Gdyby nie kobiety/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Gdyby nie kobiety
Podtytuł Powieść sensacyjna
Data wydania 1938
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Fruchtmana
Druk Zakł. Graf. „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Garbusek, „rebe“ złodziejski, któremu przez tyle lat udawało się uniknąć styczności z policją, po uwięzieniu go przez Szczupaka, rozchorował się w celi.
Umieszczono go w separatce w szpitalu więziennym, gdzie mógł się swobodnie oddać rozmyślaniom naci przeszłością. Siły go stopniowo opuszczały. Wiedział, że zbliża się godzina śmierci.
Nie obawiał się śmierci. W ręcz przeciwnie — już oddawna wypatrywał tej chwili, jak zbawienia. Ale tu, w więzieniu, nie chciał umrzeć. Na myśl o tym, zimne dreszcze przeszywały jego ciało. Raczej wybrałby śmierć w rynsztoku, na śmietniku, byle na wolności!
W skupieniu odmawiał modły, ledwie poruszając zasuszonymi wargami.
— Jużem odcierpiał za grzechy na tej ziemi — szeptały jego usta. Był pewny, że za pokutę, dobrowolnie na siebie wziętą na starość pójdzie do raju.
Tylko jednej rzeczy bał się: by w raju nie spotkał się z żoną, którą zamordował. Z jej powodu podupadł tak w życiu i runął w przepaść.
W obliczu śmierci wybiegał myślą daleko poza mury więzienne, hen za granice kraju, do Francji, gdzie w Paryżu mieszkała, jego córka, jedyne dziecko. Tak bardzo pragnął choć raz jeszcze ujrzeć ją i przytulić do schorzałego serca. Za żadną cenę nie chciał, by dowiedziała się kiedykolwiek, jak żył i że umarł w więzieniu.
Jego „zwolennicy“ dbali o to, by w więzieniu mu na niczym nie zbywało. Posyłali mu „wałówki“, także nie odczuwał braku pod tym względem. „Kalefaktorzy“ (roznosiciele posiłków po celach) obchodzili się z garbuskiem delikatnie i uprzejmie. Za okazywaną mu serdeczność zgóry odbierali zapłatę, przywłaszczając sobie kosztowne „wałówki”, których aresztant nawet me tknął Również felczer skazany za defraudację, „nie dokładał“ do chorego, ale za to dbał, by tak prędko nie rozstał się ze światem... Dbano o to, by „źródło“ dochodów nie wyschło przedwcześnie...
Lekarz więzienny od pierwszej chwili traktował garbuska jako nieuleczalnego, którego losy Opatrzność już przesądziła. Stolik przy łóżku chorego zastawiony był półlitrówkami mleka. Był to jeszcze jeden dowód, że chory ten nie długo już pociągnie (w rosyjskich więzieniach dawano mleko chorym, gdy już byli bliscy śmierci).
Ale chory jakby się zbuntował przeciw śmierci i... nie umierał.
W dwa tygodnie po jego uwięzieniu, do separatki zgłosił się elegancko ubrany jegomość z teczką w ręku. Utkwił on w twarzy przybyłego parę świdrujących oczu.
— Dzień dobry! — rzekł przybyły na powitanie.
Chory ciężko westchnął. Jego małe wygasłe oczy zmierzyły niespodziewanego gościa podejrzliwym spojrzeniem. Po chwili twarz chorego przystygła wyrazem pogardy i oburzenia. Garbus odwrócił się twarzą do ściany.
— Dzień dobry! — zawołał jeszcze głośniej przybyły, który usiadł przy łóżku chorego.
Ale chory nie odwracał się do niego. Usiłował nakryć nawet twarz kołdrą.
Przybyły zwrócił się do strażnika więziennego, by otworzył nieco okno, poczym dał mu znak, aby się oddalił i zostawił go sam na sam z chorym więźniem.
— Dlaczego mi nie odpowiadacie? — zapytał przybyły.
— Idź pan stąd! Pozwól mi pan umierać! — wystękał chory.
— E, przesada! Pan wcale nie jest tak poważnie chory. Pan udaje. Pan jest tylko wyczerpany. Czy pan wie, poco tu przybyłem?
— Wiem, wiem! Proszę sobie iść stąd i pozwolić mi umrzeć.
— Na umieranie zawsze człowiekowi starczy czasu.
— Zostawcie mnie w spokoju — błagał chory.
— Przecież tu możecie zaniechać udręki. Nie mam sił.
— Gdy się miało siły w życiu kraść i rabować, musi się mieć siły na to, by udzielić odpowiedzi na pytania sędziego śledczego.
Chory raptownie odwrócił się, zrzucił z siebie kołdrę i usiadł na brzegu łóżka. Oczy jego zabłysły złym ognikami Dopiera teraz sędzia śledczy ujrzał co za potworek krył się pod kołdrą. Instynktownie sędzia cofnął się nieco z krzesłem. Przeraził go widok wychudłego starca-garbuska, pożółkłego na twarzy i posiwiałego. Chory robił nędzne wrażenie. To nie był człowiek, lecz, karykaturalna postać, szkielet poruszający się.

Chory żywo poruszał bezdźwięcznie wargami, jakby czynił tajemnicze zaklęcia.
— Nie chciałem was dotknąć — rzekł po chwili sędzia śledczy.
— Rozumiecie sami, że muszę spełnić swój obowiązek, który mi nakazuje zaprotokołowanie waszych zeznań. Przecież nie ja jestem sędzią do wyrokowana kary.
Chory ułożył się z powrotem na łóżku, ciężko oddychają.
Sędzia śledczy wyrzekł się pierwotnej myśli, która go tu sprowadziła, gdyż sądził, że ten garbus jest mistrzem symulacji. Teraz żywił dla chorego uczucie litości, nie bacząc na to, że zarzucano mu długi łańcuch różnych przestępstw i zbrodni.
