Gdyby nie kobiety/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Gdyby nie kobiety
Podtytuł Powieść sensacyjna
Data wydania 1938
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Fruchtmana
Druk Zakł. Graf. „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ V

Tej nocy, gdy Janek był w pokoju Anieli, młoda dziewczyna spała smaczniej i twardszym snem niż zazwyczaj. Ukołysana słodkim snem, nie słyszała, jak Janek się zakradł, a potem opuścił jej pokój. Zbudziła się wcześniej, niż zwykle. Gdy Stasiek Lipa wszedł do jej pokoju, by złożyć ojcowski pocałunek na jej czole, była już dawno ubrana.
Staśka zaintrygował ten fakt. Ale, gdy Aniela zn rzuciła mu ramiona na szyję, i oświadczyła, że spała dobrze uspokoił się i udał się na swój codzienny spacer po willi, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Aniela umyślnie przybrała wesoły wyraz twarzy by nie martwić ojca. W istocie była bardzo przygnębiona. Bilecik, który fanek zostawił na stoliku, obudził w niej na nowo uśpione uczucia. Rozpierała ją gorąca miłość do tego człowieka. Trawił ją głód zmysłów. Natura dopominała się o swe prawa. Kilka martwych słów na skrawku papieru przypominały jej setki wydarzeń, faktów z przeszłości, których napróżno pragnęła zapomnieć.
Jedyną jej przyjaciółką była starsza od niej znacznie kuzynka, ta sama, która odwiedziła Janka. Anieli nie przyszło nawet na myśl że krewna ta ma za sobą bogatą przeszłość kryminalną. Zwierzała się jej ze wszystkiego. Opowiadała jej o swej miłości do Janka, którego mimo wysiłków nie może wyrwać ze swego serca. Wówczas kuzynka Anieli postanowiła na własną rękę rozpocząć kroki, celem zbliżenia do siebie Anieli i Janka.
Gdy Aniela przeczytała list Janka nie posiadała się ze szczęścia. Wierzyła, że uda się jej nawrócić go na uczciwą drogę i że będą ze sobą szczęśliwi. Była więcej niż pewna, że i on rwie się do niej całą duszą. Czuła że bliska jest chwila, gdy los ich połączy na zawsze. Chciała go odszukać i wyznać swą miłość, tylko troska o starego ojca powstrzymywała ją od tego. Cierpiała i milczała. Miłość do starego ojca przemogła, w niej uczucie do ukochanego. Musiała jednak wylać przed kimś swój ból. Powiernicą uczyniła swą kuzynkę, nie przypuszczała wcale że ta kobieta pomoże jej urzeczywistnić piękny sen o Janku.
Następnej nocy w żaden sposób nie mogła zasnąć. Myśl, że i tej nocy może się zjawić spędzał jej sen z oczu. Gdy zasnęła już świtało Janek nie zjawił się tej nocy. Przez cały dzień chodziła, jak struta. Stasiek Lipa zauważył zmianę w jej usposobieniu i zaniepokoił się bardzo. Aniela zapewniała go, że nic jej nie jest stary ojciec postanowił jednak zbadać sprawcę i ustalić przyczyny nagłej zmiany nastroju córki.
Następnej nocy Aniela udała się na spoczynek wcześniej, niż zwykle. Gdy ojciec pocałował ją w głowę na dobranoc, Aniela udawała że śpi. Stasiek wrócił do pokoju ufny że noc minie spokojnie.
Gdy tylko została sama Aniela, szybko wyskoczyła z łóżka i wpiła wzrok w fotografię fanka, którą w tajemnicy przed ojcem miała zawsze przy sobie. Tęskniła za Jankiem. Tuliła jego fotografię do piersi, jak żywą istotę. Nasłuchiwała. Przeczuwała, że tej nocy stanie się cud. Przejmował ją dziwny strach. Zapaliła lampkę na nocnej szafce chcąc zmusić siebie doczytania. Napróżno litery skakały jej przed oczyma. Odłożyła książkę i na kryła się kołdrą po głowę. Nie mogła jednak zasnąć. Myśli, ciężkie jak ołów nie dawały jej spokoju. Wszystkie dotychczasowe noce bezsenne były niczym wobec tego, co przeżywała teraz. Była gotowa na wszystko.
Aniela była uświadomioną niewiastą. Nie chciała jednak, by jej miłość do Janka ograniczała się tylko do fizycznego zbliżenia dwojga ludzi. Swą miłością chciała go oczyścić, wyrwać z występnego świata podziemi.
