Przy ognisku myśliwskiem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kajetan Abgarowicz
Tytuł Przy ognisku myśliwskiem
Pochodzenie Rusini
Wydawca Księgarnia Spółki Wydawniczej Polskiej
Data wydania 1893
Druk Drukarnia „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PRZY OGNISKU MYŚLIWSKIEM.
Stefanowi Niementowskiemu
swemu serdecznemu przyjacielowi
poświęca
Autor.

Wspinaliśmy się coraz wyżej... Przed sobą widziałem stromą ścieżynę, pnącą się pomiędzy niebotycznemi świerkami, hen w górę, aż ku szmaragdowo-zielonym pastwiskom i połoninom; u ich kresu rysowały się wyraźnie kontury małej, przypartej do skały »kołyby« — pasterskiego schroniska; — ponad kołybą piętrzył się kamienisty, karłowatym jałowcem — tu i owdzie — porosły szczyt Rozticzki.
Tchu w piersiach zaczynało mi brakować; na plecach, na piersiach, na ramionach uczuwałem niby tysiące ukłuć szpilką; pot spływał mi z czoła obfitemi strumieniami. Stanąłem na chwilę, zwróciwszy się w stronę, zkąd przychodziliśmy. Oparłszy się na lufie strzelby, skierowałem wzrok w dół, lecz zrazu nic nie zdołałem zobaczyć, oddychałem tylko pospiesznie, gwałtownie, tak jak oddycha koń po forsownym wyścigu, lub chart po schwytaniu szybkonogiego zająca; dostrzegane przedmioty mieniły mi się w oczach, splatały w jakiś chaos dziwny, nieokreślony.
Gdy przyszedłem trochę do siebie, gdy oddech trochę mi się uspokoił, a oczy ze strumieni potu otarłem, ujrzałem tak wspaniały widok, że aż serce na chwilę bić przestało, a wszystkie władze duszy zmieniły się w oka mgnieniu w jedno uczucie — wielkiego podziwu dla wspaniałego obrazu przyrody, dla cudownego dzieła Stwórcy.
U stóp naszych, gdzieś tam tysiąc metrów pod nami, wiła się błękitna wstęga Czeremoszu; strumień górski, połamany w zygzaki, przedzierał się pomiędzy złomy gór, podmywał wąskie góralskie ogrody, wciskał się prawie aż do progów huculskich chat. Niewola ta gniewała go widocznie, bo aż do moich uszu dochodził przyciszony, ale gniewny, zgryźliwy szum rzecznej fali; burzyła się tam rzeka — skarżyła na przymus. Po za strumieniem zielone lasy bukowe, pomiędzy niemi polany, a na nich rzadkie chaty huculskie, jakby gniazda orle do skały przylepione. Powyżej jodłowe i świerkowe bory, czarne i straszne, jakieś martwe, złowieszcze. A po nad niemi szmaragdowe hale, pełne owiec, pasterzy, pełne życia poetyczną legendą ludową owianego, ciągnęły się aż do stóp szarych, skalistych szczytów Popa Iwana i Smotreża, które ozłocone jarkiemi, słonecznemi promieniami, zdawały się mienić kameleonowemi barwy.
Karawana nasza, którą wyprzedziłem o jakie dwieście metrów, jak pstra gąsienica wiła się po krętej ścieżynie. Moi myśliwscy towarzysze, dla uniknięcia zmęczenia, jechali na małych huculskich konikach, prowadzonych przez właścicieli, którzy byli odziani w różnobarwne, jaskrawe stroje; błękitne, białe i czerwone sakwy na jucznych koniach widniały zdala na zielonem tle świerkowego boru; strzelcy huculscy przeznaczeni do prowadzenia obławy, przystrojeni byli w fantazyjne kapelusze, ozdobione obfitemi pióropuszami; gwar mowy ludzkiej, rżenie koni, szczekanie i skowyt psi zlewały się razem w dziwny jakiś, trochę dziki dźwięk, który setnem echem rozlegał się po cichej zazwyczaj puszczy.
Karawana zbliżała się coraz więcej; patrząc na nią, stałem zadumany, gdy nagle mój strzelec Mykoła, hucuł z Żabiego, najęty na cały czas trwania wyprawy, dotknął zlekka mego ramienia i rzekł:
— W drogę panie! Do kołyby jeszcze dość daleko, zresztą to nie dobrze tak stać.
Ruszyliśmy dalej. Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma; olbrzymie kłody świerkowe przez wiatr powalone leżały obok, ręką ludzką z drogi usunięte. Pod nogami miałem drobny żwir granitowy, ostry niezmiernie i nad wyraz dotkliwy. Promienie skłaniającego się już zlekka ku zachodowi słońca, jakby na złość zionęły dziwnie gorącym żarem; czułem, że siły zupełnie mię już opuszczają; oddałem naprzód Mykole strzelbę, później kordelas, manierkę, ładownicę, binokle. Mykoła brał te przedmioty z moich rąk i z uśmiechem czepiał je do siodła prowadzonego w ręku konika, którego pierwotnem przeznaczeniem było wywieźć mię na szczyt góry.
— Nic z tego nie będzie! — rzekł powoli z namysłem, w chwili, gdy mu rzuciłem moją kurtkę myśliwską. — Niech pan siada na konia, inaczej nie dojedziemy — pan nieprzyzwyczajony do chodzenia po górach.
Słowa starego hucuła podziałały na mnie jak ostroga na wyścigowego konia, ubodły mię do żywego; wstyd mi się zrobiło kolegów, z których naśmiewałem się niedawno i nazywałem ich niewieściuchami za to, że nie decydowali wydrapać się o własnych siłach. Ze zdwojoną energią ruszyłem naprzód, lecz uszedłszy ze dwieście kroków, straciłem zupełnie oddech i... upadłem na ziemię. Stary poskoczył ku mnie, gwałtownie wlał mi z manierki w usta spory haust wódki, okrył burką i przemocą posadził na konia, a idąc obok, mówił spokojnym, melodyjnym głosem:
— Wy panowie z dolin nie wiecie co to góry. Tu żartować nie można; na zgrzanego człowieka powieje zimny górski wiatr i już po paniczu... Okryj się pan burką lepiej... Tak, tak — zrzędził dalej. — Duszę macie z siarki, myślą tobyście jak orły latali, jak dzikie kozy skakali, niedźwiedzia byście palcami zdusili, a jak przyjdzie do dzieła, to siły was opuszczają i robicie się jak małe dzieci.
Konik raźno przebierał nogami, tylko żwir chrupotał mu pod podkowami; góral szedł obok, oddychając tak swobodnie, jakby się przechadzał po miejskich bulwarach. I ja wreszcie odzyskałem znowu oddech. Nie próbowałem już więcej pieszej wędrówki, usadowiłem się — o ile to było możliwe — wygodnie na drewnianej terlicy i zacząłem rozmowę z góralem. Kołyba była od nas nie dalej już jak o sto kroków, po nad nią wznosił się szczyt kamienisty. Patrząc nań, uczułem nagle nieprzepartą chęć znalezienia się natychmiast na nim i spojrzenia z niego w dal na odległe a sercu drogie równiny.
— Jedźmy prosto na gruń[1] — zawołałem na Mykołę — tamci dadzą sobie sami radę, wieczerzę przygotują.
— Na samym gruniu bardzo zimno, wierzchnie wiatry wieją, żeby wam co panie nie zaszkodziło.
— Nie bój się, mam burkę i manierkę, nie zamarzniemy.
W dziesięć minut potem byłem na szczycie, tysiąc sześćset metrów po nad poziomem Czarnego morza. Spojrzałem na wschód.
Otworzył się przed mojemi oczami potężny widok, niby jakiś ocean zmrożony szalonym podmuchem północnego wichru. Szczyty i szczyty w dal, w nieskończoność, jedne za drugiemi ciągnące się i opadające coraz to niżej, niżej... aż ku równinom dalekim, nieprzystępnym dla oka. A całe to morze gór, skał, borów i wód owiane mgłą jakąś tajemniczą, poetyczną, zbłękitniałe od cienia rzuconego przez wyższe pasma, wydawało się poważne i uroczyste.
Zlazłem z konia i usiadłszy na złomie zwietrzałej skały, patrzyłem przed siebie. Zwolna dziwna jakaś zaduma zaczęła mię opanowywać i wzrok mój ślizgając się tylko po owem blado-sinawem morzu mgły, sięgał coraz dalej, dalej, gdzieś aż po za spienione nurty Prutu, po za mętne fale Dniestru, gdzieś aż na równiny podolskie i dostrzegał tam biały dwór pod słomianym dachem i stare, odwieczne drzewa wkoło...
— Panie, schodźmy na dół do kołyby! — przerwał moje marzenia Mykoła. — Wasyl już ognisko rozpalił, a panowie proszą na wódkę i zakąskę.
Zerwałem się, gwałtem przeciąłem marzenia i pospieszyłem — na wódkę i zakąskę. Schodziłem w dół dość spiesznie, tak, ze stary hucuł wraz z koniem ledwie zdążyć mógł za mną. Słyszałem, jak za memi plecami rozprawiał widocznie sam z sobą, na temat: »o wiele to łatwiej schodzić z góry, niż drapać się na szczyty.« Góry były teraz lekko zamglone, słońce zaszło już było po za grzbiet Czarnohory i zdawało mi się, że dostrzegłem daleko bladą błyskawicę na południu.
— Panie! — doszedł w tej chwili moich uszu głos Mykoły. — A widzieliście kiedy burzę w górach?
— Nie! — odparłem zwalniając kroku i dając tym sposobem Mykole sposobność zrównania się ze mną. — Nie widziałem!
— To dziś zobaczycie; — odparł, przynaglając konia do szybszego stępa. — Na węgierskiej stronie błyska, Pop-Iwan w mgły się odział, a duszno tak, że koń bez wagi stępo idąc potnieje... Będzie burza! Milnerowy niedźwiadek i pies cieszą się już... i na połoninie granicznej, tam pomiędzy Pop-Iwanem a Howerlą skoki wyprawiają... To dla nich raj, burza albo zawierucha.
Mykoła wbrew huculskiemu zwyczajowi był rozmowny bardzo i pogawędkę lubił, obecnie spieszyłem się jednak do towarzyszy i nie zapytałem o znaczenie: Milnerowego niedźwiadka i psa... Zdaleka dochodził mię już głos naszego malarza, który dla robienia szkiców przyłączył się do naszej myśliwskiej wyprawy; w rzeczy samej ani malował, ani też nie splamił artystycznych rąk niewinnie przelaną krwią zwierzyny, wódkę tylko pił za trzech, mamałygę i bryndzę jadł jak Wołoch i umizgał się do góralek, prawiąc im o cudnym wyrazie ich melancholijnych oczu. Teraz stał z rozkrzyżowanemi rękoma; pstry jego szkocki szal, wiatrem rozwiany, unosił się po nad nim jak chorągiew: w jednej ręce trzymał potężną obozową manierkę, a w drugiej kieliszek.
— Spiesz dziecię, nuż! — wołał do mnie — bo Beotowie owi, których z sobą wozisz, wypiją ci wszystek spirytus, a bez spirytusu vulgo ducha, czem twe utwory będą?
Za chwilę byłem już obok nieocenionego koleżki. Wypiłem nalany jego ręką spory kielich wódki; dobrze mi on zrobił, uczułem jakieś ciepło rozpływające się po wszystkich żyłach... Tęskne marzenia zupełnie odleciały.
Spojrzałem wkoło. Towarzysze moi, zapamiętali myśliwi, siedzieli na rozesłanym węgierskim kudłatym kocu, spierając się zajadle o to: czy będzie jutro niedźwiedź? czy nie? — Nowak, leśniczy ze Skarbkowskich lasów, który z grzeczności przyłączył się do nas, komenderował hucułami, rozniecającymi ogromne ognisko; psy upięte do żerdzi przy zagrodach dla bydła wyły i skomlały, dopraszając się pożywienia; krowy ryczały, owce beczały, a gospodarz kołyby wraz z pomocnikami stali milcząc i przypatrując się z pewnym podziwem całemu naszemu licznemu taborowi.
— Spieszcie się z wieczerzą — ozwał się, nadchodząc ze mną Mykoła. — Na węgierskiej stronie po nad klauzami błyska! będzie burza. — A zwracając się do gazdy zapytał go: — Bracie Juryj, czy jest u was miejsce w kołybie, ażeby przenocować trzech panów, malarza i pana Nowaka?
Mykoła nie chciał nigdy naszego artysty do panów zaliczać; na wszystkie moje tłumaczenia odpowiadał mi lakonicznie:
Naj pan ne durat!... Bohomaznyk taj tylko! Do sojki spudłował, tylko za mołodycami ugania!...
Obecnie na twierdzącą odpowiedź gazdy, skinął na dwóch podrostków, których przeznaczeniem było psy prowadzić, i wraz z nimi zabrał się do znoszenia juków w głąb kołyby, przestrzegając ustawicznie: »by z wieczerzą się spieszyli, bo burzy tylko co nie widać.«
My wszyscy usiedliśmy wygodnie wkoło ogniska przez Nowaka roznieconego i zajadaliśmy ogromny udziec barani, używając w tym celu myśliwskich noży i dopomagając sobie palcami.
— Prędzej Bóg stworzył palce niż widelce! — wygłosił sentencyonalnie Nowak, pakując do ust duży kawał baraniny.
— Widzę! widzę! — przerwał mu nasz artysta — że nie dalekoście wy tu wszyscy w tych przeklętych górach odbiegli od tej epoki świata, w której Pan Bóg ludzi stworzył... Zwyczaje tu wasze i cywilizacya i inteligencya poszczególnych jednostek...
— Co pan przez to rozumiesz? — zawołał poczciwy Nowaczysko, rumieniąc się nagle i prawie się dławiąc kawałem mięsa, którego jeszcze nie przełknął.
— Rozumiem to, co rozumiem! — odpowiedział mu wesoło śmiejąc się malarz. — To wiem, że do nikogo specyalnie nie mówiłem, ale widać, że przysłowia są zasobem mądrości narodów!... Czy pamiętasz pan... a może w tych górach już i zapomniałeś... przysłowie: »uderz w stół, nożyce się odezwą«?... Powtarzam jednak, że nikomu specyalnie do jego osoby nie przymawiałem.
— Mój panie, ja sobie bardzo wypraszam — bełkotał coraz niewyraźniej Nowak, dławiąc się na dobre. Oczy mu słupem stanęły, twarz aż posiniała. Przestraszyliśmy się wszyscy, nie wiedząc w pierwszej chwili co robić: malarz jednak widocznie był najprzytomniejszy, bo zerwał się natychmiast i silną pięścią uderzył kilka razy leśniczego w kark. Sposób ten, aczkolwiek barbarzyński, był jednak skuteczny, bo pacyent odrazu baraninę połknął i w kilka sekund był znowu zdolny do językowej wojny z dokuczliwym artystą.
— A widzisz, drogi sylwanie — prawił uczeń Appellesa — gdyby nie ja, jużby było po Nowaku... Płakałyby huculskie niewiasty, piękne córy gór!... Pomer Nowak!... pomer!... A teraz wskutek tego, że znalazłeś się luby sylwanie, to jest człeku leśny, w towarzystwie ludzi cywilizowanych, a szczególniej jednego, który za swą przytomność do kwiatu cywilizacyi całego świata może być zaliczony... teraz... powtarzam ci... żyjesz i żyć będziesz... Nawet więcej: żyć będziesz nieśmiertelnie, bo portret twój wymaluję i wystawię go w salonie paryzkim. Na górze, na ramach wypiszę: »Sylwan vulgo Nowak, człek na pół dziki, syn pustyń« etc. etc... Mój gieniusz uczyni cię obskurny Nemrodzie sławnym i głośnym.
Oto plete, aż słuchaty protywno!... — usłyszałem w tej chwili głos Mykoły i uczułem znowu lekkie dotknięcie w ramię. — Panie, popatrzcie na lewo, jaka tam chmura się podnosi.
Spojrzałem. W rzeczy samej cała południowa strona widnokręgu przysłonięta już była ogromną, czarną, ciężką chmurą; na zachodzie przyświecał jeszcze blask przed chwilą zaszłego słońca, a w nim rysowały się ostro i wyraźnie skaliste szczyty. Od chmury wiał zimny, przejmujący wiatr, świszcząc przeraźliwie po złomach skał; ciemne bory, rozścielające się u naszych stóp, szumiały smutnie, żałobnie. Ściemniało się z każdą chwilą coraz więcej. Nagle przez sam środek czarnej chmury przewinął się jasny, ognisty wąż, rozdzierając ją na dwie równe połowy; w kilka chwil po nim rozległ się grzmot potężny, lecz daleki jeszcze, podziemny niby; dochodził uszu naszych powoli, płynął poważnie dolinami, odbijał się od wierzchołków, od szczytów i konał w gąszczach dziewiczych lasów. Po chwili i echa stokrotne skonały i przez mgnienie oka zapanowała cisza wielka. Tylko chmura podnosiła się coraz wyżej, płynęła cicho dalej i dalej; bez szumu, bez szelestu przesłaniała wszystkie góry; ciemnością straszną przykryła świat cały w około, tylko nasze ognisko płonęło, wznosząc czerwone płomienie wysoko i rzucając dokoła migotliwe blaski.
Cały nasz obóz był już na nogach. Ściśnięci jeden obok drugiego, w milczeniu, z drżeniem serca oczekiwaliśmy wspaniałego zjawiska natury. Ciszę przerywały tylko przeciągłe porykiwania bydła po oborach i żałosne skomlenie psów.
Naraz na czarnem tle chmury zarysowało się sto... tysiąc wężów ognistych, cały potop ognia z chmury spłynął na ziemię, huk stał się tak straszny, że góry drżały w swych podstawach i zdawało się, że szczyty chwieją się i kołyszą jak małe drzewiny. Równocześnie z hukiem tym powiał od chmury wiatr szalony; z nóg nas omal nie powalił; w borach dołem zatrzeszczało, ziemia w jednej chwili zmieniła się w piekło straszliwe.
Wszystkich nas przejął lęk jakiś dziwny, niemożliwy do opisania. Nie wiem jakim sposobem znalazłem się wraz z towarzyszami i hucułami w kołybie. Tam cisnąc się jeden przy drugim, przysłuchiwaliśmy się temu hukowi, tym gwizdom i jękom przeraźliwym. Ja z malarzem i Mykołą staliśmy tuż obok przymkniętych drzwi; oko przytknąłem do szerokiej szczeliny i z pewnem upojeniem wpatrywałem się w ten chaos rozszalałej przyrody. Cała okolica naprzemiany to rozświetlała się szerokiemi — cały horyzont obejmującemi błyskawicami — to tonęła znowu w bezbrzeżnej, głębokiej ciemności.
