Polska i święta wojna/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Przybyszewski
Tytuł Polska i święta wojna
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Maryana Hasklera
Data wyd. 1916
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Wiedeń
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Błogosławione »Ongi« — a tymczasem upłynęło tyle mizernych lat dziesiątek!
Jeszcze w 1848 roku śpiewano w Niemczech pieśń o »Tysiącu Walecznych«, którzy pod generałem Sowińskim, najwięcej bohaterskim z wszystkich, Pragi bronili — wielki bohater o drewnianej kuli padł przeszyty bagnetami rosyjskimi — jeszcze w czasach rewolucyi śpiewano w Berlinie, Lipsku, 5ztutgarcie, Frankfurcie i Wiedniu pieśni o walecznym Łagience i o dzielnym Dwernickim, który z Wołynia zdumiewająco odważnym marszem — jednym z najciekawszych i najśmielszych czynów strategicznych w historyi nowoczesnej — uratował przeprawą na ziemię austryacką sześć tysięcy żołnierza polskiego — jeszcze w 1863 wspominano melancholijnie słowa Napoleona, które do Polaków wystosował: »Od lat szesnastu widzę Was na wszystkich polach bitw i we Włoszech i Hiszpanii — kocham Was!«
To ten sam Napoleon, który dał swemu ambasadorowi w Warszawie de Pradt wskazówkę, aby Polaków równocześnie podniecał i powstrzymywał, nadzieje wzniecał, ale żadnych obiecywań nie dawał, podżygiwał ambitnych i w ostudzonych zapał wzniecał...
De Pradt nie dal się użyć do tych podstępnych machinacyi.
Ale to tylko mimochodem: wiarołomnemu Napoleonowi pozostali Polacy wierni daleko poza grób jego — nigdy Polska wierności nie złamała nawet temu, który j podszedł i oszukiwał. Nigdy wierności nie łamała, chociaż doprawdy nie miała powodu uskarżać się na wdzięczność narodów.
Gdy Rosya w 1792 roku chciała wyciągnąć na Francyę i zmiażdżyć Rewolucy swoim barbarzyńskim »walcem«, zdobyła się Polska na tą niesłychaną energię — pomna swego krwawego zadania służby przedmurza przeciw Wschodowi — aby się rzucić na Rosyę i unicestwić grożący zagladą zamach na młodą republikę. Polska skonała w straszliwej męczarni, zdradzona i sprzedana przez własnego króla i swych magnatów, ale uratowała republikę francuską od całkowitego zalania jej i spustoszenia przez hordę mongolską.
Teraz już nie było trudno dla Francyi odnieść zwycięstwo nad całą koalicyą — i cóż j teraz mogła sprawa polska obchodzić?!
Haniebne! Ani w traktacie Bazylejskim (1795) ani w Luneville (1801) Francya nie uczyniła ani jednego kroku, by Polsce przyjść w pomoc, ani jednym słowem nie przemówiła na korz,yść Polski, a 1831 roku francuski minister spraw wewnętrznych Sebastiani obkpiewał cynicznie Polaków, a raczej rząd prowizoryczny w Warszawie, wodził go niesłychanemi obietnicami za nos i doprowadził go tą łotrowską taktyką do tego, że zaniechano wyzyskać bogaty plon zwycięstw.
Ta sama chytra i podstępna gra, którą i obecnie Francuzi i Anglicy z Polakami uprawiają — a niestety dosyć takich, których historya nic nie nauczyła.
I cóż się ostatecznie dziwić?
Jeżeli czegośkolwiek ze strony tak sprawiedliwej duszy narodu niemieckiego dla narodu ujarzmionego wymagać można, to przynajmniej tą dobrą wo}ę, by zechciała jeden fakt zrozumieć:
Naród, który przez całe stulecia ledwie dyszy pod jarzmem sromotnej niewoli, czepia się z natury rzeczy chociażby drobnej słomki nadziei, jaką mu daje choćby podstępne, nawet całkiem nieprawdopodobne przyrzeczenie. Może nawet wie, że to podstęp i ułuda, aleć to zawsze błysk światła, który się przedrze do ciemnic więzienia.
Niemcy po Jenie zdołałyby zrozumieć ten prosty fakt psychologiczny, a czyżby Sedan miał do tego stopnia zaślepić ich oczy, by me były w stanie zrozumieć, co się w duszy ujarzmionego narodu teraz dzieje?
Charakterystyczne, polskie przysłowie opiewa, że tonący brzytwy się chwyta: każdy Polak wie, że proklamacya Mikołaja Mikołajewicza nie ma znaczenia »ukazu« i wskutek tego żadnego praktycznego zastosowania, ale w każdym razie była ta proklamacya czemś, czego się chora, rozpaczna nadzieja na śmierć skazanego narodu czepiać mogła.
I właśnie ten psychologiczny fakt jest niesłychanie ciekawym momentem w odpowiedzi na natrętne pytanie, dlaczego w Królestwie Polskiem nie wybuchło powstanie, a jeżeli już się myśli o powstaniu polskiem, to oczywiście oczy na Warszawę się zwracaj — ale, aby cal psychologię narodu polskiego w obecnym czasie zrozumieć, trzeba się o jeden dziesiątek lat cofnąć wstecz...
W rozpacznych zakusach rewolucyjnych roku 1905/1906, w olbrzymich z góry już na zagładę skazanych zapasach wolnościowych żywiołów, tak w Polsce jak i w Rosyi z rządem rosyjskim, kolosie, w którego gliniane nogi właśnie rząd niemiecki dla powstrzymania wbijał sztaby żelazne, straciła Polska swoją najbujniejszą, najrdzenniejszą siłę.
