Gdyby nie kobiety/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Gdyby nie kobiety
Podtytuł Powieść sensacyjna
Data wydania 1938
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Fruchtmana
Druk Zakł. Graf. „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Następnego dnia Szczupak i Andrzejczak odtransportowali całą szajkę do granicy, gdzie ją oczekiwała „służba honorowa“ w postaci oddziału policji umundurowanej i cywilnej w liczbie kilkunastu osób.
Jak się wnet okazało, rana postrzałowa w plecy, którą otrzymał Janek, była lekka. Życiu jego nie zagrażało niebezpieczeństwo. Stasiek Lipa był zrezygnowany. Nie udzielał odpowiedzi na stawiane mu w śledztwie pytania. Policja nie mogła się tymczasem połapać, że dostała w swoje ręce słynnego przestępcę Staśka Lipę. Na miejscu strzału policja wystawiła aresztowanemu Lipie, który tam figurował pod innym nazwiskiem, jak najlepsze świadectwo. Wszystko miało się wyjaśnić w Warszawie.
Aniela była tak wstrząśnięta i złamana, że nie zdawała sobie sprawy z dalszego biegu wypadków. Nie rozumiała, dokąd ich prowadzą. Z bólem rozmyślała o starym ojcu, którego stan był godny pożałowania. Wyrzuty sumienia, które ją teraz trawiły, iż sama przyczyniła się do zaprowadzenia ojca na stare lata do więzienia, doprowadzały ją do szału.
Zaraz po sprowadzeniu całej szafki, osadzono ją w więzieniu. Staśka Lipę umieszczono w osobnej celi. Jego tożsamości Szczupakowi nie udało się ustalić. Ale Szczupak nie wątpił, że wpadła mu w ręce gruba ryba, conajmniej drugi Kryger.

Straż, która czuwała nad Jankiem była niezwykle ostra. W dzień i w nocy pode drzwiami jego celi czuwał strażnik. Również pod oknem jego celi czuwał drugi strażnik. Władze więzienne dobrze jeszcze miały w pamięci jego ryzykowną ucieczkę, która narobiła w całym świecie taką wrzawę, budząc powszechną sensację.
Anielę przydzielono do ogólnej celi, w której było kilka prostytutek i zawodowych złodziejek. Na szczęście w tej celi przebywała złodziejka, która wiedziała kim jest Aniela. Dbała ona o to, by Aniele nie skrzywdzono. Przeciwnie, traktowano ją jak „swoją“. Ale Aniela była obojętna na otoczenie w celi więziennej, które stanowiło dla niej obcy świat. Dniami i nocami zalewała się łzami. Uważała siebie za winowajczynię wszystkich wypadków. Więcej myślała o starym ojcu, niż o sobie. O Janku nie mogła wspominać, gdyż na sama myśl o nim traciła zmysły. Uważała go już za zupełnie straconego.
— Co będzie ze starym ojcem? Całe życie cierpiał, a teraz na stare lata, będzie gnił w więzieniu? Ach, jakam nieszczęśliwa!..
Rozumiała, że musi przemilczeć sprawę Janka. Aresztantki już zdążyły wyśmiać Anielę, gdy opowiedział im o miłości do Janka, jedna z nich nawet próbowała Anielę w ten sposób pocieszać:
— Nie bądź frajerką. Nie będzie Janek, to będzie Franek. Nie ma powodu do zmartwień. Z tak pięknym „cyferblatem“ znajdziesz tysiące mężczyzn na jego miejsce. Gdybym ja była tak piękna jak ty, oho, już poradziłabym sobie. Nie jeden mężczyzna leżałby pod moim obcasem. Polegaj na mnie. Przezywają mnie „Czerwoną Hanką“. I wiem, co mówię. Oho, ja to wiem wszystko..
Aniela miała wiele do zawdzięczenia znajomym ojca, nie mając nawet o tym pojęcia. Gdyby nie ten wzgląd, padłaby ofiarą demoralizacji i występnej miłości więziennej.. Uszanowano jej godność. Dano jej pod tym względem spokój. Przeciwnie, starano się wpływać na Aniele uspokajająco:
— Nie rozpaczaj — tłumaczono Anieli. — Więzienie jest dla ludzi zbudowane. Ludzie tu przychodzą, ale ludzie także stąd wychodzą. Nie ma wieczności na ziemi. Tu ludzie są podobni do podróżnych w hotelu. I dlatego nie trzeba ani płakać, ani rozpaczać. Wszak jesteś córka blatnego. Okrywasz hańbą ród złodziejski swoim tchórzostwem. Nieładnie. Twój ojciec jest taki odważny, a ty zdradzasz więcej strachu od przeciętnej frajerki. W twoich żyłach płynie przecież „krew złodziejska“. Ludzie „naszego pokroju“ nie mogą się niczego obawiać.
Skutek tych pouczeń był wręcz odmienny. Aniela jeszcze więcej popłakiwała. To co u aresztantek uchodziło za punkt honoru, zasadę, szczyt moralność złodziejskiej, napawało Anielę strachem, odrazą i pogardą do samej siebie, że los mógł ją sprzęgnąć z takim otoczeniem. Aniela i wspomniane aresztantki stanowiły dwa odrębne światy. Nie rozumiały siebie.
