Tułacze (Kraszewski, 1868)/Tom I/Księga VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Tułacze
Podtytuł Opowiadania historyczne
Wydawca Księgarnia J. K. Żupańskiego
Data wydania 1868
Drukarz A. Schmädicki
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
KSIĘGA VI.

Trenton — Savannah.

Było to w przededniu wigilii Bożego narodzenia (1777 r.) tego narodowego święta, o którém żaden Polak ani w Sybirze, ani u brzegu Delawary nie zapomina.
Pierwsza gwiazda, co się tego wieczora na niebie ukaże, przypomni każdemu młode lata, błogie lata.. bo dla nas, im głębiéj w przeszłość tém jaśniej. Pułaski ze swoim oddziałem stał naówczas w stolicy N. Jersey, w Trenton; małém miasteczku u ujścia Sapping do Delawary..; w jednéj z najpiękniejszych okolic téj części kraju. Miasto wyrosłe z ziemi jak drzewa i miasta na tym nowym świecie rosnąć umieją — w oczach — nie wielkiém było podówczas — ale to obozowisko człowieka, w półkole pagórkami, okrytemi wspaniałym lasem otoczone, oblane dwóch rzek wspaniałemi wody — przedstawiało obraz wielkiego wdzięku młodzieńczego.
Już miasteczko żyło owém życiem zaszczepioném z Europy — a o sto kroków za niém szumiały odwieczne cedrów lasy, lasy jodeł, wiązów i topoli kanadyjskich, podszyte akacyami, powiązane sznurami lijanów i winnych latorośli, zbite jakby do walki z siekierą, która im trzebieżą groziła.. Nieraz jeleń wybiegłszy z tych cieni, stawał nad doliną,.. patrzał zdziwiony i biegł znowu kryć się w ostępy..
To zbliżenie dwóch światów, dziewiczéj natury i żywota społecznego, ta cisza pustyni, może nawet klimat po części przypominał wygnańcom Polskę..
Trentonczycy mówili im, że czasem zimą Sapping się lodem okrywał, że brzegów Delawary kry się czepiały, że śnieg tu leżał po dni kilka.
W wycieczkach swych myśliwskich Pułaski spotykał zwierzynę nawet jakby europejską, sarny, wilki, zające.. chociaż złoty bażant zaszumiawszy w gałęziach, to marzenie o domu przerywał. Pomiędzy cedrami czarna jodła mówiła o naszych ogrodach i lasach.
Trenton od Pensylwanii dzielił tylko most, rzucony przez rzekę, amerykański most owych czasów, budowa z ogromnych kloców drzewa, chwiejącą się, zdająca stać cudem, pełna szczerb, a mimo to przeszło tysiąc stóp szerokie, szumiące przeskakująca wody.
Pułaski ze swym oddziałem miał częste polecenia czynienia wycieczek do Pensylwanii; rzucał się niespodzianie w okolice Filadelfii, ogładzał je, porywał transporty, niepokoił straże i podraźniwszy nieprzyjaciela, uchodził nazad do swego schronienia. Te partyzanckie wycieczki bawiły jego, rozrywały Karola, ale upokarzały nieco, bo nie dozwalały żadnym głośniejszym odznaczyć się czynem. Wszystko w nich jak one było drobnych rozmiarów.
Leże zimowe w Trenton miały téż na celu wprowadzenie karności w te pułki, z których dowódzca chciał zrobić dobrych żołnierzy; ale ciężko przychodziło łamać się z nieokiełznaném przywyknieniem do swobody.
Zresztą to życie na czatach nie ciężyło Pułaskiemu, który odradzał się siadłszy na koń, uśmiechał gdy nieprzyjaciela zobaczył, w spoczynku tylko będąc smutnym i zgryźliwym... Karol także dzielił jego usposobienia, i byłoby im tu dobrze, gdyby prócz siebie mieli choć jedną duszę przyjazną. Tymczasem wiemy jaką niechęcią, zazdrością szpetną i małą, siało ku nim wszystko co ich otaczało. Oprócz służbowych innych stosunków z komendą nie mieli, żyli z sobą.
Jedyną pociechą w dniu spoczynku były wzgórza i lasy okoliczne, polowania na ptastwo i jelenie; a choć się na nich czasem i z grzechotnikiem spotkać było można, nie obawiano się go więcéj nad obozowych towarzyszów.
Nadchodzące dnie świąteczne, u Anglików także obchodzone z wielką uroczystością, — Karolowi poddały myśl sprawienia polskiéj wilii Pułaskiemu. Nosił on się z nią dość długo, dumał, rozpytywał, wreszcie uznawszy możność, postanowił tę niespodziankę doprowadzić do skutku. Może i jemu samemu przypomnienie to dla stęsknionego było potrzebne serca.
Taił się w początkach z tém, jak je zwał, dzieciństwem, ale naostatek musiał się zwierzyć panu Maciejowi, bo bez jego pomocy, wykonać się to nie dawało.


— Panie Macieju, rzekł do niego rano wszedłszy — mam do was prośbę, gdybyście mi trochę pomodz chcieli, zrobilibyśmy coś, spodziewam się, miłego generałowi.
— Z duszy, serca, wszak wiesz, że ja dla niego dałbym się w kawałki posiekać — tylko mów.
— Jutro wigilia Bożego Narodzenia.
— Prawda! wigilia! mój Boże, u nas to wielkie święto — ale jak się nam tu do niéj przybrać?
— Ja wszystko urządzę, mam już zamówione i ryby morskie i z Delawary, jaja żółwie... przyprawy, murzyn nasz zgotuje, ja mu rozpowiem o ile potrafię o szafranie i innych sosach. Będzie to piąte przez dziesiąte, ale zjemy na sianie, po polsku i przy gwiazdach... kraj się nam przypomni.
— A! niech ci Bóg płaci! myśl złota... Ale — zkądże ty opłatka weźmiesz? zawołał Rogowski załamując ręce... tu w Trenton ani księdza katolickiego, ani nic podobnego do opłatków nie ma. A bez opłatka znowu co to będzie za wilia! nie ma wilii bez niego, to darmo! Opłatek się piecze...
— Wiem nawet jak się piecze, rzekł Karol, bom nieraz widział u nas jak kapelan piekł opłatki — ale przyboru nie mam. To bieda w istocie... bo opłatka nie wiem czy dostanę.
— A cóż po rybie z szafranem, jeśli nie będzie opłatka! dodał Rogowski.
Na próżno łamali głowy.
Zgodzono się wszakże, bądź co bądź, zastawić wieczerzę z ryb, na sianie, a w kącie snop polski..
Snop! miły Boże.. z kąd tu nawet było wziąć w Ameryce ów snop polskiego zboża. Gdzie te co rosną na naszych łanach? żyto, przenica, jęczmień, owies, wszystko aż do lnu i tatarki, bo w snopie na wiliją nic nie powinno braknąć.
A im tego wszystkiego potrzeba było, by polską macierz przypominało wygnanym jéj dzieciom.
Karol do spisku wciągnąwszy Rogowskiego, latał jak opętany, posyłając starego murzyna, gniewając się na jego omyłki, ale na włos niechcąc ustąpić ze swojego planu.
Rogowski nie brał nic na siebie, oprócz, że miał utrzymywać w niewiadomości do ostatniéj godziny Pułaskiego i odciągać go, gdyby przedwcześnie do wielkiéj izby na dole chciał zaglądać.
Karol zresztą wszystko wziął na barki swoje. Zdawało mu się, że to przypomnienie ziemi rodzinnéj, religijnego obrzędu, dnia, w którym w Polsce z jéj zboża upieczonym opłatkiem cały lud się łamie jak na owych Agapach katakumbowych.. wleje pociechę w smutną duszę wodza.
Dom, w którym stali razem był dosyć obszerny, ale prosty. Na piętrze mieścił się Pułaski we dwóch pokojach, z których jeden był sypialnią a drugi służył do przyjęcia i pracy. Jadalny dzielił je od dwóch izb, w których mieszkali po żołnierska, prawie bez sprzętów, dwaj towarzysze nieodstępni, Karol i Rogowski.
Obszerna izba na dole służyła na skład rzeczy, pomieszczenie przybywających posłańców, i różne nieprzewidziane wypadki. Raz nawet była więzieniem dla wziętych w niewolę Anglików, dopóki ich nie wymieniono.
W téj izbie oczyszczonéj, wyświeżonéj na prędce, przybranéj, Karol urządzić miał swą tajemniczą wieczerzę. Murzyn stary, osiwiały, słynny ze swéj sztuki kucharskiéj, równie przynajmniéj jak ze swéj słabości dla rumu — służył za jedynego wykonawcę. Obietnica rumu i sowitéj nagrody czyniła go nader usłużnym i uprzejmym. — Młody gospodarz pragnął, aby żadnego przyboru, który polską wilią odznacza — nie brakło. —
Jedną z najnieubłagańszych trudności był niedostatek, jaki naówczas cierpieli; zapasy z Europy wyczerpały się, bo musieli często żyć o własnym koszcie. Karol co miał oddał towarzyszom; Pułaski co mógł, to w pułki wkładał, a płaca nie dochodziła.. Były dnie, trudno uwierzyć temu — prawie bez chleba.. żyło się o miłosierdziu Bożém i cnocie rycerskiéj.
Rogowski ani śmiał się spytać, zkąd się wezmą pieniądze na ucztę.. wiedział bowiem, że ich nie było u nikogo.
Karol miał od ojca dany zégarek złoty z łańcuchem, długo oszczędzał go, wahał się, żałował.. ale dla wodza ukochanego możnaż było poskąpić ofiary? Poszedł i sprzedał go po cichu.. Z tego grosza miała się wilija odprawić. —


