Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szliśmy milcząc. Koło furtki ona wzięła z moich rąk klucz i zniknęła za drzwiami, a mnie tylko ręką wskazała, ażebym wracał do wachcymbry przez główną bramę. Nie wiedząc sam, co robię, posłuchałem tego niemego rozkazu.
Przyszedłszy do bramy, zastałem ją otwartą. Hałas jakiś był na dziedzińcu. Lejba rozmawiał coś pocichu z Milnerem, a żołnierze w białych kabatach stali rzędem przed nimi. Wreszcie mandator, odprowadziwszy kaprala na bok, coś mu tam mówił i wręczywszy mu jakieś pismo, machnął ręką. Kapral stanął na czele żołnierzy, zmienił front i wyszli miarowym krokiem za bramę. Żydek pobiegł przed nimi.
Gdzie i po co oni poszli w ten czas? Nie wiedziałem... Nie wrócili... i później nie mieliśmy już wojskowej warty. Następne dwa dni przeszły spokojnie, o żołnierzach nikt u nas nie słyszał, wiedzieliśmy tylko, że żydki mięso i chleb górskiemi płajami w połoniny zwozili. Dokąd i dla kogo oni to robili? Nie dopytywałem się wówczas.
W piątek po Przewodach powiedział mi Kornył, że mogę iść na wesele sióstr. Poszedłem rad, że z tego czartowskiego gniazda choć na jakiś czas się wyrwę.
Gdy przyszedłem do domu, zastałem tam praźnik prawdziwy. Łeginie-towarzysze z najdalszych gór na wesele się poschodzili, a wszyscy postrojeni niby na Wielkanoc. Dziewcząt było tyle, ile kwiatów na połoninie, a wszystkie piękne i wesołe niby ptaszki leśne. Przybyli i gazdowie starzy, blizcy i dalecy, od węgierskiej i wołoskiej granicy, z naszej czarnej i mołdawskiej białej rzeki — a byli nawet aż z nad Prutu i Bystrzycy.
Stary mój ojciec poczęstunku nie żałował. Miód się czerwony pienił, wódka się perliła; wołów kilka na uboczu rznięto codzień. Rodzic mój — sam jednak napitku do ust nie brał, tylko na stronie z gazdami gadał ciągle; naradzali się nad jakiemiś ważnemi sprawami.
Ludzie, którzy od dolin poprzychodzili, opowiadali, że wojsko wielkie węgierskie — sama konnica, huzary złote —