1831 opłakiwała tysiąc »Walecznych«, teraz przyszło jej rozpaczać nad czterdziestotysiącami najszlachetniejszych swych dzieci, dla których cale życie nic innego nie znaczyło, jak tylko bezustanne poświęcanie się dla ojczyzny, którzy w miłości dla niej wszystkie swe siły w ofierze składali i rozrzutnie nimi szafowali... Gdyby byli jeszcze poginęli na polu chwały, gdyby było można jeszcze krzyże na ich bohaterskich mogiłach postawić, gdyby było można z dumą, jak ongiś, na groby męczenników za sprawę wolności wskazać — ale gdzieżtam! Polska rozpacza nad czterdziestotysiącami »Zagubionych!«
Teraźniejsza wojna dała przedsmak tej męki wyczekiwania niejednej familii, która o jakimś członku została powiadomiona, iż »się zagubił«.
To tysiąckroć razy gorsze, aniżeli pewność śmierci, albo też wzięcia do niewoli.
A to »zagubiony« ma w Rosyi jeszcze osobne, specyalne znaczenie.
A z tych czterdziestu tysięcy najczynniej szych, najwięcej ofiarnych i najgoręcej sprawie wolności poświęcających się synów Polski, nie dużo zdołało się wyratować na dzienne światło, na szczęście jeden, w którym polska idea wolnościowa najmocarniej się ucieleśniła: generał Piłsudski, bohaterski, czci najwyższej godny twórca obecnych Legionów Polskich.
A jeżeli ci inni, dawno już »zagubieni«, »bezimienni« nie mogli dorównać Piłsudskiemu bogatem uposażeniem, które tylko geniusz daje, to w każdym razie płonął w ich duszach żar tego samego poświęcenia, do najcięższych ofiar zdolnej miłości i w niebo wyrastała niezłomna spiżowa wola, by przełamać moc caryzmu — oplątani byli tą wolą — »opętani« w najświętszem tego słowa znaczeniu.
Na górze Tabor stracili Czesi całą swoją szlachtę — rok 1905/1906 oznacza dla Polski daleko większą stratę: czterdziestotysiącami »Zagubionych« straciła Polska swoją dumną gwardyę — fanatycznych strażników świętego »Znicza«: idei Wolności i Niepodległości — straciła Polska niezłomnych książąt, pomst za krzywdy i zbrodnie dyszących Centurionów, wokół których młódź polska z równym zapałem i miłości się garnęła, z jaką teraz się garnie wokół ubóstwianego swego wodza, generała Piłsudskiego.
Miar olbrzymiego, zdumiewającego czynu, jakim Piłsudski w niesłychanym trudzie i znoju stworzył niezłomną siłą swej potężnej woli polskie legiony, można w przybliżeniu ocenić stratę tych, którzy byli duchem jego ducha, — nie dorastali mu geniuszem, ale równi mu byli miłości, zaparciem się siebie i bezgraniczną ofiarności.
Cześć tym zaginionym — tym bezimiennym!
Rewolucya z roku 1905-tego przypieczętowała znowu na długie lata polską ideę wolności i niepodległości: bogate żniwo, które wyrosło na krwi polską użyźnionym gruncie z 1863 bezlitośnie zostało stratowane.
Ale aby to zrozumieć i cały proces późniejszego rozwoju politycznego, trzeba się znaleźć w Warszawie w historycznych dniach październikowych.
Nie sposób wyrazić słowami radość, wniebowzięcie, oszołomioną, szczęściem pijaną ekstazę, w jak popadła ludność Warszawy, kiedy rząd rosyjski całkiem głowę stracił, a nad cytadel powiewała chorągiew zwycięzkiej Rewolucyi.
Czemprędzej obdarzono Polskę Konstytucyą, przyznano skwapliwie wolność sumienia i wyznania religijnego, — nikt nie ośmielił się wątpić o całkowitej autonomii Polski — obłąkana niespodziewanym szczęściem wyległa ludność na ulice, śpiewała naprzemian narodowe i rewolucyjne pieśni — a, gdzie się tylko znalazło wolne miejsce, w tej chwili zamieniano je na narodową trybunę, z której nawet niedorosłe dzieci w ekstatycznem uniesieniu ducha do tłumów przemawiały — cała Warszawa kąpała się w powodzi biało-czerwonych barw, a biały orzeł rozpanoszył się zwycięsko w całym swoim wielkim majestacie na amarancie — hélas! — płótna!
Rosyjskie wojsko zachowywało się cichutko i spokojnie w kasarniach, rzadkie patrole na ulicy salutowały pokornie polskie sztandary, wysocy rosyjscy oficerowie mieszali się z tłumem i witano ich jako braci — istniała przecież tylko jedna parola: »Za naszą i waszą wolność« — wszystkie różnice stanów zdawały się przestać istnieć odważni i ofiarni kolejarze, którzy wśród niewypowiedzianych ofiar urządzili strajk kolejowy, byli bohaterami dnia, a nawet »porządni«, »rozumni«, »liczący się z przyszłością«, »sceptyczni« obywatele dali się porwać w wir tego wszystko w siebie wchłaniającego Obłędu — zresztą Bóg wie, jak to nazwać — może to były dostojne Gody Weselne?
Na sklepach ulicznych pozrywano rosyjskie szyldy, na wolność zostali wypuszczeni polityczni przestępcy, a, zgrzytając zębami cenzura rosyjska, pozbawiona nagle chleba i łapówek, musiała zamknąć swoje przybytki: dziś czyta się dziennikarskie sprawozdania z onych czasów, jakby się przerzucało karty bajd i klechd — ale to, co najnieprawdopodobniejsze dziś i całkiem niepojęte, stało się w onym czasie istotnem wydarzeniem.
Krótko trwające, bolesne wydarzenie...
W tych paru dniach radości opitego szczęścia narodu, który but wił w ohydnych lochach więzienia, a nagle poczuł się w posiadaniu wolności — zdążył rząd rosyjski ster pochwycić.
Ster pijanego statku!
Podczas próby, by bramy ratusza rozwalić i więźniów uwolnić, rzuciła się jazda rosyjska w bezbronny tłum, oczyściła plac przed ratuszem, wtłoczyła bezradną, ogłupiałą ludność w boczne uliczki, a zaciekła zemsta, przed paru godzinami jeszcze obezwładnionego rządu, znalazła sobie teraz ujście w piekielnej orgii rzezi i mordu, godnej zaiste panslawistycznego rządu, który teraz za wolność Słowian przeciwko barbarzyńcom środkowej Europy bezmyślny bój toczy — Rosya wyzwoliła ponownie swoją brać słowiańską: w przeciągu paru minut buchała krew stu siedmdziesięciu ofiar o pomstę do nieba!