— Haj! haj! Oto Milnerowe święto! pogańskie, czartowskie jej dzieciska hulają — szeptał mi w ucho przestraszonym głosem Mykoła. — To dla nich święto! Dyabelskie nasienie cieszy się teraz!...
Jeszcze jeden piorun oślepiający, jeszcze jeden grzmot, który wstrząsnął całym światem — i ucichło... Chmury otworzyły swe opusty i lunął — potop istny. Przez szpary w dachu kołyby woda strumieniami całemi wciskała się do wnętrza i groziła zalaniem ogniska. O spaniu nikt z nas nie myślał; z jakie pół godziny staliśmy tak milcząco, czekając aż ulewa przeminie. Wiatr ustał zupełnie, grzmoty przycichły; przez szpary w drzwiach dostrzedz mogłem, że chmury — przepełnione gromami — przeniosły się już ku zachodowi i od czasu do czasu szerokiemi błyskawicami oświecały dalekie szczyty...
Wreszcie i deszcz ustał. Wyszliśmy natychmiast z kołyby rozglądnąć się po świecie. Na kopule nieba nie było już ani jednej chmurki, błyszczące gwiazdki z szafirowego firmamentu figlarnie ku nam mrugały, tylko gdzieś daleko od zachodniej strony nad samym widnokręgiem czasem dziwnie się czerwieniło, lecz i te blaski krótko bardzo trwały i tonęły wnet w srebroprzezroczej, niby ciemnej, niby jasnej atmosferze nocy letniej. Rzuciłem okiem bliżej siebie, poniżej. Bydło przestraszone widocznie grozą burzy wyłamało poręcze w koszarze i rozbiegło się po połoninie; bowharowie[2] i sam gazda[3] rozbiegli się spędzać je napowrót, inni znowu rozniecali wkoło zagród ogniska przez deszcz zalane. Smuga młodej jodliny, rosnącej o jakie sto metrów poniżej kołyby, leżała powalona do ziemi, niby łan bujnej wyległej pszenicy. Powietrze było chłodne, mroźne prawie; wiatr wschodni, zimny, przejmujący wiał; o noclegu na świeżym powietrzu nie można było marzyć.
Wróciliśmy do wnętrza kołyby. Moi towarzysze, zawołani myśliwi, nie łatwo poddający się poetycznym wrażeniom, rozlokowali się wraz z Nowakiem na ławach po pod ścianami i wkrótce smacznie zasnęli, współzawodnicząc z sobą — w chrapaniu. Nasz artysta, Mykoła i ja nie mogliśmy spać; usiedliśmy wkoło ogniska tlejącego na środku kołyby na ziemi. Malarz był wbrew zwyczajowi milczący, zadumany, cały pogrążony w jakiejś jednej myśli, którą tylko ożywioną gestykulacyą zdradzał. Oczy mu dziwnym ogniem natchnienia płonęły, a z białego wysokiego czoła biły niby promienie. Twarz, cała postać tego rubasznego zazwyczaj, trochę gminnie, trywialnie żartobliwego człowieka zmieniła się teraz zupełnie. Czułem, że potężna myśl twórcza zawładnęła całą jego istotą. Nagle wyprostował wyższą część ciała, głowę zwrócił w górę i uderzając dłonią po kolanach, zawołał głośno:
— Będzie! Mam go już!
Mykoła z nie mniejszem niż moje zainteresowaniem się patrzył na młodego człowieka. I jego — to na wpół dzikie dziecię puszczy — uderzyła zmiana zaszła w rysach i wyrazie twarzy malarza; i on dziwnym instynktem człowieka żyjącego w ciągłem obcowaniu z przyrodą odczuł całą powagę chwili artystycznego natchnienia. Spojrzał przyjaznem okiem na młodzieńca i cichym, do duszy wprost idącym głosem przemówił:
— Ja prosty chłop, hucuł, ale ja was panowie lubię bardzo... Nie pierwszy mi to raz z wami się spotykać, znałem was w życiu wielu... wielu... i lackich i węgierskich... Och! znałem tylu, że aż zrachowaćby było trudno, a najwięcej poznałem wtenczas, kiedy z Milnerowej służby uciekłem i z huzarami na wojnę w węgierskie ziemie pociągnąłem.
Przy tych słowach Mykoły przypomniałem sobie, że wspominał on dziś już kilkakrotnie nazwisko Milnera; przypomniałem sobie również, że mówił coś o jakimś psie i niedźwiadku Milnerowym; obudziła się we mnie ciekawość poznania tej Mykołowej przygody. Towarzysze nasi spali jak zabici, ja zaś czułem, że mi się zupełnie na sen nie zanosi, dla dopełnienia więc bezsennej nocy, zapragnąłem skłonić starego hucuła do opowiadania. Zresztą lubiłem zawsze i lubię te powieści ludowe czarem przesądu i mytu jakiegoś niepochwytnego owiane.
— Mykoło! — zagadnąłem starego strzelca. — Kilka razy już dziś wspominałeś o jakichś tam Milnerach, o jakimś psie i niedźwiadku... Co to za historya? Spać mi się nie chce i tobie ponoś także, opowiedz nam więc o tych czasach, lubię posłuchać dawnych dziejów.
Zmarszczona, ogorzała twarz hucuła pobladła przy moich słowach; ręka wiedziona wrażeniem przesądnego strachu, wykonała bezwiednie prawie znak krzyża świętego. Po kilku chwilach dopiero mi odpowiedział:
— Eh! panie, straszno pod taką późną porę opowiadać historye o nieczystej sile.... Pek ta cur na nią!...
Tu przeżegnał się powtórnie i my obaj za nim. Malarz, któremu na wspomnienie huculskiej historyi oczy jeszcze jaśniej zaświeciły, przyłączył się do moich nalegań.
— Widzisz stary — mówił — chrześcianieśmy tu wszyscy i przeżegnać się umiemy, a nieczysty słaby jest zupełnie wobec tego świętego znaku, nic nam on złego nie uczyni i nie jemu to z naszą wiarą wojować.
Mykoła choć lubiał opowiadać, jednakowoż jakiś czas wzdragał się jeszcze, aż dopiero zmiękł, gdy mu obiecałem dać za opowieść dwa funty doskonałego prochu. Nałożył sobie blaszaną fajeczkę tytoniem, którego udzielił mu malarz ze swego kapciucha i przepraszając z góry za nieudolność opowiadania, począł mówić.

∗             ∗

— Gdy się tu patrzę na was, panowie, to zaraz moje młode lata w pamięci mi stają... Hej! hej! hej! Gdzież to młodość moja? Gdzież to siła moja? Gdzie już ci panowie, ci kawalerowie, gdzie ci kamraci, z którymi człowiek noce przy ognisku trawił, bajki im opowiadał, pieśni słodkie, rodzone śpiewał? Wiatr zimny straszny powiał, wiuga północna pociągnęła i rozsypała ich po świecie szerokim, niby zeschłe bukowe liście; poprzeganiała ich wiuga ta po za góry dalekie, po za morza głębokie, sine to czarne, po za rzeki rwące spienione; pokładli oni głowy swe po dalekich majdanach, pobojowiskach. Ciężka obca ziemia przysypała te oczy, orle ta sokole... Niema już ich na świecie, chyba gdzieś jeszcze jakiś dziad, kulami natkany, włóczy nogi po świecie i dzieciom historyę o ojcach prawi, tak jak ja wam tu będę opowiadał.
Jak z dziecinnych lat zapamiętam... i jak to ludzie opowiadali... po całym świecie była pańszczyzna. Naród chłopski swojej ziemi nie miał, tylko na pańskiej albo cesarskiej siedział i do dworu na pański łan chodzili ludzie za ziemię czynsz odrabiać trudem własnym, potem krwawym. U nas, od kiedy świat był światem, od kiedy góry te sine górami... pańszczyźnianej robocizny nigdy nie było. Hucuły siedzieli sobie na cesarskiej, kameralnej, albo gdzieniegdzie na pańskiej ziemi, albo znowu na cerkiewnych, władyckich gruntach i zamiast roboty czynsz płacili, czem kto mógł, kto pieniędzmi, kto znowu bydłem, bryndzą, skórami, rzemiosłem a przemyślnością różną.
Po gminach cesarscy, pańscy, albo władykowi mandatory[4] panowali nad narodem chrześciańskim; zbytkowali do woli swojej, jak który mógł i chciał. A już nie było na całą Czarną rzekę[5], na wszystkie nadgraniczne połoniny straszniejszego mandatora jak Milner... szwab przeklęty na Jaworniku.
Słobodę on sobie, grodzisko mocne na górze wystroił, murowane i wysokie, niby monaster jaki; przeciwko opryszkom-sokołom trzymał dwudziestu czterech puszkarów[6], samych gazdowych synów za powinne; darł naród, cisnął poborami tak, że każdy krył się z groszem, żeby Milner się o nim nie dowiedział, bo zaraz zabrałby; nawet molodyce[7] i dziewczęta poskrywały były węgierskie dukaty, tureckie czerwońce... i choćby najbogatsza, szła na tańce jak żebracka córka bez srebra, bez korali.
Milner ten miał żonę, bohatyrkę wielką[8]. Że ona była wiedźmą straszną a paskudną, dopiero się później o tem dowiedziałem, ale to wiedziałem odrazu, kiedym ją pierwszy raz zobaczył i wiem do dnia dzisiejszego, że gładszej, piękniejszej kobiety na świecie nie spotkałem. Była słuszna, gibka i wyniosła niby jodła młoda na północnym stoku Czarnohory; ręce, nogi małe, toczone; w stanie cienka, że ją można było dłonią objąć; włos miała długi, czarny, jak krucze pióra; usta koralowe ledwie że czasem zakrywały do połowy białe, do pereł podobne zęby. Cała była gadzina śliczna, cudna, a już największą siłę to nieczysty złożył w jej oczach. Oczami temi, modremi, niby toń jeziorek górskich, przejrzystemi a niezgłębionemi umiała ona czarować, umiała przeklętemi źrenicami temi tak do człowieka przemówić, że szedłby za nią na koniec świata, w ogień i wodę, skoczyłby ze skały w przepaść, tak umiała niemi rozkazywać, że lekkiem sercem na kryminałby każdy się ważył, byle tylko oczy te do niego się uśmiechały.
Nie oblizujcie się panowie — zwrócił się ku nam. — Bóg was ochronił, że w życiu podobnej wiedźmy nie spotkaliście, Bóg was ochronił... Nie śmiejcie się! Wiem, żeście po świecie bywali, a różne cyganiarki a zmiennice za wierne kochanki bywali, ale takiej biesowej córki, jak była Milnerowa... niech ją tam piekło na sam spód pochłonie... nie spotkaliście nigdy!...
Milczeliśmy, nie odpowiadając na tę apostrofę, skierowana wprost do nas, baliśmy się bowiem, żeby nie przerwać opowiadania, które nas zaczęło już na dobre zajmować. Stary hucuł po chwili znowu prawił dalej:
— Mój ojciec, Marko Kunysz, był najzamożniejszym gazdą na całe Żabie. Trzody nasze pasły się na całej połoninie po nad Bystryc, het aż po pod Smotrerzowe grunie; czeladzi miał bez liku; chata jedna na dole nad rzeką w Żabiu, zaraz koło samej cerkwi świętej, cała z heblowanej kiedryny[9]; druga na stoku pod górą na zimownik dla czeladzi, koło niej budynków, stajen, niby miasteczko jakie, a po połoninach kołyby koło każdego źródła.
Sam mój ojciec, nasz gazda był ponurym, małomownym człowiekiem... Czasem dwie i trzy doby przeszło, a on się do nikogo słowem nie odezwał. Matka, siostry i czeladź... wszyscy truchleli przed nim; mało, że z nóg się nie walili, gdy na kogo srożej spojrzał; ja jeden mniej się go bałem, bo byłem jedynakiem i wiedziałem, żem mu był jak oko w głowie. Palca na mnie nie skrzywił nigdy.
Życież bo miałem przy ojcu tym srogim, życie!... Roboty żadnej imać mi się nie pozwalał; ani siekiery, ani kosy za młodych lat w ręku nie miałem. Kiedy skończyłem czternaście lat, dał mi kris zaprawlenyj[10] i strzelać nauczył i rozpowiedział: jako z tego krisa strzał taki pewny, że każdego najsroższego charakternika i czarnoksiężnika dosięże i powali, a nie ma na świecie takiego niedźwiedzia, żeby po strzale poszedł dziesięć kroków. Zaczęło mi się wesołe, parobcze życie. Konia miałem czarnego, karego, jak orzeł skalny lotnego, jak zmyj sprawnego; nie utknął nigdy, choćby po najstromszych płajach[11] cwałem na nim gnać! Ubrania posprawiał ojciec na mnie z sukna cienkiego, węgierskiego; pas na trzy piędzi szeroki, złotemi guzikami nabijany, przywiózł mi stary aż z samych Kut; tam go od kupca ormiańskiego za siwego konia wymieniał. W takiej wygodzie i rozkoszy chowany wyrosłem na strasznego rozpustnika; tylko pusta dumka mojej młodej głowy się trzymała... Jak miałem siedmnaście lat, znałem już wszystkie dziewczęta i mołodyce wzdłuż całej rzeki, od Jasionowa aż po Burkut; i one mię znały i hołubiły i w oczy mi mówiły, że ładniejszego łeginia[12] na całe góry niema; płaciłem im za to gorącemi całusami, czułemi uściskami, chustkami jedwabnemi i krwistemi koralami, które za ojcowskie dukaty w Wyżnicy, w Kutach, lub aż w węgierskim Sigiecie kupowałem.
Matka płakała, białe swoje gospodarskie ręce łamała, mówiła, że duszę młodą gubię, śmiertelny grzech na nią biorę; ojciec się śmiał z tego i opowiadał, że młodemu wyszumieć się trzeba nim spoważnieje i na gazdę żonatego wyjdzie. Ja też ojca mego, dla wszystkich srogiego, a dla mnie powolnego, nad życie kochałem, byłbym głowę za niego oddał.
Towarzysze i kompanowie moich pohulanek opowiedzieli mi, że w całych górach, trzydzieści lat przedtem, nie było bystrzejszego łeginia, jak mój ojciec, teraz stary Kunysz... Opryszków on zaznał dawnych — mówili mi; — siedmiogrodzkie, wołoskie góry zbrodził, aż na tureckim Bałkanie z bułgarskimi hajdukami hulał, krew niewiernych psów muzułmańskich przelewał, pogańskie złoto rabował... Ot te dukaty, któremi ty płacisz za wino dla nas, to pewno z jakiegoś trzosa tureckiego lub ormiańskiego kupca, lub ze szkatuły siedmiogrodzkiego czy wołoskiego bojara.
Pytać starego o to nie śmiałem, ale za to nieraz pędząc na moim wronym, wyobrażałem sobie, że muszę tak jak mój ojciec popróbować wolnego, burłackiego życia; zdawało mi się już wówczas, że gonię na zborne miejsce, że gdy świsnę, gdy zadmę w mą trąbkę rogową, to z za każdego buka, z za każdej smereki, z za każdej jodły wysunie się łegiń-opryszek, zbrojny w kris janczarski, w pałasz polski i węgierskie, złotem sadzone pistolety, i ja z tymi towarzyszami-kompanami napadać będę na mandatorskie dwory, wieszać będę szwabów projdyświtów, a narodowi huculskiemu, chrześciańskiemu, zapowiadać będą wolność wszelaką... A później, później, kiedy z kulą w sercu zaniosą mię pobratymy na górę wysoką, żeby mię tam jak orła w gnieździe pochować, to dziewczęta, ta mołodyce pieśni o mnie śpiewać będą, bajki opowiadać, jak o drugim Dowboszu-kapitanie...
Hej, gdzie te lata? Gdzie te dumki a myśli orłowe?
— Panie, jeżeli chcecie słuchać dalej — ozwał się zwracając się ku mnie — to nalejcie mi szklankę wina, bo w ustach mi zaschło, a głupie łzy do starych oczu się cisną i w gardle drapie... tak drapie, że przemówić trudno.
Wstałem i pomiędzy bagażami odszukawszy butelkę starego węgierskiego wina, nalałem całą szklankę i podałem ją staremu. Mykoła przytknął usta do szklanki i wnet ją odjął, mlaskając powoli językiem.
— Takiego to szkoda dla starego — mówił, lecz równocześnie pociągnął drugi haust wina. — Ot takiem samem napawały nas debreczyńskie dziewczęta, kiedyśmy do ich miasta przymaszerowali, zbiwszy Niemców... pod... pod... a kto tam te węgierskie, pogańskie miasta zapamięta, jak się one nazywały. Hej! hej! dawne to czasy. Ale trzeba wypić, bo wy panicze historyi o Milnerze i jego żonie ciekawi, a ja prawię wam o sobie, jeszcze i wina każę sobie nalewać.
Wypróżnił całą szklankę, postawił ja obok siebie i wnet z większym już zapałem opowiadał dalej:
— Do owego czasu, o którym opowiadałem przed chwilą, Milnerowej w oczy nie widziałem, słyszałem tylko jak parobcy o niej opowiadali, że jest śliczna jak obraz w cerkwi; że mandator sam stary i tyrchawy, a ona młoda, krew z mlekiem i chłopców lubi; że między mandatorskimi puszkarami niejeden już taki był, co się jej łaską mógł pochwalić; że ona wreszcie i mężem swoim starym i pisarzami i sługami i puszkarami rządzi, jak sama zechce, a łaskę wielką ma i w Kołomyi u cesarskiego starosty i u gubernatora w samym Lwowie, bo choćby niewiedzieć jakie skargi na Milnera poszły, to, jak ona sama pojedzie — tak wszystko odrobi i jeszcze pochwałę dla męża, a dla siebie różne dary przywiezie.
Okrutnie ciekawy byłem tę bohatyrkę zobaczyć, trudno jednak było dojść do tego; ona z dworzyszcza swego mało gdzie się wydalała, a mnie znowu stary zakazał srogo kręcić się pod mandatorską sadybą; na rozum mi powiedział, że nie chce, ażeby Milner o nim sobie przypominał. Tak było przez lat kilka.
Aż nareszcie razu pewnego inaczej się zdarzyło.
