Bracia rywale/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bracia rywale
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1884
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


III.

Smutny to był dzień zaprawdę dla Zalesia, gdy po tygodniowym pobycie w niem, oboje państwo Rewnowscy, zabierając z sobą synowicę na Podlasie, wyjeżdżać mieli. Dopiero się to uczuć dało, jak jedna twarz, jedna milcząca i skromna panienka, której na pozór widać tu ani słychać nie było, wiele miejsca w sercach zajmowała, — jak jej oczom wszystkich braknąć miało. Nie mówiąc już o starościnie, która po kątach płakała, za każdem spotkaniem ściskała wychowanicę, a uśmiechać się musiała temu, co się jej szczęściem nazywało — nie mówiąc o staroście, który sam przez się i dla żony był markotny — nie mówiąc o nieszczęśliwym Wacku, niewiedzącym, czy się ma smucić, czy cieszyć — cały dwór był we łzach i żalach. Sama panna Konstancja chodziła blada, z sercem ściśniętem, bojąc się okazać, co cierpiała, aby dobrych państwa Rewnowskich, co ją jak dziecko tulili do siebie, nie zasmucać.
Na ten dzień uroczysty rozstania zjechał ze mszą świętą do kaplicy ks. Paczura. W dziedzińcu stały już powóz i bryka wyładowane, ludzie się koło nich kręcili, a we dworze snuły się smutne twarze, nie chcąc wierzyć, żeby panna Konstancja na zawsze straconą być miała.
Obiecywali też Rewnowscy przyjeżdżać z nią często... Proboszcz pocieszał, jak umiał, starościnę.
— Moja mościa dobrodziejko, choćby i z własnem dziecięciem rozstawać się trzeba... Taka kolej ludzkich losów.
— Wiem, że jej tam dobrze będzie, bo to ludziska i serca złote... ale — zawsze... zawsze...
Wzdychano tak i stękano... Zaczęła się msza w kaplicy na intencję podróżnych. Wacek do niej służył. W czasie mszy kilka razy słychać było, jak starościna i panna Konstancja zaszła się od płaczu. Trzymała chustkę na oczach, utulić się nie mogła. Stara Ościńska, którą łzy cudze zawsze też rozrzewniały, i sama żałując Koci, beczała głośno.
Pobłogosławił proboszcz odjeżdżających... Czekało na nich jeszcze śniadanie.
Starosta, który już mógł chodzić, acz nogę jedną miał w aksamitnym bucie, udawał niezmiernie wesołego, aby nie dać się żonie i drugim rozrzewnić do zbytku. Podżartowywał z panny, że tak jak Zalesie teraz opuszcza, wkrótce i stryjowstwa porzuci, bo jej tam długo na koszu siedzieć Podlasiaki nie dadzą.
Wesołość ta nadrabiana, jakoś echem się w nikim nie odzywała. Sędzina tylko Rewnowska, szczebiotliwa zawsze, coś chciała też wesołego mówić, probowała się uśmiechać, pocieszać, a i to nie szło. Sędzia widząc to, za czapkę wziął i pożegnanie się zaczęło. Padła do nóg panna staroście, potem starościnie, która o mało nie zemdlała, przyniesiono lawendogry, pannę Konstancję sam sędzia musiał pocieszając prowadzić, i po wznowionych jeszcze pożegnaniach, siedli wreszcie do powozów — ksiądz przeżegnał z ganku — ruszono...
Długo jeszcze, długo chustkami z ganku i z powozów znaki dawano sobie, aż na zakręcie drogi znikły one...
— Moja jejmościuniu kochana, — rzekł starosta, całując w rękę żonę: — dobrze to, że asińdźka masz takie złote serce, ale to dla niej samej męka... Proszę mi nie płakać.
Tego dnia jednak w każdym kącie łez było pełno. Najprzykrzejsze było położenie panny Marjanny Bertańskiej, sieroty, wziętej w miejsce panny Konstancji, która czuła dobrze, iż jej zastąpić nie potrafi. Mieszała się biedna, płakała i desperowała. Dziewczę było niczego też, roztropne i skromne, ale do tamtej porównać się nie mogło...
Wacek milczący około proboszcza, którego zatrzymano, assystować musiał; Wicka już oddawna nie było, bo się z łaski starosty na ową dzierżawę za Bug wyniósł, i znaku życia, jakby na umyślnie, nie dawał...
Gdy tu takie lamenta po sierocie, — w drodze sędziowstwu Rewnowskim ze swą zdobyczą nie było lepiej. Panna Konstancja, choć pracuje nad sobą, aby łzy powstrzymać, coraz to się rozbeczy jak dziecię.
Sędzia począł opowiadać wesołe dykteryjki, ale ich nikt nie słuchał.
Wieś państwa Rewnowskich, między Wisznicami a Włodawą położona, w której zwykle przemieszkiwali, nie ładnie się nazywała. Z prastarych czasów mianowano ją Muchomory, może dla tego, że istotnie ogromne lasy otaczające ją, w ten rodzaj grzybów obfitowały. Nazwisko i samej sędzinie i jemu miłem nie było — z dawna myśl miał Rewnowski przezwać Benedyktowem albo Benedyktopolem. Lecz ludzi odzwyczaić od starego miana rzecz nie łatwa. Najlepszym tego dowodem były owe Czołhany na Teofilpol przezwane, których nowe imię dukatami opłacono, a stare bizunem pędzono precz, i pół wieku trzeba było, nim się to dało ugruntować. Muchomory też zostały Muchomorami tymczasem. Majątek był duży, ziemi do zbytku, sosnowego lasu, ba! i dębiny dosyć, łąk niemało acz nizkich, ziemia za to nie bardzo rodziła. W lata mokre podtapiało i przało, w posuchę znowu gorzało wszystko. Rowy kopano i kopano, a z wodą i jej dystrybucją nie umiano sobie dać rady. Wszelako to, co Bóg na wioskach jego dawał, starczyło obficie sędziemu, na szlachecki żywot w tym kącie spokojnym.
Kupowało się naówczas tylko to, czego już w żaden sposób dom dostarczyć nie mógł, cukier, bakalie, korzenie, wino... Zresztą w domu robiono, czego on potrzebował. Życie było skromne na pozór, dostatnie bardzo. Nie miało ono połysku i świetności, ale oparte było na tęgich podstawach. Sędzia gospodarzem zbyt zabiegliwym nie był, ani opieszałym. Wglądał po trosze we wszystko, a życia sobie posuchą ani ulewą nie psuł.
Dom w Muchomorach nizki, z dachem wysokim, niezmiernie był długi, bo wązki. Zbudowano go tak niegdyś i zostawiono, jakim Bóg dał, przystawując kletki, nie troszcząc się o fizjognomię. Komórek też w nim było dużo, jedne o wschód cały niżej, drugie o dwa podniesione. Nie było jednostajności i w innych rzeczach, sufity z belkami, płócienne i podrzucane na trzcinę, świadczyły, że w różnych czasach powstały. W dwóch pokojach były szpalery w okładzinach drewnianych, w innych ściany gliną wyrównane i bielone. Po alkierzach sosnowe dyle, z których się ściany składały, tylko mech w środek między nie powtykany przybierał.
Tak i ze sprzętami w domu. Dopatrzyć między niemi było można pewnie XVII-go wieku sięgające i nowsze, były piękne i od siekiery ociosane. Na kominkach i szafach obok srebrnych puharów złocistych, stały gliniane kufle i zielone szkło proste. Ani sędzia ani sędzina tego odziedziczonego dawnego porządku zmieniać nie widzieli potrzeby. Przybywały czasem rzeczy, innemi obdarowywano przyjaciół, rzadko co kupiono. Nie mając dzieci, państwo Rewnowscy otoczyli się byli z dawna rozmaitego rodzaju rezydentami, których już teraz pozbywać się nie było sposobu — nikt też o tem nie myślał.
Niewymagająca to była ta ludność gracjalistów, ale dosyć liczna. Każdy niby się czemś zajmował, w rzeczy zaś najlepiej jedli i plotki nosili. Więc na pierwszem miejscu stał Rewnowski Hilary, starzec, krewny daleki czy imiennik, zwany dziaduniem. Ten się już ledwie włóczył, i to o kiju, a czasem o dwu, nogi miał jak kłody. W szarej kapocie, podpasany pasem nicianym, koloru nijakiego, w pół przegięty, zgarbiony, łysy, brodę i brwi miał niezmiernie wybujałe, głos gruby, tubalny i wyglądał wcale nie ładnie. Był to jednak najlepszy z ludzi, pobożny, cichy, i wdzięczny. Szanowano w nim wiek i niedolę. Żołnierzem niegdyś był i dużo o Leszczyńskim mówić umiał.
Drugim z kolei był Hadziakiewicz, zwany Hałaburdą (ale po cichu); niespokojna dusza, łatwowierny, gorączka, lecz ile razy co zmalował, płakał, do winy się przyznawał, i w godzinę nową burdę wyprawiał.
Sędzia lubiący spokój, dawnoby się go z domu pozbył — ale mawiał naiwnie: „Jak ja go wypchnę, kto go weźmie? pytam... zmarłby gdzie chyba u żyda pod ławą“. Hadziakiewicza sędzia mógł zburczeć i głowę mu zmyć, jak chciał, od niego ścierpiał wszystko. Był to w spokojnych Muchomorach, prawdziwy — turbator chori.
Ledwie już wzmiankować warto trzeciego, skromnego i rzadko się ukazującego, niby rezydenta, niby kapelana, księdza Sobrańskiego, który miewał czasem lekkie napady obłąkania, nieszkodliwe nikomu. Dla tego mu mszy świętej odprawiać czasem długo nie było wolno, a gdy sobie to pozwolenie wybłagał, z radości i rozkoszy u ołtarza we łzy się rozpływał. Pobożny był nadzwyczajnie, rozrzewniony zawsze, chodził z rękami prawie ciągle zaciśniętemi jak do modlitwy, i szeptał też nieustannie coś po cichu... Grosza mu nie można było dać, bo pierwszemu ubogiemu oddał go natychmiast; a raz odzież z siebie wszystką tak rozdarował, że przez tydzień ze swej izdebki nie mógł się ruszyć. Dziwiło go to, iż drudzy się temu dziwowali, znajdował naturalnem wywłaszczenie siebie dla ubogiego. Ksiądz Sobrański nosił pasek i włosiennicę, co piątek wstrzymać go od dyscyplin nie było podobna. Gdy na niego przyszedł ów czas obłąkania, naówczas skarżył się, że go zewsząd otaczały złe duchy i wskazywał je po kątach. Napadały go trwogi, i modlitwą dopiero mógł się uspokoić. Ks. Sobrański pokazywał się rzadko, unikał ludzi... a gdy trochę w domu bywało tłumniej, nic go już z izdebki, której ściany całe były oblepione obrazkami i modlitewkami, wyrwać nie mogło.
Około sędziny bawiła najprzód pani strukczaszyna z Olgierdowiczów Pomorska; osoba niegdyś bogata, przywiedziona do bezdomnego ubóstwa, które ją jednak z godności i uczucia dostojeństwa wysokiego rodu — nie uleczyło. Sędziostwo oboje sadzili ją na pierwszem miejscu, honorowano biedaczkę i wybaczano jej słabości różne — starając się, aby nie czuła przykrego położenia.
Strukczaszyna chodziła zawsze w sukni na robronie (łatanej), niby strojna, wykrygowana, bieliła się i różowała, lubiła opowiadać o czasach dawnych i dawała sobie tony ogromne. Czyniło ją to śmieszną — ale biednemu wiele się przebacza. Uchybienia swej godności, pośledniejszego miejsca u stołu i t. p., nie mogła znieść. Wspomnienia młodości, gdy jeszcze piękną była, najmilszym były jej rozmów przedmiotem.
Ułomna mocno, ale twarzy wcale ładnej i oczu czarnych rzadkiego blasku, z długiemi chudemi rękami, panna Micka, była przy kluczach i zastępowała panią sędzinę. Była też to osoba dobra i usłużna, miała tylko tę słabostkę, iż się jej zdawało, że się wszyscy mężczyzni w niej kochali. Romansową była i nazywała się sama tkliwą... Naostatek Rózia, daleka kuzynka jegomości, ruchawa, śmieszek, dosyć lekkomyślna dzieweczka, której trzeba było pilnować ciągle, aby nie popełniła jakiej niedorzeczności — dopełniała regestru dworu i rezydentów. Na folwarku tuliło się jeszcze pomniejszej rzeszy kilkoro, która się tylko w wigilię do opłatka pokazywała.
Gdy państwo Rewnowscy dowiedzieli się o synowicy, i w Muchomorach rozeszła się wieść, że ową, za straconą mianą sierotę, odzyskano — przyznać trzeba, iż nikomu na myśl nie przyszło jej zazdrościć, ucieszyli się wszyscy szczęściem gospodarstwa, którzy w sierocie jakby własne widzieli dziecię. Ks. Sobrański, któremu mszę odprawiać było pozwolono, odprawił dziękczynną; spłakał się stary Rewnowski, winszując, Hudziakiewicz klął się i przysięgał, że zawsze przeczuwał, iż dobrym sędziostwu Bóg musi zesłać pociechę. Strukczaszyna z góry zapowiadała, iż pannę dobrych manier nauczy.
— Bo to — dodała — niech sobie mówią, co chcą, dziś już tej maniery ludzie nie mają, co była na Sasskim dworze, ani się ukłonić, ani uśmiechnąć, ani chodzić, ani siedzieć, dziś żadna nie potrafi. Inaczej było za nieboszczyka króla jegomości... a co za elegancja! dziś do czego kobiety podobne!... dam już niema...
Sędzina swym zwyczajem głową potwierdzając kiwała... Panna Micka cieszyła się nowej przyjaciółce, przed którą spodziewała się spowiadać ze wszystkich nieszczęśliwych amantów, którzy jej nie dawali pokoju... a Rózia! Rózia może rachowała na to, że gdy wszyscy będą nowo przybyłą zajęci, ona swobodniej na ganek wybieży bałamucić prowentowego pisarza.
Gdy państwo Rewnowscy wyjechali już po Konstancję, rolę gospodyni domu, której sobie wydrzećby nie dała nikomu, objęła strukczaszyna. Ona siadała na pierwszem miejscu u stołu. Stary Rewnowski nieco głuchy, zajmował miejsce przy niej, i opowiadań jej tem cierpliwiej słuchał, że rzadkie słowo z nich do ucha mu wpadło.