Wreszcie znużona i wyczerpana Aniela usnęła. Dręczyły ją fantastyczne niezdrowe sny.
Poprzez cienkie firanki na oknach zaglądał księżyc. Oświetlił gałęzie drzew i smukłą sylwetkę mężczyzny, który wdrapywał się przez parkan. Przez chwilę przyczaił się pod parkanem, potem na czworakach czołgał się w kierunku domu. Z głębi ogrodu dały się słyszeć ciężkie kroki dozorcy. Tym razem Janek wolał się z nim nie spotkać. Kroki umilkły.
Janek leżał jeszcze przez chwilę na ziemi, po czym cichutko zaczął się skradać pod okno Anieli. Był już blisko schodów, które prowadziły do jej pokoju. W tej chwili świsnęło coś w powietrzu i jakiś wilgotny przedmiot dotknął jego twarzy. Janek upadł na ziemię. Przeraził się, jak nigdy w życiu mimo iż obfitowało ono w najfantastyczniejsze wydarzenia. Gdy wstał przekonał się że strachu nabawiła go jakaś mokra szmata, którą wiatr zrzucił na ziemię, śmiał się w duchu z tego wydarzenia.
Powoli i ostrożnie wspinał się po schodach, przechodząc po dwa stopnie odrazu. Przy żadnej z robót których wykonał w życiu mnóstwo nie zachował tyle ostrożności, co tym razem. Przez dziurkę od klucza zauważył słabe światełko w jej pokoju. Delikatnie zabrał się do majstrowania u drzwi. Z wielkiego zdenerwowania nie mógł sobie poradzić z zamkiem. Zimny pot wystąpił mu na myśl, że będzie musiał zrezygnować z swego przedsięwzięcia. Zabrał się z pasją do roboty. Nie zważał na hałas, jaki powodował. Było mu już wszystko jedno. Postanowił nie rezygnować za żadną cenę. Zaczął zastanawiać nad innym sposobem dostania się do pokoju Anieli.
Po ostatniej rozmowie z kuzynką Anieli, czuł się pewniejszy siebie. Próbował nawet zapukać do drzwi. Aniela nie słyszała. Bał się pukać głośniej, by nie zbudzić jej ojca. jak kot zeskoczył ze schodów i przez chwilę obserwował okno okiem fachowca. Był wszak specjalistą w zakradaniu s;ę do cudzych mieszkań I tym razem znalazł sposób. Schodami dostał się na strych, skąd przez małe okienko dostał się na balkon, tam prowadziły drzwi do pokoju Anieli.
Znów nasycał swój wzrok widokiem Anieli. Pożerała go żądza, spalała mózg. Głos wewnętrzny wołał:
— Weź ją. Czeka na ciebie. Śni o tobie.
Janek czuł, że traci panowanie nad sobą. Napróżno usiłował uciec. Twarz jego wykrzywił zmysłowy grymas. Schylił się nad Anielą. W tej chwili skrzyżowały się ich spojrzenia. Z piersi ich jednocześnie wydarł się okrzyk:
— Janku!
— Anielo!
Porwał ja w swe ramiona. Janek wpił się ustami w jej wargi. Nie broniła się.
A za oknem dał wiatr morski, jakgdyby chciał opowiedzieć o wszystkim co zaszło. Oboje roześmieli się szczęśliwi. Zmysły zwyciężyły moralność. W pewnej chwili Janek zauważył zmianę w usposobieniu Anieli.
— Czemuś tak spoważniała najdroższa?
— Przypomniałam sobie ojca.
Janek porwał ją w ramiona.
— Co będzie dalej? — uwolniła się Aniela z jego uścisku.
— Co ma być — odparł uszczęśliwiony Janek. — Pobierzemy się. Założymy ognisko domowe. Będziemy mieli dzieci..
— To wszystko filozofia, mój kochany.. Musimy się poważnie zastanowić nad naszą przyszłością.
— Nie dbam o przeszłość, ani o przyszłość. Jesteś dla mnie wszystkim. Powiedz, kochasz mnie?
— Potym co zaszło między nami, czyż możesz wątpić w moją miłość? Czułam, że przyjdziesz.
— Tęskniłaś za mną?
Aniela w milczeniu zarzuciła mu ramiona na szyję.
— Najdroższa, będziesz wiecznie moją. Słyszysz? Wiecznie!!!
— To zależy od ciebie, kochanie.
