Więzień (Geffroy, 1907)/CXXVI-CLXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Geffroy
Tytuł Więzień
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia A. Rippera
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L'Enfermé
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CXXVI.

Mimo protestu zaniesionego z kaźni więziennej w Marsylii, dnia 22 maja został internowany w Mascara, prowincyi Oranu na południowych stokach Atlasu i dopiero na mocy ogólnej amnestyi, ostatecznie uwolnionym został dnia 16 sierpnia 1859 roku. Mógł tedy wracać do Francyi i uczynił to niezwłocznie, ale i teraz nie obeszło się bez przypadku. Po drodze został osadzony w Tulonie, w forcie Lamalque i zagrożono mu deportacyą do Cayenny na mocy ustawy o bezpieczeństwie publicznem. Wolność odzyskał dopiero za wstawieniem się siostry swej, pani Antoine, która przez adwokata udowodniła, że nie można stosować tej ustawy do przekroczeń z roku 1848. Po takich perypetyach znalazł się nareszcie w Paryżu, gdzie nie był od wiosny roku 48.
Rodzinę zastał tu znacznie uszczuploną. Zmarł Adolf, z którym zresztą zerwały się nici serdeczne na długo przed jego śmiercią. Potem, w roku 1858, dnia 30 lipca podczas pobytu jego w Corte zmarła matka, którą poraz ostatni widział na Belle-Ile, przed próbą ucieczki. Do końca życia zachowała swą zwyczajną energię, siłę woli i zdawało się, iż nawet umierając czyni to, co chce. Pozostały tedy Blanquiemu jeno siostry, zawsze oddane mu i życzliwe, i brat Hieronim, człek dobry i inteligentny, zajmujący się stolarstwem, niestety głuchy nieuleczalnie i skazany na wieczyste milczenie. Nie odnalazł natomiast Blanqui syna swego. Zastał dorosłego, dwudziestoczteroletniego młodzieńca, wychowanego przez rodzinę Serre w nienawiści do wszystkiego, co ukochał ojciec. Toteż nie było mowy o wpływie. Młody człowiek, podobny doń fizycznie, obojętny był na wszystko, nie pojmował umiłowań ojca, z pozoru był ucieleśnieniem jego młodości, ale z wnętrza wiało pustką, nie było ni śladu żaru, ni błysku, ni iskierki, którąby rozdmuchać można. Widywali się, ale jakby obcy, co nie mają sobie nic powiedzieć i szukają tematu konwersacyi, a im są dłużej razem, tem bardziej dzielą ich zamieniane, mdłe, niejasne, zbyteczne słowa. Euzebiusz Blanqui objął majątek matki, był niezależny i miał zamiar wieść życie daremne, roślinne w wiejskim dworku. Cała czułość synowska, na jaką się zdobył, polegała na propozycyi uczynionej ojcu, by zamieszkał z nim razem i marniał w bezruchu i ciszy sytości. Ale i tu nie mógł się wyzbyć wszczepionej mu nienawiści i złośliwości, gdyż wzamian za chleb i dach zażądał od ojca, by wyrzekł się polityki. Blanqui miał wyrzec się polityki! Było to przypuszczenie tak dziwne, że nikomu chyba nie byłoby przyszło do głowy. Ojciec nie odpowiedział nawet na propozycyę bezczelną. Wyrzec się! Po tylu latach niewoli, o nie, raczej nowa katorga, jak zaparcie się swego ja, skazanie swego umysłu na śmierć. Posmutniał tedy bardziej jeszcze, ale myśl wyboru nie tknęła go wcale. Pozostał biedny i wolny.
Przyczyny smutku były, jak widzimy rozliczne. Jednej z nich zwłaszcza nie ukrywał Blanqui wcale. Oto powierzył komuś z rodziny, podczas odwiedzin, wszystkie swe papiery, notatki, artykuły porozpoczynane i gotowe. Był to owoc pracy w Mont-Saint-Michel. Wszystko to spalił brat Blanquiego, Hieronim z rozkazu umierającej matki w jej oczach, na kominku w jej sypialni. Nie wiadomo, co ją do tego skłoniło? Obawa rewizyi policyjnej, strach o syna, czy wreszcie może był to wybuch ostatni instynktów dyktatorskich wobec dzieci. Jak ojciec był zawsze słaby i chwiejny, tak ona posiadała wiele energii, była gwałtowna, nieugięta, nieposkromiona. W całem tego słowa znaczeniu, panowała u siebie w domu, zwalczała ciągle opór, terroryzowała dzieci i nie pogardzała nawet zasadą: divide et impera, tak często przez panujących stosowaną. August Blanqui posiadał tę samą siłę niezłomną, ale, rzecz dziwna, jeno w zakresie intelektualnym, jeno w sferze ducha, a więc w polityce, której się oddał cały. W stosunku do życia osobniczego, pełen był rezygnacyi jak ojciec, nie żalił się tylko, jak on i nie protestował. Podobnie też dobrym był i łagodnym w stosunkach rodzinnych i umiał kochać długo i szczerze. Nie przeczy temu nawet fakt zerwania stosunków z Adolfem. Winną tu była jeno polityka, przyczyną tego była walka dwu poglądów, walka społeczna.
Wróciwszy z Afryki dowiedział się o zniszczeniu papierów. Biedny, głuchy Hieronim nie słyszał nawet jego wymówek, a siostry bezradne patrzyły jak chodził tam i napowrót po pokoju obiema rękami wziąwszy się za głowę i po tarzał: Moje papiery. Niema moich papierów! W skardze tej brzmiał żal do matki, która go kochała i którą on także kochał wzajemnie. Niebawem jednak zamilkł.
Wyjechał do Londynu i wróciwszy niedługo począł studyować Paryż czasu drugiego cesarstwa. Ujrzał pogasłe, lub przysypane grubą warstwą popiołu ogniska, miasto przemienione, patrzył na ludność, którą uszczęśliwiać się zdawały spacery niedzielne, czuł, że wszyscy, jakby w cyrku bawią się patrząc na przesuwające się barwne pułki wojsk, pochody więźniów austryackich, powrót wojsk z wojny włoskiej, widział, jak zwolna wszyscy nabierają upodobania do pohulanek nocnych, balów, gadaniny po kawiarniach, koncertów, wogóle do życia hałaśliwego, pustego, wśród jaskraw ego światła i wrzaskliwej muzyki, do męczącej ciało i ducha egzystencji, złożonej z chwil nerwowego podniecenia i bezwładu wyczerpania.
Zwolna, nieznacznie siły, energia i myśl zatracają się w tej monotonii płytkich drgnień, w atmosferze wiecznego świętowania tonie poczucie konieczności wysiłku, przykazanie pracy.
Charakterystycznym, dla drugiego cesarstwa, mimo wszystkich dekoracyj, chcących fakt ten zakryć, był brak zupełny życia społecznego, które istnieć może jeno w wyładowaniu się wzajemnem wszystkich sprzecznych elementów i czerpie swe siły właśnie z owego ścierania się.
Bezruch nie jest równowagą. A właśnie w latach owych wszystko co stanowiło opór, rozprószono, zmuszono do milczenia. Kilka dzienników, nie będących na żołdzie nowego rządu szeptem ledwo ważyło się wygłaszać poglądy opozycyjne. Blanqui, od pierwszych zaraz dni poczuł, że znajduje się w atmosferze obcej, wrogiej nawet i że należy zachowywać się ostrożne, nie zbliżać do nikogo. Wszyscy, przemieszkujący tu dawni towarzysze jego z Mont-Saint-Michel i Belle-Ile byli podejrzani, nadzorowani przez policyę i żyli pod ciągłym obuchem obawy, czy jakiś fałszywy, lub mylnie wytłumaczony krok, albo słowo mniej ostrożne, nie spowoduje ich zaskarżenia, aresztowania i nie ściągnie na ich głowy surowego wyroku z ust sędziów, gotowych na wszystko, byle jeno dostawali regularnie swe pensye miesięczne.

Dodać do tego należy ów specyficzny niepokój, jaki owłada więźniem, gdy jeno znajdzie się na wolności. Już raz, zarówno Blanqui, jak i Barbés doznał takiego uczucia w roku 1848, po uwolnieniu. Przywykłemu do niewoli, katastrofą wprost wydaje się, że nie widzi, otwierających się o oznaczonych godzinach drzwi celi, wchodzących dozorców, że brak owego trybu codziennego życia, w który wrósł przez lata. Wydaje mu się, że jest rośliną wydartą z korzeniem. Trwa to czas długi, tak że żali się na nadmiar wolności Micheletowi, spotkanemu na ulicy. Michelet, który mu serdecznie winszował odzyskanej swobody nie może wyjść z podziwu, słysząc co mu mówi wieczysty więzień. Myślał iż Blanqui będzie pijany wolnością, a tu tenże skarży się, że wyciąga dłoń i nie spotyka muru kaźni, że utracił całą wolę, bo mu się rozpierzchła na wszystkie strony, że czuje brak czegoś nieokreślonego i sądzi, iż panem siebie może być już teraz tylko w więzieniu.

CXXVII.

Chociaż, z jednej strony, w roku 1860 dawał się odczuwać zanik sił, które dawniej ożywiały opozycyonistów i odpływ energii, wobec jasnej świadomości, że z rozbitkami armii roku 1830, oraz 1848, z lutego i czerwca nic się już zrobić nie da, to z drugiej strony w łonie partyj rewolucyjnych rozpoczynał się ruch wnętrzny, odnowa materyi, reintegracyjna praca, która nie uszła bacznego oka Blanquiego. Odmówił nawet dlatego współudziału w pracach Garibaldiego na Sycylii, nie zdecydował się na wyprawę, której cele go nie pociągały, a sprzymierzeńcy i bojownicy nie mogli wzbudzić sympatyk Całą duszę wypełniła mu niedaleka, przeczuwana walka z cesarstwem. W gruncie rzeczy ludzkość nie spoczywa nigdy. Często wydaje się, że znikła wszelka energia, wszystko wymiotła straszliwa kosa represaliów, ziemia wydaje się jałową i na zawsze zabitą. Rośliny żywcem popalone, ogień i krew poniszczyły nawet nasiona. Wszystko jest jeno trupem. Mija chwila i znów na spustoszonych ugorach w stają nowe źdźbła, nowe rozwijają się kwiaty, wbrew wszystkiemu, nowa roślinność rozpościera swe panowanie nad ziemią.
Blanqui czuł, że siły owe podziemne działają. Jeszcze rok, dwa i z wnętrza wyłonią się na słońce nowe kształty, stanie się zadość pragnieniom, wszystkie wysiłki poszczególne zjednoczy w sobie wielki, doniosły czyn. Stanie się zadość tęsknotom, nastąpi wyładowanie energii, zawrze bój. Czy przyniesie nową klęskę? Niewiadomo. Ale pamiętać trzeba, że walczy się o niezmiernie dalekie, niemal nieziszczalne ideały, a w walce takiej, nawet klęska mieści ogromną dozę zwycięstwa. Życie prze naprzód, przyszłe pokolenie chcące żyć, wyzwolić w czynach swą energię oprą swe stopy o wyłom zdobyty, choćby najmniejszy, choćby krwią oblany, i pójdą wprzód. Nie będzie w nich żalu po klęskach, płaczu za pobitymi, wpatrzeni w jutro ludzie przyszli będą wszystko złe świata wyzywać na bój, bo jeno w boju nadzieja, a zapał tem większy się w nich rozpłomieni, że będą dziedzicami tęsknot naszych.
W niedawnej przeszłości były zresztą aż nadto wyraźne ślady owych, dążących do wcielenia się tęsknot za jasnem jutrem, a uosabiał je w sobie Blanqui świeżo wyszły z więzienia. Każdy kto nań spojrzał uczuwał ciągłość owego łańcucha wysiłków rewolucyjnych, którego pierwsze ogniwa ginęły w oddali jakichś lat dwunastu.
Istniała oficyalna, liberalna opozycya przeciw cesarstwu, należeli do niej wszyscy niezadowoleni, począwszy od legitymistów, orleanistów, aż do konstytucyjnych demokratów, a nawet najskrajniejszych odcieni republikanów, żądnych daleko idących reform. Ale to byłe jasne, niemal jawne. Natomiast zarodkiem jutra, wyrazem pożądań nowych, byli ludzie, o których nikt nie wiedział, była grupa nieliczna, co dnia jednak zyskująca zwolenników dążąca do przemian społecznych, do nowego ukształtowania stosunków, a w następstwie tego, do zmiany formy rządu.
Oczywiście ludziom tym przywodzi Blanqui. Grupują się koło niego bądźto, jako żołnierze, uznając go za wodza, albo też jeno żądni rady, przyjaciele i sympatycy. Wyrosło skutkiem tego stronnictwo, nowych zwolenników nazwano blanquistami drugiego stopnia, podczas gdy klubistom przyznano stopień pierwszy. Ale wpływ Blanquiego na jednych i na drugich był jednaki, a byłby nierównie większym jeszcze, gdyby był lepiej przyjmował tych, co się doń zwracali, gdyby był zdolny do jakiejś serdeczności wobec ludzi. Niestety nienawiść i krzywdy, jakich doznał, uczyniły go bardziej jeszcze zamkniętym w sobie.
Chociaż czasem miewał chwile jaśniejsze i wówczas można było zmierzyć całą głębię jego wiedzy, przekonać się o bystrości umysłu. Zachwycał tych, którzy się doń w takich chwilach zbliżyli, olśniewał ich zwłaszcza tem, że tyloletni pobyt w więzieniu nie zdołał spaczyć jego poglądu na sprawy aktualne, nie zakrył mu przed oczyma faktu ewolucyi wielu kwestyj ważnych, zmian w zapatrywaniach na wiele rzeczy i ludzi. Toteż garnęła się doń młodzież, studenci, publicyści, mieszczuchy i robotnicy i niebawem w dowód szacunku i sympatyi nazwali Blanquiego, osiwiałego już na dobre, „dziadkiem“...

CXXVIII.

Niedługo przesiadywał Blanqui u swej starszej siostry i kilku przyjaciół. Nie długo korzystał z tej pół wolności. Jakże zresztą mogło to i być? Czyż Blanqui nie znał wszystkich usiłowań i nie współdziałał we wszystkich próbach akcyi rewolucyjnej swego czasu. Czyż nie znał każdego wybitnego działacza partyi republikańskiej? Cóż łatwiejszego, jak wmieszać go w jakąś sprawę w czasie, gdy rząd miał listy podejrzanych, nauczył się kierować tak biegle armią prowokatorów i nabrał tyle fantazyi w wymyślaniu nieistniejących spisków.
Blanquiego zresztą opanowała niezmierna gorączka czynu. Rwał się, jak lew w klatce, szukał dróg, nie liczył ze środkami. Pierwszy, któremu się zwierzył z najważniejszych swych planów, był Artur Ranc, wygnaniec, który dopiero co wrócił do kraju, podobnie jak i sam Blanqui. Ranc twierdził, że zanadto są obaj nadzorowani, byli mogli coś podjąć, ale Blanqui zbagatelizował to sobie i rzucił się do roboty. Naturalnie chwycono się pierwszego pozoru w celu represji. Stało się to w roku 1861. Wniesiono przeciw niemu oskarżenie o organizowanie stowarzyszeń tajnych, poparte mnóstwem przychwyconych broszur treści karygodnej, które bez wszelakiej ostrożności rozszerzał. W broszurach tych doszukano się, że on to był ich inspiratorem, on im nadał ową markę zbrodniczą, bo oryginalnych enuncyacyi nigdzie nie odnaleziono.
U siostry Blanquiego odkryto listy. Były to poprostu spisy osób, którym miano posłać broszury agitacyjne, wyjęte z księgi adresowej ówczesnej, z rocznika Bottina. Ale czegóż było więcej potrzeba policyi, by wykazać zbrodniczą organizację. Wydano nakaz aresztowania. Ale nie zaraz udało się go wykonać. Blanqui miał podówczas oficyalne mieszkanie przy ulicy Figuier-Saint-Paul, mimoto jednak trudno było go przychwycić w legowisku. Umiał zawsze w porę zniknąć, zatracić się gdzieś, dać nura, to do przyjaciela, to do siostry, a ciągle był w pobliżu policyi, ocierał się łokciami o ajentów zziajanych i rozwścieczonych.
Najgorzej sprawy raz stanęły w mieszkaniu siostry Blanquiego, pani Antoine, przy ulicy Hautefeuille. Blanqui przespał noc, w łóżeczku małego swego, dwunastoletniego siostrzeńca, wstał właśnie i gotów był do wyjścia. Miał w rękach kapelusz i rękawiczki, gdy nadbiegła robotnica i doniosła, że dom otacza chmara policyantów i agentów tajnych. Pani Antoine z bratem wbiegli tedy pospiesznie na najwyższe piętro, gdzie mieszkała odźwierna teatru Odeonu, kobieta olbrzymiego wzrostu, przywiązana do Blanquiego niezmiernie, aż wprost zakochana w nim. Właśnie przyrządzała z całą precyzyą kawę. Z wielką ochotą ukryła ona zbiega w pierzynach swego łóżka i wróciła do poprzedniego zajęcia, uchyliwszy nawet drzwi na kurytarz, by tem większy dać dowód, że nie może być w zmowie, i że o niczem nie wie.

Pani Antoine zeszła potem do swej pracowni haftów, mieszczącej się w parterze tego samego domu i asystowała rewizyi, która powoli przeniesioną została do pomieszkania, na pierwszem piętrze. Znaleziono oczywiście kapelusz i rękawiczki, ale malec uratował sytuacyę, twierdząc najbezczelniej, że to jest jego własność. Na dowód prawdy otworzył nawet szafę, pełną ubrań wuja i obałamucił tem tak policyantów, że poszli dalej. Nie ocalał przed rewizyą nawet pokój odźwiernej. Agenci obwąchali wszystko, kawę, śmietankę, zajrzeli nawet pod łóżko, do łóżka atoli zaglądać uznali za zbyteczne. Blanqui był tedy znowu wolny, ale nie na długo. Aresztowano go pewnego dnia na rogu rue de Figuier, i dnia 14 czerwca 1861 stawiono przed trybunał wraz z wspólnikami, rzeźbiarzem Senique, drukarzem Caumette, powroźnikiem Vosgien, litografem Frèmeaux i żoną jego, panią Frèmeaux. Jak było do przewidzenia posłuszni sędziowie, bez ceregieli zasądzili go na cztery lata posłali do więzienia Św. Pelagii. Widocznie wychodzili z założenia, że mu się nudzi na wolności i za całą dotychczasową działalność należy odpoczynek w zacisznej celi.

CXXIX.

