Strona:Urke-Nachalnik - Gdyby nie kobiety.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aniela spojrzała nart smutnym wzrokiem. Janek rzucił się jej do stóp.
— Pozwól mi zostać przy tobie — błagał — Nie umiem teraz być bez ciebie ani chwili. Kocham cię, Anielo..
Aniela spojrzała nań karcącym wzrokiem, ale Janek ucałował serdecznie jej dłoń i ciągnął dalej:
— Nie gniewaj się na mnie, kochanie. Mam dziwne przeczucie... Wydaje mi się, że za progiem twego domu czeka na mnie niebezpieczeństwo... Teraz, gdy odzyskałem ciebie, miłość jest mi szczególnie droga... Nie chcę gnić za kratami... Zdała od ciebie...
W oczach jego błysnęły łzy. Serce Anieli ścisnął ból. Opanowała się jednak i rzekła:
— Jesteś przeczulony, Janku. Pocałuj mnie teraz i idź, a gdy przyjdziesz wieczorem będziemy już godowi do podróży. Ojciec udzieli nam swego błogosławieństwa i odtąd nie rozstaniemy się już nigdy. Słyszysz? Nigdy!
— Nigdy! — powtórzył za nią Janek, a jednocześnie doznał uczucia, jakgdyby zamknęły się za nim wrota więzienne. Wydało mu się nawet, że słyszy podejrzany szmer pod oknem. Natężył słuch, ale Aniela roześmiała się beztrosko:
— Przesadzasz, kochany... To tylko nerwy... Proszę cię, idź prędzej... Ojciec wnet się zbudzi.
Janek stał jeszcze wciąż niezdecydowany.
— No idź już, Janku, idź! Spełń o co cię proszę, jeżeli mnie bodaj trochę kochasz...
Janek uczynił krok w kierunku drzwi.
— Nie żegnasz się ze mną?
— Ach, tak! — cofnął się Janek i porwał Anielę w ramiona.
W tej chwili rozległy się kroki na dole. Ktoś wspinał się po schodach. Suchy kaszel przerwał ciszę. Aniela zbladła jak chusta, a na twarzy jej odmalowało się ty-