Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To dobrze!... Pamiętaj! — I ruszyła; za nią pojechali mąż sucherlawy, Niemczyk ów młody i puszkary.
Pojechali!... Ja stałem na miejscu, jakby mię kto był w ziemię wkopał; patrzyłem za białym koniem, co ogon jak chorągiew niósł, za sinym keptarem, za orlem piórkiem. I byłbym tak stał do nocy, gdyby nie to, że nagle uczułem, jak mi ktoś ciężką rękę na ramieniu oparł. Obejrzałem się — przedemną stał mój ojciec milczący, surowy jak rzadko.
— Chodź do domu — przemówił do mnie.
Odczepiłem więc mego karego i prowadząc go w ręku, szedłem obok starego i lęk mię jakiś dziwny ogarniał; przeczuwałem, że coś bardzo ważnego ma mi powiedzieć, nie mogłem jednak domyśleć się — co?
Gdyśmy zeszli z głównej drogi i skręcili na ścieżkę, prowadzącą do naszej chaty, stary przemówił do mnie smutnym, złamanym głosem:
— Stało się nieszczęście! Stało się to, czego najgorzej się obawiałem. Patrzyłem się własnemi oczami, słuchałem uszami, jak ta czarownica cię do siebie mamiła... Nie twoja wina i nie moja, żeś na jej drodze stanął... Nigdy ona na ten prażnik[1] nie przyjeżdżała, nie mogłem więc tego przewidzieć, że tego roku licho ją nadniesie. Znać już taka wola Boska i kara Najwyższego za grzechy i winy moje... A ja grzesznik stary, bezsilny przeciw niej; z nią i z mężem jej wojować nie moja siła, w rękach mię swoich plugawych mają, i nic z nimi nie poradzę... Kara to za grzechy, za przewinienia moje, kara Boża.
Mówił to, jakby nie ze mną, a sam z sobą rozmawiał; głowę na piersi pochylił i taki był smutny, że aż serce mi się z bólu krajało, gdym na niego patrzył.

Ojcze!... Tatuńciu mój słodki! — zawołałem, płacząc prawie. — Nie smućcie się! Co ona nam zrobić może? Nie pozwolicie, to nie pójdę w puszkary, wola to wasza.

  1. prażnik = odpust.