Już dwa razy siedział u Św. Pelagii, raz w roku 1831 po swej obronie oskarżonych w procesie 15-tu, drugi raz zaś w roku 1835, po procesie „Sociéte des Families“. Wrócił tedy jeno w roku 1861, w towarzystw ie Seniqua i Caumetta.
Nic się tu nie zmieniło. Jak dawniej ponury, smutny gmach tkwi w prostokącie ulic: rue de la Clef, Puits-de-l’Ermite, du Battoir i rue Lacépéde, obok Jardin des Plantes i szpitalu de la Pitié. Więzienie stanowią trzy gmachy, gmach główny po stronie północnej i dwa, wschodnie i zachodnie skrzydła. Wśród nich mieszczą się różne podworce wybrukowane olbrzymimi głazami, pośród których sterczą nikłe akacye, otoczone wysokimi murami ze szkarpami, kędy włóczą się bezustannie patrole z nabitą bronią. Ostatnie podwórze w głębi, przeznaczone było, jak się łatwo domyślić, dla więźniów politycznych i chorych wszelkiego rodzaju. Tutaj mógł z zupełną swobodą, na podstawie zeznań ustnych samych interesowanych badać pisarz, dziennikarz, człowiek czynu, jak żyją ludzie potępieni przez kodeks karny. Tutaj można było się przypatrzyć jak się ludzi dręczy, wyzyskuje, jak się dozwala przedsiębiorcom okradać ich poprostu, zmuszając do różnych prac, jak krawiectwa, powroźnictwa itp., a wzamian za to dając 5 centimów, za dwunastogodzinną pracę dzienną. Tak się działo istotnie, bo jednę trzecią zarobku zabierała administracya, drugą trzecią chowano dla więźniów, by mieli coś wychodząc stąd, i rozwój przemysłu więziennego, jak wszędzie tak i tu polegał na wyzysku pracy najpodlejszym. A jakie dawano jedzenie! Rosół niczem nie różnił się od ciepłej, mętnej wody, jarzyny były zawsze zeschłe, a często nawet zepsute i wreszcie dwa razy na tydzień więźniowi dostawał się mały skrawek najgorszego w świecie mięsa gotowanego. To wszystko jeszcze niczem by było, gdyby nie okropne współżycie z takimi i tyloma ludźmi, gdyby nie widok tylu krwawiących ran społecznych, na przykład zamykania za byle co płaczących dzieci, które potem wypuszczano zuchwałe, śmiejące się, cyniczne i gotowe do zbrodni.
Polityczni mieli do czynienia jeno z posługaczami, których im dano za szpiegów i wyzyskiwani byli jeno przez dozorców.

Jedzenie przynoszono im z miasta i wogóle pozatem co się rzekło wyżej, mało było obostrzeń w tem więzieniu, do którego dochodziły wszystkie odgłosy stolicy. Z wyjątkiem roku 83, kiedy tu przebywali Żyrondyści i pani Roland na jednym z etapów wiodących ku śmierci, Św. Pelagia była zawsze przybytkiem kary dla przekroczeń lżejszych. Snuli się tędy ciągle dziennikarze, pamfleciści, członkowie stowarzyszeń tajnych, przemieszkiwali tu: Nodier, Beranger, Courier, Jay, Jouy, Marrast, Philippon, Carrel, skazańcy z procesu kwietniowego 1834, Godefroy, Cavaignac, Guinard, Imbert i inni, zwyciężeni podczas bitwy pod klasztorem St Merry, oskarżeni z okazyi afery „des Prouvaires“, dalej Lachambaudie, Daumier, Lamennais, Pyat, ekscedenci czerwcowi z roku 1848, Proudhon, posłowie do Izby aresztowani w r. 1851, i wreszcie wszyscy skazani czasu cesarstwa za różne sprawy i wykroczenia, za sprawę rozruchów w Hipodromie, pod „Opéra Comique“, i tyle tyle innych.

CXXX.

Blanqui zastał tu, w roku 1861 towarzystwo bardzo mieszane. Byli tu politycy, literaci, dziennikarze, wydawcy, robotnicy. Tegoż roku spotkał się ze swym przyjacielem Emilem Villeneuve, skazanym za obrazę duchowieństwa, Vacherotem, autorem „Demokracyi“ i poetą, Catullem Mendès, odsiadującym karę za przestępstwo prasowe przeciw moralności publicznej. W roku 1862 przybywa gromada kowali, powroźników, perukarzy, ślusarzy itp., wraz z Juliuszem Miot, znanym od dawna opozycyonistą i przywódcą ludu, a wszyscy ukarani za należenie do tajnych stowarzyszeń. Tegoż roku zjawiają się w murach Św. Pelagii: Taule, Tridon, Germain i Casse, skazani za obrazę religii i zgorszenie publiczne, jakich się dopuścili w czasopiśmie „Travail“, Scheurer-Kestner, za machinacye i spiski w ministerstwie spraw wewnętrznych, Alfred Sirven, za obrazę religii, przez państwo uznanej, wreszcie za różne przewinienia podobne dziennikarze i redaktorzy: Scherer z „Temps“, Vermorel z „Jeune France“, Eugeniusz Pelletan z „Courier du Dimanche“, Laurent-Pichat z „Phare de la Loire“. Zarzucono im głównie „budzenie nienawiści różnych klas społeczeństwa do siebie wzajem“. Później, po wyjściu Blanquiego, w roku 1863 i 1864 przybyli jeszcze: Charles Longuet za przestępstwo prasowe popełnione w piśmie „les Ecoles de France“ i za rozliczne inne przewiny i Gustaw Naquet, Poupart-Davyl, Xavier de Ricard, Castagnary i inni.

CXXXI.

Blanqui zajmował zrazu w Św. Pelagii celę na trzeciem piętrze pawilonu wschodniego, zwanego pawilonem książąt, potem przeniesiono go na drugie piętro, z początku do tzw. „Salon de la Gomme“, potem do „Rozmownicy“. Miał za sąsiadów Miota, Taula, Cassa, Tridona i Alfreda Sirven. Regulamin więzienny dopuszczał różne swobody, przeto więźniowie osadzeni w przytykających do siebie celach mogli rozmawiać, schodzić się i jadać nawet wspólnie. Cela Blanquiego była, rozumie się, celem ogólnej ciekawości i sympatyi. Ale Blanqui zamykał się przed ludźmi, oile jeno mógł, a przejawów sympatyi nawet szczerych i nie dwuznacznych unikał. Nie było mniej narzucającego się i dyskretniejszego więźnia. Przez całe trzy lata spędzone w więzieniu Św. Pelagii, oile wogóle schodził na dół w godzinie przechadzki, nie przyłączał się do żadnej z grup rozmawiających, ale samotny i tu, przechadzał się po skrawku ziemi, jaki mu przeznaczono i zdawał jeno tem zajętym, by oddychać powietrzem, którego mu używać dozwalał regulamin. Ale mimo milczenia i opryskliwości, jakimi traktował ciekawskich, chcących się doń koniecznie zbliżyć, nie brakło takich, których coś wprost pociągało do odludka. Wyróżniał ich po swojemu. Nie przyjmował, nie odmawiał niczego, przeciwstawiał wszelkim usiłowaniom jeno wolę swoją i obojętny ton, gdy się zdecydował mówić. Tak go bardzo długo nienawidzono, tak prześladowano, zohydzono w oczach społeczeństwa, a pamiętać trzeba, że staje się podejrzliwym ten, kogo los długo prześladuje. Samo to jednak, że cofał się w głąb siebie, dziś już było nową przeciw niemu bronią. Ale nie zabraniał używać jej przeciw sobie, w tym okresie życia, nie wiele mu już zależało, że go ktoś obwini o oziębłość i pychę. Podobnie nie troszczył się zdumieniem, jakie wywoływał u wszystkich jego sposób życia, upodobanie w kukurydzy, mleku, soczewicy, nawyczka spania przy otwartych oknach, bez względu na porą roku, wiedział doskonale, że nawet najżyczliwsi mu współwięźniowie uważają go, za najdziwniejsze dzikie zwierzą, jakie kiedykolwiek siedziało zamknięte w klatce, to też nic dziwnego, że kłuty, jak oszczepami, spojrzeniami tych wszystkich ciekawskich, przybrał raz na zawsze pozą nieruchomą, pogardliwą lwa drażnionego przez uliczników, a jeno w oczach, z pod brwi ściągniętej łyskało czasem bezgłośnie.

CXXXII.

Nie ulega wątpliwości, że Blanqui przesadzał, że nadmiernie odciął się od ludzi, odstręczał zgoła niepotrzebnie wielu, których wspólność celów i pragnień pociągała ku niemu, onieśmielał do reszty płochliwych, zmuszał do odwrotu niezręcznych i mylił się często, biorąc szczere i gorące uczucia, za napastliwość ordynarną. Wszystko to prawda. Co więcej, odsuwał od siebie współpracowników i sprzymierzeńców o wysokich zdolnościach umysłowych, a potem, z konieczności przyjmował do pomocy ludzi marnych. To nie ulega żadnej wątpliwości i to stało się dlań fatalnem. Mylił się łatwo, bo żył ciągle zmiennemi wspomnieniami, rozczarowaniem i zwątpieniem. Zraniono go boleśnie, nawet śmiertelnie, otoczono ciągiem podejrzeniem. Żył tedy z ową raną nieuleczalną, dumny, samotny i cóż dziwnego, ze nie chciał schodzić do ludzi i prosić o popularność. Cóż dziwnego, że odstręczała go sama nawet łatwość.
Ale mimo, że zdawał się obojętnym na wszystko, doznawał pewnej radości, widząc jak garną się ku memu serca i umysły, jak charakterem swym i samotniczem życiem, budzi sympatyę. Można w nim odkryć cechy po których rozpoznaje się filantropa szorstkiego, odpychającego, posiada tę samą nerwowość, uprzedzenia i manie. Jestto mizantrop, którego do tej manii doprowadziła miłość ludzkości i marzenia o złotem jutrze. Wstydliwość tego uczucia widać w staraniu, z jakiem je kryje, we wzruszeniu, niecierpliw ości i milczeniu. Nagle, wbrew woli zjawiał się na jego twarzy uśmiech życzliwy, na usta wybiegało słowo serdeczne a Blanqui posiadał, choć tego nie chciał, wielką zdolność zjednywania sobie wszystkich, czar pociągania ich do siebie. Nie byłoby to możliwem, gdyby nie był naprawdę szczerym i nie kochał ludzi. Nie stracił niemal żadnego z raz pozyskanych przyjaciół i to nietylko z pośród zwolenników politycznych, oddanych mu ślepo, bo przeświadczonych o niesłychanej potędze jego jako agitatora i trybuna ludu, oczarowanych powagą i tajemniczością, jakie w sobie łączył, ale cieszył się stałem przywiązaniem ludzi, ledwo znających jego ideje i czyny. Mimo wszystko nie odsunęli się od niego, nie oddziałały na nich ni lata, ni śmierć nawet.
Toteż do tych ostatnich czuje Blanqui prawdziwe przywiązanie, wobec nich ustępuje napięcie jego nerwów, ustawicznie gotowych do sygnalizowania niebezpieczeństwa, do obrony, z nimi rozmawia Blanqui.
Z młodych lat pozostało mu upodobanie do dyskusyj poważnych, więc i teraz jak dawniej zagłębia się w roztrząsanie filozoficzne i literackie. Co do tego ostatniego przedmiotu zachował także przekonania młodociane. O ile przybyło mu wykształcenia historycznego i przyrodniczego, o tyle nie przyznawał dziś należytego znaczenia przejawom czysto literackiej twórczości. Sztuki, nie uważa za inną, wyższą formułę życia ludzkiego, tylko bierze ją za klowna, którego przeznaczeniem rozśmieszać i bawić umysł przeciążony troską o jutro. Upodobał sobie oddawna autorów starych i nie zmienił zdania, lubuje się w surowych historykach, a zarazem poetach lekkich i komicznych, podziwia tedy Tacyta, rozczytuje w Horacym, ale nie przyznałby szczątka talentu i nie czytałby Tacyta nowego, któryby pisał o życiu współczesnem. Jestto zjawisko dziwne, jednak do dziś charakteryzujące ludzi tej mniejwięcej epoki, zwłaszcza Francuzów i nie ulega kwestyi, że gdyby z pośród napływających zewsząd dzieł, kazano Blanquiemu wybierać pomiędzy Balzakiem, a Aboutem, byłby zapoznał pierwszego wielkiego twórcę i artystę, a bawił się wesoło facecyami, dwuznacznikami i krótkiemi epigramatami.
Ironia rozrosła się w nim potężnie czasu lat osamotnienia i męki. Wszystko, co było przeciwstawić jego poglądom zbywał drwinami. Małe jego usta uśmiechały się ówczas złośliwie, z oczu szły ostre przebłyski, a cała twarz promieniała wesołością. W chwilach takich był zazwyczaj dobroduszny i jowialny, a przyjaciele podziwiać musieli bystrość jego krytyki i ową nieznużoną ciągłą troskę o przyszłość, która przejawiała się w najswobodniejszej rozmowie.

CXXXIII.

Skupione w sobie życie, jakie wiódł Blanqui w więzieniu Św. Pelagii przechodziło czasem w jednostajność, nużącą nawet takiego jak on samotnika. Wówczas poza czytaniem, pracą twórczą i rozmowami trzeba było znaleść sobie jeszcze coś innego. Jeden z współpracowników dziennika Sirvena, Jan Dolant, początkujący ekonomista, okazujący już teraz wielki talent, miły był Blanquiemu dla powagi i bystrości umysłu. Ten to Jan Dolent przychodził doń często na szachy. Ilekroć młody publicysta zjawił się, twarz starego weterana rewolucyi rozjaśniała się wesołym uśmiechem, a na długo nieraz przed godziną jego wizyty Blanqui niecierpliwie się oglądał. Trwało to przez cały niemal czas pobytu w więzieniu. Gdy jeno się przywitali, natychmiast zjawiała się szachownica, obaj tonęli w rachubach, kombinacyach, ogarniała ich gorączka strategiczna i długiemi godzinami nic nie przerywało ciszy. Prawie nigdy nie skończyli partyi i musieli ją odkładać do jutra. Każdą chwilę czasu Blanqui starał się czemś zapełnić, była to jedna z tajemnic odporności więźnia na szkodliwe wpływy otoczenia w jakiem żył. Nie próżnował nigdy. Nawet czasu rekreacyi na łące, gdy miał nadychać się świeżego powietrza, bezustanku żądny poprawiać, uszlachetniać duszę ludzką, pędzony wewnętrznym nakazem dawania tym, co nie mają, siadał na ławce, i uczył czytać złodziei, którzy go tłumnie otaczali. Opowiadał mi Jan Dolent, że poznał go w takiej chwili. Blanqui czekając na partyę szachów, tymczasem niby apostoł szerzył ewangelię rozumu wśród rzeszy zbrodniarzy.
Blanqui objawiał wyraźną sympatyę do innego jeszcze publicysty, lubił bardzo Teofila Silvestra, który doń przychodził co dnia do Św. Pelagii, przez cztery miesiące w roku 1862. Teofil Silvestre niezmiernie żywo zajął się osobistością więźnia i jemu to zawdzięczam notatki nieocenione, w których streszczone są rozmowy i zapisane zwierzenia. Od niego to mam owe portretowe szczegóły, które tak żywo i jasno określają człowieka i niczem wobec nich są wzmianki trupie oficyalnych paszportów i protokołów.
Zda mi się, czytając szkic Silvestra, że patrzę na to „czoło wysokie, wąskie u dołu, zaklęsłe na linii skroni, nad wyraz pełne i szerokie w części górnej, pośrodku wyraźnie rozdzielone na dwie półkule, że widzę te „kości policzkowe nadmiernie wystające, pozwalające wnioskować o wytrwałości niezwykłej“, „białka ócz, nieco przekrwione, znużone czytaniem, „źrenice szarobłękitne, pośrodku których błyszczą dwa światełka, dwie gwiazdki złotawych promieni, nadających im wyraz stanowczy i energiczny, wargę górną wąską, ostro zarysowaną, jakby zakrętem pióra artysty, wargę dolną grubszą, podaną wprzód, wyrażającą dobroduszność, łagodzącą wyraz gwałtowny wargi górnej“, wreszcie „delikatnie zatoczone kąty czoła na wysokości włosów“, „czaszkę wystającą w części leżącej za uszami, „szyję nadzwyczaj chudą, pełną fałdów, zmarszczek głębokich i węzłów, z wgłębieniem w miejscu osady głowy“. Zda mi się jeszcze, że widzę „brodę i włosy przedwcześnie osiwiałe“, „ruchy głowy i mrużenie oczu, przyczem nos wydaje się dziobem orlim“, „ręce małe, nerwowe, węzłowate o palcach białych, zawsze czystych, ze starannie obciętymi paznokciami i połyskującej na jednym z nich u lewej ręki obrączce ślubnej.
Teofil Silvestre notuje w dalszym ciągu cechy charakteru i usposobienia, więc między innemi wspomina o przyzwyczajeniu do otwartego dniem i nocą okna, tak że łóżko często szron okrywał, jak to miało nieraz miejsce czasu młodości, jeszcze za guwernerki w Blagnac. Dalej zapisuje starannie, że Blanqui, był cierpliwy, wytrwały, a jednocześnie lekkomyślny, naprzemian bardzo żywy i czynny, lub znów zatopiony w bezruchu i marzeniach. Dowiadujemy się, że był wrogiem tajemniczości i nie znosił gdy ktoś składał wszystko na fatalizm. „Nie należę do tych — mawiał — którzy twierdzą, iż rozwój idzie własnym rozpędem, bez woli ludzkiej i aż społeczeństwo nie może się cofnąć ku formom życie przezwyciężonym. Przeciwnie, twierdzę, że zło jest winą ludzką, i nie należy tego składać na fatalizm. Zło, nawet pokonane, każdej chwili może wziąć górę. Nie, nie istnieje fatalizm. Gdyby istniał, to dzieje tego świata, które budują się ciągle z upływających chwil i godzin, byłyby już gdzieś gotowe, napisane....“
Często sprawiedliwe, ale także często dziwne wydaje opinie o dziełach i ich twórcach. Naprawdę, zajmuje go jeno polityka, nauki przyrodnicze i filozofia z niemi związana. Pozatem podziwia styl Veuillota, Teofila Gauthier, pełen jest pobłażania dla pani George Sand, mówi o Baudelairze, że jest czysto epicznym i specyalistą w zakresie rzeczy strasznych, i wreszcie zachwycając się stylem „Historyi Żyrondystów“, nazywa Lamartina publicystą „bez stosu pacierzowego“. Obok tego ma za złe Balzakowi, i wymawia mu to często, że podburzył ludzi na ludzi i dał w rękę każdemu broń niebezpieczną, że rzucił oszczerstwo na rodzaj ludzki. Dziw nie brzmi ten zarzut w ustach jasnowidzącego na polu polityki i wojowniczego Blanqniego. A na koniec oburza się na tegoż autora, że całym jego ideałem był pieniądz. Nie poznał się więc na tem, że Balzak opisał krwawą kronikę pieniądza, i odwrócił się od niego, natomiast za pierwszego romansopisarza epoki uznając Pawła de Kock.

CXXXIV.

Dowiadujemy się też to i owo z zakresu polityki. W roku 1830 Blanqui był studentem prawa i mieszkał przy rue de la Harpe. „Nosiłem — mawiał — jednę z pierwszych kokard, jakie w r. 1830 robiła pani Bodin z „Pasage dn Commerce“. Z oddali czasu wydają mu się; teraz zabawnymi kluby polityczne z roku 1848. Mówi: „Niewątpliwie ucierpiały bardzo teatry paryskie owego czasu. Byliśmy im niezmiernie silnymi konkurentami. Większość klubów komizmem przewyższała ogromnie teatr Palais Royalu.“
Ale najważniejszą rzeczą i największej godną uwagi jest wyjaśnienie skąd się wzięła nienawiść Barbésa. Długo taił to Blanqui i dopiero teraz zwierzył Teofilowi Silvestre. Słyszeliśmy wszystko co przytaczali przeciw niemu wrogowie, niechże więc wolno będzie także i jego oskarżenia wysłuchać i złożyć je do aktów. Zresztą Blanqui czysto po ludzku, wyłącznie jeno ze stanowiska psychologa rzecz całą bierze i nie tyka niczego, prócz samego charakteru Barbésa. Ale charakter przeciwnika poddaje analizie zasadniczej, nie pomija już niczego, nie szczędzi ni jego skrywanej na dnie duszy próżności, ni głupoty tajonej pod pstrą szatą słów wielu, uroczystych i nadętych manier.
W roku 1862 cała owa nienawiść Barbésa wydała się Blanquiemu już jeno manią śmieszną i wprost patologicznym obłędem.
„Tajemnicę — opowiadał Blanqui wracając do dziejów roku 183$ — znała większość przywódców i naczelników sekcyi i Barbés wiedział dobrze, że nie mogłem podjąć sprawy 12 maja, by jej zaszkodzić. Wszak zgubiłbym był przez to siebie i żonę swoją, istotę, którą ponad wszystko w świecie kochałem. Długo też sam nie mogłem przyjść na to, gdzie leży przyczyna tej zaciekłej nienawiści do mnie. Zazdrość nie wydawała mi się powodem dostatecznym. Ale w końcu odkryłem istotne źródło.
„W roku 1836, podczas fabrykacyi prochu przy rue de Lourcine, Barbés zostawał pod mymi rozkazami. Zostałem skazany na dwa lata więzienia, Barbés na rok. Przesiedzieć rok w więzieniu, było to dla Barbésa wielką przykrością. Nawykł bowiem do wygodnego życia, przejażdżek, próżnowania, polowań, włóczenia się z prowincyi do Paryża i z powrotem. Mnie zaś bardzo było na rękę mieć w stronnictwie człowieka, bogatego, pełnego zapału w danej chwili. Stanowił on dobry przykład i mógł wielu innych pociągnąć. Zresztą rzadka to rzecz taki pomocnik, w szeregach rewolucyonistów nie wielu się spotyka podobnych jemu rentierów.“
„Po wyjściu z więzienia, gdzie zapewne dobrze rzecz całą rozważył i postanowił już się nie dać złapać, pod wpływem wrodzonej próżności zapragnął jednak skorzystać z aureoli męczeńskiej, jaką był otoczony i odegrać wybitną rolę w sztabie stronnictwa demokratycznego, gdzie nigdyby nie wybił się na plan pierwszy przy samej jeno pomocy swej inteligencyi. I zdarzyło się, że właśnie w porze, gdy czuł się bezpiecznym, wolnym od obaw, i zabierał do sfinansowania swego męczeństwa, ja zmusiłem go do poświęcenia znacznie jeszcze większego i skutkiem zbiegu okoliczności stałem się jego kusicielem, jego złym duchem poniekąd.“
„Zaraz po wyjściu z więzienia podjąłem na nowo me prace i rozpocząłem akcyę, mającą na celu obalenie rządów Ludwika Filipa. Wówczas to, wobec wielu członków partyi spytałem Barbésa, czy sprawa liczyć może na współudział i poświęcenie. Pod naciskiem z wszystkich stron Barbés dał słowo honoru, że na pierwsze wezwanie wróci z posiadłości swych w Carcassonne. “
„Wyjechał, ale zamiast zabawić na wsi, jak mówił, dwa tygodnie, siedział tam bez końca, Ponieważ uznałem, że trzeba wystąpić zbrojnie 12 maja i ponieważ mi się to wydało nie cierpiącą zwłoki koniecznością, posłałem po Barbésa. Przyjechał, ale wszyscy wiedzą, że omal życiem nie przypłacił tego przyjazdu, przezemnie spowodowanego. I tego nie mógł mi już darować.“
„Dawniej, nigdybym nie był wpadł na coś podobnego, ale dziś, znam dostatecznie serce ludzkie, by być pewnym, że prawdą jest to co opowiadam.
Wówczas Teofil Silvestre rzekł Blanquiemu:
„Wobec tego, Barbés jest konspiratorem wbrew swojej woli. Sądzę, że zasługi jego są jeno tem większe.“
„Nie inaczej, — odparł Blanqui — toteż został za to wynagrodzony przydomkiem „Bayarda demokracyi“.
I ile razy w ciągu całego życia Blanquiego ktośkolwiek poruszył w rozmowie sprawy roku 1839 i wspomniał imię Barbésa, Blanqui nie omieszkał nigdy dodać z uśmiechem: „Ach ten lojalny Barbés... nie znałem przez całe życie większego odeń kłamcy!“
Z obowiązku sprawozdawcy notujemy tutaj wszystkie owe ataki i całą obronę, choć cała sprawa przeminęła, a bojownicy pomarli. Czynimy to także dla pogodzenia ich duchów, które dotąd zdają się toczyć bój w omrocznych dalach historyi, w pozagrobowych przestworzach, w pamięci ludzkiej.

CXXXV.

Prawdziwym, istotnym powodem tego przejawu, iż tylu demokratów i rewolucyonistów pałało nienawiścią do Blanquiego i to w tak różnych epokach, — jest jego przewaga umysłowa. Wszyscy inni mimo wielu dobrych stron, niezaprzeczonego poświęcenia, bezinteresowności, heroizmu dowiedzionego setki razy, nie byli zdolni do tego jednego, by rzutem oka objąć całokształt zjawisk przystosować swój sposób myślenia do coraz to innej sytuacyi, zdobyć się na taką ewolucyę umysłu. Dzieliła ich przepaść niezgłębiona. Po jednej stro n ie ludzie z „przekonaniami*, zaprzysiężeni na jedną, raz z trudem odkrytą formułę, nieprzystępni nowym wpływom, a z drugiej Blanqui bezustannie pracujący, nie tracący chwili, chciwy wieści, żądny ciągle, by przywłaszczyć sobie skrawek terytoryum poznania ludzkiego.
Żądza wiedzy ogarnęła go całego, sprawiała, że wyciągał ręce do wszystkiego, co się jeno pojawiło, do odkryć nowych, czy świeżych spekulacyj filozoficznych. Umysłem jasnym i bystrym śledził wolno postępującą budowę gmachu wiedzy, wznoszoną przez wybrańców ludzkiego rodzaju. Spostrzegł natychmiast, że pojęcie sprawiedliwości harmonii społecznej do ziszczenia których dążył, nie polega na dogmacie, ale stanowi immanentną część samej ewolucyi i, by wiedzieć dokąd się zmierza, trzeba wiedzieć skąd się wyszło i jakie minęło stacye pośrednie. Sen o szczęściu ludzkości, marzenia o jasnem jutrze oparte były teraz o stalowy fundament naukowych faktów, polegały na uznaniu wielkiej zasady rozwoju i udoskonaleniu się człowieka. I oto Blanqui od chwili gdy to poznał, zrozumiał, że cała rzecz polega na wychowaniu, że najbliższą pracą było uwolnić umysły ludzkie od skłonności do despotyzmu, całego szeregu pasorzytniczych idei, przesądów, nawyknień i odziedziczonych manij.
Poznał to. Ale można sobie wyobrazić, że przeraziło go trochę, gdy się u schyłku życia przekonał jak olbrzymiem jest zadanie człowieka. Przeto musiał stąd wysnuć wniosek, że poprzestać należy na oswobodzeniu swego własnego umysłu i serca od naleciałości szkodliwych, i nie jestto wcale rezygnacyą, bo pracować nad sobą, znaczy czynić dobrze wszystkim.

CXXXVI.

Dużo miał ze sobą samym do czynienia Blanqui, podobnie jak miałby każdy, gdyby jeno się wziął do rzeczy. Był on jakoby polem walki, gdzie myśli i instynkty toczyły długie, ciche, mordercze i wyczerpujące boje. Przedewszystkiem musiał się uporać z wpływem swej rasy, wychowania początkowego, różnych konieczności życiowych, tzw. zrządzeń losu. Można uważać za pewne, że upodobanie, jakie żywił do Machiavela i machiawelizmu w polityce miało swe źródło w ciemnym atawizmie, w jakiemś tajemniczem drgnieniu w głębi duszy, nad którem nie miał władzy, w odruchu, utajonego w Blanquim Włocha z XVI wieku, awanturnika i mistyfikatora, którego niebezpieczeństwa trzymają w ciągiem pogotowiu do walki, główną jego cechą jest podejrzliwość, a narzędziem chytry podstęp. Książka Machiavela, „Poradnik książęcia“ z którą ni w dzień ni w nocy nie rozstawał się Blanqui jest istotnie dziełem niezwykłej wartości, tak pod względem doskonałej obserwacyi, jak też i rozległego poglądu filozoficznego, a w naszych czasach oddano mu w całej pełni hołd należny i potwierdzono to, co o niem powiedział Rousseau. Nieposzlakowanemi są słowa autora, wygnanego z ojczyzny, potem więzionego, torturowanego, olbrzymią jest jego prorocza wizya zjednoczenia Italii, tak, iż od książki bije światło prawdy i piękna, a zimne, okrutne rady i surowe maksymy świadczą, że znał życie. Oile nie jest chłostą, jest ta książka wołaniem, modlitwą do siły wyższej, siły zdolnej tę jedność stworzyć. Zwracał się Machiavel do księcia... tak, musiał to zrobić, bo za jego czasów nie wiedziano jeszcze, że takie ogromne dzieła dokonywują się jeno za wysiłkiem jednoczesnym wszystkich ludzi stanowiących społeczeństwo, że to dzieje się jeno pod naporem jednakich interesów, namiętności, idej i że wszystkie owe czynniki razem zwą się siłą rozwoju narodu danego. Machiavel, patryota i republikanin miał ideję potężną, ale marne, dziecinne środki. Chciał z tej rozkawałkowanej Italii targanej przez stronnictwa i obce mocarstwa zrobić kraj wielki, mocny i wojny. Każda prowincya z osobna tkwiła w szponach i była gryziona zębami jakiegoś papieża, księcia, czy kondotiera francuskiego, hiszpańskiego, lub niemieckiego. Chciał tedy z pośród tych drapieżców wybrać najsilniejszego, z pośród okrutników, najokrutniejszego, najgwałtowniejszego, najzdolniejszego, posiadającego największą czelność, najwięcej odwagi i chciał, by ów wybraniec zwyciężył innych, poskromił wszystkie te dzikie zwierzęta, wymordował wszystkie te jaguary krwiożercze i tygrysy, by wygnał całą menażeryę, zarówno cesarzy, jak tyranów miast, papieży, jak i najemnych katów wszystkich stronnictw. Prawie to samo zresztą stało się we Francyi. Poprostu feudał z Ile de France połknął innych feudałów i utrwalił swój tron stworzywszy jedność. Jestto historya Kapeta, Ludwika XIV, Ludwika XI, Richelieugo.... Potem gdy jedność już się utrwaliła przyszedł lud i obalił ostatniego istniejącego feudała, zrobił Rewolucyę. Jakiż można dać lepszy przykład historycznego rozwoju instynktów. Przecież tosamo stało się we Włoszech. Król Turynu odegrał rolę, o której marzył dla swego księcia Machiavelli wobec innych królów, papieża i obcych burzycieli. Tylko na tem się na razie skończyło, bo prawdziwy książę, sam lud włoski nie powstał jeszcze, by skończyć dzieło. Społeczeństwa żyją tak powoli....
Blanqui przesiadujący u Św. Pelagii pojął ów rys konieczności nieuniknionej, konieczności następstwa faktów, jaki się daje odczuć w dziele wielkiego Włocha i dlatego cała ta polityka tajemnic, gwałtów, nieprzebierania w środkach, byle prowadziły do celu szybko i pewnie, przez oddal trzech wieków znalazły w nim echo. Wiedział przecież, że ponieważ już odbyła się rewolucya, zamknięto bilans filozoficzny i historyczny przeszłości, przeto dziś, jak mu to przedstawiał jasno jego umysł proroczy w rzeczach polityki, cała kwestya sprowadza się do wychowania nowego księcia, do wytworzenia człowieka. Teraz widzi to jasno i przy każdej sposobności powtarza do ostatnich chwil swego życia. A jednak, jednak mimo wszystko, przeciw Francuzowi, Blanquiemu, myślącemu ewolucyjnie, człowiekowi spółczesnemu, o niezwykłej inteligencyi i zdolności ironizowania, powstaje od czasu do czasu Blanqui inny stary, uzbrojony w sztylet Włoch z Florencyi, czy Wenecyi, wierzący w ciemne, zawikłane plany i powodzenie dzieł ogromnych, osiągniętych przez krwawy spisek.

CXXXVII.

I ten to Blanqui, zamknięty w sobie, despotyczny niedowierzający, sam poniekąd stał się tajemniczym księciem demokracyi, który nie odpowiadał na zapytania, pogardliwe robił miny, nadawał swej partyi ton mistyczny, machiawelski, podejrzywał najbardziej oddanych sprawie i zniechęcał największe w nim pokładających zaufanie. Więzienie spotęgowało jeszcze jego niepokój wnętrzny i dziką nieprzystępność. Zdarzało się, że nowy zwolennik zachwycony zrazu olbrzymią inteligencyą mistrza, powabem jego słowa, wykwintną wesołością, nagle czuł, że wszystko zerwane, stosunki ustały i zdziwiony pytał o przyczynę tej nagłej zmiany, rad się dowiedzieć jakim to fałszywym krokiem, jakim dziecinnym drobiazgiem naraził się mimowoli nauczycielowi. W ten sposób nieraz bez powodu zrywały się stosunki pomiędzy Blanquim, a różnymi wielkiej wartości ludźmi, których zrazu pociągał ku sobie. Chciał z nich zrobić zbyt wiele, chciał, jak to się praktykowało w stowarzyszeniach tajnych, uczynić z nich powolne sobie narzędzia, uczniów apostołów, którzyby działali, nieznając ostatecznego celu i rezultatu swych usiłowań. Niestety większość nie poddawała się temu, pytała o cele ostatnie, chciała dyskutować, zwłaszcza, że Blanqui umiał dyskutować i z wielką łatwością odkryć umiał każdy błąd w systemie innym, przewidzieć konsekwencye, do jakich doprowadzi kwestya fałszywie postawiona, potrafił roztrząsać ideje i sądzić surowo czyny przeciwników. Pomocnicy jego cofali się na pewną odległość, doznawszy porażki w pierwszem zbliżeniu, Blanqui miał wielu uczniów, ale nigdy, ni jednego bliskiego przyjaciela.

CXXXVIII.

Czasu odsiadywania kary w więzieniu Św. Pelagii nie miało to jednak wszystko wielkiego wpływu i można bez przesady powiedzieć, że Blanqui przeżywał tu najmilsze chwile swego życia. Poraź pierwszy może czuł, iż go ludzie rozumieją, że ocenia jego wartość młodzież myśląca, że garnie się doń to wszystko co jest najlepszem w porewolucyjnem mieszczaństwie. Ci, z którymi rozmawiał byli zdolni i jego wzajem zainteresować. Zachwycali się nim w tej porze przedstawiciele młodej, formującej się dopiero partyi socyalno-demokratycznej, a to z powodu krytycznej oceny, jaką stosował do republikańskiego stronnictwa parlamentarnego. Przeczuł też Blanqui największe błędy, w jakie popaść mieli, wyliczył niemal na palcach wszystkich renegatów i ci nawet, którzy zrazu zarzucali mu złośliwość i srogość, nie mieli potem dość słów, by wielbić dar jasnowidzenia. Wreszcie najważniejszym powodem, dlaczego wywierał tak wielki wpływ na umysłowość swych spółczesnych, była jego filozofia ugruntowana na pozytywnej wiedzy, którą przeciwstawiał mrzonkom religijnym teistów. Przez cały okres cesarstwa, aż do końca snuł się jakby powrotny prąd, jakby wspomnienie idei ośmnastego wieku i ruch ten zaznaczył swój ślad w całej ówczesnej produkcyi literackiej, począwszy od systemów filozoficznych, skończywszy na dziennikarskich artykułach. Wydawano specyalne miesięczniki i tygodniki mające na celu polemikę antireligijną, a raczej skierowaną przeciwko supranaturalistycznemu poglądowi na świat, ocknęła się myśl i nawiązując znowu do grecko łacińskich tradycyj poczęła rozrywać pęta, któremi ją nieproszeni opiekunowie, czasu chwilowego zaćmienia skrępowali. Każdy w owym czasie chętnie zwie się ateistą, materyalistą, pozytywistą, a dawny republikanin z roku 1848, marzący o jakiejś nowej religii, albo wyraźnie przyznający się do chrześcijaństwa należy dziś do rzadkości. I tu widzimy jeszcze jeden z powodów nieporozumień z Barbésem, który ciągle i wyraźnie podkreślał swój deistyczny światopogląd i sympatye dla chrześcijaństwa. Ale właśnie to, co go dzieliło od tamtego, stanowiło jeden jeszcze więcej powód charmonii, w jakiej żył ze swoimi młodymi zwolennikami i przyjaciółmi.

CXXXIX.

Pośród przyjaciół owych, n a wyróżnienie zasługiwał Gustaw Tridon, który później ogłosił studyum społeczne pt.: „Hebertyści“. Był to człowiek o umyśle głębokim, sceptyk w słowach zapaleniec w zakresie myśli i czynów, bogaty, a jednocześnie zdolny poświęcić wszystko. Przyjacielem jego był późniejszy znajomy Blanquiego, baron Ponnat, autor dzieła „Variations du Christianisme“, odgrywający w tej grupie rolę Holbacha. Blanqui polubił także uczestnika zebrań towarzyskich w swej celi, markiza de Montègre. Był to doskonały bajarz, człowiek nader łatwy w obejściu i miły, a przytem dziwny i tajemniczy. Zjawiał się zawsze wykwintnie czarno ubrany, a nie wiedziano czem się zajmuje i z czego żyje. Później się okazało, że był nędzarzem, strzegł jeno troskliwie pozorów i w dniu, kiedy wyczerpał wszystkie środki i zjadł ostatni kęs chleba, poderżnął sobie gardło. Do gości Blanquiego zaliczał się też Ranc i cała czereda studentów medycyny, jak Villeneuve, Taule Clemenceau i inni. Clemenceau miał wówczas 22 lat i dopieroco wyszedł z Mazas, gdzie był internowany na mocy ustawy o zbiegowiskach ulicznych i zaraz, gdy go jeno przedstawił Blanquiemu Taule, przylgnął całą duszą do więźnia Św. Pelagii. Gdy się zjawił poraz pierwszy, zastał Blanquiego siedzącego na łóżku z uśmiechem wolteryańskim na ustach. Dziwnie wyglądał i ponuro ten uśmiech na żółtej, jak stara kość słoniowa twarzy więźnia. Wydało się, iż ją czynił czarną, jak kwas żrący. Z pod rozwartej koszuli, wyzierało ciało czyste, białe, starannie wytarte ośródką z chleba, a na kominku leżały jarzyny i przybory świadczące, że ten wegetaryanin sam sobie przyrządza jedzenie. Clemenceau przyprowadził swego ojca i zaraz okazało się jaką posiada pamięć Blanqui. Przypomina sobie, że gość jego, w roku 1848 wystarał mu się o paszport przez pewnego mera wandejskiego w Bazoges-en-Pareds.
Młody student przychodził codziennie przez cały rok niemal. Niebawem Blanqui zwierzył mu się ze swych planów i Clemenceau pojechał do Belgii, by wziąć od doktora Watteau, wygnanego w roku 1851 ręczną prasę drukarską i czcionki. Potem Clemenceau został lekarzem chorób wewnętrznych w szpitalu de la Pitiè, a że okna celi Blanquiego wychodziły właśnie na dziedziniec szpitalny, więc mogli się dowoli porozumiewać zapomocą znaków. Konspirowali czas jakiś, ale nagle wszystko się urwało, a jeden z zaufańców Blanquiego zjawił się u Clemenceau i zabrał prasę drukarską i czcionki. Gdy młody lekarz wyraził w rozmowie z mistrzem swe zdziwienie, Blanqui oświadczył mu bez ogródek, że nie podoba mu się, iż w café de Cluny prowadzi długie rozmowy z jego wrogiem Delescluzem. Niedługo potem Clemenceau wyjechał do Ameryki, a Blanqui pozostał nadal w więzieniu, więc wszystko ustało.