— Uczynię wszystko, co w mej mocy, by dać ci szczęście.
— Wszystko?
— Kochanie, czyż wątpisz w mą miłość do ciebie? Odtąd nie umiałbym żyć chwili bez twych oczu. Rozkaż, a uczynię wszystko. Jak pies będę leżał wiernie u stóp, posłuszny każdemu twemu życzeniu.
Wierzę ci najdroższy. Dziś jeszcze musimy stąd uciec. Po tym, co zaszło między nami, nie śmiem po kazać się memu ojcu na oczy.

Aniela przesłoniła sobie twarz. Janek próbował ją pocieszyć, ale łzy, które spływały po jej twarzy, onieśmielały go, nie mógł wydobyć z siebie słowa. Obawiał się, czy Aniela nie żałuje już tego, co zaszło między nimi.. Znał gorycz uczucia, jakie opanowuje człowieka po dokonanej zbrodni. Postanowił się z nią rozmówić.
— Anielko!. Skarbie mój!. Żoneczko najdroższa!. Nie płacz! Przekonasz się, że nigdy nie pożałujesz tego, żeś ofiarowała mi swe serce żeś oddała w me ręce swój los.
— O nie, Janeczku, nie boję się o siebie — odparła Aniela, — płacze nad tobą.
— Nade mną? Nie rozumiem ciebie.
— Tak najdroższy obawiam się teraz więcej o ciebie, niż o siebie. Serce mi mówi, że nie długo będzie my cieszyli się sobą.
— Głupstwa.
— O, mój złoty, nie mów tak. Mam ku temu po wody. Czeka nas nieszczęście.
— Poco mamy mówić o nieszczęściu, kiedy jesteś my tak szczęśliwi? — zaczął się Janek denerwować. — Należymy do siebie i nic nie jest w stanie zakłócić naszej radości. Nie myśl o niczym, pozostaw to mnie.
— Janeczku, kochany, — wybuchła Aniela płaczem. — Twoje szczęście może się lada moment zamienić w nieszczęście. Musimy czym prędzej opuścić to uzdrowisko. Inaczej będziemy zgubieni.
Janek zastanowił się na chwilę, poczym rzekł:
— Sadzisz, że policja jest na moim tropie.
— Jestem tego pewna. Ale co ciebie naprowadziło na tę myśl?
— Domyślam się. Była u mnie pewna kobieta...
— Czy Róża była u ciebie? — zawołała Aniela.
— Tak. Opowiadała mi wiele. Między innymi wspomniała o policji.
Aniela sposępniała. Łzy napłynęły jej do oczu.
— Kobieta ta przechwalała się, żeś się zwierzył przed nią ze swej miłości do mnie.
— Istotnie. Ona jedna mnie tutaj rozumiała. Tylko... dziwnie niemam do niej zaufania... Powiedz Janku, czy kobieta ta nie należy do waszego świata?
Janek milczał.
— Nie odpowiadasz?
— Nie wiem... Zresztą, ona jest twoją krewną.. Przyrzekła skomunikować mnie z tobą — Tylko kazała mi czekać do niedzieli.
— A tyś nie wytrzymał?
— Gdybym wiedział, żeś mi wypaczyła dawna bym już był przy tobie...
— Ale wróćmy do sprawy — przerwała mu Aniela. Grozi ci niebezpieczeństwo i musisz stąd uciekać!
— Razem z tobą gotów jestem każdej chwili to uczynić.
— I ja nie myślę inaczej, żal mi tylko mego starego ojca. Wszak nie mogę uciec od niego, nie powiedziawszy mu ani słowa.
— Co masz zamiar uczynić?
— Wyznam mu prawdę.
— Co!... — zerwał się Janek z miejsca — Żebyś się nie ważyła tego uczynić.
Aniela nie spodziewała się podobnej reakcji z jego strony. Wyprostowała się dumnie.
— Chcesz bym już odczuła twoją brutalność? — zawołała wyniośle.
— Wybacz kochana — tłumaczył się Janek. — Twój ojciec nie wybaczy mi tego nigdy, że wbrew jego woli zostałem twoim mężem.
— Będzie musiał się z tym pogodzić. Inaczej być nie może. Powiem mu wszystko.
— Błagam cię, Anielko, nie czyń tego. Nie znasz zwyczajów i zasad, jakie obowiązują w naszym świecie. Mnie jako Klawemu Jankowi, nie wolno było pokochać ciebie. Jesteś córką złodzieja. To, czego dopuściłem się tej nocy wobec twego ojca, uważane jest w naszym świecie za największą zbrodnię. On zastrzeli nas oboje, jestem tego pewny.