Na myśl o licznych listach gończych policji różnych państw, które miał teraz w swojej teczce, sędziemu śledczemu wzbierało na śmiech. Jak policja międzynarodowa nie mogła sobie uporać z takim człowieczkiem, w dodatku ułomnym. I czy jest do uwierzenia, by tak nędzny człowieczek zdolny był do popełnienia tych przestępstw, które mu zarzucają? Wszak wymacało to odwag: bohaterstwa, siły i wytrwałości?
— Czego pan żąda ode mnie? — wyszeptał chory, wyrywając swoim pytaniem z zadumy sędziego śledczego.
— Chciałbym z panem pomówić.
— O czym?
— O pańskiej przeszłości, która jest mi już poczęści a może i w całości znana.
— Zna pan moją przeszłość? — krzyknął chory, chwytając się obiema rękoma za głowę.
— Może nie wszystko wiem ale sądzę — przyjął już sędzia śledczy surową postawę prokuratorską — że panu obojętne jest, czy ukryje coś lub wszystko szczerze wyjawi, bo i tak pańskie dni są policzone. Panu będzie lżej umrzeć, gdy wyjawi ze skruchą wszystkie przewinienia, a nam będzie lżej ująć współwinowajców, którzy są zdrowi i mogą odbyć karę za popełnione czyny.
Chory szeptał nerwowo nieco niezrozumiałym dla sędziego językiem, kręcąc się niespokojnie na łóżku. Sędzia śledczy odniósł wrażenie, że badany stacza ze sobą wewnętrzną walkę. Postanowił tedy przyśpieszyć decyzję.
W obliczu zbliżającej się śmierci powinien pan być ze mną szczery i niczego nie ukrywać. Winien pan pobudzić swoją wolę do spowiedzi czystej i ludzkiej. Przecież panu wiadomo, że Pan Bóg siłuje tych, którzy korzą się przed nim w prawdzie i pokorze. Czas nagli. Sprawiedliwość i uczciwość nakazują panu, by przed śmiercią wyznał wszystko o sobie i swoich spólnikach.
Ostatnie słowa sędzia śledczy wypowiedział pobożnie, po czym wyjął papier, pióro i atrament Unikał przy tym krzyżowania swoich spojrzeń ze wzrokiem więźnia.
Ale naraz usłyszał głos aresztanta:
— O czym pan wspominał? O uczciwości?
A gdy sędzia podniósł wzrok na twarz garbuska, zobaczył wyraz ironii i pogardy.
— Uczciwość musi zwyciężyć — odparł poważnie sędzia śledczy.
Skrzypiący chichot rozległ się w małej celi więziennej. To zaśmiał się garbusek.
— Uczciwość? Cha-cha-cha... Gdzież ją można nabyć?.... Proszę, niech mi pan sędzia wskaże adres!... I jabym chętnie ją nabył...
— Tylko bez żartów — zawołał sędzia śledczy.
— Czas nagli. Wszak pan jest inteligentnym człowiekiem; posiada pan wyższe wykształcenie. W takiej chwili mógłby pan wyzbyć się tej maniery.
— Traktuję pana tak samo, jak pan mnie — odparł z oburzeniem chory więzień. Twarz chorego nabrała rumieńców.
Sędzia śledczy znów nabrał przekonania, że ma to czynienia z symulantem.
— Czy mogę przystąpić do sprawy? — zapytał sędzia, zabierając się do notowania w aktach.
— Do jakiej sprawy? — zareagował więzień.
— Muszę wszystko wiedzieć o pańskiej przeszłości! — rzekł stanowczym głosem sędzia śledczy.
— Musi to nawet na Rusi.... — odpowiedział z ironią garbusek. — Ale oznajmiam panu, że nic mu nie powiem, bo nie chcę i nie mogę Czy pan mnie rozumie, panie sędzio?
Sędzia śledczy przez chwilę spoglądał na więźnia. poczym wyjął z teczki pomięty zeszyt i zapytał:
— Pań to poznaje?
Więzień zatopił wzrok w zeszycie, poczym wycedził:
— W jaki sposób ten zeszyt dostał się w pańskie ręce? Niech mi pan to zwróci, proszę o to bardzo.
Chory wyciągnął przed siebie ręce i opadł nawpół zemdlony na poduszkę.
Sędzia podał mu garnuszek mleka dla pokrzepienia.
Więzień po chwili wyszeptał słabym głosem:
— Opowiem panu wiele, ale pod jednym warunkiem.
— Pod jakim warunkiem?
— O ile pan ten zeszyt zniszczy lub spali moich oczach. Ten zeszyt i tak nie ma dla pana żadnej wartości.
— Wręcz przeciwnie. Nasze muzeum policyjne wzbogaci się o bardzo ciekawy egzemplarz. Pańskie wiersze, zawarte w tym zeszycie, są bardzo zajmujące. Czy pan bardzo był zakochany w tej kobiecie, do której te wiersze były pisane? Czy ta kobieta jeszcze żyje?
Garbusek, przysunął się doń bliżej tak że sędzia śledczy uczuł na sobie gorący oddech chorego.
— O jakiej kobiecie pan myśli? Poznaję po panu, że pan wie wszystko. Spal pan to jak najszybciej. To jest jedyna pamiątka, która mi poniej pozostała.
— A dzieci nie zostały?
— Nie, nie! Żadnych dzieci — zawołał garbusek przerażony. — Co pana obchodzą moje dzieci? — krzyknął groźnie. — Zróbcie ze mną, co chcecie, ale nie szperajcie w moim życiu rodzinnym.
— Widzisz pan, że jesteśmy dobrze poinformowani o wszystkim — triumfował sędzia śledczy — Myślę, że teraz odpowie mi pan już na wszystkie moje pytania.
— Podrzyj pan zeszyt. Proszę, podrzyj pan — wyciągnął garbusek błagalnie ręce. — Opowiem wszystko?
