Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


opuścił... Stary nasz ksiądz jak gołąb biały, uśmiechnął się do mnie pobłażliwie i nadzieja jakaś z uśmiechem tym w serce mi weszła.
Biłem się w piersi... Ja rab bożyj wyznawałem przed sługą pańskim, wszelkie nieprawości moje, opowiadałem mu w jakiem piekle żyłem, jakie żądze szatańskie duszę mi trawiły; spowiadałem się i z myśli grzesznych i z zamiarów plugawych. A on starzec siwowłosy, jak święci pańscy łagodny, ręce skrzyżowane nad głową moją trzymał i prosił Boga o zmiłowanie, a grzechów odpuszczenie. Gdy już skończyłem wyliczać grzechy, nachylił się nademną i szepnął: że choć bardzo ciężko przeciw prawu Bożemu zawiniłem, jednak odpuszczenie za grzechy u Boga znajdę, bo miłosierdzie Jego jest niewyczerpane a cierpliwość wielka.
Przez całą służbę bożą modliłem się, jak nie pamiętam w życiu, ażebym się tak drugi raz modlił... Tak mi jakoś na duszy lekko się stało, tak słodko i wesoło, jakbym najsłodszej rajskiej szczęśliwości dostąpił. A kiedy pochyliwszy głowę przyjmowałem wino i chleb — ciało i krew Chrystusa Pana — to wydało mi się, że do nieba już idę i że ziemia ta czarna nie jest moją ojczyzną.
Po służbie Bożej ojciec zamiast zaprowadzić mię do domu, powiódł, milcząc, na stary cmentarz, który leżał na stoczystości góry, na lewo od naszej sadyby.
Szedł stary pospiesznie naprzód, jakby go coś pędziło, i nie oglądał się nawet. Nogą spruchniałe wrota odsunął i weszliśmy do środka.
Odwieczne, wyniosłe jodły szczupłą swą zielonością nie ocieniały dostatecznie małych, omszonych krzyżyków; jałowiec puścił się dołem i obejmował swojemi gałęziami niby splotami wężowemi nadgrobne znaki. Po krótkiem rozejrzeniu się ukląkł ojciec przed większym trochę kamiennym krzyżem i mnie wskazał ręką, bym to samo uczynił. Gdy ukończyliśmy modlitwy, rzekł stary takim głosem, jakiego nigdy przedtem u niego nie słyszałem: