Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szarze i rozbiegło się po połoninie; bowharowie[1] i sam gazda[2] rozbiegli się spędzać je napowrót, inni znowu rozniecali wkoło zagród ogniska przez deszcz zalane. Smuga młodej jodliny, rosnącej o jakie sto metrów poniżej kołyby, leżała powalona do ziemi, niby łan bujnej wyległej pszenicy. Powietrze było chłodne, mroźne prawie; wiatr wschodni, zimny, przejmujący wiał; o noclegu na świeżym powietrzu nie można było marzyć.
Wróciliśmy do wnętrza kołyby. Moi towarzysze, zawołani myśliwi, nie łatwo poddający się poetycznym wrażeniom, rozlokowali się wraz z Nowakiem na ławach po pod ścianami i wkrótce smacznie zasnęli, współzawodnicząc z sobą — w chrapaniu. Nasz artysta, Mykoła i ja nie mogliśmy spać; usiedliśmy wkoło ogniska tlejącego na środku kołyby na ziemi. Malarz był wbrew zwyczajowi milczący, zadumany, cały pogrążony w jakiejś jednej myśli, którą tylko ożywioną gestykulacyą zdradzał. Oczy mu dziwnym ogniem natchnienia płonęły, a z białego wysokiego czoła biły niby promienie. Twarz, cała postać tego rubasznego zazwyczaj, trochę gminnie, trywialnie żartobliwego człowieka zmieniła się teraz zupełnie. Czułem, że potężna myśl twórcza zawładnęła całą jego istotą. Nagle wyprostował wyższą część ciała, głowę zwrócił w górę i uderzając dłonią po kolanach, zawołał głośno:
— Będzie! Mam go już!
Mykoła z nie mniejszem niż moje zainteresowaniem się patrzył na młodego człowieka. I jego — to na wpół dzikie dziecię puszczy — uderzyła zmiana zaszła w rysach i wyrazie twarzy malarza; i on dziwnym instynktem człowieka żyjącego w ciągłem obcowaniu z przyrodą odczuł całą powagę chwili artystycznego natchnienia. Spojrzał przyjaznem okiem na młodzieńca i cichym, do duszy wprost idącym głosem przemówił:

— Ja prosty chłop, hucuł, ale ja was panowie lubię bardzo... Nie pierwszy mi to raz z wami się spotykać, znałem

  1. bowhar = pomocnik pasterza.
  2. gazda = gospodarz.