Sędzia śledczy podał mu zeszyt z wierszami.
Garbusek z sadystycznym uśmieszkiem na ustach darł każdą kartkę z osobna na drobne kawałeczki. Cała jego twarz promieniowała w tej chwili wielką radością.
— No, czy teraz mogę zadawać moje pytania?
— Proszę bardzo.
— Jak pana nazywają?
— Garbusek.
— Prawdziwe nazwisko? Kuźniec.
— Urodzony?
— W Rosji.
— W jakiej okolicy?
— Na Ukrainie.
— Miasto?
— Czy to jest ważne?
— No, niech będzie... Ile pan ma lat?
Garbusek
spojrzał na niego ironicznym wzrokiem.
— Po co panu mój wiek? Po co panu wiedzieć kim był mój ojciec i matka? Pytaj pan o to, co może się panu przydać praktycznie.
— Dobrze. Zgadzam się. Proszę mi, powiedzieć, czy zna pan osobnika, którego nazywają w naszym świecie Stasiek Lipa?
— Znam go bardzo dobrze. Bardzo przyzwoity i porządny człowiek.
— Oczywiście — uśmiechnął cię sędzia śledczy.
— Może mógłby mnie pan poinformować, gdzie on się teraz znajduje?
— Tego akurat nie wiem. Powiedziałbym chętnie, gdybym wiedział.
— Nie wie pan.... Napewno nie wie pan?
Garbusek nalegał.
Sędzia śledczy podsunął mu pod nos list adresowany doń z zagranicy właśnie przez Staśka Lipę.
— Wie pan więc lepiej ode mnie odpowiedział Garbusek zdenerwowanym głosem..
— Wiem jeszcze więcej, niż się panu zdaje.
— Więc czemu mnie pan dręczy, jeśli pan wie?
— Przeszedłem tu tylko dla niektórych formalności. Pan napewno zna Klawego Janka.. Krygera i wszystkie wielkie ryby podziemnego świata, które nieraz wykonywały pańskie plany. My wiemy że pan sam leżał sparaliżowany. Ale wskutek pańskich planów i porad mieliśmy więcej kłopotów niż gdyby pan sam poszedł na miasto kraść. Pan był przywódcą wszystkich wielkich włamań, wykonanych w ostatnich czasach u nas w Polsce. Pan jednak może nam tylko wskazać miejsce, gdzie się teraz ukrywają wykonawcy pańskich pomysłów. Powinien pan to zrobić, aby przynajmniej w ten sposób okupić wszystkie zbrodnie popełnione przez pana w życiu.
— Chcę to przecież uczynić, panie sędzio śledczy. Proszę, niech pan pyta, a powiem wszystko.

Sędzia śledczy wyczuł, że stary ironizuje. Zrobiło mu się żal, że pozwolił garbusowi podrzeć zeszyt, choć dla śledztwa nie miało to żadnego znaczenia. Pomimo to postanowił podjąć dalszą próbę.
— Jeśli pan wyzna prawdę o wszystkim, damy panu, tu, w wiezieniu najlepszych lekarzy. Wyleczymy pana zupełnie. Wkrótce będzie amnestia i ta niewielka kara, która pan otrzymał zostanie panu darowana. Redzie pan mógł spędzić swoje pozostałe lata na wolności, jako uczciwy człowiek. Pragnę tylko pańskiego dobra.

Garbusek usiadł na swoim łóżku więziennym. Jego blada twarz przybrała trupi kolor. Jego błyszczące oczka, jakby naraz zagrały. Wybuchnął śmiechem.
— Z czego pan się śmieje?
— Cha — cha cha! — śmiał się garbusek coraz głośniej, że sędzia śledczy na prawdę się przeraził.
Wyglądało to, jakby się trup zanosił śmiechem. Sędzia śledczy odsunął się od więźnia.
— Jakie z was głupie frajery! — wykrztusił garbusek, zgrzytając zębami.
— Licz się pan ze słowami! — zawołał ostrzegawczo sędzia śledczy.
Liczę się właśnie. Gdyby nie to już dawno naplułbym panu w tłustą gębę.
— Co to za wyrażenie?!
— Zwykłe wyrażenia. Specyficzne powiedzonka i przekleństwa świata przestępczego były mi zawsze obce. Jestem przecież inteligentem, jak to pan sam przed tym określił. Dlatego nie mówię do pana językiem mętów., chociaż ludzi nocy słownik jest mi dobrze znany. Ja go jednak nigdy nie używam. Jestem przecież byłym inżynierem — roześmiał się.

Przez chwilę zapanowała cisza.
— Ach, gdybym miał moją dawniejszą siłę — rzucił garbusek złym wzrokiem na sędziego śledczego.
— To coby było?
— Zmiażdżyłbym pana własnymi rękoma — podniósł garbusek zaciśnięte pięści, które jednak zaraz opadły bezsilnie na brudną kołdrę.
— Czyż czynię panu coś złego. Pragnę przecież tylko pańskiego dobra.
— Mojego dobra?... zaśmiał się garbusek.
— Tak, pańskiego dobra. Mówiłem już panu przecież. I zapewniam pana, że sam się będę o to starał, aby pana wyleczyli lekarze więzienni. Co więcej. Wydam polecenie, aby pana przewieziono do szpitala. To wszystko stanie się, jeśli pan złoży wyczerpujące zeznania.
Garbusek wyciągnął się przy tych słowach sztywno na swym posłaniu. Wychudłe ręce położył pod głowę. Zapatrzył się na kraty, a jego oczy przybrały przy tym szklany wyraz.
— Czemu pan milczy?
Garbusek westchnął.
— Czas mija. Ja jestem zajęty. Czemu pan milczy?
Garbusek leżał bez ruchu.
— Mówi pan, czy pan śpi?
— Nie mówię i nie śpię — zawołał garbusek ze złością, ostro akcentując każde słowo.
