłbym rad, gdyby pani teraz, wszystko odrazu wyznała wszystko, co wie. Szkoda czasu.
— Jakto? Pan już nie chce się ze mną spotkać?... Nie zainteresowałam pana swoją osobą?
— Jako kobieta, nie — odpłacił się jej Szczupak. Jako konfidentka, musiałbym się jeszcze o tym przekonać.
„Zimna kokota“ podała mu szybko rękę i, uśmiechając się rzekła:
— Jeszcze się spotkamy, panie komisarzu! Dziś o 10 wieczór oczekiwać będę pana na tym samym miejscu. Pa!
Oddaliła się szybkim krokiem.
Szczupak miał ochotę zatrzymać ją, skierować do Urzędu Śledczego, by tam podać badaniu. W krzyżowym ogniu pytań wyjawi wszystko. W ostatniej chwili zrezygnował z tej myśli. Nie chciał, by w Urzędzie Śledczym dowiedziano się o jego przejściu w suterynie Krygiera. „Zimna kokota“ mogłaby o tym powiedzieć. Najadłby się wstydu.

Szczupak skierował się do Urzędu śledczego. Na biurku swoim znalazł plikę papierów, pism i ważnych dokumentów, które czekały na jego podpis lub załatwienie.
Zabrał się energicznie do roboty. Ale nie mógł skupić myśli. Wbrew woli i wysiłku nie mógł uwolnić się od wrażenia, jakie na nim wywarła „Zimna kokota“. Chwilami zdawało mu się, że ona jest tuż przy nim. Ciągnęło go ku niej. Wstydził się tych uczuć i myśli, ale zwalczyć ich nie był w stanie. „Zimna kokota“ miała w sobie coś takiego, co przyciąga, jak magnes. Umiała wkradać się do myśli mężczyzny i nie dawać mu długo o sobie zapomnieć.
— Ta banda umyślnie nasłała mi tę kokotę, by mnie dostać w swoje podstępne sieci. Ale ja to nie Wołkow. Mnie nie wezmą na ten kawał.
Znów pożałował swego kroku, że nie zatrzymał „Zimnej kokoty“. Nie był zadowolony także z tego, że odbył z nią poufne spotkanie. Nie miał teraz żadnych wątpliwość!, że „Zimna kokota“ miała za zadanie skompromitowanie jego osoby i unieszkodliwienie go w ten sposób.
Nie był zdolny do dalszej pracy. Znów odżywały w nim fragmenty spotkania z „Zimną kokotą“. Przypomniał sobie, jak uwodzicielsko spoglądała na niego, jak zbliżała się do niego kolanami. Ale zdawał sobie przy tym sprawę z tego, że to nie były odruchy nieświadome z jej strony, lecz działanie z rozmysłem.
Rozmyślał w dalszym ciągu nad jej urodą Pamiętał o tym, że swoją prezencją nie mógłby kobiecie zaimponować: jest niskiego wzrostu, ma twarz pokrytą piegami, niepozorny. Mimowoli czuł się dobrze z myślą, że „Zimna kokota“, urodziwa niewiasta poluje na niego. Wyczuł to odrazu, ale nie mógł wyjaśnić w jakim celu to czyniła.
Nie mógł uwierzyć w jej oświadczenie, że pragnie zemsty na Klawym Janku, gdyż brakło w tym logicznego związku. Sama chwaliła się, że należy do ludzi nocy, a teraz pragnie ich zdradzić... Tu musi tkwić podstęp.
Znów zabrał się do roboty, ale i tym razem mu nie szło. Oczarował go uśmiech „Zimnej kokoty“. Zerwał się z fotela, by przechadzać się ostrym krokiem po gabinecie.
— Nie, nie, nie! — zawołał na głos. To karcił siebie za myśli, które go odrywały od powinności — Jesteś piękna, uwodzicielska, kusicielska, ale nie odprowadzisz mnie od postanowienia zlikwidowania i wytępienia tej bandy!
Z powrotem zajął miejsce w fotelu i energicznym ruchem nacisnął guzik dzwonka. Do pokoju wszedł policjant, stojący na warcie przed gabinetem.
— Proszę pojedyńczo wprowadzić zatrzymanych dziś w melinie na Smoczej — wydał Szczupak rozkaz.
Niedługo trwało, a drzwi gabinetu Szczupaka otworzył się i na progu stanął wysoki, rosły aresztant z paletkiem, przerzuconym na ręku, jakby był gotów do podroży. Wprowadzony przez policjanta zatrzymał się przed biurkiem komisarza. Obaj, policjant i aresztant czekali na to, by komisarz uniósł głowę do góry.
Szczupak, spostrzegłszy aresztanta zawołał:
— Oho, kogo tu widzę? Jak pan do nas trafił?
Aresztowany ukłonił się i z szelmowskim uśmiechem odparł:
— To nie moja wina, panie komisarzu.
— A czyja? — spytał Szczupak.
— Pańskich ludzi, którzy mnie zatrzymali.
Szczupak, śmiejąc się rzekł:
— Pewnie.... Jak widzę, nie pozbył się pan humoru. Już dawno, jak pan przybył do Warszawy?
— Kilka dni.
— A poco pan właściwie wrócił do Polski? Przecież pan „operował“ zagranicą?
— Stęskniłem się za ojczyzną.
— Taki z pana „patriota“?
— Zawsze człowieka opanowują solidne uczucia.
— Doskonale. Siadajcie — rzekł Szczupak.
— Mam czas na to, by „siedzieć“...
— Słusznie. I ja jestem tego zdania. Ale możecie usiąść na razie... Chciałbym z wami pogadać. Jak się powodziło w Londynie?
— Świetnie, panie komisarzu. Oby nie gorzej w Warszawie.
Szczupak dał znak policjantowi, aby wyszedł z gabinetu.
Aresztowany poruszał się nerwowo na krześle. Widać było, że jego humor jest sztuczny. Zapytał w pewnym momencie:
— Za co mnie zatrzymano?
— A co robiliście w melinie u garbuska?
Aresztowany przyjął zdumiony wyraz twarzy:
— Przybyłem do tego starca w odwiedziny. Jest samotny, chory, opuszczony. Ktoby to się spodziewał, że tego chorego staruszka traktujecie jeszcze tako zbrodniarza? Od wielu lat jest przykuty do łóżka i nie jest zdolny do żadnego czynu.
— Ten staruszek napewno nie jest zdolny — uśmiechnął się Szczupak.