W górnej cerkwi w Żabiu bywa u nas zawsze odpust na drugą Matkę Boską. Innego roku to bywa już o tej porze i słota i pluta i śnieg; a wtenczas jakby na moje nieszczęście słońce od samego rana świeciło, jakby na św. Iwana i dogrzewało niby w samo najgorętsze lato. Praźnik, u nas wielkie święto. Każdy chce się pokazać przed ludźmi z tem, co ma najdroższego, najładniejszego. Wilią jeszcze z wieczora nienieboszczka moja matka głowę mi ługiem bukowym zmyła. Zrana siostry włosy mi olejkami pachnącemi, różanemi wysmarowały. Ciżmy obułem wołoskie z żółtej skóry, sznurowane aż pod same kolana; szarawary wązkie, węgierskie, z sinego sukna tak do nogi przylegały, że żyły można było rachować; koszulę wdziałem z cienkiego płótna, jak diwoczą, w dwanaście wzorów haftowaną. Na to wszystko rzuciłem na opaszki guńkę z czarnego cienkiego sukna, złotym sznurkiem z węgierska obszytą. Kapelusz z pawiemi piórami nasadziłem na bakier, pistolety nabijane srebrem za pas wetknąłem i toporek wziąłem w dłonie. Kiedy ubrany już całkiem pokazałem się matce i siostrom, to aż w ręce klasnęły z podziwu i radości; a i stary nawet coś mruczał zcicha, ale po minie poznałem, że rad był z syna.
Choć do cerkwi było blizko, jednak nie poszedłem piechotą, tylko siadłem na mego karego i pojechałem. Przed cmentarną bramą konia uwiązałem do słupa w rząd koło innych parubockich wierzchowców, a sam wszedłem na cmentarz. Na cmentarzu szum; huk mołodyc; dziewcząt ze wszystkich okolicznych gór naschodziło się mnóztwo, a wszystkie postrojone jak róże, jak malwy, a wszystkie patrzą na mnie i palcami pokazują mówiąc: »to Mykoła, bohatyrski syn, jedynak Marka Kunysza.« A ja idę pomiędzy niemi, niby nie słyszę tej chwalby, niby nie wiem, że to do mnie, tylko puszę się, jak ten gotur[13] między kurami na tokowisku. Parobcy towarzysze podbiegli, zaraz mnie obstąpili wkoło i prowadzili do cerkwi, niby starostę albo kapitana jakiego.
W cerkwi stanęliśmy po prawej stronie przed samemi carskiemi wrotami; służby Bożej jeszcze nie było, tylko diaki z psałtyrów pieśni bogomolne śpiewali. Choć ja ostatniemi laty w różnej rozpuście się nużał, mimo to duszy nie byłem zatracił i w domu Bożym pusta myśl głowy mi się nie czepiała; ukląkłem był w ten dzień przed obrazami cudownemi i pokłony biłem i modliłem się gorąco i do Chrystusa ukrzyżowanego i do Panny przeczystej. Jeszcze i połowy modlitw nie odmówiłem, kiedy nagle usłyszałem jakiś tartas, homon niezwyczajny w cerkwi i to taki, żem aż modlitwę przerwał i podniosłem oczy, żeby zobaczyć, jaka była przyczyna tego hałasu.
I zobaczyłem... Starszy brat cerkiewny i pałamary[14] nieśli przodem jakieś krzesło i na naród chrześciański hukali, żeby się rozstąpił i drogę dla światłej pani czynił. Za nimi szła ta sama bohatyrka, którą tak pragnąłem zobaczyć... sama Milnerowa mandatorka. Koło niej był Milner, mąż jej, rudy, łysy, chuderlawy i Niemczyk jakiś młody, jak kołacz niesolony biały, ze złotemi bujnemi kędziorami i błękitnemi oczami, takiemi jak te oka na pawich piórach. Mandatorka szła przodem taka piękna i wyniosła, taka pyszna jak królowa jaka. Suknia na niej była hatłasowa, złotą frenzlą obszywana, keptar[15] z kuniego futra niebieskim jedwabiem pokryty, czapeczka maleńka kunowa z orlem piórkiem; na szyi gruby łańcuch złoty z mentalem jakimś. Przeszła przez całą cerkiew, przed carskiemi wrotami ledwie głowę uchyliła i usiadła na krześle, które jej starszy brat wskazał po lewej stronie pod obrazem świętego Mikołaja, mego patrona.
Tu zamilkł stary góral na chwilę; dziwnym wzrokiem patrzył wkoło; przenikliwe oczy jego spoczęły były na chwilę i na naszych twarzach; świdrowały je, jakby badając, jakie wrażenie robi na nas jego opowieść; wreszcie po chwili takiego wpatrywania się w nas, zawołał:
— Widzę, że nie śmiejecie się ze starego dziada, który wam o swej młodości opowiada... Czyste serce mieć jeszcze musicie; słuchajcie więc panicze wy moi dalej, może z tej chłopskiej opowieści i dla was jakaś nauka da się wyciągnąć... Słuchajcie, słuchajcie! bo w tej chwili, jak Milnerową żonę zobaczyłem, zaczęły się moje biedy i nieszczęścia.
Ach, ślicznaż ona była, śliczna! Tych oczu do śmierci nie zapomnę. Jak w nie spojrzałem, to zdawało mi się, że patrzę w odmęt Czeremoszu, gdzie woda nie płynie a stoi; gdzie, zdaje ci się, że dno tuż, tuż, a ono głębiej niż najdłuższą żerdzią dosięgniesz. Uśmiechu tego... musiała ona pożyczyć sobie od owego czarta, który Jezusa Pana naszego i Zbawiciela na górze do grzechu kusił... Boga czart nie skusił, ale ona, to ręczę, że każdego śmiertelnego, grzesznego człowieka byłaby skusiła, najsroższego pustelnika i bohomolca w grzechby zaprowadziła.
Dobrodziej[16] nasz widocznie wiedział, że Milnerowa na prażnik zjedzie i czekał na nią ze służbą Bożą, bo jak tylko usiadła na swojem krześle, tak zaraz w dzwony uderzyli, dyakoni i dyaki kadzielnicami zatrzęśli i księża zaczęli prawić.
Nie wielkiego ja tam zbawienia dostąpił z tego nabożeństwa... Nie na obrazy ja patrzył, nie słów pasterskich ja słuchał, nie ewangelia święta w głowie mi była. Jak zobaczyłem Milnerową, tak oka z niej nie spuściłem, choć sam nie wiedziałem, co robię... Żeby nie Hryńko Czerbeń, który stał koło mnie i w czas mię w ramię trącił, to byłbym się przed ewangelią świętą nie przeżegnał nawet.
Satana prawdziwa urok jakiś rzuciła na mnie odrazu... Czarodziejskim, jakimś dyabelskim sznurkiem przywiązała moje oczy do swojej liliowej twarzy... A spostrzegła odrazu, że oczu z niej nie spuszczam, lecz widocznie nie gniewała się za to, bo nawet uśmiechnęła się do mnie kilka razy bardzo łaskawie, a raz coś szepnęła do tego białego Niemca, który z nią przyszedł, i palcem na mnie wskazała.
Tak już przeszło całe nabożeństwo... Do samego końca tylko na nią patrzyłem.
Jak msza się skończyła, wybiegłem pierwszy z cerkwi; przez tłum się przepychałem, jakbym do pożaru gnał. Chciałem koniecznie ją zobaczyć w blasku słonecznym, w jasności dziennej. Koło furtki zobaczyłem dwóch puszkarów, poznałem ich po torbach skórzanych i orłach cesarskich na piersiach; stali oni przy koniach, na których mandatory przyjechali. Koń Milnerowej był biały jak mleko, oczy tylko czarne, wielkie na wierzchu głowy mu świeciły; siodło na nim było takie, jakiego nigdy w życiu nie widziałem, a pokryte cale puszystym, błękitnym aksamitem. Spytałem puszkara: »co to za takie siodło i jak ona na niem siedzi?« Ledwie miał czas odpowiedzieć mi, kiedy sama pani, jej mąż i ten biały Niemczyk pokazali się we drzwiach cerkwi. Nasz dobrodziej, który już był ornat zrzucił, wyprowadził ich i zapraszał na poczęstunek na probostwo. Milnerowa nie przyjęła zaproszenia, bo mówiła, że spodziewają się dziś gości jakichś wielkich z dalekiego gdzieś tam miasta. Nie gadała nawet więcej z dobrodziejem, który szedł z tyłu z mężem, a ona biegła co spieszniej do konia. Zdaleka poznałem już, że mię koło koni zajrzała. Gdy zbliżyła się na kilka kroków, zdjąłem przed nią krysanie[17] i skłoniłem nizko głowę.
— Co ty za jeden? — spytała, patrząc bystro mi w oczy.
— Mykoła — odpowiedziałem zakłopotanym głosem, spuszczając oczy przed jej spojrzeniem.
Ona uśmiechnęła się wesoło i pytała dalej:
— A czyjże ty Mykoło?
— Marka Kunysza, gazdy z Koziego dilu syn.
Na to nadeszli sam Milner i ten drugi młody Niemczyk. Mandatorka patrząc ciągle na mnie, zaczęła coś do tego Niemczyka po szwabsku szwargotać i on także popatrzył na mnie, skrzywił się i coś jej odpowiedział tym samym szwargotem, ale tak, że choć ani słowa z tego nie rozumiałem, to uczułem w sercu ochotę do połamania kości temu Niemczykowi.
Tymczasem puszkar podprowadził białego ogiera; Niemczyk chciał jej pomódz do wsiadania, ale ona powiedziała mu po naszemu już, że nie potrzebuje jego usługi i radziła mu, żeby lepiej sam sobie pomagał, bo mu trudno na siodło się dostać, a tymczasem skinęła znowu na mnie i wskazała, żebym jej podał rękę do wsiadania. Teraz jeszcze czuję, jak mi w on czas serce biło, jak mi się ręce trzęsły, kiedy ona swą małą nóżkę oparła na mojej szerokiej dłoni... Atłas zaszeleściał, zapach jakich odurzył mię, ręka jej biała, oparta na mem ramieniu, ogień jakiś w piersi mi wlała... Odetchnąć nie mogłem. Ona usiadła już na siodle i pochyliwszy się na lewą stronę, szukała strzemienia... lecz znaleźć go sama nie mogła... czy nie chciała?
— No! czego stoisz jak pień? — zawołała, śmiejąc się — pochył się łeginiu-sokole i włóż mi nogę do strzemienia.
Mówiła to tak czysto po naszemu, jakby się hucułką w górach rodziła.
Pochyliłem się więc i odsunąwszy długą jedwabną suknię, dotknąłem się nogi ostrożnie, delikatnie, niby świętości jakiejś i ułożyłem ją w pozłacanem strzemieniu. Gdy przypadkiem wówczas dotknąłem się drugiego jej kolana, czułem jakby strumień jaki ognisty przepłynął mi przez wszystkie żyły; mimowolnie podniosłem na nią oczy i popatrzyłem już tak samo, jak spoglądałem na wszystkie dziewczęta i mołodyce moje lubaski[18]... Nie rozgniewało jej i to zuchwałe spojrzenie, tylko uśmiechnęła się znowu jakoś dziwnie i zapytała:
— A wielu was jest w chacie u starego Kunysza? Czy wszyscy tacy dzielni chłopcy, jak ty?
— Ja tylko jeden... jedyny u starego Kunysza syn i więcej nas nie było nigdy — odpowiedziałem, śmiało jej w oczy patrząc.
— A nie przystałby ty do nas na puszkara? — pytała dalej, a na twarzy jej pięknej zakwitł znowu ów szatański kuszący uśmiech. — Ładnieby ci łeginiu-mołojcze było w kapeluszu z koguciemi piórami i z orłem cesarskim złotym na piersiach... I biedybyś nie zaznał nijakiej, bo ja samabym o tobie pamiętała i takiemu ładnemu chłopcu nie pozwoliłabym biedować.
— Nie moja to, światła pani, wola, ale wasza i starego mego gazdy ojca Kunysza stanowić może — odpowiedziałem pokornie. Ja... z ochotąbym służył.
— To dobrze!... Pamiętaj! — I ruszyła; za nią pojechali mąż sucherlawy, Niemczyk ów młody i puszkary.
Pojechali!... Ja stałem na miejscu, jakby mię kto był w ziemię wkopał; patrzyłem za białym koniem, co ogon jak chorągiew niósł, za sinym keptarem, za orlem piórkiem. I byłbym tak stał do nocy, gdyby nie to, że nagle uczułem, jak mi ktoś ciężką rękę na ramieniu oparł. Obejrzałem się — przedemną stał mój ojciec milczący, surowy jak rzadko.
— Chodź do domu — przemówił do mnie.
Odczepiłem więc mego karego i prowadząc go w ręku, szedłem obok starego i lęk mię jakiś dziwny ogarniał; przeczuwałem, że coś bardzo ważnego ma mi powiedzieć, nie mogłem jednak domyśleć się — co?
Gdyśmy zeszli z głównej drogi i skręcili na ścieżkę, prowadzącą do naszej chaty, stary przemówił do mnie smutnym, złamanym głosem:
— Stało się nieszczęście! Stało się to, czego najgorzej się obawiałem. Patrzyłem się własnemi oczami, słuchałem uszami, jak ta czarownica cię do siebie mamiła... Nie twoja wina i nie moja, żeś na jej drodze stanął... Nigdy ona na ten prażnik[19] nie przyjeżdżała, nie mogłem więc tego przewidzieć, że tego roku licho ją nadniesie. Znać już taka wola Boska i kara Najwyższego za grzechy i winy moje... A ja grzesznik stary, bezsilny przeciw niej; z nią i z mężem jej wojować nie moja siła, w rękach mię swoich plugawych mają, i nic z nimi nie poradzę... Kara to za grzechy, za przewinienia moje, kara Boża.
Mówił to, jakby nie ze mną, a sam z sobą rozmawiał; głowę na piersi pochylił i taki był smutny, że aż serce mi się z bólu krajało, gdym na niego patrzył.
Ojcze!... Tatuńciu mój słodki! — zawołałem, płacząc prawie. — Nie smućcie się! Co ona nam zrobić może? Nie pozwolicie, to nie pójdę w puszkary, wola to wasza.
— Jak ona zechce, to pójdziesz! Nie moja wola, och, nie moja, tylko jej, wiedźmy przeklętej; wiedzą oni na mnie takie rzeczy, że jakby chcieli, to głowę mi wziąć mogą. — Tu przerwał i znowu ciężko zasumował się i po chwili dopiero dodał: — Jeżeli nie zapomni i przyśle za tobą, to iść musisz, bo inaczej hańbę na ojca głowę, a nieszczęście na nas wszystkich sprowadzisz... Znać to kara Boża.
Przyszliśmy wreszcie do chaty. Ojciec matce i siostrom nawet nie wspomniał o niczem, sam tylko chodził jak podcięty.
Mnie czasem ogarniał ojcowski smutek i niepokój, ale wnet znowu stawała mi przed oczyma piękna postać mandatorki, jej uśmiech wabiący; przypominałem sobie te oczy jasne, bezdenne, a takie słodkie, i miło mi się na duszy robiło... Rozzuchwalony bo byłem bez miary, dziewczęta popsuły mię były zupełnie; zdawało mi się, że żadna kobieta nie może popatrzeć na mnie bez zakochania się...
— A co ona zrobi mi złego? — myślałem. — Gołąbka taka biała, taka łaskawa... Stary niewiedzieć czego się lęka, strach go jakiś obleciał... Mandatorka poprostu młoda kobieta, męża ma już starego i drannego, chłopców ładnych lubi, upodobała widać sobie we mnie i w puszkary ciągnie do siebie... Co mi to zaszkodzi?... Żenić się jeszcze nie czas, niechże młodości zażyję koło światłej pani.
Machnąłem ręką na te obawy, zjadłem w domu do woli i poszedłem po południu z powrotem do wsi zabawić się. We wsi hłum: wszystek naród, co na prażnik się zebrał, teraz pił już po karczmach; na bazarze hulatyka, aż ściany trzeszczą. Kiedy wszedłem do środka, wszyscy parobcy i dziewczęta zawołały razem:
— Hej! A gdzież to ty Mykoło się chowasz? Czyś tak zhardział dlatego, żeś z Milnerową panią gadał, że nawet zabawić się już nie chcesz? Hej, w taniec z nami!...
Kazałem żydowi zaraz postawić przed kompanią garniec wódki i garniec miodu, a sam wziąłem w taniec Katerynę Hilkowę, najładniejszą mołodycę wzdłuż całej rzeki... Oj Kateryna, to była Kateryna! zgrabna jak wiewiórka, zwinna jak łastówka[20], a łasiła się do mnie, jak gołębica jaka.
Poszedł taniec, poszła ochota!... Z każdą tańczyłem, każdej słodkie słowo w ucho szepnąłem, a niejednej dostał się i całus serdeczny... Czego żałować? Młodość od tego.
Już drugie kury piały, gdy nas wójt z puszkarami z bazaru rozpędził. Towarzysze, przyjaciele odprowadzili mię aż do naszego obejścia, pożegnałem się z nimi serdecznie, za kompanię podziękowałem i ruszyłem spać pod szopę... Choć chłodno było, to wolałem tam przespać się, niż ojca budzić o tak późnej porze, a do tego jeszcze byłem trochę podchmielony. W kilka chwil później spałem jak zabity.

*

Na drugi dzień, już koło południa, sam ojciec przyszedł pod szopę mnie zbudzić. Wstałem zaspany jeszcze, ledwie oczy przetarłem, doszedł mię z chaty płacz jakiś i zawodzenie straszne.
— Co to tatu? Czego one tak płaczą? — zapytałem ojca, wskazując na chatę. — Co tam się stało?
— Ach, co się miało stać? — odpowiedział ponuro. — Stało się to, co stać się musiało; starszy puszkar Kornył przyszedł po ciebie... Niby to proszą, a każą poprostu... Musisz synu iść, taka już twoja dola.
Poszedłem do chaty. Patrzę, matka, neńka moja stara, ręce łamie i płacze tak, że od zmysłów odchodzi, siostry za nią sobie zawodzą aż obrazy na ścianach dygoczą, a Kornył stoi na środku świetlicy, jedną ręką wziął się w boki, drugą na strzelbę oparł i mówi:
— Nie płaczcie baby, nie zawodźcie! Nic mu się złego tam nie stanie, chleba białego, kołaczów pszenicznych się naje, wina słodkiego napije do syta. Pobędzie rok, półtora, dopóki się nie przejé... Pani dobra, krzywdy ładnemu chłopcu nie zrobi...
I zaśmiał się jak puhacz.
— Nie ma co płakać! — dodał i ojciec. — Prośba pana mandatora to dla mnie tak, jak rozkaz najświętszy... Niedaleka droga. Niech co zjé po wczorajszej hulance i niech idzie z Kornyłem... Niedaleka droga, za trzy godziny najdalej będą na miejscu... Cicho baby! Nie płaczcie!
Wola ojca była święta, przestały głośno szlochać i zawodzić, ale łzy mimo to gradem z oczu matki się lały i po zwiędłych policzkach spływały. Choć nastawiała mi jadła różnego dowoli, jeść jednak nie mogłem, jakoś ochota do jedzenia odeszła mię zupełnie; wina tylko szklankę wypiłem, żeby nabrać mocy i przy Kornyle nie płakać, gdy będę się z matką żegnać.