Hadziakiewicz na wyjezdnem dał był sędziemu najuroczystsze przyrzeczenie, że w czasie jego niebytności, awantury nie zrobi — i upierał się przytem, iż go dotrzymał, bo tylko jednego żyda pobił i za pejsy wytargał, za to, że broniąc się, psa podwórzowego kijem potrącił, i jednego stróża bizunem skropił za to, że mu odpowiadał.
— A tego bo ja ścierpieć nie mogę, — rzekł: to darmo! żeby mi cham miał pod nos... dmuchać...
Dwa te epizody według niego bynajmniej przyrzeczenia danego nie łamały...
Ponieważ bytność państwa Rewnowskich u starostwa przedłużyła się jakoś nad miarę i rachubę, oczekiwano w końcu z wielką niecierpliwością powrota co dzień, co godzina, sprzeczając się o to, w której porze dnia przybyć mogli. Hadziakiewicz się klął i przysięgał, że nie mogą inaczej przyjechać, tylko na wieczór, dowodząc to noclegami i popasami, jedynemi możliwemi na gościńcu. Etapy te skazywały jadących na nieodzowny, według niego, przyjazd wieczorny. Panna Micka, która i Hadziakiewicza między innemi posądzała o miłość ku sobie, uśmiechając się, usiłowała go przekonać, iż prawdopodobniej nie przyjadą rano, ale wybrawszy się z Zalesia, mogą, zmieniając noclegi na popas, et vice versa, przybyć na obiad.
Strukczaszyna nie miała o tem stanowczo wyrobionego zdania, jednak z obiadem zawsze przyczekiwano, i w kuchni był zapas taki, aby uchowaj Boże potrzeby, obiad się sklecił na prędce. Kucharz poczciwy pijaczyna, zostawał pod dozorem, i arendarz miał przykaz wódki mu nie dawać do wieczora.
Przez pół dnia niemal w ganku pod słupami, widzieć zawsze było można, albo starego Rewnowskiego, albo Hadziakiewicza, albo pannę Micką w mitenkach z kluczami, wyglądających, ażali nie jadą.
— Dosyć, że ich jak niema, tak niema — wzdychając i z gracją jedząc obiad, mówiła strukczaszyna. Żeby tylko uchowaj Boże jakiego nieszczęścia!
— Ale co znowu, jak Boga kocham, niech mnie djabli wezmą, szelma jestem, — wołał Hadziakiewicz, — zawsze pani strukczaszyna coś takiego wymyśli! Jakie nieszczęście! co? gdzie! cóż? Wywróciliby się? oś trzasła? koło się rozsypało! Dla Boga! wielkie nieszczęście... Rozbójników że po lasach niema, ani o powietrzu nie słychać. At! Co to gadać! Szelma jestem...
Stary Rewnowski dopytywał, o co chodziło i kładziono mu do ucha — a on głową kiwając, pokaszliwał.
Właśnie jednego dnia siedziano u stołu przy obiedzie, i strukczaszyna sięgała po flaszeczkę z tłuczonym cukrem dla posypania naleśników, gdy wpadł Niczypor, chłopak z kredensu, i krzyknął:
— Państwo jadą!
Wszyscy się zerwali od słołu.
— Gdzie? jak to może być! O tej porze! Strukczaszynie flaszeczka z fioletowego szkła wypadła z ręki, potoczyła się i padła na podłogę. Szczęściem, tylko się cukier wysypał, bo sitko z niej spadło, flaszeczka od serwisu została. Rewnowski dojadł naleśnika, i dopiero powstał, swoich dwóch kijów szukając, Hadziakiewicz bez czapki już był w pół dziedzińca, a ks. Sobrański w kącie, ręce złożywszy, modlił się po cichu.
Niczypora pchnięto, aby obiad natychmiast na nowo gotowano. W całym dworze popłoch się zrobił, z oficyny powybiegało, co żyło, nawet kucharz z rożnem, na którym już kurczęta proprio motu, na pierwszy odgłos — wbite — sterczały.
Czeladź niepoodziewana a ciekawa, walczyła ze wstydem a ochotą widzenia państwa i „naszej panny,“ z niesłychaną ciekawością, a gdy się ukazała — widać było po twarzach, że oczekiwań nie zawiodła, że je przeszła swą pięknością i wyrazem dobroci a skromności.
Sędzina z pośpiechem i szczebiotliwością zwykłą zaczęła zapoznawać: Pani strukczaszyna dobrodziejka... moja Kocia... a prawda? a co! nie mówiłam? Micko kochana, uściśnijże ją, Róziu, chodź tu zaraz, weź tę chustkę... Jak się ma ks. Sobrański?... zdrów widzę... Rózia... chodź bo tu...
Witał się i sędzia ze swymi, ale naprzód uczcił strukczaszynę ucałowaniem jej ręki.
— Cóż, jakże? scyatyka? ulżyło? — spytał.
Hadziakiewicz się kłaniał do kolan.
— A słowa mi dotrzymałeś? — pytał sędzia.
— Święcie! — odparł Hałaburda, — święcie.
Stary Rewnowski, któremu się na wolnem powietrzu udało to dosłyszeć, huknął tubalnym głosem: — Tylko żyda pobił i stróża..
— Widzisz! — pogroził sędzia.
— Niech śród ziemi pójdę — bodajem skisł — szelma jestem — nie naruszyłem słowa, — krzyknął Hadziekiewicz. Co prawda, to prawda. Żyd się na Parola kijem zamachnął. Żeby on pańskiego, szlacheckiego psa miał bezkarnie poniewierać! — A niedoczekanie jego! Grzmotnąłem i coś się za pejsy potargało... a przecież poszedł o swej sile. Stróż znowu — odpowiadał!! Żebym ja to miał znosić! Chamie ty jakiś! Wlepiłem mu! Cóż to za burda? To burda? to jest sprawiedliwości wymiar — bodaj mnie kaczki deptały — szelma jestem...
Wśród tej wrzawy na ganku, wchodziła prowadzona do domu panna Konstancja, dla której przy mieszkaniu sędzinej, przygotowano, wyświeżono, wykadzono najpiękniejszy pokoik. Nie było tu zbytku nigdzie, nie mogło go być i w nim, ale świeżutko, ładnie i wonno; urządziła go panna Micka. Zaraz też ona, Rózia i sędzina, powiodły tam Kostusię. W ciągu podróży już ona była do swej nowej opiekunki, jak ona do niej przystała. Sędzia był w synowicy rozkochany, sędzina płakała z radości. I na twarz smutnej sieroty wystąpił też promyk wesela. Nie mogła nie odpowiedzieć sercem na tyle dobroci i miłości, na które jeszcze zasłużyć nie miała czasu.
Nim obiad improwizowany podano, musiała panna Konstancja z sędziną obejść cały dom, a nawet zobaczyć kawał ogrodu, który był raczej poczciwym sadem starym, pełnym drzew owocowych, z jedną w pośrodku altaną lipową. Równać się on nie mógł z pięknym owym w Zalesiu, ale też tu wszystko było skromnie i po szlachecku.
Sędzina chcąc sad swój pochwalić, zaręczała że lepszych sapieżanek nigdzie nie było, i że jabłka bursztówki — „chyba równie“ doskonałe rodziły. — Wskazała na maliny nawet i na kwatery agrestem i malinami powysadzane.
— Już to tu wszystkiego, — dodała panna Micka — mamy poddostatkiem. Z łaski Bożej, chyba ptasiego mleka brak.
Konstancja chwaliła wszystko, aby zrobić przyjemność sędzinie, która jej natarczywie patrzała w oczy.
Cała reszta dnia zeszła na oględzinach i wtajemniczaniu, na bliższem zabieraniu znajomości. Strukczaszyna zabrawszy głos, coś ze swej autobiografii udzieliła, kommunikując, jak wielki podskarbi koronny u nóg jej klęczał, a że był dosyć ciężki, wstać potem nie mógł, aż mu rękę podała.
Zdala w kątku modlący się ks. Sobrański wydawał się dziwnie trochę, ale sędzina szepnęła na ucho Konstancji, że się go wcale obawiać nie było powodu.
Sędzia, jak wszyscy domatorowie, znalazłszy się w swoim kącie znowu... czuł się szczęśliwym. — Wszędzie to dobrze, a w domu najlepiej! — powtarzał z rozrzewnieniem. A co wyszedł i postrzegł nową postać jaką, z którą się jeszcze nie witał, — wołał, uśmiechał się, i pozdrawiał wesoło.
Dopiero wieczorem wytoczyły się skargi i uzbierane pod niebytność państwa żale. Panna Micka oskarżała Rózię o płochość i miłostki z pisarzem, a oprócz tego, o bałamucenie wdowca ekonoma. Hadziakiewicz miał spór z prowentem o obroki. Ekonom z arendarzem sprawę wnosił o wódkę podejrzanego pochodzenia, i t. p. Wszystko to odłożono do rozstrzygnięcia spokojnego czasu.
A że po sąsiedztwie gruchnęła już była poprzednio wieść i zapowiedziano przybycie panny Konstancji, niepodobna było nie sprosić miłych sąsiadów, i nie ukazać im, a nie pochwalić się synowicą. Żądała tego sędzina, pochwalała strukczaszyna myśl tę, sędzia się godził, a panna Konstancja musiała milczeć, choć to okazywanie jej miłe być nie mogło.
Uprojektowano obiad — i na ściąganie tłumne dalekich i najdalszych, ale bliższego tylko sąsiedztwa — a primo loco Matuskich, w których domu Wacek Paczura oznajmił szczęśliwą wiadomość Rewnowskim. I obiad przecię taki bez wstępu, bez piramid i cukrów, bardzo prosty, choćby z leguminą i kremem, na wsi się nie daje bez pewnego przygotowania. O mięso się trzeba ubezpieczyć, bo tu częściej chude krowy biją, niż tłuste woły, cielę domowe na rzeź wybrać, drób oznaczyć, i tysiące drobnych rzeczy przygotować. Sędzina na pieczyste z razu forytowała prosięta, przeciw czemu zaprotestowała strukczaszyna, znajdując je smacznemi, ale nieprzyzwoitemi. Powodem do wyboru prosiąt było, że sędzia je bardzo lubił, więc się mógł przy gościach pożywić; usunięto jednak te istoty mniej szlachetne i zastąpiono je indykiem ogromnego wzrostu, który oddawna takie burdy wyprawiał jak Hadziakiewicz — i pozbyć się go pilna była potrzeba. Ponieważ karuczek był w domu, — zapowiedziano więc cytrynową i różową galaretę, zawsze bezpieczniejszą od kremu, którego charakter niestały nigdy się na energię jego spuścić całkiem nie dozwalał.
Sędzia co do wina dał dyspozycję summaryjną. Miano jeszcze do kawy poobiedniej upiec sucharki. Na obiad wybrano niedzielę. Sam Rewnowski w ciągu tygodnia miał objechać i sprosić sąsiadów. Lista ich z domowymi wynosiła osób około dwudziestu.
Nadszedł dzień ten uroczysty — pogoda mu sprzyjała, Konstancję z pomocą i radą strukczaszynej, ustrojono... szczęściem, niezbyt przesadnie. Jej we wszystkiem było i zawsze pięknie. Wyprosiła się od zbyt napuszonego ubrania, wybrała jak najprostsze, a dobra sędzina pozwoliła jej w tem dogodzić swej fantazyjce.
Już się goście zjeżdżać poczynali, a sędzia w ganku przyjmowaniem ich był zajęty, gdy z wielkiem podziwieniem swem ujrzał tak rychło wcale niespodziewanego tu Wacka, który też szczególnym trafem na ten dzień przybywał.
Jak się to stało, wytłómaczyć musimy. Po wyjeździe panny Konstancji wszyscy w Zalesiu po niej tęsknili, ale Wacek rady sobie dać nie mógł. Chodził w gorączce i jak oszalały. Starosta go kilka razy niecierpliwie zapytał: — Co ci jest? Co za giez cię ukąsił?
Nie odpowiedział z początku. Drugiego czy trzeciego dnia zastał go nad przepisywaniem dokumentu, z piórem w ręku, tak zamyślonym i pogrążonym, że nie usłyszał, jak pan Sniehota nadszedł, stanął, obserwował go długo, wreszcie za ramię pochwycił, wstrząsł nim i krzyknął:
— Co tobie? czyś zdrewniał? gadaj! co to takiego jest? Ja mruków nie lubię. Boli cię — mów...
Wackowi w istocie tak dolegała ta miłość, iż mu się zdało, że lepiej uczyni, gdy się do niej przyzna staroście.
Pocałował go w rękę: — Panie starosto dobrodzieju, — rzekł, — co mam taić? głowę straciłem... Jestem zakochany w pannie Konstancji Rewnowskiej.
Starosta się w boki wziął i śmiał się.
— Jak Bóg miły! a to coś osobliwego! I ty! no proszę!... a panna?..
— Panna zbyła mnie ni tem ni owem, ale sędzia uczynił mi nadzieję i przyrzekł swą protekcję. Tymczasem kto wie, co tam wypaść może. Młodzież ją otoczy... uprzedzi mnie kto...
Starosta śmiał się ciągle.
Mirabilia! Co to jest młodym być! Hej! hej! głowa się pali... A no — o cóż asindziejowi idzie? Jeżeli ci sędzia uczynił nadzieję — nie będę przeszkadzał, ruszaj smalić cholewki — ja tu i tak z ciebie pociechy mieć nie będę, bo głowa i serce gdzieindziej. — Z Panem Bogiem.
Widać było, że starosta trochę był markotny — odwrócił się, pochodził.
— Niech mi lasy powyrąbują... cóż robić! dla miłości twej warto jaką sosnę poświęcić. A żebyś odemnie jak pasternak goły nie jechał... muszę ci dać na wyprawę...
Otworzył biurko, dobył rulon i wcisnął mu w rękę.
— Dosyć, że ta Konstancja nie tylko nas opuściła sama, ale jeszcze nam ludzi pozabierała za sobą, — westchnął z cicha — taka to pociecha, gdy człek wychowuje sieroty...
Starosta poszedł zaraz opowiedzieć o tem żonie, która, o lepszej partji marząc dla swej faworytki, nie mogła się wydziwić sędziemu, co ją za Wacka już wydać przyrzekł... i protekcję mu obiecał. Choć go lubiła staruszka, ale z Kostusią porównywać się nie mógł jej zdaniem.