Szło tylko o opłatek..
Wszystko się dawało albo czemś zastąpić lub ominąć — niedostatek opłatka.. był niewynagrodzony. On właśnie jest znamieniem wilii, on jeden starczyłby za wszystko.. on mógł być wilią, całą, bez niego wieczerza na sianie.. tą uroczystą ucztą naszą nazwać się nie mogła.
Już Karol rozmyślał o upieczeniu opłatka, gdy chodząc na zwiady, dowiedział się, że w niedalekiéj osadzie, która była, jakby przedmieściem Trenton, zwanéj Lamberton, za rzeką Sapping, mieszkał ksiądz, francuz, który tam w kapliczce urządzonéj w pokoju, mszą dla szczupłéj liczby katolików odprawiał.
Nie potrzebowano się taić zbytecznie z katolicyzmem, ale w czasach wojny, w chwilach rozdrzaźnienia, wśród większości protestanckiéj, fanatycznéj, nie chciano się na szyderstwa jéj narażać.
Karol siadł na koń, aby dobiedz do Lamberton do księdza.. Już był minął ostatnie domki osadników i miał się puścić za rzekę, gdy na drodze zjechał się z obcym, widocznie podróżującym, nieznajomym mężczyzną. Był to człowiek młody jeszcze.. z podziwieniem Karól postrzegł na nim, po amerykańsku zrobioną, ale polską taratatkę.. Rysy jego nie piękne, ale miłe, łagodne i ożywione, miały w sobie coś tak polskiego, że Karol uderzony i strojem i twarzą, machinalnie konia powstrzymał. Przybywający do Trenton od Pensylwanii był wzrostu niewielkiego, krzepkiéj budowy, twarzy originalnością uderzającéj.. Była w niéj energia, siła i wielka dobroć i wielki smutek.. coś obudzającego sympatyą i zaufanie.
Podróżny wpatrywał się też w Karola, którego rysy piękne nosiły także wybitny charakter polski. Stali tak na gościncu chwilę, naprzeciw siebie — niepewni.
Przybywający siedział na koniu objuczonym i miał z sobą przewodnika. Wszystkich już w okolicy Trenton znał Karol, ten widocznie był gościem z daleka.
Oba mieli pytanie na ustach.. Po mundurze poznawszy wojskowego, podróżny wreszcie, przyłożywszy rękę do czepeczki, odezwał się po angielsku.
— Czy znajdę w Trenton Brygadjera Pułaskiego? Pan pewnie należysz do jego oddziału, lękam się, by nie był na wyprawie jakiéj?
Karol mówił już nie źle po angielsku, po wymowie pytającego poznał w nim cudzoziemca, to go utwierdziło w przekonaniu, że polakiem być musiał.
Serce mu uderzyło do tego człowieka, sam nie wiedział jak wyrwało mu się słowo polskie.
— A! Polak! brat! zawołał ochoczo podróżny. I oba nie pytając więcéj, skoczyli z koni aby się uściskać... jak bracia rodzeni po długiém rozstaniu.
— Co za szczęście! zawołał Karol.
— Jadę od granic Kanady, rzekł przybywający, umyślnie tu do was, do Pułaskiego, którego poznać pragnąłem... Nazywam się Tadeusz Kościuszko...
— O słyszeliśmy już o was, nawet nimeśmy tu przybyli, w Tulonie. Jakże generał rad wam będzie, Bóg nam zesłał we wilią najpożądańszego z gości... Ja jestem odjutantem Pułaskiego, nazywam się Karol Pluta.
— A! nie wiesz, przerwał rozrzewniony Kościuszko — co to jest po długim poście posłyszeć mowę swoją, zobaczyć brata!...
Łza pokazała mu się na oczach.
Spotkanie najdroższego przyjaciela nie uczyniłoby w kraju na nich obu takiego wrażenia, jak tu zetknięcie się niespodziane dwóch nieznajomych, ale krwią i duchem braci... Stali i drząc ściskali dłonie, nie mogąc się napatrzeć sobie.
— Co za szkoda, że ja was zaraz do Pułaskiego zaprowadzić nie mogę, rzekł Karol... ale mam sprawę pilną, muszę dojechać do Lamberton... za pół godziny spodziewam się być z powrotem. Jedzcie wprost ztąd... a z placu wam każde dziecię dom Pułaskiego pokaże, bo go tu znają i imie nawet wymawiać się nauczyli.
— I szanować go! dodał żegnając Kościuszko.
— A któżby, poznawszy go, nie szanował, nie kochał, nie wielbił — zawołał Karol. Mało takich ludzi, jak on, miała Polska, a wysłała go zbierać laury za atlantykiem...
— No! w drogę, w drogę i co najrychléj z powrotem! rzekł Kościuszko...
— O! pospieszę pewnie, bo przybycie wasze dla nas, to uroczystość, jakiejśmy nie mieli!
— A! a dla mnie! widzicie, żem przybył umyślnie, aby swoich zobaczyć, język nasz, tę najsłodszą sercu muzykę usłyszeć..
Każdego wyrazu dźwięk śpiewa mi w duszy pieśnią młodości i nadziei.. Ale dość! dość, na koń i w drogę..
Karol piorunem popędził do księdza po opłatki. —


Tak owa wilija Bożego Narodzenia stała się podwójnie dniem uroczystym.. Pułaski był szczęśliwy z przybycia ziomka, którego nie wiedział, jak ugaszczać i przyjmować.
Został mu ten stary szlachetny nałóg nasz polski, co z sercem dom i dłoń otwiera, coby krwi utoczył gościowi, byle go jak króla uszanować i dowieść, że mu się nic nie skąpi. Ale przy niedostatku żołnierskim jak tu było okazać tę tradycyjną serdeczność.
Zasępił się biedny Pułaski. —
Całą resztę dnia tego spędzili jakby w gorączce, mówiąc o kraju, o dziejach konfederacyi, o starych i nowych domowych sprawach. —
— Słuchaj mój Rogowski — rzekł Kazimierz wieczorem, odwiódłszy go na stronę — nasz to święty ojcowski obyczaj gościa pobożnie przyjmować.. a jeszcze taki gość! nasz! polak! Musimy bracie wystąpić.. ale jak? Sprzedaj co chcesz, zastaw, pożycz.. a trzeba żeby widział, żeśmy mu radzi.
Rogowski tylko co się z projektowana wiliją nie wygadał, ale sobie języka zakąsił.
— Panie generale, rzekł, proszę być spokojnym, ja z Karolem obmyślimy środki a — jakoś to będzie. Tylko co się tyczy jutra.. to post i wilija..
— Wilija! a prawda rzekł smutnie Pułaski..
— Więc jutro.. to się jakoś przekołacze, a na Boże Narodzenie ja za lusztyk ręczę.. dodał Rogowski.. Zastawim się a postawim po szlachecku!
Cała noc niemal zeszła na gawędzie przerywanéj i wiązanéj na nowo. Rozchodzono się i pożegnawszy wracano znowu. Zastawiono wieczerzę, ale mało kto ją tknął, poiło i karmiło żywe słowo. Mówili o Polsce, nagadać się nie mogli. Każdy z sakwy podróżnych pamiątek dobywał, co miał najdroższego, wszystko swoje tak się wydawało zajmującém.
Karol, który powrócił rychło, więcéj się przysłuchiwał niż mówił. —
Każdy z nich był z innego kąta szerokiéj ziemi polskiéj rodem, ale uczucia i wspomnienia ich łączyły. Kościuszko litwin, z Brzeskiego długo żył w Warszawie i na Mazurach, znał dwór, króla, Czartoryjskich i wielu owego wieku ludzi, od których z goryczą w sercu uszedł dobrowolnie. Pułaskiemu śniło się zawsze Podole i Ukraina, trochę kozacza, nieco szlachecka, taka, jaką dziś już znaleźć chyba można na pomniku w Ławrze kijowskiéj, w ruskim nagrobku Konstantyna Ostrogskiego, sławiącym jego zwycięztwa nad Moskwą.
Rogowski rodzinę miał w Wielkiéj Polsce i Kujawach rozproszoną..; Karola ojcowizna była w Krakowskiem. Oni razem przedstawiali niemal cały obszar ziem rzeczypospolitéj, która się teraz rozpadała pod nożem, a szczepiono jéj starannie niechęć bratnią, żeby się bujno rozrosła.
Nieprzyjaciele poczęli już wówczas rzucać nasiona niezgody między szlachtą a ludem, pomiędzy Polska a Rusią, między wiarą a wiarą, dworem i narodem, królem a krajem, panami i służbą, duchowieństwem a świeckiemi.. złe to ziarno podlewał szatan, aby w owoce przerosło.
Choroba téż spółeczna z wycieńczenia i bez rządu dopomagała do rozkładu, na którego pognoju miał ten chwast wybujać... Rozkład ów pomagał do rozszarpania i zniszczenia tego, co wieki z wolą Bożą, miłością i przymierzem bratniem spoiły.
Ludzie ci ze czterech kończyn Polski, jakby się w jednéj kołysali kolebce — obyczajem, językiem, podaniami, duchem się zrastali. —


Późno w noc, gdy już nareszcie szli na spoczynek, Rogowski pochwycić mógł Karola..
— Bracie, dobrodzieju! zawołał, teraz dopiero tryumf cię czeka, gdy wystąpisz z wilią! Generał sam mnie prosił, zaklinał, ażeby zkąd wziąć to wziąć, a przyjęcie gościowi sprawić świetne.. Ale.. powiedzże zkąd ty grosza dostałeś?
Karol się zarumienił..
— No — miałem tam coś, rzekł.. to moja rzecz.. dosyć, że nie zabraknie, tylko czyście nie wyśpiewali już o wilii?
— Uchowaj Boże — nic a nic...
— No, to dobrze..
— Ale czy będzie dobrze?
— O ile z murzynem, zamiast mazura polską wilią można zgotować, odpowiedział Karol, ruszając ramionami. Co za szkoda, że człowiek nic się nie domyśla co go czeka! Gdybym był w Skale lepiéj się kuchni przypatrywał i przeczytał sekreta kucharskie z książki matczynéj!
— No jadło tam jak jadło! zawołał Rogowski, byle przez gardło przelazło — ale cóż z opłatkiem?
— W tém, jak wiecie, była trudność największa, po cichu rzekł Karol, a przecież i to co nieprzezwyciężonym się zdawało, zwyciężyłem! Wiecie, że jeździłem do Lamberton, szukając księdza Francuza.. Ledwiem tam o niego dopytał, ale oznajmiwszy mu się jako Polak i katolik, zostałem dobrze przyjęty. — Przyznał mi się, że był kapłanem i mszą świętą odprawiał. Człowiek to w średnim wieku, poważny, surowy, ale — darujcie mi co powiem, do naszego księdza niepodobny... Pocałowałem go w rękę z radości, przypominając sobie jak w Skale sługiwałem do Mszy św. w owéj komeżce z niebieskiemi wstążkami, która mnie czyniła szczęśliwym i dumnym. — Po krótkim wstępie powiedziałem mu, o co go prosić przybyłem; ale mnie nie zrozumiał wcale, obruszył się strasznie i począł łajać, sądząc, że niepoświęconéj hostyi do jakiegoś zabobonnego żądam obrządku. Ledwiem mu zdołał wytłómaczyć, że to jest u nas przez duchownych uznanym zabytkiem prastarych czasów. Zrozumiał mnie nie rychło, gdym już prawie jak dzieciak łzy miał na oczach, ulitował się w ostatku i tknięty moja wymową, skłonił się dać mi parę opłatków! A! z jakąż pochwyciłem je radością!
— Masz tedy szczęśliwcze — opłatki! krzyknął Rogowski w uniesieniu. A! będziemy się więc po polsku łamali opłatkiem.. Mój Boże! komuż to łez nie wyciśnie!.. Kto nie uczuje nic.. ten.. dodał bijąc pięścią o stół — ten.. psa nie wart! A teraz — sza.
— Majorze.. na Boga! tajemnica!
— Zmilczę, dochowam jéj! ale zlituj się wystąp jak należy. Jeśli pieniędzy zabraknie.. mam jeszcze łańcuszek zloty.. zastawim go lub sprzedamy.
— Niepotrzeba.. przerwał Karol.. Wy tylko skłońcie jenerała i gościa, żeby z obiadem, wedle zwyczaju narodowego i religijnego do gwiazd poczekali..
— To moja rzecz, i nie będzie trudno, odparł Rogowski. — Gość nasz zdaje mi się, nieco filozof — ale go téż katolicka matka karmiła.
— Ale poczciwy człowiek, zgodzi się na wszystko!