— A jeżeli chodzi o mnie, oddawna zarzuciłem fach złodziejski. Przekonałem się, że jest nieopłacalny.
— Zbyt późno doszliście do tego wniosku. Ale mamy jeszcze stare rachunki do wyrównania.
— Stare rachunki? — zdziwił się badany. — Nie wiem o co chodzi.
— Ale my wiemy. Może sobie przypominacie włamanie do sklepu jubilerskiego na Marszałkowskiej przed pięciu laty?
— Pojęcia nie mam o tej kradzieży. Tu zachodzi nieporozumienie albo pomyłka, panie komisarzu.
— Nie mylę się — odparł Szczupak. Odpocznijcie sobie za kratkami, to i pamięć będzie lepiej służyła. Zresztą, nie dziwię się, że pan o tej kradzieży „zapomniał“. A to jest dług!
— Kto dziś płaci długi? — roześmiał się aresztowany. — Tymbardziej, że nie przypominam sobie podobnej „roboty“.
Komisarz Szczupak zastanowił się przez chwilę, po czym zapytał:
— Chcecie odzyskać wolność?
— Któżby tego nie chciał? Słońce tak pięknie świeci, ptaszki ćwierkają w sadach i ogrodach, na świecie jest tak rozkosznie i przyziemnie, — któżby to chciał powędrować za kraty? Popełniłby pan największy grzech, gdyby mnie pan uwięził za zadawnione grzechy.
— Podobacie mi się. Jesteście zawsze pogodnie nastrojeni. Wasza wesołość rozbraja mnie. Ale jeden warunek stawiam.
Aresztowany posmutniał przy ostatnich słowach. Wiedział z doświadczenia, że złodziej z charakterem nie może uczynić zadość warunkom policji...
— Dlaczego milczycie? — pytał komisarz. — Nie uśmiecha się wam wolność?
— Czego pan komisarz pragnie się ode mnie dowiedzieć?
— Drobnostki. Powiedźcie mi, czy znacie kobietę, którą w waszym światku przezywają „Zimną kokotą“?
Aresztowany wybałuszył oczy na znak zdumienia i rzekł:
— Nie rozumiem o co chodzi.
— Tylko nie udawaj greka — odpalił komisarz.
— Naprawdę nie wiem o kogo chodzi. Po raz pierwszy słyszę o podobnym przydomku kobiecym.
— A o Klawym Janku także słyszycie po raz pierwszy? Badany wstał z miejsca i, cedząc każde słowo z osobna, odpowiedział:
— Kapusiem nigdy nie byłem i nie będę. Panie komisarzu, pan źle trafił, jeżeli chodzi o moją osobę.
— A więc wolicie odpocząć w celi więziennej?... Trudno. Chociaż, przyznaję, że za takiego głupca was nie uważałem.
— Może pan robić, co mu się żywnie podoba.
— Czy to wasze ostatnie słowo?
— Tak. Nigdy nie zdradzam moich towarzyszy.
Komisarz nacisnął guzik dzwonka. Wszedł policjant.
— Odprowadzić do celi, skąd aresztanci będą odtransportowani do więzienia.
Aresztowany zmierzył komisarza od stóp do głowy i rzekł z przesadną elegancją:
— O ile pan komisarz ma nadzieję że w celi więziennej rozwiąże mi się język, tkwi w błędzie.
— Przekonamy się o tym później. A teraz — do celi.
Szczupak należał do tych ludzi, którzy pamiętają twarz, choćby raz oglądaną, przez całe życie. Był chodzącą encyklopedią wydarzeń policyjnych. Dobrze znał jegomościa, którego przed chwilą odesłał do celi więziennej. Aresztowany należał do typu przestępców, którzy długo potrafią ukrywać się przed okiem policji.

Drzwi gabinetu Szczupaka znów się otworzyły. Jegomość w ubraniu robotniczym stanął z respektem przed biurkiem komisarza.
— Olek? — zawołał zdumiony Szczupak na widok przybyłego.
— Nie do twarzy wam w bluzie robotniczej.
— Coż zrobić? Takie czasy. Musiałem się zabrać do roboty.
— Do jakiej roboty? — zagadnął z uśmiechem Szczupak.
— Do uczciwej pracy.
— Tylko bez dowcipów. Mam dokładne dane, że chodzicie na „tamte“ roboty.
— Ja? Nigdy... już dawno byłbym przyzwoitym człowiekiem, gdyby mi pozwolono.
— A kto wam nie pozwala?
— Frajery, a niech ich jasna...
— A teraz już pozwalają wam być uczciwym człowiekiem?
— Teraz także nie. Wytykają mnie palcami: „Oto idzie złodziej“. Mogę przysiądz, że już od pięciu miesięcy nie wyjąłem rąk z kieszeni.
— Z czyich kieszeni? — żartował komisarz.
— Z moich. Pięć miesięcy, jak jestem frajerem.
— Pięć miesięcy to nie wiele.
— A mnie, panie komisarzu, wydaje się, że to już pięć lat.
— Z czego utrzymujesz się, skoro nie „pracujesz“? — spytał Szczupak. — Z „oszczędności“?
— Nie, handluję.
— Czym?
— Pomarańczami.
— Smaczny artykuł. Ale czy to ci wystarczy?
— W zupełności. Ale frajery dziś zmądrzeli i nie dają się oszukiwać. „Uczciwie żyć, znaczy ciężko żyć“ mawiają frajerzy — rzekł badany z udanym westchnieniem.
Komisarz, który znał się na aktorskich zdolnościach ludzi nocy, przyjrzał się uważnie badanemu, po czym wyjął papierośnicę, zapalił papierosa i poczęstował aresztowanego.
— Palcie, proszę. Jestem zadowolony, że zerwaliście z tym podłym życiem. A wiec założyliście sobie sklep owocowy i zostaliście uczciwym kupcem?
— Poco odrazu zakładać sklep i płacić podatki. Niechaj podatki płacą frajerzy.
— A więc handlujecie i oszukujecie Skarb Państwa?
— Mam wózek ręczny, na którym obwożę swoje towary. Jeżeli to równoznaczne jest z okradaniem Skarbu Państwa, to już uczciwym być nie mogę.
Komisarz roześmiał się:
— Jak widzę, dorobiliście się, ale, przypuszczam, że gdy nawija się „zarobek“, nie przepuszczacie tej okazji...
Badanemu zaiskrzyły się oczy.
