Strona:Urke-Nachalnik - Gdyby nie kobiety.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po takich snach koszmarnych Aniela budziła się jeszcze bardziej wyczerpana i złamana, niż przed tym.
I Janek nielepiej czuł się od Anieli w więzienia. Miał nad nią te przewagę, że już nieraz zasmakował w tym, ale i na niego nagłe zaaresztowanie spadło ni by grom z jasnego nieba. Życie zemściło się na mm fatalnie. Akurat, kiedy ziściły się jego najgorętsze marzenia, oderwano go od Anieli, która złączyła się z nim sercem i ciałem.
W pierwszej chwili, gdy wzmocniona eskorta od prowadza go do więzienia, nie zdawał sobie sprawy z tego, co w nim zachodziło. Dopiero następnego dnia gdy obudził go ze snu dozorca więzienny, zdał sobie sprawę z rzeczywistości.
Instynktownie zaczął się ubierać. Jakby we śnie słyszał głosy, dobiegające go z korytarza więziennego oraz brzęk kluczy więziennych.
Stanął przy drzwiach. Powiódł ręką po czole, jak by chciał zebrać myśli. Oczy jego spoczęły na kratach, serce jego drgnęło, jakby miało skoczyć gdzieś w dal. Zbliżył się do okna. Promienie słońca ledwie mogły się tu przedrzeć i przypomnieć, że za murami więziennymi jest piękny świat, wolność, radość i miłość...
Drzwi otwarły się z łoskotem.
— Śniadanie! Janek nie ruszył się z miejsca.
— Śniadanie, powiadam! Ogłuchłeś?
Menta szerzej otworzył drzwi, jakby na miejscu zamierzał wymierzyć karę temu, który ważył się go p rzez chwilę dłużej zatrzymać.
— Daj garnuszek — rzucił „kalifaktor“.
Janek jeszcze raz potarł ręką czoło i odrzekł:
— Dziękuję. Nie chcę.
Co Masz zamiar proklamować strajk głodowy? Już zaczynasz swoje stare sztuki? Ruszaj się! Gdzie garnek?