Ojciec kocha mnie i na pewno mi przebaczy. Gdy tylko wstanie, opowiem mu co zaszło. Wyjedziemy stąd we troje.
Janek zrozumiał, że na nic się nie zdadzą wszelkie jego argumenty. Aniela nie ucieknie z nim bez wiedzy ojca. Spróbował jednak wytłumaczyć jej raz jeszcze, że ściągnie na nich nieszczęście.
— Nie znasz moralności świata podziemi. Nasz kodeks przewiduje najsurowszą kare dla „blatnego“, który oszukał swego towarzysza. Nadużywając twego zaufania, oszukałem twego ojca. Nie zasłużyłem na two ją miłość. My, mężczyźni, nie potrafimy kochać platonicznie.. Przebacz, że nie czekałem na ciebie, jak ty na mnie.
— Nie mów o tym — przyłożyła mu Aniela palec do ust.
— Ale twój ojciec nie będzie tak wyrozumiały...
— Ojciec mój wie że kocham ciebie. Wróć do swego hotelu, ubierz się elegancko i według wszelkich zasad etykiety, poproś ojca o moja rękę.
— Wszystko najdroższa, tylko nie to. Znam Staśka Lipę lepiej od ciebie, aczkolwiek jesteś jego córką. Nigdy nie zgodzi się na nasz ślub. Musimy stąd uciekać.
— Jeżeli będzie się upierał, opowiem mu wszystko, co zaszło tej nocy.
— Oszalałaś!? Człowiek ten, doprowadzony do pasji, zdolny jest do popełnienia największej zbrodni.

— Niech się dzieje co chce. Idź! Zaczyna już świtać. Ojciec wnet się obudzi. Nie chcę, by cię tu spotkał.
— Nie ruszę się stąd bez ciebie.
— Mówisz, jak dziecko.
— Nie, jak dorosły mężczyzna. Wyjedziemy i zawiadomimy go o naszym ślubie. Najlepiej jest postawić go wobec faktu dokonanego. Znam to z doświadczenia..
— Możliwie ale ja nie ucieknę. Muszę przekonać mego ojca, że inaczej nie może być.. Idź, proszę cię. Już dnieje.
— Nie pójdę! — upierał się Janek przy swoim.
Aniela spojrzała nart smutnym wzrokiem. Janek rzucił się jej do stóp.
— Pozwól mi zostać przy tobie — błagał — Nie umiem teraz być bez ciebie ani chwili. Kocham cię, Anielo..
Aniela spojrzała nań karcącym wzrokiem, ale Janek ucałował serdecznie jej dłoń i ciągnął dalej:
— Nie gniewaj się na mnie, kochanie. Mam dziwne przeczucie... Wydaje mi się, że za progiem twego domu czeka na mnie niebezpieczeństwo... Teraz, gdy odzyskałem ciebie, miłość jest mi szczególnie droga... Nie chcę gnić za kratami... Zdała od ciebie...
W oczach jego błysnęły łzy. Serce Anieli ścisnął ból. Opanowała się jednak i rzekła:
— Jesteś przeczulony, Janku. Pocałuj mnie teraz i idź, a gdy przyjdziesz wieczorem będziemy już godowi do podróży. Ojciec udzieli nam swego błogosławieństwa i odtąd nie rozstaniemy się już nigdy. Słyszysz? Nigdy!
— Nigdy! — powtórzył za nią Janek, a jednocześnie doznał uczucia, jakgdyby zamknęły się za nim wrota więzienne. Wydało mu się nawet, że słyszy podejrzany szmer pod oknem. Natężył słuch, ale Aniela roześmiała się beztrosko:
— Przesadzasz, kochany... To tylko nerwy... Proszę cię, idź prędzej... Ojciec wnet się zbudzi.
Janek stał jeszcze wciąż niezdecydowany.
— No idź już, Janku, idź! Spełń o co cię proszę, jeżeli mnie bodaj trochę kochasz...
Janek uczynił krok w kierunku drzwi.
— Nie żegnasz się ze mną?
— Ach, tak! — cofnął się Janek i porwał Anielę w ramiona.
W tej chwili rozległy się kroki na dole. Ktoś wspinał się po schodach. Suchy kaszel przerwał ciszę. Aniela zbladła jak chusta, a na twarzy jej odmalowało się tyle cierpienia, że Janek zapomniał o grożącym mu niebezpieczeństwie i odezwał się do Anieli:
— Nie bój się najdroższa! Obronię cię!
— Uciekaj! Uciekaj — ledwie wyszeptała. — Ojciec idzie... Zabije nas...
Janek był w duszy zadowolony z czekającej go przeprawy. Postanowił wyjaśnić sytuację, raz na zawsze.
Aniela ukryła się pod kołdrą. Nie chciała być świadkiem spotkania Janka z ojcem. Gdy jednak rozległo się pukanie do drzwi, wybiegła z łóżka i, otwierając drzwi szafy, zawołała:
— Ukryj się tam! — błagała. — Uczyń to dla mnie!
— Nie, muszę się z nim rozmówić! — obstawał Janek przy swoim. Przekręcił klucz w zamku.
Na progu stanął Stasiek Lipa.

W pokoju zapanowała śmiertelna cisza. Aniela nie śmiała podnieść oczu na ojca. Obaj mężczyźni zmierzyli się nienawistnymi spojrzeniami. Pierwszy zerwał się z miejsca Stasiek Lipa. Był siny, oczy wyłaziły mu z orbit. Żyły na skroniach napięły się, jak struny.. Powolnym krokiem zbliżał się do córki. Otworzył usta, by rzucić na nią słowa potępienia, ale w tejże chwili złapał się obiema rękami za klatkę piersiową i runął, jak długi u stóp córki.
— Ojcze!... — zawołała Aniela i schyliła się nad starcem.
Na myśl, że Klawy Janek może być jego zięciem lub że Aniela może oddała mu się, Stasiek Lipa stracił panowanie nad sobą.
Stasiek Lipa odnosił wrażenie jakby naraz cały świat zapadł się a wszyscy ludzie poginęli — i tylko on, jeden pozostał przy życiu, by spojrzeć ogromnej katastrofie w oczy. To, czego instynktownie przez całe życie się obawiał, nastąpiło... Życie utraciło dlań wszelką wartość.
Gdy spojrzał na Anielę, opuściła głowę. Wydawało mu się, że nie jego córka znajduje się w pokoju, nie jego dziecko, które ubóstwiał. To obcy człowiek, obca kobieta.
— Gratuluję!.. — naraz zawołał Stasiek Lipa. — Winszuję!.. — przekłuwał Anielę ironią. A słowa ojcowskie wrzynały się teraz w serce córki z większym bólem, niżby zatapiał w niej ostrze noża.
Janek stanął między ojcem a córką.
— Postawiłeś na swoim? Co? Ty, parszywy psie.
Janek nie odpowiadał. Tylko Aniela wystała, by zbliżyć się do ojca.
— Nie on postawił na swoim ojcze — rzekła. — Żadna siła nie jest w stanie nas rozłączyć. Kocham go!
— Cha-cha-cha — wybuchnął nieswoim śmiechem Stasiek Lipa. — Coś powiedziała? Żadna moc was nie rozłączy?
— Ojcze, nie śmiej się. Należymy do siebie. Jesteśmy już jak mąż i żona..
Ale Stasiek Lipa wybuchnął jeszcze silniejszym śmiechem. Młodzi ludzie jednocześnie pomyśleli, czy Stasiek Lipa nie postradał zmysłów.
— Czy mógłbym z tobą porozmawiać? — spytał Janek Staśka Lipę.
— Ty ze mną.. Nie, nie! Nie chce cię znać!.. Porozmawiaj z moją córką.. Mnie zostaw w spokoju. Moim przyjacielem już nigdy nie będziesz.
— Dlaczego? Czy ci nie wypada?
Stasiek Lipa udawał, że nie słyszy i zbliżył się do córki z zaciśniętymi pięściami.
— Tak tyś się odwdzięczyła?.. Bardzo pięknie z twojej strony.. Miałaś rację. Wszak jestem tylko złodziejem... Ojcu-złodziejowi wszystko wypada. Nawet córka.
Nie dokończył. Aniela wybuchnęła płaczem.
— Nie mogłam inaczej.. Wyklnij mnie. Bij mnie. Rób co chcesz, tylko nie lżyj.
— W tej chwili masz stąd wyjść! — krzyknął Stasiek Lipa do Klawego Janka, wskazując mu jednocześnie drzwi.
— Nie ruszę się stąd, póki nie rozmówimy się. Musisz mnie wysłuchać.
— Ze mną już nigdy rozmawiać nie będziesz. Twoim ciętym językiem zdołałeś, coprawda, uprowadzić moją córkę, ale ze mną nic nie wskórasz.
— Rozmyślisz się.
— Mylisz się.
Stasiek Lipa utkwił w Janku groźne spojrzenie.
— Zapłacisz mi za wszystko. Zemszczę się na tobie za wszystko. Nie sądź, że już jestem bezbronny i stary, że można ze mną robić wszystko, czego się tylko zachciewa... Popamiętasz mnie ty łobuzie..

— Pamiętam, pamiętam... — ironizował Klawy Janek.
— Najlepszy dowód, że pamiętałem dotychczas o tobie, bo odszukam cię... Ale wiedz, że Aniela należy do mnie na zawsze, na wieki.
Krew nabiegła Staśkowi Lipie do oczu.
— Stu! pysk!.. Bezwstydny! Ale zapłacisz mi za wszystko.
— Kto się ciebie lęka?

Stasiek Lipa silnym pchnięciem ręki otworzył drzwi i z pośpiechem wybiegł z pokoju. Aniela, przerażona postępowaniem ojca, chwyciła Janka za rękę i za wołała:
— Musimy już stąd uciec. Stary może jeszcze po pełnić głupstwo. Postradał chyba zmysły. Strach mnie ogarnia na myśl, że mogłabym przy nim pozostać.
— Nie lękaj się. Twój Janek strzeże cię.
— Dlaczego tak się uparłeś i nie chciałeś stąd odejść — czyniła mu teraz Aniela wyrzuty. — Co teraz będzie? Przeczucie mówi mi, że tu wnet stanie się rzecz straszliwa. Strach targa mną. Co teraz będzie?
— Co ma być? Ojciec twój musi się trochę denerwować, oburzać, ale wnet pogodzi się z losem... Nie uważam go za tak głupiego, by nie zdawał sobie sprawy z tego, że już nic nie poradzi na to, co zaszło...
— Jesteś w błędzie. Nie znasz mego ojca.
— Możliwe, ale nie ma powodu do strachu.
W tej chwili drzwi otworzyły się i na progu stanął Stasiek Lipa, który robił okropne wrażenie. W jednym ręku trzymał rewolwer, wycelowany w Janka, a w drugim ręku sztylet. Aniela nie wierzyła własnym oczom. Oniemiała z przerażenia.
— Bądź gotów do wyprawy na tamten świat! — zawołał groźnie Stasiek Lipa do Janka.
Janek spoglądał nań z uśmiechem, chociaż w głowie błysnęła mu myśl:
— Wszystko skończone..
Nie wątpił, że ten zacięty, stary przestępca spełni teraz swoją groźbę. Instynkt samozachowawczy podyktował Jankowi myśl nawiązania z Lipą rozmowy:
— Zastanów się, Staśku! Zastanów się nad tym, co chcesz uczynić! Wszak wiesz, że śmierci się nie lękam. Ale miej przynajmniej litość nad swoim dzieckiem. Z ciebie wielki egoista.
— Nie większy od ciebie. Musisz umrzeć!
Janek przekonawszy się, że nie ma nic do stracenia. nagłym skokiem dopadł Staśka. Wywiązała się za dęta walka na śmierć i życie. Naraz padł strzał. Janek runął na podłogę, ciągnąc za klapy Staśka Lipę...

Drzwi raptownie otworzyły się. Dwaj cywile z wyciągniętymi rewolwerami w reku otoczyli ich.
— Ręce do góry! — padł rozkaz.
Wielki pies policyjny szczekał groźnie, jakby ostrzegał, że lepiej jest od razu ustąpić wobec władzy...
Wypadki nastąpiły po sobie w tak błyskawicznym tempie, że nie mogło nawet być mowy o stawianiu o poru. W kilkanaście sekund później Stasiek Lipa był już skuty w kajdanki. Anielę wyniesiono do auta policyjnego nawpół żywą i omdlałą. Janka z krwawiącą raną także umieszczono w aucie.
Miejscowi dwaj policjanci, którzy towarzyszyli dwum cywilom, chcieli zaalarmować pogotowie ratunkowe by spieszyć Jankowi z pomocą lekarską. Ale obaj cywile, którymi byli komisarz Szczupak i starszy przodownik Andrzejczak, nie godzili się na żadne „pauzy“.
— Diabli go nie wezmą — rzekł komisarz. — W komisariacie już zrobimy, co trzeba będzie. Janek jeszcze nie kona...
Gra była skończona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.