— Człowiek nie jest z drzewa...
— Powiedźcie mi, jakim sposobem trafiliście do meliny garbuska, u którego zbierają się tylko złodzieje?
— Starzy znajomi. Przyszedłem do staruszka w odwiedziny. Chory jest. Przyniosłem mu kilka pomarańczy. Nie rozumiem, czego tam policja szukała.
Szczupak uśmiechnął się pod wąsem i rzekł:
— Będziecie musieli przerwać handel pomarańczami.
— Dlaczego, panie komisarzu. Jestem niewinny.
— Może jesteście niewinni, ale znacie wielu, którzy mają grube grzechy na sumieniu. Wybierajcie: albo powędrujecie do więzienia, albo powiecie wszystko o dawnych znajomych.
— Nie rozumiem, czego pan komisarz chce ode mnie. Nie mam nic wspólnego z moimi kompanami. Nie obchodzą mnie. Nie widuję się z nimi.
— Powiedźcie lepiej, że nie chcecie nic opowiedzieć.
— O kogo panu chodzi, panie komisarzu?
— Chciałbym wiedzieć, gdzie teraz przebywają Klawy Janek i Krygier?
— Poraź pierwszy słyszę te nazwiska. Daję słowo złodziejskie, że gdy tylko się o czymś dowiem, wnet tu przylecę.
Komisarz zatopił wzrok w twarzy badanego, śledząc za najmniejszą zmarszczką. Chciał go przeniknąć, co knuje i zamierza.
— Widzę, że nie chcesz więcej handlować pomarańczami — rzekł Szczupak.
— Nie, to nie.
Komisarz zwrócił się do posterunkowego:
— Odprowadzić do tej samej celi, a stamtąd do więzienia.
— Za co to mnie spotyka? — zawołał Olek płaczliwym głosem. — Jestem niewinny!
— Dlatego, że nie chcesz powiedzieć prawdy. Ale ja już ci rozwiążę język.
Olek przez chwilę jakby się namyślał.
— A gdy powiem, puści mnie pan?
— Odrazu. Tylko prawdę proszę mówić!
— Opowiem tylko o tym, co mi jest wiadome — rzekł Olek zrezygnowany. — Przepadło. Wolność cenię wyżej od kompanów. I szkoda mi zostawiać dla innych moją młodą żonę. A więc pana interesuje Krygier i jego banda, co, panie komisarzu?
— O, o! Właśnie o nich chodzi! zawołał z ożywieniem Szczupak, napinając nerwy, wzrok i słuch. — Krygiera znacie?
— A jakże.
— Janka?
— Także.
— Bajgełe, Milczka, Felka?
— Któż ich nie zna! — zawołał Olek.
Szczupak uśmiechnął się z zadowoleniem:
— Nie macie powodu ich lękać się. A my potrafimy odwdzięczyć się.
— Pan chce bym został waszym człowiekiem, kapusiem?
— Przypuszczam, że to będzie przyjemniejsze, niż przebywacie w więzieniu. Nie radziłbym wam odrzucania mojej propozycji. Zresztą, to nie będą darmowe usługi. A teraz proszę mi powiedzieć: znacie „Zimną kokotę“?
— To ładna i bycza kobita. Warta grzechu.
— Nie o to pytam i wasza rekomendacja w tej dziedzinie nie jest mi potrzebna. Mnie obchodzą inne szczegóły.
— Proszę, niech pan komisarz o to pyta. Odpowiem.
— Trzeba było odrazu tak. Muszę wiedzieć, czy ta kobieta jest zaufaną tych ludzi i czy zajmuje w święcie przestępców jakąś pozycję.
Badany nie mógł dłużej wytrzymać i, zbliżywszy się do biurka komisarza, zawołał cynicznie:
— I pan mógł uwierzyć w to, że otrzyma ode mnie podobne informacje? Właśnie nam są potrzebni tacy, jak Klawy Janek, Krygier i ich towarzysze. Zapewniam pana, panie komisarzu, że szkoda pańskiej fatygi i że ich pan nigdy nie schwyta. Krygier nabił w butelkę najzdolniejszych detektywów świata! A mnie uczynić kapusiem panu się nie uda!... Rezygnuję z wszystkiego: z wózka z pomarańczami, z młodej żony, ale kapusiem nie będę.
W kilka chwil później Olka wyprowadzono, zakutego w kajdany, gdyż urządził w gabinecie Szczupaka awanturę.
Szczupak żałował w duchu, że wdał się z przestępcami w rozmowy. Musiał przyznać, że ludzie nocy nie są zdolni do zdrady. Szczupak zaniechał badania pozostałych aresztantów, wyłowionych podczas obławy.
Będąc sam w gabinecie, Szczupak zaczął wertować kartki albumu przestępców. Z nienawiścią przyglądał się modrym oczom Krygiera. Szczupakowi zdawało się, że nawet z podobizny wyziera szyderczy uśmiech przebiegłego Krygiera.
Szczupak przypomniał sobie, że o dziewiątej wieczorem ma spotkanie z „Zimną kokotą“. Zadzwoni na wartownika, któremu polecił wezwać przodownika Andrzejczaka.
W kilka minut po tym w gabinecie siedział przystojny mężczyzna w cywilu. Był to wywiadowca Andrzejczak.
— Jesteście dziś wolni? — spytał komisarz.
— Zawsze jestem na rozkazy pana komisarza.
— No to świetnie — odrzekł Szczupak z uśmiechem zadowolenia na ustach.
Andrzejczak uchodził za jednego z najzdolniejszych wywiadowców. Cechował go upór. Był ryzykantem, wszędzie wysuwając się na przedni plan z narażeniem życia. Był zwinny i pełen humoru. Potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Miał, jak to ludzie mówią, „nosa“, jego węch detektywistyczny dokonywał niejednokrotnie cudów.
W czasie trwania pościgu za bandą Krygiera Andrzejczak był zajęty innymi sprawami, których nigdy brak w Urzędzie Śledczym. Z drugiej strony, inni, którzy mieli „plecy” w Urzędzie, nie chcieli dopuścić Andrzejczaka do tej roboty. Nie chcieli, by na niego spadły odznaczenia w razie pomyślnej likwidacji bandy Krygiera. Andrzejczak w duchu naśmiewał się z błazeństwa niektórych uczestników pościgu bandy Krygiera. W skrytości Andrzejczak robił w tej sprawie wywiady i zdobył informacje, o których Szczupak nie miał pojęcia.
