Gdyby nie kobiety/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Gdyby nie kobiety
Podtytuł Powieść sensacyjna
Data wydania 1938
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Fruchtmana
Druk Zakł. Graf. „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV

W jednym z pięknych uzdrowisk nadmorskich roiło się tego dnia od ludzi. Mnóstwo ogorzałych, spoconych ciał. Rozmawiano, żartowano, śmiano się, dowcipkowano. Panował beztroski nastrój. Znać było, że ci ludzie, ubrani w eleganckie stroje kąpielowe, nie znają trosk materialnych. Kryzys, bezrobocie i inne klęski, pod ciężarem których uginała się ludzkość, były im obce. Rozglądali się dokoła z pewnością siebie. Drwili sobie jakby z całego świata.
Wśród obnażonych pleców, ramion, piersi, nóg i rak leżał oparłszy podbródek na dłoniach, opalony na słońcu — Klawy Janek. Zamyślony: wpatrzony w jeden punkt na plaży, gdzie jakaś niewiasta pogrążona była w czytaniu książki.
— Tak, mogę przysiąc, że to ona — mówił do samego siebie. — jak to się wszystko dziwnie układa. To napewno Aniela. Ale nie będę zakłóca1 jej spokoju.
Nie wytrzymał jednak i powoli przesuwał się w jej stronę. Napinał wzrok, by się przekonać, czy się nie myli. Serce waliło w nim mocno, jakgdyby miał popełnić zbrodnię. Usta szeptały bezdźwięcznie:
— Anielo.. Najdroższa moja. Zapomniałaś już o mnie napewno. Jaka piękna! Pokazać się jej, czy nie? — zmagał się z własnymi myślami.
Obok Anieli leżał wpatrzony w słońce jej ojciec — Stasiek Lipa, opalony na murzyna.
Ody Janek go zauważył, legł mu ciężar na sercu. Postanowił zachować ostrożność i zaczekać na lepszą okazję zetknięcia się z Anielą. Pół życia oddałby teraz, by mógł spojrzeć w jej piękne oczy i dowiedzieć się, co sądzi o nim.
Że była o wszystkim poinformowana, nie ulegało dlań żadnej wątpliwości. Gdy sobie pomyślał na kogo ją zamienił. — Krew uderzyła mu do twarzy ze wstydu.
Zdawał sobie sprawę z tego. że wciąż jeszcze ją kocha. Ba, kocha ją stokroć więcej, niż dawniej. Ale nie śmiał wspominać {ej więcej o tym. Sumienie nie pozwalało mu na to i nakazywało milczenie.
Kilka dni upłynęło od chwili, gdy ją zauważył na plaży. Stokrotnie przysięgał sobie, że wyjedzie, ucieknie stąd, lecz, gdy miał się zdecydować na wyjazd, brakło mu sił.
Całymi nocami warował w pobliżu willi, gdzie mieszkała Aniela wraz z ojcem, obserwując, czy nikt z młodych ludzi nie ma dostępu do jej domu.
Tracił zmysły z zazdrości, aczkolwiek nie miał powodów do podejrzeń. Stale widywał ją w towarzystwie ojca, opartą o jego ramię.
Na plaży nie pokazywał się więcej. Pragnął rozmowy z nią, zapytać jak się ma, co myśli o nim, dowiedzieć się, czy inny zajął miejsce w jej sercu. A jednocześnie unikał jej. Opanowywał go dziwny lęk na myśl, że może się z nią spotkać oko w oko.
Z chwilą gdy zmuszony był opuścić Polskę i uciekać zagranicę, postanowił wszcząć poszukiwania za nią, Kryger przeszkadzał mu w tym i to było przyczyną że, rozstali się.
Krygier wyruszył do Japonii. Postanowił zamieszkać tam na stałe. Założyć fabrykę i zapomnieć o przyszłości. Ostatni wypadek w Warszawie naprowadził go na tę myśl. Janek w chwili rozstania, uzbrojony był w gruby portfel z pieniędzmi.
Milczka Krygier zabrał ze sobą. Postanowił i jego urządzić. Tylko Antek pozostał osierocony i żaden z jego dawnych wspólników nie zatroszczył się o niego.
W uzdrowisku tym znalazł się Janek przypadkowo. Szukał wytchnienia. Wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, złamany fizycznie i moralnie, przybył nad morze, by odzyskać spokój i równowagę ducha.
Klawy Janek węszył że w kąpielisku wśród beztroskiej burżuazji, która zjeżdża się z całego świata znajdzie schronienie przed wścibskimi spojrzeniami agentów.