— Więc nie chce pan wydać swoich wspólników?
— Nie! Nie!!
— Umrzesz zbrodniarzem.
I sędzia śledczy zaczął zbierać swoje papiery.
— Już mnie pan opuszcza? Czemu się pan spieszy? — odezwał się nagle garbusek.
Sędzia śledczy spojrzał na niego podejrzliwie:
— Rozmyślił się pan? Chce pan zeznawać?
— Tak.
Sędzia śledczy uśmiechnął się z zadowoleniem i pomógł choremu ułożyć się wygodnie na posłaniu. Potem wyjął z powrotem papiery z teki. Uczynił wszystkie potrzebne przygotowania. Nawet jego zewnętrzny wygląd zmienił się nagle. Nie wątpił już teraz, że ten stary zdechlak — jak go nazywał w myślach będzie śpiewał, jak z nut.
— Tak to rozumiem. Jeszcze dziś poślę panu dobrego lekarza. Nie jest pan jeszcze taki stary — pocieszał go. — Wszystko może być jeszcze dobrze.
A więc, teraz do rzeczy.
Garbusek uśmiechnął się pod nosem i błysnął jakby łobuzowato oczyma. Sędzia śledczy przyjął to za dobrą monetę.
— Najpierw powiedz mi pan, jak długo przebywa pan już u nas w Warszawie?
— Dobrych parę lat, panie sędzio śledczy.
— I zawsze pan leżał chory w łóżku?
— Tak. Już więcej niż 15 lat jestem kaleką.
— Piętnaście lat? — dziwił się sędzia śledczy.
— Tak piętnaście lat z czubkiem.
— No, no.... a ile pan ma lat?
— Sześćdziesiąt.
— Jak długo pan siedział w więzieniu?
— Nie długo.
— Jak długo robi pan w fachu?
— Także nie długo.
— Kto byli pańscy wspólnicy?
— Różni: Żydzi, Chrześcijanie, Rosjanie, Turcy, Chińczycy, Japończycy, Tatarzy, Cyganie. Nawet murzyni także.
— No no...
— Tak to jest, panie sędzio śledczy.
— Byłem zawsze internacjonalista Nie dbałem o różnice rasowe. A obrabiałem także ludzi z różnych krajów. Nie robiłem różnicy miedzy żadnymi walutami świata. Słowem stuprocentowy internacjonalista.
Zamyślił się przez chwile. Poznać było że jest bardzo zdenerwowany. Uśmiechnął się z przymusem i mówił dalej.
— Cała moja przeszłość, która tak pana interesuje jest dla mnie samego jakby koszmarem, jakby złym snem, który dręczy mnie od wielu lat i nie pozwala mi przespać spokojnie nocy. Pan mi obiecuje lekarzy i inne przywileje, za cenę zdradzenia moich przyjaciół, z którymi razem się cieszyłem, jadłem, głodowałem i cierpiałem. Pan żąda ode mnie drobnostki. Więcej pan nie chce, jak tylko zrobić ze mnie „kapusia“ — roześmiał się.
Sędzia śledczy nie mógł się już połapać do czego stary zmierza:
— Ja znam wszystkie nazwiska i adresy wszystkich pańskich przyjaciół — pochwalił się sędzia śledczy. — Powtarzam panu raz jeszcze, że my wiemy o wszystkim. Pytam pana tylko o to pro forma, bo tak nam nakazują nasze przepisy.
— Wasze przepisy — pochylił się ku niemu garbusek, a jego twarz stała się jeszcze bledsza — gwiżdżę na was i na wasze przepisy i na wszystko na co wy, uczciwi ludzie się powołujecie. Mnie tylko obchodzi teraz jedna rzecz.
— Czy można wiedzieć co?
— Jak się pana pozbyć.
— Sam mnie pan przecież zatrzymał.
— Tak, zatrzymałem pana. Nudzę się tu w więzieniu aż do szaleństwa. Nawet śmierć, na którą czekam nie spieszy się, aby mnie zabrać. Dziękuje panu, że mi pan pomógł spędzić tych kilka godzin na jakiejś odmianie. Muszę przyznać, że pan mnie nieźle ubawił swoimi idiotycznymi pytaniami. Ale ode mnie nie wyciągnie pan tego, co pan chce. Idiotą nazywam pana dla tego, panie sędzio śledczy, bo śmiał pan mnie zaproponować, abym się stał na starość zdrajcą.
— Sędzia śledczy zerwał się z miejsca i krzyknął:
— Zdechniesz już tu, w więzieniu. Dziś jeszcze napiszę list do twej córki w Paryżu jakiego ma ojczulka.
Ostatnie słowa wywarły niezwykły skutek.
Garbusek chwycił się obiema rękami za serce. Piana ukazała mu się na ustach. Całe jego ciało zaczęło dygotać konwulsyjnie. Sędzia śledczy wybiegł na korytarz z teką w jednej ręce z papierami w drugiej alarm ując głośno strażników.
Po chwili wszedł do celi garbuska strażnik ze swoimi dwoma pomocnikami aresztantami.
Stary więzień nie dawał już najmniejszego znaku życia...
Strażnik przy pomocy swego „wypróbowanego środka“ stwierdził natychmiast, że więzień nie żyje.
Rabin złodziejów doczekał się wreszcie tego, na co tak długo czekał z niecierpliwością.

Wiadomość o śmierci garbuska rozniosła się szybko wśród ludzi nocy. We wszystkich melinach, kawiarniach, restauracjach, uczęszczanych przez nich, podawano sobie nowinę z ust do ust. A wiadomość ta zrobiła na wszystkich wielkie wrażenie. Nawet przeciwnicy garbuska słuchali z respektem opowiadań o jego ostatnich minutach w szpitalu więziennym.
Bajgełe przyjął tę wiadomość z zapartym tchem. Natychmiast przyjechał do Warszawy i podstawił „lepszych facetów“, aby się postarali o wydobycie zwłok z więzienia.
Dzięki protekcji i wstawiennictwu bardzo ważnych osobistości udało się wydostać zwłoki. Podstawiono ciotkę, stryja, kuzyna, którzy się zobowiązali że urządzą pogrzeb na własny rachunek.
W największej tajemnicy przeniesiono zwłoki garbuska na bezpieczne miejsce, gdzie ludzie nocy mogli bez przeszkód przyjść i pożegnać po raz ostatni swego wiernego towarzysza.
Garbusek leżał na ziemi obstawiony srebrnym lichtarzami, w których paliły się świece. Po długich kłótniach i dyskusjach zgodził się Bajgełe na te kwiaty które przynieśli nie Żydzi.
Przez cała dobę żegnali swego garbuska przy Molach zastawionych flaszkami wódki, wina i zakąsek. A potem nadeszła chwila, gdy trzeba go było pożegnać na zawsze. Przez całą noc zajmowano się przygotowaniem pogrzebu garbuska.
Pieniędzy niebrak było. Każdy składał z całego serca datek, według swego stanowiska, jakie zajmował wśród ludzi nocy. Ostatnie zebranie obeszło się jednak bez incydentów.
Bajgełe, który się uważał za najbliższego przyjaciela zmarłego, rzucał rozkazy na wszystkie strony, a to się nie podobało innym. Baigełe pretendował również na zajęcie stanowiska garbuska, lecz tu natrafił na silnego przeciwnika w osobie Józka Zalewacza.
Józek Zalewacz uważał, że tylko on jako domorosły adwokat ma prawo zająć miejsce zmarłego. Zapewniał on, że tylko inteligentny i kulturalny człowiek powinien stać na czele warszawskich ludzi nocy, taki mianowicie, który jest uczony.
Bajgełe znowuż utrzymywał że na czele powinien stać taki człowiek jak on, z należytą „praktyką“ i odpowiednimi znajomościami wśród „zblatowanych“ policjantów.
„Zimna kokota“ robiła również ruch. Agitowała, ile tylko mogła, używała wszystkich swoich środków; sposobów, pragnąc dopiąć, aby przeszła kandydatura Bajgełe. Chciała się w ten sposób odwdzięczyć Bajgełeła wszystko. co on dla niej zrobił. Albowiem wśród ludzi nocy „Zimna kokota“ była znana oficjalnie jako adoptowana córka wszechmocnego Bajgełe.
Sam Bajgełe był z niej dumny. Po ostatnim wyczynie ze Szczupakiem stała się ona jeszcze bardziej sławna i liczono się z nią.. Słowem „Zimna kokota“ osiągnęła takie znaczenie, że wybaczono jej nawet to, że żyła przedtem z Szulcem..
W tej samej melinie, w której „melinowały“ zwłoki garbuska zebrały się delegacje ze wszystkich sfer nocnych ludzi. Mali kieszonkowcy, potokarze, szopenfeldziarze, aferzyści, włamywacze, rozpruwacze i inni „fachowcy“ i przedstawiciele różnych gałęzi sztuki złodziejskiej.
Te trzydzieści kilka osób, które się tu zebrały były poszukiwane przez policję różnych krajów. Szczupak miałby wielką pociechę, gdyby się tu zjawił w tej chwili. Oni zaś dobrze o tym wiedzieli i byli bardzo ostrożni.
Szczupak był wprawdzie poinformowany o tym zebraniu“, ale gdzie ono się „zamelinowało“ tego w żaden sposób nie mógł się dowiedzieć. Napróżno najzdolniejsi agenci, których on wysłał szukali, tropili, węszyli. Nawet ten agent, który śledził od bramy więziennej wóz, na którym wywieziono zwłoki garbuska stracił ślad.

Ludzie nocy wiedzieli przecież, że będą śledzeni, przeto zwłoki zostały wniesione do przechodniego domu. Po drugiej stronie czekał brat zimnej kokoty w taksówce w której przeniesiono zwłoki na bezpieczne miejsce.
Każdy delegat wygłaszał przemówienie, chwaląc czyny zmarłego i podnosząc przy tym, że najodpowiedniejszym zastępcą zmarłego może być tylko on sam.
Delegata, nie mówiącego do rzeczy ściągano bez ceremonii za kołnierz „z trybuny“, i kazano mu zamknąć gębę.
Zebranie zagaił pierwszy Bajgełe, który wygłosił też pierwsze przemówienie:
— Braciszkowie mili i tęgie chwaty! — mówił Bajgełe.
— Każdy z nas wie bardzo dobrze kim był zmarły. Miną setki lat, a nie będziemy mieli więcej takiego kamrata, jakim był garbusek. Jego złodziejski charakter, jego wykształcenie i inteligencja górowały nad każdym z nas. Był on jeszcze bardziej wykształcony i mądrzejszy od samego Krygiera. My wszyscy musimy pochylić głowy i z bólem w sercu żałować straty, którą poniósł cały złodziejski świat. Bardzo długo potrwa, zanim zdołamy go zapomnieć. Takiego cennego człowieka nie zapomina się tak prędko. Takiego oddanego przyjaciela, jakiego w nim mieliśmy już tak rychło nie znajdziemy.
Chytrymi oczkami powiódł Bajgełe po obecnych, aby się przekonać, jakie wrażenie wywołały jego słowa i tak ciągnął dalej:
— Kto z was może zaprzeczyć, że nie jest tak, jak powiedziałem? Kto z was może tak naszykować robotę, jak on to potrafił? Owszem, powiedźcie, kto?!
Wszyscy spojrzeli po sobie, lecz nikt nie ośmielił się przerwać wszechmocnemu Bajgełe.
Bajgełe otworzył już usta, aby mówić dalej, gdy w tym odezwał się Józek Zalewacz:
— Ja wiem, kto może zająć jego miejsce. Któż inny, jak nie ja sam?! — zawołał na cały głos.
Kilka głosów zaraz dodało:
— Tak Józek Zalewacz powinien zastąpić zmarłego. Nikt inny tylko on.
Bajgełe udawał, że nie słyszy tych głosów i chciał mówić dalej. Lecz jeden z obecnych, zwolennik Zalewacza nabrał nagle odwagi i ściągnął go za marynarkę.
Całe szacowne grono podzieliło się na dwa wrogie obozy. Jeden obóz stanął po stronie Bajgełe, a drugi po stronie Józka Zalewacza.
Niewiele brakło, by w ruch poszły stołki, laski, noże i rewolwery. Gdyby nie zapobiegliwość „zimnej kokoty“, z pewnością doszłoby do krwawej masakry. Nieproszona przez nikogo zajęła miejsce na „mównicy“ i zaczęła przemawiać stanowczym i rozkazującym tonem:
— CISZA. Jak wam nie wstyd?
Istotnie w mgnieniu oka ustał wszelki krzyk. Oczy wszystkich zwrócone były w stronę „mównicy“. Zimna kokota w tym momencie wyglądała imponująco. Spojrzeniem zelektryzowała zgromadzonych. nakazując im posłuszeństwo i uległość.
Jej głos piorunował:
— Jeszcze nie zastygły zwłoki zmarłego, a już wszczynacie burdę? Zachciewa się wam nowej zabawy w „dintojry“? Szczupak tylko czeka na taką okazję, abyśmy wszczęli między sobą awantury, by tym łatwiej nas wszystkich wykończył. Uprzedzam i ostrzegam was, że teraz nie pora na osobiste porachunki.
— Słusznie. Słusznie. Nie pora teraz na porachunki — rozległy się wołania wtórne.
— Stulcie pyski! — wołali inni. — Nam „zimna kokota“ nie będzie przewodziła!
— Niechaj lepiej nadal sypia z Wołkowem — odcinali się drudzy. — Co to nasza nowa „rabinowa“?
— Nowy kaznodziej w spódnicy? — unosił się Józek Zalewacz.
Zimna kokota z uporem i spokojem wytrzymała grad obelg i uwag. Na jej ustach ukazał się tylko ów charakterystyczny uśmiech, a oczy ciskały dokoła ironiczne spojrzenia. Gdy przeciwnicy ucichli „zimna kokota“ ciągnęła dalej:
— Bracia, ze mną nigdy nie spóźnicie wykłócić się. Mamy teraz pilniejsze sprawy do przedyskutowania. Zawsze byłam gotowa skoczyć w ogień i w wodę dla naszego brata. Moi rodzice i najbliższe rodzeństwo, rekrutowali się z uczciwych złodziei. Żadna nie ciąży na nich plamka. Nawet dziadek i babka byli ludźmi blatnymi. Musicie mnie uwierzyć, że chodzi mi tylko o wasze dobro. Każdy z nas jest doskonale świadom ostatnich prześladowań. Możemy zwyciężyć tylko wówczas, gdy będziemy działali ramię w ramię i w wielkiej zgodzie. Musimy wypowiedzieć zaciętą walkę wszystkim kapusiom, mentom i konfidentom, czyhającym na naszą wolność. Pamiętajcie, że kłótnie i swary mogą tylko przyśpieszyć naszą klęskę. Nawet wówczas, gdy stałam w bliskim kontakcie z Wołkowem, czyniłam to dla waszego dobra.
— Dla naszego dobra? — parsknął śmiechem Józek Zalewacz. — Można pęknąć ze śmiechu. Co wy na to, koledzy? — szydził z „zimnej kokoty“ Józek Zalewacz. Jak się wam podoba ten „mesjasz“ złodziei?
— CHA! CHA! CHA... — wtórowali mu jego zwolennicy. — Niech dalej grepsuje.
— Niech lepiej stanie z koszem pod halami, a nie nam prawić morały, patrzcie, kto nas uczy moresu?
Bajgełe, który przez cały czas nerwowo wrzucał sobie do ust czekoladki, uśmiechnął się pewny siebie, że w końcu zwycięży „zimna kokota“. Dla tej przyczyny nie zabierał głosu w tej dyskusji.
Ale gdy wyzwiska nie ustawały, a Józek Zalewacz zawołał: „może tak jaśnie pani „zimna kokota“ i mnie pozwoli powiedzieć kilka słów“, wówczas Bajgełe nie wytrzymał i krzyknął:
— TY frajerska duszo! Odwalisz się? To wstyd, byśmy się dali wodzić za nos przez frajerskiego kombinatora. Kim dla nas jest ten krzykacz? Przecież tylko butelce ma on do zawdzięczenia, że znajduje się w naszych szeregach.
Awantura się wzmogła. Zwolennicy Zalewacza przelicytowali przeciwników, uznając go za swego człowieka. Zimna kokota ustąpiła Zalewaczowi miejsca na mównicy. Zalewaczowi jednak nie powiodło się. Zbyt inteligentną wypalił mówkę i z kretesem przepadł w opinii złodziejskiej. Kilku zwolenników Bajgełe ściągnęło Zalewacza z mównicy, na której triumfalnie teraz stanęła „zimna kokota“.
— Teraz mieliście możność przekonania się, że z Zalewaczem nie tak łatwo będzie można się porozumieć. Musimy mieć swego człowieka, z którym możnaby było zasiąść do stołu i gadać po naszemu. Ostatnie moje przejście ze Szczupakiem powinno was przekonać, że działam dla waszego dobra. Uważam, że najgodniejszym następcą Zmarłego może być tylko Bajgełe.
— Tak Bajgełe, a nie Józek Zalewacz — wołali zebrani.
— Niech żyje Bajgełe!
— Niech żyje „zimna kokota“!
