Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszystkich nas przejął lęk jakiś dziwny, niemożliwy do opisania. Nie wiem jakim sposobem znalazłem się wraz z towarzyszami i hucułami w kołybie. Tam cisnąc się jeden przy drugim, przysłuchiwaliśmy się temu hukowi, tym gwizdom i jękom przeraźliwym. Ja z malarzem i Mykołą staliśmy tuż obok przymkniętych drzwi; oko przytknąłem do szerokiej szczeliny i z pewnem upojeniem wpatrywałem się w ten chaos rozszalałej przyrody. Cała okolica naprzemiany to rozświetlała się szerokiemi — cały horyzont obejmującemi błyskawicami — to tonęła znowu w bezbrzeżnej, głębokiej ciemności.
— Haj! haj! Oto Milnerowe święto! pogańskie, czartowskie jej dzieciska hulają — szeptał mi w ucho przestraszonym głosem Mykoła. — To dla nich święto! Dyabelskie nasienie cieszy się teraz!...
Jeszcze jeden piorun oślepiający, jeszcze jeden grzmot, który wstrząsnął całym światem — i ucichło... Chmury otworzyły swe opusty i lunął — potop istny. Przez szpary w dachu kołyby woda strumieniami całemi wciskała się do wnętrza i groziła zalaniem ogniska. O spaniu nikt z nas nie myślał; z jakie pół godziny staliśmy tak milcząco, czekając aż ulewa przeminie. Wiatr ustał zupełnie, grzmoty przycichły; przez szpary w drzwiach dostrzedz mogłem, że chmury — przepełnione gromami — przeniosły się już ku zachodowi i od czasu do czasu szerokiemi błyskawicami oświecały dalekie szczyty...
Wreszcie i deszcz ustał. Wyszliśmy natychmiast z kołyby rozglądnąć się po świecie. Na kopule nieba nie było już ani jednej chmurki, błyszczące gwiazdki z szafirowego firmamentu figlarnie ku nam mrugały, tylko gdzieś daleko od zachodniej strony nad samym widnokręgiem czasem dziwnie się czerwieniło, lecz i te blaski krótko bardzo trwały i tonęły wnet w srebroprzezroczej, niby ciemnej, niby jasnej atmosferze nocy letniej. Rzuciłem okiem bliżej siebie, poniżej. Bydło przestraszone widocznie grozą burzy wyłamało poręcze w ko-