Ledwie tylko rozpakował swe bagaże w pierwszorzędnym hotelu, uczepiła się jakaś Amerykanka, starsza panna, narzucając mu swoją osobę. Ale lanek nie wytrzymał długo w towarzystwie kapryśnej, nawpół — shisteryzowanej Amerykanki. Na trzeci dzień przekonał się, że jej brylanty są imitacją i dał jej wyraźnie do poznania, że nie ma zamiaru dłużej tracić na nią czasu. Ambitna Amerykanka nie darowała mu tego i uprzedzała przyjaciółki, że człowiek ten nie jest dżentelmenem.
Janek nie szukał towarzystwa. Unikał bogatych damulek, które polowały nań, jako na przystojnego mężczyznę. Po ostatnim przeżyciu z konfidentką, Janek nie znosił kobiet z fałszywymi brylantami i koliami.
Długie godziny spędzał Janek nad brzegiem morza. Nie przyszło mu nawet na myśl, by szukać tu Anieli. Przeciwnie, studjował listę gości w różnych hotelach, w obawie by nie natknąć się na znajome nazwisko.
Od chwili, gdy ujrzał Anielę, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Jak uparta mucha brzęczało mu w uszach słowo „Aniela“, nie dając mu chwili spokoju.
Dowiedział się, że Stasiek Lipa mieszkał nad morzem od dłuższego czasu. Kupił on tu willę za piętnaście tysięcy dolarów. Jednego tylko fanek nie mógł pojąć, skąd się tu wzięli. Wiedział, że udali się do Ameryki. Miał o nich dokładne relacje; wiedział nawet o ostatnim wypadku z Anielą w pensjonacie, kiedy oświadczył jej się w miłości międzynarodowy handlarz żywym towarem. Świadomość, że również Stasiek Lipa mógł być poinformowany o jego ostatnim przejściu z konfidentką, nie dawała mu spokoju. Dręczyły go wyrzuty sumienia.

Całymi dniami wałęsał się Janek na wybrzeżu. Do uszu jego dochodziły radosne okrzyki i odgłosy pocałunków zakochanych par. Smutek go ogarniał na myśl, że tak blisko jest Anieli, a zarazem tak daleko.
Wiedział, że Aniela nigdy mu nie przebaczy tej zdrady. Pół życia byłby oddał za to, żeby i jej mógł coś zarzucić. Szpiegował ją, śledził, zbierał informacje co do jej sposobu życia.
Sam złoczyńca i destrukt moralny nie mógł się pogodzić z myślą, że Aniela zachowała swą niewinność. Myśl, że to ojciec jej, Stasiek Lipa stał na straży jej cnoty wywoływała w nim uśmiech ironiczny. Zbyt dobrze znał kobiety i wiedział, że kobieta potrafi wywieźć w pole najbardziej zazdrosnego męża i najzdolniejszego detektywa.
Gdy ujrzał ją po raz pierwszy na plaży, nie uszło jego uwagi że, Aniela jest przedmiotem powszechnego podziwu. Nawet kobiety z zazdrością spoglądały na jej wysmukłą, dziewczęcą postać..
Gdy tylko zapadała noc, Janek skradał się do ogrodu, który otaczał willę Staśka Lipy i wracał do swego hotelu dopiero nad ranem. Napróżno starał się spotkać z Anielą sam na sam, niespostrzeżony przez nikogo. Stasiek Lipa śledził córkę na każdym kroku. Janka oburzało to, że Aniela nie protestuje przeciw zbyt wstrętnej opiece i nie rwie się do samodzielnego życia.
Razu pewnego w nocy, gdy przedostał się przez wysoki parkan i ukrył w cieniu drzew, usłyszał cichy szept, który dobiegł do jego uszu.
— Mam cię!.. — przebiegła Janka radosna myśl. — Napewno randka z jakimś bubkiem.
Skradał się cicho, zawodowo; słyszał wyraźnie odgłosy pocałunków. Krew uderzyła mu do głowy, obudziła się w nim zazdrość.
— Zastrzelę ich oboje — ściskał Janek rewolwer w dłoni.. — Mnie tak długo wodziła za nos i udawała niewiniątko!.
Wyciągnął się na ziemi i czołgał na brzuchu a i pod ściankę dyskretnej altanki. Cichy szept zamienił się naraz w ciężkie sapanie. Janek nie wątpił ani na chwilę, że przybył w porę.
Myśl, jak błyskawica przebiegła jego mózg.. Ale zanim zdążył urzeczywistnić swój plan pociemniało mu w oczach. Dwa cienie wyskoczyły jeden po drugim wystraszone i ukryły się wśród drzew; chciał pobiec za nimi; ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Przed oczyma miał jeszcze wciąż dwie postacie, kobietę w białej sukni i mężczyznę który ciągnął ją za sobą.