Nazajutrz rano dzień po nocy chłodnéj wstał dziwnie pogodny i ciepły, a choć pora nie zupełnie przypominała nasz Grudzień i było raczéj wiosenno jakoś niż zimowo, data 24 mówiła o wilii; przywodziła na myśl wszystkie Adamy i Ewy pozostałe w kraju, i dawne polowania na ponowę śnieżną i próby szczęścia.. i zjazdy rodzinne; i ów stół długi, do którego w tym dniu zasiadało często kilka pokoleń, a dziaduś siwy szedł z opłatkiem od najstarszego do najmłodszego błogosławiąc, całując, płacząc po tych co do wilii zasiedli — z aniołami u Bożego stołu.
Wspomnienia te trochę ochmurzały czoła — ale wstawszy zeszli się wszyscy prócz Karola.. na górę, i już się rozejść nie mogli.
Bliższe poznanie Kościuszki przywiązywało doń Pułaskiego; dwie te dusze bratnie rozumiały się dobrze, łączyła je miłość kraju gorąca, choć w wyobrażeniach nie zawsze się zgadzali.
Pułaski znał tylko Polskę szlachecką i czując potrzebę reform, opierał je wszystkie na tradycyi; Kościuszko był synem XVIII. wieku, ale razem dzieckiem Polski; chciał ją odbudować wedle pojęć epoki.
— Mój panie Tadeuszu, spytał po długiéj rozmowie Pułaski — jakeśmy my konfederaci, rycerze Maryi, cośmy przysięgli walczyć do zdechu, wyszli z kraju... to już wiecie; ale powiedzcież mi, jak się to stało, że wy opuściliście Polskę... Co było powodem?
Kościuszko spuścił oczy, zdawał się nieco zmięszany.
— Ja — rzekł po chwili rumieniąc się, przyszedłem tu z myślą nabycia wprawy wojennéj, nauki, dla zahartowania się w ciężkim boju, abym gotów był służyć ojczyznie gdy zawoła... Mam to przeczucie, że bój nieskończony, sprawa nierozstrzygnięta, że przepłynę atlantyk, i —
Pułaski rozrzewniony wstał i natchniony proroczo, ręce położył na jego ramionach..
— Tak, rzekł podnosząc oczy w górę, jakby w niebiosach chciał czytać — tobie daném będzie walczyć za matkę.. ale nie mnie już! nie mnie! Marek wydał wyrok.. ja tu kości położę..
— Bóg tylko jeden wie przyszłość, przerwał Kościuszko. — Samiście opowiadali mi, że X. Marek w początkach wróżył zwycięztwa.. a na ostatku.. same klęski..
— Tak! ale wiesz co mi powiedział w Częstochowie.. Słowa są wielkie dziwne, a dusza z któréj wyszły, święta.. Gdym mu przypomniał pierwsze jego proroctwa, rzekł mi. — Tak! prorokowałem zwycięztwa.. ale wy grzechami swemi zadaliście kłam proroctwu i miłosierdzie złamaliście Boże — bogdaj wasze cnoty uczyniły mnie jeszcze raz kłamcą i odwróciły pomstę!
Kościuszko słuchał milczący.
— Ja wrócę — rzekł po chwili — tak. — Śni mi się Polska, wiem że mnie angielska kula nie weźmie, muszę jeszcze ucałować ziemię, co mi dała życie. Dziś niema tam co poczynać jeszcze.. po świeżych ranach nabiera sił znużona, ale walka się ponowi.. będę bił się z nieprzyjacielem ojczyzny!
Tu się wojny uczę którą tam będę prowadzić.
— Tak, dodał Pułaski — nauczyć się tu można wiele i tego, co robić potrzeba, jak oni robią i tego, co jak oni czynić nie należy. Wojsko ich lichsze jest od naszego.. ale gdzie u nas takich znajdziemy mężów jak Washington, Franklin, Jefferson! my jesteśmy mężniejsi może, mamy starego rycerstwa tradycyą, u nas szlachcic rodzi się żołnierzem, bawi w ułana nieumiejąc chodzić, a jeździ konno wprzód niż się czytać nauczy. W rodzinach naszych jest karność, która się z młodzieżą łatwo przenosi do regimentu, gdy dowódzca chce być ojcem miłością i powagą, — ale gdzież u nas ta ich żelazna wytrwałość, ta wiara w siebie nie złomna po klęskach, chęć ofiary we wszystkich.. naostatek..
— Naostatek, dorzucił Kościuszko, gdzie u nas ta jedność w narodzie jaka jest tutaj? W Polsce mamy jeszcze panów, szlachtę, mieszczan, żydów, lud, wszystko poodosobniane, podzielone. Mieszczaństwo ledwie z pieluch się rozplątuje, niedorosłe i zbiedzone; przesądów tysiące.. ludzie różnych rodzajów, a nie ma dotąd — człowieka..
— Po części macie słuszność, rzekł Pułaski, ale wina tego, jak zasługi przeszłości ciężą na — szlachcie; w niéj było i jest życie narodu.. którém się ona podzielić nie chciała, a obowiązków swych w końcu nie spełniła.. Sam jestem szlachcic, wysoko cenię powołanie, które nam dał Bóg, ale wiem i to, że szlachcic godzien tego imienia, winien pamiętać, iż jest z ramienia Bożego wysadzonym przewodnikiem, starszyzną, która ma wieść do pracy, do ofiary, do wszystkiego, co poczciwe i szlachetne.
Szlachcic opój, niezdara, kłótnik; pan sybaryta a rozpustnik a przekupiony; tchórz w obec wroga — to klęska i zguba narodu. Powtarzam wam demagogiem nie jestem, nie będę — za starym na to — po chrześciańsku widzę we wszystkich braci, po polsku w szlachcie zakon rycerzy.. Bożych. A kto wstąpiwszy do zakonu, poślubiwszy obowiązki wielkie, zapomni o nich, zdradzi, rozbestwi się, temu miecz Boży — łeb utnie. Nie stanie szlachty! nie stanie narodu!
— A! panie generale! przerwał żywo Kościuszko.. jam ci też kawał szlachcica.. ale czuję, że nam już dosyć tego szlachectwa i przywilejów i wyłączności.. równości potrzeba.. podnieść lud..
— Równości! zawołał Pułaski. Zapewne, ale gdzież ona jest, mospanie..? i w niebie między aniołami są przecie archanioły i cherubiny szlachcice..
Trzeba wieków, aby naród zlał się w taką masę; stworzeniśmy nierówno.. Szlachta winna, ale ona być musi i spełniać, co na nią włożono..
— Tak było niegdyś, odparł Kościuszko — dziś już tak nie jest i jutro nie będzie. W Polsce też potrzeba społeczność całą zlać i połączyć, obaliwszy zapory, co ją dzielą — połączyć się obyczajami, życiem, bodaj największą ofiarą. Bo gdy wybije godzina wielka, obrony ojczyzny.. ci, co jéj nie mieli, co w niéj byli niewolnikami — bronić jéj nie będą. Obywatelstwo dać wszystkim, aby z nich zastęp utworzyć jeden. — Cóż dziś Polska? to garść wybranych, a nam trzeba mas, tysiąców, milionów, nam ludu potrzeba.. Lud jeszcze się u nas nawet nie narodził, jest czerń tylko. Gdy z ludu u nas wyjdą Frankliny i Washingtony, naówczas..
— He! he! zawołał Pułaski, to są te wasze nowe ideje.. Masy po staroświecku, gdy ich zapotrzebujemy, powinny pójść na zawołanie.. ale potrzeba je cnotą, miłością, zaufaniem sobie zjednać, obudzić w nich wiarę i umieć prowadzić. A któż poprowadzi, jeśli nie szlachcic?
— Kochany generale — rzekł, sciskając go Kościuszko — powtarzam wam, ani Franklin, ani Washington, ani Jefferson nie poszczycą się podobno szlacheckiemi klejnotami.. a oni..
Pułaski zamilkł.
— Inny kraj, inny obyczaj! dorzucił po chwili.
— Krajowi naszemu téż obyczaj zmienić potrzeba — dodał Kościuszko. — Jeśli Bóg da mi kiedy iść na nieprzyjaciela, włożę chłopską sukmanę.
Ta myśl, rozgrzewająca serca, pojednała ich, Pułaski go uścisnął.
— Byle na nieprzyjaciela, idź, czy w sukmanie; czy w habicie, czy w koszuli..
Tak uczeń Russa i wielbiciel Franklina, przyjaciel Jeffersona, rozprawiał z konfederatem Barskim, w którym tlał duch ś. Marka i żyły tradycye.
Niestety! one tradycye były to szaty nad dziadów za przestronne, na skarlałe wnuki; do instytucyi patryjarchalnych, trzeba było i ludzi patryjarchalnych, a w ich miejsce stanęły zgniłe niedobitki i plewa..
Gdzieniegdzie po nad te znikczemniałe tłumy podnosiły się głowy, charaktery, geniusze nawet — ale nie miały dosyć woli i siły, aby owładnąć narodem i prowadzić go.
Ten rozstęp między instytucyami dawnéj Polski, a ludźmi, co w nich chodzili, od początku XVII wieku coraz widoczniejszym się stawał; nikt nie dorósł do ideału praw dawnéj rzeczypospolitéj, a w ręku zepsutych ludzi ten gmach, co poprzedził tyle budowli, późniéj kleconych, wielkością i pięknością swą — runąć musiał..
Klonowicza i Wacława Potockiego czytać potrzeba, aby wiedzieć, co prawy polak rozumiał jako szlachectwo.. — obowiązek ofiary, kapłaństwo.