Pierwsze dwa dni pobytu w więzieniu złamały Anielę. Oczy opuchły od łez, a od specyficznego zapachu kotła z jedzeniem wzbierało jej na wymioty. Dwa dni pościła. Nie mogła dotknąć potraw więziennych. Zmieniła się do niepoznana. Drogo zapłaciła za miłość do Janka. Ale miłość ta nie zmalała. Kochała go teraz jeszcze goręcej, jeszcze silniej.
Nie mogła odżałować teraz, że nie postąpiła dość energicznie i siłą nie przepędziła Janka przed nadejściem ojca. Byłoby może do tego wszystkiego nie doszło.
Znajoma Staśka perswadowała Anieli:
— Janek nie zginie. Znam go dobrze. Och, to bestia. nie człowiek. Odzyska wcześniej ode mnie wolność, chociaż muszę jeszcze z posiedzieć z pół roku. Dla Janka nie ma takich murów więziennych, ani takich krat, które na zawsze mogłyby go odgrodzić od wolności. Będziecie jeszcze razem używali wolności. Zresztą od zatrzymania przez policję do wyroku skazującego dzieli nas długa droga. I dlatego wierzę, że Janek wykręci się.
Po chwili znajoma Staśka Lipy ciągnęła dalej:

— Wiem, że twój Janek niejedno przeskrobał i niejeden grzech ciąży mu na sumieniu. „Sprawiedliwość i kara“ znajdzie już dość powodów, by uwiesić mu na szyi wyrok na długie lata. Ale niejednokrotnie już to się zdarzało, że dowody skierowane przeciw oskarżonemu, stają się dlań deską ratunku. Sędziowie nie są jasnowidzami, by móc przejrzeć dusze przestępców. W sądzie wiele zależy od różnych „dodatków“ i okoliczności. Duże znaczenie mają zeznania świadków. Znam te sprawy z doświadczenia. Można być winnym przestępstwa i wyjść na wolność, a można być niewinnym i — powędrować za kraty więzienne. Taki jest los człowieka. Trzeba mieć też szczęście. No i dobrego adwokata. Główna rzecz to pieniądze. Nieraz się zdarzyło, że uczciwość odmierzana była wedle kieszeni oskarżonego. Ciebie przecież napewno wypuszczą na wolność.
Aniela nawet nie słyszała dokładnie słów swojej pocieszycielki. Miała przy jej słowach wrażenie jakby wyrywano włosy z jej płowy, a ciało przekłuwano szpilkami. Otoczenie było okryte mgłą i mrokiem. Przyszłość wydawała się jej beznadziejnie ciężka.
Niespodziewany przypadek, który zburzył tak długo wyczekiwane szczęście, zdzielił Anielę obuchem po głowie. Nie mogła zebrać myśli, które chaotycznie błądziły w jej mózgu zbolałym.
Wieczorem, gdy ogłaszano, że nastała pora snu, rzucała się na brudny barłóg, walcząc ze snem, jakby z upiorem. Spojrzenia aresztantek, które przekłuwały jej ciało dziwną i chorobliwą żądzą, przejmowały Anielę uczuciem zgrozy i ohydy. Nawet nie rozumiała dobrze utajonych pragnień zboczowych współlokatorek. Podchwytywała nieraz szeptem prowadzone rozmowy między aresztantkami, które przy tym rzucały groźne spojrzenia w stronę opiekunki Anieli. Nie wiele z tego rozumiała, ale dużo strachu przeżywała.
Ale sen jest silniejszy od człowieka. Zmożył więc i Anielę. Gdy zasypiała, wchodziła w drugi świat mąk i cierpień. Z mroku więziennego poczęły się wyłaniać widziadła, cienie, duchy, które wpijały się szponami w podświadomość Anieli. Ach, te zmory więzienne!...
Pierwszy we śnie zjawiał się jej stary ojciec ze spojrzeniem smutnym i pełnym wyrzutów. Po tym — Janek który porywał ją w swoje ramiona. Później nawiedzały ją inne postacie: komisarz Żarski, Regina, Krygier, Bajgełe, Wołkow, Antek, Felek, Milczek i za nimi w tyle wlókł się profesor z Poznania, który ją wszak ostrze gał. Korowód ten zamykała „zimna kokota“, która chichotem szyderczym jakby mówiła:
— Już jesteśmy do siebie prawie podobne, niby dwie krople wody...
Po takich snach koszmarnych Aniela budziła się jeszcze bardziej wyczerpana i złamana, niż przed tym.
I Janek nielepiej czuł się od Anieli w więzienia. Miał nad nią te przewagę, że już nieraz zasmakował w tym, ale i na niego nagłe zaaresztowanie spadło ni by grom z jasnego nieba. Życie zemściło się na mm fatalnie. Akurat, kiedy ziściły się jego najgorętsze marzenia, oderwano go od Anieli, która złączyła się z nim sercem i ciałem.
W pierwszej chwili, gdy wzmocniona eskorta od prowadza go do więzienia, nie zdawał sobie sprawy z tego, co w nim zachodziło. Dopiero następnego dnia gdy obudził go ze snu dozorca więzienny, zdał sobie sprawę z rzeczywistości.
Instynktownie zaczął się ubierać. Jakby we śnie słyszał głosy, dobiegające go z korytarza więziennego oraz brzęk kluczy więziennych.
Stanął przy drzwiach. Powiódł ręką po czole, jak by chciał zebrać myśli. Oczy jego spoczęły na kratach, serce jego drgnęło, jakby miało skoczyć gdzieś w dal. Zbliżył się do okna. Promienie słońca ledwie mogły się tu przedrzeć i przypomnieć, że za murami więziennymi jest piękny świat, wolność, radość i miłość...