Andrzejczak domyślał się o co chodzi, ale trwał w milczeniu, czekając z respektem na zlecenia Szczupaka.
Szczupak przez dłuższą chwilę obserwował Andrzejczaka, po czym zapytał go:
— jak się wam powodzi? Jak żona, dziecko? Już czas, byście zaawansowali. Uczciwie zasłużyliście sobie na to.
Szczupak znał słabe strony przodownika Andrzejczaka. Wiedział, że ubóstwia swoją żonę i dziecko. Co do awansu, Szczupak chciał w ten sposób podrażnić ambicję Andrzejczaka.
Ale Andrzejczak odpowiedział rzeczowo:
— Możebyśmy, panie komisarzu, odrazu przystąpili do rzeczy.
Szczupak udawał, że nie spostrzegł tej „niezręczności“ Andrzejczaka i ciągnął dalej:
— Zawsze byłem o was jak najlepszego zdania. Teraz, gdy to zależy ode mnie, postaram się dla was o awans.
— Panie komisarzu, obraża mnie to, że pan zgóry chce mnie wynagrodzić za czyny, których jeszcze nie spełniłem.
— A więc, do sprawy. Domyślacie się, że chcę was przyciągnąć do sprawy bandy Krygiera.
— Krygiera i Klawego Janka znam osobiście — wyjaśnił Andrzejczak. — Pozostałych znam z widzenia.
— Znacie ich osobiście? — zawołał Szczupak uradowany.
— Razem z nimi na wyprawy nie chodziłem, ale znam ich dobrze. Nie chciałbym teraz jeszcze o tym mówić.
— Dlaczego? Czy macie przede mną jakieś tajemnice?
— Nie, panie komisarzu. Wstyd mi przyznać, że ich szpiegowałem w skrytości, na własną rękę. Nawet byłem gotów ich zatrzymać, ale w ostatniej chwili wymignęli się. Nie mogłem pojąć, jak to się stało. Oni muszą mieć swego człowieka w Urzędzie Śledczym, który ich ostrzega...
— Co, co? — zapytał przerażony Szczupak. — i mnie coś podobnego spotkało! Już miałem tę bandę kilkakrotnie w ręku, ale w ostatniej chwili udało im się wykręcić. I ja wówczas powziąłem podejrzenie, że wśród nas jest zdrajca. Nawet wiem, kogo należy o to podejrzewać.
Obaj spoglądali teraz na siebie, jakby czekali na to, by nie być pierwszym z wymienieniem nazwiska domniemanego zdrajcy.

Wreszcie Szczupak zapytał:
— Czy można wiedzieć kogo o to podejrzewacie?
— To nie jest w tej chwili decydujące — usiłował Andrzejczak wykręcić się.
— Może i macie rację. Ale przejdziemy do naszej sprawy — nie chciał Szczupak nalegać na wyjawienie nazwiska podejrzanego. — Kogo jeszcze znacie z tej bandy?
— Znam Bajgełe. Milczka i Antka. Znałem także Felka, którego zamordowali, oraz Reginę, która powiesiła się. Znam również „Zimną kokotę“.
— „Zimna kokotę“? — zawołał zdumiony Szczupak. — Opowiedźcie szybko wszystko, co wiecie o niej.
— Wiem także, że była dziś o dziesiątej rano na randce w kawiarni z panem komisarzem.
— Szczupak nie mógł się opanować i zawołał:
— Szpiegowaliście mnie? Jak śmieliście?
— Nie pana, panie komisarzu, szpiegowałem, lecz ich...
Obaj przez dłuższy czas spoglądali na siebie podejrzliwie.
W pewnym momencie Szczupak zawołał gniewnym tonem:
— Co się tu, do licha, dzieje w Urzędzie Śledczymi? Nikomu nie można niczego zaufać! Będę musiał z tym raz na zawsze skończyć!
Szczupak krążył nerwowym krokiem po gabinecie.
— A co jeszcze wiecie o mnie? — spytał raptownie Andrzejczaka.
— Że dziś o 10 wieczór ma się pan spotkać po raz wtóry z „Zimną kokotą“.
Szczupaka ogarniała wściekłość. Zatopił przenikiwy wzrok w twarzy Andrzejczaka, ale nic nie mógł odczytać z niej. Czy Andrzejczak szydził z niego w duchu? A może mówił poważnie?
— Więc, zapewne, i podsłuchaliście rozmowę moją z „Zimną kokotą“? — unosił się Szczupak.
— Nie, treści rozmowy nie znam. To nie było przedmiotem moich zainteresowań. Natomiast wiem, że pańskiemu życiu zagrażało niebezpieczeństwo. Czy domyśla się pan przynajmniej przez kogo została nasłana?
— Przesada!... Nie widzę, jakie groziłoby mnie niebezpieczeństwo ze strony tej kobiety. Za nadto macie rozbudzoną fantazję.
W duchu jednak Szczupak był odmiennego zdania o Andrzejczaku, podziwiając jego zdolności wywiadowcze, zręczność, orientację, a przede wszystkim jego informacje!...
— Panie komisarzu — odparł Andrzejczak — nie należę do ludzi dających się unosić falom fantazji. Całą noc spędzili na naradzie, na której szukali sposobu, by się pana komisarza pozbyć i jego zniszczyć. „Zimna kokota“ została przez nich nasłana, by pana zwabiła w „bezpieczne“ miejsce. I gdyby im się udało, byliby w odpowiedniej chwili, kiedy pan byłby pochłonięty „Zimną kokotą“, wpadli i... Panie komisarzu, nie jestem bajkopisarzem...
— Ale skąd o tym wiecie? Kto was tak dokładnie o wszystkim poinformował?
— Niestety, na razie musi to wszystko pozostać w tajemnicy.
— I to niby była przyczyna, dla której nas szpiegowałeś?
— Nie szpiegowałem pana komisarza, lecz strzegłem go! Uważałem to za swój obowiązek. Nie mogłem pana spuścić z oczu. Nie byłem tam sam. Na wszelki wypadek, w pobliżu, znajdowało się kilku moich wywiadowców. Przypuszczałem, że jej uda się za pierwszym razem pana komisarza gdzieś uprowadzić — rzekł Andrzejczak z uśmiechem.