Rogowski wypełnił zlecenie, namówił z łatwością Pułaskiego i Kościuszkę, aby się z obiadem do gwiazd wstrzymali i zmienili go obyczajem polskim na wieczerzę. Oba poklasnęli téj myśli. — Dzień zszedł szybko, poszli oglądać okolicę nad brzegi Delawary, potém wrócili.. nic nie zobaczywszy; bo nad nią stojąc, mówili o Wiśle i Bugu. Nastręczała się téż sposobność mówienia obszernego i o Ameryce; Kościuszko przybywał od armii północnéj; rozpowiadał o niéj, o generale Gates, o Washingtonie, mówiono o Francyi, wyglądając od niéj posiłków.
Wierzyli wszyscy w powodzenie dobréj sprawy; inne to były czasy, dziś — w dobréj sprawy tylko pognębienie wierzym.......
Nareszcie przyszedł wieczór; na wypogodzonem niebie pokazał się krzyż południa... coraz ciemniejszy szafir okrywać się począł tysiącem iskier, jakby na ucztę zapalonych... Karol już tylko oczekiwał na ukazanie się gwiazd — był w gotowości.
Serce mu biło jak swawolnemu studentowi, który zamierza dobrego spłatać figla... wbiegł do ogródka, po którym się przechadzali i uśmiechając rzekł do Pułaskiego:
— Panie generale, wieczerza na stole!
— A! wieczerza! tak! podchwycił gospodarz... żartuj zdrów! co mi to za wieczerza w Ameryce! Nie polska to nasza owa wilia braterska, uczta święta, ale... co Bóg dał, chodźmy...
Ująwszy pod rękę Kościuszkę, zmierzał na górę, gdy Karol wskazał mu drzwi na dole.
— To tu — rzekł.
— Tu? spytał Pułaski — cóż to jest?
— Tak nam wypadło, odpowiedział Karol...
W tém drzwi murzyn, kryjąc się za niemi, otworzył.
Salka przedstawiała widok niezwyczajny i na tém wygnaniu niespodziany. Naga izba ubrała się świątecznie, ściany jéj zawieszone były zielonemi gałęźmi cedrów, jodły i cisów, stół świecił rzęsisto... okryty białym obrusem, pod którym siana domyślać się było można. W kącie stał ogromny snop zboża, jeśli nie gatunkiem jego, to formą przypominający nasze godło pracy rolniczéj.
Stary murzyn w czerwonéj koszuli stał u drzwi, pokazując resztę białych zębów... Na talerzach świeciła migdałowa polewka z ryżem i rodzenkami, o którą pono było najłatwiéj.
Pułaski jak olśniony stanął w progu, zobaczył naprzód na talerzu opłatki; odwrócił się do Karola i ze łzami prawie porwał go za szyję całując.
— Poczciwy, kochany przyjacielu... zawołał rozrzewniony — chyba twe złote serce dokazać tego mogło, byśmy tułacze, na obcéj ziemi tym chlebem żywota... ojczysty sobie obyczaj mogli przypomnieć. Niech ci to Bóg nagrodzi, abyś po latach pielgrzymki, syt chwały, z głową usrebrzoną, położył kości na téj ziemi naszéj, krwią męczenników przesiąkłéj...
Drżącą ręką chwycił Pułaski i podał go pierwszemu Kościuszce...
— Gdy w Polsce rozłamiesz go kiedyś z braćmi, przypomnij mnie i Trenton, rzekł cicho.
Czy łza nie stoczyła się nań i nie poświęciła — nie wiem.
Milczący, poważni jak kapłani, uroczyście jak w świątyni, z myślą do Boga wzniesioną, do ojczyzny, do ludzkości... łamali się tułacze chlebem życia... na ziemi wygnania, a myśl ich i serca biegły tam, gdzie do nich także biły piersi stęsknione, rodziny, braci... przyjaciół.
Tadeusz otarł łzę, przypomniały mu się — Moraczewszczyzna, Siechnowicze...
— Dawno, rzekł, dawno nie kosztowałem takiéj rozkoszy — to godło Chrystusa spoiło nas jak rodzinę. Ze wszystkich polskich obrzędów i uczt to najpiękniejsza, to najuroczystsza, to najwięcéj mówiąca do duszy.
— Bo téż to dzień narodzenia Tego — rzekł Pułaski — który skruszył kajdany niewoli świata.
Łamali się opłatkiem, patrząc niedowierzająco, na tę dawno niewidzianą kraju pamiątkę...
Z rozweseloném czołem zasiedli do stołu. Niestety! murzyn barszczu z uszkami zrobić nie umiał... Zastępowała go polewka.
Inne potrawy, jeśli nie miały smaku naszych, przypominały je przynajmniéj z twarzy, murzyn ów (przezwany Mandarynem) czego nie mógł dobrze wyrozumieć, w to kładł jak najwięcéj pieprzu, który w jego przekonaniu, zdolnym był zastąpić wszystko i omamić podniebienie. Ryby wszakże z szafranem, po żydowsku z patatami, i smażone z kapustą palmową wybornie się udały.
Dobyto parę butelek, nie było to owe Hungaricum.. Cracovine educatum, ale stare Malaga, Xeres i wina krajowe.. Po kilku kieliszkach rozmowa się ożywiła i z toru smętnego przeszła w ową wesołość polską, co nikogo nie kąsa a każdego zabawić umie. —
Chwilami jeszcze zadumał się z nich który, ale spieszył posłać dumę za morza.. Sypnęły się anegdoty przywiezione z Polski, w które ona obfitowała po wsze czasy; co to je z taką serdecznością, zawiesisto, z miną, akcentem, deklamacyą właściwą, tradycyonalną opowiadać umiano.
Dziś — nie ma już tych gawędziarzy z profesyi, którzy choćby sto razy powtarzali jedno, zawsze słuchano ich mile; co gdy weszli do izby, już się wszystkie rozchmurzały oblicza; co mieli koncept na wszelką przygodę, komplement w każdym wypadku, a w potrzebie i toast do kielicha, i ucinek gładkim wierszem na imieniny.
Pułaski nie był wesół, ale Rogowski w tém celował, a jako exkonfederat miał anegdot obfite zapasy. On to ożywiał towarzystwo i wziął na siebie utrzymywanie dobrego humoru. Dokazał tego, że pod koniec uczty, twarze i serca się śmiały.
Mandaryn tymczasem biegał z coraz nowemi półmiskami, a zakończył deserem obfitym, rad, że nareszcie sam do jadła i obiecanego rumu dopadnie.
Każdy z gości wsunął mu coś w rękę, stary śmiał się, kładnąc dłoń na piersiach, szwargotał coś, ale chyba wielki Duch jego ojczyzny go rozumiał.
Biesiadnicy pozostali przy tym stole długo w noc, pito nie wiele, powoli, ale mówiono dużo.
Późno już ktoś przypomniał obyczaj wilii naszej, wyciągania z pod obrusa siana; miało to podobno znaczenie, iż kto najdłuższą trawę wysunął, u tego najpiękniejszy len miał obrodzić.
— Ale z nas żaden ani lnu, ani żadnéj rzeczy, która jego jest, nie sieje, rzekł Pułaski. —
— Siejemy trud i krew — zawołał Kościuszko — a co z nich wyrośnie — Bóg wie. —
— Ciągnijmy więc, dodał śmiejąc się Pułaski — i będziemy sobie z tych roślin nowego świata prorokowali o żniwie.
W tym sianie z nad Delawary.. i Sapping, były, prawdę rzekłszy, przeróżne rośliny, nie wszystkie do trawiastéj rodziny należące. Każdy rękę włożył pod obrus a co pochwycił, wyciągnął i podniósł do góry.
Pułaskiemu dostał się kwiat jakiś nieznany, zeschły już, na którego łodydze para tylko listków zieleńszych została.
Rogowski dobył kiść jakąś bardzo długą, w którą się mniejszych dużo wplątało; na końcu jéj grono nasionek bardzo przypominało prozaiczną naszą hreczkę.
Karol wyciągnął łodygę zieloną, niemal świeżą, z kwiatami jeszcze niezupełnie zwiędłemi, nakształt dzwońców.
A pan Tadeusz zdziwił się, znajdując — ucięta młoda gałązkę o liściach laurowych. —
Śmiali się wszyscy, nie wielkie do tego przywięzując znaczenie, a pan Pułaski rzekł.
— Wam laury panie Tadeuszu! daj Bóg byś je w ojczyźnie zbierał! Mnie się dostało coś zeschłego, czarnego jak ja.. i bez życia... taką może pamięć zostawię po sobie. Karolowi jego kwiaty obiecują, że będzie rozkwitał i dzwonił, a daléj pan Rogowski.. ty masz czyste i jasne proroctwo, — że jeszcze hreczkę siać będziesz na swoim zagonie.
— Ale ba! zawołał Rogowski — co o tém, to mi się nie śni!
— Mnie téż o wyprorokowanym mi końcu.. zeschłą gałęzią myśleć się nie chce.. przynajmniéj dopóki mam szkaplerz ks. Marka na piersiach..
Karol zamyślił się nad swoją Campanullą.. pobiegł sercem do Skały.. tam obchodzono jéj imieniny.. a on nie mógł nawet cichem ją rozbudzić życzeniem..
Ale ufał, wierzył, że tam kiedyś z Saracenką powróci, że ona go tam czekać będzie, stała, wierna, niezmieniona. Niestety! Znał świat tylko ze swego poczciwego serca.. w które się jeszcze zęby czasu nie wpiły..
Pili zdrowia..
Naprzód — Polski wolnéj od morza do morza..
Potém wiernych synów téj matki w żałobie.
Potém przyjaciół za morzami..
A w ostatku owo polskie, owo stare.. owo nasze.. kochajmy się!
Bez tego symbolicznego kielicha miłości i zgody nie było nigdy w Polsce uczty żadnéj.
Niech mi kto pokaże na świecie naród, któryby myśl tak świętą, tak wielką zamknął w dwu słowach, bez których nie było biesiady, nie było przyjęcia..
Coś w tém większego jest nad rozpasanie ducha, bo pragnienie świętości, harmonii, braterstwa na ziemi..
Czyśmy się kochali? Bóg osądzi, ale żeśmy kochać pragnęli, uważali za obowiązek, żeśmy na sztandarze tradycyi zapisali to godło, które w sobie mieści całą naukę nową.. to przecie coś znaczy.. Nie czcze, nie czcze to było słowo!
Pijąc ten kielich pełen wspomnień gorzkich, wymówek okrutnych, krwi braterskiéj i żółci — spłakali się ściskając.
— Ten kto miasto miłości braci i kraju, krzyknął Pułaski, ojczyźnie zdradą, braciom nienawiścią się wypłacił, niech mu każdy kielich będzie trucizną..
I rozbił szkło o podłogę.. posypały się wypite kieliszki..
Wstali wszyscy.
Jeszcze raz ścisnęły się dłonie, ucałowały usta, po tych polskich agapach; każdy poszedł do pościeli nie zasnąć, ale myślą polecieć ku domowi..
Pułaskiemu przed oczyma stał wizerunek bladéj, smutnéj, z wypłakanemi oczyma a usty uśmiechniętemi do świata, Franusi.. w królewiczowski płaszcz, jak w całun opiętéj.
Kościuszce ukazała się twarzyczka Księżnéj Lubomirskiéj, uśmiechająca się smutnie i błagająca litości. —
Karolowi białe ząbki wyszczerzyła, w różowe oplecione usteczka, jego... bohdanka, siostrzyczka. —
Pan Maciéj Rogowski, westchnął téż do owéj pięknéj francuzicy w Rodosto, która serdecznie się spłakawszy po nim.. poszła za jakiegoś greka.
Wierni kochankowie opłakiwali swych miłości zawód i zdradę.. żaden przecie na ukochaną nie rzucił przekleństwa.
Z piersi ich rwały się życzenia. —
— Niech będzie szczęśliwą!
Karol.. nie domyślał się ani przeczuwał że i on może mógł powiedzieć z niemi.
— Niech będzie szczęśliwą! nie miałby siły dodać. — Choć nie ze mną.
Mandaryn spał znużony z wypróżnioną flaszką rumu na piersiach.. Ta go nie zawiodła.