Drzwi otwarły się z łoskotem.
— Śniadanie! Janek nie ruszył się z miejsca.
— Śniadanie, powiadam! Ogłuchłeś?
Menta szerzej otworzył drzwi, jakby na miejscu zamierzał wymierzyć karę temu, który ważył się go przez chwilę dłużej zatrzymać.
— Daj garnuszek — rzucił „kalifaktor“.
Janek jeszcze raz potarł ręką czoło i odrzekł:
— Dziękuję. Nie chcę.
Co Masz zamiar proklamować strajk głodowy? Już zaczynasz swoje stare sztuki? Ruszaj się! Gdzie garnek?
Klawy Janek machinalnie podał swój garnuszek i odebrał swój „przydział“ chleba, który odłożył na stół. W garnuszku chlusnęła czarna ciecz o osobliwym i przykrym zapachu. Drzwi z łoskotem zatrzasnęły się z powrotem.
Janek przyjmował wszystko z wyrazem twarzy człowieka, który postradał zmysły. Robił wrażenie człowieka-lunatyka. Wypadki, które spadły na niego tak niespodziewanie, w strząsnęły nim do głębi. Żelazny Janek załamał się. Rozstanie z Anielą i uwięzienie oszołomiły go. Ale nie na długo. Po dwuch dniach zrodził się w nim bunt przeciwko prześladowcom.
Wiedział, że wcześniej, czy później uda mu się stąd wydostać. O siebie się nie troszczył. Niepokoiła go tylko myśl o tym, że Aniela nie wytrzyma reżymu więziennego. Pienił się ze złości, zagrażał. Ale cela więzienna przypominała mu że póki jest w tych murach, silniejsi są ci, którzy je strzegą. Hamował swój gniew, by w przystępie furii nie popełnić głupstwa, które trzeba będzie w więzieniu odpokutować.
Z niecierpliwością oczekiwał chwili, kiedy prowadzić go będą do sędziego śledczego. Nie podobała mu się sytuacja, że znów spotka się z ironicznymi spojrzeniami prześladowców. Nie znosił ich, „przedstawicieli sprawiedliwości“ — a jednak pragnął, by to spotkanie odbyło się czym wcześniej, by jaknajprędzej dowieść, że Aniela jest niewinna.
Był pewny, że sędzia śledczy wypuści ją na wolność.
„Wezmę wszystko na siebie — rozumował w duchu — przyznam się do wszystkiego, czego tylko ode mnie zażądają, byle by zwolnili Anielę“.
Był tak odurzony miłością do Anieli, że przestał się orientować w sytuacji. Zapomniał, że policja jest poinformowana o udziale Anieli w akcji wykradzenia go z Pawlaka i że ten fakt wystarczy, by Anielę dalej trzymać w więzieniu i skazać ją na karę więzienia. Podświadomość dyktowała mu tylko sytuacje wygodne i pomyślne... Myśl, że Aniela musi odzyskać wolność, górowała nad wszystkim.
Janek nie nudził się w więzieniu. Kombinował, opracowywał plany, układał sobie w myśli odpowiedzi na pytania, które, jego zdaniem, zada mu sędzia śledczy.
Przypomniał sobie przede wszystkim wszystkie „wyprawy“, które podejmował. Segregował ie według pewnego porządku. Podzielił swoje „grzechy“ na dwie kategorie: na te, o których policja ma pewne informacje oraz na te, które przeszły gładko, bez najmniejszego śladu.

Zestawienie tego bilansu zaorało mu sporo czasu. Przyszedł do wniosku, że nawet pięćset lat więzienia nie wystarczyłyby na wyrównanie tego „rachunku przestępstw“, gdyby miano mu wymierzyć karę za każdy grzech z oddzielna. A przecież ciążył na nim zarzut zabójstwa policjanta, który faktycznie padł z ręki Wołkowa. Będzie mógł wskazać na Wołkowa. Ale po pierwsze, byłoby to nielojalne wobec wspólnika... A po drugie, kto wie, czy uwierzą, że mówi prawdę?.... Jedyny dowód, list w którym Wołkow przyznaje się do winy zabójstwa policjanta, przechowywał u siebie Krygier.

Najnieszczęśliwszy był Stasiek Lipa. Dostawał ataki sercowe. Nie bolało go to, że dostał się do więzienia, lecz okoliczność, że kula, którą posłał Jankowi, nie była śmiertelna.
Stan zdrowia Staśka Lipy pogorszył się do tego stopnia że trzeba było umieścić go w szpitalu więziennym. Przypadek zrządził, że go umieszczono w tej samej celi, w której skonał Garbusek.
Stasiek Lipa przyjmował wszystko z rezygnacją. Dopatrywał się w ostatnich klęskach życiowych palca Bożego, który ukarał go w ten sposób za wszystkie grzechy, popełnione w życiu. Ze spokojem ducha oczekiwał śmierci.
Na zegarze więziennym wybiła dwunasta godzina. Rozległ się dzwon obwieszczający godzinę obiadu. Później nieco we drzwiach trzech cel Anieli, Janka i Staśka za wołał merla drewnianym, grubym głosem:
— Do sędziego śledczego!