Skończyłem, wstałem z ławy, przed obrazami świętemi trzy razy się przeżegnałem, ojca trzy razy w kolano pocałowałem i podchodzę do matki... Aż tu ona z wielkiej boleści ścisnęła mię za głowę.
— Synku mój — szepnęła i jak martwa padła na ziemię.
Chciałem ją podnieść, chciałem ratować, ale ojciec tylko ręką skinął i powiedział:
— Ruszajcie! sami sobie radę damy... Ruszajcie z Bogiem!... Co ci będzie potrzeba — dodał, zwracając się do mnie — to ci jutro najmyt[21] przywiezie... z Bogiem!
Wyszliśmy z chaty. Gdy byłem we drzwiach, usłyszałem za sobą żałosne jakieś wycie, zwróciłem oczy i ujrzałem, jak stary Sirko, pies nasz jednooki, poczciwa stara kotiuha[22], wzniósł pysk w górę i zowodził tak samo, jak tam w chacie matka i siostry. Nie wiem, co mi się stało, ale to psie wycie głębiej mi w duszę weszło, niż płacz matki i sióstr; strach mię jakich ogarnął, smutek jakiś obleciał. Szedłem długo za starym puszkarem i słowam do niego nie przemówił, wzroku nań nie podniosłem.
Gdyśmy tak milcząc uszli z pół godziny, pierwszy zagadnął mię Kornył:
— A cóżeś to tak posmutniał łeginiu-sokole? Maminej ci pierzyny żal, co?...
— Ot! śni ci się ojcze-wataho — odpowiedziałem mu, przybierając zawadyacką minę. — Nie pierzyny mi żal, ni pieca domowego, ni sióstr gołąbek. Wiem, że ja ich zobaczę, jak zechcę... Tylko żal mi, serce mi się ściska za koniem moim wronym, za orłem moim karym... Trudno mi będzie żyć bez wierzchowca miłego...
— Takiś sobie żal wyszukał — odpowiedział, pokpiwając. — Jak do mandatorskiego dworca przyjdziemy, to powiedz światłej pani słowo, a ona pewno pozwoli ci wziąć z sobą twego wronego. I tak byłbyś dostał mandatorskiego konia... Wszystko jedno, któremu obrok i siano dawać będą.
— Powiedz światłej pani! — powtórzyłem jak echo za Kornyłem. — Powiedzcież wy mnie ojcze-wataho — spytałem po chwili — jaka to pani? Dajcie dobrą radę młodemu.
— Radę ci dać! — odparł, zatrzymując się na chwilę. — Rady ci pewno nie pożałuję, bom z ojcem twoim gazdą Kunyszem niejedną szklankę wina wypił, niejeden kawałek chleba przełamał, niejeden raz głowę razem ważył; pobratymem twego ojca w czasie naszej młodości byłem, rady ci nie poskąpię... Krótka ona będzie: rób, co ci pani każe robić! Na nią się patrz, jej słuchaj, bo ona wszystko we dworze robi tak, jak zechce. Ona tam najwięcej znaczy... A przytem język za zębami trzymaj! Ot i wszystko!
Minęliśmy Jawornik, po za osadą wzięliśmy się leśnym płajem na prawo w górę i gdy słońce skryło się za Smotreżowy gruń stanęliśmy na miejscu.
Gdy przeszliśmy bramę, rozglądnąłem się w około... Skut[23] to był prawdziwy; naokoło mury z ogromnych kamieni, po pod murami stajnie jak kamienice gdzie w mieścisku; na środku dworzec z kutemi drzwiami i okiennicami. Koło samej bramy stała buda, a w niej psy na łańcuchach... Kotiuhy takie straszne, że nie wiedzieć było, czy to pies, czy zwiriaka[24]... Przeszliśmy bramę i dziedziniec brukowany; stary Kornyło wszedł po schodach na ganek, ja za nim; za chwilę otworzyły się drzwi do mandatorskiej świetlicy[25]... Pierwszą zobaczyłem samą Milnerową...

*

Tu stary góral przerwał opowiadanie; oparł głowę na obu dłoniach i pogrążył się w głębokiej zadumie; grzebał widocznie we wspomnieniach młodości. My obaj zasłuchani, wyobraźnią przenieśliśmy się w owe dawne czasy, które tylko z książki lub opowieści znać mogliśmy. Cisza zapanowała w kołybie wielka, tylko lekkie już obecnie i równe oddechy naszych śpiących towarzyszy mąciły ją trochę... Świerkowa kłoda płonęła cieniuchnym, bladawym, błękitnym płomykiem. W słabym tym świetle stary, zaschnięty, wiatrami spalony hucuł wydawał się duchem jakimś, gór opiekunem.
Po chwili podniósł ku mnie zadumane oczy i przemówił:
— Oj panoczku złoty, jeśli wasza łaska, dajcie mi jeszcze wina tego szklankę. Z powieścią swoją dochodzę do takich miejsc... do takich czasów, że dziś jeszcze, jak człowiek sobie wspomni, to aż żółć w środku się burzy i tak się gorzko w gardle robi, że wytrzymać trudno.
Pospiesznie nalałem mu znowu wina, które on dwoma haustami wypił i opowiadał dalej:
— Do świetlicy tej bodajbym nigdy nie zaszedł. Siedziała ona tam w jedwabnym szarafanie taka cudna, że jak człowiek popatrzył na nią, tak musiał pomyśleć: anioł to jest boski... heruwym nebesnyj... a to tymczasem była satana sprawiedliwa... Czart... czart... czart! I Bóg wszechmogący tak mię był młodego pokarał, że od samej drugiej Matki Bożej, aż do niedzieli po przewodach, ja pod jednym dachem z dyawolem tym mieszkałem, w jej szatańskie oczy patrzyłem.
Wówczas kiedy za Kornyłem pierwszy raz do tej świetlicy przyszedłem, skłoniłem się przed nią nizko, jak przed obrazem świętym, ona podniosła głowę, popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się znowu tak, jak poprzedniego dnia, że człowiek nie wiedział, czy się ona cieszy, czy żartuje? I przemówiła:
— Wcześnieście przyszli Kornyło; myślałam, że was tam długo stary Kunysz z pożegnaniami zatrzymywać będzie... No, cóż tam nasz nowy puszkar?... Zbliżno się chłopcze do mnie!
Przyszedłem tuż do sofy, na której siedziała. Ona podniosła się z siedzenia, poklepała mię po ramieniu, jak bydle jakie, pogładziła pod brodę, popatrzyła w oczy i zwracając się do Kornyła rzekła:
— A co stary, prawda, że mam dobre oko? Sławny łegiń! Takiego nie miałeś jeszcze pomiędzy swoimi puszkarami!...
Nim te słowa mówić skończyła, nadszedł z drugiej świetlicy i sam Milner i ten Niemczyk, com go wczoraj widział... Sam mandator był strasznie niepoczesny. Teraz dobrze mu się przypatrzyłem; mały był, chudy jak pies, oczy miał zielone jak u żaby, a prawe ramię wyższe; jak chodził, to jedną nogę ciągnął za sobą niby drewnianą, przyprawioną... Popatrzył na mnie od niechcenia i powiedział do Kornyła:
— Trzeba mu jutro wydać orła na oznakę, gwer[26] cesarski i przyjąć przyrzeczenie. Niech jutro rano stawi się w kancelaryi, ja go sam do kontroli zapiszę.
Niemczyk tylko nic nie mówił, a jeno spoglądał to na mnie, to na mandatorkę z wielką złością, od której zzieleniała mu jego biała twarz woskowa.
Pogadali jeszcze trochę i obaj gdzieś poszli; ja w świetlicy z panią i Kornyłem zostałem. Kazała mi przynieść jeść, sama nalała szklankę wina i wypytywała o ojca, o matkę i siostry. Później powiedziała Kornyłowi, żeby mi włosy trochę postrzygł i odprawiła nas obu do 'szlafcymbry[27].
Od tego dnia niewola się moja rozpoczęła. Nie to, żeby służba ciężka była — nie; starsi wszystko robili, a mną pani się zabawiała niby kotem jakim, lub ptaszkiem w klatce. Ognia mi jakiegoś, żaru piekielnego w krew namieszała; wiedziała wiedźma o tem dobrze, ale ją to bawiło i śmiała się ze mnie... Przez cały czas, com pod tym przeklętym dachem żył, ni snu ludzkiego nie zaznałem, ni mię ochota do jadła brała. Wyschłem, wychudłem był jak upiór jaki, a po nocach to tylko rozmyślałem, jakiby ja szczęśliwy był, żeby ona na mnie łaskawem okiem popatrzyła.
Prawdę powiedziawszy, ciała jej grzesznego nigdy się nie dotknąłem, ale nie z woli i postanowienia cnotliwego, jak to dawno kiedyś Józef patryarcha był uczynił, a poprostu dla tego, że ona nigdy nie pozwoliła na to.
Pomiędzy kamratami moimi był jeden taki sam młody chłopak, jak ja, aż z za Burkutu; nazywali go Illią Sinyczem. Ten także, jak durny chodził i jak słonecznik za słońcem zawracał głowę za Milnerową. Zrazu on na mnie krzywem okiem patrzył, jakby za złe mi miał to, żem tu przyszedł, kiedy się jednak przekonał, że nasza dola jednakowa, przystał do mnie jakoś serdecznie i polubiliśmy się bardzo, a nawet później zawiązało się między nami pobratymstwo serdeczne i na wojaczce i na wędrówce.
Po miesiącu mego pobytu w mandatorskim dworcu opowiadał mi Ilia, że i jego pani tak samo przymaniła, jak mnie, że bawiła się nim, jak mną, a teraz nawet okiem nie rzuci. Dalej opowiadał mi, że ten Niemczyk, co to u nich mieszka, to przyciągnął się za nią gdzieś aż z za Lwowa. Przyjechał z nią wtenczas, kiedy ona ostatni raz do miasta jeździła. Opowiadał mi, że Niemczyk ten podobnoś sierotą był po jakimś wielkim niemieckim panu, który łaskę wielką u samego cesarza miał i majątki wielkie na tego jedynaka swego zostawił, ale Milnerowa tak go zatumaniła, tak przywabiła, że chłopczysko porzucił i dwory swoje i pokoje cesarskie i matkę starą, i tu za czarownicą w góry nasze sine przyleciał — i ona jego hołubi i jaki może grosz z niego ciągnie, a sam Milner wszystko widzi i ręce zaciera z radości, bo grosz nad wszystko miłuje.
Słuchałem wówczas, co mi Ilia rozpowiadał, ale nie we wszystko wierzyłem; myślałem, że ze złości, a żalu tak gada. Później się dopiero przekonałem, ze Ilia nigdy nie kłamał, i że to wszystko prawdą świętą było, co on mi wtenczas mówił.
Owego roku zima u nas wcześnie nastała. Ile razy śnieg upadł, młody Niemczyk zabierał puszkarów i szedł z nimi w bór na polowanie; mnie pani kazała w domu zostawać... Bywało nieraz, każe mi nanosić smolnych drzew i ogień w jej pokoju na kominie rozniecać: później przyjdzie, siądzie przed ogniskiem i bajki każe sobie opowiadać. Nogę na nogę tak pozakłada, że kolana jej białe widać i wyciąga się jak kotka jaka.
Innym razem znowu każe mię wołać rankiem, kiedy w łóżku jeszcze leży, jedwabne łyżniki[28] nieco poodsłania, i leży taka biała, jak zjawisko jakie. Spyta mię: »co tam na dworze? czy mróz większy, czy mniejszy, czy może śniegu dopadło?«... A mnie trudno słów na odpowiedź znaleźć, tylko oczami ją zjadam i bełkoczę ni w pięć, ni w dziewięć, ot, co mi ślina na język przyniesie.
Szał mię już jakiś wtenczas chwytał, dur głowy się imał. Nieraz nocą nie śpię, przewracam się tylko i myślę, coby tu zrobić? I postanawiam sobie, że niech się tam co chce ze mną stanie, niech mam głową za to nałożyć, niech mam przepaść zaraz — to muszę ją mieć, choćby za cenę życia. Gwałtem ją zniewolę, z rąk się moich żelaznych nie wymknie... Chwila szczęścia, rozkoszy... a niech tam wszystko djabli biorą!... Co mi po takiem życiu, lepiej nie żyć, niż tak się męczyć... Zrobiwszy takie postanowienie, uczuwałem w sobie straszną moc, niby zwierz jakiś dziki i tylko czekałem sposobności... A kiedy sposobność nadeszła, to ona tak popatrzyła się na mnie swojemi szatańskiemi oczami, że wnet ze zwierzęcia krwawego, robiłem się barankiem głupim. Och! jak głupim!
Słowam do niej śmielszego nie powiedział. Bywało tylko oczami się do niej modlę i zmiłowania proszę. A rozumiała ona mowę tę tak samo, a może lepiej, niż inne ludzkie słowa, ale odpowiedzi od niej trudno się było doprosić... Śmiać się tylko umiała. Raz, pamiętam, rozłożyłem ogień na kominie i usiadłem tuż koło ogniska, ażeby drew dokłaść; ona przyszła do mnie i usiadła na swojem wysokiem krześle, nóżki swe drobne oparła na mem ramieniu, niby na podnóżku jakim, i patrzyła mi w oczy, a później nagle mię spytała:
— Mykoła, powiedz mi prawdę: czy ja ładna?
Ja wtenczas pochyliłem głowę do jej stóp i pocałowałem je po raz pierwszy.
Och! światła pani — zawołałem — tyś ładniejsza niż wszystkie inne kobiety na ziemi, piękniejsza niż królowa i cesarzowa, piękniejsza pewno od aniołów w niebie.
— A chciałbyś mieć taką żonę... taką lubaskę?... — pytała dalej, śmiejąc się. — Ja milczałem, coś mię w gardle dławiło, myślałem, że krew mię zaleje. — Powiedz, cobyś dla takiej lubaski zrobił? Czybyś jej usłuchał, gdyby ci co zrobić rozkazała?
— Cobym dla niej zrobił? — szepnąłem prawie, bo radość jakaś dziwna mowę mi odbierała. — Co?... wszystko, co człowiek zrobić może... Górybym na góry poprzenosił, smoka ognistegobym zabił... duszębym djabłu dla was, pani, zaprzedał.
— Pamiętaj o tem, coś tu powiedział; kiedyś ci to przypomnę, a jak słowa dotrzymasz, to wynagrodzę — powiedziała, wstając pospiesznie i uśmiechając się słodko, kusząco. — Za chwilę nie było już jej w świetlicy.
Sam nie wiem, co się wówczas ze mną działo; ręce w ogień pchałem i zdawało mi się, że ogień nie pali; zdawało mi się, że świat ten cały, to jedno jakieś niebo błękitne a wonne, że wkoło mnie nie zima śnieżysta, a zieloność rajska mię otaczała, że jestem olbrzym jakiś potężny, któremu nikt na świecie tym bożym nie podoła.
Później jak waryat jaki wybiegłem ze świetlicy; konia karmiłem i napawałem, kris czyściłem, ładunki robiłem, ażeby być gotowym na każde skinienie mojej pani, ażeby na jej rozkazanie służbę wszelką spełnić. I żeby tego dnia kazała mi była pójść i ojca rodzonego zastrzelić, to byłbym posłuchał, bo już taki jakiś jad w sercu miałem, że byłbym jej nie mógł nic odmówić.

*

Zima jak prędko przyszła, tak prędko minęła. I u nas w górach wiosna wcześnie się zaczęła; słońce jarkie z za węgierskich szczytów przezierało; wody odrazu wielkie, rozhukane poszły, ale też prędko spłynęły.
Dziwna to jakaś wiosna była, trawy się mocniej zieleniły, kwiatki po dolinach kwitnące mocniejszą woń miały, orły raźniej jakoś, wyżej i poważniej wkoło szczytów szybowały, ludzie do ludzi lgnęli serdeczniej, a nowiny dziwne dochodziły do nas, aż w góry — i to takie same: tak od północnej strony z lackiej ziemi, jak i od południa z węgierskiej. Jaskółki o cały miesiąc wcześniej niż zwykle przyleciały i szeptały zcicha, że po świecie wielkie dziwy się zaczęły, że wolność wszelka i swoboda dla narodu chrześciańskiego pracowitego ma wyjść, że mandatory i inne szwaby pójdą precz. Jaskółki te pochyliwszy swe śliczne główki kwiliły dalej, że takie już czasy nastały, iż panowie sami: kniazie, grafy i rycerze, tak po lackiej stronie, jak po całej węgierskiej ziemi, powiedzieli panu swemu, cesarzowi niemieckiemu, żeby narodowi swobodę dał, a jeśli nie zrobi tego, to bunt na niego podniosą i z tronu go zsadzą a innego, miłościwszego pana sobie obiorą. Wkrótce i ludzie to samo powtarzać zaczęli — i radość wielka zapanowała po wszystkich górach i dolinach.
Milner zrazu milczał, ale jak wieści te coraz głośniej powtarzać zaczęto, zwołał zewsząd gazdów i ogłosił, że to wszystko jest nieprawdą, że kto będzie wieści takie szerzyć, to każe go na suchej jodle powiesić, bez sądu i spowiedzi... Śmiał się naród Milnerowi w oczy i mało dbał o mandatorskie słowo, bo cyganie z Węgier przynieśli już byli pewne wieści, że już cesarz sam nie zechciał dalej panować, a młodego, braterskiego syna, na stolicę swą wyniósł i temu rozkazał wolność dla narodu podpisać. Milner tylko tę wiadomość taił, bo mu żal było swego panowania.
Mandatorka jedna także nic sobie z tego gadania nie robiła, jeszcze pyszniejsza niż przedtem stała i głowę tak wysoko nosiła niby królowa. Śmiała się ona z męża i z Niemczyka Hermana, tego swego kochanka; mówiła im, że serce ich babskie, a odwagi nie mają za trzy grosze.
Ja sam nie wiedziałem, co mam robić; czy na panią patrzeć się, która co dnia łaskawszą się dla mnie stawała, czy o wolności i swobodzie narodu myśleć? Kiedy bywało wyjdę w noc ciemną i usiądę opodal dworzyszcza na szarej skale, a owieje mię chłodny wiosenny wiatr, to zdawało mi się, że wiatr mi ten szeptał do uszu słodkie, dawne dumki, że przesuwał mi po przed oczy obrazy, o których dawniej śniłem.
— Czas! czas! — zdawało mi się, że wiatr mi szeptał do ucha. — Czas łeginiu w pole ruszyć! Czas na sławę zarobić! Pora do tego najlepsza... Czego będziesz koło baby fałszywej, koło Niemkini niewiernej młode lata tracić, z żalu a pożądliwości schnąć... Pora już tobie z toporkiem pohulać, jak ojcowie i dziadowie twoi hulali!