Nędza rozpostarła swoje upiorne skrzydła nad nieszczęsnym narodem...
Dziewięciorako wzmocniony stan wojenny zaprowadził znowu w Warszawie ów osławiony porządek — ach! jak już przywykła Europa do onego szatańskiego »L’ordre règne á Varsovie« — rewoltę robotników w Łodzi utopiono w morzu krwi, a ponieważ zabrakło rządowych katów na wytracenie 1300 ofiar, dla których wieszatiel Skałłon wyrok śmierci podpisał, więc posługiwano się zbrodniarzami, skazanymi na dożywotnie kary, którym przypadł w udziale wysoki zaszczyt, że wolno im było wieszać »ad majorem gloriam« cara »niebłagonadożnych«, a ponieważ więzienia caratu nie były w stanie objąć i pomieścić bogatego łupu, więc trzeba go było zarubrykować jako rzecz »zagubioną« — czterdzieści tysięcy ludzi: rzecz zagubiona!
Ograbiona z swoich przywódców, oszukana we wszystkich swoich nadziejach nędznem wiarołomstwem rządu rosyjskiego, popadła Polska w głęboką, polityczną apatyę.
I tylko głęboką, beznadziejną rezygnacyą po rozkosznych godach, kiedy konstytucya zdawała się być zapewnioną — tylko bezwolną i z wszystkich sił opadniętą rozpacz, która cały naród nagle opanowała, można sobie wytłomaczyć przydrożnego płotu chwytającą się politykę ostatniej doby w Królestwie.
Rusofilizm?! Głupstwo! Polityka chwiejnych, słabych nóg, które się pierwszego lepszego oparcia czepiają!
Rusofilizm? Brednie! To wszystko, co się w Królestwie wypowiedziało, to nie naród polski, tylko jedna partya, która opanowała w zawierusze 1905/1906 roku ciężko pocharataną łódź myśli i pragnień polskich i skierowała ją w zgniłe łożysko obmierzłej reakcyi — i zatruła źródło życia polskiego, jaką jest pragnienie Wolności i Niepodległości.
Odwieczna walka z caratem rosyjskim przeistoczyła się na — możeby lepiej zamilczeć, ale czasem i milczenie krzyczy: na kajanie się u stóp tronu wściekłego Roboama — a cały zysk, to poniewierka i pośmiewisko wolnościowego żywiołu braci Rosyan, których wolność własną krwi odkupywać się chciało — ot! 1905 roku!
Ależ to wszystko nie ma nic z narodem polskim, jego rozpaczną misyą, jego pragnieniami, jego w niebo sięgającymi zamiarami do czynienia, naród polski w tych wszystkich wszetecznych machinacyach najmniejszego udziału nie bierze.
Niegodną jest rzeczą szydzić z bezbronnego narodu, na który zwalił się najcięższy tragizm dziejowy — ten mianowicie, że naród ów musi się bezradnie przypatrywać, jak jego synowie są zmuszeni, wzajem się wymordowywać, bez skargi poddawać się na tej kiedyś tak bogatej i urodzajnej glebie śmierci głodowej wciąż jeszcze wysłuchiwać bluźnierczego szydu:
»Jeżeli jesteś Bogiem, to zstąp z krzyża!«
A ja przeciwnie śmiem twierdzić, że nigdy jeszcze potomstwo wielkich przodków nie zachowało większej godności w tem nowem męczeństwie, jak właśnie obecne, z którego przez wiek cały usiłowano wszystkimi sposobami kastę helotów wytworzyć, któremu pacierz polski za zbrodnię poczytywano, a rozpamiętywanie bohaterskich dziejów przeszłości jako zdradę stanu karano, gwałcono w nim i zduszano każdą myśl o wolności, i nie tylko to: starano się w nim zabić poczucie, że jest »narodem«, nie pozwalano mu się nawet tem mianem nazywać i używano wszystkich środków, by w tych »posthumi« systematycznie wyrabiać instynkt najpodlejszego niewolnictwa w myślach i czynach.
A zaiste podziwu godnem to cierpiące, męczeńskie milczenie, spokojna, mądra i wzgardliwa wstrzemięźliwość społeczeństwa polskiego pod jarzmem rosyjskiem.
Wklinowanie w dwa potężne narody, trwa w swoim biernym oporze i nie chce służyć za igraszkę gry w piłkę, którą się już nieraz Europa zabawiała — nie chce, chociaż obecne aktywne wystąpienie jego gwałtownie tem zagraża, że mogłoby znowu zostać nazwane najszczytniejszym heroizmem.
O ten listek chwały w wawrzynach dumy narodowej i chwały już się żaden Polak w Królestwie nie troszczy.
I dla tego niema powstania!
Tak często okłamywany, oszukiwany i zawodzony w swoich najwspanialszych nadziejach, które już, już ziścić się miały, tak często zrywany z rozkosznych snów do brutalnej rzeczywistości, stracił naród polski naiwną błogość wiary we wszystkie traktaty, przysięgi, przyrzeczenia, a nawet w najpewniejsze weksle swoich sąsiadów — za bardzo, za boleśnie musiał tę wiarę przepłacać, by nawet najpewniejszemu wierzycielowi zaufać.
W tylukrotnych rozpacznych zawodach nauczył się naród polski nie dać się powodować nawet najzyskowniejszym konjekturom politycznym — nie chce szafować ostatkiem swych sił, w nowem powstaniu i doszczętnie się zaprzepaszczać, bo przecież niewiadomo, co nastąpić może.
Europa bezustannie swoją skórę zmienia, wskutek czego wszelkie postanowienia na Kongresach szybko się przedawniają, a nawet najgorętsze długi wdzięczności już po paru latach idą w zapomnienie.