— Niech żyje ten, który jeszcze nie umarł... — ironizował Zalewacz, wkładając jednocześnie palto i kapelusz na znak, że odchodzi.
Ale „zimna kokota“ zatrzymała go, mówiąc.
— Niema powodów do ucieczki. Ale sami rozumiecie, że nie jesteście zdolni do odziedziczenia godności po Zmarłym.
— Rozumiem... rozumiem, że umrę już jako „frajer“. Ale jedno muszę wam powiedzieć, że nie macie tyle rozumu w waszych głowach, ile ja w nogach.
— Stul pysk! — zagrzmiało naraz kilka głosów. Nawet zwolennicy jego zaprotestowali przeciw tym słowom, które wszystkich obrażały.
— Niech nas natychmiast przeprosi! — domagali się inni. To czelność nas tak znieważać.
— Jest zdenerwowany i nie należy zbytnio zwracać na niego uwagi — starała się „Zimna kokota“ zbagatelizować sprawę. Znała dobrze ludzi swego obłożenia i wiedziała, że w obronie „honoru“ gotowi są nawet wszcząć bójkę. Wolała przeto czym prędzej załagodzić zatarg.
— A więc, bractwo, na czym zostaje? — uśmiechnęła się do obecnych, którzy zapomnieli już o wszystkim i znajdowali się całkowicie pod jej wpływem. Nawet poprzedni przeciwnicy odwrócili się od „Zalewacza“ i a zachwytem spoglądali na „Zimną kokotę“.
[...]scy, unosząc w górę pięści.
— Jak powiadają frajerzy: „strzeżonego Pan Bóg strzeże“.
— Musimy się bronić! — grzmiał Bajgełe tubalnym głosem.
— Złodzieje też muszą żyć!...
— Jeszcze jak żyć! Słyszycie?... Nie damy się! — wołali obecni wygrażając pięściami.
Bajgełe znał dobrze swoich ludzi. Z natury łagodny, cichy człowieczek imponował on teraz kolegom swym bohaterstwem. Bajgełe wiedział, że ludzie ci są jak małe dzieci, które trzeba coraz zabawiać innymi historyjkami. Zainteresować ich coraz czymś innym i nowym, by nie mogli się zbyt długo zatrzymywać na jednej sprawie.
Kim jest ich nowy „rebe“? Bajgełe miał na swym sumieniu kilka zadawnionych grzechów i obawiał się by któryś z obecnych nie wypomniał mu tego.
Na szczęście Bajgiełe, nikt z obecnych nie wiedział o niczym. Gdyby zmarły garbus żył, Bajgełe nie pozwoliłby sobie na wygłoszenie takiego kazania i na stawianie siebie na wzór uczciwego złodzieja. Stary garbusek wiedział o wielu wykroczeniach Bajgełe przeciwko ludziom nocy, w czasie jego złodziejsko-paserskiej kariery. Ale teraz Bajgełe czuł się jak ryba w wodzie i przemawiał do sumienia swego audytorium.
„Zimna kokota“ opanowała bez większych trudności jego najgroźniejszych przeciwników.
— Teraz, przyjaciele, — ciągnął dalej Bajgełe tajemniczym głosem, — musimy jeszcze omówić dwie sprawy.
— Po pierwsze musimy się zastanowić, jak urządzić pogrzeb.
— Co znaczy jak? Z całą pompą. Niech frajerzy wiedzą, jak odprawiamy naszego przyjaciela na tamten świat.
— O to właśnie chodzi — zauważył Bajgełe. — Koledzy! Musimy wziąć pod uwagę, że Szczupak czeka tylko na to, byśmy się zgromadzili na pogrzebie. Zostaniemy wszyscy otoczeni przez „menty“ i odprowadzeni tam, gdzie jest jeszcze gorzej, niż w grobie, w którym mają spocząć drogie, nam zwłoki. Do żywego grobu zamkną nas na długie lata.
Bajgełe urwał, czekając na efekt ostatnich słów, po czym dodał:
— Moim zdaniem nikt z nas nie może być obecny na pogrzebie. Wszyscy stanęli, jak skamieniali.

— Nie! Nie! — posypały się protesty.
— Nigdy się na to nie zgodzimy. Musimy go pochować z honorem.
Bajgełe rozłożył bezradnie ręce.
— Inaczej nie może być.
— Musimy naszego kochanego kolegę odprowadzić z honorami na miejsce wiecznego spoczynku. Nawet gdybyśmy mieli gnić w więzieniu.
— Gdzie jest honor złodziejski — wołał Józek „Zalewacz“, który przez cały czas trzymał w ręku otwartą książkę.
— Musimy w danym wypadku tak postąpić nie ustępował Bajgełe. Zmarłemu już jest wszystko jedno, czy go odprowadzimy, czy nie. Ale nam nie będzie obojętne gdy nas zamkną w więzieniu.

— A jaka jest druga sprawa, którą chciałeś omówić padło pytanie, — Może chcesz nas namówić, byśmy więcej nie kradli?
— Tego nie. Kraść możecie jak najwięcej! Druga sprawa, jaką chciałem omówić jest, byście się natychmiast pożegnali ze zmarłym. Nie możemy tu dłużej zastać Niebezpieczeństwo jest wielkie. Musimy bez protestu każdy z oddzielna, ostrożnie opuścić lokal.
Zaledwie od kilku chwil jesteś naszym wodzem, już domagasz się od nas dziwnych rzeczy.
— Nie ma w tym nic dziwnego. Dbam o waszą skórę, Szczupak może wpaść do tej meliny, a wówczas jesteśmy zgubieni. Brak tylko tego, by sprowadzono was wszystkich do urzędu śledczego. Ręczę, że nikt by z nas tak prędko nie odnalazł wolności. Nie jesteśmy wszak barankami, byśmy się mieli bezbronnie oddać w ręce Szczupaka.
— Ale ktoś musi się jednak zająć jego pogrzebem — zawołał jeden z obecnych.