Na samo Błahowiszczenie[29] święte poszedłem do cerkwi w Żabiu na nabożeństwo. Po służbie Bożej naród chrześciański zebrał się wkoło Dmytra Korszuna, który powracał z jarmarku w Sygiecie, gdzie jak zwykle za końskim handlem jeździł. Dmytro rozpowiadał, a ludzie słuchali. Rozpowiadał on wtedy, że już i przeciw młodemu cesarzowi węgierscy panowie się zbuntowali, że wojewodę cesarskiego z Buda-Pesztu wygnali i wojnę zaczęli. — Opowiadał, że panowie ci nie zbywali narodu obietnicami, jak to czynili urzędnicy i żupani, ale odrazu wolność chłopstwu dali, a co młodszych i dorodniejszych do huzarów werbowali, za pańskie pieniądze ubierali, i na wojnę z cesarskiemi pułkami wyprawiali.
Musiał się i Milner o tem dowiedzieć, bo tego samego wieczora zwołał znowu starszych gazdów i ogłosił im, że cesarz wolność dał i powinności podarował, ale jeszcze rok, dwa może, musi zostać po dawnemu, dopóki buntowników nie ukarze i nowych podatków w Wiedniu nie wyznaczą.
Na takie słowa gwar się zaczął między gazdami. Zaczęli wszyscy razem krzyczeć, że chcą wolności zaraz, że wiedzą dobrze o tem, jak po całym świecie naród jest już wolny, że podatków żadnych nie myślą płacić.
Milner opowiedział im, że napisze z zapytaniem do Lwowa i kazał im iść tymczasem do domu i czekać odpowiedzi.
Kiedy się rozeszli, zwołał znowu nas wszystkich puszkarów, powiedział nam, że, jeżeli wierni mu będziemy i przyrzeczenia zrobionego dotrzymamy, to cesarska łaska nas czeka i dary wielkie; później kazał nam rozdać proch i kule i nie pozwolił nigdzie z dworzyszcza się wydalać, tylko z nabitą bronią sadyby pilnować.
W nocy przyprowadzili do mandatora Lejbę Bera, arendarza z jawornickiej karczmy; długo oni coś sobie po żydowsku szwargotali, a później, przed rankiem jeszcze, Lejba wziął mandatorskiego konia i gdzieś pojechał w dół z biegiem rzeki.
Pomiędzy nami puszkarami różne gadania o tem wszystkiem były, stary Kornył, nasz wataha, wieczorami rozpowiadał nam różne powieści o opryszkach, nibyto zasłyszane od kogoś w młodości; my jednak wiedzieliśmy wszyscy doskonale, że opowiadał rzeczy, na które sam się patrzył, bo wiedzieliśmy, że za młodych lat sławnym opryszkiem był i tylko z ubóstwa i niedostatku u Milnera za watahę puszkarów służy.
Opowiadania te starego Kornyła coraz dziwniejsze myśli w duszy mojej budziły i coraz to mniej myślałem o Milnerowej, a nawet raz spotkawszy się z Kateryną na płaju odprowadziłem ją do domu, a że mąż jej gdzieś w górach deski tarł, więc zostałem u niej i dopiero o świcie do wachcymbry wróciłem. Jeden tylko Kornył to zauważył, ale nietylko mnie nie połajał, lecz przeciwnie uśmiechnął się filuternie i darował mi ładną rogową prochownicę.
W wielki wtorek wyprosiłem się na tydzień cały do domu; chciałem zobaczyć rodziców i dłuższy czas z siostrami zabawić, i tak dwie już tylko w domu były, bo najstarsza w zimie za mąż poszła. Kiedy przyszedłem wieczorem, zastałem ojca jeszcze pochmurniejszego niż zwykłe. Siedział na ławie zadumany i ledwie że głową mi skinął, gdy go w kolana całowałem. Przedtem nim poszliśmy spać powiedział mi, żebym się na jutro do spowiedzi i komunii świętej gotował, bo życzy sobie, żebyśmy obaj razem te sakramenta przyjęli. Strach mię wielki wziął na te słowa, bo oddawna już o spowiedzi nie myślałem nawet... Wola jednak ojca świętą była dla mnie. Całą noc o grzechach moich rozmyślałem i zmiłowania Boskiego prosiłem... Obawiałem się strasznie, raz: czy zdobędę się na odwagę i wypowiem przed dobrodziejem ciężkie grzechy? drugi: czy przewinienia moje znajdą odpuszczenie i łaskę u Pana Boga?
Rano przyszliśmy do cerkwi. Dobrodziej, jak dostrzegł nas obu, skinął zaraz, żebyśmy do zakrystyi przyszli się spowiadać. Ojciec mój spowiadał się pierwszy; spowiedź ta trwała bardzo długo, ja tymczasem klęczałem przed wielkim ołtarzem za carskiemi wrotami i w piersi się biłem. Do uszu moich dochodziły westchnienia mego starego, a nawet zdawało mi się, że słyszałem szlochanie. Słuchałem tego i strach mię jakiś przejmował i pragnąłem, żeby spowiedź ta ojcowska jak najdłużej się przeciągnęła. Wreszcie wyszedł. Ja przestąpiłem próg zakrystyi i odrazu jakby ręką odjął... Strach mię zupełnie opuścił... Stary nasz ksiądz jak gołąb biały, uśmiechnął się do mnie pobłażliwie i nadzieja jakaś z uśmiechem tym w serce mi weszła.
Biłem się w piersi... Ja rab bożyj wyznawałem przed sługą pańskim, wszelkie nieprawości moje, opowiadałem mu w jakiem piekle żyłem, jakie żądze szatańskie duszę mi trawiły; spowiadałem się i z myśli grzesznych i z zamiarów plugawych. A on starzec siwowłosy, jak święci pańscy łagodny, ręce skrzyżowane nad głową moją trzymał i prosił Boga o zmiłowanie, a grzechów odpuszczenie. Gdy już skończyłem wyliczać grzechy, nachylił się nademną i szepnął: że choć bardzo ciężko przeciw prawu Bożemu zawiniłem, jednak odpuszczenie za grzechy u Boga znajdę, bo miłosierdzie Jego jest niewyczerpane a cierpliwość wielka.
Przez całą służbę bożą modliłem się, jak nie pamiętam w życiu, ażebym się tak drugi raz modlił... Tak mi jakoś na duszy lekko się stało, tak słodko i wesoło, jakbym najsłodszej rajskiej szczęśliwości dostąpił. A kiedy pochyliwszy głowę przyjmowałem wino i chleb — ciało i krew Chrystusa Pana — to wydało mi się, że do nieba już idę i że ziemia ta czarna nie jest moją ojczyzną.
Po służbie Bożej ojciec zamiast zaprowadzić mię do domu, powiódł, milcząc, na stary cmentarz, który leżał na stoczystości góry, na lewo od naszej sadyby.
Szedł stary pospiesznie naprzód, jakby go coś pędziło, i nie oglądał się nawet. Nogą spruchniałe wrota odsunął i weszliśmy do środka.
Odwieczne, wyniosłe jodły szczupłą swą zielonością nie ocieniały dostatecznie małych, omszonych krzyżyków; jałowiec puścił się dołem i obejmował swojemi gałęziami niby splotami wężowemi nadgrobne znaki. Po krótkiem rozejrzeniu się ukląkł ojciec przed większym trochę kamiennym krzyżem i mnie wskazał ręką, bym to samo uczynił. Gdy ukończyliśmy modlitwy, rzekł stary takim głosem, jakiego nigdy przedtem u niego nie słyszałem:
— Mykoło! Tu leży mój ojciec a twój dziad... Ja sam aż z pod Suczawy przyniosłem go tu z kulą w piersi, martwego trupa; przyniosłem, ażeby go w rodzinnej ziemi pochować... Jego ojciec, a twój pradziad, «Czarny Danyło» leży aż na siedmiogrodzkiej ziemi, tam na «Wołoskim-dile» a leginie-towarzysze grób mu toporkami w skale wyciosali... Gdzie ja sam głowę złożę?... Tego jeszcze nie wiem. A wiesz ty synu, za co oni głowami nałożyli? Za co życie swoje dali?... Za wolność, za swobodę huculskiego, chrześciańskiego ludu!...
— Czy znasz ty nasze dzieje synu? — zapytał nagle.
— Trochę znam — odpowiedziałem cichym głosem — tyle, co Kornył opowiadał.
— Posłuchaj, opowiem ci w krótkości — rzekł mój ojciec, siadając na mogile.
Ja stałem przed nim, patrząc mu pilnie w oczy.
— Dawniej, za dawnych czasów niewoli żadnej nie znaliśmy: moc tu pańska, starościńska nie sięgała. Sąsiadamiśmy tylko byli... Raz żyliśmy z podgórskimi panami w zgodzie i razem na dzikiego zwierza polowali, to znowu wojowaliśmy trochę, ale nie zawzięcie. Aż dopiero, gdy Niemcy przyszli, skończyło się huculskie życie... Sól zaraz nam zabrali, za lada marną przewinę na szubienicę ciągnęli, a kupców jadących przez góry strzegli jak oka w głowie... Biedny naród żyć nie mógł i nie miał z czego, niewola mu dojadała... Zaczęła się wojna. Tak jak mój dziad zginął... tak oddało życie tysiąc łeginiów najbujniejszych, najprawowierniejszych. Za dziadem poszedł mój ojciec... Wojna to była zacięta. Jak wilki, jak orły czatowaliśmy na każdego Niemca; spadaliśmy na nich jak jastrzębie... Żołnierskiemi szkieletami obwieszaliśmy sto sosen na Howerli... herbowemi orłami ubrali gruń Pop-Iwana. Wreszcie przyszła zła godzina. Niemcy w białych kabatach naleźli, jak ćmy... Ojca mi zabili... Zaniosłem go tu i pochowałem, sam aż na Bałkan uciekłem... Tęsknota za krajem zmusiła mię do tego, że wróciłem. Powróciwszy ożeniłem się, dzieci podchowałem, majętności wszelakiej dorobiłem się... a jednak spokoju nie zaznałem. Krew mię nieraz pali, krew niewinnie nieraz przelana. Sumienie nieraz dokucza, niepokój gnębi... Gnębi, bo Milner, ten zielonooki wie o wszystkiem, ma dowody, czarno na białem, zaprzysiężone świadectwa... Milczy dotychczas, bo mię się boi... obawia się zemsty moich pobratymców, których jest mnóstwo, ale i ja jego się boję i spokoju nie mam. Dlatego to kazałem ci do woli jego skłonić się i w puszkary iść, odżałowałem nawet duszę twoją młodą na pastwę tej wiedźmy oddać... Zrobiłem to grzeszny człowiek, bo o głowę moją truchlałem, on mi ją może wziąć, kiedy zechce. Teraz jednak wszystkie te drobne przyczyny za nic — zawołał nagle głośniej, a oczy mu dziwnym blaskiem zaświeciły — czasy nowe nastały, a dla nas hucułów przyjdzie wolność i swoboda. Synu, choćby ci przyszło poświęcić głowę ojca, choćby ci przyszło i swoją młodą główkę gdzieś na pobojowisku złożyć, nie patrz na to... Przysięgnij mi. A jeżelibyś inaczej postąpił... to niech piekło cię pochłonie, bo w takim razie tyś nie mój syn, nie krew krwi mojej, nie kość z kości!...
Jak rażony gromem przypadłem do nóg ojcowskich i całowałem je ze łzami w oczach. Łzami temi gorącemi skropiłem dziadową mogiłę... i stałem się mocny jak gruń Iwanowy i jak on nieugięty. Czary wiedźmy nie miały już na mnie mocy, jakaś inna siła z za grobów duszą moją zawładnęła... Wróciliśmy do domu.
Święta przeszły wesoło, w naszej chacie szczególnie. Obie moje młodsze siostry zaswatano w czasie tych świąt... Wszyscy gazdowie się dziwili, że ojciec tak dumny i hardy, sam przekazał do ubogich chłopców — prawda że pracowitych, ale chałupników tylko — przekazał, że mogą przysyłać swaty, bo im dziewek nie odmówi. Jakby z obawy jakiej, dla każdej zaswatanej dziewki zaraz po sto dukatów na posag u dobrodzieja złożył.
Tydzień zbiegł, jakby go nigdy nie było. Ani obejrzałem się jak przyszło do puszkarskiej służby wracać. Oj! nie chciało mi się tam iść, ale ojciec kazał, ażeby przed czasem psa nie droczyć. Jedyna weselna myśl, która mi — w tym smutku i nudzie — jaśniej przyświecała, była nadzieja, że w niedzielę po przewodach znowu do domu wrócę na sióstr wesela, które jednego dnia miały się odbywać.
Gdy do mandatorskiego dworca powróciłem, zaraz tej samej nocy opowiadał mi Ilia, że Lejba z papierem od mandatora do Kołomyi do starosty cesarskiego jeździł. Na papier ten w odpowiedzi starosta przysłał Milnerowi kapitana i żołnierzy ze sześćdziesiąt, których on w blizkich, ale trudno dostępnych kołybach pokwaterował. A co nocy sześciu wojaków w białych kabatach[30] przychodzi do dworca na wartę.
Wyszedłem natychmiast na dziedziniec i przekonałem się, że w rzeczy samej dwóch żołnierzy przechadzało się koło bramy na warcie, a przez szerokie okno wachcymbry widać było innych czterech zajętych graniem w karty. Stary kapral siedział z Kornyłem koło ogniska i widocznie bawił się jakąś Kornyłową opowieścią, bo ze dworu mogłem dostrzedz, jak mu się ze śmiechu brzuch trząsł.
Tak mijały dnie po dniach. Ja pamiętny słów ojca — i postanowiwszy sobie przy spowiedzi nie uledz niewieściemu czarowi — unikałem jak mogłem widoku Milnerowej. Ona jednak kilka razy przypominała sobie o mnie i wołać do świetlicy kazała. Rozpytywała mię znowu: co między hucułami za baje chodzą? co gazdy o tych bajkach mówią?... Później śmiała się i mówiła, że potrzeba takiego bydła jak hucuły, ażeby w takie brednie wierzyć.
— Mąż mój ma cesarską moc w swej dłoni, za najmniejszy bunt każe powywieszać buntowników, jak psów wściekłych... na gałęziach suchych.
Ja tylko głowę na te słowa pochyliłem i odpowiedziałem jej:
— Wasza wola, a moc, światła pani!
Zacząłem nienawidzieć sam siebie. Wiedziałem bowiem już wtenczas dowodnie, że ona jest piekielną poczwarą, którą szatan dla kuszenia grzeszników na tę ziemię posyła. Ksiądz mi to stary przy spowiedzi wytłumaczył, a mimo to ciągnęło mię do niej jak pijaka do wódki. W oczybym jej tylko patrzył, jej białych rąk dotykał...
Zimny dreszcz mię nieraz przechodził — taki mroźny, niby już przedśmiertelny — gdym sobie pomyślał, co się ze mną stanie, kiedy przyjdzie wybierać pomiędzy przysięgą złożoną ojcu, a tą czarnobrewą... tą liliową, różaną panią.
Raz przed wieczorem kazała mię znowu wołać do siebie... Poszedłem... Zastałem ją siedzącą nad jakąś dość dużą skrzynką żelazną... Była tego dnia dziwnie zadumana i smutna. Gdy wszedłem, podniosła na mnie swe duże przejrzyste oczy i patrzyła niemi na mnie długo... długo... jakby pragnęła przejrzeć mię na wylot.
Ja oczu także nie spuszczałem, lecz wpatrywałem się w nią uważnie. Zapomniałem wówczas o wszystkiem: o spowiedzi, o naukach starego dobrodzieja, o opowiadaniu ojca, o przysiędze złożonej... Jakiś szatan zaczął mi szeptać do ucha: «Właśnie przyszła chwila, ona będzie twoją, już ją masz!»
Ona tymczasem przemówiła do mnie powoli, z namysłem, ważąc każde słowo:
— Mykoło! zdaję mi się, że tobie zaufać mogę — mówiła, patrząc mi ciągle w oczy — jeżeli przyrzekniesz mi, że nie zdradzisz tej tajemnicy, którą twemu sumieniu powierzę, to zażądam dziś w nocy pewnego poświęcenia z twej strony, pewnej pomocy...
— Chcecie, światła pani, — przerwałem jej porywczo — to wam przysięgnę!
— Nie! nie potrzeba, ufam twojej uczciwości — odrzekła po pewnym namyśle. — Widzisz — mówiła dalej, wskazując na skrzynkę — tam są pieniądze i kosztowności, które chciałabym zakopać... Czasy są niebezpieczne, wojna w sąsiedztwie, kto wie, co i nas czeka. Sama tej skrzynki nie zaniosę w bezpieczne miejsce; przyjdź dziś po pierwszych kurach, zastukaj do tego okna, ja ci dam skrzynkę i sama z tobą pójdę do lasu... zakopać... Chciałam do tego użyć albo Hermana albo starego Kornyła, ale ciebie wolę, tobie najwięcej ufam...
Przestała mówić, tylko ciągle patrzyła mi w oczy.
Ze mną dziwy jakieś się działy, coś mię strasznie koło serca dusiło, a świat kręcił się wkoło mnie tak, jakbym był porządnie pijany... Zdawało mi się, że dwa jakieś duchy, wrogi śmiertelne, tam we mnie, gdzieś w sercu, w piersiach wojnę wielką toczą. Po chwili dopiero odpowiedziałem jej, że przyjdę wedle rozkazu i czemprędzej wybiegłem z izby.
Gdy byłem już w drzwiach, zawołała mnie i kazała mi wrócić.
— Czego lecisz jak szalony? — zapytała surowo. — Nie powiedziałam ci jeszcze, jak masz to zrobić. Masz tu klucz od tej furtki, co z ogrodu prowadzi wprost w bukowy las... Teraz idź zamelduj się Kornyłowi, że idziesz posłany przezemnie na dół, do Jawornika... Do północy prześledź gdzieś w lesie, gdzie sam chcesz wreszcie, a po pierwszych kurach otwórz furtkę, podejdź pod to okno, stuknij dwa razy, ja ci otworzę, zabierzesz skrzynkę i pójdziemy... Teraz możesz już iść...
Ścisnąłem w ręce klucz od furtki i wybiegłem. Klucz ten zdawał mi się ogniem żarzącym, palił mi ręce... Sam nie wiem, co powiedziałem staremu Kornyłowi, to tylko pamiętam, żem co rychlej wybiegł z dworzyszcza i pognałem wprost przed siebie w las bukowy, w ciemną, czarną puszczę.
Nie zatrzymałem się aż koło krzyża nad «biesową pieczarą». Krzyż ten postawiono za dusze węgierskich robotników, którzy kilka lat temu, wracając gdzieś z lackiego kraju z roboty, zabłąkali się w zamieć aż do tej debry i w niej śmierć znaleźli. Dopiero na wiosnę, jak śnieg stajał, ciała ich na dnie znaleziono.