W kilka minut po tym wszyscy trzej stali, odgrodzeni od siebie, w długim, ponurym korytarzu więziennym. Jeden nie wiedział nic o drugim. Twarzą do ściany stali w zupełnym odosobnieniu, oczekując na chwilę wpuszczenia ich do gabinetu sędziego śledczego.
Pierwszy został wezwany Stasiek Lipa.
— Siadajcie — rzekł mu łagodnie na powitanie sędzia śledczy, podsuwając mu krzesło. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Stasiek Lipa ciężko westchnął. Na gładko ogolonej twarzy sędziego śledczego ukazał się uśmiech zadowolenia.
— Pan jest chory?
Lipa nic nie odpowiedział. Lekki uśmieszek ironii przewinął się wkoło jego ust. Ale wnet zaczął go dusić meczący kaszel, który rozrywał serce na strzępy.
Sędzia śledczy naprędce napełnił szklankę wodą z karafki, stojącej na stole i podał ją Lipie.
— Proszę, niech pan pije, przyniesie to patiu ulgę...
— Dziękuję, już się lepiej czuję.
Obaj spojrzeli na siebie. Sędzia śledczy manipulował coś w aktach, jakby szukał wstępu do rozmowy i badania, do którego już musiał przystąpić. Zależało mu, widać na tym, by odbyło się ono w nastroju odpowiednim i niedenerwującym...
— Jak dawno chorujecie na serce?
— Panie sędzio, lepiej będzie gdy pan natychmiast przystąpi do sprawy — rzekł Stasiek Lipa, akcentując każde słowo. — Sądzę, że moja choroba sercowa najmniej pana sędziego w tej chwili obchodzi.
jak przed wielu laty...
Stasiek Lipa przysunął się bliżej sędziego śledczego który, zaglądając do swoich papierów, uśmiechał się tajemniczo.
— Poznajecie mnie? Oho, ja was dobrze pamiętam!
— O, nie panie sędzio — odparł Stasiek Lipa — Nie miałem jeszcze zaszczytu pana sędziego poznać. Pan sędzia się myli co do mojej osoby.
— Jestem zadowolony, że nie jesteście tym, za którego przyjąłem was. Jeżeli się nie znamy oddawna, to tym lepiej. Prędzej dojdziemy do ładu. Możecie być ze mną szczerzy. Rozumiecie sami, że wszystko wiemy i że policja nie śni.
— Panie sędzio, widzę, że pan mnie przyjmuje za kogo innego. Nie mam nic wspólnego z tym groźnym przestępcą, Klawym Jankiem.
— Chciałbym w to uwierzyć. Ale o tym jeszcze pomówimy. Teraz proszę mi podać swój wiek.
— Sześćdziesiąt lat! Cała sześćdziesiątka! Już dość przeżyłem na tym świecie — rzekł Stasiek Lipa z ironią.
— Gdzieście się urodzili?
— W Rosji.
— Zawód.
— Mechanik. Ślusarz.
— Tak, to precyzyjny fach — uśmiechnął się sędzia.
Zaległa cisza, którą przerwał wnet sędzia śledczy.
— Żonaty? Dzieci macie?
— Tylko jedną córkę.
— Która zatrzymano wraz z wami?
— Tak jest, panie sędzio.
— W jakim wieku, jest wasza córka?
— Liczy dwadzieścia dwie wiosny. Sadzę, że wiek mojej córki nie ma nic wspólnego z tą sprawą.
— O, nie! jej sprawa wiąże się z waszą.
Stasiek Lipa wzruszył ramionami.
— Sergiusz Dymitrow. Czyżby pan sędzia nie miał moich zagranicznych dokumentów?
Sędzia śledczy uśmiechnął się:
— Ale wasza córka nie spamiętała imienia ojca... Córka jednak podała inne imię. Owszem, papiery wasze są w naszym posiadaniu.
Stasiek Lipa zbladł, jak chusta.
Sędzia śledczy udawał, że nie widzi tego i schyliwszy głowę nad papierami, ciągnął dalej:
— A więc, nazywacie się Sergiusz Dymitrow? Owszem, rdzenne imię i nazwisko rosyjskie... A jakie macie obywatelstwo?
— Rosyjskie.
— Mieszkaliście kiedyś w Warszawie?
Sędzia śledczy świdrował Staśka Lipę swoimi przenikliwymi oczyma.
Na twarzy Staśka Lipy ukazał się jego charakterystyczny uśmiech:
— Nie, w Warszawie jeszcze nigdy nie byłem.
— Może sobie dokładnie przypomnicie ten szczegół? Czy w 1902 r. nie siedzieliśmy tu razem, w tym pokoju?
— Nie, nie! Pan sędzia się myli. Zachodzi tu oczywiste nieporozumienie. Przyjmuje mnie pan, panie sędzio, za kogo innego. Nigdy tu moja noga nie stanęła. Widzę pana sędziego po raz pierwszy w życiu.
Obaj wzajemnie usiłowali przeniknąć siebie. Chociaż obaj mieli wrażenie, że się już kiedyś widzieli w życiu, nie mieli jednak tej absolutnej pewności, jasnym jest, że Lipie najmniej na tym zależało, by sobie przypomnieć tę okoliczność.
— Zrozumcie — ciągnął dalej sędzia śledczy — to już kawał czasu minął. Dwadzieścia lat! Zmieniłem się w międzyczasie. No i wyście się zapewne zmienili. Przypomnijcie sobie tę okoliczność. Chciałbym sprawdzić, [...] stem młodszy od was.
Sędzia śledczy odnosił się do Staśka Lipy z widocznym szacunkiem. W gruncie rzeczy do zachowania pewnej formy wobec aresztanta skłaniała go niepewność, czy rozpoznał Staśka Lipę.

Stasiek jednak zdążył zorientować się, że policja jeszcze nie wie z kim ma do czynienia i postanowił nie dać się zdemaskować.
— Jestem niewinny, panie sędzio. Bezpodstawnie jestem oskarżony lub podejrzany o coś. — uniósł Stasiek Lipa głowę do góry, która mu cały czas ciążyła.
— Możliwie. Ale w takim wypadku, skąd się wziął do pańskiej willi niebezpieczny bandyta Klawy Janek?
— Klawy Janek zapoznał się na plaży morskiej z moją córką.
— Rozumiem. I co dalej było? — pytał sędzia śledczy.
— Pan sędzia rozumie.. Dzisiejsze dzieci..
— Tak, tak. I ja mam dzieci. Stale mamy z nimi konflikty. Podrasta złe pokolenie. Nie chce się słuchać rodziców...
Znów zaległa cisza. Poufały ton sędziego śledczego budził u Staśka Lipy podejrzenie.
— Więc mam to rozumieć, że pańska córka zakochała się w Klawym Janku? — spytał po chwili sędzia śledczy.
— O, tak! I na nic się zdały moje perswazje. Odrazu tknęło mnie złe przeczucie, iż córka wpadła w ręce jakiegoś podejrzanego gagatka. Uprzedzałem moją córkę, ale nadaremnie.
— Kto strzelał do Klawego Janka?
— Ja! Postanowiłem oboje zastrzelić. Nigdy nie dopuszczę, by córka moja poślubiła przestępcę...
Ze słów Staśka Lipy biła przekonywująca prawda. Sędzia śledczy nie miał powodu wątpić w tę część zeznań badanego. Płynęły one spod serca.
— A więc, przyznajecie się — rzekł sędzia śledczy — do tego, że usiłowaliście zamordować amanta córki. I strzelaliście z tego oto rewolweru?
— Tak. Żałuję tylko, że strzały moje chybiły.
— Ale to jest karalne. Może ktoś być największym nawet przestępcą, nikt nie ma prawa dokonywania nad nim samosądu. Kara i sprawiedliwość spoczywają w ręku właściwych ludzi. Na to istnieje sąd. Czyście o tym nie wiedzieli?
— Owszem. Wiedziałem. Uniosłem się. Nie pamiętałem co robię. Było mi wszystko jedno, co stanie się później.
— Rozumiem. Proszę mi tylko powiedzieć prawdę: czy byliście już kiedykolwiek karani?
— Nigdy. Oby tak dalej do końca moich lat, których już niewiele pozostało mi w życiu. Stale unikałem konfliktów z Kodeksem Karnym.
— Nigdy! — przepytał sędzia śledczy.
— Nigdy! — rzekł Stasiek Lipa tak stanowczym i uroczystym tonem że sędzia śledczy począł w pośpiechu przerzucać akta, czytając od czasu do czasu coś pod nosem.
— Gdzie poznała wasza córka Klawego Janka?
— Na wybrzeżu morskim. W bardzo romantycznym zakątku — uśmiechnął się Lipa gorzko.
— A przed tym nie znała go?
Stasiek Lipa zorientował się, że wsypał się. Przypomniał sobie w tej chwili, że Aniela brała udział w zorganizowaniu ucieczki Klawego Janka z więzienia, o czym policja musiała wiedzieć....
— Kto wie? Kto to może dziś ręczyć za swoje dzieci?
— Czy córka wasza bawiła kiedyś w Warszawie?
— Przejazdem.
— Aha... Rozumiem.. A kiedy to miało miejsce?
— Nie pamiętam.
— Przypomnijcie to sobie, bo to ważny szczegół. Nawet poniekąd decydujący i dla waszej sprawy.
— Nie mogę sobie tego przypomnieć.
Sędzia śledczy poczynił pewne notatki w swoich aktach.
— Powiedz mi pan — zmienił naraz sędzia śledczy ton — czy mógłby pan złożyć kaucję, gdybym powziął decyzję wypuszczenia pana na wolność do czasu wyjaśnienia sprawy?
— Zależy o jaka sumę chodzi — odparł Stasiek Lipa spokojnie, aczkolwiek nie wątpił, że to chwyt sędziego śledczego, który pragnie go zaskoczyć czymś.
— Dobrze. Na dziś starczy. Za kilka dni dam panu znać o wysokości potrzebnej kaucji. A za córkę również jest pan gotów złożyć kaucję?
— Wolałbym, aby pan sędzia natychmiast wypuścił córkę moją na wolność! Ona jest absolutnie niewinna! — wyciągnął Stasiek Lipa obie ręce przed siebie, a oczy za szły mu łzami.
— O, nie! Ona musi pozostać w więzieniu! Wraz z ukochanym ma ona na sumieniu szereg ciężkich grzechów.
— Co? Moja córka? Nie! To wykluczone! Przysięgam, że moja córka jest niewinna i że nie dopuściła się żadnego przestępstwa! Gotów jestem za nią złożyć na poczet kaucji cały mój majątek, byleby się jaknajszybciej znalazła na wolności! Złe dziecko, ale zawsze moje dziecko. Jedne dziecko!
— Ile ma pan w swoim majątku? — zapytał naraz sędzia śledczy.
Stasiek Lipa zawahał się:
— Mam licznych przyjaciół, którzy z pewnością złożą potrzebną sumę, o ile mój skromny mająteczek nie wystarczy.
— Jeden z was musi zostać w więzieniu do procesu. Inaczej być nie może.
— Dobrze. Ja tu pozostanę — rzeki Stasiek Lipa. Córka moja nie powinna nic wiedzieć o wiezieniach, gdzie młodzi ludzie przechodzą najgorszą szkołę demoralizacji. Chcę uratować moje dziecko.
— A skąd pan wie, że więzienie tak demoralizuje? — spojrzał sędzia śledczy podejrzliwie na Staśka Lipę.
— Czytałem o tym. Nie chcę, by córka moja przebywała w atmosferze zbrodniarzy. Wśród prostytutek i złodziejek dusza jej przedwcześnie zwiędnie.
— A jednak ona pokochała zbrodniarza.
— Nie wiedziała kim jest. A potem było już za późno...
— Pan to mówi poważnie, bym zwolnił córkę a pana tu zatrzymał w wiezieniu? Wszak pan jest niezdrów! Panu raczej prędzej przydałaby się wolność pod względem zdrowotnym.
— Obu nam przydałaby się wolność, ale skoro inaczej być nie może...
— Tak to już być musi: albo pan, albo córka.
— W takim razie, niech pan sędzia wypuści na wolność córkę. Naraz sędzia śledczy wybuchnął śmiechem, od którego Stasiek Lipa wzdrygnął się cały.
— U mnie oboje długo posiedzicie... Oboje.. Nie tak prędko ujrzycie światło dzienne!... Przechytrzyłeś sprawę...
I zanim Stasiek Lipa zdołał zorientować się w sytuacji, sędzia śledczy polecił go wyprowadzić z gabinetu.
Następnie badany był Klawy Janek.
— Siadajcie — rzekł sędzia śledczy, nie spoglądając wcale na aresztanta.
Dziękuję. Będę miał dość czasu na siedzenie — odrzekł cynicznie Klawy Janek.
— Dowcipniś z was — rzekł sędzia. — Ale, mam wrażenie, że jesteście zbyt pewni siebie.
— Taki już jestem i nie zmienię się.
— A kiedy zamierzacie znów stad uciekać?
— Gdy tylko się nadarzy ku temu okazja, panie sędzio. Rozmyślam właśnie o tym w dzień i w nocy.
— Daremny trud. Więcej się wam ta sztuka nie uda. Wiecie, o co was oskarżają?
— Skąd miałbym o tym wiedzieć? — udawał Janek, że nic nie rozumie. — Co policji może wpaść do głowy, tego ja wymyśleć nie potrafię. Mogą mi wmówić nawet, że urodziłem dziecko...
— Siadajcie i bez żartów! — rzekł sędzia surowiej. — Musimy się rozmówić. Dodaję na wstępie, że to od was zależy, by kara wypadła łagodniejsza. Ale, by to się stało, trzeba abyście nam opowiedzieli całą prawdę.
— Czyż inaczej myślałem?...
Sędzia śledczy wyczuł ironię ze słów Klawego Janka i przyjął surową postawę.
— Czy wiecie, że swoim zachowaniem pogarszacie tylko sytuacje? — zapytał ostro sędzia śledczy.
— Mamy dość środków na to, by jednak skłonić was do większej rozmówności.
— Wiem o tym. Wszystko mi jedno. Możecie robić ze mną, co chcecie. Ale uprzedzam, że ze złością nic nie wskóracie u mnie.
— Możliwe, ale waszej przyjaciółce nie jest chyba wszystko jedno, co będzie.
Słowa te silnie podziałały na Klawego Janka. Odbiło się to momentalnie na wyrazie jego twarzy, Łobuzerski wyraz twarzy ustąpił miejsca wyrazom cierpienia i męki. Zwiesił głowę.
— Ona jest niewinna... Ona jest niewinna... — powtarzał kilkakrotnie, a sam skręcał się przy tym, niby gad. Zdawało się, że wrastał w ziemię. Stał się mniejszy o głowę.
Sędzia śledczy wyprostował się. Triumfalnie podkręcał wąsa. Przygotował się do wykorzystania słabych miejsc badanego. Posypał się grad pytań.
— Jak się nazywacie? I za czyim paszportem wydostaliście się zagranicę?
Klawy Janek milczał.
— Milczycie? Ale za to my już wszystko wiemy. Pański teść już wszystko tu wyśpiewał. Wszak jesteście starymi przyjaciółmi. Znacie się nie od dziś...
Janek milczał zapatrzony w obraz, zawieszony na ścianie, który przedstawiał jakiegoś bohatera z mieczem w ręku.
Sędzia śledczy wnet połapał się, że ten trick jest zbyt stary dla sprowokowania Janka i zachęcenia go do zeznań, wiec zaczął od innej beczki
— Wasza przyjaciółka jak dawno chodziła z wami na robotę?