CXL.

Wszystkie te projekty, wszystkie rozpędy ku czynowi mają za tło chorobę. Z samego zaraz początku pobytu w Św. Pelagii musiano Blanquiego przenieść do szpitala klinicznego, a w jesieni 1861 roku wykonano na nim operacyę chirurgiczną, która się okazała niezbędną. Przeleżał tam dwadzieścia dni i przewieziono go napowrót do więzienia. O wyzdrowieniu wówczas nie było i mowy, jeszcze w trzy miesiące potem nie mógł podnieść się z łóżka. Niedługo po tej chorobie ponowiły się bole żołądka, a że była to sprawa poważna, na którą jady znaleść nie było można w infirmeryi więziennej przeto dnia 12 marca 1864 roku przeniesiono go do szpitala Neckera, przy rue de Sévres położonego, gdzie też pozostał do końca swej kary więziennej, wedle wyroku najwyższego trybunału kończącej się w grudniu 1865 roku.
Zajmował w szpitalu łóżko Nr 24, w pokoiku pierwszego piętra, przytykającym do „sali św. Jana“. Leczył go Dr Desormeaux, obsługiwały zakonnice, przychodził doń jeszcze inny lekarz, internista i studenci medycyny w celach studyów fachowych. Prócz tego we czwartki i niedziele odwiedzały go siostry i młodzi przyjaciele, o których mówiliśmy wyżej, a co najciekawsze, w sąsiednim pokoju leżał w łóżku, nibyto chory, agent tajnej policyi i pilnował Blanquiego. Zaraz też zjawił się, jak z pod ziemi wyrosły Cazavan i nie odstępywał chorego.
Ale zwolenników politycznych w tym czasie nie było wielu. Wielka ich ilość siedziała w Św. Pelagii i Mazas. Z pośród tych, którzy przystali do stronnictwa Blanquiego w szpitalu Neckera, na pierwszy plan wysuwa się: Leonce Levraud, przyprowadzony przez Villeneuva i brat jego Edmund Levraud, dalej Cléray i Jaclard, który dopieroco przybył z Nancy, dla studyów medycznych. Poznał się z Villeneuwem i został wprowadzony do Blanquiego na początku roku 1865.
Co tygodnia, we czwartki i niedziele przez cały czas pobytu w szpitalu schodzili się znajomi chorego, znosili mu książki, zapoznawali z przeróżnymi młodymi ludźmi, którzy się Blanquiemu wydawali, bez wyjątku niemal rozumnymi i pełnymi energii. W ten sposób poznał Karola Longueta, wydającego wówczas czasopismo „Ecoles de France“, w którem Rogeard drukował „Uwagi Labienusau, i zaproponował ma, by ogłosił w swem piśmie rzecz, drogiego mu Tridona, „Hebertystów“, noszących zrazu tytuł „Skazańcy historyi“, („Les Damnés de l’histoire“). Pracę tę Tridona cenił Blanqui niezmiernie, mimo, że był zwolennikiem klasycyzmu, jasności, bezpośredniości, a tam było mnóstwo domyślników i romantycznej retoryki i frazeologii.
Wśród rozmów o tem i owem, zwolna wyłaniała się myśl przyspieszenia ataku na imperyalistyczne rządy Napoleona. W tym też czasie Blanqui postanowił napisać i wydać seryę broszur, traktujących o opozycyi w Izbie. Tridon, Jaclard i Villeneuve podzielili się pracą i przy pomocy badań historycznych i krytycznych zestawili materyał, obciążający ludzi, których Blanqui uważał za członków i twórców reakcyjnego rządu najbliższych czasów, mogących się zjawić zaraz nazajutrz może po zwycięstwie republikanów nad imperyalistami. Poczęto się krzątać nie na żarty, a gorączka ożywiająca tych wszystkich młodych palonych wnętrznym ogniom czynu, skierowanego ku wielkiej, zasadniczej odnowie społecznej, ogarnęła też Blanquiego. Znowu mu się marzyć poczęły ideje organizacyi grup, oddziałów, tajne związki, kluby i zamachy nagłe, piorunowe, jakich miał pełną duszę czasu Restauracyi i Ludwika Filipa. Ale teraz był ostrożniejszy, czynił sam sobie zarzuty, wspominał skutki, liczył się z krwią, co popłynie i bardzo często obrady kończyły się tem, że hamował i zaklinał wszystkich, by nie działali bez głębokiej rozwagi. Zwłaszcza doradzał Longuetowi, by nie narażał istnienia swego pisma umieszczając bez celu gwałtowne artykuły, ale uczynił zeń ognisko propagandy nowych idej i punkt zborny sił nowych.

CXLI.

Przez krótki czas, tegoż roku, 1865 miał Blanqui własne czasopismo. Nosiło nazwę „Candide“ i ukazywało się co środy i soboty każdego tygodnia. Pierwszy numer nosi datę środy 3 maja 1865. Nie można było i myśleć o polityce. „Candide“ był poświęcony krytyce religii i popularyzowaniu nauk przyrodniczych i filozoficznych. Prócz wydawcy; współpracowali tu: Gustaw Tridon, który ogłosił studyum o Karolinie Corday, ślusarzu Gomainie, Servecie i Giordanie Bruno, dalej P. Vaissier, E. Villeneuve, baron Ponnat, Ludwik Watteau-Losson, YViette, Sumino (Dr Onimus) i wielu innych.
Blanqui podpisywał się: Suzamel. Było to skrócenie obu imion żony: Zuzanna-Amelia. Z pod jego pióra wyszła krótka zapowiedź wydawnictwa:
„Candide“ — pisał — nie chce dawać „lekkiej“ lektury, na to jest zbyt seryo nastrojony. Nie myśli być tem mniej pismem nudnem, o nie, zginąłby bowiem przygnieciony olbrzymią konkurencyą. Pouczyć i zjednać sobie czytelnika, oto jego zadanie. Jestto niewątpliwie bardzo wiele, nie wszyscy potrafią pogodzić miłe z użytecznem, ogromny to problem do rozwiązania i jeśli „Candide“ nie podoła, pójdzie tam, gdzie poszło tyle innych i to tąsamą drogą. Zaprawdę nie wiele cmentarzy ma tak wiele mogił, jak ten wielki punkt zborny“.
W innym artykule podpisanym: „Redakcya“, P. Vaissier z nazwy pisma wywodzi, iż jestto osobistość zmartwychwstała, nieboszczyk, co wyszedł ponownie na świat. Autor daje mu rysy Blanquiego. Jestto filozof zobojętniały na błachostki, który długo w ciszy uprawiał jeno swój ogród, ale wreszcie nie mogąc wytrzymać począł nauczać moralności i sprawiedliwości. Naturalnie licho na tem wyszedł, musiał doznać wszystkich przeciwności, był zdradzony przez zawistnych, pochwycony podstępem obrzucony oszczerstwami. Już mu się dnia pewnego wydawało, iż pochwyci cel swych pożądań, gdy nagle poniósł klęskę, wrzucony został do więzienia, poddany torturom i zmasakrowany. „Candide“ — mówił dalej artykuł — nie mógł przy tej okazyi nie zgorzknieć nieco. Cóż dziwnego, że tu i owdzie widna na nim blizna, nie bierze wszystkiego naiwnie i nie wydaje mu się świat różowym. Osmuca naturalnie, gdy się widzi obojętność, gniewa, podłość charakteru, ustawiczne spoglądanie na to, jak ludzie sprzedają się więcej dającemu i wielkie łajdactwo, wyciska z oczu łzy oburzenia. „Candide“ musi walczyć nietylko z wrogami, inkwizytorami wolnej myśli wieków minionych, nietylko ma za zadanie niszczyć urok ich i wpływy, ale zarazem musi tępić ich następców, ich kontynuatorów, a za takich uważa filozofów dwuznacznych, którzy głoszą tzw. religię natury, zamaskowany nauką fałsz. Za mistrzów swych przeciwnie uważa badaczy natury, tych prawdziwych poetów natury i męczenników, którzy w walce za ideały ludzkości nie wahali się wystawić siebie samych na cały impet gruzgoczącej nienawiści i figurowali długie czasy jako potępieńcy w historyi, gdy byli zbawcami świata“.
W regularnych odstępach czasu Blanqui publikował artykuły, będące wynikiem lektury i rozmyślań. Oto niektóre tytuły: „Nôtre Morale*, „Un père de l’Eglise au IV siècle“, „Le Monotheisme“, „Science e t foi“.
Wszędzie daje jasne określenie etyki, jako wytworu ludzkiego, wyłącznie praktycznym służącego celom, walczy z teologiczną formułą odnoszącą wszystko do nieba, wskazuje, iż jestto pułapka i wojenny fortel, żądnego władzy kleru, i omawia niebezpieczeństwo, na jakie naraża ludzkość idealizowanie wszystkiego poza zakres jasnego poznania. Nie zapomina przytem, że poświęcenie i męczeństwo, choć są to szczytne przywileje dusz olbrzymich, nie powinny być obowiązkiem wszystkich, obciążać sumień, podczas gdy przeciwnie poczucie sprawiedliwości i życie uczciwe obowiązuje ogół, bo w sercu każdego znajduje swą sankcyę. Blanqui chce dla każdego stworzyć obowiązek etyczny pracy społecznej. Twierdzi, że ewolucya sumienia ludzkości szła zawsze równem tempem z rozwojem nauk ścisłych i wierzy w przyszły, niedaleki nawet, wiele złoty, kiedy to obowiązywać i panować niepodzielnie będzie stara formuła pierwotnego chrześcijaństwa: „Nie czyń bliźniemu, co nie chcesz, by tobie czyniono“.
Jego krótki artykuł o monoteizmie jest najzwięźlejszem, najtreściwszem, jakie znam, ujęciem tematu, pełnem mądrości i siły. Wspomina tam rozkwit nauki haldejskiej, ów niesłychany prąd wiedzy i kultury, niemal równej naszej i opowiada, jak zniszczał pod palącem tchnieniem demona jednobóstwa semickiego, jasno zdaje sobie sprawę ze stosunku, który łączył wielobóstwo greckie i panteizm innych ras z wiedzą, w zakończeniu zaś wykazuje b raki biblii, a podnosi Babylon i Grecyę.
W innych artykułach mówi o św. Hieronimie, Ojcu Kościoła w wieko IV, którego owionęło tchnienie starożytności barbarzyńskiej i o Ojcu Gratrym, zakonniku wieku XIX, który rospaczliwie sięgał po wiedzę, widział ją na kartach Pisma świętego i chciał stworzyć charmonijną całość. A wszędzie Suzamel-Blanqui jest równie, wymowny, bardzo przytem logiczny i porywający za serce.
„Oto noc zapadła — mówi. — Od skał Palestyny odbity zalew semickiego jednobóstwa runął na światy romańskie i pogrążył je w swych czarnych nurtach. W ciągu niespełna stu lat świat cały stał się trupem. Wszędzie widać jeno pogorzeliska i ruiny, znikła nauka sztuka, cała kultura ducha. Fanatyzm chrześcijański z pochodnią w ręku przebiega rozłogi rzymskiego imperium, a pod jego stopy walą się świątynie, padają posągi, palą się biblioteki Rzymu i Aten. Na ten widok potwór wydaje ryki szalonej, zwierzęcej radości. Jak samum-niszczyciel, urodzony kędyś na spieczonej słońcem, bezpłodnej pustyni, zerwał się „geniusz chrześcijański“ i starł w pył nieśmiertelne, zdało się dzieła istotnego gieniuszu ludzkiego i wysiłku tylu wieków. Klątwą i dziś by jeszcze chciano nas obłożyć, a niedawny tu czas, kiedy potępiano całą literaturę, piękną, łączącą w sobie majestat, wymowę, siłę i wdzięk..., potępiano i oczywiście zaraz niszczono, by nie było na świecie już nic więcej prócz piekielnej, wściekłej hystery i religijnej i ryków bestyj pijanych swym szałem, pozbawionych zmysłów, wołających: Bóg! Bóg! Piekło! Potępienie! Śmierć!“.
Tak pisze, ale tragizm nie wyklucza też humoru. Blanqui w tych słowach charakteryzuje dzieje zdobyczy kleru poprzez długie wieki:
„Przez szesnaście wieków sprzedawali niebo, a skupywali ziemię“.
Nie wyczerpany jest, gdy mówi o Ojcu Gratrym i jego astronomii. Wówczas zdanie jego staje się krótkie, słowa ostre i trafne, jak strzały wbijające się w sylogizmy teologiczne zakonnika. Ale autor ten ma na Blanquiego wpływ, nawet swoje pojęcie Boga zdołał mu na chwilę wszczepić, tylko, że jestto:
„Bóstwo-maszyna, Bóg-siła motoryczna, Bóg odarty z cech i niepotrzebny zgoła, Bóg ateisty“.
I tak to rozumuje zakonnik. Straszliwy znak czasu.
Blanqui w zakończeniu ofiarowuje fotel w Akademii Umiejętności prostaczkowi, który umiał jednak takim być prorokiem.
„Idź tedy — mówi Blanqui — i nie grzesz więcej. Nie łap dwu srok za ogon, nie pij herbaty u pani Gibon i nie zapominaj o pielgrzymce do Jeruzalem. W Imię Ojca, Syna i Ducha Świętego proklamuję cię największym niewiniątkiem tego wieku. Amen!“
Wydaje się, jakbyśmy słyszeli Voltaira, ale nowy ten Voltaire uczył się pilnie przez całe stulecie i wzmógł się na siłach.

CXLII.

Nie mógł być trwałym żywot czasopisma Blanquiego, zostało też zawieszone i posypały się kary, przeważnie po miesiącu więzienia opiewające, a to za ogłaszanie rozpraw z zakresu ekonomii politycznej bez upoważnienia i kaucyi. Pismo było, po pierwsze zgłoszone inaczej co do treści swej, miało zajmować się rozstrząsaniem kwestyj religijnych, a po drugie, ponieważ obraziło „kult uznany przez państwo przeto przestało po ośmiu numerach istnieć.
Blanqui przekonał się, że niepodobna działać skutecznie z więzienia, czy szpitala, będąc ciągle śledzonym przez szpiega policyjnego.
Nasuwała się też kwestya inna. Co prawda niebawem miał się skończyć czas jego kary więziennej, ale czuł, że go śledzą i wobec istnienia „ustawy o bezpieczeństwie publicznem“, ustawy podstępnej i stosowanej zazwyczaj jeno do niemiłych rządowi przestępców politycznych, obawiał się, że po wypuszczeniu z więzienia może zostać przemocą porwany i bez możności słowa protestu niezwłocznie wywieziony do Cayenny na dożywotnie, lub przynajmniej długoletnie osiedlenie. Ustawa powyż wymieniona, zniesioną została dopiero 31 października 1870 roku. Blanqui oświadczył tedy przyjaciołom, iż postanowił nie czekać zamachu i uciec parę dni przed czasem, w którym wedle jego obliczeń kończył się okres czteroletniej kary, na którą został skazany. Poczęto się zaraz krzątać koło wykonania zamiaru.
Cazavan i Blanqui przypomnieli sobie swe metody z Belle-Ile. Nie one były winne, że się wówczas nie udało, przeciwnie, gdyby nie zdrada przewoźnika, plan musiałby być wprowadzonym w życie do końca. Ale tutaj, w szpitalu, zgoła zbytecznem było robić lalki. Szło jeno głównie, by zataić ucieczkę przez kilka godzin w celu wydostania się z miasta i przebycia granicy. W tym celu Blanqui tak się urządził, że zakonnica, przynosząca mu kolącyę, nigdy go w pokoju nie zastawała. Przez pewien czas, gdy jeno nadchodził czas kolacyi, wydalał się na kurytarz, wałęsał się po całym gmachu, schodził nawet do ogrodu. Z początku pytano się o niego, potem zaprzestano. Zresztą zakonnice były to osoby bardzo dobre, jedną z nich, starą siostrę Martę, która sobie nabiła do głowy, że musi nawracać rewolusyonistów, Blanqui nieraz zmuszał do odwrotu jakimś straszliwym, bluźnierczym argumentem i śmiał się, gdy uciekała czerwona i zrospaczona. Druga była młoda, piękna, niebieskooka, nie dyskutowała wcale i prawdopodobnie uważała zawsze spokojnego, siwowłosego starca, który żył tak ascetycznie, za rodzaj świętego. Więc nie nie było co obawiać się nadzoru.
Tymczasem nadszedł sierpień i dzień oznaczony na wykonanie zamierzonej ucieczki. Była to niedziela, dnia 27 sierpnia. Do Blanquiego przyszli Cazavan i obaj Levraudowie wraz ze swym znajomym, studentem medycyny, Lemblinem. Lemblin nie zajmował się polityką i nigdy tu nie był, a wybrano go umyślnie, by odźwierny i agent policyjny stropili się, widząc obcego, wśród znanych sobie ludzi. Blanquiego bowiem miano przeistoczyć w innego zgoła człowieka. Leonce Levraud obciął mu włosy i brodę, potem ogolił go starannie. Pozbawiony swych siwych pukli i szczecinowatej brody, Blanqui stał się nie podobnym do siebie samego i to w tym stopniu, że przyjaciele zdumieli się. Dół twarzy znacznie się zwęził, czoło zaś i czaszka stały się niezmiernie wysokie i szerokie. Poznać go było może jeszcze tylko po oczach błyszczących, szybko rzucanych spojrzeniach i przenikliwym, ostrym głosie. Z drżeniem nadziei, utajonem w żartach, wsadzono mu na głowę perukę jasną, o długich, kędzierzawych włosach i przykryto ją kapeluszem miękkim. I jedno i drugie nadawało się wybornie do całości i czyniło więźnia niepoznawalnym. Blanqui podczas całej tej akcyi, nieco gorączkowo prowadzonej, pozostał spokojnym, żartował z improwizowanym golibrodą, zaklinając, by go nie pozacinał i przeglądał się w małem lusterku, które mu trzymał blisko twarzy Levraud.
Nakoniec nadszedł czas ucieczki. Z pokojów sąsiednich i sal szpitalnych dochodzą odgłosy pożegnań, ten i ów wychodzi na kurytarz, dozorcy chodzą wszędzie i oznajmiają, że godzina odwiedzin minęła. U Blanquiego nikt nie czeka wezwania, otwierają się drzwi i tworzy się pochód. Po pod nos agentowi policyi przechodzą wszyscy kurytarzem, na przodzie kroczy Lemblin, potem Blanqui, obok niego Leonce Levraud, potem Edmund Levraud, a na końcu Cazavan, który wychodząc, zwraca się jeszcze w progu i mówi, niby to do znajdującego się w pokoju chorego: „Tak, tak, niezawodnie zjawię się we czwartek drogi przyjacielu!“. Zamyka drzwi i łączy się z pochodem. Zresztą spiskowcy już zmieszali się z tłumem niedzielnych gości szpitalnych, którzy tu przybywają do swych krewnych i znajomych. Niebawem minęli lożę odźwiernego.
Nikt Blanquiego nie poznał. Agent policyjny mechanicznie wysłuchał słów Cazavana, odźwierny spojrzał niedbale po wychodzących, a nawet zakonnica, przyniósłszy kolącyę, nie byłaby, wobec nieobecności chorego narobiła alarmu, bo powtarzało się to co dnia. W ten sposób o ucieczce dowiedzieć się nikt nie mógł przed ranem dnia następnego.
Spiskowcy znaleźli się na ulicy i zaraz natknęli się na Piotra Dénis, dobrego znajomego Blanquiego, który go nie poznał. Longuet zjawił się też w pobliżu, ale widząc stojącego z dość głupią miną na czatach Villeneuva, roześmiał się tylko i domyślając się czegoś, tej niedzieli, nie odwiedził Blanquiego.
Tegoż wieczora Blanqui wyjechał. Wyszedłszy ze szpitala, musiał czekać na odejście pociągu do Brukseli. Jeden z przyjaciół wystarał się o bilet. Blanqui tedy powałęsał się po bulwarze strasburskim z Levraudem i Jaclardem, na krótki czas przed odejściem pociągu wieczornego zjawił się na dworcu północnym, w uścisku dłoni przyjął bilet, przeszedł spokojnie poczekalnię, wsiadł i niebawem znalazł się za granicą.
Istotnie, dzięki młodej zakonnicy, nie dowiedziano się o ucieczce aż nazajutrz wieczorem. Opowiadała ona potem siostrzenicy Blanquiego, że spostrzegła zaraz ucieczkę, bo na podłodze zostały włosy obcięte. Ale poczciwa dusza nikomu nie wspomniała, zabrała włosy i wyszła, drzwi szczelnie zamykając za sobą. Zaprawdę dziwne są dzieje ludzkie... ów akt podłej zdrady przewoźnika z Belle-Ile zmazała dobroć serca młodej zakonnicy.