Złamany i zrozpaczony oparł się Janek o ściankę altany, gdzie później się ukrył. Wprawnym okiem dojrzał w ciemności dwie wypróżnione butelki po winie.
— Widzę, że używa — pomyślał. — Podczas, gdy stary głupiec Stasiek Lipa śpi twardym snem, Aniela wykrada się z pokoju.
Groźne szczekanie psa przypomniało mu, że musi się czymprędzej stąd wynieść. Zegar wskazywał późną porę.
Przez cały dzień następny Janek biegał, jak nieprzytomny. Zobojętniał na wszystko. Urodziwa kelnerka którą się nieco zainteresował, nadziwić się nie mogła jego obojętności. Bolało ją, że nie zdradza najmniejszego zainteresowania jej osobą.
Janek ledwie doczekał się nocy. W ciągu dnia unikał tych miejsc, gdzieby się mógł natknąć na Staśka Lipę z jego córką, światło dzienne wyprowadzało z równowagi. świadomość, że Aniela należy do innych doprowadzała go do szału. Nie mógł sobie wybaczyć, że nie zareagował zmiejsca w altanie i nie dowiódł, że, nie jest lepsza od niego...
W głębi duszy wątpił wprawdzie, czy to była Aniela. Postanowił sprawdzić, czy nie ma tam młodej służącej, kucharki lub poprostu kobiety, którą przyjął za Anielę.
— Następnej nocy w willi Staśka Lipy pogaszono światła wcześniej, niż zazwyczaj. O godz. 10, prócz starego dozorcy, z którym Janek zdążył zawrzeć znajomość, wszyscy pogrążeni byli we śnie. Dozorca strzegł sumiennie willi przed złodziejami, natomiast przez palce patrzał na amantów, którzy zakradali się przez okna do damy swego serca.
Napróżno Janek usiłował dowiedzieć się od niego, ile kobiet przebywa w willi Amant, którego Janek zauważył w altanie, widać nie szczędził napiwków. Dozorca, jakgdyby nabrał pełne usta wody, milczał i uśmiechał się tajemniczo.
Że Janek jest człowiekiem, który interesuje się tylko kobietami, było dla dozorcy więcej, niż pewne. Zapewnie inaczej wyobrażał sobie złodzieja, włamywacza. Janka uważał za bogatego cudzoziemca, który szuka flirtu.
Noc była ciepła, jasna. — „Które okno należy do jej pokoju“ — strzeliła mu myśl. Janek zbliżył się do ganku i, zadarłszy głowę do góry wpatrywał się w okna.
Jako „fachowiec” zorientował się z łatwością w rozkładzie mieszkania. Ustalił, że pokój Anieli musi się znajdować na pierwszym piętrze. Zastanawiał się nad sposobami, jakby się tam dostać.
Dozorca próbował mu przeszkodzić w jego zamiarach, domyślając się, że coś Lu nie jest w porządku. Ale kilka banknotów, które Janek wsunął mu do ręki, dały mu do zrozumienia, że lepiej będzie, jeżeli się usunie na drugi koniec willi. Przed odejściem dozorca go ostrzegł:
— Ostrożnie młodzieńcze. Pan się chce zapewne dostać do Marty, a tam na piętrze mieszka córka szefa. Ostrożnie! Stary może się zbudzić.
Z wielkiej radości Janek miał ochotę rzucić się dozorcy na szyję i rozcałować go serdecznie. Brzydził się samego siebie, że bodaj przez chwilę mógł przypuścić, iż poprzedniej nocy zastał Anielę w altanie. Teraz nie wątpił już, że była to Marta, o której dozorca wspomniał przed chwilą.
Pragnął teraz tylko rzucić się do stóp Anieli, wybłagać u niej przebaczenie i odejść. Odejść na zawsze, daleko, i więcej nie stanąć na jej drodze. Jest zbyt czysta — myślał — bym ja, ordynarny przestępca, śmiał myśleć o niej, źle lub dobrze.
Nigdy w życiu nie czuł do siebie takiego gniewu i odrazu, jak w tej chwili. Gdyby mógł plunąć sobie w twarz, uczyniłby to chętnie. Już myśl o tym sprawiała mu ulgę.
Aniela urosła teraz w jego wyobraźni do niedoścignionego ideału Dotąd traktował kobiety, jako rozrywkę. Interesował się tylko ich wyglądem zewnętrznym, nie zważając na wartości duchowe, im bardziej kobieta była wyuzdana i zdemoralizowana, tym więcej mu imponowała. Teraz inaczej spoglądał na kobiety.