Szczupak był jakby rażony prądem. Wstyd mu było spoglądać przodownikowi w oczy. Wierzył teraz, ie Andrzejczak nie zmyślił niczego. Andrzejczak urósł na znaczeniu w oczach Szczupaka. Odnosiło się wrażenie, jakby nagle zmieniły się role...
— I co jeszcze panu wiadomo? — spytał komisarz, gdy odzyskał równowagę.
— Wiem...
— Andrzejczak chrząknął. Ale spotkawszy się z zachęcającym spojrzeniem Szczupaka, rzekł:
— Wiem, że pan był w ich ręku i że mieli pana już związanego powrozami w piwnicy.
— Co??? — krzyknął Szczupak nie swoim głosem — Ja? Ja?
— To było w piwnicy Bajgełe — ciągnął dalej spokojnie. — Oni, coprawda, pana uwolnili ale nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, komu winien pan wdzięczność z powodu swego ocalenia.
— Komu?
— Przypadkowi.
— Nie rozumiem — rzekł Szczupak ze zdziwieniem.
— Przypadkowi — powtórzył Andrzejczak.
— Przypadkowo otoczyłem tę melinę przez moich ludzi. Nie pozostało tedy bandzie nic innego, jak uwolnić pana i ulotnić się. I ten przypadek zrządził, że pan komisarz ocalał.
— Dlaczego odrazu nie meldowaliście mnie o tym.
— Pan komisarz wybaczy, ale teraz jeszcze nie mogę udzielić na to pytanie odpowiedzi.
— Kto jeszcze wie o tym wypadku w suterynie?
— Nikt, oprócz mnie — zapewnił Andrzejczak.
— Rozumiem was — wyciągnął Szczupak dłoń Andrzejczakowi.
— Nie chcieliście mnie skompromitować. Dziękuję wam. Od dziś będziemy przyjaciółmi.

— A czy mogę wiedzieć poco mnie pan komisarz wzywał? — zapytał po chwili Andrzejczak.
— Chciałem z wami omówić tę sprawę oraz szczegóły dalszego postępowania. „Zimna kokota“ zapewniła mnie, że to jej mam do zawdzięczenia ocalenie życia, wówczas, w piwnicy...
— Ona już niejednego doprowadziła do tego, że musiał popełnić samobójstwo, ale ratować kogoś od śmierci, to nie jej fach — roześmiał się Andrzejczak. — Znam ją bardzo dobrze, ale teraz nie mam czasu na rozmowy o niej. Niedarmo ludzie nocy przezwali ją „Zimną kokotą“.
— Umówiłem z nią spotkanie dziś o 10 wieczór. Zresztą, wiecie sami o tym. Jak sądzicie, mam tam iść?
— Pewnie, że tak.
— A wy, co zrobicie?
— Ja? Nadal będę was szpiegował — uśmiechnął się dobrotliwie Andrzejczak.
— Spodobaliście mi się. Jutro przedstawię was do awansu. Uczciwie zarobiliście tę zasługę.
— Dziękuję. Ale nie ma powodu do pośpiechu. Najprzód musimy ich wszystkich dostać w swoje ręce.
— Ale jak to zrobić?
— Mam pomysł.
— Proszę, słucham — zawołał podniecony Szczupak.
— Panie komisarzu, pan nie powinien niczym się zdradzać, że wie o co chodzi. Najlepiej pan uczyni, gdy zagra rolę zakochanego. „Zimna kokota“ dążyć będzie do osiągnięcia swego celu, a wówczas — my dojdziemy do naszego celu. Ale proszę pamiętać, że trzeba grać zakochanego, ale nie wolno się przy tym zapomnieć... A ta kobieta może człowieka zaprowadzić prosto w objęcia diabła.
Szczupak zastanowił się przez chwilę i rzekł:
— Już myślałem nad tym, ale...
— Rozumiem, to jest trochę ryzykowne...
— Ta banda może przejrzeć naszą grę. Tu trzeba zachować ostrożność. Nie wolno nam zapominać, że po ich stronie grą kieruje przebiegły i doświadczony Krygier.
— Ale i ja obmyśliłem ich szanse.
— Mam inny plan — rzucił Szczupak stanowczym głosem.
— Rozkaz, panie komisarzu — odpowiedział Andrzejczak.
— Uważam, że najlepiej uczynimy, gdy ją natychmiast aresztujemy. A potem zobaczymy co dalej robić. Jestem przekonany, że gdy ją weźmiemy w ogień krzyżowych pytań, prędzej dowiemy się o wielu rzeczach, niż to osiągniemy w zabawie „w miłość.“ Ona jest nazbyt wyrafinowana, bym ja ją mógł oszukać. Kobiety- przestępczynienigdy długo nie wytrzymują ognia krzyżowego. Odrazu śpiewają. Nie wolno nam się z nią bawić w kota i myszkę. Gangrenę leczy się radykalnie. Uciąć i koniec. Każda minuta zwłoki grozi śmiercią.
— Rozkaz, panie komisarzu!
— Rozkaz rozkazem, ale chciałbym wysłuchać waszej opinii — rzekł Szczupak.
— Pan komisarz ma większe ode mnie doświadczenie, a po drugie...
— Po drugie? — podchwycił Szczupak.
— Z zasady słucham się moich przełożonych.
— Przecież już mówiłem na wstępie, że w naszej współpracy nie może być tej ścisłej granicy między przełożonym a podwładnym. Macie prawo osobistego wypowiadania się. Chcę wiedzieć jakie jest wasze zdanie w tej sprawie. Po to was wzywałem. Nie chcę, abyście byli tylko biernym narzędziem.
— Pan komisarz mówi to poważnie?
— Nawet bardzo poważnie.
— W takim razie muszę otwarcie powiedzieć, że plan pana komisarza nie wytrzyma próby życiowej.
— Dlaczego?

— Bo „zimna kokota“ jest bardziej zahartowana od niejednego mężczyzny. Ona nigdy nie zdradzi swoich towarzyszy, nawet gdyby ją krojono żywcem. Urodziła się i wychowywała w otoczeniu i środowisku ludzi nocy. I ich tajemnic nie zdradzi. Ręczę za to.
— Skąd wasza pewność?
— Znam dobrze jej rodowód. Proszę, niech pan komisarz przewertuje stronice albumu przestępców: łatwo przekona się, że od pradziada ciągnie się jej „szlachectwo“ zbrodniarzy. Taka kobieta nawet wzięta w ogień krzyżowy pytań na śledztwie nie zdradzi swoich najbliższych. To jest kobieta o silniejszych nerwach od niejednego mężczyzny.