CXLIII.

Jeszcze przed ucieczką Blanqui napisał do dzienników list z datą 28 sierpnia. Z listu tego wyjątki zamieściły różne pisma, ale tekst całkowity pojawił się w czasopiśmie Lonqueta i Rogearda p. t. „Rive gaucheu“, które teraz wydawali po zawieszeniu „Les Ecoles de France“. W liście swym Blanqui wyjaśnia, dlaczego uciekł, i oskarża trybunał kasacyjny o naruszenie ustaw, gdyż jego rekurs czekał na załatwienie sto czterdzieści dwa dni, gdy najdłuższy, zagwarantowany termin oznaczony jest na dni czterdzieści jeden.
„Nie trwała moja kara mówi — lat cztery, ale cztery i pół, to jest o 12 proc. dłużej, jak brzmiał wyrok. Naturalnie nie myślę narażać się na dalsze gwałty. Sądzę, że poddawać się nielegalnemu, wołającemu o pomstę prześladowaniu, znaczy to niemal tyle, co nadawać mu cechę legalności. Przeto wynoszę się z kraju, protestuję przeciw nadużyciu i nie godzę się na dodatek łaskawy owych stu dni kary. Ukłony zasyłam mym gnębicielom i opuszczam ich... czy na długo, powiedzieć na razie nie mogę“.
W pięć dni potem, dnia 2 września pisze Blanąui nowy list z Brukseli, omawia w nim artykuł z „Gazette des Tribunaux“ i udowadnia, że go ponad czas przetrzymać chciano w więzieniu.
Poczęto na ten temat dyskutować, posypały się zaczepki, odpowiedzi, ataki, apologie, aż rzecz zakończył Rogeard, udowadniając, że mnóstwo ironii mieści się w całym tym formalizmie listów Blanquiego i drwin z „legalności“ współczesnych ustaw cesarstwa. Czyż nie wystarczy uznać zdrowym rozsądkiem, że dobrze zrobił że uciekł? Więcej chyba niema tu co dowodzić. Ucieczka co prawda znowu udaremniła Blanquiemu wszelką jawną działalność społeczną, propagandę otwartą, skazywała go na tajną konspiracyę, ale deportacya, zagrażająca po odsiedzeniu kary, byłaby jeszcze bardziej odcięła go od wszystkiego. Pozatem uzyskał spokój, swobodę ruchów niejaką, mógł się przynajmniej komunikować wprost z ludźmi, pozostać w kontakcie ze światem żywych i nie był już teraz skazany na owo ciągłe napięcie woli i myśli, wysyłanie duszy na zewnątrz celi, tam gdzie się formują stosunki ludzkie. Już teraz mógł własnemi oczyma oglądać te wszystkie drobne, ale bezustanne zmiany i modyfikujące się wciąż wzajem ruchy, które stanowią, które tworzą życie społeczne.

CXLIV.

Niemal wprost z więzienia, tegoż jeszcze roku 1865, Blanqui udaje się do Genewy, gdzie wiedzie życie miłe, odbywa wycieczki po górach, używa na powietrzu i słońcu, a przytem z wielkiem zaciekawieniem śledzi przebieg obrad międzynarodowego kongresu. Blanqui pragnął też zaraz skorzystać ze sposobności i nawiązać stosunki z wysłańcami paryskiej ludności pracującej. A było ich kilku: Alfons Humbert, Protot, Tenesse, Lalourcey i Jeanou. Zależało na tem, by ci właśnie wysłańcy zdecydowali się zwalczać indyferentyzm polityczny grupy paryskiej, z którego niezmiernie zadowolonym był rząd, tak, że nawet gotów był popierać grzecznych rewolucyonistów. Rzecz cała licho się skończyła, bo posiedzenie sekcyi zwołane w tej sprawie w Paryżu wykryła policya, i poaresztowano wszystkich, prócz Protota, który się wymknął pod koniec obrad.
Blanqui nie przemawiał na tem zebraniu, przebywał wówczas w Brukseli u doktora Watteau, gdzie prowadził dalej zwyczajny, pracowity żywot i utrzymywał korespondencyę z licznymi pozostałymi w Paryżu przyjaciółmi zwłaszcza Tridonem i Jaclardem. Młodzież i tu gromadziła się koło niego, najlepsza, wojowniczo usposobiona młodzież. Tutaj też spotkał Longueta, który po zawieszeniu swego nowego pisma przyjechał tu uciekając przed więzieniem. Longuet tu w Brukseli na nowo podjął wydawnictwo swego: „Rive Gauche“.. Przy okazyi kongresu brukselskiego i odbytego też w tym czasie w Liége poznał Blanqui wielu wysłańców, przeważnie studentów, a pośród nich jednego, który pozostał już do końca życia jego najlepszym przyjacielem. Nazywał się Granger, pochodził z chłopsko-mieszczańskiej rodziny normandzkiej i z departamentu Orne przybył do Paryża studyować prawo. Był zakochany wprost w literaturze pięknej, a zarazem entuzyastycznie oddawał się polityce. Widywali się często, a Granger przyprowadził też swego krajana i przyjaciela Endesa. Endes był jeno człowiekiem czynu, uczciwości wielkiej, śmiałym, pochopnym, może zbyt gadatliwym, ale podobał się Blanquiemu, bo umiał nakazać by go słuchano i poskramiać rozkiełzane języki innych.
Utworzyła się tedy nowa grupa ludzi czynu, uznająca przywództwo Blanquiego.
Szło teraz o organizacyę, o sformowanie armii rewolucyjnej. Od dawna pracował nad tem w Paryżu Jaclard, jego przyjaciele z przedmieść, Genton i Duval. Teraz wzięli się do roboty Granger i Eudes, a Blanqui dawał im instrukcye, bardzo dokładne wskazówki, pisywał do nich długie listy. Były to całe traktaty polityczne spisywane na cienkim papierze, drobnem, wykwintnem pismem, zawierające zwłaszcza rady szczegółowe, dotyczące metod, jakich się trzymać należy chcąc zgromadzić w koło siebie zastęp śmiałych, zdolnych do akcyi rewolucyjnej zwolenników-żołnierzy.

CXLV.

Można było zrozumieć i zgodzić się na tę politykę zbrojnego powstania wobec przemocy, ale dziś, gdy zastanowimy się, żal nam zarówno Blanquiego jak i jego stronnictwa, zwłaszcza żal nam rzadkich jego zdolności, które dziwnym zbiegiem okoliczności, czy przeznaczeniem nie mogły być inaczej zużytkowane i szły na politykę tajną, konspiracyę i zamachy zbrojne, bez planów dalszych. Powodzenie ruchawki ulicznej, chwilowe zawładnięcie sytuacyą nie wystarczało by Blanqui okazał się mężem stanu. Do tego posłużyć mógł jeno tryumf rewolucyi. Mógł przez dni kilka z oddziałem zwolenników trzymać w swych rękach miasto, ale by mógł stworzyć rząd, niezbędne mu były przyzwolenie i pomoc większej części ludności, a dla prowadzenia polityki ogólnej, zdolnej walczyć z warunkami, stwarzać nowe formy, zmierzać ku olbrzymim reformom społecznym musiałby zostać uznanym, móc mówić, być słuchanym i posiadać kredyt moralny mas.
Ale wiele rzeczy złożyło się na to. Samo jego stronnictwo starannie podtrzymywało często fałszywy pogląd, jaki sobie nań wytworzono w roku 1848, zamiast uczynić zeń wyobraziciela idej, którym sami wszyscy służyli. Przeszkodziły temu brzydkie namiętności ludzkie, zawiść, zazdrość, gniew, interes osobisty, nadzieja zysku, a ci właśnie, którzyby powinni byli dać przykład, poświęcić swe uprzedzenia sprawie wielkiej i świętej, nie zdobyli się na to, pozostali zaślepieni w egoizmie i wrogiej ślepocie.
Nie mam na myśli ówczesnej „oficyalnej“ opozycyi. Większość z nich brała czynny udział w ruchach roku 1848 i przekonano się co potrafią. Blanqui nadto uważnie i długo śledził fazy ich ewolucyi, by miał się łudzić nadzieją jakiegokolwiek porozumienia. Oni ze swej strony, też nie daliby mu nawet tej dozy sprawiedliwej oceny i uznania, do jakich każdy człowiek ma niezaprzeczone prawo. Leżała pomiędzy nim, a nimi przepaść niezgłębiona. Ale byli inni, ci którzy głosili codziennie z zapałem, że dążą ku nowemu jutru, ci, powinniby byli teraz właśnie, z wszystkich istniejących elementów stworzyć zastęp bojowników o lepszą przyszłość. Dziwne doprawdy, że nie uczynili nic. Blanqui w roku 1848 tak przeraził mieszczaństwo, że okrzyknięto go potworem, zakałą rodzaju ludzkiego. Ludzie ci, teraz właśnie powinni byli głośno powiedzieć, co ten człowiek wart, odsłonić przed całym światem ile wycierpiał dla swych przekonań, przełamać głupie zapatrywanie, jakie się odnośnie do niego utrwaliło, słowem nową energię tchnąć w jego życie. Tymczasem ci jedyni, którzy wiedzieli, jak sprawy stoją i mogli to uczynić, milczeli. Tu i owdzie odzywały się głosy pojedyncze, sumienia wołały o sprawiedliwość, ale tak cicho, że nie wielu usłyszało.
Blanqui poznał też, że nie wypłynie nigdy na powierzchnię i milczał. Zresztą cóż mógł uczynić? Był myślicielem i tworzył wciąż dzieła myśli. Ale dzienniki zamykały się przed nim, mógł się tedy wypowiadać jeno w broszurach i książkach. Ale był to równocześnie człowiek czynu, chciał widzieć natychmiastowe ucieleśnienie się myśli, a książka do tego się nie nadaje. Książka przenika w umysły powoli, jestto działanie systematyczne, obliczone najczęściej na przyszłe pokolenie. Inaczej trudno pojąć, by Blanqui nie miał natychmiast pozyskać sławy wielkiego publicysty. Pomijając nawet potęgę jego słowa, miał niezmierną łatwość pisania i pewnem jest, że choćby nie był doczekał żniwa, widziałby niewątpliwie kiełkowanie swych idej, imię jego, byłoby znane, wyrosłaby młódź, znająca jego dzieła wydane i czekanoby na ukazanie się w druku tego, co pisał czasu swych długoletnich przesiadywań po więzieniach i w krótkich okresach wolności, w latach, gdy marzyły mu się plany przemiany zła w dobro, łez niedoli w uśmiech radości.
Ale wszystko to były jeno możebności. Pozostał czem był. Rwało się w nim wszystko do czynu od najwcześniejszej młodości, a zawsze poryw każdy musiał być zgnębiony. Wszystko cokolwiek chciał, natychmiast wciągano na indeks, poddawano nadzorowi, zamykano do ciemnicy za pierwszym zaraz przejawem, albo przedtem jeszcze i w ten sposób Blanqui był z natury swej i z przeznaczenia ciągłym, dożywotnim więźniem. Społeczeństwo, przeciw któremu powstał, okrzyknęło go niebezpiecznym maniakiem, potworem uosobionym. Z nazwiskiem jego zrosło się pojęcie przewrotu, kataklizmu i nieszczęść społecznych, to więc wszystko „obrońcy ładu i porządku“ odrzucali od siebie, zamykając Blanquiego ciągle do więzienia. Tak im się przynajmniej zdawało.
Takie to dziwne losy czekają jednostkę, żyjącą w obcem sobie, albo nawet wrogiem społeczeństwie. Określoną zostanie taką, a taką i nic już nie pomoże. Sam nawet ów człowiek musi poniekąd przystać na wyrok, który go deformuje nieraz na duszy i ugina pod jarzmo posłuchu wobec legendy szerzonej o nim samym. Pozostając tedy tym samym, człowiek staje się jednak innym i musi się natrudzić niemało ktoś, kto po pewnym czasie chce odnaleść istotną postać danego indywiduum pod ową powłoką twardą, powstałą z chemicznych niejako w akcyi wzajemnych idej sprzecznych, pod specyalną patyną „opinii“, na którą składają się niedokładne informacye i celowe kłamstwa, dyktowane interesem osobistym oszczercy.

CXLVI.

Po ucieczce swej ze szpitala Neckera, od roku 1865 do 1870, Blanqui żył jak zawsze zamknięty w sobie, tak, że nic istotnego o tym okresie nie wiemy, mimo, iż stykał się z mnóstwem osób przeróżnych. Nigdy większą tajemnicą nie osłaniał miejsca swego mieszkania, szczegółów życia prywatnego, nawet wówczas, gdy sekret taki nakazywało własne jego bezpieczeństwo.
Zrazu, po podróży do Szwajcaryi przebywał w Brukseli i żył spokojnie zdała od zgiełku, polityki, dyskussyj z przeciwnikami. Widywał się z kilku jeno przyjaciółmi i był skąpy w objawach sympatyi. Potem, jak gdyby nigdy nic nie zaszło, mimo ustawy o „bezpieczeństwie publicznem“ wracał raz po raz do Paryża, może w celu porozumienia się lepszego ze swymi stronnikami, uznawszy listy za niedostateczne w chwili, gdy zbiera się na coś poważniejszego, a może jeno pędzony tęsknotą za krajem i powietrzem paryskiem.
Z Brukseli obserwował Blanqui wyczerpanie europejskie roku 1866 i apoteozę cesarstwa w roku 1867, słyszał też ostrzegawczy grzmot, katastrofę meksykańską, która się wydarzyła w pełni wystawy światowej. Upadek nadchodził szybko, można go już było spostrzedz. Dostatki i pomyślność doszły do granic ostatecznych, pieniądze napływały do cesarstwa, które korzystało z nowych warunków ekonomicznych, mnożących się z dnia na dzień wynalazków w zakresie budowy maszyn, zakładanych coraz to innych linij kolejowych, rozkwitu przemysłu. Ale jednocześnie szerzył się syty optymizm, beztroskie zadowolenie, lekkomyślność i złowrogie zamiłowanie roskoszy, co poprzedza zawsze katastrofę. Ktokolwiek pomyślał choćby przez chwilę, musiał dojść do pewności, że ucztę przerwie kataklizm i stronnicy rewolucyi, wierzący, że tą drogą Francya odzyska swą republikańską formę rządu, z niecierpliwością wyczekiwali walnej bitwy, któraby unicestwiła cały ten groźny i pasorzytniczy imperyalizm.
Nareszcie zdawało się, iż budzi się świadomość, że poczynają się ruszać masy. Pauperyzm wzrósł niezmiernie równolegle z dobrobytem przemysłowym, a w Londynie, właśnie teraz, w r. 1864, na kilka tygodni przed śmiercią Proudhona założono „Międzynarodowy Związek robotniczy*, potężną „Międzynarodówkę*. Zjawiają się też jaśniej określone niż w r. 1848 i na bardziej naukowem tle oparte teorye socyalistyczne, cały świat zda się przecierać oczy. Ale Blanqui i teraz jak zawsze zresztą poszedł swoją drogą. Pracował właśnie niezmordowanie nad rozwiązaniem palących kwestyj, badał problemy z zakresu ekonomii politycznej, wreszcie jął się na nowo idei swojej dawnej, postanowił zbliżyć się do najbardziej niezadowolonych i za ich pomocą dać w rękę władzę tym, którzyby najmniej utrudniali w przyszłości dalszy rozwój, dalszą ewolucyę, którychby zresztą potem usunąć można.

CXLVII.

Jął się tedy starych praktyk, wypróbowanych czasu Restauracyi i Ludwika Filipa. Postanowił sformować grupę centralną i zwolna przybierać nowych zwolenników, starannie przebierając między zgłaszającymi się, nie oznaczając ni programu, ni daty jakiejś zaczepnej akcyi, jednem słowem postanowił zorganizować szeroko rozgałęziony związek tajny. Powiodło mu się to w znacznej części i został przywódcą, którego autorytet szerzył się coraz to dalej po dystryktach rewolucyjnych.
Sformowaniem owych dystryktów, owych grup ludzi zdecydowanych i uczciwych, zajęli się gorliwie przyjaciele Blanquiego, dziś oficerowie w służbie rewolucyir Jaclard, Genton, Duval, Granger i Eudes. W latach 1866 i 67 rozpoczęto propagandę, cicho, zwolna, podkradając się tylnemi wejściami w gmach imperyalizmu, z rozwagą i wprawą godną podziwu. Pod Paryżem widocznym dla wszystkich, objętym uciechami, połyskującymi iluminacyami, hałaśliwym i rozgadanym, spał inny Paryż. Myślano, że umarł, ale teraz właśnie ta moc ogromna zbudziła się ze snu, poczęła skłębiać w sobie, skupiać, gotować do wybuchu. Budzi się Paryż rewowolucyjny, republikański, odżywa i przypomina swą racyę bytu, cel swego istnienia. Trzeba było piętnastu lat nędzy i katowań, by tchnąć w nowe pokolenia robotników, nie już nadzieję w powodzenie, ale samą wolę zaprowadzania jakichś zmian w ustroju społecznym. Tym razem jednak na widownię występuje uświadomiona klasa społeczna, jest to ruch oparty na jasnych postulatach ekonomicznych. Nareszcie poskutkowały nauczki, jakich los nie szczędził ludowcom, upojonym wiarą w dobrą wolę i pomoc ludzi stojących u steru i bogaczy. Filozofia pozytywna i literatura ożywiona duchem prawdy bezwzględnej, stworzyły atmosferę realistyczną, która ogarnęła wszystkich. Tak mówiono, tak pisały dzienniki. Romantyzm dobiegł kresu swego rozwoju, zabłysnął szeroką łuną w dziełach Wiktora Hugo i poetach „Wschodu“, a koroną jego są „Nędzarze“. Teraz wszystka energia i myśl cała większości skierowane są do zdobycia jutra, do czynu.
Tak sądziła większość, a mniejszość baw iła się, spacerowała po bulwarach, zapełniała teatry, areny wyścigowe, pokładała się od śmiechu, czytając satyryczne kroniki Rocheforta. Nie spostrzegali oni oznak, aż nadto widocznych, rozkładu i niewiele sobie robili z filozofii i literatury. I trudno było sobie wyobrazić, by ci „wybrańcy losu“ mieli się domyślać, że w Paryżu, owym oceanie hałaśliwym życia, regularnej, codziennej pracy, miał się gotować spisek ludzi silnej woli, że ci ludzie dnia pewnego, pośród bachanalii, zjawią się z bronią w reku i położyć będą chcieli koniec rządom, które stoją w poprzek zadaniom i celom najbliższym ludzkości. A jednak tak było. Pośród owych urzędników, robotników, snujących się ulicami, niczem nie wyróżniających się od innych atomów, składających razem tłumy które pracowały po dniach całych, a wieczorami wypoczywały na werandach kawiarń, lub tylnych salkach handlarzy win, pośród nich wszystkich mnóstwo było spiskowców zajętych gorliwie propagandą, starających się usilnie obroń, gotowych na każde zawołanie. I jakżeby ci próżniacy mieli wiedzieć cokolwiek o robocie rewolucyjnej? Przez cały okres organizacyjny postępowano tak ostrożnie, tak sprytnie, przez całe miesiące i lata chowano tak wiernie tajemnice, że ani jednego nie narażono zebrania, nie podano w podejrzenie ani jednego ruchu, całej tej, coraz liczniejszej gromady ludzi, a policya polityczna cesarstwa, w istocie słusznie ciesząca się opinią straszliwej i wszystkowiedzącej, ani razu nie miała sposobności wystąpić.

CXLVIII.

Organizacya sięgnęła w istocie daleko. Pierwszą grapę sformowali Jaclard, Genton i Duval. Była to trójca, złożona z jednego studenta medycyny i dwu robotników i wyrażała doskonale wojenną formułę owych czasów. Zwolenników dostarczyły przeważnie północne i wschodnie dzielnice, począwszy od Montmartre, poprzez Chapelle, la Villette, Belleville, Mènilmontant, aż do Charonne. Granger i Eudes ze swej strony skupili elementy rewolucyjne brzegu lewego, dzielnicy łacińskiej, Gobelinów i Montrouge. Niemal co dnia wzrastały zastępy, widać było w oczach, jak przybywa bojowników wolności. Jednostki bojowe szybko połączyły się w dziesiątki, z dziesiątek powstawały setki. Było ich, pięciuset, potem ośmiuset, potem tysiąc, potem dwa. Najwyższą zdaje się cyfrą, jaką osiągnięto, było 2500 spiskowców.

CXLIX.

Gdy wszystko było już w pełni rozwoju i ruch szerzył się niepowstrzymanie, Blanqui począł w regularnych odstępach czasu przyjeżdżać do Paryża. Z początku wpadał jeno od pociągu do pociągu do starszej siostry, pani Barellier, zamieszkałej przy rue Cardinal-Lemoine, lub Eudesa, przy rue Vavin. Ani razu jednak policya nie domyśliła się i nie dała mu się we znaki. Wówczas począł przedłużać swe wizyty, żył tu, jakby go nie było, wszystkim pozwalając wierzyć, że mieszka w Brukseli. Nawet same jego siostry, dla oszczędzenia im przykrości, w razie denuncyacyi czyjejś, nie wiedziały nic pewnego, tylko najbliżsi: Granger i Eudes byli wtajemniczeni w to, gdzie mieści się jego kryjówka.
Przebywał czasem po pół roku w stolicy. Granger i Eudes wynajęli dlań pokój na szóstem piętrze przy bulwarze Montparnasse, niedaleko rue Vavin. Pod obcem nazwiskiem żył sobie tam i nikt o nim nie wiedział. Zwał się: pan Baduel. Z różnicą, że wychodził kiedy chciał, co także ma swą wartość, Blanqui żył w owym pokoiku w Paryżu, zupełnie jak żył w celi więzienia Mont-Saint-Michel, Doullens, Belle-Ile, Corte i Św. Pelagii. Nawykł do szarych murów i samotności i nawet będąc na krótko wolnym, nie zmieniał już przyzwyczajeń. Więzienie ścigało go tedy niejako, otaczało go gdziekolwiek stanął, czy może on sam wysiłkiem woli stwarzał je dla siebie ku ochronie własnych, a drogich tajemnic.
Wstawał, jak zawsze, o świcie, oddychał u okna, jak ongi poprzez kraty, świeżem powietrzem, mył się starannie, pił mleko, cerował skarpetki, naprawiał ubranie i zaraz, ledwo ubrany, siadał do pisania, lub zanurzał się w książkach. Jednym też z głównych powodów owego odcinania się od ludzi, był głód wiedzy i namiętność do pracy umysłowej. Około południa wychodził, mijał ulice, aż na rogu rue Vavin wchodził do domu, gdzie mieszkał Eudes. Szczupłego, szybko idącego mężczyzny nikt, zda się, nawet nie spostrzegał. U Eudesa jadał obiady i kolacye, przyjmował znajomych i interesentów, nie znających jego prawdziwego mieszkania. Dla nich przemieszkiwał tu, albo przy rue Cardinal-Lemoine. Zastawali go też zawsze zajętego szyciem lub pisaniem, ciągle uśmiechniętego, uprzejmego. Lubił słuchać i zerkać z pod oka na mówiącego, potem pytał, zadawał dużo pytań, śmiał się nawet nie gardząc pieprznymi dowcipami i dwuznacznikami.
W tym to małym pokoiku, przy bulwarze Montparnasse powstało studyum o Jezusie, napisane z racyi pojawienia się książki Rénana, dalej rozprawy o fatalizmie, o wolności przekonań, o pozytywizmie, o idei bóstwa, o kobietach, mnóstwo notatek politycznych, w których coraz bardziej zaznacza się kierunek filozoficzny i uwag odnośnie do wydarzeń bieżących i artykułów dziennikarskich. Tutaj też doszedł do sformułowania swej życiowej maksymy: „myśl jest jedyną bronią słabego i tutaj też wracając do ulubionej swej idei, broni materyalizmu, który obwiniano o srogość, z racyi iż głosił nicość po śmierci; wieczystą rozłąkę istot kochających się, odbierał wszelką pociechę. „To co mu zarzucacie — pisał Blanqui — jest jeno zaletą jego. O jakże wszyscy łatwo się pocieszają“.
Wieczorem wracał od Eudesa do siebie i siadał do roboty. Czasem jednak, albo z Eudesem i Grangerem szli po Tridona, Jaclarda, Gentona i Duvala i całą gromadą włóczyli się po mieście. Blanqui z wielką przyjemnością odnajdywał ulice znane z czasów młodocianych, odległe od miejsc, gdzie panoszyło się wyzłocone „drugie cecesarstwo“, często też zjadano kolacyę w jednej z garkuchni przedmieścia St. Denis. Nachodziwszy się do syta Blanqui nie pogardzał mięsem i winem, zmieniał też czasem swoje menu i przy tej okazyi zazwyczaj mówił o powodach i korzyściach pewnego, specyalnego sposobu życia w więzieniu.
Życie jego było niezmiernie proste. Teraz na wolności, był równie biedny, jak przedtem w więzieniu. Ale siostry dla brata pokonywały czasem niemożebność nawet samą i dostarczały mu co mogły, nie licząc ile nań wypada jako część spadku po matce. Spadek ten sam był niezmiernie mały, ale dałyby mu nawet miliony i życie w dodatku. Był ich bratem i dzieckiem jednocześnie. Zgody i miłości nic nie mąciło i choć pani Barellier była gwałtowna i wymowna, a pani Antoine rozważna i przezorna, Blanqui szanował zapatrywanie obu sióstr, był dla obu równie serdeczny, uważający zawsze jednako, pogodnie usposobiony, zadowolony, tak, że wprost dziwił obie kobiety tą swoją życiową filozofią, która każe wszystko jakiem jest przyjmować, tą regułą niezachwianie obserwowaną bez względu na okoliczności zewnętrzne.
Podobnie zachowywał się wobec odwiedzających go przyjaciół. Nie wymieniono w takich sprawach nigdy ni słowa i Blanqui przyjmował egzystencyę, jaką mu przygotowano. Wynajęto dlań pokój, zainstalowano go tam, dostarczono rzeczy najkonieczniejszych, a on sam nie potrzebował nawet wiedzieć w jaki czarodziejski sposób ułożyło się nowe jego życie. Nie trapił się tem nigdy. Tak się zacieśnił w swych wymaganiach, potrzebywał tak mało, że nie było się o co troszczyć. Człowiek domagający się dla wszystkich sprawiedliwości i szczęścia, umiał opanować swe pożądania i radość nauczył się odnajdywać w sobie samym, tak że pogardzał wielu rzeczami, mającemi dla większości pierwszorzędne znaczenie, a może nawet nie znał ich wcale. Nie wiedział co to gorączka złota, uciech zmysłowych i wszystkie, a tak różnorakie środki zadowolenia pychy ludzkiej. Był tak czysty, tak uduchowiony, że kroczyć mógł ulicami stolicy świata bez drgnienia jakiegokolwiek pożądania, zmieniać pomieszkanie stosownie do tego jak mu poradzono, raz spać u siostry, to znów u jednego przyjaciela, potem u drugiego, że mógł tak żyć niemal poza życiem pod troskliwą opieką dwu kobiet i rzeszy wielbicieli jak mistrz wśród gromadki wiernych. Otaczano go niezmiernym szacunkiem i każdy za obowiązek sobie uważał uwolnić go wedle sił od trosk życiowych, zapewniając możność spokojnego myślenia i pracy.

CL.

W czasie owym Blanqui pośród rozgorączkowanych żądnych czynu zwolenników swoich i żołnierzy, których sam skrzyknął w szeregi odgrywał rolę poskramiacza, jakiegoś hamowniczego. Wiedział on dobrze, że szło o rozbicie machiny potężnej i sprawnej, bał się przeto, by zbyt szybko wydane hasło do ataku nie udaremniło celu ostatecznego, przywrócenia republiki. Wszyscy zwracali mu uwagę na przejawy świadczące, że już czas zaczynać. W istocie wrzenie w masach potęgowało się z dnia na dzień, tłumy drżały z niecierpliwości. Opozycya parlamentarna okazała się niedostateczną, drwili też z niej wszyscy. Zmienił się nagle zasadniczo ton czasopism, zjawiły się pamflety, nic nie pomagały kary, więzienia, grzywny. „Lanterne“ Rocheforta ziała ogniem, od którego snadnie zająć się mógł tron cesarski, Tenot ciągle opowiadał historyę zamachu stanu, nastąpiła manifestacya Baudina i proces, nagle rozbrzmiał głos Gambetty, kwestyonującego „prawne zaczątki cesarstwa“. Paryż zadrżał, wszyscy nagle przemówili głośno, poczęli się kupić i naradzać. Jakże więc wśród owego wrzątku miała obojętną pozostać mała armia rewolucyi?
W tej chwili Blanqui zajęty jest pisaniem swej „Instrukcyi dla powstańców“. Jestto wskazówka, co czynić należy czasu rewolucyi, rzecz napisana z ogromnem staraniem, roztropnością i na podstawie niepojętych wprost obliczeń. I tu przejawia się raz jeszcze łączność jego duchowa z Machiavellim, autorem dzieła „Dyalogi o sztuce prowadzenia wojen“. Jak tamten Blanqui jest równocześnie organizatorem, inżynierem i intendantem w tej wojnie ulicznej. Dla swych żołnierzy-przyjaciół stwarza rozumowaną teoryę rewolucyi, szkicuje plany bitew, opisuje jak należy budować barykady, rysuje rozkład ulic, układa proklamacye do ludu, do armii, do żołnierzy, do oficerów.
Przy rue Vavin schodzą się ciągle Jaclard, Duval, Genton i wszyscy, wraz z Eudesem i Grangerem nastają na Blanquiego, by dał hasło rozpoczęcia. Jest teraz, z końcem roku 1868, ośmiuset spiskowców, porozstawianych nawet w różnych punktach dziesiątkami, pięćdziesiątkami i setkami. Nocą, na wzgórzu Montmartre, od strony bulwarów zewnętrznych odbywały się teraz nawet prawdziwe wojskowe ćwiczenia, próby koncentracyi, podchodzeń, rozsypywania się. Na owych 800, jednak ledwo stu posiadało broń. Pozostali 700 mieli bezpośrednio po wybuchu ruszyć na większy skład broni. Ale zwykły sklep nie byłby wystarczył, mieli przeto polecone wziąć szturmem jednę z kasarń. Oczywiście pojawiły się różne plany, jedni radzili iść wprost na prefekturę, potem na ratusz, zająwszy kasarnię księcia Eugeniusza w dzielnicy Temple. I w armii dawało się też czuć wrzenie. Nie było legendą, ale faktem, że blanquiści sięgnęli swą agitacyą w armię, porozumieli się z podoficerami i rzucili tam posiew onego dnia, w którymby armia i lud porwały się razem i weszły do Tuilleryów.
Ale pojawił się też jeden projekt, do którego zdawał się wielką wagę przywiązywać Blanqui. Szło o zajęcie fortu Vincennes i trzymanie się tak długo, ażby się ruszył lud paryski. Istniały już pewne stosunki z żołnierzami, a Jaclard podjął się pracować dalej gorliwie i porozumieć się z demokratycznie usposobionymi oficerami. W tym celu chciał zamieszkać w pobliżu, zżyć się z nimi. Blanqui na to wszystko spytał: „Jak długo potrwają te prace wstępne?“ — „Półroku“ — odpowiedział Jaclard. „To za długo“ — rzekł Blanqui i projekt upadł na razie.

W ten sposób Blanqui ostrzegał, badał, kierował, wreszcie powstrzymywał rozgorączkowanych, mając na celu nie efemeryczny jakiś sukces, ale chcąc dać pochop do istotnej zmiany formy rządu do przywrócenia republiki.

CLI.

Z początkiem roku 1869 praca wzmaga się jeszcze, między innymi powraca projekt z fortem Vincennes. Ale następuje pewne starcie wśród przywódców stronnictwa i to w chwili najwyższego napięcia niecierpliwości w szeregach blanquistowskiej armii rewolucyjnej liczebnie niewielkiej, ale znakomicie teraz wyszkolonej. Do Endesa zaproszeni zostają jeno Genton i Duval. Ale żądają oni, by przybył też Jaclard, z którym zawsze godzili się w zapatrywaniach, Blanqui posyła doń z uwiadomieniem, by nazajutrz zjawił się o oznaczonym czasie na Place Clichy. Był to punkt zborny pod gołem niebem w guście Blanquiego. Miał upodobanie naznaczać schadzkę na jakimś ludnym bulwarze, ogrodzie Luwru, pośrodku jakiegoś placu, wogóle w miejscach odsłoniętych nie podejrzanych, otoczonych policyjnymi posterunkami, skąd wzrokiem można sięgnąć daleko i dostrzedz każdą podejrzaną figurę.
Blanqui i Jaclard rozmawiali tym razem, idąc obok siebie bulwarem zewnętrznym. Wnet przyłączył się do nich doktor Lacambre. Blanqui wykładał swój projekt zajęcia jakiejś, bliżej na razie nie oznaczonej kasarni i zapewniał, że wierzy w możność i powodzenie powstania. Doradzał też rozpocząć w któryś dzień karnawału, naprzykład niedzielę, poniedziałek, albo tłusty czwartek wogóle w czasie, kiedy ludność będzie myślała raczej o wszystkiem innem, jak powstaniu. Zapełnie tak samo postąpiono w niedzielę 12 maja 1839. Na to Jaclard wystąpił z zarzutami, i wyraził przekonanie, że nie należy robić ludności niespodzianki, nie trzeba ryzykować akcyi rewolucyjnej wśród otoczenia zdumionego, bo zdumienie dalekiem jest od zapału, a może przemienić się w niechęć, może nawet wybuch uczuć wrogich. Lepiej jego zdaniem, wykorzystać jakiś dany nastrój, porwać za sobą ludzi już poniekąd przysposobionych, oczekujących czegoś wielkiego. Blanqui słuchał z wielką uwagą, Jaclard mówił długo, szeroko rozwodząc się nad kwestyami strategicznemi, obliczając odległości, aż wreszcie skończyło się sporem dość żywym z doktorem Lacambre, czemu położył kres Blanqui, dając Jaclardowi rendez-vous na dzień następcy na Place du Château d’Eau, naprzeciwko kasarni księcia Eugeniusza.
Spotkali się tam istotnie i Blanqui oświadczył Jaclardowi, że uznaje słuszność jego zarzutów i całe przedsięwzięcie zostaje odłożone. Jaclard pragnął dowiedzieć się czegoś więcej, ale Blanqui, jak zawsze w podobnych razach nie odpowiadał wcale i zdawał się być Hamletem cichym i rozmarzonym, obliczającym cały ogrom zadania i zadumanym nad swym losem.

CLII.