Gorzkie są dnie wygnania nawet gdy do ciepłéj piersi tuli brat przybrany — niezapomniana przeszłość stoi między szczęściem a człowiekiem. Były chwile jasne, ale życie snuło się czarno i leniwo.
Pułaski żył tylko walką i pracą. Karol zrazu się nią ożywił, ale oswoiwszy się z krajem i położeniem zatęsknił do domu, do tego wszystkiego, co za oceanem zostawił..
Choroba nieuleczona żalu po swéj ziemi, na którą niema ratunku chyba śmierć albo powrót — wślizgnęła się do jego piersi i potajemnie je szarpała. Wstydził się jéj, obawiał przyznać, taił z nią, wojował z sobą, a czuł, że ona go łamie i zwycięża. Każda godzina karmiła wzrastającym niepokojem, przeczuciami, w snach widział Polskę, na jawie marzyła mu się Skała, często ze snu zrywał się z sercem bijacém — próżno do mar zwodniczych wyciągając ramiona.
— Ale nie byłby się nikomu w świecie przyznał do tego co zrobił, chociaż go zbladła i uwiędła twarz zdradzała.
Pułaski upajał się sprawą wolności wprowadzając ład i porządek, w nieustannych waśniach z podwładnemi. — Niezwykły do hamowania się, gwałtowny, porywczy gdy mu krew do głowy buchnęła — zawsze jednym sposobem usiłował pokonać opór, żelazną wolą i charakterem. W końcu struty pasowaniem się z tą uorgarnizowaną niechęcią, doprowadzony do ostateczności, zmuszony był prosić o uwolnienie od służby. —
Rogowski wysłany został z listem do Washingtona stojącego w Valley-Forge.
Wszyscy dowódzcy którzy byli świadkami trudów i męztwa Pułaskiego, Wayne, przyjazny mu osobiście, przyznawali głośno, że strata takiego generała, pełnego energii i żołnierza niezmiernéj odwagi była niepowetowaną, ale Pułaski cofnąć prośby swéj niechciał. Washington ścisły postrzegacz prawa niemógł znowu odwołać niesprawiedliwego wyroku w zajściu z oficerem o samowolą, wydanego przeciw Pułaskiemu.
Stanęło więc na tém, że aby Pułaskiego nie stracić, dozwolono mu samemu oddział ochotników zebrać i sformować. W Marcu (1778) zdawszy dowództwo dawne, udał się Pułaski do Valley-Forge, a na przedstawienie Washingtona kongres podane zatwierdził warunki.
To nowe zajęcie odżywiło starego konfederata, który natychmiast wziął się do formowania legionu jazdy i piechoty. — Jazda miała mu przypominać polskich ułanów, dano im piki i chorągiewki z kolorami narodowemi, Rogowski i Karol rzuciwszy bez żalu niechętną sobie drużynę rozwałęsanych i rozpasanych rajtarów, poszli za wodzem.
Oddział ten z niemniéj różnorodnych żywiołów był złożony, wchodzili doń nawet zbiegowie z angielskiego wojska, ale na wszystkich wkładano warunek ślepego posłuszeństwa, przyjmując. Pułaski nieubłaganym był w przestrzeganiu karności wojskowéj.
Wiosna 1778 r. nie polepszyła położenia Washingtona i wojsk amerykańskich. Stan był zawsze ten sam, brak najpierwszych potrzeb życia, trudy do znoszenia wielkie, pochody nużące, wyczerpywały najdzielniejszych. — Washington jako wódz, miał nieprzyjaciół usiłujących go obalić, podkopujących u kongresu, czerniących niepokalany jego charakter.. ale znosił to wszystko wielką prawdziwie duszy potęgą.
Co chwila oczekiwano stanowczego ogłoszenia się Francyi za sprawą Ameryki; na sam odgłos o tém Anglia gotową była do ustępstw, w obawie zupełnéj kraju utraty. Stronnictwo pokoju i przejednania potajemnie usiłowało obalić Washingtona — ale kongres pojmował swe obowiązki i uwieść się nie dał. Traktat z Francyą został nareście podpisany, kongres go ratyfikował. Anglia odwołała posła z Paryża.. otucha weszła do serc, ale wojna się zapowiadała długa i ciężka.
Mimo świetnych nadziei, wojska ogłodzone, wycieńczone, okazywały zniechęcenie. — Wysyłane oddziały wszędzie kraj znajdowały spustoszonym przez anglików; obie strony paliły zboża i plantacye, niszczyły magazyny i marły z głodu. —
Anglicy chociaż lepiéj zaopatrzeni, bo im flota dostarczała żywności, musieli jednak w końcu po dziewięciomiesięczném zajęciu Filadelfii opuścić ją i zmienić dalsze plany działań wojennych. —
Przeszedłszy w Czerwcu Delawarę, udali się do Allen-Town, zagrażając razem Brunświkowi i Monmouth. Washington w ślad za nimi opuścił Valley—Forge i pociągnął, zawsze marząc o stoczeniu walnéj bitwy.. Zdało mu się, że korzystniejszą ona być może dla żołnierza, niż wyczekiwanie o głodzie. Część dowódzców odradzała mu jednak, nie chcąc losów kraju stawić na niepewne szczęście dnia jednego.
Wojna między Anglią a Francyą, jak to przewidzieć było można, rozpoczęła się starciem na morzu. — Ochotnicy nasi dzielili losy wojsk amerykańskich i ich przykre położenie; żyjąc już nadzieją pomocy Francyi. — Tu lepiéj zdawały się składać okoliczności, flota admirała d’Estaing przeznaczona do Ameryki, wypłynęła z Tulonu, nim admirał Byron gotów był w ślad za nią podążyć. Składała się ona z kilkunastu okrętów liniowych i czterech fregat. Burze i cisze przez trzy miesiące opóźniły jéj przybycie.
W obawie napaści anglików d’Estaing, nie chciał sił rozdzielać, cała więc ta flotylla płynęła razem i powoli. W nocy zwijano żagle i zatrzymywano się, gdzie mrok pochwycił. Byron był jeszcze daleko.
W Czerwcu stanął admirał francuzki u ujścia Delawary, potém popłynął za admirałem Howe, który z flotą swą schronił się w zatoce N. Yorku. Można sobie wystawić radość i otuchę, jaką przyniósł poseł Gerard, stając przed kongresem jako zwiastun pomocy Francyi..
Anglia na morzu rozwijała całą swą potęgę, wypowiedziawszy wojnę, zajęła posiadłości Francyi, wyspy ś. Piotra i Miguelon, inna część flotylli z N. Yorku puściła się, wioząc wojsko na brzegi N. Jersey. D’Estaing pragnął bitwy, ale burze i wichry przeciwne nie dopuściły mu walki i odwlokły jéj roztrzygnięcie. —
Kapitan Ferguson wylądowawszy w Egg Harbourg, popalił statki amerykańskie, zniszczył magazyny, splądrował sąsiednie warzelnie soli.