Jak tylko odprawę od starosty dostał Wacek — nie mógł już wytrzymać, natychmiast się wybierać zaczął, i tak się dobrze uwinął, że na ową niedzielę stanął w Muchomorach.
W oknie naówczas stojąca panna Konstancja z sędziną, gdy go poznała, zaczerwieniła się jak piwonia, i odeszła pomieszana, boć łatwo się było każdemu domyślić, co tu młodego chłopca tak pilnie pędziło.
Witając jednak sędzinę, Wacek się wytłómaczył, że go starościna przysłała dowiedzieć się, jak państwo dojechali i — o zdrowie panny Konstancji.
Tym sposobem wykłamawszy się trochę, Wacek, widząc pannę zakłopotaną swem przybyciem, napastliwym być nie chcąc, usunął się na bok, i z Hadziakiewiczem, trochę mu znanym z wesela Matuskich, rozpoczął rozmowę.
Goście tymczasem napływali, a mężczyzni zwłaszcza, co który zobaczył synowicę państwa sędziowstwa, to za głowę się chwytał i w pochwałach rozlewał. Junoną zwali ją jedni, Wenerą drudzy, inni Djaną — i cała mitologia zużytą została na uwielbienia. Sędzina śmiejąc się szeptała: — A co? nie mówiłam! Niema równej.
Młodzież kołem ostąpiwszy panie, które w jednym kątku siedziały, wejrzeniami strzelistemi aż inkomodowała nieszczęśliwą ofiarę, która oczu nie mogła podnieść, żeby nie spotkać wzroku natrętnych. Mieszało ją to mocno. Niektórzy tak byli niedyskretni, iż półgłosem nucili hymny, których nie mogła nie słyszeć. Już się zabierano iść do obiadu, przy którym swobodniejszą być sobie obiecywała umęczona panna Konstancja, gdy szum się zrobił w sieni i w pokoju zaczęto się odzywać:
— A to kasztelanic Pociej!
— Słowo daję! to taranty Pocieja! mówił inny.
Gospodarz, który kasztelanica i mało znał, i wcale nie zapraszał, zdziwiony poszedł ku gankowi. W istocie był to kasztelanic, który na drodze się spotkał z panem Wasiutyńskim jadącym do Muchomorów. Ten mu wyśpiewał, że jedzie bardzo piękną pannę, świeżo przybyłą tu z pod Lublina oglądać. Kasztelanic, kawaler modny, płochy człek, panicz, wielki płci pięknej miłośnik, stante pede postanowił towarzyszyć Wasiutyńskiemu, na bryczkę go swą wsadził — i pojechali.
Młodym był pan Pociej, jak wiadomo znacznego rodu i wielkiego imienia. Wychowanie w domu odebrał francuzkie, a już i zagranicą bywał, szlacheckie więc towarzystwo i jego obyczaje, dosyć sobie lekceważył. Zdało mu się, że zaszczyt czyni dworkowi, do którego zajedzie. Ubrany modnie, po francuzku, w peruce, którą podróż nieco nadwerężyła, we fraku haftowanym, koronkach, łańcuszkach, błyskotkach, wyglądał trochę niewieścio, przy zawiesistej szlachcie wąsatej. Lecz strój ten już naówczas w wyższem towarzystwie bardzo był pospolity, w mieście niemal powszechnie przyjęty, i znamionował wedle pojęć ówczesnych postępowych ludzi. Ci, co się starego ubrania trzymali, za zacofanych byli miani. Kobiety zwłaszcza, bardzo łaskawemi oczyma patrzyły na żaboty koronkowe, mankiety i białe ręce, które z pod nich wychodziły.
Wysiadając już kasztelanic, śmiał się, nie wątpiąc, że impressję uczyni nie małą.
— Nieproszony gość! — zawołał, witając się z sędzią — ale zaszczycając się przyjaźnią jego i respekt mając dla domu państwa, chciałem im z przyjaciołmi powinszować szczęśliwego, o którym słyszałem, ewenementu.
Sędzia pokornie dziękował, tryumfalnie wprowadzono go do pokoju, przed sędzinę. Strukczaszyna jak indyk nadęła się, zobaczywszy eleganta, i miny robić zaczęła... aby zwrócić na siebie jego uwagę. Kasztelanic jednak dość roztargniony, szukał oczyma solenizantki dnia tego, i znalazłszy ją, ku niej zaraz przylgnął. Nawykły do tego, że go panie piękne z nadskakującą grzecznością przyjmowały, zdziwił się trochę chłodowi, jakim go panna Konstancja powitała — lecz to go tylko większym jeszcze natchnęło animuszem. Przysiadł się do niej z natarczywą rozmową, ale w tejże chwili do stołu oznajmiono, i odstąpiwszy jej, musiał prowadzić sędzinę, przy której też go posadzono.
Wackowi dostało się miejsce, jeśli nie przy pannie, to naprzeciw, lecz nie wiele z tego skorzystał, gdyż oczu prawie nie podnosiła, i ona jakoś smutna a zadumana siedziała. Kasztelanic nie mogąc wprost pannie się zalecać, która mu niezmiernie w oko wpadła, usiłował się z dowcipem i konwersacją popisać przed wszystkimi, mówił wiele, nie zawsze do rzeczy, śmiał się sam, aby drugich do śmiechu pobudzać, pił, zabawiał, dowcipował i w istocie strukczaszynę zachwycił.
Przypominał jej kawalerów owych czasów szczęśliwszych, gdy się oni jeszcze w niej kochali — i — słowo w słowo tym samym trybem błyskotliwym zalecać usiłowali.
Pan Pociej, z tego aplauzu starej pani nie bardzo był rad, wolałby jedno wejrzenie panny Konstancji, a ta widocznie go unikała. Mocno go to obeszło... W takim dworku pod strzechą znaleźć taką obojętność, takie lekceważenie dla kawalera, co w Warszawie miewał niesłychane sukcessa, srogim było ciosem. Wziął więc na kieł...
Po obiedzie na chwilę się zetknąwszy z sędzią, wyraził mu uwielbienie gorące dla panny Konstancji, a zarazem poddał myśl, że w takiej kompanii wesołej, jużciby też i muzyczkę warto postawić, aby się młodzież rozruszała.
Sędzia nie był od tego — posłano do Wisznic po miejscowych muzykantów, którzy na weselu Matuskich dowiedli, że choć nie tęgo grali, ale dwa dni i dwie nocy bez spoczynku mogli pełnić swe obowiązki.
Kasztelanic, o którym już z boku Hadziakiewicz się wyrażał w swoim języku, że zaszłapał, w istocie był mocno zajęty, i namawiając do muzyki, chciał zyskać pretekst, aby tu dłużej zabawić. Na muzykę trzeba było czekać, potem gdy się towarzystwo zaanimowało, nie łacno było przestać. Spodziewał się faworem tańca do panny zbliżyć, popisać z figurą i zręcznością i głowę zajechać.
Nie chciał ruszyć z Muchomorów, nie postawiwszy na swojem. Serce tam jeszcze żadnego nie miało udziału, ale próżność grała.
Nim muzyka przybyła, kasztelanic mimo przeszkód wielu, do panny się docisnął, i wziął ją w oblężenie. Na pannie Konstancji i ta napastliwość trochę za śmiała robiła przykre wrażenie. Zdawało się jej, iż kasztelanic w imię tytułu i pozycji swej nadto sobie pozwalał... Była więc w tem usposobieniu, iż szukała tylko zręczności, aby mu okazać, iż wcale jej się to postępowanie nie podoba.
— Cóż to dla mnie za szczęśliwy dziś dzień, — mówił kawaler, — gdy niespodzianie taką gwiazdę wśród tych lasów naszych świecącą ujrzałem!... olśniony jestem...
Panna Konstancja spojrzała zimno, niby nierozumiejąc.
— Jaką gwiazdę? — spytała.
— A do kogóżby tu się to adoptować mogło, jeśli nie do pani! — rzekł z galanterją.
Pan kasztelanic znać nawykł w stolicy do takich komplementów, — odezwała się panna, — a ja, wieśniaczka jestem... Wie pan, że mnie się one wydają śmiesznemi...
— Jakto? śmiesznemi?
— Tak! zwłaszcza przy pierwszem poznaniu, — odparła Konstancja. Tak mało się znamy... nie pochlebiam też sobie, abym na takie jasne nazwisko kiedykolwiek zasłużyła.
— Skromność pani — nie dozwala...
— Piękną mamy pogodę? — przerwała panna, zwracając się... a po chwili spytała kasztelanica, dokąd się wybrał w drogę, bo słyszała, że tu przypadkiem zajechał?
— Wcale nie przypadkiem, — odezwał się uparty admirator, — rozgłos i sława wdzięków pani, brzmiąca po całem sąsiedztwie, sprowadziła mnie tu...
— Doznasz pan zawodu!
— Jestem zachwycony!
Konstancja się rozśmiała: — Widzę, że kasztelanic bierzesz mnie zawsze za jedną z dam warszawskich, nawykłych do tego języka?
— Innym do pani mówić nie podobna!
— A ten dla mnie niezrozumiały, bo mi się zdaje pożyczony z teatrum! — odezwała się panna.
Kasztelanic zagryzł usta...
Panna Konstancja skorzystała z jakiegoś zapytania sędzinej i wymknęła mu się. Później zaś tak go unikała widocznie, iż kawaler powziął ztąd rankor wielki.
— A to mi gąska!! — mówił w duchu, — co za fochy! patrzcie! Ktoby myślał, że wojewodzianka lub księżniczka, tak się to dmie i nosi z sobą!
Nie zraziło go to, i owszem, postanowił dosiadywać. Nadjechała muzyka, rozpoczęły się tany, chciał rej wodzić w nich panicz, lecz szlachta jak konie tabuny, pot poczuwszy, zakrzyczała go i niemal zadeptała.
Był tu dysharmonijną nutą.
Dawno też byłby kasztelanic Muchomory porzucił — lecz tak pobitemu i skonfudowanemu jawnie trudno odjechać było. Z lekkomyślnością paniczykowatą, nie bardzo wiedząc co poczynać, obrachował, że puszczenie szmermela będzie zemstą najlepszą. Siedziała trochę na uboczu pani strukczaszyna, mocno wykrygowana, którą z postawy wnosząc, brał za osobę wielkiego tu wpływu używającą. Przystąpił więc do niej.
Bogu tylko jednemu wiadomo było, jak ją tem uszczęśliwił. — Nie pojmowała dotąd, jak takiej dystynkcji kawaler mógł w niej nie poznać osoby swojego świata i wychowaniem sobie równej. Z radości drgnęła aż, wyprostowała się mocniej jeszcze, i wdzięcząc się a wachlując, odezwała:
— Co też to pana kasztelanica na tę pustynię zagnało? Bo to... dobrzy ludzie — ale pustynia!! i parafia!! A! a! Proste, dobroduszne kreatury... nie to, do czego ja i pan nawykliśmy...
Kasztelanic rozsiadł się tak szeroko i swobodnie, jakby był u siebie w domu, i bawiąc się dewizką od zegarka, począł:
— Pani dobrodziejko... jeśli się nie mylę... strukczaszyna...
— Tak jest... z Olgierdowiczów.
Skłonił głową kasztelanic. — Pani dobrodziejko, — ciągnął, — co mnie tu sprowadziło, — fama oczu panny Rewnowskiej...
— O te bałamuty! bałamuty! — zasłaniając się wachlarzem, szeptała strukczaszyna. No i jakże te oczy? czy uczyniły impressję?
— Zabójczą! okropną... Strzała utkwiła mi w sercu...
— Już pan ją czuje?
— Pani wie, — wejrzenie jedno i po człowieku!! miłość przychodzi jak piorun!!
— Tak! tak! słyszałam to nieraz... Mówił mi to niegdyś pan Podskarbi koronny... który...
Uśmiechnęła się skromnie...
— I on i wy wszyscy, — dodała z melancholią strukczaszyna, — wszyscy bałamuci! Nikomu wierzyć nie można. Wyjedziesz pan kasztelanic kilka mil, i inne oczy, a miłość nowa wypędzi pierwszą impressję.
— Bardzobym rad, żeby się tak stało, — mówił kasztelanic, — bo — śmiertelnie jestem zakochany, a panna, jak uważam, sroga i nie łaskawa...
— Cóżeś asindziej chciał, żeby zaraz affektem odpowiedziała?
— Choćby grzecznością...
Strukczaszyna pochyliła się ku niemu, aż woń pudru jej i różnych ingredjencyj toaletowych go zaleciała... — Między nami mówiąc trochę dzika... niezbyt okrzesana... Wychowanie jej dano takie... Ja dopiero się chcę nią zająć...
Kasztelanic westchnął przesadnie...
— Polecam się względom pani... O! te oczy! te oczy!!
Uszczęśliwiona zaufaniem kawalera, strukczaszyna dała mu znak porozumienia głową i szepnęła:
— Będę mu służyła...
Kasztelanic wstał... Tego mu dosyć było. — Rzucił strzałą Parta, zostawiał za sobą nadzieję, że powróci — i że się rozmiłował na serjo. Mścił się tym sposobem, bo nie wątpił, że to głowy pozawracać miało i wszelkie rachuby na niego skierować.
Zyskać sobie Pocieja takiej szlachcianeczce, toć było przecie szczęście nie lada!





Przez cały ten wieczór przemęczył się Wacek, okrutną zazdrość i gniew obudzał w nim ten kasztelanic we fraczku, od którego piżmo czuć było; oprócz tego do panny Konstancji przystęp był trudny. Rozpytawszy się o starościnę, od której przywiózł list, panna unikała go. Za drugim razem gdy się spotkali, a Wacek wzdychać począł, i miał począć rozmowę o sobie — zapytała go — o brata.
— Brata mojego niełaska pani wypędziła, — rzekł Wacek — a gdzie i dokąd ona mnie pchnie! to Bogu wiadomo!
Niby nie posłyszała panna Konstancja. Młody Matuski i inni sąsiedzi ciągle ją brali do tańca, a że unikała kasztelanica, szła chętnie z niemi, Wacek ani się mógł docisnąć.
