Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go do śmierci. W ślad za nim doszły moich uszu odgłosy hucznych strzałów i głośne okrzyki pasterzy.
Zerwaliśmy się na równe nogi i pobiegli w stronę, zkąd te odgłosy dochodziły. Ujrzałem wszystkich mieszkańców kołyby przestraszonych i zmartwionych bardzo. Najlepszego wołu, który wskutek burzy wyłamał się z zagrody i błąkał się po sąsiednich zaroślach, napadł niedźwiedź i zdusił odrazu. Na ryk ginącego zwierzęcia nadbiegli ludzie i nie dali mu odciągnąć ścierwa dalej, jak na sto kroków.
Za chwilę całe nasze myśliwskie towarzystwo stało zgromadzone nad trupem zabitego wołu.
— Teraz niedźwiedź już pewny — zawyrokował pierwszy Nowak. — Nie było wypadku, ażeby niedźwiedź do trzeciego dnia nie wrócił do zabitego przez siebie bydlęcia... Tylko wyczekać cierpliwie!
Ej! ej! panie Nowak — przemówił przestraszonym głosem Mykoła — lepiej poniechać tego niedźwiedzia; z czartem źle wojować... A to podobnoś Milnerowej był niedźwiadek... Bóg wié, czy nie ściągnąłem bestyi opowieścią moją?...

Nie posłuchaliśmy przesądnej rady starego strzelca i przekonaliśmy się trzeciego wieczora, że to nie był czart, ale prawdziwy niedźwiedź, z którego kły mam dotychczas u siebie.