Jak kot, wdrapał się po schodach i zaczął majstrować u drzwi. Zamek rychło ustąpił i fanek znalazł się na korytarzu. Nocna lampka słabo oświetlała łóżko, na którym leżała kobieta. Dreszcz przeszedł mu po ciele. Kobietą tą była Aniela.
Przez dłuższą chwilę Janek nasycał się jej widokiem. Aniela oddychała lekko i twarz jej wzbudziła w nim uczucie, jakgdyby spoglądał na bóstwo, a nie na żywą istotę.
W pewnej chwili uczynił krok w tył, jakgdyby chciał uciec stąd, niespostrzeżony przez nikogo. Ale w tej chwili Aniela przekręciła się na drugi bok. Krew uderzyła mu do głowy z taką siłą, że musiał się oprzeć o ścianę, by nie upaść. W net jednak opanował się. Usta jego szeptały czule:
— Anielo!. Jedyna!., Najdroższa!..
Zbliżył się do łóżka i wpił oczy w śpiącą kobietę. Doznawał teraz takiego uczucia, jakgdyby włamywał się do kasy, pełnej pieniędzy, z tą różnicą, że z kasy mógł zabrać, ile chciał..
Janek żałował już że się zakradł do Anieli. Bał się, że nerwy jego nie wytrzymają.
Janek stał jak przykuty do miejsca. Aniela spała spokojnie nie czując na sobie płomiennych spojrzeń mężczyzny, który wzrokiem obejmował jej ciało. Aniela przyciągała go, jak magnes, a jednokrotnie nie dopuszczała do siebie.
— Trudno, niech się dzieje wola boska — pomyślał nieśmiało. Walka, jaką staczał ze sobą, była najsilniejszą w jego życiu! I zwyciężył.
Złe myśli pierzchły, jak zmory nocny, i w sercu jogo zbudziły się szlachetne uczucia. Spoglądał też na ukochaną zupełnie innym wzrokiem. Cicho szeptały jego usta:
— Nie. Nigdy. Jestem podły, nikczemny, ale ciebie, najdroższa. nigdy nie skrzywdzę.
W tej chwili mówił szczerze, z całego serca. Spoglądał na Anielę jak na siostrę ukochaną, zachwycając się jej subtelnymi rysami twarzy.
Był zadowolony z siebie, że zdołał się opanować i potrafił tak spokojnie patrzeć na nią. Czuł się, jak nowonarodzony. Całe życie chciałby tak czuwać nad jej łóżkiem i strzec jej przed innymi mężczyznami.
Naraz rozległ się donośny kaszel z zewnątrz, a potem skrzypnięcie zamykanych drzwi.
Zimny pot wystąpił mu na czoło na myśl, że Stasiek Lipa może go przyłapać. Szybko dobył z kieszeni notes i skreślił kilka słów:
„Aniela kochana. Żyję. Kocham cię tysiąckroć goręcej, niż dawniej. Przebacz mi, ty jedna możesz ziścić najgorętsze moje marzenie, zostać uczciwym człowiekiem.

Twój Janek“.

Odruchowo, z przyzwyczajenia Janek natężył słuch i przybrał „fachową“ pozycję. Wydawało mu się, ze słyszy kroki po schodach. Czuł się gorzej, niż gdyby przyłapano go na gorącym uczynku włamania się do kasy. Szybko w sunął karteczkę pod zegarek, który leżał na stoliku nocnym. Następnie delikatnie ucałował jej jasne włosy i cicho opuścił dom.
Dozorca nocny uśmiechnął się doń porozumiewawczo, dając do poznania, że wie, u kogo był. Dwa banknoty natychmiast zamknęły mu usta. Jako dowód, iż zrozumiał, że należy trzymać język za zębami, przyłożył sobie palec do ust.
— Uciekaj pan natychmiast! Stary już nie śpi..
Dozorca nie miał potrzeby powtórzyć napomnieniu Jednym susem Janek przesadził parkan i szczęśliwy wrócił do hotelu. Świtało już. Janek rozebrał się szybko i zasnął natychmiast. Słodkie sny i marzenia o Anieli przykuły go do łóżka aż do wieczora. Gdy zbudził się, zapadał już zmierzch. Szczęśliwy wyskoczył z łóżka. Wydarzenia ostatniej nocy wryły się w jego świadomość, napawały go uczuciem niewysłowionej radości.
Miał niejasne przeczucie, że tej nocy zajdzie w jego życiu wielka zmiana. Dotychczasowe życie najeżone nie pewnością i niebezpieczeństwami, wyrobiło w nim potrzebę ryzyka. Był to swego rodzaju hazard. Zakradanie się w nocy do pokoju Anieli napawało go dziwnym uczuciem.