W końcu już zdesperowany, gdy kasztelanic też odjechał zły i kwaśny, stanął Paczura pod oknem, ręce zwiesił tak — patrząc na nią, skamieniał jak posąg. Smutno nań było spojrzeć, tak z twarzy mu biła rozpacz.... i smutek. Już dobrze było późno, gdy zlitowawszy się nad nim panna Konstancja rękę mu podała, wybierając do przetańcowania. Rzucił się, jakby go rószczką czarodziejską dotknięto, poweselał, ale po chwilce rzucono go i znowu został — sam jeden. Gonił oczyma uciekającą, gdy skrzypki jakoś ustały, i panna idąc odpocząć usiadła około niego. Złożyło się tak, iż w blizkości nikogo nie było, coby mógł podsłuchiwać. Mężczyźni poszli się chłodzić na ganku, kobiety z sobą szczebiotały...
— W istocie pana starościna do tej podróży namówiła? — zapytała Konstancja...
— A! panno Konstancjo dobrodziejko, — zawołał Wacek, — alboż mnie do tej podróży namawiać było trzeba? Ja tam w tej pustyni wytrzymać nie mogłem. Wolałbym tu za parobka służyć, niż tam panować...
— Cóżbyś pan na tem zyskał?
— Patrzałbym na panią, — rzekł Wacek.
— Wszak pan słyszałeś, com mu raz mówiła? To się odmienić nie może, — odezwała się poważnie panna Konstancja, — nie może!!
— Pozwól mi pani choć łudzić się i spodziewać.
Zamilkła panna i wachlowała się chusteczką.
— Gdybyś mi pani powiedziała, że inny jest szczęśliwszy, żeś pani uczyniła wybór... — rzekł Wacek po chwili.
— Cóżby to pomogło! — szepnęła panna, — jam panu mówiła, nigdy za mąż nie pójdę, bo nie mogę. Mocne to postanowienie. Wiem, że stryjowstwo wydaćby mnie chcieli — ale mnie przymuszać nie będą...
Ze spuszczonemi oczyma mówiła to spokojnie i powoli.
— Takie moje przeznaczenie! — dodała.
— Ale powód?..
— Powodu panu powiedzieć nie mogę, — przerwała panna Konstancja. Sprzyjam mu mocno... wdzięcznam mu za dobre serce dla mnie... proszę byś pamiętał o mnie... ale zarazem, abyś gdzieindziej szczęścia szukał... tu — tu pan go próżno będziesz czekał...
— Jakto? nawet mi pani zostać nie pozwalasz!!
— Bronić nie mogę — proszę... — mówiła, wahając się panna Konstancja. Mówią, że u mężczyzn uczucia te prędko przechodzą, pan pojedziesz, zapomnisz i — będziesz szczęśliwy... Ja panu tego z serca życzę!
Mówiła i głos jej drżał przejęty — wstała potem żywo i uśmiech kłamany na usta przywoławszy, pobiegła do sędzinej. Wacek siedział jak wkuty.
— Niechże to kto zrozumie! — mówił w sobie. — Zdaje się życzliwa. Gdy mówi, — czuję, że nie gniewa się na mnie, a odpędza... To oszaleć trzeba..
Zamyślił się Wacek, co ma czynić.
— Zostanę, — rzekł w duchu, — niech choć poprobuję, co Bóg da, to da, zawsze będzie czas iść precz.
Nazajutrz strukczaszyna z wielkiemi ceremoniami, w tajemnicy największej powierzyła sędzinie sekret kasztelanica, — kasztelanic się kochał; od pierwszego wejrzenia śmiertelnie był ranny — i niezawodnie się mógł ożenić. Cóż to za szczęście byłoby dla rodziny Rewnowskich, skoligacić się tak, taką partję znaleźć dla sieroty...
Ktokolwiek wie, jak u nas wielką do rodu i związków familijnych przywiązywano wagę, nie zdziwi się tem, że sędzinę sama ekspektatywa takiego marjazu niesłychanym sposobem uniosła i wyegzaltowała. Uwierzyła strukczaszynie i miłości bałamutnej kasztelanica.
Strukczaszyna podniosła głowę ku sufitowi, rękę jedną po nad głową i ramionami ruszyła... w milczeniu... Sędzina się kręciła niespokojna. Co tu było począć?
Pobiegła do męża...
Sędzia siedział u siebie, czytając z Warszawy nadesłaną jedną z tych gazetek à la main, które przepisywane naówczas, po kraju całym krążyły, gdy żona weszła z rumieńcami na twarzy, po których nawykł był poznawać, że albo ją co bardzo ucieszyło, lub mocno rozgniewało.
— Co ci to, mój aniele? — spytał.
Stanęła mała pani sędzina naprzeciw męża, ręce założyła na piersiach i niema poczęła długo patrzeć na niego.
On cierpliwie czekał.
— A co? — bąknął.
— Co? co? A toż to, kochanie ty moje najdroższe, bąka strzeliłeś takiego... ale takiego.
— Ja? bąka?
— Tak — ty... Wiesz! kasztelanic się chce żenić z Kostusią. Oświadczył to strukczaszynie! A tyś sobie ręce związał tym Wackiem...
Osłupiały słuchał sędzia.
— Kasztelanic chce się żenić z Kostusią! Oszalała baba! Co jej takiego! kasztelanic? ależ on nie emancypowany, a kasztelan dumny pan, prędzejby mu dał pod fraczek sto odlewanych, niż żonę szlachciankę... A! to mi się podoba!
Sędzina, istota łatwo się dająca przekonać, czarno i biało, zmieszała się.
— Strukczaszyna — poczęła...
— Strukczaszyna tylko o romansach myśli, marzy i mówi. Coś jej się przyśniło...
— No — toż się da widzieć, — przerwała nieco zwątpiwszy sędzina, — o to idzie, aby się z tym Wackiem nie spieszyć, kasztelanic musi się przecię starać — aby się wystarał.
— A no — zobaczymy! a ja — ja asindźce mówię — przez imaginację wyjechała na koronację, tej kobiecinie zawsze świta w głowie...
— O! już bo jegomość a starosta co na kobiety nie wymyślacie! Uszy więdną...
— Zobaczymy! — dokończył sędzia, — zobaczymy. Da się widzieć!
Żona wyszła — ale sędziemu klin zabity nie ustąpił z głowy... — Kasztelanic! Pocieje! Rewnowscy z Pociejami! Co za liść wspaniały na genealogicznem drzewie... Rozum jednak powiadał, że z tego nic być nie mogło...
Wszelako — z Wackiem Paczurą był ostrożniej, unikał rozmowy i trochę się stał chłodniejszym. Wacek zaś, mając pozwolenie dawne, siadł jak na rezydencji.
Micka suponowała, że jej czarne oczy mogły też nie być bez wpływu; z czego daleko domyślniejsza Rózia śmiała się do rozpuku, bo już wiedziała dobrze, o co chodzi...
Wacek polował, jeździł, stękał i siedział.
Z panną Konstancją ani się już mógł rozmówić, unikała go widocznie.
W półtora tygodnia, gdy nikomu, oprócz strukczaszynej, nie był na myśli kasztelanic, ujrzano jego konie — przyjechał... Sędzia się zdziwił bardzo.
— Co u kaduka! czyby ta baba miała istotnie z nim taką konfidencję?...
Gdy dano znać sędzinie o przyjeździe, wbiegła do Kostusi, poczęła ją całować, śmiać się, i zapowiedziała jej przybycie konkurenta. W tej chwili spojrzała na nią, Konstancja, jak trup była blada i drżała jak w febrze...
— Jezu miłosierny! co ci to jest?
Podano wody — ale panna wnet do siebie przyszła. Nim sędzina dalsze mogła rozpocząć badanie schyliła się do nóg jej i z uczuciem błagalnem szepnęła:
— Matusiu moja! — gdyż tak mi się nazywać pozwalasz, — matusiu, ja proszę, ja modlę, — pozwólcie, bym do niego nie wyszła...
— Do kaszelanica!! — zawołała z rozpaczą sędzina.
— Matusiu kochana — jest dla mnie wstrętliwy — to lalka nie mężczyzna... Dla czego mam się męczyć? Niech wie, że ja go nie chcę, jeśli ma jakie zamiary... i niech sobie z Bogiem jedzie...
Sędzina chciała jej prosić — ale Konstancja poczęła ściskać, całować, łasić się jej, ulitowała się więc — i jak zawsze była łatwą i dobrą, przystała na to, żeby powiedzieć, iż chora...
Ledwie z tem wyszła, gdy w sieni spotkała strukczaszynę, śpieszącą na konferencje o stroju: — Wystaw sobie — wyjść za nic nie chce, za nic! — zawołała, łamiąc ręce...
Obie natychmiast powróciły nalegać, ale — Kostusia była niewzruszona, odmówiła wręcz strukczaszynie.
— Już to ja do panny Konstancji szczęściem się pochwalić nie mogę, — westchnęła urażona staruszka. Cóż tedy? Jak sobie kto pościele... Wyszła stara gniewna, mówiąc w duchu: — Przewrócona głowa! Głupie dziewczę... Na to niema ratunku...
Kasztelanic, który sądził, że drugą tą bytnością wywoła wrażenie niezmierne, i będzie miał zręczność zabawiania się z piękną panną, o dalszych następstwach nie myśląc, — z razu oczekiwał apparycji, pochlebiał sobie, że fioki na jego intencję pannę zabawiły tak długo — wreszcie, gdy mu oznajmiono, że chora, a strukczaszyna minę pewną zrobiła, mocno to uczuł. Dosiedział jednak, i znalazł zręczność rozmówienia się na osobności z protektorką.
— To są kaprysy, — szepnęła mu stara, — fonfry! panna widać kim innym zajęta, a sędziowstwo dają jej sobie dogadzać... wszelkim kaprysom!! Nie chora... jako żywo...
Ruszyła ramionami... Kasztelanic zarumienił się z gniewu i apprensji, pierwszy raz w życiu afront go taki spotkał... Gotowało się w nim zemsty pragnienie, — ale na kim ją tu wywrzeć było?... Piękna panna, co go tak nielitościwie odpychała, jeszcze mu się wydawała piękniejszą... jeszcze pożądańszą...
Ukrywając w sobie to wzburzenie, kasztelanic pozostał dłużej umyślnie. Po raz drugi zbliżył się do strukczaszynej, ciekawy dowiedzieć się, kto mógł być jego rywalem. Jejmość nie wahała mu się wyrazić podejrzenia, iż Wacek Paczura, mizerny szlachetka, mógł być tym — wyraziła się — proferowanym.
Na pierwsze spojrzenie już kasztelanic czuł jakiś wstręt do tego wąsatego gładysza w czamarze. Nie powiedział ani słowa... zabawił do wieczora, i wyjechał. Wacek powracał tąż samą drogą z lasu, którą kasztelanicowi już po nad wieczór przybywać było potrzeba...
Gościniec to był piasczysty, szeroki, lasem otoczony do koła, wyjeżdżony przez chłopskie wozy, szukające sobie lżejszej drogi... Wacek szedł bokiem ze strzelbą na ramieniu... Zdala po koniach poznał wracającego kasztelanica... Pociej też zobaczywszy go, ponieważ piasek był spory, pod pozorem ulżenia koniom, wyskoczył i pieszo skierował się ku lasowi, obrachowawszy, że się spotka z Paczurą. Sam dobrze nie wiedział, na co się to zdało, ale buta podraźniona wiodła go do zaczepienia sztachetki.
Z dala kilka razy się zmierzyli oczami, a że Wacek nie był mu osobiście znany, tylko go widział kręcącego się po pokoju, — witać go nie myślał. Skręcił nieco w las... Kasztelanic, któremu to było nie na rękę, zdjął kapelusz...
— Za pozwoleniem, — rzekł, — zdaje mi się, żem miał przyjemność...?
— Tak jest, spotkałem pana kasztelanica w Muchomorach...
Skłonił się Wacek zimno.
— Ja właśnie ztamtąd powracam, — odezwał się kasztelanic, śmiejąc się żartobliwie. Nie miałem dziś szczęścia, bom panny Konstancji nie widział, a nie taję, że dla niej szczególnie się wybrałem, piękna bo panna! Jak pan znajduje?
Zdziwiony tą rozmową, Wacek się zasępił.
— Znajduję jak wszyscy, że panna Konstancja Rewnowska piękną jest bardzo, — ale dziwi mnie tak lekka mowa o niej.
— Pana to dziwi? — rozśmiał się kasztelanic, jakby szukał przyczepki, — a mnie to dziwi, że pan się dziwuje! hę? Co pan na to?
Wacek stał dalej, już nie wiedząc co mówić.
— Za pozwoleniem pana kasztelanica — rzekł, — ja nie dobrze rozumiem...
— A! pan nie rozumie!! — począł się śmiać sucho kasztelanic, — pan rozumieć nie chce? hę? co?
— O co panu idzie? — zimno odezwał się Wacek.
Pociej zmierzył go od stóp do głowy oczyma, przystąpił bliżej i rzekł cicho:
— Pan niema ochoty...
I ręką wskazał fechtowanie.
— Owszem, — odparł Wacek, — dla czegóż nie? tylko nie widzę racji!
— A gdy komu ręce świerzbią? to nie jest racja? — zapytał Pociej.
Wacek głową dał znak potakujący.
— Pan się bijesz na szpady? — spytał Pociej.
— Biję się i na szpady — choć na szable wolę...
— Na szable nie służę... Szpad i rapirów parę mam z sobą... a gdybyśmy...
Odwrócił się do służącego i mrugnął. Ten już dobywał dwa rapiry równe, które nigdy Pocieja nie opuszczały. Z gracją podał jeden przeciwnikowi Pociej, zrzucił frak i stanął. Wacek, nie wiedząc za co i dla czego ma się bić, troszkę się śmiejąc w duchu z napastnika, a nie wiele ważąc te żelaza, które naówczas z pogardą rożenkami nazywano, — postawił strzelbę pod drzewem, zakasał rękawy, rozpiął suknię i czekał...