Właśnie w czasie tego napadu Pułaski stał z ochotnikami świeżo zaciążnemi, niedaleko Egg Harbourg. Szpiegi angielskie oznajmiły Fergusonowi o tym oddziale słabym i odosobnionym... Napaść nocna o mało się nie stała przyczyną klęski strasznéj, a dla Pułaskiego sromu, którego by był nie przeżył.
Szczęściem francuz Armand, oficer oddziału, zwietrzył wcześnie napad anglików, a męztwo osobiste Pułaskiego, który jak lew rzucił się na nieprzyjaciela niespodziewającego oporu — ocaliło ludzi i honor oddziału. —
Wojna ta nieustannych napaści, wylądowań niespodzianych, nocnych wycieczek, podejść, a nadewszystko zniszczenia; pełna z obu stron okrucieństw i mordów — ciągnęła się daléj z wzrastającą zajadłością.
Cudownie ocalony oddział Pułaskiego przeznaczony był do armii Lincolna, który wzmocniwszy się po stratach poniesionych, nowemi zaciągami w południowéj Karolinie, szedł przeciwko generałowi Prévost. —
W pochodzie przez zniszczoną tę prowincyą, którą i Prévost napadał, Pułaski dowiedział się o zagrożoném przez anglików Charlestown. Dowodził w téj twierdzy przyjaciel jego, generał Mustrie, a milicyą Rutledge. Choć niepowołany i bez rozkazu umyślił się on przedrzeć i przybyć im w odsiecz.
Piękny ten kraj, który przebywali ochotnicy nasi, nosił na sobie ślady najokrutniejszego spustoszenia.. Mimo to lasy otaczające Charlestown uśmiechały się całym wdziękiem wiosny południa; wonią Gardenii i Calwii, świeżą zielonością dębów swych.. i klonów.. W opuszczonych ogrodach kwitły drzewa pomarańczowe i róże okryte wieńcami.. Gdzieniegdzie wśród téj zieleni opustoszały domek zawalony był trupami, które padły ofiarą wywołanéj rzezi i okrucieństwa zbuntowanych murzynów. Czarni, poniszczywszy plantacye, po odejściu anglików, musieli uciekać w lasy, a wielu z nich, zabranych w niewolę, poszło na wyspy Antylskie. Większa część plantacyi i ferm stało zgliszczami i pustką.. okropne przedstawiając widoki.. Stosy trupów gniły poszarpane przez zwierzęta dzikie. —
Przebywszy lasy, okalające Charlestown, Pułaski dosiągł twierdzy, któréj bronili jego przyjaciele. Twierdza główna na Sullivans Island i Fort Moultrie na prędce z palów yukki zbudowane, zatrzymywały go chwilę, bo ich tu serdecznie przyjmowano. Pułaski korzystając ze zręczności, ułożył był zasadzkę na anglików, ale ta przez nieostrożność jednego z oficerów się nie powiodła. Zabawiwszy tu krótko, szedł daléj oddział dla połączenia się z Lincolnem, przez równie zniszczone okolice.
Toż samo co spotkali w Karolinie, anglicy zrobili w Virginii, James River, gdzie opanowawszy miast kilka, zrabowali je, w perzynę obrócili i uciekli do N. Yorku.
Walka była gorąca — często twierdze i pozycye co kilka dni przechodziły z rąk do rąk, jak Stoney Point — stanowczych jednak następstw te utarczki i wycieczki nie miały.
Oprócz murzynów anglicy użyli także plemion indyjskich przeciw amerykanom; okrucieństwa tych mściwych tłuszczy stawały się groźnemi, musiano i ich ścigać, odstraszać, a po ucieczce palić i niweczyć ich osady, aby choć grozą powstrzymać na wodzy tego nowego nieprzyjaciela.
D’Estaing szukając na morzu anglików, spotkał się wreszcie po wycieczce ku Antyllom i zdobyciu wyspy S. Wincentego i Granady, z admirałem Byron, ale bój ten nie był rozstrzygającym, acz dla francuzów dość pomyślnym. — Popłynął potém do S. Domingo. Chociaż instrukcye przepisywały mu powrót do Europy, z własnego natchnienia widząc położenie południowych prowincyi, postanowił przyjść im w pomoc.


Armia generała Lincolna, w któréj się znajdował Pułaski, przeznaczona została do odzyskania twierdzy Savannah w Georgii, którą od ośmiu miesięcy opanowawszy, trzymali anglicy. —
D’Estaing chciał przyczynić się do jéj zdobycia. Wypłynąwszy z Cap Français ze dwudziestą okrętami i ośmią fregatami, na wybrzeżach Georgii napadł na kilka statków angielskich. — Z pod Charlestown dano znać Lincolnowi o zbliżeniu się floty francuzkiéj; pospieszył więc zebrać barki większe i czołna lekkie dla ułatwienia wylądowania francuzom.
Savannah położoną jest na południowym brzegu rzeki tego nazwiska, na dość wysokiém wzgórzu piasczystém. Wzgórza podobne (buffs) i piaski otaczają miasto w prostokąt zbudowane, ciągnące się po nad rzeką.
W tym czasie i znacznie późniéj osada składała się prawie z samych drewnianych budowli, opasanych wałami. — Twierdza nawet i jéj palisady zbudowane były w większéj części z palów yukk, dębów i cedrów, gdyż cegłę musiano sprowadzać z daleka. —
Niziny zalane wodą i moczary, na których ryż uprawiano, dzieliły miasto od morza. — Od lądu na równinach czarne lasy iglaste opasywały okolicę, smętne trzęsawiska, pokryte cyprysami, wyżéj gąszcze liściastych zaroślów splecionych, powiązanych lijanami, obfitujących w cuda południowéj roślinności.. w cedry, dęby, wiązy, klony, magnolie, dzikie pomarańcze, laury i palmy.
Wśród téj okolicy na pół smętnéj, wpół rozzielenionéj... legły wojska amerykańskie otaczając twierdzę... Przyszły one tu w lecie wśród nieznośnych upałów, gdy skwar w dolinie piasczystej był nie do wytrwania, a trzęsawiska ziały po nocach febrami i gorączką.
Kraj do koła był wyniszczony, plantacye stratowane, ogrody powycinane, pola zbite... ledwie gdzieniegdzie dzikim owocem lub ocalałym patatem zasianym, na przeżywienie murzynów... odżywić się było można.
Na stronie zachodniéj piasczystego wzgórza znajdowała się twierdza, zajęta przez anglików.


Dnia 15 Sierpnia Lincoln i posiłki francuzkie przyciągnęły do stóp fortec... W twierdzy dowodził Prévost; na owe czasy była ona dosyć silną. Czując się zagrożonym, miał czas dowodzący wysłać, aby rozproszone po Georgii siły angielskie spiesznie się zgromadziły, wzmocnić usiłował pozycyą, spędził murzynów, sypał szańce i poprawiał blokhauzy.
Zbiegów z plantacyi i indyan, gotowych do posiłkowania anglikom, zebrano na prędce do czterech tysięcy, załoga wynosiła ze trzy, tak, że razem siedm tysięcy mając ku obronie Prévost, liczebnie silniejszym był od wojsk amerykańskich i francuzkich.
W pierwszych dniach, gdy nie był jeszcze całkiem osaczony Prévost, przybyłym parlamentarzom, wzywającym go do poddania się, nie odpowiedział stanowczo, prosił o dwadzieścia cztéry do namysłu godziny.
Tymczasem resztę ludzi rozproszonych, zdołał do Savanny wprowadzić.
Po upływie rozejmu oświadczył otwarcie, iż poddać się nie myśli i bronić będzie do ostatka.
Musiano więc, przeciwko oczekiwaniu, rozpocząć formalne oblężenie i podkopy.
We Wrześniu pracując na skwarze Amerykanie posunęli się o trzysta kroków od szańców angielskich..
Pierwszych dni Października (3) rozpoczęto bombardowanie, które trwało dni pięć bez ustanku i miasto obróciło w perzynę, ale Anglicy trzymali się w twierdzy uparcie..
D’Estaing, który się zrazu spodziewał, że oblężenie trwać nie będzie długo, lękając się w powrocie burz jesiennych, gdy i okręta jego stały nieosłonione na morzu, i spóźniona pora zagrażała — naglił o gwałtowniejsze kroki.
Choć więc podkopy ukończone nie były, a wyłamu w murach nie zrobiono żadnego, admirał żądał szturmu.
Lincoln się wahał, inni dowódzcy oddziałów nie byli mu przeciwni, Pułaski z natury swéj gorącéj będący za pospiechem i działaniem stanowczém — sądził także, iż śmiały napad mógł się powieść.
Po upartém bombardowaniu, które zniszczyło miasto, domyślać się było można, że straty i szkody osłabiły odwagę oblężonych, i nadwyrężyły mury; niespodziany więc szturm mógł ją dać w ręce Amerykanom. —
Napróżno Lincoln chciał jeszcze przeciągnąć oblężenie do ukończenia podkopów i min, któremi część murów wysadzić się spodziewał. — D’Estaing był niecierpliwy, pomoc Francyi i jéj sztandar ważył na szali... Naówczas jeszcze Francya była tą sługą Bożą, któréj dzieje godziło się nazwać Gesta Dei per Francos.


Pierwszego Października, gdy się jeszcze ważyły rzeczy, a zdania co do szturmu były podzielone, wieczorem wszedł Pułaski do namiotu, w którym Rogowski i Karol spoczywali po całodziennym trudzie.. W obozie panowały gorączki, umierali ochotnicy, smutne jakieś przeczucia zdawały się wisieć nad wojskiem znużoném; mimo wesołości ochoczéj, niewyczerpanéj, hałaśliwęj, którą brzmiał sąsiedni kampament francuzki. — Pułaski wszedłszy jakby roztargniony, usiadł nie mówiąc słowa. Karol i Rogowski, którzy znając go dobrze, z twarzy czytali uczucia, postrzegli w nim jakąś zmianę, był pogrążony i smutny.
Nie śmiano go pytać, bo w tém usposobieniu wolał milczeć, sądzono, że jakaś przekora w służbie, o którą było nie trudno, zniecierpliwić go musiała.
Karol musiał wyjść dla dopilnowanie nocnych przygotowań jazdy. — Rogowski sam został z wodzem. Siedział tak długo, dając tylko znaki życia, nareszcie wstał, podszedł i nieśmiało się odezwał.
— Coś nam pan generał nie swój, miałożby co zajść niepomyślnego?
— Nie ma nic, rzekł Pułaski. Cóż być może, o czém byś nie wiedział.
— Trudno się domyśleć, ale to widzę, że coś panu kochanemu jest.
Pułaski wstał i kładnąc rękę na ramieniu Rogowskiego, jak był zwykł — szepnął cicho. —
— Pamiętasz ty proroctwo ks. Marka?
— Nie wiem które. —
— Gdy mi z błogosławieństwem oddawał szkaplerze. —
Rogowski spojrzał przerażony. —
— A cóż się stało?
— Wczoraj — musiał mi się sznurek przetrzeć i szkaplerze... no — gdzieś przepadły.. Szukałem ich sam, drudzy także.. jak nie ma tak nie ma.. Rozumiesz ty co to znaczy?
— Ale co znowu ma znaczyć, odpowiedział Rogowski — co ma znaczyć! Ks. Marek, święty człowiek, w uniesieniu czasem prorokował nie jasno.. nie wyrozumiale... Szkaplerze się znajdą..
— Nie znajdą się — zawołał Pułaski weseléj z rodzajem rezygnacyi męzkiéj — niech się wola Boża stanie. Dzisiaj się u kapelana Francuza wyspowiadałem i na duszy jestem spokojny.. Niech się dzieje, co Bóg przeznaczył. Życia mi nie żal, dodał powoli, nie doczekam nic lepszego dla Polski, póki króluje Soliter.. boli mnie tylko, że was tu tak samych porzucę.. otoczonych tą niechętną gawiedzią... Słuchaj Rogowski, ty sobie jeszcze dasz radę, ale ten biedny Karol..
Pamiętaj, w złym razie, garnijcie się do Kościuszki — on was z téj otchłani wyratuje.. Otchłań to w istocie, choć o świętą idzie sprawę.. mnie tu życie obrzydło.. tłum.. ochotnicy ci.. wojsko bez Boga.. rycerze bez wiary.. żołnierz rozpasany.. murzyny, Indyanie, Anglicy... z całéj kuli ziemskiéj zbierane włóczęgi. —
Jeżeli mnie nie stanie, dodał, nie macie tu co dłużéj robić, szkoda was, wracajcie do domu, lepiéj siać hreczkę, a czekać nowych wici na swoim zagonie, dość by wam téj włóczęgi.
Rogowski milczał długo.
— Co to o tém mówić, panie generale, dodał w końcu — na co te myśli przypuszczać; jeżeli powrócimy to razem.
— Kto? ja? ów mniemany królobójca? — uśmiechając się i ruszając ramiony, rzekł generał — dosyć mnie tam spotwarzono! Dla mnie miejsca w Polsce nie ma.. ladajaki ciur bryźnie mi w oczy owém królobójstwem... to...
Nie! nie! czuję, że mi w tym gorącym piasku amerykańskim kości położyć przyjdzie. Ks. Marek święty, a zgubione szkaplerze, to niebios przestroga..
Więcem téż gotów. —
— Skaplerze! ale ja ich mam dwa, zawołał Rogowski, rozrywając mundur z piersi. — Generale, na miłość Bożą, podzielmy się. —
Zlekka odtrącił go ręką Pułaski. —
— Nigdy w świecie! rzekł stanowczo.. nie chcę, nie mogę cię pozbawiać tych tarczy niebieskich.. one na tobie zawieszone zostały i z piersią twoją się zrosły... Nademną — wola Boża.. nieprzełamana.
Rogowskiemu aż się łza zakręciła, udawał, że nie wierzył w proroctwo i szkaplerze, ale mimowolnie uczyniło to na nim wrażenie. —
— No — jeśli ginąć, to ginąć.. zawołał, bo ja generała nie odstąpię..
Pułaski go uściskał. — Uspokój się, rzekł, nikt wyroków niebios nie zmieni. Co ma się stać — musi, nie mówmy o tém.. Pamiętaj, że ci Karola powierzam i com ci radził i radzę..
Na tém przerwała się rozmowa, gdyż Karol wszedł z raportem od ułanów.. a Pułaski przybrawszy weselszą twarz, nie dał po sobie poznać, co w sercu nosił.
P. Maciej był zasępiony.