Krzyż ten i straszne baśnie przywiązane do tego miejsca oprzytomniły mię trochę, przeżegnałem się i zacząłem się modlić. Kiedy wszystkie pacierze odmówiłem, dał mi jakoś Pan Bóg opamiętanie. Zastanowiłem się nad tem, co mam czynić.
Zrazu chciałem zostawić Niemkinię, a sam uciec do ojca; bałem się jej czarnoksięzkiej siły. To znowu dawny zły duch czepiał się mnie i szeptał: »Napluj na ojca, na księdza, na świat cały... Ona śliczna, ja ci ją dam za kochankę; razem z tem złotem pojedziecie gdzieś w wołoskie lub tureckie kraje i panować tam będziecie... Pluń na wszystko!«
Zaraz jednak zacząłem się żegnać i złego ducha odpędziłem.
Rozmyśliwszy się dobrze, postanowiłem pójść, posłużyć mandatorce i nikomu o tem nie wspominać. W ich rękach była jeszcze wielka siła.
— Nie posłucham satany — myślałem — to jeszcze nieszczęście na głowę ojca sprowadzę.
Zrobiwszy takie postanowienie, co prędzej, przed ciemnym mrokiem jeszcze, wyszedłem na płaj i nie wiedząc, co robić do północy, powlokłem się na dół do karczmy, w której Lejba, prawa ręka Milnera, siedział. Homon[31] tam zastałem wielki, kompanów kilku i jakichś cudzych ludzi z dalekich węgierskich i lackich dolin.
Rozpowiadali oni, że wojna straszna na węgierskiej stronie, że krew przelewają, majętność wszelką niszczą, za łby się wodzą tak cesarscy, jak i pańscy, że wolność tam taka już nastała, że chłop z huzara prostego może jenerałem i grafem zostać, a szewca już nawet jakiegoś baronem panowie zrobili za to, że nieprzyjacielskie harmaty pobrał. A laszek jakiś rusiawy[32] zaczął mówić, że w lackiej ziemi tak samo będzie, że on teraz idzie do węgierskich panów przystać, nie on sam tylko, ale takich jak on pójdzie krocie, że za nim idą wszystkie huzarskie pułki, które wojaków w pień po całem podgórzu — hen! aż na Podolu — wycięli, pańskie i mieszczańskie rządy naznaczyli, a sami idą na swoją ziemie resztę wojsk zwojować do ostatniego końca.
Towarzysze moi kazali zaraz postawić przed wrażym lachem i wódki i miodu, i mnie pić prosili, ale wymówiłem się mówiąc, że dobrodziej za pokutę nie kazał mi przez miesiąc wódki brać do ust. Zawierzyli, bo tak się nieraz działo... Ja tylko zbliżyłem się do laszka i szepnąłem mu, że, jeżeli chce na węgierskiej ziemi wojować, a nie w Milnerowym kryminale gnić, to niech zaraz ucieka i przez ruski dił tej nocy jeszcze przemyka, bo spotkałem na drodze żydka, który biegł do kancelaryi zapewne dać znać o nim do mandatora.
Laszek popatrzył na mnie z wdzięcznością, dopił miodu, wziął toporek i wraz ze mną wyszedł z karczmy.
Tam nawinął się zaraz Dmytro Korszun, który znowu szedł czegoś na węgierską stronę i obaj razem ruszyli... Mogli iść, bo choć noc była późna, za to jasna. Księżyc stał na pełni i widać tak było, jak wśród białego dnia.
Ja zawróciłem na płaj ku mandatorskiej sadybie. Na drodze spotkałem Kornyła, którego posłał w rzeczy samej Milner, żeby mu tego laszka przyprowadził. Szepnąłem staremu, że darmo idzie, ale on tylko ręką machnął i ruszył dalej, a za nim czterech puszkarów, i żydek kaprawy, wnuk Lejbów.
Podszedłem pod mur sadyby od strony bukowego lasu i usiadłem na kłodzie. Po gwiazdach miarkując, było jeszcze z pół godziny do pierwszych kurów... Żeby mi się nie nudziło i dla odstraszenia biesa wykrzesałem sobie ognia, zapaliłem fajkę i zacząłem powoli Otcze-nasz szeptać, tak od wszelkiego przypadku.
Puszcza otaczała mnie dokoła, jakaś taka cicha, głucha, że aż lęk mnie brał dziecięcy; nawet psy mandatorskie posnęły gdzieś spokojnie i nie odzywały się tej nocy. W około z pni zwalonych, pruchniejących, roztaczały się jakieś blade, smutne światełka, niby to ogniki, co po cmentarzach płoną w noc ciemną.
Wreszcie od strony Milnerowej sadyby rozległo się pierwsze pianie koguta. Głos ten pruł ciszę. Jakoś tak gwałtownie rozlegał się po lesie, tak donośnie, że wydał mi się wówczas głośniejszym od najhuczniejszego strzału. Wstrząsnąłem się cały, zerwałem się na nogi i poszedłem do znanej mi furtki.
Drzwi otworzyły się bez hałasu, znać zamek był smarowany i widocznie niedawno ktoś go próbował otwierać. Zdaje się, że Milnerowa musiała niecierpliwie oczekiwać mego przybycia, bo nim zastukałem do okna, otworzyło się ono, a stojąca w głębi pani wskazała mi milcząc skrzynkę, sama zaś — opierając się mocno na mem ramieniu — zeskoczyła i stanęła obok mnie w ogrodzie. Pospiesznie wrzuciłem skrzynkę, która okazała się nazbyt ciężką, do przygotowanego worka, wziąłem ciężar na plecy i ruszyłem przodem do wskazanego przez panią miejsca.
Szedłem umyślnie przodem, ażeby na nią nie spoglądać i pokusie przystępu nie dawać. Drogę mieliśmy niedaleką. Uszedłszy jakie dwa tysiące kroków ku górze, pod pierwszym ogromnym smerekiem Milnerowa stanęła, dała mi do rąk ryskalik, który sama przyniosła i kazała jamę w ziemi kopać.
Po półgodzinnej robocie skrzynka znikła zakopana na półtora łokcia pod ziemią. Dla większego bezpieczeństwa przesunąłem na to miejsce, gdzieśmy ją zakopali, wielki spruchniały pień, zwalonego przez wiatr świerka.
— Dziękuję ci — przemówiła pierwsza mandatorka.
Ja stałem milczący, krew gorąca znowu nosić mną zaczęła.
Dreszcz zimny przebiegł po mojem ciele: »Poczekaj, światła pani — pomyślałem — koniec twego znęcania się nad hucułem. Teraz ty w moich rękach i twój piekielny pobratym już ci nic nie pomoże.
W myślach tych nie było żadnej serdeczności, żadnego przywiązania, tylko złość jakaś bezmierna i chęć zemsty. Posunąłem się nagle ku niej i chwytając ją niespodzianie za rękę zawołałem:
— Tylko tak dziękujesz mi, światła pani... Tego zamało.
Ona nie przestraszyła się nawet, tylko śmiejąc się wesoło odpowiedziała:
— Uważasz, że za mało, masz więcej — i zarzucając obie swe białe ręce na szyję, pocałowała mnie w same usta.
Otchłań jakaś przedemną się wówczas odkryła, rozszalały, pijany, nieprzytomny, ścisnąłem ramiona, ażeby ją do piersi przygarnąć.
Gdy nagle stała się rzecz dziwna, rzecz, której do dziś nie mogę sobie inaczej, tylko sprawą ducha nieczystego wytłumaczyć. Ta biała, ta delikatna, ta gołąbka odtrąciła mnie nagle od siebie z taką siłą, że jak gałązka bukowa, wiatrem złamana, odleciałem kilka kroków na bok i zachwiawszy się, upadłem na kolana. A ona stała powyżej, niby jakaś większa i potężniejsza, mocna siłą nie swoją, a z piekła chyba pożyczoną. Wszystkie blade światełka z pruchen zleciały się teraz do niej i otoczyły ją jakiemś białem, cmentarnem światłem. Nagle zaśmiała się tak, że aż korzenie świerkowe na sążeń pod ziemią zadrżały, a z grunia Smotreżowego skała się urwała i w dolinę z hukiem spadła.
— Cha! cha! cha! Ty chłopie! Ty chamie! — wołała, śmiejąc się czartowsko. — Toś ty mnie chciał siłą mieć... Nie gwałtem, ani przemocą mnie trzeba brać, a prośbą nizką, a służbą wierną. Mówiłam, że będę twoją, bo mi się podobały oczy twe sokole, barki twe niedźwiedzie, usta rumiane... twój wiek młody. Ale zasie do mnie przemocą, bom ja silniejsza, mocniejsza niż dziesięciu takich jak ty... Teraz wstawaj i idź za mną. Służ wiernie jak pies, a słowa swego nie zmienię, obietnicy dotrzymam.
Mimowolnie podniosłem się z ziemi i ze spuszczoną głową poszedłem za tą wiedźmą. I sam do dziś nie wiem, czym szedł obok kobiety śmiertelnej, czy koło upiora piekielnego.
Jak wspomnę sobie teraz tę noc, to myślę, że byłem pijany do śmierci, a czart mi takie sny straszne przesuwał po przed oczy, choć znowu przysiądz mogę, że żadnego napitku dnia tego w usta nie brałem.
Szliśmy milcząc. Koło furtki ona wzięła z moich rąk klucz i zniknęła za drzwiami, a mnie tylko ręką wskazała, ażebym wracał do wachcymbry przez główną bramę. Nie wiedząc sam, co robię, posłuchałem tego niemego rozkazu.
Przyszedłszy do bramy, zastałem ją otwartą. Hałas jakiś był na dziedzińcu. Lejba rozmawiał coś pocichu z Milnerem, a żołnierze w białych kabatach stali rzędem przed nimi. Wreszcie mandator, odprowadziwszy kaprala na bok, coś mu tam mówił i wręczywszy mu jakieś pismo, machnął ręką. Kapral stanął na czele żołnierzy, zmienił front i wyszli miarowym krokiem za bramę. Żydek pobiegł przed nimi.
Gdzie i po co oni poszli w ten czas? Nie wiedziałem... Nie wrócili... i później nie mieliśmy już wojskowej warty. Następne dwa dni przeszły spokojnie, o żołnierzach nikt u nas nie słyszał, wiedzieliśmy tylko, że żydki mięso i chleb górskiemi płajami w połoniny zwozili. Dokąd i dla kogo oni to robili? Nie dopytywałem się wówczas.
W piątek po Przewodach powiedział mi Kornył, że mogę iść na wesele sióstr. Poszedłem rad, że z tego czartowskiego gniazda choć na jakiś czas się wyrwę.
Gdy przyszedłem do domu, zastałem tam praźnik prawdziwy. Łeginie-towarzysze z najdalszych gór na wesele się poschodzili, a wszyscy postrojeni niby na Wielkanoc. Dziewcząt było tyle, ile kwiatów na połoninie, a wszystkie piękne i wesołe niby ptaszki leśne. Przybyli i gazdowie starzy, blizcy i dalecy, od węgierskiej i wołoskiej granicy, z naszej czarnej i mołdawskiej białej rzeki — a byli nawet aż z nad Prutu i Bystrzycy.
Stary mój ojciec poczęstunku nie żałował. Miód się czerwony pienił, wódka się perliła; wołów kilka na uboczu rznięto codzień. Rodzic mój — sam jednak napitku do ust nie brał, tylko na stronie z gazdami gadał ciągle; naradzali się nad jakiemiś ważnemi sprawami.
Ludzie, którzy od dolin poprzychodzili, opowiadali, że wojsko wielkie węgierskie — sama konnica, huzary złote — idą z lackiego kraju przez nasze góry na ziemię węgierską. Opowiadali, że w Kossowie ksiądz z sakramentem, naród zaś z procesyą i chorągwiami ich witali, że wolność wielką dają wszędzie, a mandatorów rozpędzają lub wieszają przy drogach.
W sobotę, w diwoczy-wieczór sto dziewek śpiewało, kiedy moim siostrom wianki splatano i kosy bujne czesano. W ten sam wieczór przyleciał do nas na podwórze łegińz Jasionowa, Pańko Wódwód, i dał znać, że huzary już w Jasionowie dziś nocują; jedni w Jasionowie, a drudzy już aż w Krzyworówni. — Opowiadał dalej, że panowie ich tam po dworach goszczą, że w Krzyworówni wytoczył pan dwanaście beczek wina, dwanaście miodu, a dwanaście wódki; opowiadał, że przy stu ogniskach całe woły dla nich pieką. Mówił dalej, że przez jutro, przez niedzielę świętą, przestoją w Jasionowie i Krzyworówni, a w poniedziałek na południe zagoszczą w Żabiem, żeby więc naród przygotował dla nich wszystkiego: tak jadła jak i napoju.
— Chłopcy to śliczni jak sokoły — mówił, zwracając się do dziewek — oczy u nich czarne a włosy krucze, a złota na nich tyle, że aż w oczach się ćmi.
Dziewkom, mołodycom w to graj, aż śpiewać ładniej, serdeczniej zaczęły, jak tę nowinę posłyszały.
W niedzielę świętą po Przewodach, odbyły się rano w cerkwi oba śluby moich sióstr. Po służbie Bożej dobrodziej nasz przywołał mego ojca i starszych gazdów i przykazał im, żeby strawy różnej dla ludzi i obroku dla koni węgierskich przygotowali, a jutro rano byli w cerkwi przystojnie odziani, ażeby z paradą i uczciwością przyjąć gości wojennych.
Tego dnia już jakoś zabawa nie szła, każdy tylko o huzarach myślał. Dziewczęta nie wiedząc czego same do siebie się uśmiechały, a parobcy zbierali się kupkami, zcicha coś radząc i pistolety opatrując.
Nazajutrz w poniedziałek słońce tak jasno zeszło, że nie pamiętam nigdy, ani przedtem, ani już potem, takiego jarkiego, przejrzystego słonka. Od samego dodnia tłum narodu chrześciańskiego zgromadził się wokoło cerkwi; starszy brat cerkiewny wydobył wszystkie moździerze cerkiewne i prochem je cienkim ponabijał, żeby huk był większy; bractwa z chorągwiami stały, a na drodze do Krzyworówni łeginiów na koniach porostawiano, aby dawali znać, kiedy wojsko się ukaże. Po mnie rano Kornył przysłał, żebym się zaraz stawił koło cerkwi i tam z puszkarami innymi się połączył. Na ten dzień nazbierał Milner puszkarów ze czterdziestu; dał nam wszystkim inne znaki na piersi — jakieś białe. Pobratymowi memu Ilii kazał nieść świeżo uszytą chorągiew białą z czerwonem. Raz jeden tylko ludziom chorągiew tę pokazali.
Na dwie godziny może przed południem przyjechała na koniu i Milnerowa; suknię miała na sobie tę samą białą atłasową, w której ją po raz pierwszy widziałem i ten sam kieptar błękitny ze złotem; na głowę tylko wzięła była tego dnia inną jakąś czapeczkę białą, czerwonym puchem obszytą. Stanęła przed nami, a obok służąca, która miała w rękach tacę z chlebem i solą, i mąż z pochyloną głową.
W pół godziny może po jej przyjeździe nadleciał pierwszy posłaniec. Koń pod nim szedł takim cwałem, że prawie ziemi kopytami nie dotykał.
— Już ich widać, już idą! — wołał zdaleka.
Dano znać do dobrodzieja. Wyszedł zaraz w ryzę ubrany, z krzyżem świętym w ręku. Chorągwie się podniosły, w dzwony uderzono, pałamary kadzielnicami zatrzęśli, procesya ruszyła naprzód; puszkary z Milnerami na czele szli zaraz za księdzem. Niemczyka Hermana nie było tego dnia pomiędzy nami.
Co chwila nadlatywał nowy posłaniec, krzycząc:
— Idą! idą!
Nie doszliśmy do ostatnich chat w Żabiu, doleciał naszych uszu wesoły dźwięk muzyki wojskowej i ujrzeliśmy huzarów.
— O, panowie! — zawołał nagle głośniej Mykoła, podnosząc głowę i patrząc na nas zasłuchanych w jego opowiadanie. — Umierać będę, a jeszcze w pamięci będzie mi jasno stał ten dzień.
Szli ci Węgrowie drogą wijącą się krętą po nad Czeremoszem. Łuna od nich biła; zdawało się, że to złoto, co na nich lśniło, zabrało w siebie wszystkie promienie słońca i dopiero od nich promieniami temi na naród błysnęło; konie pod nimi były niby zmyje, niby smoki ogniste, płomieniami z nozdrzy ziały... Orły z gruniów najwyższych z nad Hawerli, z nad Popa Iwana pozlatywały się tego dnia i nad wojskiem tem ciągnęły, ciesząc się tak, jak my widokiem wspaniałym. Koło cerkwi chłopcy we wszystkie dzwony bili niby na pożar lub Wielkanoc.
Nareszcie nadeszli.
Ksiądz modlitwę odprawił, krzyżem pobłogosławił, kropidłem pokropił, chorągwie wszystkie pochyliły się przed wojskiem.
Jadący przodem generał głowę pochylił i znak krzyża świętego wykonał. Wtenczas wysunęła się z po za księdza Milnerowa, piękniejsza niż kiedykolwiek, oczy ku ziemi pochyliła i podając dowódcy tacę z chlebem i solą przemówiła coś do niego po węgiersku. Błyskawica radości zaświeciła na obliczu młodego wodza, łzy mu w oczach stanęły i nie wiedząc prawie, co robi, pochylił się na siodle, chwycił piękną kobietę wpół, podniósł ku sobie i w oczach całego wojska i wszystkiego narodu w usta ją pocałował.
Elien! elien! elien! — jak grom rozniosło się po szeregach. Całe wojsko krzyczało i wiwatowało dalej, nie wiedząc nawet, z jakiej przyczyny.
Wtem nagle dowódca dał znak, żeby się wszystko uciszyło i w tej chwili z po za generała wyjechał naprzód jakiś młody oficer; twarz miał białą jak panienka, a oczy błękitne jak niebo pogodne. Czako nasunął na prawe ucho, prawą ręką skinął ku narodowi, a lewą hamował karego, lotnego konia, który wił się pod nim i wspinał jak lew.
Sława Isusu Chrystu! — zawołał oficer czystym, huculskim językiem, a koń nagle stanął pod nim jak wkopany.
Wo wiki wikow! Sława sława! — rozgrzmiało po całym narodzie i echem dalekiem, stokrotnem odbiło się od szczytów czarnohorskich i popłynęło dolinami rzek i strumieni.
A orły w powietrzu zakrakały radośnie, jakby wraz z narodem sławić chciały Zbawiciela świata.