Przez ciekawość raczej niż z potrzeby, oba oni z bratem probowali się na szpady fechtować — ale Wacek nie miał wprawy. Zdawało mu się, że to rzecz łatwa i w porównaniu do szabli — igraszka. Naprzeciw niego stał przeciwnik znany z wielkiej biegłości i fechmistrz jakich mało... Zaledwie się złożyli, Pociej poczuł z kim ma do czynienia, zwyciężyć a nawet zabić antagonistę było dlań igraszką; począł więc przyskakując, odskakując, odsadzając się, parując, koląc z gracją, chyżością i wprawą taką, że Wacka nim się opamiętał, dotknął kilka razy, aż krew trysnęła — na ostatek z wielkim śmiechem, wytrącił mu szpadę z ręki i kolnął go w bok tak, że mu z prawej strony po nad żebrami skórę na wylot przeszył. Wacek chwycił się za bok — lecz nadto był silny, aby go to obalić mogło... Nim się opamiętał, co czynić z krwią ubiegającą, co z kasztelanicem, spostrzegł, jak ten mu się skłonił, z rąk sługi wziął frak, poskoczył ku powozowi i skinął na woźnicę, aby jechał.
Tuman pyłu wzniósł się na gościńcu... i kasztelanic znikł mu z oczu.
Długo nie mógł przyjść do siebie Wacek... Opatrzył się... miał cztery pchnięcia, a z tych jedno zdawało się groźnem... bok przebity nie głęboko wprawdzie, krwawił mocno... Zawiązanie na prędce chustką nie wiele pomogło... Paczura lękał się osłabnąć i paść; pośpieszył więc co prędzej ku dworowi... W pochodzie istotnie parę razy słabo mu się zrobiło. Spojrzawszy na siebie, postrzegł, że cały był krwią obmazany... Chciał się cofnąć właśnie, bo w tej chwili wchodził w dziedziniec, gdy sędzia zastąpił mu drogę... Krew na odzieży przeraziła go.
— A to co! — krzyknął...
Wacek się uśmiechał. — Nic... nic...
— Przypadek? strzelba? zwierz? mówże — wołał sędzia, i nie czekając odpowiedzi, począł krzyczeć: — Jest tam kto? — Po cyrulika! Jest tam kto?
Głos, którym się Rewnowski rzadko odzywał, bo zwykle mówił cicho i spokojnie, cały dwór na ganek i podwórze ściągnął.
Najpierwszy przypadł Hadziakiewicz, bo gdzie krzyk było słychać i zamieszanie, a hałas się wszczął, nigdy go tam nie brakło... Zobaczywszy krew, wnet począł nie pytając rozdziewać rannego, aby dojść do źródła... stało się to tak szybko, że nim Wacek pomyślał o obronie, ten już go rozpiął, opatrzył, ręką machnął i zawołał:
— Nic, — szelma jestem — mizerja! od rożna.
Sędzia stał, nie rozumiejąc... Sędzina zdala zobaczywszy okrwawionego, biegła ręce łamiąc. — Co się stało!? Tuż za nią panna Micka, Rózia, ks. Sobrański, w ganku stary o kijach Rewnowski... biegli, stawali, coś widząc i domyślając się strasznego, a nie mogąc dopytać, co się stało?
Napadano milczącego Wacka pytaniami do koła, ten jeszcze rozmyślał, przyznać się, czy zmilczeć. — Utaić pojedynku nie było podobna... Hadziakiewicz krzyczał na cały głos:
— Ale nic! furda! No cóż? co? pokłócili się rożenkami... Szach! mach... i tyle — zalepi się, zasklepi... i nic... Jak Pana Boga kocham...
— Rożenkami? z kimże? gdzie?
Wacka na pół niemego prowadzono na ławę w ganku... Siadłszy, począł się uśmiechać...
— Spotkałem się w lesie z kasztelanicem, — miał ochotę probować się ze mną na szpady... Odmówić nie było podobna.
— I naszpikował! — wołał Hadziakiewicz, — naszpikował, — ale to nic. A jemuż się co dostało?
— Nie wiem, — rzekł Wacek.
Zawiązywano rany, — i przestrach pierwszy przechodził, gdy panna Konstancja wyszła niespodzianie na ganek, o niczem nie wiedząc. Spostrzegła bladego i okrwawionego Wacka... krzyknęła i zapomniawszy się, przypadła ku niemu z takim wyrazem rozpaczy i bólu, że przerażona sędzina pochwyciła ją, obawiając się, aby nie omdlała. Nie była to zwyczajna litość dla ranionego obojętnego człowieka, w tym krzyku i zmienionej twarzy łatwo mógł poznać każdy, że Wacek nie był jej obojętnym...
Nie postrzegła się biedna panna Konstancja zrazu, iż zdradziła serca tajemnicę, nie zawstydziła się, ale przypadając ku siedzącemu, poczęła wołać z wyrazem niemal rozpaczliwym: — Zabity!
— Duszeczko... aniołku! — opamiętaj się... ale zmiłujże się... nic mu nie jest... lekko ranny, — wołała sędzina.
Wacek wstał, chwytając ją za rękę wzruszony... Nie wyrwała mu jej... stała odrętwiona, zwolna przekonała się i z mowy Wacka i z twarzy przytomnych, że nie było niebezpieczeństwa, dopiero rumienić się poczęła, cofnęła krok i zakryła oczy...
— Ranny? — spytała głosem cichym... — ale któż pana ranił?
— Żartem — tak — probowaliśmy się z kasztelanicem.
— Żartem? z kasztelanicem?.. — powtórzyła panna Konstancja, — żartem? — Spojrzała na otaczających. — krew? niema niebezpieczeństwa?
— Najmniejszego! — wykrzyknął Hadziakiewicz. — Co to to! jakby szpilką pokłóty! furda!
Jednakże Wackowi dosyć krwi upłynęło, blady był i poprosił, aby go do jego pokoju zaprowadzono. Sędzina zamyślona wzięła za rękę Konstancję i weszła z nią do dworu... Mężczyźni ciągle się spodziewając wyjaśnienia jakiegoś — pociągnęli za rannym...
Panna Konstancja w milczeniu doszła z sędziną do swojego pokoiku, tu padła na krzesło, i zakrywszy twarz chustką, rzewnie płakać zaczęła...
Biedna Rewnowska stała nad nią z niecierpliwością doświadczonej niewiasty, która wie, że się trzeba dać wypłakać, nim się badać zacznie. Powtarzała tylko pół głosem niekiedy:
— Ale moje dziecko!
I podawała jej wodę w szklance.
— Napij się — to cię orzeźwi...
Łzy tymczasem nie ustawały... Długo czekać było potrzeba, dopóki panna Konstancja nie uspokoiła się nieco. Podniosła zapłakane oczy ku sędzinie, i pocałowała ją w rękę...
— A! pani! co teraz ludzie powiedzą o mnie!
Milczała zapytana długo...
— No, cóż tam — co tam mają mówić? Zlękłaś się... Zresztą dawny znajomy, razemeście się wychowali...
Przeszła się po pokoju sędzina.
— Między nami mówiąc — mój aniele, chyba wy się kochacie? Hm! moja duszko, toż wiesz, my przeciwko temu nie mamy nic... Uspokój się. Sędzia sobie życzy tego maryażu... ja twojego szczęścia pragnę...
Ręce złożywszy, porwała się z krzesła panna Konstancja.
— A, moja najdroższa pani — matko kochana — za nic w świecie! ja za niego iść nie mogę.
Sędzina stanęła tak zdziwiona, iż uszom wierzyć nie chciała, patrzała na nią wielkiemi oczyma, jakby nie rozumiała.
— Tak! a! tak! — kończyła Konstancja, — ja iść za niego nie mogę, ale nie pójdę za nikogo...
— Tego to ja już nie rozumiem, duszeńko moja, — z cicha, łagodnie poczęła sędzina, — ale, uspokój-no się — wytłómacz...
Na rozpłomienionej twarzyczce panny Konstancji znać było egzaltacją i poruszenie niezwyczajne... W milczeniu łamała ręce, chcąc mówić i nie mogąc się zebrać na słowo. Gdy nareszcie odezwała się, głos jej zachrypły był i cichy...
— Posłuchaj mnie, mateczko, — mówiła, — potem powiesz sama, że inaczej uczynić nie mogę! A! tak, ja go kocham — to prawda... kocham go... a nie godzi mi się ani mu tego przyznać, ani pójść za niego...
Zrezygnowana na to, iż nic tu zrozumieć nie będzie mogła, sędzina czekała wyjaśnienia...
— Ja go kocham — szeptała Konstancja, — a ukrywać to przed nim muszę... Ich jest dwóch braci... oni oba się razem pokochali we mnie, oba mnie kochają... Póty są w zgodzie, dopóki odmawiam obu — ręka moja wniesie waśń śmiertelną między braci... Mamże ja dla szczęścia mojego rozdzielić ich i uczynić wrogami! A! to nie może być i nie powinno... Kocham tego, tamtego mi żal — nie pójdę za żadnego z nich, aby w zgodzie i pokoju żyli z sobą...
Mówiła żywo, patrząc w oczy sędzinie, która słuchała z natężoną uwagą, ale zdawało się, że tego rozumowania jakoś pojąć nie mogła.
— Uspokój-no się, kochanie moje, — rzekła powoli — bo zbytecznie jesteś jakoś zaaffektowana... Romyślisz się... Ducha Świętego wezwiesz na pomoc... wszystko się ułoży... tylko się uspokój, kochanie moje... pomódl się... Słowo daję... ja nic nie rozumiem!
Pocałowała ją w głowę sędzina, — myśląc w duchu: — Ani wiem, co począć... bałamuci... egzaltowana... Trzeba się poradzić z jegomością.
— Uspokój się, — dodała, całując znów Konstancję, która płakała ciągle, — zostawiam cię na chwilę samą... połóż się... odpocznij...
I wyszła na palcach z pokoju, mocno skłopotana wprost do męża na naradę.
Sędzia poruszony i gniewny, właśnie był od rannego Wacka, zdawszy go Hadziakiewiczowi, powrócił do swojej kancellarji i przechadzał się po niej, pomrukując sam do siebie, gdy weszła żona na palcach, po cichu... Z twarzy jej widać było jeszcze i strach zaledwie przebyty i smutek a niepewność. Spojrzało na siebie małżeństwo...
— No, cóż jejmość na to? A to mi się pięknie spisał kasztelanic... Niewinnego człowieka na szerokiej drodze napaść... ni przypiął, ni przyłatał! bij się... to fiksat! furjat! zamknąć go do czubków!
Sędzina stała zamyślona...
— A już to prawda, — odezwał się, — Bóg nam dał niespodzianie odnaleźć tę zatraconą sierotę, ale powiem ci, kochanie... że kłopotu z nią... Ja już nie wiem, jak my z tego wyjdziemy? Wystawże sobie....
— No cóż! co? Kochają się z Wackiem! powiesz mi? Ja to dawno przewidywałem... Niema w tem nic. Sprawi się wesele i będą szczęśliwi...
— Tak to jegomości powiedzieć łatwo... Gdzie! zaś! gdzie!
— Ależ o mało nie omdlała, gdy go zobaczyła rannym, — krzyknął sędzia... Ślepyby zobaczył, że go kocha...
— A kocha, — rzekła sędzina smutnie potrząsając głową... Sama mi się do tego przyznała, ale to w tem właśnie sęk... wyobraź sobie...
Tu w czoło uderzyła się ręką.
— W głowie u niej... licho wie co!
— Jak to? cóż? co?
— Co? albo ja wiem co? Dosyć, że mi powiedziała: — Kocham go, ale za niego pójść nie mogę.
Sędzia stanął, dziwne miny robiąc z podziwu.
— Tobie się przysłyszało? kochanie moje! Cóżby to znaczyło...
— Jakaś historja romansowa... Jak żyję, nic podobnego nie słyszałam — ciągnęła dalej sędzina. Jest ich tych Paczurów dwóch braci. Otóż ona powiada, że oni się oba w niej kochają i przez to między sobą się zaczęli nienawidzieć. Ona tedy postanowiła nie iść za żadnego, aby między bracią waśni nie robić...
Słuchał sędzia, słuchał i splunął.
— Racja fizyka! — odezwał się wreszcie, — racja fizyka!.. At! babskie gadanie... Wszystko się to ułoży... Bracia się pogodzą, Kostusię wydamy i będzie po Bożemu. Tamten sobie drugą znajdzie... ale kasztelanicowi tego nie daruję...
Gdy sędzina się przekonała, że mąż jej nie brał tego na serjo — i w nią duch wstąpił, — nabrała otuchy, że się to wszystko da jakoś ułożyć szczęśliwie.
Przybyły cyrulik poobwiązywał rany Paczurze; nie opuszczał go też Hadziakiewicz, rad, że się przy tej zręczności wykrzyczeć i wyhałasować może. Ks. Sobrański przez litość znowu zaszedłszy do chorego, siedział nad nim, modląc się po cichu, ze złożonemi rękoma... Stary Rewnowski pierwszy odszedł, gdy się dowiedział, jak rzeczy stały. Rany nie były niebezpieczne... ale nudnie wymagano od Wacka szczegółów o tym pojedynku, których on opowiadać nie chciał, znajdując go śmiesznym. Był takim w istocie. Nie pochwalił się tem nawet, że i on — tak było w istocie, — kolnął parę razy kasztelanica, nim mu ten szpadę wytrącił. Pociej miał rękę przebitą, i bok raz dotknięty... Nie zważał na to w pierwszej chwili, choć wsiadłszy do powozu, uczuł, że mu krew płynęła z ręki obficie. Trafem, rana ta była niemal niebezpieczniejsza od zadanej Wackowi, bo ścięgna nadwerężyła, i Pociej zaledwie dojechawszy do miasteczka, musiał dla bólu i krwi upływu kazać się opatrzyć...
Sapieżyński doktór, Niemiec, kiwał głową, grożąc mu, że na fletrowersie, na którym wirtuozem był, może już grać przestać będzie musiał, — klął więc kasztelanic szlacheckie dwory i znajomości, gdy we dworze szlacheckim nawzajem na pańską butę i fantazję narzekano. Choroba Wacka przeciągała się, musiał siedzieć w izbie dla obwiązanego boku tak, że nawet panny Konstancji nie widywał, której współczucie za serce go ujęło tak, iż się czuł niem szczęśliwy i obiecywał sobie wiele.
Sędzina tymczasem usiłowała ciągle płaczącą i smutną synowicę nawrócić i przekonać, że dla imaginowanej niezgody braci, nie powinna siebie poświęcać, gdy ma do jednego z nich przywiązanie. Panna milczała, ale mocno przy swojem stała.
Wyzdrowiał w końcu Wacek o tyle, że mógł przyjść do pokoju, a śpieszno mu było, aby prędzej pannę zobaczyć. Powitała go Konstancja bardzo mile, serdecznie, a sędzina, ułatwiając im porozumienie, zostawiła ich samych, nie wątpiąc bynajmniej, że dziecinna obawa Konstancji ustąpi.