— Przerażacie mnie tą kobietą — uśmiechnął Szczupak.
— Nie miałem tego zamiaru.
— Więc?
— Dążymy do tego samego celu: do wytępienia te] bandy. Ale, moim zdaniem, aresztując „zimną kokotę“, zepsujemy tylko sprawę.. Banda dopiero wówczas będzie się miała na baczności. I trzeba będzie zacząć od nowa...
— Może i macie rację — rzekł komisarz.
— Ale to nie dla mnie robota wlec się z taką kokotą po mieście i udawać, że się kocham w niej na zabój.
— Obawia się pan, że naprawdę się w niej zakocha? — uśmiechnął się Andrzejczak.
— Wszystko jest na tym świecie możliwe. Ona jest piękna i kusząca. Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy mężczyzna nie może ręczyć za siebie, jesteście mężczyzną o silniejszej woli, możebyście tak wy...
— Co?
— No, bardzo prosto. Wzięlibyście na siebie rolę zakochanego. Zapoznam was z nią i...
— O, nie! Panie komisarzu, dziękuję za tę przyjemność.
— Aha. boicie się?
— Nie, co do tego, nie mam obawy, tylko...
— Tylko co? — pytał Szczupak.
— Już i tego sposobu się chwyciłem.
— Co? — zdumieniu Szczupaka nie było granicy.
— Niestety, to prawda — gorzko uśmiechnął siłę Andrzejczak.
— Taka z niej ptaszyna? — mówił uszczypliwie Szczupak.
— To nie ptaszyna, lecz jadowita żmija, „zimna kokota“ łowi ofiary i je zatruwa.
— Kochaliście się? — nie wierzył Szczupak władnym uszom.
— Tak, Ale ona nie jest zdolna do miłości...
Przestaję rozumieć wiele rzeczy. Za donżuana was nie uważałem. Skąd żeście się wzięli do niej?Zawsze naprzód— To dawna historia...
— To także tajemnica?
— Niestety...
— Dziwny z was człowiek. I teraz pałacie do niej uczuciem zemsty?
— Nie. Raczej lituję się nad nią. Ta sama kobieta gdyby z jej wrodzonymi zdolnościami przyszła na świat w innym środowisku, oddziaływałaby na mężczyznę dodatnio, tak jak obecnie oddziaływa na nich ujemnie. Jej wina w moich oczach jest z tego powodu mniejsza. Ale, sądzę, nie zostałem tu wezwany po to, aby rozprawiać o zaletach czy wadach „zimnej kokoty“. Mamy chyba omawiać sprawy natury urzędowej.
— Racja. A więc słucham waszego zdania.
— Moim zdaniem pan, panie komisarzu, winien dać się przez nią prowadzić... Nie spuścimy „zimnej kokoty“ z oka i w ten sposób trafimy do kryjówki bandy.
— Niechaj i tak będzie. Wierzaj mi pan, że nie mam do tego zbytniej ochoty.

— Innego wyjścia nie widzę. Przypuszczam jednak, że to długo nie potrwa.
Wymienili ze sobą uścisk dłoni. Szczupak dodał:
— Zabieramy się odrazu do roboty. Tylko ostrożnie!
— Ostrożność zalecam panu, panie komisarzu! Niech pan nie zapomina przez sekundę nawet z kim pan ma do czynienia. Niech pan pamięta, że ona uczciwie zasłużyła na przydomek „zimna kokota“.
Gdy drzwi gabinetu Szczupaka zamknęły się za oddalającym się Andrzejczakiem, komisarz zabrał się do wertowania albumu przestępców. Teraz me było to trudne, skoro Andrzejczak wyjawił Szczupakowi nazwisko „zimnej kokoty“.
Szczupak przyglądał się teraz jej podobiznie z większym zainteresowaniem. „Zimna kokota“ przedstawiona była na fotografii jako młoda łobuzerska dziewczyna o małych, prowokujących oczach, które jakby teraz szydziły z niego. Zestawiał teraz tę podobiznę z sylwetką, jaką miał przed sobą w kawiarni. Szczupak musiał przyznać w duchu, że „zimna kokota“ jest teraz o wiele ładniejsza.
Dziwny strach obleciał teraz komisarza. Zaczęło go nurtować niebezpieczne uczucie i pożądanie.
„A może ten chytry Andrzejczak chce mi podstawić nogę“ — naraz przebiegła go myśl. Szczupak odpędził od siebie to podejrzenie. Andrzejczak, który służył od wielu lat w urzędzie śledczym, cieszył się nieskazitelną opinią.
Ale na dnie duszy zrodziło się w Szczupaku uczucie zazdrości.
„On był jej kochankiem“.
Andrzejczak nie chciał mu wyjawić szczegółów te i romantycznej przygody.
Po spożyciu obiadu, Szczupak zaczął się denerwować. Co pewien czas spoglądał na zegar. Chciał, by zegar już wskazywał godzinę dziesiątą wieczór. Pragnął już siedzieć przy boku tej kobiety, o której tak wiele już słyszał.
Na trzydzieści minut przed oznaczonym terminem Szczupak już siedział w kawiarni, wypatrując niecierpliwie zjawienia się „zimnej kokoty“. Szczupak był w odświętnym nastroju, jakby miał niebawem stanąć na kobiercu ślubnym. Wyelegantował się do nie poznania. Włożył po raz pierwszy nowiuteńkie ciemne ubranie, które wisiało w szafie. Wyglądał przystojniej, niż zazwyczaj.
Punktualnie o 10 wieczór zbliżyła się do jego stolika „zimna kokota“ z czarującym uśmiechem na usteczkach. Szczupak zerwał się z miejsca i szarmancko ucałował jej dłoń, prosząc o zajęcie miejsca przy jej stoliku.
— Dobry wieczór — rzekł Szczupak na jej powitanie. — Jak widzę, jest pani punktualna.
— A pan punktualniejszy ode mnie — odparła, zwracając uwagę na jego elegancję. Uśmiech zadowolenia, który zakwitł na jej ustach, znikł bez śladu.
Szczupak nie mógł oderwać oczu od jej czarującej twarzy. Blade światło elektryczne dodawało jej twarzy uroku. Była ubrana jasno i bogato. Wzrokiem wędrowała od stolika do stolika. Ściągała na siebie powszechna uwagę. Nawet kobiety rzucały w jej kierunku zazdrosne spojrzenia.