Następnych dni zaczęło się to bombardowanie od lądu i rzeki. Francuzi spragnieni boju rzucali się na twierdzę z tą porywczością narodowi swemu właściwą, która ich prawdziwemi czyni bohaterami. Lenfant, oficer francuzki, kilka razy podkradał się pod palisady drewniane twierdzy, mimo gęstych strzałów usiłując je podpalić. Zajmowały się one, ale prędko gasły, bo drzewo było stare i przegniłe.
W twierdzy, choć znaku osłabienia nie dawali anglicy, zbiegowie mówili, że znacznie stracono na duchu.
Ta wiadomość przyczyniła się zarówno z niecierpliwością d’Estainga do zdecydowania szturmu... Francuzi byli najpewniejsi zwycięztwa.
Wieczorem d. 8 Października, Pułaski wrócił wesół do namiotu z rady wojennéj. Od dawna pierwszy raz uśmiechnął się ochoczo do Karola, który stał zasępiony i całując go spytał.
— Cóż ty mój drogi Karolku jakoś osowiało wyglądasz? Czy ci serce nie skacze? nic nie przeczuwasz? nie wiesz?
Karól spojrzał nań zdziwiony, Rogowski także.
— No, to ci powiem na ucho! Jutro jak świt.. przypuszczamy szturm, gotuj się więc, bo postanowiłem jutro, lub nigdy francuzom pokazać, co polacy umieją i popisać się po szlachecku. Już téż tego leżenia pod tą psią budą, bo to nie twierdza.. dosyć. —
— Jakto? wyłomu nie czekając? spytał Rogowski.
— Wyrąbiemy go pałaszami naszemi, zawołał Pułaski. — Ho! jeszcze by ci się zachciało otwartéj bramy do miasta! obejdzie się. — P. Maciej miał drugie pytanie na ustach, ale się powstrzymał. Karolowi uderzyło serce do boju. —
— Wolę, że raz skończemy, zawołał, to obozowanie wśród gorączek i trupów, w tym ścisku, najsilniejszego złamie.. bić się, to się bić.
— Ale nie z murem, rzekł Rogowski, bo muru głową nie przebijesz..
— No — to głowę o mur roztrzaskasz — dodał Pułaski, zawsze dobrze..
O świcie szturm.. na godzinę przededniem ma być wszystko w gotowości. —
Noc była dosyć pogodna, nie myślano już o spoczynku, siedli we trzech u namiotu i zadumali się wszyscy. — Przed niemi cel ów boju stał na jasnym niebie fort czarny, groźny milczący.. Dołem paliły się ognie obozowe.. W ciszy nocnéj słychać było tylko głuchą wrzawę francuzkiego wojska u biwaków i szum wezbranéj rzeki, a niekiedy krzyk pieskliwy ptastwa wodnego, które wielkiemi stadami z moczarów na rzekę przelatywało.
Pułaski pomilczawszy zaczął się modlić, Rogowski jął się krzątać około wyekwipowania, Karol chodził i gotował się też na jutro.
Na spoczynek, który ich miał nieco pokrzepić, zostało ledwie godzin pare, legli tak nierozebrani, aby ruszyć za daniem pierwszego znaku.