Janek otrząsnął się przy tym pytaniu, i uczyniwszy krok naprzód, odparł:
— Ze mną róbcie, co chcecie. Opowiem wam całą prawdę, ale ją puśćcie na wolność. I nie wtrącajcie jej osoby do moich spraw, z którymi nie miała nigdy nic wspólnego. Za największe przestępstwo uważam właśnie to, że zawróciłem tej dziewczynie głowę. Niepotrzebnie i niewinnie została wplątana w tę aferę. Ani ona, ani jej ojciec nie należą do świata przestępczego. Poznaliśmy się przypadkowo. Była niedoświadczona, naiwna i niewinna. Nie powiedziałem jej prawdy o sobie. Ona jest ofiarą mojej przestępczości..
— Rozumiem.. Jeszcze jesteście w niej zakochani i dlatego wolicie, by wasza przyjaciółka znalazła się na wolności. Zawsze będzie mogła wam zanosić wałówki... Mamy jednak dowody, że ona była hersztem Waszej tajnej bandy. Ani ona, ani jej ojciec tak prędko nie ujrzą światła dziennego. Ojciec jej przyznał się do przynależności do świata podziemi. Oto są jego słowa. Mogę je wam odczytać.
Janek przybrał ponownie postawę cyniczną i rzekł:
— Czy na prawdę uważa mnie pan za takiego frajera? Takie tricki odpowiadają innej sytuacji, naprzykład gdy się zatrzymuje handlarza bajgiełkami. O ile pan sędzia życzy sobie komedii, proszę bardzo, możemy ją grać w dalszym ciągu.
Sędzia śledczy nerwowo zdjął okulary, które począł energicznie pocierać chusteczką, po czym temperował ołówek kolorowy, później zatopił wzrok w aktach.
— Ile razy byliście już badani przez sędziego śledczego.
— Wielokrotnie, ale za takiego naiwnego nikt mnie nie przyjmował... — odciął się Klawy Janek.
— I za każdym razem byliście tak cyniczni?
— Jakże inaczej odnosić się do was, sędziów śledczych?
— I sądzicie, że tak będzie dla was lepiej?
— Jestem tego absolutnie pewien.
Sędzia śledczy uśmiechnął się:
— Za takiego głupca nie uważałem Klawego Janka.
— A ja żałuję, że wpadłem w ręce takiego sędziego śledczego.
— Co? Jak śmiesz? Każe cię zakuć w kajdany — zerwał się sędzia, pełen oburzenia. — Zgnijesz u mnie w oddzielnej celi. To samo spotka także twoją przyjaciółkę.

Janek ledwie opanował się przy ostatnich słowach, by nie rzucić się na sędziego. Janka twarz skrzywić się do tego stopnia, że sędzia przeraził się. Krzyknął głośno. We drzwiach ukazali się natychmiast strażnicy, którzy w mgnieniu oka rzuciły się na aresztanta. Schwycili go za ręce.
— Wyprowadzić tego łotra i zakuć w kajdany! — rozkazał sędzia śledczy. — Ja ci pokażę, kanalio! Błagać będziesz że chcesz już zeznawać. Oho, wyśpiewasz mi już wówczas wszystko! Ja ci już otworzę pyszczek! Nie pierwszy jesteś u mnie...
Janka wyrzucono z pokoju. W przyległej izbie dla więźniów zakuto go w kajdany.
Do gabinetu sędziego śledczego wprowadzono Anielę.
Zegar więzienny wybił godzinę trzecią po południu. Do gabinetu sędziego śledczego dochodziły odgłosy przejeżdżających na ulicy tramwajów i przebiegających przechodniów. Życie za oknem szumiało i przypominało Anieli o wolnym świecie. Serce ścisnęło jej się z bólu; rozpłakała się głośno.
— Pani płacze — rzucił sędzia szyderczo.
— Radzę zostawić kilka łez na później. Wypadnie tu pani jeszcze długie lata posiedzieć. Przydadzą się i łezki.
Aniela podniosła na sędziego zapłakane oczy. Sędzia urwał, a potem dodał łagodniejszym tonem:
— Proszę, niech pani spocznie..
Podał jej krzesło. A w duszy pomyślał:
— Co za czyste spojrzenie.. Po raz pierwszy widzę zbrodniarkę o tak niewinnym wyrazie twarzy.
Nie wątpił, że ma przed sobą zbrodniarkę. Akta jakie zawierała jego teczka, dawały mu stuprocentową pewność, że stoi przed nim wyrafinowana zbrodniarka, która uzbroiła się w zapas histerycznych łez, by wzruszyć jego serce mężczyzny. Postanowił w duszy być nie czułym na jej łzy, ani na subtelny wdzięk, jaki bił z jej całej postawy.
Aniela usiadła na brzegu krzesła i z ufnością utkwiła wielkie oczy w surowej twarzy sędziego śledczego. Robiła wrażenie, jakgdyby nie zdawała sobie sprawy z powagi chwili, ani z tego, przed kim się znajduje. Wyglądała, jakgdyby się spodziewała od tego człowieka po mocy i obrony przed prześladowcami.
Sędzia śledczy zmierzył badawczym wzrokiem zgrabną kibić Anieli. Napróżno silił się na urzędowy ton. Musiał przyznać, że w wieloletniej praktyce nie miał jeszcze do czynienia z tak piękną zbrodniarką. Myśli, które daleko nie licowały z powagą chwili, natrętnie wdzierały się do jego mózgu. Zazdrościł Klawemu Jankowi tak pięknej narzeczonej i to obudziło w nim nienawiść do tej kobiety.
— Jak pani na imię — Aniela.
— A jak się nazywa pani ojciec?
Aniela wybuchnęła płaczem.
