Strona:Rusini (Abgarowicz).djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ona nie przestraszyła się nawet, tylko śmiejąc się wesoło odpowiedziała:
— Uważasz, że za mało, masz więcej — i zarzucając obie swe białe ręce na szyję, pocałowała mnie w same usta.
Otchłań jakaś przedemną się wówczas odkryła, rozszalały, pijany, nieprzytomny, ścisnąłem ramiona, ażeby ją do piersi przygarnąć.
Gdy nagle stała się rzecz dziwna, rzecz, której do dziś nie mogę sobie inaczej, tylko sprawą ducha nieczystego wytłumaczyć. Ta biała, ta delikatna, ta gołąbka odtrąciła mnie nagle od siebie z taką siłą, że jak gałązka bukowa, wiatrem złamana, odleciałem kilka kroków na bok i zachwiawszy się, upadłem na kolana. A ona stała powyżej, niby jakaś większa i potężniejsza, mocna siłą nie swoją, a z piekła chyba pożyczoną. Wszystkie blade światełka z pruchen zleciały się teraz do niej i otoczyły ją jakiemś białem, cmentarnem światłem. Nagle zaśmiała się tak, że aż korzenie świerkowe na sążeń pod ziemią zadrżały, a z grunia Smotreżowego skała się urwała i w dolinę z hukiem spadła.
— Cha! cha! cha! Ty chłopie! Ty chamie! — wołała, śmiejąc się czartowsko. — Toś ty mnie chciał siłą mieć... Nie gwałtem, ani przemocą mnie trzeba brać, a prośbą nizką, a służbą wierną. Mówiłam, że będę twoją, bo mi się podobały oczy twe sokole, barki twe niedźwiedzie, usta rumiane... twój wiek młody. Ale zasie do mnie przemocą, bom ja silniejsza, mocniejsza niż dziesięciu takich jak ty... Teraz wstawaj i idź za mną. Służ wiernie jak pies, a słowa swego nie zmienię, obietnicy dotrzymam.
Mimowolnie podniosłem się z ziemi i ze spuszczoną głową poszedłem za tą wiedźmą. I sam do dziś nie wiem, czym szedł obok kobiety śmiertelnej, czy koło upiora piekielnego.
Jak wspomnę sobie teraz tę noc, to myślę, że byłem pijany do śmierci, a czart mi takie sny straszne przesuwał po przed oczy, choć znowu przysiądz mogę, że żadnego nanapitku dnia tego w usta nie brałem.