I dla tego niema powstania w Królestwie!
Oćwiczane basałykami Roboama w ostatnich lat dziesiątkach, zapakował naród polski swoje wzniosłe, ale całkiem starzyzną cuchnące ideały oprawach narodów, wyzwalającej sprawiedliwości, i jak się tam jeszcze te stare, bezużyteczne całkiem rupiecie zowią, starannie do torby i wyrzucił je na strych., pomny w żelazo opancerzonej nauczki:
»Point de reveries, messieurs!«
Społeczeństwo polskie dojrzało wreszcie, kiedy już przeszło przez całą Gehennę bezustannych rozczarowań, do tej zimnej rozwagi, ze tylko o własnej sile może swoj niepodległość wywalczyć, a wie, że obecnie jest jeszcze za słabe, by się módz o taki bój na życie lub śmierć odważyć, zbyt jest wyczerpane straszliwemi ofiarami ostatniej rewolucyi, a luki wskutek utraty ofiarnej, do wszystkich poświęceń zdolnej, inteligencyi i śmierci urągającej masie robotników, nie tak łatwo wypełnić się dadzą.
I dla tego niema w Królestwie powstania!
Pod ziemię zakopał się lud polski, z głodu umiera, bo żadna chociażby najstraszliwsza katastrofa żywiołowa, która kiedyś Martynikę nawiedziła, nie mogłaby doszczętniej zniszczyć jego kraju, jak wojna obecna, ale nie poddaje się rozpaczy, bo wie, że czeka go, jeszcze ostatni i rozstrzygający o jego życiu lub śmierci bój krwawy, który już bezwzględnie losy jego przypieczętuje, a na tę chwilę ostatnich obrachunków musi Polska ostatek swych sił zachować, każdą kroplę krwi szczędzić, aby w onej godzinie, która jeszcze dla niej nie wybiła, nie zabrakło bojowników, którym może będzie wreszcie dane, ujrzeć Ziemię Obiecaną Wolności!


∗             ∗

Zadziwiający w tem całem rozczarowanem zdumieniu, że w Królestwie pod jarzmem rosyjskiem nie wybuchło powstanie polski, jest fakt. że na chwilę się nie zastanawiano, jakby to powstanie wprost materyalnie dałoby się umożliwić.
Przecież takie zbrojne powstanie musiałoby przynajmniej choćby jednę armię wykazać; by takowa była zdolna do walki, musiałaby być odpowiednio wyekwipowana, a przedewszystkiem uzbrojona.
Któż miał dostarczyć umundurowania, karabinów, armat, amunicyi?
Jakimże cudem miano to wszystko uskutecznić w małym kraju, obsadzonym przez potężne armie nieprzyjacielskie, którego cała ludność już przed wojną została zmobilizowana i pod obce chorągwie powołana, a, aby już z góry wszelką możliwość jakiegośkolwiek powstania wykluczyć wysyłano polskie regimenty do Syberyi, na Ural, na Kaukaz, do Azyi — niewielka tylko ilość Polaków jest zmuszoną wzajemnie się wymordowywać.
Jakimże cudem — pytam się — byłby jakiśkolwiek naród w stanic zorganizować własną armię mimo najniesłychańszych wysiłków i nieludzkich wprost ofiar bez wszelkiej możliwości dostatecznych przygotowań w kraju, w którym posiadanie zwykłego Browninga pociągało już surowe kary, w kraju, w którym milionowa armia wroga od dawna była zakwaterowaną?
Chyba kpiny!
Dla tego niema powstania w Królestwie i nie mogło go być. To już prosty absurd wymagać od narodu, którego każdy ruch tysiącami powrozów skrępowany, którego kraj niszczony i wyssany przez milionowe obie armie, aby robił powstanie!
Inaczej przedstawia się sprawa w Galicyi.
Na wolnościowym gruncie Austryi, bo autonomia udzielona Galicyi przez Austryę w duchowym znaczeniu (nie mówię oczywiście o ekonomicznym stanie) równała się absolutnej wolności, znalazła polska myśl niepodległościowa schronisko, w której się mogła bez przeszkód rozwijać i dojrzewać.
Austrya, w której mądrych politycznych obrachunkach nie tkwiło wprawdzie wychowywać kiełkującego powstania Polaków przeciwko Rosyi — tego nie potrzebowała, bo tą myślą i tem pragnieniem cała młoda generacya oddychała i żyła — ale nie stawiać mu żadnych przeszkód, dała milczące przyzwolenie, że obecny generał Piłsudski mógł istniejące już związki Sokoła wojskowo zorganizować, Bartoszowe drużyny ująć w karby wojskowej dyscypliny i wytworzyć z nich zdolne do nowoczesnej wojennej taktyki kadry. Ponadto uzyskał dla ćwiczeń od rządu austryackiego nowoczesną broń i takoż był w stanie przedzierzgnąć całą młodzież polską na świetnie wyćwiczoną siłę wojenną w najnowocześniejszem tego słowa znaczeniu.
Minęła już rocznica pamiętnego 16-go sierpnia 1914 roku, w którym to dniu wszystkie partye polskie się połączyły w tem ślubowaniu, że będą stać wiernie przy Austryi i jej tronie nawet daleko poza granice tego, co obowiązek nakazywał.
Z uzasadnioną dumą mógł teraz organ »Naczelnego Komitetu Narodowego« »Polen« odpowiedzieć na pytanie: »Coście zrobili?«
»Czyn był nieodzownem wymaganiem Chwili i to Czyn wojenny. Czyn ten zrodził się 16-go sierpnia 1914 r. a odtąd jest widomy na wszystkich polach bitew, na których bohaterskie polskie legiony nieśmiertelne wawrzyny zbierają — Czyn wojenny, któremu kierownictwo niemieckiej i austryackiej armii najwyższych pochwał nie szczędzi«.


∗             ∗

Legiony!
To niepojęte, niezrozumiałe, przez najlepszych patryotów polskich przed paru laty jeszcze za szaleństwo obwołane i za bezmyślne marnotrawienie najlepszych sił narodu uważane, stało się Czynem, świadczącym o istotnym i wysokim Rozumie Politycznym.
Poprzez szpalty niemieckich dzienników, zalanych potopem najdokładniej szych wieści o Japończykach, Persach, Hindusach, Kafrach, Kurdach, Kirgizach i Bóg wie jakich narodowościach, przedostaje się raz poraz skromna notatka o fakcie najwyższej doniosłości w przyszłym ukształtowaniu zachodniej Europy — utworzeniu się legionów polskich.
Prawdopodobnie znajdzie się nieliczna garść Niemców, którzy temu zjawisku przypisują głębsze znaczenie, jak tylko niewinny, troszkę kokieteryjny, troszkę nahalny sposobik Polaków, by nanowo Europie przypomnąć, że Polska była kiedyś wielkiem i niepodległem państwem i że stare obrachunki się nie przedawniły.
A tymczasem oznacza utworzenie legionów to istotne czwarte powstanie, które w Królestwie byłoby prostem, bezmyślnem samobójstwem, a tu w Austryi dowodem wielkiej politycznej dojrzałości — powstanie przez dziesiątek lat jak najstaranniej przygotowywane, umożliwione niesłychaną wprost ofiarnością społeczeństwa polskiego, wytrzymującą najśmielsze porównanie z ofiarnością niemieckiego narodu — powstanie i »święta« wojna całkiem w tem samem znaczeniu i tej samej doniosłości, jaką jest »święta« wojna na życie i śmierć Niemców przeciwko Anglii.
»Nie spoczniemy rychlej, zanim Anglia zmiażdżoną nie zostanie«, obwołują Niemcy w świętem oburzeniu, a Polska, oszukiwana i mamiona przez tę samą Anglię, podczas powstań z roku 1831, 48, 63, wyruszyła na krwawe obrachunki z Rosyą.
»Nie spoczniemy rychlej, póki się nie wyzwolimy z pod jarzma Rosyi!« — to okrzyk bojowy tej Polski, której w zaszczytnym udziale przypadło, módz go wydać: Galicyi.
Tym razem powstanie Polski przeciwko Rosyi nie jest samodzielnym czynem — byłoby ono, jak już mówiłem w obecnych warunkach bezmyślnem samobójstwem — powstanie to mogło jedynie powstać i dojrzeć pod opiekuńczemi skrzydłami Austryi, z wiedz i pomoc jego rządu, świadomego ofiarności i najgorętszego entuzyazmu tak długo w niewoli ciemiężonego narodu — z wiedz i pomoc rozumnego rządu, który nie z dzikiemi plemionami Azyi i Afryki, ale z jednym z najkulturalniej szych, choć najnieszczęśliwszych narodów w Europie braterski sojusz zawarł.
Wybiła wreszcie ta godzina, którą największy wieszcz i prorok Polski, Adam Mickiewicz przepowiadał, godzina, której napróżno trzy generacye w męczeńskich cierpieniach wyczekiwały i ją wreszcie krwaw pokut i żarliwymi modłami na Bogu wymogły.
Jakby z pod ziemi wyrosły, ukazały się nagle legiony polskie, jako samoistne wojsko, wprawdzie pod komend austryacką, ale poddanie się pod nią wojska polskiego nie oznacza bynajmniej zrzeczenia się własnej samodzielności — bynajmniej! Toć i wojsko austryackie oddało się kierownictwu Komendy niemieckiej — przysięga wierności, jak wojsko polskie chętnie ukochanemu cesarzowi austryackiemu złożyło, to nie poddańcza przysięga podbitego narodu, to święta przysięga zmartwychpowstałego ludu przysięga wdzięczności, że pozwolono mu się wygrzebać z ciemnego grobu.
To dostojna i uroczysta koalicya dwóch narodów, które tego samego wroga zwajczają i świadome są wspólności tego samego celu, by zniszczyć przeklęty chram najpodlejszego niewolnictwa, bezwstydnego kłamstwa, zdrady, przekupstwa i niechlujnego cynizmu.
Dopełnił się fakt wszechświatowej doniosłości:
Polska wstąpiła w rzędy wojnę prowadzących mocarstw jako osobne i samodzielne państwo, i jako takie s przez Niemcy i Austryę uważane przez uznanie polskiego wojska w formie legionów jako samoistnej armii, która całą swą siłą oddała się na pomoc temu narodowi, którego dobrodziejstwa w czasie długiej niewoli najgłębiej odczuła.
Wierność aż do śmierci, wierność aż do ostatniej kropli krwi zaprzysięgła Polska swoim sojusznikom, a dotrzyma tej przysięgi w tej samej mierze, w jakiej j Napoleonowi aż do ostatniej chwili dotrzymywała, mimo, że Napoleon z wszystkich nadziei ją zwolna odzierał.
Z resztek dawnego wojska dawnej Polski utworzyły się legiony, które pod Napoleonem wszystkie pola bitwy w całej Europie krwi swoją żyźniły i cudów waleczności dokazywały — z najszlachetniejszej, cale stulecie wolności spragnionej, niezłomnej i niezniszczalnej siły narodu polskiego, wytworzyły się obecne legiony, i nie ziściły się słowa, które sfałszowana historya z zbrodniczą tendencyą kładzie w usta jednemu z największych bohaterów ludzkości, Tadeuszowi Kościuszce — ono osławione »finis Poloniae«, ale raczej to, coby Kościuszko był mógł powiedzieć:
Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor!
I z kości bohaterskich przodków, rozrzuconych po cmentarzyskach całej Europy, powstał mściciel: śmierci urągająca, w majestacie świętego ognia zapału i bezprzykładnej ofiarności płonąca wola polskiego narodu ku Odrodzeniu i Zmartwychwstaniu!
Tam w Galicyi wybiła godzina dla »śpiącego wojska«.