Zastanawiając się nad kolejami swego życia, doszedł do przekonania, że nic nie zmyje z jego sumienia występnej przeszłości. Gdy myślał o Adeli, która w międzyczasie nabrała mądrości życiowej i doświadczenia że należycie potrafi ocenić jego haniebne postępowanie wobec niej, łzy napłynęły mu do oczu. Janek płakał, jak małe dziecko, które zrozumiało, że postępowało źle. Był przekonany, że Aniela go odtrąci, nie mógł jednak zrezygnować z rozkoszy, by spojrzeć na nią jeszcze raz jeden, zapytać, co sądzi o nim. W tej chwili pragnął, by Aneta nie miała wyboru i musiała się związać z nim na zawsze. Przez mózg jego przesuwały się najbardziej fantastyczne pomysły.
Z rozważań tych wyrwało go dyskretne pukanie do drzwi.
— Proszę.
Drzwi otworzyły się na oścież. Do pokoju wtoczyła się tęga kobieta i, uśmiechając się tajemniczo, nakarminowanymi ustami, rzekła:
— Dobry wieczór panu, panie Blank, tak zdaje się, brzmi pańska godność?
Janek, niezadowolony, że nieznajoma przerwała tok jego rozważań, zapytał niezbyt delikatnym tonem, nie odpowiadając nawet na jej powitanie:
— Czym mogę pani służyć i kim pani jest?
— Niepoznaje mnie pan, panie Blank?
Przykry uśmiech wykrzywił jej grube wargi. Nie czekając, aż poprosi, rozparła się szeroko w fotelu i zapaliła papierosa.
Janek szybko zarzucił na siebie płaszcz i skłoniwszy się grzeczne, rzekł:
— Pani daruje, muszę odejść.
Przybyła uśmiechała się nadal, pokazując rząd złotych zębów. Miała na sobie mnóstwo kosztownej biżuterii: brylantowych kolczyków i pierścieni: istna wystawa jubilerska.
— Janek wiedział, że wszystkie jej brylanty są fałszywe. Kobieta ta mieszkała w tym samym, co on pensjonacie i podawała się za bogatą Amerykankę. Janek domyślał się, że jest to międzynarodowa aferzystka, która celowo demonstruje swoje brylanty. Trzymał się zdała od niej. Z jej sposobu zachowania się wynikało, że zna jego przeszłość. Janek, postanowił bronić się do ostateczności.
Janek znał dobrze tego typu arystokratyczne kobiety które można spotkać w każdym eleganckim uzdrowisku, gdzie żerują różnego rodzaju aferzystki, hochsztaplerzy. Było dlań jasne, że kobieta ta należy do tej kategorii ludzi. Aczkolwiek uchodziła tu za rodowitą Amerykankę, dowiedział się, że pochodzi z Warszawy z ul. Krochmalnej czy Smoczej.
— Nie wiem o co pani chodzi — odezwał się ostro. Bardzo dziękuję pani za towarzystwo, ale niestety, w tej chwili jestem bardzo zajęty.
— Czy mam zadzwonić na portiera, by panią wyprosił? Tu Europa, a nie Ameryka, gdzie kobiety mogą sobie pozwolić na swoje kaprysy.
Janek świadomie wspomniał o Ameryce aby przybyła przypuszczała, że rzeczywiście wierzy w jej pochodzenie. Postanowił się nie poddawać.
Nieznajoma spoglądała nań ironicznym spojrzeniem, jakgdyby bawiła się jego kosztem i zniecierpliwieniem. Nadal nie ruszała się z miejsca, jakgdyby nie zrozumiała o co chodzi.
Janek pienił się z oburzenia, wiedział jednak, że kobieta ta prowokuje go świadomie. „Zimna kokota N 2“ — pomyślał, z tą tylko różnicą, że tam ta jest piękna! młoda, a ta...
Wreszcie przybyła odezwała się:
— Jeżeli mnie pamięć nie myli, widziałam pana kiedyś.
Jankowi krew uderzyła do głowy. Miał ochotę schwycić kobietę za gardło i udusić na miejscu. Teraz, gdy zdawało mu się, że jest tak bliski szczęścia, znów przypominano mu jego ciemną przeszłość.
— Widziałam panią po raz pierwszy w pensjonacie.
— Moje oko nie myli mnie nigdy. Napewno widziałam pana dawniej.
— O, bardzo panią przepraszam, ale jednak muszę odejść.
Przybyła wstała i przyglądała mu się przez dłuższą chwilę:
— A więc pan sobie mnie nie przypomina?
— Niestety, nie.
— Wprawdzie zmieniłam się w międzyczasie, utyłam..
— Ale cóż mnie to może obchodzić — rzucił Janek.
