Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sam nie wiem, co się wówczas ze mną działo; ręce w ogień pchałem i zdawało mi się, że ogień nie pali; zdawało mi się, że świat ten cały, to jedno jakieś niebo błękitne a wonne, że wkoło mnie nie zima śnieżysta, a zieloność rajska mię otaczała, że jestem olbrzym jakiś potężny, któremu nikt na świecie tym bożym nie podoła.
Później jak waryat jaki wybiegłem ze świetlicy; konia karmiłem i napawałem, kris czyściłem, ładunki robiłem, ażeby być gotowym na każde skinienie mojej pani, ażeby na jej rozkazanie służbę wszelką spełnić. I żeby tego dnia kazała mi była pójść i ojca rodzonego zastrzelić, to byłbym posłuchał, bo już taki jakiś jad w sercu miałem, że byłbym jej nie mógł nic odmówić.

*

Zima jak prędko przyszła, tak prędko minęła. I u nas w górach wiosna wcześnie się zaczęła; słońce jarkie z za węgierskich szczytów przezierało; wody odrazu wielkie, rozhukane poszły, ale też prędko spłynęły.
Dziwna to jakaś wiosna była, trawy się mocniej zieleniły, kwiatki po dolinach kwitnące mocniejszą woń miały, orły raźniej jakoś, wyżej i poważniej wkoło szczytów szybowały, ludzie do ludzi lgnęli serdeczniej, a nowiny dziwne dochodziły do nas, aż w góry — i to takie same: tak od północnej strony z lackiej ziemi, jak i od południa z węgierskiej. Jaskółki o cały miesiąc wcześniej niż zwykle przyleciały i szeptały zcicha, że po świecie wielkie dziwy się zaczęły, że wolność wszelka i swoboda dla narodu chrześciańskiego pracowitego ma wyjść, że mandatory i inne szwaby pójdą precz. Jaskółki te pochyliwszy swe śliczne główki kwiliły dalej, że takie już czasy nastały, iż panowie sami: kniazie, grafy i rycerze, tak po lackiej stronie, jak po całej węgierskiej ziemi, powiedzieli panu swemu, cesarzowi niemieckiemu, żeby narodowi swobodę dał, a jeśli nie zrobi tego, to bunt na niego podniosą i z tronu go zsadzą a innego, miłościwszego pana sobie obiorą. Wkrótce i ludzie