— Narodzie chrześciański, huculski — mówił dalej oficer, gdy gwar przycichł. — Kłamali ci, którzy wam mówili, że z cesarzem najjaśniejszym, z królem apostolskim, węgierskim wojnę my prowadzimy... Teraz wam imieniem samego cesarza, monarchy najmiłościwszego, objawiamy wolność zupełną; ziemię, pastwiska i sadyby, kto jakie ma, darowujemy na wieczną własność dzisiejszym posiadaczom i ich dzieciom i wnukom; tak już będzie, dopóki będzie istnieć to cesarstwo i to królestwo nasze węgierskie, a kto inaczej będzie czynił lub mówił, to wróg cesarza i króla, wróg wasz, wróg narodów wszystkich!
Skończył i zamilkł, a narodowi całemu długo jeszcze zdawało się, że oficer ten jasny mówi ciągle, a to tylko orły w obłokach słowa jego światu całemu głosiły. Naraz nagle krzyknął ktoś:
Mnohaja lita! Sławno! — i tłum powtórzył za nim. — Mnohaja lita! Na zdorowle cesarzowi, królowi naszemu. Mnohaja lita panom druhom, cesarskim opiekunom huculskim! Mnohaja lita wojsku temu całemu sławnemu!... Na pohybel zawłokom, psom parszywym!...
Wtenczas dojrzałem, że mój ojciec zbliżył się do oficera i całując go w nogę, przemówił coś doń. Zrazu nic nie mogłem dosłyszeć, lecz wkrótce uciszyło się i słyszałem wyraźnie, jak w imieniu całego narodu huculskiego oddawał się wojsku w opiekę i prosił o obronę.
— Co każecie — wołał — to zrobimy... Rozkaz nam dacie, a dziesięć tysięcy łeginiów ze strzelbami i toporami stanie zaraz i pójdzie tam, gdzie wy rozkażecie.
Oficer pomówił coś z generałem i wnet odpowiedział tak, że wszyscy słyszeli:
— Czekajcie! wkrótce z Węgier przyjdą wojska piechotne i harmaty. Czekajcie!... Tymczasem rządźcie się spokojnie i mandatorowi waszemu złego nic nie róbcie, bo on z przymusu tylko z wrogami narodu trzymał, a teraz tego żałuje... i on i jego żona obiecują krew przelać za węgierską i waszą wolność...
Ojciec tylko popatrzył ponuro na Milnera, splunął nieznacznie i wszystko się skończyło. Ksiądz zaprosił generała i oficerów na śniadanie, a żołnierzy porozbierali gazdowie po sadybach i gościć ich zaczęli, czem kto miał.
My puszkary stanęliśmy pod swoją nową chorągwią przed probostwem, a Milnerowa u księdza zasiadła do śniadania z oficerami.
Co oni tam rozpowiadali sobie i jak ta ochota szła, nie wiem, bo staliśmy wszyscy w szeregu, dopiero w godzinę później wybiegł panicz księży i zawołał mnie, abym szedł do świetlicy, bo mandatorka mnie potrzebuje. Poszedłem. Za chwilę czterej huzarzy wnieśli małą skrzynkę żelazną i położyli ją na stole przed generałem.
— Mykoło! czy podniesiesz to? — zapytała Milnerowa, patrząc na mnie z uśmiechem.
— Nietylko podniosę — zawołałem porywczo, a złość jakaś chwyciła mnie znowu — ale, jeżeli zechcecie, to zaniosę wam do waszego dworu... Nie pierwszy mi to raz, światła pani.
Ona popatrzyła na mnie łaskawie, uśmiechnęła się znowu po swojemu kusząco i zwracając się do oficera tego samego, który do narodu przemawiał, a który był synem jakiegoś wielkiego pana, kniazia, czy grafa, rzekła:
— Mówiłam panu, że nie będzie potrzeba huzarów męczyć po górach; ten chłopak jest dziwnie silny, najsilniejszy może w całych górach i w dodatku zawierzyć mu można... Czy nieprawda Mykoło? — zwróciła się znowu ku mnie.
Tymczasem księże panny i dobrodziejka przyniosły mi wszelakiego jadła pełną misę i wina węgierskiego szklankę — i kazały mi się pożywić. Rad byłem, bo od samego rana nic w ustach nie miałem.
Po śniadaniu generał, dwóch pułkowników i ten młodszy oficer, który był generalskim adjutantem, zabrali się razem z Milnerami, powsiadali na konie i pojechali w górę rzeki ku mandatorskiemu dworowi. Ja z trzema huzarami włożyliśmy skrzynkę żelazną na jucznego konia i pociągnęliśmy tuż za nimi.
Milnerowa jechała z generałem przodem, uśmiechała się ciągle do niego i coś rozmawiali po węgiersku, czego zrozumieć nie mogłem. Śmiech ich tylko ciągle do moich uszu dochodził.
Ślicznie bo szelma wyglądała na tym białym arabskim ogierze; węgierskiemu dowódcy aż oczy do niej z głowy wyskakiwały.
Kornyła z puszkarami Milner zostawił w Żabiu i kazał ludziom rozejść się wzdłuż rzeki, gdzie tylko huzary stali, a to dla pomocy wojsku w rozkwaterowaniu się i zgromadzeniu zapasów.
Kiedy dojechaliśmy do karczmy w Jaworniku i potrzeba było zawracać na płaj górski, po którym już trudno koniem przejechać, dowódca węgierski pierwszy zsiadł z konia i podał rękę Milnerowej, ażeby ją pod górę prowadzić; my za nim pozsiadaliśmy z koni. Jeden huzar i przygotowani huculi odebrali konie i odprowadzili je do stajni przy karczmie, a ja, wziąwszy skrzynkę ciężką na plecy, wraz z dwoma pozostałymi huzarami poszliśmy za państwem do góry.
W dworcu czekała nas uczta nielada.
Milnerowa nocą sprowadziła kucharza od pana z Krzyworówni i kazała mu gotować, co jest na świecie najlepszego. Wina powydobywała z piwnicy co starsze a doskonalsze, jakieś takie zamszone butelki, że szkła żadne okoby na nich nie dojrzało.
Gdy weszli na podwórze, najsamprzód dowódca zapytał o skrzynkę, a kiedy mu pokazałem, że ją przyniosłem na plecach, wyjął z kieszeni dwa dukaty i dał mi je, mówiąc coś do tego białego oficera. Ten mi zaraz powtórzył, że jenerał pyta: — Czybym nie chciał do huzarów przystać, bo byłby ze mnie dzielny wojak?
Odpowiedziałem, że nie moja, ale ojcowska wola może o tem stanowić.
Pieniądze trzymałem w ręku, nie wiedząc co z niemi zrobić. Z grzeczności nie śmiałem rzucić albo oddać, a schować jakoś mi nieswojsko było. Pierwszy to wówczas raz w życiu ja, syn najbogatszego gazdy, otrzymałem pieniądze od obcego człowieka... Później, to już bieda nauczyła brać pieniądze, a nawet o zarobek się kłopotać... wówczas jeszcze nie musiałem. Gdy oficerowie znikli w głębi domu, wpuściłem dukaty bezmyślnie do kieszonki na piersiach i skinąłem na huzarów, żeby poszli za mną do kuchni, gdzie był i dla nich przygotowany suty obiad.
Uczta trwała do nocy prawie. Ja z huzarami nosiliśmy półmiski i widzieliśmy, co się tam działo. Młody jenerał i ten laszek rusiawy podchmielili sobie doskonale. Dowódca patrzył jak w tęczę na Milnerową i tylko ją za ręce chwytał i całował, a ona się niby to wzbraniała, niby nie pozwalała, a oczami go wabiła do siebie, jak to ona sama tylko umiała, zwyczajnie — wiedźma. Jeden tylko pułkownik już stary nie pił nic, tylko siwe wąsy ogryzał i oglądał się w około.
Już się zciemniało zupełnie, kiedy od stołu wstali. Oficerowie pozapalali fajki, a przeszli do drugiego pokoju, Milnerowa zaś skinęła na mnie i szepnęła mi, żebym na nią w ogrodzie pod wiszniową altaną czekał, to ona wyjdzie do mnie, bo ma mi coś bardzo ważnego powiedzieć.
Gdym to usłyszał, ścisnęło mnie coś koło serca i domyśliłem się, że to będzie jakaś czartowska sprawa. Nie chciałem zrazu iść, ale rozmyśliłem się. Najsamprzód muszę się przyznać, że mnie zawsze ciągnęło do tej kobiety; później pomyślałem, że jeżeli ona coś knuje, to lepiej, że, ja o tem się dowiem, niż kto inny... Młody oficer swojemi słowami tak mnie wziął był za serce, że i bez przestróg ojcowskich byłbym się był starał wszelkie niebezpieczeństwo od niego i od jego towarzyszy odsunąć.
Poszedłem więc pod wiszniową altanę i tam, ukryty za gęstemi drzewami, czekałem na Milnerową z wielkim niepokojem. Serce mi biło jak młotem. Coś takiego dziwnego po człowieku chodziło, że sam jeszcze nie wiedziałem, czy mam paść do nóg tej dziwnej pani i stopy jej całować i przyznać się przed nią, że chciałem ją zdradzić, czy... toporkiem głowę jej roztrzaskać.
Szelest atłasowej sukni przerwał moje dumania. Ujrzałem ją znowu. Biegła cicho, ostrożnie, podkradała się jak wilk pod stado, jak jaszczurka.
Gdy weszła do altany, usiadła zaraz na ławeczce — i uchwyciwszy za obie ręce, pociągnęła mnie ku sobie. Drżałem jak liść osiczyny, kiedy zaczęła mówić:
— Twoja godzina nadeszła, Mykoło — szepnęła, przyciskając się swojem ramieniem do mego. — Ja słowa nie zmienię, za wierną służbę ci zapłacę. Ta sama Milnerowa, o której łaskę dobijali się napróżno najwięksi panowie, będzie twoja... twoja... twoja...
I przycisnęła swe białe, marmurowe piersi do moich, rękoma objęła mą szyję i zaczęła raz po raz całować moje usta.
— Twoja, twoja! — szeptała ciągle. A od piersi tych łabędzich, z ust jej koralowych wiało jakieś zimno lodowe, niby mroźny, północny wiatr po połoninach. Chłód ten podziałał na mnie dziwnie; zdawało mi się, że opierzyca[33] z dna Czeremoszu wyszła i hołubi mnie i ciągnie za sobą w modre fale, na dno zimne. W oczach stanął mi cmentarz nasz mały, w pamięci odżyły w tej chwili słowa ojca i nauki dobrodzieja. Przytomność wielka mi powróciła, krew się we mnie odrazu uspokoiła.
— Będę twoją — szeptała dalej czarownica — jedną tylko próbę musisz przebyć, jedną służbę mi oddać... Słuchaj! — przemówiła nagle cichym, ale ostrym tonem, wyjmując jakiś papier z za gorsu. — Z tym listem idź co najśpieszniej do Spasowej kołyby, na smotreżowych stokach, tam znajdziesz pana kapitana naszych żołnierzy, tego samego, który tu u nas był. Kapitanowi temu list ten oddaj... powiedz, żeby się spieszył i przed północą z żołnierzami tu był.
Mówiąc to, wstała i wyprostowała się tak, że mi się wydała wysoka jak jodła, a taka biała i zimna, niby śnieżne szczyty gór.
— Ani pary z ust o tem nie puść nikomu — mówiła dalej cichym, świszczącym głosem niby syk gadziny. — Jeżeli się dobrze sprawisz, słowa swego nie zmienię; jeżeli zdradzisz, to zemsta moja i ciebie i całej twojej rodziny nie minie... Pamiętaj!... Pamiętaj Mykoło!...
I w tej chwili znikła mi z oczu, zczezła niby jakieś widziadło senne, niby mara z tamtego świata.
Zostałem sam i zamyśliłem się głęboko. Strach wszelki już mię był zupełnie opuścił; wiedziałem już, że suka-czarownica postanowiła zgubić dowódców węgierskich, których jak braci gościła u siebie i przyjmowała. A do tego lisiego dzieła chciała mnie użyć... Niedoczekanie jej!
Kiedy tak zadumany siedziałem, nie ruszając się jeszcze z miejsca, doszedł moich uszu szmer jakiś cichy. Coś w krzakach zaszeleściło, niby lis, podkradający się pod kurnik. Pochyliłem głowę, natężyłem oczy i ujrzałem cień jakiś niewyraźny, przemykający od tej altany, gdzie siedziałem, w drugi koniec ogrodu, gęstwiną zarosły... Przy bladych promieniach księżyca wydało mi się, że to Herman, Niemczyk, którego już od samych świąt wielkanocnych nikt u nas nie widział. Widziałem go zaledwie przez mgnienie oka, po chwili znikł mi ów cień w gęstych zaroślach.
Spostrzeżenie to wyrwało mnie z zadumy. Wstałem z ławki i spojrzałem w około: w oknach dworu widać było jasne światło, szczególniej jaskrawo błyszczały okna pokoi, oddanych na kwaterę węgierskim oficerom. Ciekawość mię zebrała: co też oni teraz robią?
Podsunąłem się cichaczem bliżej okna i ujrzałem w pierwszym pokoju dwóch pułkowników i owego młodego adjutanta, pochylonych nad dużą mapą, rozłożoną na stole; jakieś znaczki małe, niby szpilki wpychali oni w ten duży papier. Generała nie było między nimi. Posunąłem się dalej.
W drugim, narożnym pokoju, było o wiele ciemniej, tylko mała lampka paliła się w kącie. Musiałem natężyć wzrok, ażeby dojrzeć dokładnie, co się wewnątrz działo... Po chwili dojrzałem dokładnie... Ujrzałem i aż krew wszystka zakipiała we mnie.
Naprzeciw okna, na nizkiej sofie siedział generał promieniejący, a obok niego Milnerowa... Światło lampki padało na jej twarz i widziałem wyraźnie, jak się do niego uśmiechała, jak łasiła się jak kot fałszywy... Piersią go wabiła, udanemi błyskami oczu paliła, a w duszy zdradę chowała. Przed chwilą... wyprawiała mnie żebym na niego śmierć sprowadził.
Wszystko to razem wprawiło mnie w jakieś dziwne zadumanie; na razie nie mogłem prawie tego wszystkiego w swojej głowie pomieścić... Stałem zapatrzony w ten obraz zdrady kobiecej i myśli zebrać nie mogłem. Nie zazdrość duszę mi szarpała... Nie!... Plułem już teraz na te modre oczy i na te piersi białe, marmurowe... Wstręt do niej uczułem taki, jak do gadu zimnego a jadowitego. Stałem i patrzałem jednakże. Po chwili dopiero spostrzegłem na stole, który stał w pośrodku pokoju, ową skrzynkę żelazną przezemnie przyniesioną, i wydało mi się, że spostrzegłem, jak Milnerowa kilka razy pożądliwie na nią spoglądała... Wówczas dopiero jasno mi się w głowie zrobiło.
— Dla grosza podłego chce suka nikczemna cztery dusze zgubić — pomyślałem sobie. Tumani go, ażeby nie miał podejrzenia... Niedoczekanie twoje!
I taka mnie złość porwała, że chciałem strzelić do niej jak do psa wściekłego... I źle zrobiłem, że nie posłuchałem pierwszej myśli. Gdym na nią drugi raz spojrzał, żal mi się zrobiło; żal było ołów zimny wpakować w pierś taką białą i rozkoszną. Odstąpiłem od okna, aby pokusa nie pociągnęła ręki do cyngla i zacząłem rozmyślać: jakby to tak zrobić, żeby i kobiety nie zabić i nie dać jej zdrady dokonać.
Wkrótce namyśliłem się. Do Spasowej kołyby jeden tylko ztąd płaj prowadzi; postanowiłem więc na tym płaju stanąć i pilnować do rana, ażeby nikt się nie przekradł od mandatora do kapitana.
— Rano głupstwo — myślałem sobie — przystanę do huzarów i pójdę z nimi na wojnę... Co mi Milnerowa zrobi? W najgorszym razie powiem generałowi, że łaskawa gospodyni-hołubka zdradę na nich knowała... A jak posłaniec nie posłucha? — myślałem dalej. — To mu kulkę w łeb wsadzę! — odpowiedziałem sobie natychmiast, a w tej chwili przesunął mi się w myśli cień Hermana, Niemczyka, i jakaś radość grzeszna opanowała mnie na tę myśl, że może kulka z mego krisa rozłupie ten czerep wstrętny.
Zrobiwszy takie postanowienie, poszedłem natychmiast ku bramie, ażeby się na płaj dostać. Koło naszej wachcymbry zobaczyłem jednego huzara, który z dobytą szablą chodził niby na warcie, ale był tak pijany, że zataczał się na wszystkie strony. Drugi spał gdzieś w puszkarskiej izbie. Zbliżyłem się do tego szyldwacha i zapytałem go grzecznie: czy długo ma jeszcze tu stać? Odburknął mi coś pogańską jakąś, niezrozumiałą mową i krzyczał, wskazując mi pałaszem bramę, żebym szedł spać... Wyszedłem za bramę.
Tam, o kilkaset kroków od obejścia wychodziło się na płaj, którym w dół idąc, dochodziło się do Jawornika, a w górę — ku Spasowej kołybie.
Gdym się znalazł na tem bezdrożu, obejrzałem się i wybrawszy najgrubszego buka schowałem się zań, rozpatrując się w około i zwracając najbaczniejszą uwagę na ścieżkę, którą przed chwilą przeszedłem. Nie rozmyślałem już teraz: co mam robić, miałem bowiem stanowcze postanowienie i nicby mnie od niego nie odwiodło. Popróbowałem naboju w lufie, podsypałem świeżego prochu na panewkę, oczyściłem paznogciem krzemień i oparłszy się o drzewo czekałem, zwracając baczną uwagę na ścieżkę.
Tymczasem jasne promienie księżyca przyćmiły się nagle. Po niezwyczajnie upalnym dniu wiosennym, wieczorem chmury się zebrały, a obecnie zasnuły były całą już południową stronę nieba. Duszność była zapanowała taka, jak dziś przed wieczorem... Ze strachu, żeby niespodzianie deszcz nie bryznął i prochu mi nie zamoczył, trzymałem cały zamek w lewej garści, a prawą ręką dotykałem od czasu do czasu toporka, jakby dla przekonania się, czy mam go przy sobie.
Nie mogę spamiętać, jak długo tam pod tym bukiem stałem. Wytężyłem z całej siły wzrok i słuch, tak, że — mimo chmur i ciemnicy — widziałem jak w dzień, a słyszałem szum Czeremoszu, który warczał tam gdzieś w dolinie, przesuwając się po dnie kamienistem. Chmury nasuwały się tymczasem coraz ciemniejsze, powietrze robiło się tak ciężkie, że odetchnąć trudno było.