— Hola, przyjacielu, cierpliwości.
— Skąd ten poufały ton? — udawał Janek obrażonego.
Przybyła roześmiała się.
— Proszę się nie śmiać tak głośno i nie zawracać mi głowy. Czy aby pani nie wypiła dziś za dużo..
— Nie wiem kto z nas jest pijany, ja czy pan przyjacielu kochany.
— Ja, napewno nie.
— I ja tak sądzę o sobie. Jesteśmy oboje przy zdrowych zmysłach.
— Nie wiem jednak ciągle, o co pani chodzi. Jestem w tym uzdrowisku po raz pierwszy.
— Wiem o tym.
— Co pani jest jeszcze wiadome o mnie?
— Bardzo wiele — roześmiała się przybyła.
Oboje przyglądali się sobie przez dłuższą chwilę.
Janek spoglądał w jej duże mądre oczy. Zaczynał ją sobie naprawdę przypominać. Ogarnęło go przerażenie.
— Czy może mi pani otwarcie powiedzieć, kim pani jest?
— Bardzo chętnie, ale pan mi się pierwszy przedstawi. Możliwie, że przyjęłam pana za kogo innego uśmiechnęła się ironicznie.
— Wszak pani zna moje nazwisko. Nazywam się Blank.
Przybyła wybuchnęła śmiechem.
— Nie o to nazwisko mi chodzi.
— A o jakie?
— To.. To., — m rugnęła lewym okiem.
Janek nie wątpił już teraz, że jest zdemaskowany. Postanowił jednak nie ustępować aż sobie nie przypomni, kiedy tę „twarz“ widział.
— Nie rozumiem co oznacza to mruganie okiem? Nie znam się na tym.
— Za to ja się znam na tym — odparła kobieta, mrugnąwszy okiem po raz drugi.
Janek poczuł się zaintrygowany. Odłożył płaszcz, który przez cały czas miał przerzucony na ramieniu, gotowy do wyjścia, i usiadł nawprost przybyłej.
— Pani ma piękne brylanty.
— Pan się zna na tym. Nic nie są warte.
— Czyżby?
— Tak samo, jak pan..
— Pani fest tego pewna?
— Najzupełniej.. Rozumiemy się doskonale..
To mówiąc, kobieta wstała.
— Nie będę pana dłużej zatrzymywała — rzekła — ale radzę się strzec!
— Kogo? — zerwał się Janek z miejsca.
— Wszystkiego.. Jestem życzliwą..
— Proszę ze mną mówić otwarcie — schwycił ją Janek za ręce.
— Przyszłam tu po to, by szczerze porozmawiać z Klawym Jankiem..
Janek zbladł. Nie mógł wydobyć z siebie głosu.
— Czemu się pan tak przeraził?
— Skąd pani mnie zna? Kim pani jest?
— Jestem „Lipet“. Teraz przypomina pan sobie?
— Skoro tak, — odetchnął Janek z ulgą, — jesteśmy w swoim gronie. Zna pani nasz parol? A jak się pani nazywa?
— Jestem wśród naszej braci nie mniej popularna od ciebie. Widzę, że osłabła ci pamięć. Jestem żoną Drejkopa...
— Czyż to możliwe?! Skąd się tu wzięłaś? Wszak mieszkacie w Ameryce..
— Bracie. My, mieszkamy na całym świecie.
Oboje przyglądali się sobie przez chwilę, po czym Janek wybuchnął śmiechem:
— A ja przyjąłem cię w pierwszej chwili za Amerykankę, która szuka flirtu. A to frajer ze mnie!!
— Prędko jednak zorientowałeś się, że moje brylanty są fałszywe. Powiedz mi, co tu porabiasz nad morzem?
— Sam nie wiem, skąd się tu wziąłem.
— Ale ja wiem.. Wiem, że nie jesteś już dawnym Klawym Jankiem., Gdzie twoje sumienie złodziejskie? Tak nie postępuje „blatny“. Pamiętaj, że źle skończysz...
Upłynęła dłuższa drwiła za nim Janek odpowiedział na ten zarzut.
— Właściwie, nie wiem o co ci chodzi..
Kobieta podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku. Potem zbliżyła się do Janka i rzekła cichym zmęczonym głosem:
— Czegoś się uwziął na starego Staśka Lipę. Daj mu żyć! Pozwól mu zapomnieć o przeszłości. Słyszysz!.. — zakończyła groźnym tonem. — Dość się już nacierpiał w swym życiu.
Janek poczuł się jakgdyby mu sztylet wbito w pierś. Zwiesił ciężko głowę i rzekł usprawiedliwiającym tonem:
— To nie moja wina, że spotkaliśmy się znowu. Za trzymałem się tu zupełnie przypadkowo.. Zresztą, cóż on mnie może obchodzić?