Miał tę nadzieję i Wacek, jakoż korzystając ze sposobności, chwycił za rękę pannę, zaklinając ją, aby mu szczęścia dla skrupułu dziwnego nie wydzierała..
Panna Konstancja miała czas się namyślić, kazała usiąść Wackowi, i odpowiedziała mu poważnie i chłodno.
— Nie jest to zbytni skrupuł ani fantazja... Zważ pan sam... Wincenty mi się z miłością oświadczył jak i pan... gdybym za pana poszła, musiałby wyrzec się domu naszego, a waćpan brata, związki krwi byłyby zerwane, żal do waćpana zachowałby na zawsze... Nie może to więc być, abyśmy się pobrali. — Nie pójdę wprawdzie za innego, ale za pana nie mogę...
Napróżno Wacek błagał i prosił, panna była nieporuszona, — zarazem jednak okazywała mu tyle przyjaźni, tak była spokojną i niemal wesołą, że Wacek nie zdesperowawszy jeszcze postanowił użyć wpływu sędziego, i samej pani, a przy swojem obstawać.
Sędzina codziennie prawie nalegała na Konstancję, która ją całowała w rękę, milczała, słuchała, a przekonać się nie dawała.
Sprobował sędzia wymowy i argumentów przekonywających, których siły był prawie pewien. Z godzinę siedział z Konstancją, przemawiał do serca, przywodził przykłady, starał się ją skruszyć obrazem nieszczęśliwego młodzieńca, — słuchała go z uszanowaniem, lecz... odpowiadała, że sumienie jej na to małżeństwo nie dozwala...
— A! no — dodał sędzia, — ja sobie postanowiłem nie zmuszać i nie namawiać cię — rób, jak chcesz. Zatem trzeba o Wacku zapomnieć, a innego sobie wybierać...
— Kochany stryju, — odezwała się Konstancja, w rękę go całując, — czy już wam tak pilno pozbyć się mnie z domu? Ja się wcale nie śpieszę za mąż! po cóż mnie wypędzacie?
— Bo nie chcę, abyś waćpanna u nas doczekała Jezusowych latek i wyszła na zgryźliwą starą pannicę, — rzekł sędzia.
— Ja zgryźliwą nigdy nie będę! — rozśmiała się smutnie Konstancja... — Dobrze mi u stryjowstwa, mogę się im przydać może... za cóż mnie z domu wygonić chcecie?
— Ale dziecko moje! — protestował sędzia.
— Pozwólcież mi zostać! Nie tęsknię za zmianą stanu!
— Dziewczyna uparta! — powiedział sobie wychodząc sędzia, — uparta! Dajmy działać czasowi...
Wróciwszy do kancellarji, kazał zawołać Wacka i radził mu nie nalegać i nie nacierać, a wytrwać, nie siedzieć ciągle, ale przyjeżdżać często: — Panna ma dla ciebie skłonność skrupuły z czasem przejdą... Jakoś to będzie.
Idąc za radą Rewnowskiego, Paczura jak tylko mógł bezpiecznie jechać, pożegnał Muchomory, i ruszył do Zalesia, a najprzód do stryja, aby go uspokoić. Wieść się bowiem była rozeszła o niedorzecznym pojedynku, nie z winy Wacka, ale kasztelanica, który o nim rozpowiadał, nosząc dotąd rękę na temblaku... A że tam nie wiedzieć co opowiadano i w Borusławicach i w Zalesiu, stryjowi winien był wyspowiadać się, jak to było.
Czekał też na niego niespokojny ks. Paczura, zgryziony wielce. Oddziałało to na jego zdrowie, nawet i na nogi był cierpiący. Hołłowicz w tem utrapieniu placu mu dotrzymywał i rozmową bawił. Właśnie i teraz siedział z nim, gdy Wacek nadjechał. Stara Magdalena, wiedząc, jak proboszcz niecierpliwie wyczekuje Wacka, pierwsza przybiegła dać znać, że jedzie, za nią wpadł Mamert, nie wiedząc że ona go uprzedziła, naostatek głupi Bartoch, zdyszany, drzwi otworzył, głowę wścibił i nic nie mówiąc, rozśmiał się na głos... Był pewien, że go proboszcz zrozumie.
Poprzedzony przez tylu posłów, nadjechał Wacek. Ks. Paczura stał w progu czekając, do uścisku gotów.
— Żeby cię Bóg kochał! i ciebie i Wicka, — zawołał proboszcz. Co tu pomoże i opieka Boska i staranie ludzkie i szczęście, kiedy rozumu niema... Siadajże! A zbladłeś! Krwi ci utoczyli...
Ksiądz z niepokoju i miłości nie wiedział sam, co ma mówić. Czuł się w obowiązku dać moralną naukę...
— A bo — sam sobie winien jesteś!! Po co to kochanie... te amory! te imaginacje! po co! Zatruwacie mi starość... No widzicie... widzicie! starostwo tacy łaskawi... i tego... O! mój Boże! mój Boże! — westchnął starowina.
— Kochany stryju — rzekł Wacek, — ale ja bo się nie czuję do winy...
— A któż? ja winienem? — spytał ks. Paczura...
Blada twarz delikwenta już się nad nim więcej znęcać nie dopuściła, ksiądz rad był, że go widzi, i gderać nie myślał. Dopytywał tylko o pojedynek i rany, które, jak zapewniał Wacek, pogojone były.
Potem zajęto się podwieczorkiem. Dopiero po odjeździe Hołłowicza, proboszcz zapytał:
— Cóż? — żenisz się — nie?
— Panna dotąd odmawia... muszę czekać...
Spuścił głowę ks. Paczura i począł chodzić po izbie wzdłuż, z tyłu za sobą ciągnąc chustką.
— Ja ci tam nic nie będę gadał, — począł powoli, — bobyś ty mnie nie zrozumiał, a gotówbyś starego dziwakiem ogłosić — ale z temi waszemi miłościami dzisiejszemi, to czysta swawola. Ludzie się wszyscy kochać powinni; dziewczyna uczciwa, dobrych rodziców, pobożna, nie brzydka, powinna każda młodemu mężczyźnie przypaść do serca. Małżeństwo sakrament, nie traktament... Dalipan! hm! wam koniecznie bo tej jednej potrzeba, do której się fantazja czepia... Asindziej jak i Wicek moglibyście się dawno pożenić z uczciwemi dziewczętami, ale nie — chce się tej bo jednej, której dostać nie można! Co z wami robić!! Kara Boża!
Nie umiał Wacek co innego odpowiedzieć nad to, że się żenić nie chce...
— A to źle, — odparł ksiądz. — Żenić się potrzeba, aby nie broić, mówi Święty Paweł — ale w ożenieniu szukać nie zabawki, tylko obowiązku... Stary Testament przykazywał pilno młodemu ożenienie... Cóż? wagabundować po świecie? wzdychać do księżyca...
Ks. Paczura tak wypowiedziawszy swe przekonania, dosyć dla młodego niesmaczne, — przyszedł go uściskać, aby surowy ton swych wymówek złagodzić stryjowskim pocałunkiem.
— Tak się to mówi — rzekł — z obowiązku kapłańskiego, — nie dzieci jesteście, rozum macie, róbcie, co wam się zda lepszem, byleście o Bogu nie zapominali. Ja, stary, wkrótce oczy zamknę... a radbym was widzieć już obu postawionych, jak należy i szczęśliwych...
Po skończonej rozmowie pojechał Wacek do Zalesia. Tu go znów wzięto na nowe konfessaty, ale starosta nie namawiał do niczego, dopominał się tylko, aby lasy objechać. Już mu donoszono, że tu i owdzie sąsiedzcy chłopi do lasów wpadali. Kazał nazajutrz zaraz na konia siadać, a wieczorem dokumenta były do przepisywania. Starościna ledwie się doczekawszy, aby mąż skończył z Wackiem, zabrała go do siebie. Miała przeczucia, że tam jej wychowance tak dobrze, tak spokojnie, jak u niej być nie może. Musiał Wacek opowiadać, jak mieszka, jak ją kochają, i czy nie smutna, czy nie zmizerniała, czy ją głowa nie boli?
Sercem nie przybranej ale prawdziwej matki bolała nad oddaleniem Kostusi. Coraz nowe sypały się pytania. Musiał Wacek dwór opisywać, opowiadać o strukczaszynie, o pannie Mickiej, o życiu, obyczajach, o sąsiedztwie, nawet o tem, jak tam jadano, i czy Kostusi nie szkodziło inne pożywienie. A wszystko się jej tam nie podobało...
Gdy późno już Wacek dokończył, starościna wzdychając rzekła, biorąc go za rękę:
— Nie może to być, abym ja tam nie dojechała... Waćpan mi będziesz towarzyszył... Ze starostą nadrobię, aby mi koni dał i na kilka dni puścił... Tęskno mi do dziecka, które pan Bóg dał na to, abym się niem nie nacieszywszy, postradała... Choć pojadę, zobaczę. Nic asindziej nie mów. W dobrą chwilę wyrobię to u Jegomości...





Nie wiem, czy kto temu uwierzy — ale jest to najprawdziwszą prawdą, że status quo, jakieśmy opisali — trwało jeszcze lat około dziesiątka...
Panna Konstancja była już prawie starą panną, choć tego po niej widać nie było; wszyscy żyjący bohaterowie powieści naszej, postarzeli po trosze i widzieć się to na nich dawało...
Wacek opalił się, schmurniał, dostał trochę marszczków na twarzy — kilka razy w rok przybywał do Muchomorów, bawił po dni kilka, panna go mile zawsze przyjmowała, a że natarczywym być poprzestał, chętnie z nim i długo rozmawiała, — ale gdy zagadnął o małżeństwo, główką tylko potrząsała. — Nie i nie!
Za każdą też bytnością jego zapytywała naprzód:
— Widział pan pana Wincentego?
Wacek, ten włożony na siebie obowiązek, widywania się kilka razy na rok z bratem, spełniał jak najpilniej. Jeździł do niego, bawił po dni kilka, polowali nad Bugiem, rozmawiali po całych nocach, a jak gdyby umówionego co między nimi już było, żaden o pannie Konstancji ani wspominał.
Wicek prowadził takie życie, jak gdyby pragnął pracą i trudem nieustannym zabić w sobie uczucia i wspomnienia. Gospodarz był zagorzały, nudny, drobnostkowy i egzaltowany razem. Stał godzinami nad robotnikiem, gdy przyszła orka, chodził w ślad za pługiem, czasem zniecierpliwiony, brał sam w rękę sochę, albo radło, i pokazywał, jak się z rolą obchodzić powinno... Każdy posiew tak go zajmował gorąco, jakby dramat namiętnego widza... Co będzie ze wschodem ziarna? a nuż posucha? a nuż chłód? nuż się zaostrzy? nuż spóźni? nuż wybuja? a tu pogoda nigdy taka nie przyjdzie, jakiej się gospodarz spodziewa... Zeszły oziminy dobrze, ruń piękna... nadchodzi zima. Tu dopiero — co Pan Bóg da... Śnieg może paść na niezmarzłą ziemię — wyprzeje.
Przez całą zimę myśli się, co to wyjdzie z pod śniegów? Nareszcie skowronek zaśpiewał... Kotki na wierzbach, leszczyna kwitnie... Wiosna!! Złażą powoli skorupy śniegowe... czarno... Każdego dnia, co rana w pole się leci — zielenieje czy nie? W niektórych miejscach zboża ani znaku — odorywać czy nie? Czekać jeszcze? Siać na nowo? Później czy pójdą pogońce na rzadkiem życie? czy pszenicę skosić czy nie? Nuż wylegnie?
Dramat urodzaju rozwija się powoli. Posucha!! nieszczęście — moczy... liście żółknieją. A co będzie na kwiat? Nuż chłody, albo wiatry, i ulewy... Lada burza może sypnąć gradem... W jednej godzinie całego roku praca w niwecz idzie. Wreszcie wszystko się przetrwało... kłos nabrał, schyla się, złoci... Co to będzie we żniwa? Czy się to da zebrać sucho... A tu o robotnika trudno? Pszenica już w kopach, ale i w nich porosnąć może... Dwa, trzy dni słoty, i czapki zielenieją!! Zwieziono ją do stodoły? Jaki będzie wydatek? jakie ziarno? Dalej, jakie ceny? Czy sannę Bóg da na dostawę...
Wszystko to zarazem plącze się i miesza... Ledwie zebrane jedno, drugie się już sieje. — Serce trzeba podzielać między rolą a stodołą, między tokiem, a zagonem.
Podobne historje z sianem na łąkach, z jarzyną, z ziarnem. Wydarło się kosztownie kawał pola z pod lasu, wykarczowało, wypaliło, posiało len albo proso, — ale czy one zapłacą robotnika?
Z końmi też jest czem się zatroskać, żeby tego parobcy nie pomarnowali, — z bydłem, aby się przezimowało, — z owcą, aby motylicy na moczarach nie dostała; naostatek z domową czeladzią, aby się ani do zbytku kłóciła, ani nadto nie kochała.
Wicek, biorąc to wszystko do serca, zrobiwszy sobie z tego cel życia, nie miał i chwili odpoczynku... Zmęczony, potem spał jak kłoda, a obudziwszy się, musiał lecieć, bo tam już zawsze coś czekało na niego. Zimą — ba! była staroświecka gorzelenka, śmierdząca, na której wódkę brzydką pędzono, i przy niej szopka, gdzie stały woliki domowe, które sprzedawano, gdy potłuściały, z zarobkiem. Trzeba więc było wstać do zacieru, wstać do rozdawania brahy, dopilnować, aby gdzie parobcy ognia nie zapuścili... a gdy z blaszanej rurki zardzewiałej poczęła kapać śmierdząca siwucha, by jej zbyt nie podstawiano półkwaterków defraudowanych.
Nie miał czasu Wicek próżnować, choć się zawsze kochał; w tej pracy utył nawet jak prosty parobek. Brat, który do lasu prawda jeździł, ale i na pokojach czasu wiele tracił, i był więcej do ludzi, miał Wickowi za złe, że tak się zakopał, zardzewiał, a od gospodarstwa nawet ruszać się nie chciał.