Wśród najgłębszéj ciszy, (noc była jeszcze) gdy obóz już powoli poruszać się zaczął. Rozkazy wydawano półgłosem.. ognie umyślnie pogaszono, siodłano konie omackiem.. regimenta szykowały się w milczeniu posępném.. dowódzcy objeżdżali oddziały.
Sam Lincoln kilka razy przesunął się konno, aby obejrzeć, czy wszystko jest w pogotowiu, największą bowiem wagę przywiązywano do tego szturmu, który miał być stanowczym..
Brało się na brzask, gdy cichy rozkaz ruszania, jak szmer przeleciał szeregi.. Pułaskiemu przywiedziono konia, miał siadać, gdy nastręczył się Rogowski, uścisnęli się milczący, rozrzewnieni oba. Karol już był na siodle, generał podał mu rękę, uścisnął ją, zadrżały dłonie, ale słowa do siebie nie powiedzieli.
Chwila przed bitwą jest zawsze godziną uroczystą.. W milczeniu ruszyły wojska powoli; nie wielka stosunkowo przestrzeń dzieliła je od fortec. Do przypuszczenia ataku obrano część jego, która się zdawała najsłabszą, bastion zwany Ebenezer na Spring Hill.
Mrok gęsty okrywał okolice.. gdy pierwsze działa zagrzmiały, a twierdza, jakby czuwała i była przygotowaną, natychmiast zażywnym ogniem odpowiedziała.
Z gorączką wielką pułki amerykańskie i francuzkie rzuciły się przeciwko murom i palisadom; spodziewano się ubiedz anglików nieprzygotowanych, ale czy skutkiem zdrady, czy ostrożności, nieprzyjaciel się okazał gotowym do odporu.
Na czele francuzów z męztwém godném swego narodu, szedł sam admirał d’Estaing, amerykańscy generałowie nie dając się ubiedz współzawodnikom, z zapałem wpadli na bastion. Zdawało się, że temu uraganowi ludzi nic oprzéć się nie zdoła.
Wschodzący poranek oświecił bitwę zaciętą, okrutną, z obu stron rozżartą jakiemś uczuciem plemiennéj nienawiści. Francuzkie oddziały miotały się jak burza, i po trupach rwały na mury i wały, ale za każdą razą ogień anglików z wielką stratą ich odpychał, a trupy nowe świadczyły o męztwie, z jakiém szli nieustraszeni..
Pułaski czekał rozkazów, dotąd niebył jeszcze w boju, i już go to niecierpliwiło, gryzł wąsy.
Dzień się robił, gdy zżymnąwszy się z gniewem, spiął konia i pobiegł sam do Lincolna..
W téj chwili prawie z twierdzy jak chmura nawalna wysypali się anglicy, czyniąc zuchwałą wycieczkę.
Chcieli oni słabnący widocznie atak odeprzéć stanowczo wstępnym bojem i czerwony zastęp potoczył się po piasczystéj dolinie.
— Generale, zawołał podbiegając Pułaski, który z oka twierdzy nie spuszczał.. — To chwila albo żadna, do śmiałego, decydującego kroku! Widzisz lukę otwartą, pomiędzy temi dwiema bateryami.. to droga, którą ja z moim oddziałem wpadnę pomiędzy twierdzę a anglików i odetnę ich od niéj. Któż wie! może mi się udać, nawet wpaść do miasta! do twierdzy! Już raz dziś na okopach nieprzyjacielskich powiewała francuzka chorągiew. Sam ją widziałem, ale te siarczyste francuziki zdobyć umieją, utrzymać nie potrafią.
Lincoln’a, który był bardzo sposępniał, gorąca mowa Pułaskiego odżywiła. —
— Wycieczka ta niebezpieczna, rzekł.. możesz wszystkich ludzi stracić.. baterye we dwa ognie cię wezmą, anglicy się zwrócą na was..
— Padnę jak piorun.. zawołał, podnosząc szablę Pułaski.. rozkazuj, pozwól.. a twierdza nasza!
— Czyń jak chcesz.. niech Bóg błogosławi — ale..
Reszty już nie słyszał Pułaski, dał koniowi ostrogę i popędził do oddziału. Stanął przed frontem jego z szablą obnażoną, ognisty, natchniony, jakby już opromieniony tryumfem. —
— Bracia, zawołał, za mną.. idziemy w ogień, ale my zdobędziemy twierdzę.. za mną! komu honor miły!
Oddział, z którym szedł Pułaski składał się cały z dwóchset koni, ale w istocie bardzo dobrego ochotnika. Oficerowie jak Pluta, Rogowski, Armand francuz, przyjaciel Pułaskiego i przybyły późniéj Jerzmanowski, wszyscy się odznaczali odwagą, i krwią zimną w boju..
Widok walki rozpoczętéj bez nich, godzina bezczynności podnieciła i w żołnierzu męztwo do najwyższego stopnia. Zazdrościli francuzom ich nieustraszonéj odwagi i nieraz ale podwakroć zatkniętego na okopach sztandaru.
Gdy głos Pułaskiego dał się słyszeć, cały oddział jednym duchem natchniony, jako mąż jeden rzucił się wskazaną drogą. Wódz leciał przodem..
Ale drogą nazwać nie godziło się przesmyku, którym się puścili.. była to wązka luka wśród okopów, rowów, zawalona trupami, zryta kulami, przez którą przedzierać się było potrzeba. Oddział szczupły jazdy georgijskiéj rzucił się za Pułaskim w tropy.
Zrozumieli wszyscy, widząc anglików wycieczkę, że myślą Pułaskiego było po za niemi wedrzéć się do twierdzy i miasta.
Są chwile w życiu i boju, które spotęgowują człowieka; czuje on w sobie naówczas siłę nie złomną, piersią by gruchotał mury, szablą płatał olbrzymy, tchem by obalał szeregi. —
Rozum nim już nie kieruje, głowa się pali, serce bije, szał ogarnia — a śmierć niknie z oczów, jak gdyby męztwo dawało nieśmiertelność. —
Z taką wściekłością i żądzą, w szalonym pędzie czwałem rzucili się ochotnicy ku twierdzy — oddział toczył się ściśnięty, zbity, na czele z podniesioną szablą Pułaski, tuż obok, osłaniając go Pluta i Rogowski. Chwila tego prądu niepohamowanego była niestety krótką. Z bastyonu zagrzmiały działa, ostatni jeźdźcy wparli się na poprzedzających, cisnąc i prąc jakby na żelezną zaporę.. bo pierwszy szereg został wstrzymany nagle.. Pułki zmięszały się w jeden kłąb, w jednę nieforemną masę, ludzie i konie.. trupy i żywi.
Na przedzie kolumny wódz leżał obalony z koniem.. a w koło mrówie anglików..
Rogowski, który go nie opuścił i Karol, oba odcinali się już napastnikom pod kul gradem. —
Pułaski oparty na łokciu wskazywał jeszcze jedną ręką twierdzę, gdy drugą cisnął pierś, z któréj buchała krew. Nogę miał urwaną od działowéj kuli. —
Rogowski schylał się, aby go podźwignąć, gdy karabinowa kula z okopów zryła mu czaszkę i obaliła z konia, zbroczonego obok wodza. Wstrzymany w ciasném przejściu oddział, dogodnym był celem wystrzałów, kule sypały się gęsto, niektórzy z ochotników tył podali, mała garść skupiła się około Pułaskiego, który głosem osłabłym wołał jeszcze —
Forward!
Ale już zewsząd ustępowały wojska pod ogniem fortec, francuzi nawet z rannym kilkakroć admirałem d’Estaing cofać się zaczynali.
Karol z Jerzmanowskim, Armandem i kilką ludźmi porwawszy rannego śmiertelnie Pułaskiego i bezprzytomnego Rogowskiego, pod zasłoną pozostałéj kupki, która ich otoczyła.. zwrócili się nazad ku obozowi..
Pochód to był żałobny ludzi bezprzytomnych, zgniecionych, idących machinalnie.. gdzie ich już wiódł tylko instynkt zachowawczy. W milczeniu rzucali po sobie obłąkanemi oczyma, gniew, znękanie, żal, walczyły w ich piersiach z sobą.
Pułaski dogorywał.. doniesiono go żywym jeszcze do namiotu i złożono na tém łożu, z którego już nie miał powstać. — Chwilami omdlewał całkiem, to zrywał się, chwytał za piersi, rękę podnosił i niezrozumiałemi wyrazy zdawał się jeszcze chcieć zagrzewać do walki..
Najbliżsi nawet już słów jego zrozumieć nie mogli...w krótce téż siły opuszczać zaczęły, myśl plątać dziwnie.. widoczném było konanie ciężkie człowieka, który ma jeszcze w sobie całą życia potęgę i niechce poddać się śmierci.. Ale ciało poszarpane stygło, krew ubiegała.
Resztka mocy przeszła w gorączkę i marzenie.. jakby senne..
Dwa ciała zbroczone leżały obok siebie tam, gdzie przed chwilą, razem gotując się do bitwy siedzieli, Pułaski i Rogowski.. Karol klęcząc u łoża wodza, trzymał drzącą dłoń i starał się ostatnie zrozumieć rozkazy..
Ale dziwnie się one mięszały, wylatując z ust niedokończone... bez związku... Była w nich Polska, wspomnienia i imiona drogich osób... myśli niepochwycone, obrazy jedném słowem napiętnowane... przerywane modlitwą i oburzeniem, żalem i miłością.
Francuzki chirurg wezwany do rannego, przyszedł tylko, aby wszelką odebrać nadzieję.
Pierś była strzaskana, noga — została na pobojowisku, krew nie przestawała upływać.
Resztka już tylko życia błyskała chwilami, otwierały się konwulsyjnie powieki nad oczyma, coraz bardziéj zamglonemi, ściskały się ręce niespokojnie... aż po tych wybuchach gorączkowych, pasującéj się ze zgonem duszy, nadeszło odrętwienie śmierci, ciało stygło... oddech ustał... żółta bladość, okrywająca twarz, oznajmiła Karolowi, że wódz jego, brat, przyjaciel, opiekun, nie żył.
Takim był zgon tego człowieka, któremu przeznaczenie dało najszlachetniejszą duszę, na to tylko, by cierpiała niewdzięczność od swoich, potwarze.. a potém bóle wygnania, a wreszcie.. lekceważenie pośmiertne we własnéj ojczyźnie, — wynagrodzone czcią u obcych. Ostatni z rodziny, ostatnią krwi jéj kroplę wylał w sprawie, któréj wiernym dotrwał do zgonu.


Gdy Rogowski ranny ciężko kulą, która mu z czaszki skórę zdarła, po kilku godzinach nieprzytomności przyszedł znowu do zmysłów, — po twarzach Karola i otaczających go towarzyszów poznał, że ukochany wódz już nie żył.
Żałoba oblokła ich wszystkich.. czuli się bez niego sierotami; bez niego Ameryka, wojna, sława, przyszłość świetna nic ich nie obchodziła. — Rogowski płakał jak dziecko, Karol stał jak posąg zmartwiały i znękany.
Żal powszechny w całym obozie ulżył może ich strapieniu, przekonaniem, że umiano ocenić wielkiego męża. Lincoln, Wayne, Washington ciężko byli dotknięci stratą człowieka, którego energia za pułk często starczyła, podwajała męztwo w żołnierzu, obudzała współzawodnictwo, była bodźcem i przykładem..
Do smutku powszechnego przyczyniało się téż niepowodzenie tego szturmu, który na wielkie naraził ich straty. D’Estaing sam ranny nie doliczył się siedmiuset ludzi, czterechset padło z wojsk Lincoln’a. W kilka dni potém, admirał zmuszony odpłynąć, począł czynić przygotowania do powrotu i amerykanie ustąpili z pod Savanny.
Od dnia tego, w którym ciało bohatera złożyć musiano w amerykańskich piaskach na brzegach Savanny Rogowski i Karol myśleli tylko o powrocie. Pierwszego rana czyniła na długo niezdolnym do boju, drugi tłómaczył się sam przed sobą, że wraca spełniając rozkaz Pułaskiego i dla opieki nad rannym.. W początkach jednak nieśmiejąc się przyznać do myśli wspólnéj.. czekali pierwszéj zręczności, aby się wzajem wybadać. Rogowskiemu łatwiéj było począć, mówił o ranie, o potrzebie spoczynku, o tęsknocie do kraju; Pluta nad spodziewanie mu zawtorował zgodnie, a gdy raz postrzegli, iż jednego pragną, wykonanie przyspieszono.
Pluta w imieniu obu udał się do Lincolna, próżno zachęcał ich do pozostania, obiecując im złote góry.. Karol składał się raną Macieja i niepodobieństwem opuszczenia go. Podali się więc razem o uwolnienie. Szło tylko o to, ażeby nadejść mogło nimby flota admirała d’Estaing odpłynęła. — Dla pospiechu Pluta sam z jednym przewodnikiem, puszczami i błotami przedarł się do głównéj kwatery Washingtona.. On mu pierwszy przyniósł smutne wieści o klęsce pod Savannah i Pułaskiego zgonie.. prawdziwie bohaterskim.
Chociaż i Washington i Kościuszko, którego Karol tam znalazł, starali się ich powstrzymać — postanowienie było niezłomne; odebrali uwolnienie, i Pluta pożegnawszy przyjaźnych sobie, odprowadzony przez Kościuszkę.. pospieszył dniem i nocą, ażeby stanąć na czas dla zabrania się na okręt francuzki... Mieli oni obietnicę admirała d’Estaing, iż przy jego boku podróż do Europy odbyć będą mogli.
Dnia dwudziestego ósmego Października byli już na pokładzie statku, który wiatr pędził od Nowego Świata nazad do staréj Europy, do żałobnéj Polski..


Tak dla Karola Pluty skończyła się pierwsza epoka jego życia, próby i ofiary..
Powracał z siłami młodości, w pełni życia, przecierpiawszy wiele, zahartowany, — a w sercu tak świeży, młody, dziewiczy jak był wyjechał ze Skały — wracał ze wszystkiemi swemi marzeniami spotęgowanemi rycerskiemi przygody, które mu się, jak sen piękny wydawały.
Błogosławieństwo matki, opieka Boża, wśród tego świata pełnego zepsucia, płochości, zgorszeń, wszystkiego, co palne materyały młodości podżegać może — zachowały go nieświadomym złego, głuchym na nie, obojętnym na to, co z poezyą duszy jego nie dźwięczyło zgodnie i harmonijnie..
Gdy stopą dotknął tego pokładu, po nad którym powiewała bandera Francyi, zdawało mu się, że za chwilę już.. będzie w ojczyźnie.. rosła niecierpliwość, żądza widzenia swoich, przyciśnięcia do piersi stęsknionéj rodziny.. krewnych przyjaciół.. znajomych i nieznajomych, a braci. Przed oczyma bez ustanku przesuwały się dziecinne, młodociane wspomnienia, obrazy téj Skały, którą był pewien tak zastać, jak ją owego pamiętnego odjechał wieczora.
Te ciężkie lata tułactwa zdawały mu się godziną jedną.
Nie przypuszczał nawet, ażeby nieubłagany czas wykruszył co z tego marzenia... zniszczył tę cudną całość rodzinnego dworu... Nic go nie przygotowywało do zawodu... serce nie przeczuwało... myśl roiła tylko radość powrotu, i serdeczne, rozrzewnione przyjęcie!
Płynął pełen nadziei, pełen miłości, spragniony... nie domyślając się, co go na téj ziemi snów rajskich... w progu czekało...

Koniec części I.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.