— Ale ona cię interesuje, co?
— Cóż to ciebie może obchodzić? — zapalił się Janek.
— Nawet bardzo, Janku.
— Nie będę się nikogo pytał, jak mam postępować!
— Daremny trud. Aniela już dawno zapomniała o tobie. Małoż kobiet przewinęło się w twoim życiu? Jesz cze jej ci brak do kompletu?..
— Ale cóż to ciebie obchodzi?
— Powiedziałem ci już, że bardzo wiele. Stasiek Jest moim kuzynem. Aniela jest naszym okiem w głowie. Nigdy nie zostanie żoną złodzieja. Słyszysz? Nigdy!... Aniela ma narzeczonego, który jest adwokatem.

Janek zachwiał się na nogach. Prawą ręką uchwycił się stołu, by nie upaść. Spoglądał na nią błędnym wzrokiem, jakgdyby postradał zmysły. Naraz wybuchnął nawpół idiotycznym śmiechem.
Kobietę ogarnął strach. Nie wiedziała, co począć z sobą. Janek nie zdejmował z niej oczu. Zdawało się, te za chwilę rzuci się na nią.
— Coś powiedziała, że Aniela?..
Urwał i roześmiał się ponownie. Jego twarz skrzywił dziki grymas, a oczy biegały gorączkowo po pokoju, jakgdyby szukały narzędzia. Jankowi wróciła przytomność umysłu. Spokojnie zapalił cygaro i usiadł na krześle tuż obok przybyłej.
— Już odzyskałem równowagę. Nie lękaj się mnie. Klawy Janek ma twardą skórę. Życzę Anieli dużo szczęścia z jej adwokatem. Cieszę się, że jednak wybrała sobie na męża człowieka, zbliżonego do naszego zawodu. Złodziej i adwokat są stale w kontakcie — ironizował. — Tylko o jedną bym ją prosił drobnostkę. A potem — przysięgam, nie pokażę jej się więcej na oczy.

Oboje milczeli przez chwilę. Kobieta spojrzała ze współczuciem na Janka i zapytała.
— Powiedz, o co ci chodzi... Postaram się wpłynąć, by uczyniła zadość twej prośbie, jesteś wszak naszym człowiekiem.
Janek z wdzięcznością pocałował ją w rękę.
— Pragnę ją zobaczyć po raz ostatni, w życiu — wyrzucił z siebie jednym tchem.
— Widziałeś ją tej nocy.
— Wiesz o tym? — zawołał Janek zdumiony. Jesteś genialnym detektywem — uśmiechnął się posępnie.
— Dziękuje za komplement — obraziła się.
— To nie komplement. Jesteś doskonale poinformowana.
— Wiem też o twoim liście. Aniela podarła go na drobne kawałki i podeptała nogami.
— Kłamiesz! Kłamiesz! zerwał się Janek z miejsca i uczynił ruch, jakgdyby ją chciał schwycić za gardło. Kobieta nie ruszyła się z miejsca. Spoglądała na niego dumnie, jak na tchórza, którego nie ma powodu się obawiać. Jej spokój przywrócił mu przytomność umysłu.
— Jest mi bardzo ile... lak nigdy w życiu — wybuchnął i zasłonił sobie twarz rękoma, jakgdyby się wstydził własnej słabości.
— Uspokoi się, Janku — szepnęła kobieta.
Janek spojrzał na nią zdziwiony.
— Musisz się wyrzec Anieli — szeptała. Ona nie chce cię znać. Szkoda zachodu. Stary Lipa raczej cię zamorduje i będzie gnił na stare lata w więzieniu, niżby ci miał oddać córkę za żonę.

Janek milczał. W mózgu jego krzyżowały się rozmaite myśli. Kobieta ciągnęła dalej.
— Jestem poinformowana o twoich wizytach w willi Lipy. Radzę ci się więcej tam nie pokazywać.
— Bedę czynił, co uważam za słuszne — buntował się znów Janek. Nikt na świecie nie będzie w stanie oderwać mnie od niej. Los mnie tu sprowadził. O na musi być moją!
— A co na to powie policja?
— Niech robi, co chce. Mnie już jest wszystko jedno.
— Jak możesz twierdzić, że kochasz Anielę, kiedy zaraz pierwszego dnia po jej wyjeździe z Polski, miałeś już kochankę?
— Kochanek miałem wiele — zawołał Janek, — ale serce moje nie należało do żadnej z nich. Ją jedną tylko kocham.
Janek biegał po pokoju, niby zwierzę zamknięte w klatce. Oczy mu błyszczały, jak u wściekłego kota.