Złożyliśmy przysięgę wierności, a sojusznicy nasi mogą być tego pewni, że z tych kilkudziesięciu tysięcy Polaków, którzy ramię przy ramieniu z nimi walczą, każdy jeden prędzej swe życie odda w rozgoryczonej nienawiści i nieubłaganej zemście, zaczemby się tylko o jeden krok cofnął — przepełniła się miara gniewu i rozpacznych mąk podczas stuletniej niewoli — a niema na całej ziemi narodu, któryby z taką zaciekłości swego jarzma chciał się wyzbyć i nim rozpaczniej szarpał, jak właśnie naród polski. Nasi sojusznicy wiedzą aż nadto dobrze, jakie ofiary jesteśmy w danie dla wolności ponieść, a równocześnie, jakie ogromne usługi im oddać w walce przeciwko wspólnemu wrogowi, którego podstępny fałsz, zdradę, moc jego i słabość nikt lepiej nie zna od nas.
Rozumna i przewidująca polityka Austryi kazała jej zawrzeć sojusz z narodem, którego tysiącletnia, bogata kultura temu tylko obcą, kto rozmyślnie i świadomie o niej nic wiedzieć nie chce, kto nienawistnie i zazdrośnie spogląda na jego teraźniejszość, przeobfitą w kiełki bogatego rozwoju i możliwości wspaniałego rozkwitu i z śmieszną pohopnością stara się obniżyć i zbagatelizować choćby najwidoczniejszy objaw naszej niespożytej żywotności.
W każdym razie, i tu daje się już zauważyć pewien postęp. Żaden Rartmann nie ośmieliłby się teraz w Niemczech wykrzykiwać, by Polaków »wytępić!«
Obłąkańczy zaiste pomysł!
Wytępić naród, który swoją kulturą niejeden w Europie o całe niebo przerósł, wytępić naród, który siły swoje niszczył w krwawej misyi, bronić Zachodu przeciw potopom Islamu i Mongołów, który w awanturniczym poczuciu obowiązku śpieszył Wiedniowi na.odsiecz, nie zważając na to, jakie ten rycerski rozpęd poniesie skutki dla jego własnego państwowego bytu!
Czyżby zdolano już zapomnąć, że Kraków przez długie stulecia był jednym z najważniejszych ośrodków cywilizacyi i kultury w Europie, że wszechnica Jagiellońska była oblęgana przez młodzież wszystkich europejskich narodów — czyżby to ławo prześlepić; że nigdzie nie doznawali niemieccy humaniści tak gorącej i serdecznej gościnności, jak w Polsce — a wśród najzacieklejszych walk religijnych podczas reformacyi, któż otworzył na oścież gościnne wrota dla adeptów »nowinek«, jeżeli nie Polska, mimo fanatycznego sprzeciwu niemieckiego biskupa-kardynała Hozyusza?!
I w tym związku nie będzie od rzeczy wspomnieć o niesłychanej tolerancyi i ludzkości prawodawstwa polskiego wobec żydów, fakt, który aż nadto wymownie przemawia za wysokim stanem cywilizacyi w dawniejszej Polsce.
W onych wiekach, kiedy w Hiszpanii żydzi tysiącami na stosach ginęli i ich jak bydło na rzeź gnano, kiedy we Francyi byli uznani za prost własność baronów, w Anglii wszelka osobista własność żydowska była dobrem fiskalnem, a w Niemczech prześladowania żydów coraz groźniejszy i okrutniejszy charakter przybierały, cieszyli się żydzi w Polsce troskliwą opieką prawa. Już Mieczysław Stary (1173-1202) wydał prawo, według którego dzieci chrześcijańskie, które kamieniami na żydów rzucały, miały być publicznie rózgami ćwiczone — Kazimierzowi Wielkiemu (1333-1370) wdzięczna gmina żydowska wystawiła w końcu ubiegłego stulecia pomnik, a to więcej mówi, aniżeli cały tom o dobrodziejstwach, jakie ten wielki król żydom wyświadczył — a podczas panowania Jagiellonów żaden żyd nie mógł być skazany na podstawie li tylko chrześcijańskich świadczeń, a kto posądzał żyda o mord rytualny, a nie mógł tego dowieść, podpadał tej samej karze, któraby żyda spotkała, w razie, gdyby mu zbrodnię udowodniono. Szczególnie surowe kary spotykały tych, którzy przeszkadzali żydom w wykonywaniu ich obowiązków religijnych, a, aby nie obciążać religijnego sumienia żyda, nie wolno było, gdy chodziło o drobne sporne rzeczy, wymagać od niego przysięgi na dziesięć przykazań.
I to w czasie, kiedy jak w Węgrzech n. p. małżeństwo żydowskie mogło być zawarte jedynie za przyzwoleniem zwierzchnictwa, a w pewnych wypadkach zezwolenie to nastąpić mogło po uprzedniem spożyciu publicznem mięsa wieprzowego.
Dalsze przywileje otrzymali żydzi podczas panowania obrońcy Wiednia, Jana Sobieskiego, a już w przedśmiertnych konwulsyach wijąca się Rzeczpospolita ogłosiła na sejmie czteroletnim prawo dla żydów, jakie w takiej uprawniającej rozciągłości tylko w nowożytnem państwie dałoby się pomyśleć.
Według tego prawa są żydzi wolnymi obywatelami państwa, mają prawo wyborcze i przystęp do wszystkich urzędów. Wobec prawa są na równi z chrześcijanami, a żadnego żyda nie wolno przypuścić do chrztu przed skończonym dwudziestym rokiem. Wszystkie szkoły są dla nich otwarte, a jeżeli żyd zakupi ziemię, w takim razie zwolniony jest w ciągu dziesięciu lat od podatków.
Podczas pierwszego powstania polskiego utworzyli żydzi legion pod wodzą Berka Joselewicza i bili się przeciwko Rosyi z walecznością, która przypomina powstanie Makabeuszów, w roku 1863 przyszło do formalnego zbratania się Polaków z żydami, a gdy podczas potężnej demonstracyi w Warszawie padł katolicki kapłan, niosący krzyż na czele procesyi, ugodzony kulą moskiewską, rabin żydowski podniósł krzyż z ziemi i niósł go dalej w heroicznej pogardzie śmierci.
