Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


U stóp naszych, gdzieś tam tysiąc metrów pod nami, wiła się błękitna wstęga Czeremoszu; strumień górski, połamany w zygzaki, przedzierał się pomiędzy złomy gór, podmywał wąskie góralskie ogrody, wciskał się prawie aż do progów huculskich chat. Niewola ta gniewała go widocznie, bo aż do moich uszu dochodził przyciszony, ale gniewny, zgryźliwy szum rzecznej fali; burzyła się tam rzeka — skarżyła na przymus. Po za strumieniem zielone lasy bukowe, pomiędzy niemi polany, a na nich rzadkie chaty huculskie, jakby gniazda orle do skały przylepione. Powyżej jodłowe i świerkowe bory, czarne i straszne, jakieś martwe, złowieszcze. A po nad niemi szmaragdowe hale, pełne owiec, pasterzy, pełne życia poetyczną legendą ludową owianego, ciągnęły się aż do stóp szarych, skalistych szczytów Popa Iwana i Smotreża, które ozłocone jarkiemi, słonecznemi promieniami, zdawały się mienić kameleonowemi barwy.
Karawana nasza, którą wyprzedziłem o jakie dwieście metrów, jak pstra gąsienica wiła się po krętej ścieżynie. Moi myśliwscy towarzysze, dla uniknięcia zmęczenia, jechali na małych huculskich konikach, prowadzonych przez właścicieli, którzy byli odziani w różnobarwne, jaskrawe stroje; błękitne, białe i czerwone sakwy na jucznych koniach widniały zdala na zielonem tle świerkowego boru; strzelcy huculscy przeznaczeni do prowadzenia obławy, przystrojeni byli w fantazyjne kapelusze, ozdobione obfitemi pióropuszami; gwar mowy ludzkiej, rżenie koni, szczekanie i skowyt psi zlewały się razem w dziwny jakiś, trochę dziki dźwięk, który setnem echem rozlegał się po cichej zazwyczaj puszczy.
Karawana zbliżała się coraz więcej; patrząc na nią, stałem zadumany, gdy nagle mój strzelec Mykoła, hucuł z Żabiego, najęty na cały czas trwania wyprawy, dotknął zlekka mego ramienia i rzekł:
— W drogę panie! Do kołyby jeszcze dość daleko, zresztą to nie dobrze tak stać.