— Proszę się uspokoić. Nie uczynię pani nic złego — rozpoczął sędzia łagodniejszym tonem — Ze mną może pani być zupełnie szczera.
Aniela rozpłakała się jeszcze głośniej.
— Jeżeli się pani nie uspokoi, odeślę ją z powrotem do celi. Tam się pani wypłacze.
Aniela rzuciła się niespodziewanie do jego stóp:
— Litości... Nie odsyłaj mnie pan więcej do celi.. Nie przeżyję tego!..
Sędzia cofnął się szybko. W jego mózgu zrodziło się podejrzenie:
— O, z niej nie byle jaki ptaszek — pomyślał w duchu. O, jestem już 25 lat na tym chlebie, mnie nie wyprowadzi w pole!

— Proszę w tej chwili przestać płakać! — rzekł rozkazującym tonem. Tamte kobiety nie są gorsze.
Aniela otarła łzy. Wzrokiem, pełnym przerażeni, spojrzała na swego prześladowcę, po czym usiadła z powrotem na miejsce.
— Czy dawno jest już pani jego kochanką?
Aniela nie odpowiedziała.
— Jak długo jesteście już zaprzyjaźnieni ze sobą?
W oczach Anieli zabłysły ogniki gniewu.
— Na nic pani oburzenie.. Znamy się na tym. Odpowiada pani, czy nie?
— Czego pan chce ode mnie? Za co mnie paw męczy? Ach jacy ludzie są źli!..
Sędzia nie wątpił już teraz, że ma do czynienia z wyrafinowaną symulantką.
— Mila turkaweczko!.. Napróżno się pani trudzi. Od pierwszej chwili zorientowałem się, kogo mam przed sobą. U mnie pani tymi sposobikami nic nie wskóra. Szkoda wysiłku.
— Co pan sobie myśli o mnie? — uniosła Aniela dumnie głowę. — I za kogo pan mnie ma?
— Za taką, jaka pani jest w istocie mola panieneczko! Wszak nie zaprzeczy pani, że jest kochanką nie bezpiecznego zbrodniarza, Klawego Janka nieprawdaż?
Aniela zasłoniła sobie twarz obiema rękami, a z jej piersi wydarł się spazmatyczny szloch.
— Pani znów płacze...
Aniela nie odpowiadała. Sędzia śledczy tracił cierpliwość.
— Milczeniem i płaczem pogarsza pani tylko sytuację..
Aniela nie słuchała jego słów. Rozumiała teraz swego ojca i Janka, dlaczego z taką nienawiścią odzywali się o tych, którzy dzierżą w swych rekach wymiar sprawiedliwości. Za co się znęcają nad nią, kiedy nie poczuwa się do niczego? W sędzi śledczym widziała tylko złego człowieka, który chce ją skrzywdzić. I postanowiła nie odpowiadać na jego prowokacyjne pytania.
— Dziwi mnie pani upór — kontynuował dalej sędzia śledczy. — Podobnym postępowaniem przedłuży pani tylko śledztwo i tym dłużej wypadnie jej potem czekać na proces. Dlaczego zarówno ojciec jak i kochanek pani przyznał się do wszystkiego? Wszak nie zaprzeczy pani, że jest córka tego starca i kochanką Klawego Janka? Oni opowiedzieli mi już wszystko.
— Pan kłamie! kłamie!.. — zawołała Aniela.
— Proszę się liczyć ze słowami, moja panno. I nie udawać, że nie orientuje się, gdzie jest i z kim mówi. Mamy dziesiątki sposobów na to, by złamać pani upór. Wszyscy przestępcy są d!a nas równi i nie mamy żadnych względów, nawet dla kobiet. Uprzedzam, że nasze środki na rozwiązanie jeżyków nie są przyjemne...
— Czego pan chce ode mnie? Dlaczego mnie pan dręczy? — zawołała Aniela zrozpaczona. — Czy to moja wina, że mój ojciec.. i..
Urwała. Sędzia śledczy zerwał się z miejsca.
— Kim jest pani ojciec?.. Słucham!.. O to nam właśnie chodzi.
Aniela zrozumiała, że o mało co nie powiedziała za dużo. Postanowiła milczeć i nie zwracać więcej uwagi na jego słowa.

Sędzia milczał przez dłuższą chwilę, po czym znów zwrócił się do Anieli.
— A więc pani się upiera przy swoim? Nie chce pani wydać swych wspólników.. co?

Aniela dziwiła się w duchu, że dotąd sędzia nie pytał jej wcale o współudział w ucieczce Janka z więzienia. To była jedyna łączność, jaką miała z nimi. Postanowiła, że, jeżeli zapytają o to przyzna się natychmiast.
— Proszę mnie kazać odprowadzić do celi — prosiła Aniela. — Nie mam już więcej sił.

Tyle wyrzutu było w jej kilku słowach, że sędzia zmiękł i kazał ja wyprowadzić z pokoju. Zamknięto ją w oddzielnej celi, a nie, jak dotąd w ogólnej.
Sędzia chciał tym złamać jej upór. Wiedział z do świadczenia, że nic tak nie załamuje wewnętrznie więźnia, jak samotność w ciasnej, brudnej celi, gdy człowiek pozostaje sam ze swymi myślami, z własnym bólem i wyrzutami sumienia. Aby uciec od zmory samotności, więźniowie popełniają największe głupstwa, włącznie z przyznaniem się do zbrodni, której nigdy nie popełnili.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.