I jedynej Warszawie została oszczędzona hańba żydowskich pogromów, jakie we wszystkich okręgach Rosyi, zamieszkałych przez żydów w 1902 i 1903 roku epidemicznie grasowały — a tylko jedynie dla tego, że polska straż obywatelska unicestwiła doskonale zorganizowany, przez czeredę rosyjskich agentów z południowej Rosyi starannie przygotowany pogrom. Polska straż obywatelska — oczywiście! Bo wojsko rosyjskie, stojące garnizonem w Warszawie dawno już się cieszyło na ten wspaniały kiermasz!
»Czegoż wy od nas chcecie? Co macie nam do zarzucenia?« pytałem się przed paru laty słynnego pisarza żydowskiego, piszącego żargonem p. Szlomę Asch. »Nic wam nie mamy do zarzucenia prócz tego, żeście za dobrze się z nami obchodzili — wasze wolności, wasze przywileje skruszyły hart naszej duszy, naszą odporność moralną, wyście nas poprowadzili nad kraniec przepaści, jak jest dla nas assymilacya«.
I tylko to psychologiczne, acz trudne do pojęcia, ale głęboko zakorzenione uczucie nienawiści, ono Nitzscheańskie »ressentiment« jako podświadomy instynkt pozwala zrozumieć, dla czego na ziemi polskiej urodzony i wychowany żyd, pan Witkowsky, alias Maximilian Harden pragnie teraz utłuc z taką zajadłą zaciekłością polskiego orła (»den weissen Aar«) i dla czego, ongi przez Polaków uwielbiany i rozpieszczany żyd duński, Jerzy Brandes, dał taki chętny posłuch potwornym bajdom żydowskich »agents provocateurs« Rosyi — Litwakom — i całą Europę poruszył niestworzonemi opowieściami o polskich pogromach żydów.
Czyżby te piorunujące artykuły Brandesa o prześladowaniach żydów ze strony Polaków nie miały być niczem więcej dyktowane, jak tylko również przez to póaskie i nizkie uczucie nienawistnego »ressentiment’u« — i były drogą do Canossy za śmiertelny grzech młodzieńczego entuzyazmu dla Polaków — a może Brandes był niezadowolony przyjęciem, jakie mu Lwów w 1899 roku zgotował?
Między papistami są tacy, którzy są »plus pape que le pape« — są między niemieckimi żydami tacy, którzy polskim przywilejom i prawom wolnościowym wszystko mają do zawdzięczenia, a teraz z nienawiści do Polaków najzacieklejszych hakatystów przewyższają do tego stopnia, że na rządzie niemieckim wymogli, by nienawistną nazwę miasta Inowrocławia przechrzcił na potworne »Hohensalza« — są między rosyjskimi żydami tacy, którzy, mimo Kiszeniewa i wprost niesłychanych pogromów w okręgu ich osiedlenia w południowej Rosyi są więcej Rosyanami, aniżeli Rosyanie sami, dumni i szczęśliwi, że za Rosyan mogą uchodzić — i takich to Rosyan-żydów napędziła sprytna i podstępna Rosya do Warszawy z jakie ćwierć miliona — i teraz dziw i gwałt i załamywanie rąk nad antysemityzmem polskiego społeczeństwa w ostatnich latach, jak mu się na kark taką hordę ultra-rosyjskich »kulturtraegerów« zwaliło.
Możesz być pan spokojny, panie Jerzy Brandesie, — dla tych dziewięćset tysięcy żydów, jakich w Polsce przed pierwszym rozbiorem naliczono, a którym Sejm Czteroletni takie znaczenie dla rozwoju kraju przypisywał, że dał mu jak najdalej idące prawa — dla tych dość miejsca się znajdzie w przyszłem polskiem państwie na podstawie wspólnych, jednych i tych samych praw — ale byłoby samobójstwem, gdyby społeczeństwo polskie miało znosić upadlajcą robotę prowokacyjną rosyjskich żydów, których rząd rosyjski używa za narzędzie rozsadników i burzycieli dotychczasowego zgodnego współżycia Polaków i polskich żydów.
Musiałem się szerzej nad sprawą żydowską rozpisać, bo tak zwany »bojkot żydowski« w Polsce posłużył na podstawie fałszywych informacyi niejednokrotnie prasie niemieckiej do gwałtownych i nienawistnych napaści na Polaków.
Wrócić jeszcze do kulturalnej misyi zasług cywilizacyjnych Polski? Wspaniałe, podstawowe i głębokie prace nieskończenie zasłużonych dwóch Brücknerów, jednego, który napisał w niemieckim języku historyę narodu polskiego, drugiego zaś, Aleksandra, słynnego slawisty w Berlinie, który stworzył kulturze i literaturze polskiej królewski pomnik w swem dziele o literaturze polskiej[1] zwalnia mnie z nęcącego zresztą obowiązku dać narodowi niemieckiemu chociażby zarys bogactwa duszy polskiej, to jedno tylko mogę śmiało bez wszelkiej narodowej chwalby twierdzić, że Polska była przez całe stulecia, od założenia wszechnicy Jagiellońskiej w Krakowie aż pod koniec siedemnastego stulecia niejako soczewką, która promienie oświaty, kultury i cywilizacyi całej Europy w sobie zbierała.
Za panowania Piastów i Jagiellonów podejmowano z najwyszukańszą gościnnością i szacunkiem niemieckich artystów w miastach, grodach i zamkach — z Norymbergii prowadził prosty szlak do Krakowa, a Wit Stwosz, lub Fiszer, czuł się również dobrze w Polsce jak w Niemczech — świadkami minionej a wspaniałej przeszłości to tysiące i tysiące pozostałych jeszcze pomników wytwornej kultury; magnaterya polska była najlepszą klientelą holenderskich mistrzów malarskich — sześć sal obrazów Rembrandta w Petersburskim Eremitażu, skradzionych w Polsce. podczas zawieruch powstańczych, najlepsze daj świadectwo głębokiego odczucia sztuk pięknych w Polsce, mnóstwo przepięknych zabytków budownictwa renesansu świadczy o ścisłym kontakcie Polski z kultur Zachodu — a przebogate książnice — może najbogatsze w ówczesnej Europie — jak n. p. biblioteka księcia Załuskiego, skradziona przez Rosyan, która dotychczas stanowi najkosztowniejszy rdzeń carskiej biblioteki w Petersburgu — aż nadto wymowne daj dowody niezmiernie wybujałemu stanowi kultury polskiej.