— Tu nam nie będzie wygodnie rozmawiać — szepnęła mu. — Może przejdziemy do gabinetu.
— Proszę bardzo — odezwał się Szczupak.

Andrzejczak, ucharakteryzowany i zaszyty w kąt, obserwował ze swego miejsca Szczupaka. Był zadowolony z zachowania się Szczupaka, który, nadskakując „zimnej kokocie“, grał świetnie role zakochanego..
W kilka minut po tym Szczupak znajdował się z „zimną kokotą“ w separatce. A w sąsiednim gabinecie ulokował się Andrzejczak.
— Czego się pani napije?
— Ja?... Szampana — roześmiała się „zimna kokota“. — Ten trunek dodaje nam chęci do życia — dodała szelmowskim uśmiechem..
Kelner, który stał we drzwiach, nie dał się prosić i, nie pytając o zgodę Szczupaka zwiał, by wrócić z butelką szampana.
Szczupak znajdował się w nieprzyjemnej sytuacji. Wiedział, że ona go naciągnie i że będzie musiał uiścić słony rachunek. W kieszeni miał niewielką sumę. Nie spodziewał się, że „zimna kokota“ rozpocznie od pana.
— Pan nie jest w humorze — rzekła do Szczupaka, przysuwając się doń bliżej.
— Gdy się siedzi blisko tak urodziwej kobiety, mimowoli traci się humor.
— Sądzę, że dzieje się odwrotnie. Tak chciałabym wiedzieć, co pan sądzi w tej chwili o mnie.
— O pani?
— O mnie pan winien myśleć jaknajmniej. Przecież jestem tak blisko pana.
— Blisko a jednocześnie tak daleko — westchnął Szczupak.
Nalała sobie kielich szampana i wychyliła go duszkiem.
— Przybyłam tu, by się zabawić, a nie wysłuchiwać pana westchnień, panie komisarzu — rzekła doń, kokieteryjnie zaglądając mu w oczy. Podsunęła mu kielich wina do ust.
— Czy pani tu zamierza dłużej zabawić?
— To zależy od pana.
Szczupak udawał, że nie rozumie i jeszcze głębiej westchnął.
— E, pan mnie psuje do reszty humor swoimi westchnieniami.
— Wzdycham dlatego, że pani jest „zimną kokotą“ a ja komisarzem policji.
— Cha-cha-cha! — roześmiała się.
— Nie rozumiem, co nam to może szkodzić.
— Pani albo nie rozumie, albo udaje, że nie rozumie.
„Zimna kokota“ zmierzyła go podejrzliwie i zawołała:
— Kelner!
Kelner, który stał w pogotowiu w niewielkim oddaleniu od gabinetu, zjawił się momentalnie. Jego oko nie myliło go. Od pierwszego wejrzenia zrozumiał, ze ta kobieta „zrobi“ duży rachunek.
— Jeszcze szampana, koniaku francuskiego i zakąski.
W kilka chwil po tym stół był już zastawiony smacznymi zakąskami.
Szczupak nadaremnie dawał jej do zrozumienia w delikatny sposób, że nie ma przy sobie tyle pieniędzy. Niby ptaszyna, „zimna kokota“ dziobnęła po łyczku i kąsku z każdej przyniesionej potrawy czy dania. Robiło to wrażenie, jakby jej zależało na tym, by rachunek wynosił jaknajwięcej...
— Dlaczego pan nie pije! Niech się pan nie obawia! Nie upije się pan!
— Już jestem pijany! — rzekł Szczupak, biorąc ją za rękę.
— Od czego? Chyba nie z miłości do mnie?
— Może tak?
Raptownie wyrwała rączkę z jego dłoni, odsuwając się jaknajdalej.
— Nie po to tu przyszłam. Pan się zapomina, panie komisarzu.
Wyrzuciła z siebie te słowa tak ostrym tonem że Szczupak przez chwilę był zgniewany i zdumiony. Ale wnet przypomniał sobie ostrzeżenie Andrzejczaka, że ta kobieta zna świetnie arkana sztuki uwodzicielskiej. Szczupak mimo to postanowił grać swoją rolę do końca.
— Pani rozumie — rzekł z uśmiechem że pod mundurem komisarza bije żywe serce i pulsuje krew ludzka. To nie moja wina, że powoli zaczynam ulegać pani wpływowi.
— Mojemu wpływowi? — spytała jakby zawstydzona. — Ja przyznam się panu, tego nie czuję. Wy, mężczyźni, zbyt szybko stajecie się sentymentalni na widok sukienki. Przypisujecie nam takie zdolności i takla zalety, których same nie odczuwamy.
— Czy pani to mówi poważnie?
— Nie mam potrzeby kłamać.
— Dlaczego pani nie pije?
— Bo pan, panie komisarzu, nie pije.
— Bez tytułowania się obejdzie... Przecież jestem tylko mężczyzną... — uśmiechnął się i nalał kieliszki.
— Dla mnie jest pan tylko komisarzem policji — odparła, dumnie zarzucając główkę. — jak widzę, pan zupełnie zapomniał o celu naszego spotkania.
— Pani obecność odurzyła mnie do tego stopnia, że zapomniałem o wszystkim..
— Bez komplementów.
Szczupak spojrzał jej w oczy. Siedziała, pogrążona w zadumie. Zdawał sobie sprawę, że z niego kiepski amant. Wszystko, co robił w kierunku udawania zakochanego, wypadało sztucznie i nieswojo. Gotów był przypuszczać, że wyrafinowana „zimna kokota“ przejrzała go na wylot i że już czyta w jego myślach. Uważał sam, że jego gra jest nieprzekonywująca. Jej wyrachowanie i chłód do reszty wybijały go z roli.
— Dlaczego pan me pije? — wyrwała go z rozmyślań. — Pan dziś zbyt wiele zastanawia się...
— Myślę o pani.
— A ja o panu — spojrzała na niego czułe. Na jej twarzy zjawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— O mnie — zapytał wesoło komisarz, poruszając się na krześle. — Ciekaw jestem, co o mnie pani sądzi?
— Powiedziałabym panu, gdybym miała pewność...
Nie dokończyła. Uśmiechnęła się.
Jego wyostrzony węch policjanta mówił mu, że gra jest skończona.
Teraz Szczupak zrozumiał słowa Andrzejczaka, że z tą kobietą nie pójdzie im tak łatwo. Gotów był już odkryć karty, ale nie pozwoliła mu na to godność męska, która w nim wzięła górę.
— Do diaska — wyrzucał sobie w duchu — czyż jestem aż tak odrażający, że nie mogę sobie nawet wmówić, iż jestem zakochany. Nie, nie wolno mi ustępować. Muszę podjąć na nowo próbę.
— Z ust pani gotów jestem wszystko wysłuchać — rzekł na głos Szczupak.
— Wszystko?
W tym momencie ich spojrzenia skrzyżowały się.
— Może pani mówić o wszystkim. Słucham.
— Skoro pan domaga się prawdy, wywalę ją panu prosto z mostu — syknęła, niby żmija.
— O co pani chodzi?
— O co? — wybuchnęła swoim charakterystycznym śmiechem, wstając naraz z krzesła.
— Nie rozumiem pani śmiechu?
— Pan nie rozumie?... Pan?... Ależ, panie komisarzu, tym razem to chyba pan się wsypał, a nie ja...
— Czym?
— Wszystkim — śmiała się „Zimna kokota“ w dalszym ciągu.
— Co to za gra? — denerwował się Szczupak.
— Pani się zapomina.
— Ale za to pan gra wyśmienicie i nie zapomina się.
— Niech pani do mnie nie mówi półsłówkami.
Szczupak nie mógł oderwać od niej wzroku. Była trupio blada, a oczy jej skrzyły się, niby u kocicy wnocy.
Szczupak nie poznawał jej. Twarz i głos jej zmieniły się radykalnie.
— Dlaczego pan, panie komisarzu, nie ma odwagi ze mną słaba kobietą, mówić otwarcie?
— No więc co pani ma mi do powiedzenia? Niechże się nareszcie dowiem! — unosił się Szczupak.
— Sądzę, że już panu wiele powiedziałam. Niekiedy niedomówienia mają większą wymowę od słów. Przecież pan nie jest taki naiwny, by trzeba mu było kisić łopatą do głowy...
— Ma pani rację, po co te komedie? Możemy grać w otwarte karty.
— I ja jestem tego samego zdania. Nie należę do tchórzów.
„Zimna kokota“ wypowiedziała te słowa tak stanowczym tonem, jakby nie należała do ludzi nocy, których można unieszkodliwić każdej chwili.
— Kto mnie uratował krytycznego dnia w piwnicy Bajgełe? — zapytał ironicznie Szczupak.
— Nie ja — puściła przy tym „Zimna kokota“ dym papierosa prosto w twarz Szczupakowi.
— A mnie pani przedtym zapewniała, że to pani mnie uratowała.
— To było przedtym, teraz jest nieistotne — uśmiechała się.
— A w jakiej sprawie pani do mnie dzwoniła pewnej nocy?
— W sprawie, która mi się teraz nie powiodła.
— Pani chciała mnie naciągnąć?
— Tak!... Pragnęłam tego...
— I pani się nie udało?
— Panu także.
— To się jeszcze okaże — uśmiechnął się Szczupak, a twarz jego zdradzała pewność siebie.
— Owszem, pan jest mądry i roztropny wywiadowca.
— A pani mnie miała przedtym za frajera, który da się zwieść?.. Nie należę do tego typu mężczyzn, których kobiety łatwo uwodzą.
— A teraz czy mogę panu zadać kilka pytań z tym, by pan był tak samo szczery ze mną?
— To zależy od rodzaju pytań.
„Zimna kokota“ naraz zerwała się z miejsca i zawołała:
— Niech pan nie sądzi, że jestem głupsza od pana. Od pierwszej chwili pana przejrzałam. O, gdyby nie kapusie, których nigdzie nie brak...
— Co byłoby? — ironizował Szczupak.
— Gdyby nie Andrzejczak, który tu siedzi za ścianą i pana strzeże, byłabym ja zwyciężyła, a nie pan!... O własnych siłach niczego nie jesteście w stanie zdziałać. Jesteście mądrzy i genialni przy pomocy donosicieli. Jakże panu nie było do twarzy z miną zakochanego.
Szczupak aż zsiniał z oburzenia. Na twarzy jego ukazały się czerwone plamy.
— Domyślam się — ciągnęła dalej „zimna kokota“ — że pan za chwilę wyda rozkaz aresztowania mnie, ale niech pan nie sądzi, że to się panu tak łatwo uda.
Ale oto, niespodzianie we drzwiach ukazał się Andrzejczak, który wyczuł, że dłużej mu nie wolno zwlekać. Słyszał za ścianką, jak „zimna kokota“ wymawiała jego nazwisko, nie mógł tylko pojąć, skąd ona to wszystko wywęszyła.
— Dobry wieczór — ukłonił się Andrzejczak.
— Dobry wieczór, panie przodowniku — odparła „zimna kokota“. — Proszę, niech pan siada. Z panem chętniej u cięłabym flircik, niż z tą...
Nie dokończyła Ale za to Andrzejczak ofuknął ją:
Stul pyszczek!
— Oho! I pan dziś jest taki ostry? — roześmiała się.
— Jesteś aresztowana! — oświadczył twardo Andrzejczak.
— Chodź ze mną.
— A możebyśmy tak razem trochę wypili — ironizowała „zimna kokota“. — Pański przełożony kazał suto stół zastawić... Nawet szampan jest tu...
— Dziś nie. Ale chętnie z tobą będę pił w dniu odzyskania przez ciebie wolności po kilkuletnim pobycie w więzieniu — rzekł Andrzejczak zgryźliwie.
— A co ci szkodzi, jeżeli dziś napijemy się? Poco tak długo czekać? A nuż, Bóg da, i nie dożyjesz tej chwili?... — odpłaciła mu się „zimna kokota“.
— Dość tego! — zawołał Szczupak.
— Do aresztu! Naraz stała się rzecz, której nawet doświadczony Andrzejczak nie mógł przewidzieć.
„Zimna kokota“ dobyła nagle małego rewolweru i oddała celny strzał do lampy elektrycznej.. Gabinet zaległy ciemności. W tem drzwi rozwarły się z łoskotem i do gabinetu wdarło się kilka osób. Padło kilka szybko po sobie następujących strzałów.
Gdy Szczupak i Andrzejczak odzyskali równowagę ducha, „zimnej kokoty“ już dawno nie było. Jeszcze brzmiały im w uszach echa jej cynicznego śmiechu.
„Zimna kokota“ umiała sobie dobierać lokale...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.