— Wszak to hańba dla klanu złodziejskiego pozostawić go w ten sposób.

— Myślałem już nad tym, jakby to urządzić.
— I coś postanowił? — zapytało kilku naraz.
— Będziemy ciągnąć losy. Na kogo padnie los, ten będzie musiał zaryzykować swą wolnością i odprowadzić zwłoki na miejsce wiecznego spoczynku. Uprzedzam was raz jeszcze, że kto się znajdzie na cmentarzu. nie wróci stamtąd. A dalej możecie robić, jak uważacie.
Przez dłuższą chwile obecni przyglądali się sobie. Obudził się w nich instynkt samoobrony. Nikt z nich nie chciał się znaleźć za kratami. Wolność była dla nich najdroższym skarbem na świecie. A nikt nie wątpił w to, że Bajgełe mówi poważnie. Jednocześnie jednak każdy z nich poczytywał sobie za najświętszy obowiązek oddać ostatnie honory zmarłemu.
— A więc, jak zdecydowaliście? — wołał Bajgełe stanowczym głosem.
— Przypominam wam ponownie że czas nagli.
— Stanie, się zadość twojemu życzeniu — odezwali śię wszyscy jednogłośnie. Decydować będzie los.
Bajgełe zmarszczył czoło, po czym rzekł.
— Bracia! Chcecie mnie posłuchać?
— Wiecie wszak, że myślę tylko o was i gotów jestem uczynić wszystko, by uniknąć nieszczęścia.
— Tak. Ufamy ci w zupełności.
— I nikt nie sprzeciwi się mojej decyzji?
— Nikt! Nikt!
— Napewno?..
— Nikt nie waży się zaprotestować przeciwko twej woli. Jesteśmy przekonani, że możemy i powinniśmy zawierzyć tobie.
— Możecie przysiądz?
— Przysięgamy! — podnieśli wszyscy ręce.
Bajgełe wyprostował się. Twarz przybrała poważny wyraz. Głos jego drżał:
„Przysięgamy sobie wzajemną wierność na śmierć i życie. Każdy, kto zechce nas zniszczyć, będzie musiał zginąć z naszej ręki!“
Nastrój po przysiędze wytworzył się bardzo przyjazny. Nawet Józek „Zalewacz“ ucałował Bajgełe.
— Proponuję, — rozpoczął znów Bajgełe podniesionym głosem — by nikt z nas nie wziął udziału w pogrzebie. Słyszycie: NIKT! — podkreślił ostatnie słowo. Zmarłemu będzie to obojętne, kto go odprowadzi i pochowa. Nie urządzajmy losowania.

— A wszak poprzednio proponowałeś by los decydował — zawołał ktoś nieufnym tonem.
Nie zdążył dokończyć zdania, a już kilka pięści podsunięto mu pod nos.
— Słuchaj i milcz, kiedy „on“ przemawia..
Bajgełe ciągnął dalej:
— Na początku gotów byłem poświęcić kilku z nas. Ale sumienie złodziejskie sprzeciwia się temu. Nie przeżyłbym tego, gdyby aresztowano któregoś z nas. Musimy zrezygnować z pogrzebu. Trzeba dbać raczej o żywych, niż o umarłych.
— Musimy! Musimy! Masz słuszność. Szkoda wolności. Wiosna się zbliża.
Naturalnie, że nie możemy postąpić inaczej, — wtrąciła się „zimna kokota“, opierając rękę na ramieniu „Zalewacza“. Opłacimy hojnie frajerów i pogrzeb odbędzie się bez naszego udziału. Za pieniądze otrzymamy grób na honorowym miejscu. Wszystko za pieniądze. Żyć i umierać — tylko z pieniędzmi. Mam rację, czy nie?
Racja. Oczywista racja. Za pieniądze będą go opłakiwać bez nas.
— A teraz chodźmy do naszego zmarłego przyjaciela. — opuścił Bajgełe „trybunę“. Pożegnamy go po raz ostatni i złożymy życzenie szczęśliwej podróży wprost do raju. Musicie wiedzieć, że w ciągu ostatnich lat był bardzo bogobojny. Dość cierpiał na tym świecie.
— Wątpię, czy go tam wpuszczą — dowcipkował się „Zalewacz“.
— Jeżeli nie to, podstępem się tam dostanie.. Nasz brat poradzi sobie wszędzie — odezwał się inny. — Dokona włamania nawet do raju. Można na nim polegać.
— Dosyć! — uspokoiła ich „Zimna kokota“. — Umarły jest jeszcze między nami, a wy bluźnicie.
Obecni otoczyli zwłoki. Bajgełe uroczyście odsłonił twarz Zmarłego. Rozpłakał się na głos. Również „Zimna kokota“ wybuchnęła histerycznym płaczem.
Kilka chwil trwało pożegnanie. Każdy szukał pożegnalnego spojrzenia na twarzy nieboszczyka, po czym oddalił się, ustępując miejsca następnemu.
Bajgełe ostatni pożegnał Zmarłego tymi słowy:
— Spocznij, bracie, w uroczystym spokoju. Bądź naszym patronem, patronem złodziei. Błagaj Boga, by dał nam lżejsze zarobki, niż ryzykowanie życiem dla kawałka chleba. Nikt z nas nie życzy sobie podobnego psiego życia. Słyszysz: powiedz, że nikt z nas nie chce być wiecznie szczuty i ścigany. Oby nas Bóg wybawił z występnego życia. Żegnam cię, przyjacielu, może spotkamy się tam kiedyś.
Był już zmrok, gdy zgromadzeni pojedynczo opuścili melinę. Bajgele i „Zimna kokota“ wyszli ostatni.
Szczupak napróżno głowił się nad opracowaniem planu, w jaki sposób osaczyć wszystkich na pogrzebie. Okazało się, że ludzie nocy byli dobrze poinformowani o wszystkim.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.