Nie wyrzekł się jednak wszystkiego, na to był zbyt rozważny i wytrwały. Tylko w miarę przybywania lat coraz lepiej zdawał sobie sprawę z trudności, czuł wyraźniej dysharmonię między lotem myśli, co wszystko wyprzedza, a mozolnym ruchem społeczeństwa kroczącego zawsze w tyle i całą siłę woli wytężył w kierunku zmienienia ustroju i sposobu myślenia mas. Wszystkie jego dzieła noszą niezatartą cechę tych usiłowań. A właśnie teraz, w owym najcichszym, najpewniejszym okresie życia uświadamia sobie wiele kwestyj, które go zdawna trapiły i pracuje nad rzeczą dłuższą z zakresu ekonomii politycznej pt.: „Kapitał i praca“, gdzie jeden z najobszerniej szych rozdziałów poświęcony jest kwestyi publicznego nauczania i konieczności olbrzymiego budżetu specyalnego dla tegoż nauczania.
Niezmiernie byłby mu się teraz przydał dziennik. I myślało o tem stronnictwo po amnestyi z dnia 15 sierpnia 1869. Postanowiono nawet wydawać pismo: „La Renaissance“, a w skład komitetu wydawniczego miał wchodzić Blanqui, Ranc i Regnard. Ranc powtórzył mi nawet charakterystyczną rozmowę, jaką miał wówczas z Blanquim. Oto co mówił:
„Dziennik nasz nie ukazał się, ale to nie przeszkadzało nam zejść się pewnego dnia u Regnarda w celu ułożenia pierwszego numeru. Otóż mnie polecono napisać polityczny artykuł, zawierający pogląd na sytuacyę, Regnard podjął się kwestyj religijnych i filozoficznych. Ale któż obejmie dział społeczno-ekonomiczny? — spytał Blanqui. Jakto kto? Ależ wy sam obywatelu — odpowiedzieliśmy — to wam się należy z wieku i urzędu. Ha, jak chcecie — odparł Blanqui — ale nie będzie to wcale łatwem. Socyalizm bowiem moi drodzy wszedł teraz w okres krytycyzmu. — Mówiąc to uśmiechał się pół ironicznie, pół smutno“.
Podobne wspomnienie zachował Paweł Lafarque. Było to w dniu, w którym przyniósł Blanquiemu swą broszurę traktującą o mutualizmie, kolektywizmie i komunizmie.

„Jestto — powiedział mu Blanqui — rodzaj scholastyki rewolucyjnej. Ja nie lubię dyskutować nad tem, jakie mi prawdopodobnie będą w przyszłości formy społeczne. Zdaniem mojem należałoby poddać przedewszystkiem krytyce system nauczania w szkołach ludowych. Uważam to za najważniejsze“.

CLIII.

Skutek rozmowy z Jaclardem był smutny. Zmniejszyła się liczebnie armia powstańcza. Sam Jaclard i ci co stali bliżej niego uczuli znużenie, nabrali przekonania, że wszystko na nic i organizacya z takim trudem prowadzona poczęła się rozchwiewać. Ale pracowali dalej Granger i Eudes, a obok nich Gois, Caria, Sourd i dalej stojący ale tym samym duchem ożywieni blanquisci „wolni“, nieklubowcy, gotowi stawić się w szeregach na pierwsze zawołanie, Ferré, Rigaolt i Protot, Zwolna, skutkiem wyż opisanego zwlekania poczęli się odsuwać przyjaciele z roku 1861 i 1865, zagorzali propagatorowie, dążący do akcyi żywszej i ogólnej, wedle słów Ranca, blanquiści drugiego stopnia, a pośród nich przedewszystkiem sam Ranc, Levraud, Longuet, Villeneuve, Germain, Case, wszyscy dobrzy znajomi, ale w szczegóły nie wtajemniczeni. Clemenceau był wówczas w Ameryce, a Tridon, do którego Blanqui czuł szczególną sympatyę nie zawsze był poinformowany o najbliższych przedsięwzięciach. Widocznie nie chciał on go narażać na niebezpieczeństwo, na zmienne koleje wypadków, jakie niósł z sobą dzień każdy, a wszyscy uznali to szczególniejsze upodobanie mistrza dla swego ukochanego ucznia.

CLIV.

I wydało się nareszcie, że nadszedł ów upragniony czas, kiedy w podniecone umysły miano tchnąć myśl rewolucyi. Było to w pierwszych dniach stycznia roku 1870 po śmierci Wiktora Noir. Dyszało wówczas buntem wszystko w Izbie, gdzie przemawiał Rochefort, Gambetta, stary Raspail, ciągle zwalczający ministra Oliviera i cesarstwo. Miasto mogło powstać, republika w ciągu dnia jednego stać się faktem. Blanqui wahał się jeszcze chwilę, wspomniał o krwi co ma popłynąć, ale zgodził się rozpocząć, wziął broń, pożegnał siostry i stanął na swej placówce w pałacu elizejskim. Tam to spotkał go Granger i powiedział, że każe przed nim przedefilować armii, której był naczelnym wodzem. Znał przywódców oddziałów, mógł przeto spostrzedz maszerujących za każdym z nich ludzi, zwartych w szeregi regularne, niby prawdziwe pułki.
Granger dotrzymał przyrzeczenia. Blanqui ujrzał całe swe wojsko, a nikt nie domyślał się nawet dziwnego widowiska. Oparty o drzewo, zatopiony w ciżbę gapiów ujrzał starzec swych wiernych. Ukazali się wśród tłumu ulicznego i rozgwaru, cisi, skupieni w sobie. Była to miniatura armii, blisko dwa tysiące ludzi podzielonych na oddziały, a szli żwawo i równo, jakby na paradzie, szli tutaj oto całą masą, by rozsypać się potem secinami po różnych punktach Paryża, a potem znów znaleść w punkcie zbornym, w Neuilly. Rozeszły się jakieś pogłoski, mówiono o zbrojnych bandach sprowadzonych przez Gustawa Flourensa. Ale band tych wcale nie było, a nikt zgoła nie przypuszczał, by oto tą ulicą maszerowała armia rewolucyi pod okiem wodza naczelnego, własnym nieznanego żołnierzom.
Blanqui przeżyć musiał chwilę dumy i nadziei i pewnym był chyba, że dzień 12 stycznia zaczęty w ten sposób skończy się dramatem, którego aktem ostatnim będzie republika. Niepewny, oczekując rzeczy nadzwyczajnych poszedł przez avenue de la Grande Armèe, widział jak wieziono, sprowadzone do Paryża zwłoki Wiktora Noir, towarzyszył im na Perè-Lachaise, i widział w duchu, jak się poczyna naprzód walka z policyą, potem z wojskiem na placu elizejskim. I tu była cala tragedya. Co uczyni wojsko? Czy z tego wyniknie rzeź czy rewolucya? Złowrogo przedstawiały się nieruchome oddziały z pewną metodą przez przywódców rozstawione podczas gdy tłumy oblegały Łuk Tryumfalny. Ale wrócić musiały, na nich, jak na falach morza rozhukanych miał tu zjawić się karawan, i w tej chwili oczekiwać należało wybuchu, starcia, które bodaj o wszystkiem zadecydować mogło.
Ale nic się nie stało. Słuchano przemówienia brata zmarłego, Rochefort i Delescluze nie chcąc brać odpowiedzialności za masakrę interweniowali na rzecz Flonrensa. Nastała chwila zamieszania, ale zaraz potem tłum, który szedł zwartą masą, rozpadł się na atomy i zniknął.

CLV.

Był to ostatni dowód siły cesarstwa, potem, po dniu 12 stycznia broni się ono już tylko ostatkami, rzucając tu i owdzie gromy. Następuje przyaresztowanie Rocheforta i zaraz potem, podczas plebiscytu okazuje się wyraźnie, że imperyalizm należy do przeszłości. Mimo lojalnie oddanych głosów prowincyi, Paryż zaznaczył wyraźnie swe wrogie stanowisko. Okazało się, że wśród samej armii jest 50.000 przeciwników, głosujących: Nie! Nastąpiły oczywiście prowokacye ze strony rządu, w odpowiedzi na to rozpoczęły się ruchawki uliczne, aż wreszcie nadszedł złowrogi dzień 19 lipca. Wypowiedziano wojnę Niemcom.
Blanqui w lipcu wrócił do Brukseli, groziło mu bowiem, że wmieszany zostanie w proces toczący się w Blois, który rozszalały rząd cesarstwa wytoczył wszystkim podejrzanym o sprzyjanie republice. Naaresztowano mnóstwo osób i oskarżono ich o spisek przeciw państwu i knucie zamachów na życie cesarza.
W czerwcu tego roku zmarł Barbés w Hadze, gdzie od 1854 roku żył cicho, nie biorąc udziału w sprawach publicznych.

CLVI.

Od kiedy pojawiło się przypuszczenie, a potem pewność, że wybuchnie wojna, ogarnęło wszystkich nowe, nieznane uczucie, wyłonił się instynkt narodowy. Wszystko znikło, a raczej przemieniło się w źródło skąd swe zasoby czerpać mogła żądza życia; konieczność przetrwania, oparcia się złemu, zwyciężenia w ten, czy inny sposób. Gwałtowność walki o życie ogarnęła dusze, wszystkie serca uderzyły żywszem tętnem, nerwy zagrały raźniej. Te sprawy obchodzą nawet tych, którzy przemieszkują w idealnej krainie myśli, państwie bez granic, snując dumanie o praprzyczynie i celu rzeczy ludzkich. Właśnie ich to obchodzić musiało najbardziej, bo ze zniknięciem Francyi byłby przepadł jeden z najistotniejszych czynników cywilizacyi i postępu, ludzkość poniosłaby klęskę, cofnęła się w tył może o lat setki. W takim czasie, w chwilach niebezpieczeństwa nagle i bez przejść jednoczą się poglądy na ojczyznę i braćmi się czują prostaczkowie patryoci i filozofowie sięgający myślą w przyszłość. Tak się też stało w roku 1870. Łatwowierny tłum paryski nie widział machinacyj cesarskiego rządu, dał się łatwo porwać podburzaniom policyjnym i po bulwarach i rozstajach rozległy się okrzyki: „A Berlin“! Ludzi otwarcie obstających za pokojem zbito i obwołano szpiegami praskimi, optymizm zawładnął umysłami, a naiwność poczęła naprzód eskontować przyszłe zwycięstwa. Zresztą czyż nie były one prawdopodobnemi. Tłum głosujący widział od szeregu lat powodzenie wojenne cesarstwa, żył wśród ciągłych przedstawień wojennych, bito się bez przerwy to w Krymie, to Chinach, Meksyku, Algierze, więc uwierzył, że tak samo będzie i teraz. Oczywiście nie liczono się ze znużeniem i wyczerpaniem wodzów naczelnych, nieporządkami wśród generalicyi i intendantury, nie znano nieprzyjaciela silnego, metodycznie od lat sześdziesięciu zbrojącego się przeciw Francyi, gotowego do odwetu i prawie pewnego, że obali ów rząd galowy, który paradował przed całą Europą od roku 1867 w ciągłych baletowych podrygach się rzucając, nic nie myśląc, niczego nie przewidując. Niemcy tak bardzo pragnęły tej wojny, że aż Bismark posunął się do sfałszowania dokumentów, a cesarstwo dało się wziąć na lep, parło do walki i gubiło się bezpowrotnie myśląc, że się ocala.
Natychmiast posypały się klęski, Wissenburg, Froeschwiller, Forbach, a instynkt narodowy przechodząc z fazy niedowierzenia do wybuchu gniewu stał się nagle jasnowidzącym i teraz już całą siłą dążyć począł do obalenia rządu, za słabego do obrony, ściągającego na kraj nieszczęścia bez granic.

CLVII.

Wzburzone były tłumy i groźną przybierać poczęły postawę dnia 6 sierpnia, gdy nadeszły wieści o porażkach wojsk, a po obaleniu fałszywej pogłoski o zwyzwycięstwie gniew wyraźnie się przejawił na posiedzeniu Izby dnia 9 sierpnia w atakach na gabinet Oliviera. Tłumy na placu Zgody niecierpliwiły się, gniewał je widok tych wszystkich żołnierzy, woltyżerów i gwardzistów zgromadzonych w Tuilleryach, tych lansierów, żuawów i liniowców ustawionych u skraju mostu przed Izbą, których daremnie wysyłano na granice państwa, nie po zwycięstwa.
W Izbie, deputowany Juliusz Favre wraz ze swymi zwolennikami argumenty tak dosadne dnia tego przeciw cesarstwu wytoczyli, że większość niepewna co czynić, niemal bezwiednie obaliła gabinet i oto Olivier musiał się wynosić, a gdy przechodził placem Zgody dostrzegł go Juliusz Simon i wskazał tłumom, którego go obsypały obelgami. Rozlegały się długo okrzyki to dzikie, to radosne gwizdania, to znów oklaski, ale obserwatorom pilnym, jakimi byli obecni przyjaciele Blanquiego wydało się, że właśnie dzień 9 sierpnia mógłby był być decydującym, że wystarczył okrzyk rzucony w tłum przez kogoś śmielszego, jakiś odważny czyn jednostki, a cała ta masa byłaby runęła na Tuillerye i „Pałac Prawodawstwa“, by razem z gabinetem cesarskim, jemu samemu i jego rządom koniec położyć. Ale nie skorzystano z chwili i wielu żałowało potem. A wiemy dziś, jaki niezmierny wpływ na późniejsze losy Francyi miałby był akt woli ludu objawionej dnia tego, kategorycznie i niedwnznacznie.
Sposobność coprawda nadarzyć się mogła nazajutrz, albo za tydzień. Tłum raz nawykłszy do gromadzenia się w wielkich masach zostaje temu obyczajowi długo wiernym. Mała armia blanqustów, pałając ciągle tą samą żądzą walki, domagała się sygnału rozpoczęcia akcyi zaczepnej, a kierownicy jej nie wyrzekli się opanowania fortu Vincennes. Postanowiono bądź co bądź wziąć się do rzeczy i oddać swe siły na usługi bliskiej rewolucyi i zarazem ojczyzny zagrożonej. Natychmiast dano znać Blanquiemu aby przyjeżdżał i napisano z prośbą naglącą, by się zdecydował dać znak do boju.
Powiadomiono go o tem dnia 10 sierpnia. List zastał go gotowym, wyczekiwał jeno nowin z placu boju i zasmuciły go te rozliczne klęski, których tak wiele nastąpiło w ciągu trzech ledwo dni. Jednastego sierpnia wyjechał bez paszportu ale zdecydowany na wszelki sposób dostać się do kraju. Na niewielką odległość przed granicą wysiadł z pociągu i minął ją pieszo w nocy z 11 na 12 sierpnia.

CLVIII.

Nad różnymi możliwymi planami debatują dnia 12 i 13 sierpnia spiskowcy zebrani w mieszkaniu wynajętem przez Eudesa przy zaułku Jouvence w rue d’Alesia, na Montrouge. Są tam: Eudes, Granger, Caria, Regnard, Pilhes, dawny reprezentant ludu, Flotte, przybyły prosto z Kalifornii i inni. Najtrudniejszą rzeczą było przekonać Blanquiego o konieczności działania. Upierał się przy tem, że należy wyczekiwać i współdziałać jeno z naturalnym biegiem rzeczy. Jednak mimo całej wiary w rozum człowieka, którego słowa słyszeli właśnie, nie przestawali nalegać, doświadczonych rad „dziadka“ pojąć nie mogli niecierpliwi wnukowie. Głównym ich argumentem było, że mała armia blanquistowska topnieje z dniem każdym. I tak też się działo. Z dwu tysięcy ludzi, bo tyle liczyła w czasie najpomyślniejszym, spadła do 1500, potem do 1000, a od roku liczba ta do tego stopnia zmalała, że nie wiadomo, czy w razie potrzeby zbierze się 400 do 500 wiernych. Wszyscy inni odsunęli się i odsuwają ciągle znużeni wiecznem odkładaniem wielkich projektów, zwątpieli i niechętni. Oprócz tego, ważnem też było, że uwagę policyi zwróciło co też robić może Blanqui od dawna tak cichy i grzeczny. Węszono i szukano za nim wszędzie, zachodziła przeto obawa, by nie wydało się przed czasem. Istotnie cudownem nazwać było można, że dotąd agentom nie wpadły w oczy ciągłe podróże Blanquiego, że nie wpadli na trop jego mieszkań i kryjówki przy zaułku rue d’Alesia. A tam właśnie złożona była broń, którą zakupił Granger wyzbywszy się do grosza swej spuścizny po ojcu, trzysta rewolwerów i czterysta sztuk ciężkich jak maczugi sztyletów, zrobionych przez ślusarzy, należących do związku. Zazwyczaj robotnicy nie chcieli brać rewolwerów i woleli sztylety. Twierdzili, że lepiej im w ten sposób bronić się przeciw kastetom policyi.
To wszystko przytaczano i przedstawiano Blanquiemu, że jeśli raz jeszcze minie sposobność, ostatki wiernych znikną i właśnie w chwili gdy dziać się będą rzeczy pierwszorzędnej wagi zostaną przywódcy osamotnieni i bezsilni. Ludność cała drży od wnętrznej ochoty do rewolucyi, wszystko gotowe do wybuchu, powstanie czeka jeno, by zjawić się na ulicach, trzeba je tedy wyprowadzić z zaułków i wskazać cel najbliższy. Wystarczy ruch, jedno wstrząśnienie a gmach cesarstwa legnie w gruzach. Czas ostatni obwołać republikę i zorganizować komitet i oddziały ochronne na czas pierwszego zamętu.
To ostatnie właśnie będzie miało swój wyraz w zbrojnem zajęciu fortu Vincennes. I tam już jest wszystko gotowe, porozumiano się z wojskiem, znanym jest plan cały i rozkład ubikacyi w najdrobniejszych szczegółach, poinformowano się co do wszystkich szańców, drzwi, obliczono ilu ludzi pchnąć należy na bramę główną, jak silny oddział posłać trzeba okolną drogą rontową do wejść innych, wiadomo ile jest posterunków i wart i jak są liczne, a nawet wiele kroków przejść trzeba korytarzem wiodącym do magazynu z bronią.
Blanqui słuchał wszystkiego, stawiał zarzuty, godził się, to znów sprzeciwiał, wywiązała się dyskusya dosyć ożywiona, a w tej dyskusyi człowiek, od którego oczekiwano hasła dobitnemi i jasnemi słowy malował grozę położenia, wskazywał na ogrom odpowiedzialności i opłakiwał spodziewany rozlew krwi. Oczyma duszy widział Blanqui, jak jego przyjaciół skrępowanych prowadzą nad świeżo wybrany rów, by ich rozstrzelać.

Gdy o tem wspomniał, Eudes znudzony nieco odpowiedział szorstko. Na to Blanqui rzekł mu, że jeśli tak bardzo pragnie śmierci, może rzucić się na bruk z trzeciego piętra. W ten sposób się prędko załatwi i nie narazi innych. Posypały się znów argumenty za i przeciw i w rezultacie postawiono jeszcze pytanie, czy także okolica i przedmieścia Paryża są gotowe do rewolucyi czekając jeno na hasło, na jakiś śmiały czyn. Wszyscy twierdzą, że tak jest w istocie, i w końcu Blanqui zgadza się. Jak zazwyczaj wódz poddał się woli żołnierzy. Pozostało jeno wydać roskaz, by wszystko było gotowe ruszyć za najmniejszym znakiem. Blanqui uczynił to i naznaczył przyjaciołom schadzkę na dzień następny w tymże samem mieszkaniu w zaułku Jouvence. Znowu tedy miał zmierzyć się z siłą przeważną, wyzwać na rękę swych prześladowców, a stawką w tej grze była jak dawniej wolność jego i życie.