— Czy pani ma tu zamiar jeszcze długo siedzieć? — zapytał zatrzymując się przed nią.
— To zależy od ciebie.
— Skoro tak, mogła się pani wcale nie fatygować — wyrzucił z siebie Janek, wskazując jej palcem drzwi.
— Dobranoc! — dodał.
— Dowidzenia! — uśmiechnęła się kobieta.
Kobieta zmierzyła go od stóp do głowy trzymając jedną rękę na klamce.
— Na co pani jeszcze czeka?
— Mam ci jeszcze coś do powiedzenia.
Kobieta puściła klamkę i usiadła z powrotem na krześle. Janek nie nie rozumiał..
— Janku! — odezwała się kobieta. — Czy naprawdę kochasz Anielę?
— Czy pani w to wątpi? życie gotów byłbym oddać za nią.
— A gotów byłbyś zerwać raz na zawsze ze światem przestępczym?
— Tak postanowiłem raz na zawsze zerwać z przeszłością.
— I wierzysz, że będziesz mógł się opanować?
— Tak. Ostatnia noc dowiodła, że mam żelazną wolę.
— Wiem o tym.
— Co pani wie? — schwycił ją Janek za rękę. Pani zachowanie wydaje mi się dziwnym.
— Nie przerywaj. Odpowiadaj na pytanie. Powiedz czy masz wiele dawnych grzechów za które policja cię ściga?
— Sporo. Ale poco pani pyta o to? — denerwował się Janek.
— Cierpliwości. Czy jesteś zupełnie zdrów?.
— Jak ryba.
— W takim razie Aniela będzie twoją.
Janek zerwał się z miejsca.
— Pani nie żartuje?!., Aniela będzie moją?! — Podejmuje się umożliwić wam spotkanie. Resztę pozostawiam tobie.
Janek był nieprzytomny ze szczęścia.
— Dlaczego mi pani tego odrazu nie powiedziała? Jakże jestem wdzięczny pani!
— Uspokój się. Mamy jeszcze ciężki orzech do zgryzienia. Stary Lipa za nic nie zgodzi się pojąć ciebie za zięcia. On szuka dla swej córki lekarza, adwokata, lub inżyniera; ona jednak słyszeć nawet nie chce o tym.

— Kocha mnie jeszcze?
— Kocha cię goręcej, niż dawniej, aczkolwiek nie wspomina o tym wcale, jestem z nią zaprzyjaźniona; opowiada mi o wszystkim.
— Ułatwię wam spotkanie. Stary nie może jednak wiedzieć o tym. Jego trzeba postawić przed faktem dokonanym. Rozumiesz?
— Tak. — Ale czy Aniela zgodzi się na to?
— Nie bądź frajerem, już ja to wszystko załatwię, ale pod jednym warunkiem.
— Mianowicie? Zapytał Janek nieufnie.
— Żebyś nie zakradał się przez parkan. Tej nocy nie wiele brakło, by Lipa cię schwytał.
— Jak ty jesteś dobrze poinformowana o wszystkim! — zawołał Janek oszołomiony.
— Jesteś pierwszorzędnym detektywem.
— Wiem o tym. Wolę jednak zostać „blatną“. Pamiętaj, Aniela nie wie o tym, że należę do świata podziemi.
— Dobrze. Ale umieram z tęsknoty porozmawiania 2 nią. Jak będę mógł się z nią zobaczyć?
— Polegaj na mnie. Każdej niedzieli wyjeżdżam z nią na spacer. Będziesz czekał tam, gdzie ci wskażę.
— Dziś mamy zaledwie wtorek. To ponad moje siły czekać aż do niedzieli:
— Inaczej być nie może. Musisz mnie usłuchać. Sam widzisz, że chcę cię z nią zetknąć. Chociaż, mówiąc między nami, nie jesteś jej wart.
— Zobaczy pani, jak jej będzie dobrze ze mną. Zrobię wszystko, by uczynić ją szczęśliwą.
— A wiec do niedzieli rzuciła kobieta na pożegnanie i opuściła pokój Janka.
Gdy kobieta wyszła, Janek udał się do restauracji na kolację. Jadł i pił z wielkim apetytem. W pewnej chwili wzrok jego zatrzymał się na urodziwej blondynce, która mijała jego stolik. Jej klasycznie piękne nóżki obciągnięte w cieniutkie jedwabne pończoszki, budziły w nim niepokój. Miał już ochotę bliżej zainteresować się blondynką. Ale przypomniał sobie Anielę i.. zrezygnował z zamiaru. Pełen radości i nadziei bliskiego zetknie da się z Anielą, udał się do pokoju na spoczynek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.