Nakoniec doleciał moich uszu cichy zgrzyt, niby skrzypnięcie bramy w mandatorskim dworcu. Natężyłem słuch jeszcze bardziej i słyszałem wyraźnie odgłos cichych, skradających się kroków. Przyczaiłem się i oddech zatrzymałem w piersi. Strzelbę podniosłem do ramienia i czekałem... Po chwili na odkrytej ścieżce ukazał się cień Hermana... Przyłożyłem twarz do łoża i zacząłem mierzyć... Trudno było wiernie go wziąć, bo muszki nie mogłem dostrzedz, po lufie więc tylko wycelowałem mu w sam łeb.
W tej chwili piorun straszliwy, pierwszy tej nocy, rozdarł czarną chmurę i ogniem niebieskim oświetlił cały świat boży. Oślepiony, bezwiednie prawie pociągnąłem za cyngiel... Chybiłem psu-brata. Tylko kapelusz z piórami kula zerwała z głowy i odrzuciła na stronę. Skręcił się psia-dusza na miejscu jak gadzina. W pierwszej chwili myślałem, że runie... gdzież tam, wyprostował się, spojrzał prosto na mnie... W tej chwili drugi piorun uderzył... Nie było między nami więcej jak dwadzieścia kroków; chwyciłem toporek z za pasa i skoczyłem ku niemu, tymczasem on wyciągnął pistolet i strzelił... Ciemno mi się w oczach zrobiło; w uszach zadźwięczała jakaś czartowsko-niemiecka klątwa i uśmiech dyabelski, nieczysty... Siły mnie zupełnie opuściły... straciłem przytomność.
Dopiero duże, zimne krople deszczu i huk burzy wyrwały mnie z odrętwienia. Burza szalała nad Czarnohorskiem pasmem, nad falami Czeremoszu, może jeszcze straszniejsza, niż dziś; stare buki aż do ziemi się kładły. Sam nie wiem, jakim sposobem zerwałem się na nogi, a uczuwszy ból i pieczenie jakieś w prawym boku, podniosłem ku niemu lewą rękę, bo w prawej władzy nie miałem — i uczułem wilgoć jakąś, lecz nie wiedziałem wówczas, czy od krwi czy od strumieni wody deszczowej, która lała się z nieba. Odrazu stanęły mi jasno w pamięci przejścia dzisiejsze i zapragnąłem koniecznie — choćbym miał na to życie ważyć — przeszkodzić zdradzie Milnerowej. Zacisnąłem z bólu zęby i puściłem się płajem na dół, do Jawornika, ażeby dojść do pierwszej chaty i dać znać huzarom, jakie niebezpieczeństwo grozi ich dowódcom.
Nie przypominam sobie już, czy szedłem, czy mnie strumienie z gór płynące niosły, dość, że dobiłem się do obejścia Hryńka Duziaka i zastukałem z całej siły do drzwi. To pamiętam, więcej nic... Pociemniało mi w oczach zupełnie i zdawało mi się, że już ostatnia moja godzina wybiła... Miałem tylko tyle siły, że się przeżegnałem.
Do życia wróciłem dopiero na drugi dzień nad wieczorem.
Szare, smutne niebo było dnia tego, deszcz lał bez ustanku. W około siebie ujrzałem pełno ludzi, a między nimi mego ojca i starą Wróbczychę, lekarkę sławną — aż z Roztoków. Doktor jakiś huzarski ranę mi opatrywał, a Wróbczycha kłóciła się z nim i taki gwałtem swój plaster przyłożyła. Powiedziała, że nic mi nie jest, że tylko krwi dużo straciłem i dlatego omdlałem; kazała spokojnie leżeć.
Nie trudno mi było rozkazu baby usłuchać, bo nim mówić przestała, ja zasnąłem snem kamiennym.
Spałem całą dobę. Gdy się obudziłem, uczułem, że żyję znowu. Jeść mi się tylko strasznie chciało. Dali mi też natychmiast wina jakiegoś doskonałego i polewkę taką mocną, że odrazu uczułem, że mi dawne siły wracają. Koło mnie był mój ojciec, matka moja, doktor huzarski i jakiś jeszcze oficer.
Pierwsze słowo, co mogłem przemówić, było pytanie, co się z jenerałem i oficerami stało? Ojciec odpowiedział mi, że znaleźli ich wszystkich wraz z huzarami pozabijanych w Milnerowym dworcu, a z mandatora, jego żony i Niemczyka Hermana nie pozostało ani śladu. Kasy wojskowej także nie stało, znać ją łotry z sobą zabrali.
Kiedy stary to opowiadał, oficer ów huzarski, który z boku siedział, zbliżył się do nas i zaczął mnie po naszemu rozpytywać: jak to wszystko było?
A gdym mu, o ile sił starczyło opowiedział, to on mi na to rzekł, że nie mam co tu robić, ale najlepiej, żebym z wojskiem szedł za granicę, bo tu głową nałożę za to, co zrobiłem.
— Za dwa dni — mówił ten oficer — drogi po tej burzy straszliwej ponaprawiają i nasza brygada w dalszy pochód ruszy; choćby na plecach przeniosą cię żołnierze na węgierską ziemię... Wart tego jesteś, bo omal życia nie utraciłeś w obronie naszych nieszczęśliwych, lecz i nierozważnych wodzów.
Wtedy zbliżył się doktor i coś z tym oficerem szeptał, czego jednak nie mogłem rozumieć. Po chwili oficer znowu zwrócił się do mnie i do mego ojca:
— Doktor mówi — rzekł — że będzie mógł wytrzymać drogę, bo rana nieciężka, a on sam jak niedźwiedź silny.
Uśmiechnąłem się na te słowa oficera, podobały mi się one i w rzeczy samej uczułem się silniejszym.
Gdy nadszedł dzień wymarszu, ojciec i matka pobłogosławili mnie na drogę. Żegnałem ich ze smutkiem w sercu, bo przeczucie mi mówiło, że już ich w życiu tem nie zobaczę. Przeczucie się sprawdziło.
Ojciec dał mi trzos, w którym było pięćdziesiąt dukatów węgierskich i powiedział, że to na wojnę, a jak wrócę szczęśliwie, to drugich tyle zastanę u naszego dobrodzieja na zagospodarowanie się.
— Mnie już pewnie nie zastaniesz — mówił głosem miękkim, jakimś takim, że aż do serca szedł — bezpieczniejby może było, żebym z wami ruszył, ale mnie to nie przystoi. Trzeba na miejscu być i hucułów pilnować. Być może, że u nas w domu robota będzie, więc ludzieby się dziwowali i pytali: a gdzie stary Kunysz, wataha nasz dawny?... Idź! idź synku! Niech cię Bóg prowadzi! Może Bóg da, że jak z wojny powrócisz, to inaczej, jaśniej słońce będzie po nad Czarnohorą świecić... Może ludzie o mandatorach tylko bajki opowiadać sobie będą... Daj to Boże!... daj Boże!
Na konia siąść nie miałem siły. Czterej łeginie-towarzysze nosze z jodłowych gałęzi zrobili i na nich mnie położywszy, ruszyli wraz z wojskiem. Ilia, pobratym mój, był z nimi.
Pamiętam, gdy stanęliśmy na wierzchu grzbietu czarnohorskiego, tam, gdzie się kończy huculska, a zaczyna węgierska ziemia, tam pomiędzy gruniami Pop-Iwanem a Smotreżem, jak siostry moje, które mnie aż tam odprowadziły, zaczęły płakać a zawodzić żałośnie; a huzarzy tymczasem, co który dojdzie do węgierskiej ziemi, to pada na kolana i ziemię tę całuje, a łzy mu się leją po żółtej twarzy, po wąsiskach czarnych. Hej! hej! Jak oko zasięgnąć mogło, ciągnęło się to wraże wojsko górskiemi płajami. Jedni z północy drapali się pod górę, a drudzy spuszczali się już ku południowej słonecznej ziemicy; uciecha między nimi była taka, że aż konie w ręku prowadzone rżały i radowały się.
Siostry ucałowałem, szczyptę ziemi rodzinnej wziąłem w płateczek i na piersi ją powiesiłem — i ruszyłem z huzarami na dolę zmienną, na losy wojenne, niepewne.
Nim dziesięć dni minęło, już na moim wronym siedziałem i w szeregu obok Ilia jechałem. A jedenastego dnia już nam kule koło uszu świstały, a mój wrony szedł równo z huzarskiemi końmi, tylko głowę niósł jeszcze wyżej niż one, znać huculska, gazdowa dusza w tym koniu była.
I poszło już od tego dnia! Rok prawie cały wojowało się i terało wzdłuż całej węgierskiej krainy. Były i wesołe dni i smutne, był i dostatek i rozkosz, ale przechodziliśmy i biedy wielkie i głodne, chłodne tygodnie całe. Ilia, pobratym, był ciągle przy mnie; w jednym szwadronie służyliśmy, w jednym szeregu jeździli, z jednego kotła strawę jedli. — Aż pod koniec wojny, kiedy wielkie siły nadeszły, poradzić już nie mogliśmy. Na debreczyńskiem polu ostatni raz zwycięztwo głosiliśmy. Smutne to dla mnie zwycięztwo było, bo tam na tej płaszczyźnie, na tej równinie trawą bujną porosłej, zostawiłem brata Ilię z kulą w sercu. Śpi on tam spokojnie pod stepową murawą, ale smutno mu bardzo musi być, bo ztamtąd żadne oko gór naszych sinych nie dojrzy... Wiatry nawet nasze górne nie wieją...
Przeszedłem z wojskiem granicę, znalazłem się na tureckiej, sułtańskiej ziemi — pomiędzy narodem swojackim, chrześciańskim, między rają bułgarską.
Kazali Turcy oddawać sobie broń i konie. Mnie szczęśliwie tak się zdarzyło, że nim do naszego szwadronu doszli, wieczór zapadł, a ja w nocy uciekłem i między Bułgarami się skryłem. We trzy doby później już hajdamakowałem na tureckim Bałkanie.
Sny młodości się sprawdziły. Lat parę upłynęło mi tam. Mołodyce bułgarskie mnie hołubiły tak samo, jak huculskie. Gdziem jaki grosz zdobył, to w ich białych dłoniach pozostał. Płaciły za to całusami gorącemi, uściskami namiętnemi...
Choć to góry podobne do naszych, choć nieraz, kiedy słyszałem szum strumieni i szelest liści bukowych, to zdawało mi się, żem w rodzinnej stronie, że czarnohorskie grunie mam nad głową, a modry Czeremosz warczy u moich stóp, jednak tęsknota chwytać mnie zaczynała za serce i nuda straszna ogarniać, i niemiłe mi były te mołodyce zadunajskie, i te wina słodkie, i te barany tłuste. Choćby głową nałożyć, a zapragnąłem koniecznie dostać się w nasze strony.
Jakoś w czwartym roku mego przebywania w bałkańskich górach, przywlókł się do nas łegiń z Roztoków, Hryńko Hudynycz; zbój to był prosty i przed karą za kryminały różne z ziemi naszej uciekł. Przyjęliśmy go jednak do hajduczej kompanii, bo w ludziach nie przebieraliśmy. Braliśmy każdego, byle był silny i kapitana słuchał. Hryń też był pierwszym człowiekiem, który mi wieści z ojczystej strony przyniósł. Smutne one były.
Zaraz na trzeci dzień po przejściu huzarów za węgierską granicę, Milnery z żołnierzami powrócili. Pierwszą rzeczą rozwścieczonego mandatora była zemsta na moim ojcu za moją zdradę. Wzięli więc starego mego, gołębia białego, wzięli go posiepaki i zaprowadzili do miasta przeklętego, do murowanej Kołomyi, i tam go na rynku stracili, jak złoczyńcę. Na szubienicy wysokiej jego biała, siwa głowa wisiała, a naród chrześciański spędzili, ażeby się patrzył, jak ginie buntownik. Matka moja, neńka stareńka, i miesiącem nie przeżyła śmierci gazdyswego; zasnęła z bólu jak wdowia gołębica. Nawet księdzu naszemu, dobrodziejowi świątobliwemu, zajadła dusza nie przepuściła. Więzili go w lochach ciemnych za to, że wojsko zbuntowane procesyą uroczystą witał i krzyżem świętym błogosławił. I on, stary nasz przewodnik, z życiem z tego prześladowania nie wyszedł, i on zmarł w kryminale surowym, i jego pochowali w jednej mogile ze złodziejami i oszustami.
Ale Pan Bóg jest zawsze sprawiedliwy, a Jego moc jest wielka. I na Milnerów przeklętych kara Boska przyszła. W dziesięć miesięcy po tej nocy, w której dowódcy węgierscy zginęli śmiercią zdradliwą, mandatorka zległa i zrodziła psa — bestyę czarną. Druty miała ta poczwara piekielna zamiast szerści, a gwoździe stalowe na miejscu zębów. Gdy się urodziła, uroda[34] ta straszna, lęk wziął okrutny wszystkich, co przy tem byli. A bestya sama zawyła tylko strasznie i w bory czarne uciekła na biedę i nieszczęście narodu huculskiego. Potwora uciekła, a Milner uspokoił się trochę. Gadać ludziom o tem zakazał i dalej panował i cieszył się nawet. Nie minęło dziewięciu miesięcy urodziła mu żona znowu potwora jeszcze straszniejszego — niedźwiadka krwią z pyska buchającego. I ta bestya mrucząc zajadle, uciekła przed znakiem krzyża świętego, którym żegnała się baba-znachorka, która przy tem cudowiszczu była. Nie miał już co Milner w naszych górach robić; ludzie przed nim, jak przed nieczystym się żegnali. Zabrał wiedźmę żonę, zabrał skarby swoje z potu ludzkiego i ludzkiej krzywdy, ze zbrodni wszelkich zebrane i uciekł gdzieś w dalekie kraje, gdzie wstydu jego ludzie nie znali.
Kiedy dowiedziałem się o tem od Hrynia, nie wytrzymałem i doby za Dunajem. Siedmiogrodzkiemi wierzchami, połoninami dobiłem się do naszych gór i żyję w nich i pracuję na kawałek chleba. Z majętności ojca nic nie zastałem. Chatę, połoniny, ogrody porozdawał Milner jakimś zawołokom i w papierach — na nich pozapisywał. Pieniądze, które ojciec u księdza zostawił, zginęły, gdy starego dobrodzieja do kryminału brali... Oj taka moja dola!
Gdy nad naszą rzeką osiedliłem się znowu, dowiedziałem się, że dyabelskie dzieci — z Milnerowej urodzone — żyją gdzieś w skałach kamiennych, w borach czarnych, a jak tylko burza wielka nad naszemi górami się sroży, to z nor swoich wychodzą i krzywdę narodowi czynią, byki co silniejsze zabijają, a i chrześcianinowi nie darują, jeżeli się z nim spotkają. Żadna kula się bestyj tych nie ima... zwyczajnie jak czarta!...

*

Przestał opowiadać Mykoła, a myśmy siedzieli milcząc, pochwyceni czarem jego prostej, przesądem ludowym owianej opowieści. Otwarcie przyznam się, że uczułem pewien rodzaj zawiści do tego strzelca-hucuła; zazdrościłem mu, że nie miałem tak dziwnej i wzruszeń pełnej młodości.
Z zadumy tej wyrwał mnie ryk jakiś przeraźliwy, jęk zwierzęcy tak bolesny i grozy pełny, że chyba nie zapomnę go do śmierci. W ślad za nim doszły moich uszu odgłosy hucznych strzałów i głośne okrzyki pasterzy.
Zerwaliśmy się na równe nogi i pobiegli w stronę, zkąd te odgłosy dochodziły. Ujrzałem wszystkich mieszkańców kołyby przestraszonych i zmartwionych bardzo. Najlepszego wołu, który wskutek burzy wyłamał się z zagrody i błąkał się po sąsiednich zaroślach, napadł niedźwiedź i zdusił odrazu. Na ryk ginącego zwierzęcia nadbiegli ludzie i nie dali mu odciągnąć ścierwa dalej, jak na sto kroków.
Za chwilę całe nasze myśliwskie towarzystwo stało zgromadzone nad trupem zabitego wołu.
— Teraz niedźwiedź już pewny — zawyrokował pierwszy Nowak. — Nie było wypadku, ażeby niedźwiedź do trzeciego dnia nie wrócił do zabitego przez siebie bydlęcia... Tylko wyczekać cierpliwie!
Ej! ej! panie Nowak — przemówił przestraszonym głosem Mykoła — lepiej poniechać tego niedźwiedzia; z czartem źle wojować... A to podobnoś Milnerowej był niedźwiadek... Bóg wié, czy nie ściągnąłem bestyi opowieścią moją?...

Nie posłuchaliśmy przesądnej rady starego strzelca i przekonaliśmy się trzeciego wieczora, że to nie był czart, ale prawdziwy niedźwiedź, z którego kły mam dotychczas u siebie.




Przypisy

  1. gruń = szczyt.
  2. bowhar = pomocnik pasterza.
  3. gazda = gospodarz.
  4. Mandataryusz = urzędnik, rodzaj wójta gminnego, płacony przez dziedzica.
  5. Czarny Czeremosz wypływa z gór galicyjskich.
  6. Istniejąca dawniej straż ziemska rodzaj pandurów węgierskich.
  7. Młode mężatki.
  8. Istota wyższa nad gmin, odznaczająca się bogactwem, siłą lub stosunkami z nieczystą siłą.
  9. Kiedryna = pinus albo limba, materyał z niej bardzo cenią, bo jest trwały i robactwo się w nim nie mnoży.
  10. kris zaprawłenyj = zaczarowana strzelba.
  11. płaj = drożyna górska.
  12. łegin = parobek, mołojec.
  13. gotur = głuszec.
  14. pałamar = kościelny.
  15. keptar = rodzaj kożuszka bez rękawów.
  16. Dobrodziejem nazywa lud góralski księży unickich; duchownych zaś oryentalnego wyznania nazywają pan-oteć.
  17. krysanie = kapelusz o szerokich krysach, filcowy, zazwyczaj ubrany pawiemi piórami.
  18. lubaska = kochanka.
  19. prażnik = odpust.
  20. łastówka = jaskółka.
  21. najmyt = sługa najęty.
  22. kotiuha = pies.
  23. skut = obronny klasztor.
  24. zwieriaka = wilk.
  25. świetlica = izba do przyjęcia.
  26. gwer = karabin.
  27. szlafcymbra, wyrażenie żołnierskie, z niemieckiego przerobione, schlafzimmer = sypialnia.
  28. łyżnyk = koc, kołdra.
  29. Błahowiszczenie = Zwiastowanie Najśw. Panny.
  30. Kabat = kurtka mundurowa.
  31. homon = hałas.
  32. rusiawy = blondyn.
  33. opierzyca = upiór żeńskiego rodzaju, dziwożona.
  34. uroda = potwór, zjawisko naturze przeciwne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.