CLIX.

Nazajutrz, 14 sierpnia, w niedzielę rano, oczom wszystkich ukazał się inny zgoła Blanqui. Nie był to już starzec pełen powątpiewań, jakiego słyszeli wczoraj, dziś już nie słucha ani wiedzie dysput, mówi jeno jaki plan powziął i wydaje roskazy. Poraz pierwszy budzi się w nim wódz. I chwila ta wywołała olbrzymie wrażenie. Zdawało się, że w tym wychudłym starcu, o bladej twarzy, ujętej w nimb siwych włosów zbudziły się do życia wszystkie tęsknoty bohaterskiego pokolenia republikańskiego, że wszyscy buntownicy podnoszą głowę, bojownicy radośni i płomienni zapałem lat trzydziestych, i zrospaczeni straceńcy, broniący od śmierci siebie i swe ideały, powstańcy roku 48. Z twarzy jego biła razem taka radość i wyglądała takaż męka duszna.
Grobowa się uczyniła cisza, a Blanqui spokojny i łagodny? jak wczoraj, jak zawsze, dobitniejszym jeno głosem i twardszym jeszcze, z błyskiem oczu powiedział, że bitwa tegoż jeszcze dnia po południu się rozegra. Krótkie, ostre wyrazy wcięły się jak noże w serca słuchających.
Nie potrzeba — mówił — zajmować fortu Vincennes. Jest zbyt odległy. Niema najmniejszych widoków ogarnąć stamtąd dzielnicę Saint Antoine. Przeciwnie, spiskowcy udadzą się wprost w dzielnice robotnicze, rewolucyjne do la Villette i Belleville, gdzie od dwu lat trwa już wrzenie, skąd wielu wyszło ludzi czynu i ogół najpodatniejszy jest na artykuły dziennikarskie i słowa mówców. Tam to, na bulwarze de la Villette niedaleko kanału, w pokojowy sposób zawładną powstańcy kasarnią, a raczej bronią oddziału inżynieryi wojskowej. Nie wolno będzie jeszcze teraz strzelać, ani wogóle używać broni. Należy zdobyć karabiny, nim żołnierze przyjdą do siebie po pierwszem zdumieniu. W ten sposób zdołają powstańcy uniknąć konfliktu z armią, z tą samą armią, która jutro może być sprzymierzeńcem najlepszym. Atakując fort Vincennes starcia z wojskiem uniknąćby się nie dało, a właściwie walczyć należy tylko z policyą.
Po zdobyciu broni zostaną obdzieleni nią ci, co się zgłoszą na ochotnika i pochód ruszy do następnej kasarni. Szło o to, by w ten sposób przebyć znaczną część miasta, wszędzie budzić ludzi do czynu, a wieczór nowo zaciężną armię zaprowadzić na jakiś plac wielki lub do budynku w śródmieściu i tam rozłożyć się obozem. Blanqui oznaczył za najodpowiedniejszy gmach Instytutu, skąd panowałoby się nad całą linią Sekwany, mając pod bokiem Tuillerye, prefekturę i ratusz.
Wszystko to zawarł Blanqui w kilku słowach. Nie było zarzutów, nie było nawet odpowiedzi, komendanci oddziałów oddalili się w milczeniu powiadomić swych ludzi, którzy przeczuwali jeno, że się coś gotuje, ale nie znali jeszcze dnia ni godziny i nie wiedzieli gdzie im pójść padnie.
Pierwszym na miejscu zbornem miał być Blanqui i dać znak rozpoczęcia.

CLX.

Była cudna pogoda w owe poobiedzie letnie, a nieba nie plamiła ani jedna chmurka. Blanqui już o trzeciej znalazł się w alei, skryty w cieniu drzew, niewidzialny wśród tłumu przechadzających się. Niedługo dostrzegł znajomych i mógł śledzić z chwili na chwilę, jak się formuje oddział spiskowców. Nikt nie widzi co się dzieje, a Blanqui chcąc jeszcze dłużej utaić ich w tłumie, poleca dowódcom sekcyi, by kazali ludziom ustawić się wokoło jakiegoś kuglarza, pokazującego swe sztuczki na środku bulwaru. O kilka kroków jest kasarnia.
Ale cała armia powstańcza liczy ledwo stu ludzi. Nie wszystkich zastano w domu, inni wymówili się w różny sposób i tak naprzykład gdy szef sekcyi, Brouille, który miał przyprowadzić 25 ludzi, naglił ich, by szli, natrafił na zarzut, że jest to całkiem zbytecznem, bo za parę godzin cała ludność Paryża niewątpliwie utworzy nową gwardyę narodową, więc ludzi nie zabraknie. Z pośród 25-ciu, czterech tylko zgodziło się wyruszyć i w końcu na placu zbornym znalazł się sam jeno Brouille.
O pół do czwartej Blanqui dał znak i powoli począł iść w kierunku kasarni. Za nim kroczył oddział. Ale w chwili, gdy z alei skierowali się w bok, wprost na wejście główne, żołnierz stojący na warcie krzyknął na alarm i ostrzegł pogotowie, a zarazem zagrodził wejście. Powstało zamieszanie, a wśród ścisku padł przypadkowo strzał rewolwerowy i kula skaleczyła lekko żołnierza. Na ten odgłos porwali się do broni wszyscy, ale tymczasem Blanqui już wszedł, a przeciw jego piersiom wyciągnęły się ostrza bagnetów i wyloty luf karabinowych zamajaczyły mu przed oczyma. Ci, co go widzieli onej chwili, drwią sobie wprost z twierdzeń Barbésa, jakoby Blanqui w tragicznych sytuacyach miał okazywać pomieszanie, bez względu na to, czy zaskoczyły go niespodzianie, czy je sam spowodował. Bez drgnienia, nie wyciągnąwszy nawet ręki, by odepchnąć lub pochwycić broń, czyniąc jeno ku żołnierzom gest wymowny ręką obciągniętą w czarną rękawiczkę, począł do nich mówić głosem spokojnym, wzywając, by się połączyli z powstańcami, pomogli zdruzgotać chwiejący się kolos cezaryzmu, obwołali republikę i stanęli bronić ojczyzny przed napaścią wrogów zewnętrznych. Był w tej chwili zupełnie spokojny i panował nad sobą, jakby siedział w swym pokoiku nad stosem książek. Gdy nie pomogło odrazu, powtórzył raz jeszcze, tłumaczył, przekonywał i czynił wszystko, co się dało, by porwać zdumionych i przerażonych żołnierzy. Słowa jego czasem ginęły w hałasie stąpań i wrzawie bójki o broń, której coraz więcej odbierali spiskowcy.
Nagle z zewnątrz zagrzmiały strzały. To oddział spiskowców, którzy jeszcze wejść nie zdołali, bronił się kilkudziesięciu policyantom, którzy nadbiegli machając szablami. Blanqui, Granger, Pilhes i Bronillé wypadli z przedsionka, Eudes z podwórza wewnętrznego, gdzie zdołał dotrzeć i wszyscy, odpychając tłoczących się, dali ognia do policyantów. Trzech padło, jeden zabity, dwaj ranni, a reszta uciekła w popłochu i pospieszyła po posiłki przeciw tej bandzie, która niewiadomo skąd się wzięła. Żołnierze nie wzięli żadnego udziału w walce i Blanqui nie stracił nawet nadziei, że ich przekona, ale tym razem natknął się na porucznika Cottreya, który właśnie nadbiegł. Do niego się więc zwrócił, tłumacząc dlaczego wpadł z oddziałem swym do kasarni. Nalegał nań, przekonywał, że powinien połączyć się z nimi i obwołać republikę, ale natrafił na opór, oficer zasłonił się swą przysięgą służbową, nie chciał oddać broni, a Blanqui, wierny swym słowom, wypowiedzianym wczoraj, nie uciekając się do przemocy, wyszedł, jak wszedł przed chwilą. Rzuciwszy jeno okiem po bulwarze, spostrzegł odrazu, że wszystko na nic. Plan spełzł na niczem, wokoło uczyniło się równie pusto, jak czasu ruchawki w roku 1839, znikli nagle spacerujący, uciekli, a tylko z oddali kilku ciekawskich wyglądało ostrożnie z bram i z za węgłów kamienic.
Oddział w zupełnym porządku bez przeszkody przeszedł plac w kierunku kanału i skierował się bulwarem zewnętrznym ku Belleville. Spiskowcy szli z bronią w ręku i krzyczeli co sił: „Niech żyje Republika! Śmierć Prusakom!“ Ale nie odpowiedziały im znikąd głosy bratnie. Ludność, którą porwać umyślili i natchnąć zapałem, spoglądała z trwogą na przechodzących. Ale szli dalej wołając: Do broni! Czasem, mijając ulicę, spostrzegali w dali policyantów, stojących na czatach. Ale przedmieście patrzyło obojętnie, nie rozumiejąc czemu ta garstka ludzi gorączkuje się wśród ogólnego odrętwienia, rzuca w głuszę te gorące słowa nadziei, okrzyki bojowe, oddaje się na całopalenie na ołtarzu jakiegoś wielkiego, niepojętego dla nich bóstwa. Do broni! Takie się rozlegają okrzyki, a ci, którym wolność niesie garstka szaleńców, patrzą na nich zdała i powracają najspokojniej do przerwanej przechadzki, gdy się jeno oddalą i ścichnie na skręcie ulicy echo gromkich głosów.
Z takim jeno rezultatem przebyli buntownicy kawał drogi, a wszędzie, gdzie się zjawili, gasło przed nimi życie, posuwali się jakby wśród zmarłych. Gdy doszli do starej barrière du Combat, Blanqui kazał stanąć i skonstatował, że rzecz się zgoła nie udała:
„Widzicie — mówił — że nam się nie udało dostać karabinów, nikt się z nami nie łączy. Jeno na wzniecenie ogólnej rewolucyi liczyłem, bez tego niema się co łudzić. Nie powiodło się. Ale nie zapominajmy, że za chwilę spadną nam na głowy setki policyantów, zjawi się wojsko, a przeciw chassepotom, nasze rewolwery nie ostoją się. Trzeba się tedy rozejść, teren jest wolny, nikt nam nie przeszkodzi, schowajcie tedy broń i pojedynczo rozsypcie się po ulicach okolicznych.
Tak też uczyniono. Porzucono trzy karabiny zdobyte w kasarni, ukryto rewolwery w kieszeni i każdy poszedł w swoją stronę.

CLXI.

Rzeczywiście podążali za nimi policyanci w znacznej liczbie i w dobrą chwilę po zniknięciu oddziału konspiratorów, jak to zwykle bywa, stróże porządku rzucili się na gromadę nic nie winnych gapiów i poczęli ich bić, tratować, wreszcie aresztować jako winnych. I oto z wielu owych, trwożnie kryjących się przed nawoływaniem do buntu, wielu z tych widzów stało się nagle aktorami — wbrew swej woli zostali rewolucyonistami, podczas gdy żaden z prawdziwych spiskowców nie został pochwycony przez policyę przed kasarnią. Owych to zagarniętych niewinnie ośmdziesięciu nieszczęśników stawiono przed sąd wojenny, żołnierze rozpoznali w nich napastników i posypały się wyroki śmierci, wygnania i ciężkich robót. Dwu jeno z pośród istotnych winowajców wpadło wieczorem tegoż dnia przed Pałacem Sprawiedliwości w ręce policyi. Był to Eudes i Brideau, a zdenuncyował ich jakiś przechodzień, ujrzawszy rączkę rewolweru, sterczącą z kieszeni Eudesa.
Paryż sam, nie mniej był od przedmieść zdumiony tem, co się stało. Umysły ludności łatwo było jakoś w tym czasie obałamucić, toteż lud wodzono ciągle za nos, wmawiając co się dało. Sfabrykowano na poczekaniu bajkę, że to pruscy szpiegowie chcieli wzniecić nieporządek w mieście i wielu uwierzyło. Sam nawet Gambetta uwierzył i w Izbie, z trybuny, nie domyślając się istotnych sprawców, domagał się surowego przestrzegania ustawy o obcych poddanych. Na najgorsze baśnie wysadzała się oczywiście prasa bonapartystowska.
W czasie owych wypadków z powodu wojny panowały ustawy wyjątkowe, rada wojenna nie potrzebowała wcale zachęty, sprawiano się szybko i gładko i wygotowano na poczekaniu wyrok, mocą którego skazano ostatnich z obwinionych, a między nimi dwu prawdziwych winowajców, Eudesa i Brideau na śmierć wraz z przypadkowo połapanymi widzami, Drestem, Cahenem, Zimmermannem i Brissetem, dalej na dziesięć lat ciężkich robót Saint-Huberta, Roberta i Mordaca, a na pięć lat fortecy Lerina i Larregieuego. Proces ten zajął cztery posiedzenia i odbył się w dniach 10, 23, 29 i 31 sierpnia.
Niepodobieństwem było odnaleść Blanquiego. Przez Ranca jeno, który go widział tegoż jeszcze dnia, wiemy, że w pierwszej chwili schronił się do doktora Pawła Dubois, potem ukrył go Cleray, a wreszcie Sourd. Domyślano się, że musiał w całej tej sprawie umoczyć palec, to też przetrząśnięto po aresztowaniu Eadesa mieszkanie przy zaułku Jouvence i wziąwszy na spytki mieszkańców dzielnicy, dowiedziano się, że przemieszkiwał tu w czasach ostatnich pewien „starszy jegomość, pewien „markiz“, a opisy, jakie dawano tu i owdzie, odpowiadały wcale nieźle wyglądowi Blanquiego. Ale też na tem się skończyło, więcej policya dowiedzieć się nie zdołała.

CLXII.

Nie wykonano jednak wyroków śmierci. George Sand i Michelet dowiedziawszy się, jak sprawy stały, poczynili odpowiednie kroki. Michelet napisał list, który opublikowano, a w liście tym, adresowanym do „kierowników obrony narodowej“, czczony historyk protestuje przeciwko okrucieństwu i nieludzkości tak wielkiego rozlewu krwi bratniej.
Mówi tam, że dla pośpiechu list ten sam jeno podpisuje, ale gdyby miał choćby jeden dzień do dyspozycyi, znalazłyby się tam nazwiska dziesięciu, dwudziestu tysięcy osób napewne.
„Znam Paryż! — woła. — Tum żył i tu umrę, znam jego duszę!“
W toku wywodów potępia ruchawkę, ale wskazuje na mętne źródła, niejasność powodów i przestrzega przed pośpieszną egzekucyą, której mogliby potem wszyscy żałować. Między wierszami zawarte jest przypuszczenie, że czas tę sprawę zapewne wyświetli.
I inne osobistości rozwinęły akcyę ochronną. Gambetta poinformowawszy się lepiej, w stawiał się za delikwentami u prezydenta rady wojennej, generała Palikao, ale tenże był nieugiętym i oświadczył, że gdyby jeno od niego to zależało jedynie, egzekucyą odbyłaby się natychmiast. Do innego ministra, Brama, udawał się Edward Herve, wreszcie decydujący wpływ na zapatrywanie Clementa Duvernois odniósł Ranc, udowadniając mu, że całe cesarstwo może nie przetrzymać i dwu tygodni, i że wykonać wyroku niepodobna, nie biorąc na siebie straszliwej odpowiedzialności, może nawet roli mordercy bojowników za republikę. To podziałało otrzeźwiająco na miłośników litery prawa, w parę dni potem nastąpił Sedan, Napoleon opuścił armię, echo klęski i ruiny Francyi rozeszło się po świecie, a Paryż okrzyknął państwo republiką dnia 4 września, to jest o 20 dni później, jak to uczynili powstańcy dzielnicy la Villette, oczywiście teraz znowu wolni, amnestyonowani i noszeni na rękach.

CLXIII.

W miesiąc niespełna po powyż opisanych wypadkach Blanqui nie wchodząc w szczegóły i nie puszczając się na dyskusyę opowiadał poprostu co się działo 14 sierpnia w dzielnicy la Villette jaki błąd popełniono, jak się przeraziła ludność, jak wszyscy uczuli, że nic zrobić się nie da.
„Nie wybiła godzina, — mówił — a trzeba umieć słyszeć jak bije. W rzeczach tak strasznych, jak bój, błąd myłka w obliczeniu, drobiazg każdy może zaważyć na sumieniu. — Sadziłem — słowa tego nie można żadną miarą uważać za usprawiedliwienie. Narażać swych przywódców, stronnictwo, może nawet wolność narodu całego, to błąd często nie do naprawienia i nic nie może zeń rozgrzeszyć. Szczęściem, w tym wypadku, błąd ten nie miał konsekwencyj i wkrótce przestał mieć wszelkie znaczenie wobec nowych wydarzeń historycznych. W dniu 14 sierpnia, było może za wcześnie na rewolucyę, albo też może i za późno. Należało wziąć się do rzeczy dnia 7 sierpnia, nazajutrz po klęsce pod Reichshoffen i wówczas byłoby cesarstwo niewątpliwie padło, a zarazem ocalonoby armię Mac Mahona, oszczędzono Francyi Sedanu i zasłonięto przed wrogiem Paryż. Ale to wszystko nie usprawiedliwia opóźnienia, objaśnia jeno jego skutki. Gdy się raz człowiek wziął do polityki na seryo, nie wolno mu dać się zaskoczyć wypadkom“.
Nie wygląda to wcale na obronę siebie samego.Blanquiemu ponad wszystko szło o prawdę.
Ale jest tu błąd inny, z którego się nie spowiada, bo go nie dostrzega, a tym błędem jest wiara w powodzenie zamachu, atentatu, wogóle czynu jednostkowego w próżni. Zamachem jeno, a przenigdy rewolucyą jest owładnięcie kasarnią, pewnej pięknej niedzieli, gdy wszystko co żyje spaceruje po ulicach, a ci, którzyby wzięli to sobie do serca i wyciągnęli z tego konsekwencye są nieobecni i dowiedzą się o wsżystkiem dopiero na drugi dzień z dzienników. Rewolucyą, jeśli ma się udać, wymaga przedziwnej charmonii i łączności straszliwej wszystkich pierwiastków składowych społeczeństwa. Tłum musi instynktownie wylęgać na ulice, być gotowym złamać każdą przeszkodę. Nie oznacza się dekretem dnia i godziny rewolucyi. Jestto widomy rezultat zgody milczącej wszystkich, ta zgoda decyduje o walce i o zwycięstwie, a ostatnim jeno powodem, ostatnią kroplą jest wtedy przypadek, jakiś fakt drobny, szarpnięcie za struny, już przedtem w akord zestrojone... wtedy rozlegnie się niezawodnie okrzyk tłumu, zabłyśnie stal, rozpęta się huragan sił niezmożonych śniący w ludzkich piersiach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Geffroy i tłumacza: Franciszek Mirandola.