A najcenniejszym i niepomiernym skarbem tego narodu jest jego język, któremu niemiecki uczony Samuel Linde całe życie poświęcił i w swoim słowniku języka polskiego wiekopomny pomnik stworzył, godny najwspanialszych dykcyonaryuszy niemieckich, francuskich lub angielskich.
Jest to język, któremu jeden z najzasłużeńszych niemieckich leksikografów, Dr. phil. Booch-Arkossy, następujące pochwały oddaje:
»Język polski, który już osiągnął szczyt gramatykalnej i leksykalnej doskonałości, kiedy język angielski, francuski a nawet niemiecki, zaledwie zdołał się zwolna ustalać w mowie pisanej i z trudem okiełznywał wzajem zwalczające się dyalekty, zdołał przez całe stulecia mimo bezprzykładnych trudności, jakie mu położenie polityczne stawiały, utrzymać się jak najzupełniej na wysokości rozwoju wszystkich nowoczesnych języków światowych. Niedościgniona, może tylko staro-greckiemu językowi właściwa możliwość twórczej modulacyi języka polskiego, która sprawia, że wyrazić nim można bez wszelkich określań najdelikatniejsze nuanse, zabarwienie i cieniowanie uczuć, — to główna przyczyna, dla której obecny język polski objawia się w tej świetnej, bezprzykładnej doskonałości, której jej zresztą tak bogaty język jak angielski, lub francuski szczerze zazdrościć może«.
I taki język chciano wytępić!
W ciasnych ramach zwykłej broszury nie sposób o tem mówić, jakie kulturalne wartości Polska Zachodniej Europie zawdzięcza i co nawzajem jej dała.
Dla spadkobiercy niesłychanie bogatej i niewypowiedzianie kosztownej kultury narodu, do którego przynależę i z czego dumny i szczę śliw jestem, dla artysty, który niemieckiej kulturze bardzo wiele w głębokiej wdzięczności zawdzięcza, jak właśnie ja, a który miarę porównawczą dla kulturalnych wartości własnego narodu przyj:;tł od sumienności badań niemieckich, jest to wprost przykre zadanie, oswajać naród niemiecki z najelementarniejszemi pojęciami o historyi i kulturze sąsiadującego z nim od wieków narodu polskiego.
To jedno pragnąłbym, by się wraziło w pamięć narodu niemieckiego, że Polska była przez tysiąc lat niewzruszonem przedmurzem Zachodu Europy przeciwko oceanicznym zalewom Mongołów i hord azyatyckich, a w bezustannych, krwawych wojnach, wśród bezmiernych, ofiarnych poświęceń dla bezpieczeństwa Zachodu tak swoje siły sterała i wyczerpała, że wdzięczny Zachód uznał wreszcie za stosowne konającego lwa nogą kopnąć i ostatni cios mu zadać z litości i wielkiej łaski.
Zachodnia Europa twierdzi, że to dobicie było »historyczną koniecznością«.
He, he!
Są historyczne konieczności, których się nie załatwia przy zielonych stołach dyplomatycznych kongresów w Wiedniu, czy też gdziekolwiek indziej.
»Młyn Boga«, mówi polskie przysłowie, »miele powoli, ale sprawiedliwie«.
A zasię inne przysłowie polskie opiewa, że »chciwy podwójnie traci«: podział Polski otworzył na oścież wrota dla Mongołów i Azyatów — gdyby była Polska istniała, byłaby obecna wojna między Niemcami, Austryą a Rosyą absolutnie wykluczona.
Cały wściekły napór Rosyi przeciw Zachodowi, kiedy już jej została odcięta droga do Oceanu Wielkiego przez Skandynawię, do Cichego Oceanu przez Japonię, poprzez Dardanele do Śródziemnego morza przez Turcyę, byłby się zwrócił przeciw Polsce, która odrodzona przez Majową Konstytucyę byłaby bezwątpienia dość silną, by módz najcięższą walkę z Rosyą podjąć i jej zakusom, by wybić sobie drzwi na Zachód, tamę i kres ostateczny położyć.
Trzy mocarstwa zapobiegły temu skwapliwie, by Polska o własnych siłach mogła się dźwignąć z swego upadku, a już przecież wielkiem Odrodzeniem żyć poczęła i naród, który sam jeden może się tem poszczycić, że zdobył Moskwę — właśnie trzysta lat temu — został Moskwie na pastwę wydany.
I teraz na nowo objawia ten naród, który już dawno do grobu złożono, swoje niespożyte, niezniszczalne prawo do życia i daje świadectwo swej przepotężnej sile i heroicznej woli, znowu od samego początku wziąć na swe barki dawną męczeńską misyę i znowu i po wszelką przyszłość stać się przedmurzem, o które najzacieklejsze wysiłki mongolskie rozbijać się będą:
W utworzeniu obecnych legionów święci Polska swoje Zmartwychwstanie.

święta tradycya dawnych legionów, których ostatni bohater, książę Józef Poniatowski znalazł w nurtach spienionej Elstery śmierć w walce ludów pod Lipskiem, kiedy zasłaniał odwrót Napoleona w obłąkańczej wprost ekstazie odwagi i męstwa, odżyła na nowo w nieprzeczuwalnej potędze w obecnych legionach ku nowemu życiu i nowej chwale.



Przypisy

  1. Die Literaturen des Ostens in Einzeldarstellungen Geschichte der poln. Literatur.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Przybyszewski.