Ledwie raz w rok się wybrał z tenutą do starosty, a najwięcej dwa do stryja, któremu z leśnych produktów coś do spiżarni przywiózł: to rydzów faseczkę, to miodu trochę, to serków, to masła... a nawet kaszy jaglanej, gdy się pięknie udała...
Skutkiem tej pracowitości i bardzo skromnego życia, Wicek ani się opatrzył, jak najuczciwiej w ciągu tych lat, znacznego się dorobił kapitaliku. Dziwiło go to samego i pytał się siebie czasem — na co mu się to przydać może? Odpowiedzieć było trudno — ale szło, więc szło i bez myśli się ciułało. — Niech to sobie będzie...
W pierwszym roku żywej duszy nie widywał Wicek, oprócz wołów swoich i koni, a parobków. Pobożny jednak do kaplicy w Uściługu dojeżdżał, do kościołka w Horodle, tu zwykle stawał w kącie, pomodlił się i z nikim nie zadając, odjeżdżał do domu...
Myśliwstwa wielkim miłośnikiem nie był, jednakże wilcy szkodę robili, a czasem zwierzyny zażądał starosta, polowanie więc się urządzało. Jakoś drugiego czy trzeciego roku na jednem takiem polowaniu, które wypadło u samego skraju lasów, trzeba było wypadku, że się Wicek zetknął z innymi myśliwymi z sąsiedztwa. Byli to panowie Mysłowscy, ojciec i syn, dzierżawcy też, od dawna dobra w sąsiedztwie trzymający. Ci się bardzo pragnęli poznać z sąsiadem, ale głoszono go dzikim, więc się mu nie narzucali. Tu nadarzyła się zręczność. Wicek uprzejmie ich powitał, zawiązała się rozmowa, naturalnie nie o czem innem, tylko o gospodarstwie... Mysłowscy mieli wódkę i bigos, prosili na przekąskę. Przy śniadaniu zawiązała się dobra znajomość. Stary Mysłowski, szlachcic dawnej daty, ze wszystkiemi przymiotami i wadami stanu, „jak mnie widzisz, tak mnie pisz“ — i serdeczny i przebiegły, otwarty i filut, — ale z kośćmi poczciwy — uwziął się Wicka mieć przyjacielem. I on i syn tak jakoś chodzili koło niego, że go do siebie zaciągnęli. Choć na dzierżawie, Mysłowski żył niemal po pańsku. Dzierżawa była dobra, a oni lubili żyć i postawić się. Konie, stół, wino mieli wytworne... Gdy po raz pierwszy przybył tu Wicek, wyszła do obiadu pani Mysłowska z córeczką, mogącą mieć lat ze dwanaście. Zobaczywszy ją, osłupiał Wicek... te same pytające oczy czarne, też same miała długie ciemne warkocze — była podobną, a raczej mu tak przypominała Kocię, gdy ją z bratem z za szpaleru po raz pierwszy widzieli, — że na widok jej, jakby mu młodość jego nagle wróciła — o mało nie zapłakał... Przez cały czas oczyma wyrostka ją ścigał, a serce mu biło... Powagę miała tęż samą!!
Powróciwszy do domu, Wicek wmówił w siebie, że to była czysta imaginacja.
At! co na myśli, to się w oczach roi! Gdzie zaś! ani się umywała!
Splunął, otrząsł się i chciał zapomnieć. — Długo potem u Mysłowskich nie był, — chciał zapomnieć tego widziadła, wyrzucając sobie, że mógł być tak dziecinnym... Znowu wciągnęli go Mysłowscy, pojechał i — toż samo mu zrobiła wrażenie. Dzieweczka rosła i dojrzewała w oczach... Matka się nią cieszyła, a że córek więcej nie miała, już wyrostek, niby w domu gospodarzył... Kręciło się to i udawało gosposię, z kluczykami chodziło, a miało taką powagę i rozumek, że miło było na nią patrzeć.
Do Wicka kilka razy zagadała śmiało jak dziecko... O cudo! nawet głos jej przypominał niezapomnianą!!
Wickowi było i miło i przykro... Miał na sumieniu, że śmiał porównywać tę dziecinę jakąś, z tamtem bóstwem swojem. Wyrzucał to sobie jak apostazję i niewierność, lecz próżno walczył z sobą, — dzieweczka go ciągnęła jak jakaś zagadka... Ale — dziecko to było...
W oczach jednak pana Wincentego z pączka wyrastał kwiatek, z dziecka robiła się dzieweczka, panienka, panna...
Zaczęto już mówić w sąsiedztwie o pannie Zuzi Mysłowskiej, jako o ślicznej osóbce, któraby nawet już i za mąż pójść mogła, choć matka się zaprzysięgała, że jej młodo nie wyda... Kawalerów już roiło się wielu... Zuzia na nich ani patrzała... Gosposią była, dumną ze swoich kluczyków, a faworytką w domu... co jej tam było tak prędko iść za mąż!
Wicek, który zrazu rzadko bywał, a poznał ją dzieckiem niemal, oswoił się z nią wielce. Byli z sobą dobrymi przyjaciołmi, bez ceremonii. Ta przyjaźń taka stara, rosnąc, stawała się coraz trwalszą i mocniejszą. Wicek się zapominał na poufałej gawędce z panną, ona go lubiła. Najczęściej mówili z sobą i sprzeczali się o coś gospodarskiego, o kury, o gołębie, o ogrodowinę, o motki, o takie prozaiczne rzeczy, że w tem sentymentu, między talki i marchew, nie sposób było pomieścić.
Ale spory odbywały się wesoło i zabawnie, Wicek słynął jako gospodarz, Zuzia miała pretensję być gospodynią, jakich mało... Rodzaj współzawodnictwa zawiązał się między nimi.. Ile razy przybył do Mysłowskich, wnet mu się chwalono z czemś, a on się popisywał też z tem, co u niego się zrobiło.
Raz okrutna sprawa była o dynię, którą się Zuzia chwaliła, a która miała ważyć coś około trzydziestu funtów; Wicek ręczył, że u niego są większe i przywiózł w beczce takiego olbrzyma, że otrzymał zwycięztwo.
— Ale to pięknie, pięknie! że pan mnie dałeś harbuza! — cicho, żartem, szepnęła Zuzia...
Wicek się zaklął, że nie miał złej myśli. A! w istocie — marzyło mu się cale co innego tylko w sumieniu czuł się nieczystym, zdradzając miłość starą, pierwszą, najdroższą.
Czy państwu Mysłowskim przyszło kiedy na myśl, że z tej przyjaźni co więcej być może? — odgadnąć trudno.
Przyjmowali serdecznie sąsiada, ile razy przybywał, a dawano mu swobodę zabawiania się z przyjaciółką najzupełniejszą. Zuzia chętnie bardzo, może chętniej niż do młodszych, wybiegała do pana Wincentego, aby się z nim pośmiać i pogawędzić. Różniła ją ta chwilowa wesołość od panny Konstancji, ale — ale — Wicek znajdował, że wesołość Zuzi do powagi Kostusi, jak dwie krople wody była podobną.
Mybyśmy za to nie ręczyli — oczy jednak czarne miały wyraz ten sam głęboki, zadumany, pytający, niepokojący, i choć usta się śmiały i szczebiotały — one patrzały uroczyście.
Gdy panna dorosła, Wicek uczuł się nieszczęśliwym, niespokojnym, jednem słowem zakochanym. Najgorzej było, iż mu się zdawało, że kochał zawsze tamtą, a tę w dodatku... że może ta miłość była jakąś fałszywą i niepoczciwą.
Zaklął się więc po jednych odwiedzinach: — Więcej nie pojadę! — i nie był cztery miesiące. Kawał czasu.
Aż jednego dnia przybył Mysłowski stary sam.
Wicek w kożuszku domowym był właśnie na oborze, wyszedł do niego jak stał...
— Panie Wincenty, a już też tego nadto, — rzekł Mysłowski, — czy się gniewasz, czyśmy cię urazili, nie wiedząc, co to jest u Boga? cztery okrągłe miesiące nie byliście u nas! a czy się to godzi!
Wicek się tłómaczył, że czasu nie miał. Mysłowski nie wierzył.
— Będę sądził, że chyba, dalipan, się gniewacie — odezwał się odjeżdżając Mysłowski, — jak u mnie pojutrze nie będziecie na obiedzie.
Wicek przyrzekł, że przyjedzie. Zadany gwałt był wcale na rękę... Pojechał.
Trafiło się, że na samym wstępie w pokoju, spotkała go jedna Zuzia.
— A! toż cud! — zawołała. — Pan! pan Wincenty! Oczom nie wierzę! Cożeś się pan przegniewał?
— Ja się nigdy nie gniewałem...
— I ani razu pan nie byłeś — czte-ry — mie-sią-ce!! Podniosła palce do góry — czte-ry mie-sią-ce!!
Wicek tak był szczęśliwy z widzenia jej, iż zapomniał się, za rączkę ją chwycił i — pocałował.
Pocałował? toby było nic... Wszyscy naówczas panie całowali w ręce — ale przyzwoicie, skromnie, a pan Wincenty porwał tę rączkę i cały zaczerwieniony, — jak zaczął całować... nie było temu końca... Byli sami. Panna ze strachu, czy coś, ręki mu nie wyrywała — całował, aż się zarumieniła jak wiśnia, aż ją strach wziął i serce jej bić zaczęło... Matka nadchodząca z wymówkami — trafiła na to całowanie, i coby się miała pogniewać, podbiegła ku niemu radośnie...
— A! przecież pana oglądamy!
Zuzia ustąpiła, ale rzuciła okiem na Wicka i — dobiła go...
Co się z nim stało od tego momentu, nie wiadomo. Siadł przy Zuzi — i ani się ruszył od niej, zagadali się, zaczęli się śmiać... zapomnieli, nikt im nie przeszkadzał, i cały dzień do późna byli z sobą. — Mówili tylko o gospodarstwie — co zaś tam ich oczy gadały, tego, jak wiadomo, nikt nie może wytłómaczyć, prócz tego, do kogo to adresowane.
Dosyć, że gdy o szarej godzinie wyjeżdżał Wicek, panna mu szepnęła u progu:
— A niechże też bo pan całemi miesiącami o nas nie zapomina.
Jakoś we dwa potem miesiące, w Borusławicach zjawił się Wicek w porze, w której tam bywać nie zwykł. Niezmierną z tego miano radość — ks. Paczura niedomagający, aż się rozpłakał. Znowu cały dwór, jaki jeszcze żył, i ruszał się, zbiegł oglądać panicza, choć on już wyglądał wcale nie po paniczowsku. Co najwięcej dziwiło proboszcza, że Wicek, co bywał zwykle chmurny i posępny, tym razem śmiał się i zacierał ręce, a wesołą miał twarz na podziw, i żartował sobie z Magdaleny, że za mąż nie poszła... Nie było to w jego obyczaju. Z bryczki, faseczek, kobiałek, koszyków, węzełków, nadobywano do śpiżarni co niemiara...
Po obiedzie, na który teraz regularnie przyjeżdżał Hołłowicz, pod pozorem dotrzymywania kompanii proboszczowi, w istocie dla tego, że mu w domu dzieci dokuczały, — Wicek wziął na ustęp stryja do jego sypialni, i siedzieli tam, jak ciekawy, a niecierpliwiący się obrachował dzierżawca, blizko trzy kwadranse.
Z sypialnego pokoju, przedzielonego od sali komórką, niekiedy dochodziły głosy, które Hołłowicz usiłował podsłuchać i zrozumieć — ale, że mu się zbytnio przybliżać nie wypadało, bo lada chwila mógł ktoś wejść i złapać go na uczynku, — tylko jakieś wykrzykniki wesołe chwytał — i śmiech ks. Paczury... to znowu jak groch sypiące się gęsto wyrazy Wicka, opowiadającego żywo?
Co to mogły być za sekreta, do których on nie był przypuszczony, nie miał wyobrażenia dzierżawca... domyśleć mu się było niepodobna. Wiedział jednak, że księżyna się przed nim z tem wygada. Urazę miał do Wicka, który go eliminował z tak zajmującej rozmowy.
Gdy wreszcie po tych trzech kwadransach wyszli znowu do wielkiej izby, ksiądz miał twarz rozjaśnioną, rozpromienioną, z jednego oka łza radości mu ciekła... a usta się widocznie uśmiechały. Jednakże siadłszy, zaczęli zaraz o czem innem mówić, i Hołłowicz przez punkt honoru nie zaczepiał.
Wicek miał jechać do pana starosty, i widzieć się nazajutrz z bratem, — lecz Wacek był w Muchomorach od tygodnia, i parę dni tam miał jeszcze zabawić.
Zastał tylko starego procesowicza, który w papierach się grzebał jak zwykle. Gdy mu o Wicku oznajmiono, zdziwił się, że gospodarstwa w gorący czas odjechał, zląkł się nawet, czy się tam co nie stało.
— Jak się masz asindziej! Pan Jezus przy Waszeci! Co tu robisz? To dopiero gość! Siadaj i praw, co wieziesz, bo żeś nie darmo przybył, to pewna...
— Pan starosta zgadł, — odparł Wicek, — przyjechałem po błogosławieństwo!
— Hę? — spytał starosta, — po co?
— Po błogosławieństwo...
— Cóż to? przecież ci panna Konstancja z głowy wywietrzała? A to — winszuję.
— Przepraszam pana starostę, takuteńką drugą znalazłem...
— Żartuj zdrów!! — poważnie odparł Sniehota... — takie Kostusie na kamieniu nie rosną...
Wicek zaczął się tłómaczyć, opowiadać, słuchał starosta długo, wreszcie go za rękę chwycił: — A wiesz, co ja ci powiem?!
— Co każe starosta...
— Figla spłatamy Wackowi. Asindziej wiesz, że panna Konstancja za niego nie szła, boś się ty w niej kochał... Supponuję tedy, że teraz, gdyś ty sobie dubeltową znalazł, ona już wyjdzie za Wacka, i poczciwy Wacek będzie szczęśliwy... Proś-że go ty na wesele nie mówiąc na co i dla czego... podwoi niespodzianka radość!
Figiel pana starosty nadchodzącej pani zdał się niedobrym, ona i dla swej Kostusi i dla Wacka chciałaby była jak najprędszego rozwiązania, starosta się uparł... Była tedy lukta długa, a że stary pan przy swych fantazjach stał i Wickowi za to rok dzierżawy chciał darować — trzeba było słuchać... Miał to w charakterze swym starosta, że i w procesach i w innych życia przygodach, figle i niespodzianki lubił. Nie oszczędzał ich i żonie — choć czasem więcej strachu, niż przyjemności przynosiły. Uparty był stary.... Cieszyło go to zawczasu... Zaraz chciał nawet słać do proboszcza, aby z sekretu nie wydawał, i zabiegał tak, że się po jego woli stać musiało.
Wicka odarzonego nazajutrz odprawił do domu.
Gdy z Muchomorów powrócił Wacek, dowiedział się o bytności brata, i przyszedł dopytywać, co go sprowadziło.
Starosta minę zrobił smutną.
— Żal mi go nieboraka, — rzekł, — niech to będzie między nami, ale tego roku noga mu się pośliznęła, i na dzierżawie stracił tak, że przyjechał się od tenuty wypraszać... co było robić? — musiałem mu defalkować...
— Ale czyż może być! — zawołał Wacek, — urodzaje były śliczne...
— Zachciałeś — grad powytłukał... Dużo w kopach porosło. On co zawsze bywało na samej pszenicy tyle zarabiał, i kopy nie miał suchej. Bydło mu na języki się pochorowało, owce zamotyliczone... Formalna klęska.
Zgryzł się Wacek mocno.
— Niech to będzie między nami, prosił mnie o sekret...
Trochę mając zapasu, chciał heroicznie bratu nim służyć Wacek, a że go był ulokował u starosty, odezwał się z tem, a Sniehota go zburczał.
— Dajże pokój — da on sobie rady... Nie masz się co z zapasów odzierać — ja mu już pomogę...
Niespokojny był Wacek, lecz że od brata wiadomości żadnej nie miał, a przycichło ztamtąd, czekał czy się nie odezwie.
W parę miesięcy potem, jakoś już jesienią późną, odebrał list od Wicka.
Pismo było jakoś niezrozumiałe, a tak się zdawało niedorzeczne, że z niem do starosty przyszedł...
— Co to tam za papier trzymasz? — spytał Sniehota.
— List od mojego brata — zebrał się nareszcie napisać, ale mu się czy w głowie pomieszało, — czy co takiego?
— Cóż on tam pisze? — Starosta spojrzał z miną bardzo nasępioną, — a wiedział dobrze, co stało w liście.
Wacek ciągle ramionami zżymając i cudując się — począł czytać. W istocie, list był dziwaczny. Wicek zaklinał brata, aby dla bardzo ważnego interesu, znajdował się w Horodle na dzień i godzinę naznaczoną. Tak to było enigmatycznie ułożone, iż nie wiedzieć czego się domyślać, ale pojedynku najprędzej. Starosta, który list kazał sobie podać i sam go odczytał, był też tego zdania, że pewnie szło o wyzwanie na rękę.
— Otóż biedy napytał, — rzekł, — a nigdym się tego po nim nie spodziewał. Prawda, że żywy jest, ale ludziom nigdy nie daje powodu do zaczepki, zkąd mu to przyszło? Hm — osobliwa rzecz.. A no — krew nie woda! i to po ludziach chodzi.
Wacek chciał się wybrać wcześniej, starosta go nie puścił. Gdy do odjazdu przyszło, zawołał go do siebie, i uczynił mu tę uwagę, że choćby i o wybitą szło, należało garderobę wziąć najlepszą, bo potem zgoda i festyn nastąpić może, a gdyby i pogrzeb nawet, na który się ubrać pięknie należy.
Z niezmiernym niepokojem w duszy wyjechał Wacek. Starościnie go żal było, podszepnęłaby mu pewnie całą prawdę, ale męża się lękała, nie darowałby jej tej zdrady... Stało się tak, iż na dzień naznaczony, a nawet i godzinę, stawił się Wacek. Zajechał do karczmy, której gospodarza mu brat wypisał... Tu przyjęto go i wprowadzono do stancji, ale Żyd filut, namówiony, nie powiedział, o co chodziło, zapewnił tylko, iż pan Paczura wkrótce nadjedzie — z przyjaciółmi — i radził się ubrać.
Wszystko to tak było ciemne i niezrozumiałe, iż Wacka niecierpliwić zaczynało. Napadł na żyda, aby mu powiedział coś więcej, ten uciekł, ręcząc, że o niczem nie wie.
Już było około południa, gdy Wacek ubrawszy się jak od święta, z czapką na bakier, wyszedł przed karczmę. Zły był i zżymał się. Nie lubił sekretów, — miało to minę, że sobie z niego żartować chciano — nie lubiał też żartów...
Wtem groblą poczęły się ukazywać jadące powozy... Jeden, dwa — cztery — sześć, konie w kokardach, woźnice z bukietami przy kapeluszach... Zdumiał się. Wszystko to wprost potoczyło się przed kościół. Nie myśląc już wiele, czapki poprawiwszy, poszedł i Wacek. Zaledwie miał czas do parkanu się zbliżyć, gdy ujrzał brata wystrojonego z bukietem... po prawej stronie!!
Tuż w powozie drugim panna jechała w bieli, w wianku, z czarnemi oczyma... a! ale nie panna Konstancja. On nie znalazł w niej do tamtej żadnego podobieństwa...
Zaczęło mu się dopiero w głowie robić jaśniej. Brat się żenił! a! więc i on nareszcie rozwiązany był, a panna Konstancja już mu swej ręki odmówić nie mogła...
Zapomniawszy o wszystkiem, rzucił się brata ściskać...
Łzy mu z oczu płynęły. Byłby ściskał znajomych i nieznanych, tak mu się serce otworzyło szeroko, tak mu w piersi zrobiło się ciepło, taką radością zapłonęło w nim, od stóp do głów...
Więc powitania, radości wielkie i śmiechy... zaprowadził go Wicek do swej bogdanki i przedstawił, Zuzia z za łez dziewiczych spojrzała nań... Trzeba było iść do kościoła, bo już w nim organista marsza grał, aż się rozlegało. O! dziwny zbieg wspomnień... Marsz to był, którego niegdyś grywał Matłachiewicz na organach w Borusławicach, a chłopcy nieraz, w niedostatku innej siły, lub przez swawolę, kalikowali do niego... Obu im na myśl wnet przyszły pierwsze owe lata... i Matłachiewicza nauka i dzwony, pod któremi się wysypiał Bartoch i poczciwy Mamert i stara Magdalena. Jakież było zdziwienie Wacka, gdy z innymi wchodząc do drewnianego kościołka, w drzwiach zakrystji ujrzał ks. Paczurę, który czekał z agendką w ręku na państwa młodych...
Wszystko się odbyło jak najuroczyściej, a Wacek łzy miał na oczach — ślub ten był niejako własnym jego, od tak bardzo dawna upragnionym.
Gdyby był mógł, uściskawszy brata, puściłby się natychmiast do Muchomorów, aby pannie Konstancji oswobodzenie zwiastować. Po ślubie dla uspokojenia go, doniósł mu ks. Paczura, iż sama starościna, tego dnia co on do Horodła, wybrała się do Rewnowskich, aby dobrą zwiastować nowinę.
Z kościoła wszyscy musieli ruszać do Mysłowskich, gdzie wesele przygotowano, a stary dzierżawca bardzo dbał o to, aby było suto i świetnie.
— Posag czy dam, czy nie, to sprawa inna, ale żeby ludzie o weselu mojej córki jedynaczki lat kilka nie mieli co rozpowiadać — to nie może być! Jakem poczciw!
Sprowadził więc Mysłowski na to wesele i muzykę z Włodzimierza, i wino z Łucka, a nawet fajerwerkera od Lubomirskich, ażeby sztuczne ognie z cyframi wyprawił.
Moździerzy kilka pod oknami ustawiono. Kucharzy pięciu kłóciło się, swarzyło, smażyło, popijało w kuchni i masło łyżkami na ogień dla podsycania go ciskało. Kiedy hulać, to hulać...
Caluteńkie sąsiedztwo było zaproszone, a że na stoły nie stało miejsca w budynku mieszkalnym, uprzątnięto szopę, umajono ją sośniną i jedlinką, obwieszano wieńcami, z tarcic na prędce ułożono podłogę, i z niej naprzód jadalnię, potem balową salę uczyniono.
Mysłowski, gdy mu syn lub żona czynili uwagi, co to będzie kosztowało, odpowiadał:
— Niech kosztuje, co chce! musi być. — Córka jedynaczka... a Mysłowskiego stanie na to!
Trzy dni trwało owo wesele, a czwartego wyproszono się na przenosiny, gdzie znowu Wicek musiał wystąpić — choć skromniej daleko. Żona mu sama rozkazała, aby się nie ważył czynić zbytków. Mysłowski nie miał tego za złe, bo rad był zakasować nawet zięcia.
Zwykłym trybem odbywały się obrzędy przyjęcia... z chlebem i solą na domowym progu...
Przypadło Wackowi witać tu bratową, a przyjmował ją serdecznie, myśląc, jak jego Kostusię też w progu nowego domu, sędzina powita.
Dopełniwszy tego obowiązku, gdy i stary ks. Paczura, pobłogosławiwszy wszystkie kąty, śpieszył zmęczony do domu, Wacek z nim się zabrał, a ztamtąd już wprost nie do Zalesia, ale do Muchomorów, gdzie się spodziewał zastać starościnę.
Stryja na probostwie wysadziwszy, na całą noc ruszył Wacek, — serce mu się w piersi tłukło, a usta Bogu dziękowały. Tyle lat oczekiwania, przestał się już był nawet spodziewać.
W Muchomorach... gdy wyskoczył z bryczki przed gankiem, tuż mu obie ręce nastawił do uścisku sędzia... Razem weszli do pokoju. Konstancja siedząca przy starościnie, wstała zarumieniona, z uśmiechem na ustach i — przebaczyli pewnie Wackowi wszyscy, iż do niej wprost poszedł i pierwszą ją przywitał. Całując rękę jej, czuł, jak drżała. Nie mówili słowa, słów nie było potrzeba.
Kolej przyszła na sędzinę uszczęśliwioną jak dziecię, szczebioczącą, śmiejącą się, na starościnę, potem na resztę towarzystwa.
— Mój mąż — to człowiek, co czasem dla figla gotów kogo nabawić choroby, — odezwała się starościna, — ale się na niego nie gniewaj. On to wszystko tak ułożył! Aż mi waćpana żal było.
Wacek szczęśliwy przebaczyłby był naówczas najsroższą urazę, a wiedział dobrze, iż starosta też za figla wynagrodzi. Śmiano się i opowiadano, jak nadjeżdżające wesele zdziwiło o niczem niewiedzącego brata. W spisku byli wszyscy, i niespodzianka zupełnie się powiodła. Sędzina ciekawa niezmiernie dopytywała się o młodą bratową, jak wyglądała, bo wieść już tu doszła, że miała być do panny Konstancji podobną. Wacek protestował i zaprzeczał, a miał słuszność może.
Podobieństwo to upatrzone w dzieweczce, znikło w dorosłej panience, dopełniła go Wickowi wyobraźnia i tęsknota. O szumnem weselu mówił Wacek, lecz tylko dla tego, aby przeciw podobnemu protestować..
— A już to daruj, kochanie, odezwał się sędzia, — raz się dziecko z domu daje — cichaczem je tak wyprawić, bez uroczystości należytej — to cygańska rzecz... Weselisko musi być, co się zowie... To darmo... A obyczaj stary! Tem się nie godzi pomiatać, jak zaczniemy wszystko przerabiać, nic nie zostanie...
Znaleźli się w pokoju wszyscy domownicy, oprócz w Bogu już odpoczywającej strukczaszyny, która podobno grzybów nadto zjadłszy, ze światem się pożegnała, — oprócz starego o dwu kijach Rewnowskiego, który się z łóżka nie ruszał.
Hadziakiewicz witał Wacka radośnie, czując, że przy weselu, które się obiecywało, do nie jednej czupryny bezkarnie będzie mógł wziąć intromissję.
Nie opierała się więcej panna Konstancja, wesele naznaczono za parę tygodni, gdyż wszystko niemal doń gotowem było. Dom w drugiej wsi, który puszczali młodym Rewnowscy, od dawna był odnowiony i urządzony; wyprawę sędzina od pierwszego roku rozpocząwszy, coraz już tylko niepotrzebnemi dodatkami wzbogacała. Bielizna szlązka z Wrocławia dawno była sprowadzona, na suknie materje leżały, kuny przewietrzano tylko, aby ich mole nie jadły...
Ks. Paczura też prosił o pośpiech:
— Niech ja jeszcze Wackowi pobłogosławię, to już później oczy zamknę spokojnie, — a — wielki na to czas... Zmęczony jestem, podbity i do niczego niezdatny. Z probostwa do kościoła ledwie dołażę, wikarym się trzeba wyręczać, summy odśpiewać trudno, — po co się człowiek zdał na świecie?
Stało się, jak sobie życzył ks. Paczura: dawał ślub i Wickowi, na który oboje starostwo a oprócz tego mnóstwo obywatelstwa zjechało. Starosta, nie chcąc ani spadkobiercom swym krzywdy uczynić, ani wychowańcowi okazać obojętności, puścił mu prawem dożywotniem wioskę dobrą, zapewniając jej trzymanie dla obojga małżonków. — Wicek z żoną stawił się na ślub brata, a tu mogli wszyscy porównywać, kto chciał dwie panie, które tylko z pięknych może oczu były do siebie podobne. Zuzia żywszą nierównie będąc, śmiała się, biegała, dziecinną prawie wydając się przy poważnej Konstancji, której wesołość nawet przybierała wyraz uroczysty. Pokochały się one, mimo tej pozornej charakterów różnicy, — jak siostry, od dnia pierwszego, — i miłość ta przetrwała potem lata długie, jak ta, co dzięki Konstancji, łączyła teraz obu braci rywali.
Tak się kończą proste te dzieje kilku serc i kilku ludzi, innych, różnych bardzo od naszych czasów. Nie tylko powłoka i barwa zmieniły się dzisiaj, — podobni ludzie w położeniu jednakiem, w naszym świecie cale inaczej postąpiliby sobie. Pobudki czynów, sprężyny władnące, wszystko teraz z innego kruszcu, kształtem innym, nastrojone różnie. Gorzej? lepiej? któż to powie? Przez gorsze idzie się do lepszego, a dróg dziejów ludzkich sędzią jest Ten, co je wyznacza.

5 Września 1876 roku. Drezno.
KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.